Studium w Szkarłacie - Arthur Conan Doyle - ebook + audiobook + książka

Studium w Szkarłacie ebook i audiobook

Arthur Conan Doyle

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W Londynie zostaje znalezione ciało w pustym mieszkaniu. Brak śladów walki, brak sprawcy, za to na ścianie widnieje tajemniczy napis. Policja stoi w miejscu, więc do akcji wkracza Sherlock Holmes - genialny detektyw, który z drobnych szczegółów potrafi wyciągnąć więcej niż inni z całej sprawy. „Studium w szkarłacie” to pierwsza historia o Holmesie i doktorze Watsonie oraz klasyczna zagadka kryminalna, która prowadzi do zaskakującego finału i dawno skrywanej zemsty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 204

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 28 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jarosław Wrona

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Sherlock Holmes

Studium wSzkarłacie

Arthur Conan Doyle

Część I.Ze wspomnień Johna H. Watsona, byłego lekarza armii angielskiej

Rozdział I.Sherlock Holmes

W roku 1870 uzyskałem stopień doktora medycyny na uniwersytecie londyńskim iudałem się do Netley na kurs dla chirurgów armii. Uzupełniwszy tam swoje studia medyczne, zostałem mianowany asystentem chirurga wPiątym Pułku Strzelców Northumberlandzkich. Pułk stał wówczas wIndiach i zanim zajechałem na miejsce, wybuchła druga wojna afgańska. Po wylądowaniu wBombaju dowiedziałem się, że mój pułk przekroczył już wąwozy pograniczne iwtargnął wgłąb kraju wrogów. Wraz zgronem oficerów, którzy znajdowali się wtym samym co ja położeniu, wyruszyliśmy wdalszą drogę iprzybyliśmy bez przygód do Kandaharu, gdzie zastałem swój pułk iobjąłem od razu swoje obowiązki.

Wojna przyniosła niejednemu zaszczyty, mnie zaś tylko niedolę.

Przeniesiony ze swojej brygady do oddziału Berkshire'ów, brałem udział wnieszczęsnej bitwie pod Maiwandem. Tam kula strzaskała mi obojczyk izadrasnęła arterię. Byłbym niechybnie wpadł wręce krwiożerczych Ghazi, gdyby nie przywiązanie iodwaga Murraya, mojego ordynansa, który pochwycił mnie, rzucił na grzbiet konia idowiózł tak do szeregów brytyjskich. Wycieńczonego bólem, osłabionego dotkliwymi niewygodami, wysłano mnie wraz zlicznym gronem rannych do szpitala głównego wPeszawarze. Tu zacząłem wkrótce odzyskiwać siły ipoprawiłem się już otyle, że mogłem chodzić po salach, anawet wygrzewać się na słońcu, gdy powaliła mnie znowu gorączka tyfoidalna, ta plaga naszych posiadłości indyjskich. Przez kilka miesięcy walczyłem ze śmiercią, agdy nareszcie niebezpieczeństwo minęło izaczęła się rekonwalescencja, byłem tak wychudzony isłaby, że konsylium lekarskie orzekło, iż każdy dzień zwłoki jest groźny inależy niezwłocznie odesłać mnie do Anglii. Wsiadłem tedy na okręt „Orontes” iw miesiąc później wylądowałem wPlymouth, mając zdrowie bezpowrotnie zrujnowane, lecz zaopatrzony wzamian wdziewięciomięsięczny urlop. Ojcowski rząd pozwolił mi spędzić ten czas na usiłowaniach zmierzających do odzyskania zdrowia.

Nie miałem wAnglii ani krewnych, ani własnego domu, byłem zatem wolny jak ptak – albo raczej tak wolny, jak może być człowiek mający do wydania dziennie jedenaście szylingów i sześć pensów. Wtych warunkach udałem się oczywiście do Londynu, tego wielkiego ogniska, do którego, gnany nieprzepartą przyciągającą siłą, dąży zcałego imperium brytyjskiego tłum próżniaków bez zajęcia iokreślonego celu wżyciu.

Przez krótki czas mieszkałem wmałym hotelu na Strandzie, prowadząc życie jednostajne, bezczynne iwydając znacznie więcej pieniędzy, niż mnie było stać na to. Stan moich finansów stał się niebawem tak niepokojący, że uprzytomniłem sobie, iż należało albo opuścić stolicę iosiąść gdzieś na wsi, albo zmienić najzupełniej tryb życia. Wybrawszy tę ostatnią alternatywę, postanowiłem wynieść się zhotelu iposzukać mieszkania mniej świetnego na pozór imniej kosztownego.

Tego samego dnia, wktórym doszedłem do tego wniosku, stałem wbarze „Criterion”, gdy nagle uczułem czyjąś dłoń na swym ramieniu – odwróciłem się iujrzałem młodego Stamforda, który był moim pomocnikiem wszpitalu Barts. Widok znajomej twarzy jest bardzo miły dla człowieka samotnego wśród wielkomiejskiego gwaru. Stamford nie był moim bliskim przyjacielem, ale teraz powitałem go zuniesieniem, aon nawzajem był, jak się zdawało, zachwycony spotkaniem. Wradosnym zapale zaprosiłem go na śniadanie do Holborna ipo chwili wsiadaliśmy do dorożki.

– Co się zpanem działo, Watsonie? – zapytał Stamford znieskrywanym zdziwieniem, gdy jechaliśmy gwarnymi ulicami londyńskimi. – Wychudł pan jak szczapa ipoczerniał jak święta ziemia.

Opowiedziałem mu wkrótkich słowach swoje przygody iskończyłem właśnie, gdy stanęliśmy ucelu.

– Biedaku – rzekł tonem współczucia. – Acóż pan teraz robi?

– Szukam mieszkania – odparłem. – Usiłuję rozstrzygnąć zagadnienie, czy możliwe jest znaleźć wygodne lokum za jakąś rozsądną cenę.

– Szczególna rzecz – zauważył mój towarzysz – już drugi człowiek dzisiaj porusza ze mną ten sam temat.

– A kto był pierwszy? – spytałem.

– Pewien jegomość pracujący wlaboratorium chemicznym wszpitalu. Żalił się dziś rano, że nie może znaleźć nikogo, kto by chciał wziąć znim do spółki mieszkanie, podobno bardzo ładne, ale za drogie dla niego.

– Ach, Boże! – zawołałem. – Jeśli istotnie pragnie znaleźć kogoś, kto by dzielił znim mieszkanie ikomorne, służę mu. Wolę mieć wspólne mieszkanie aniżeli żyć samotnie.

Młody Stamford spojrzał na mnie szczególnym wzrokiem, popijając wino.

– Nie zna pan jeszcze Sherlocka Holmesa – rzekł. – Może nie będzie go pan chciał za stałego współlokatora.

– Dlaczego? Co ma pan mu do zarzucenia?

– O, nie mam mu nic do zarzucenia. Ale to poniekąd dziwak... Entuzjasta wpewnych dziedzinach nauki. Oile jednak go znam, człowiek bardzo przyzwoity.

– Czy nie pytał go pan, jaki zawód zamierza obrać?

– Nie. Nie należy do ludzi, zktórych można by coś wydobyć, choć zdrugiej strony potrafi się wywnętrzyć, gdy mu przyjdzie fantazja.

– Rad bym się znim spotkać – rzekłem. – Jeśli mam mieć współlokatora, wolałbym, żeby to był człowiek pracowity ispokojnych przyzwyczajeń. Nie mam jeszcze sił na znoszenie hałasu lub wzruszeń. Miałem ijednego, idrugiego tyle wAfganistanie, że mi to starczy na resztę mego życia. Kiedy mógłbym się spotkać zpana znajomym?

– Jest teraz na pewno wlaboratorium – odparł mój towarzysz. – Albo nie przychodzi tygodniami, albo też pracuje od rana do wieczora. Jeśli chce pan, pojedziemy tam po śniadaniu.

– I owszem – odparłem, po czym rozmowa weszła na inne tory.

W drodze do szpitala, po wyjściu od Holborna, Stamford opowiedział mi jeszcze kilka szczegółów oczłowieku, zktórym miałem mieszkać.

– Tylko niech pan nie ma do mnie żalu, jeśli się pan znim nie porozumie – mówił. – Znam go jedynie zlaboratorium. Sam wpadł pan na myśl wspólnego mieszkania znim, proszę nie czynić mnie za nic odpowiedzialnym.

– Jeśli wspólne pożycie okaże się dla nas niemożliwe, nietrudno nam będzie się rozstać – odrzekłem. – Zdaje mi się, Stamfordzie – dodałem, patrząc bystro na swego towarzysza – że są jakieś specjalne powody, aby tak umywać ręce od wszystkiego, co by mogło zajść. Czy ten człowiek ma taki gwałtowny temperament, że należy go się obawiać? Niech pan nie będzie taki skryty ipowie, co ma na myśli.

– Niełatwa to rzecz wypowiedzieć to, co jest nieuchwytne – odrzekł ze śmiechem. – Holmes jest, jak dla mnie, za wielkim fanatykiem nauki... Zdaje mi się, że skutkiem tego zatracił wszelką wrażliwość. Wyobrażam sobie, że byłby zdolny zaaplikować przyjacielowi szczyptę świeżo odkrytej trucizny roślinnej, ito bynajmniej nie przez niegodziwość, ale po prostu pod wpływem swego zmysłu badawczego, dlatego aby móc zdać sobie dokładnie sprawę ztego, jak ta trucizna działa. Trzeba jednak oddać mu sprawiedliwość izaznaczyć, że sam zażyłby trucizny znie mniejszą skwapliwością. Jest to człowiek mający wprost namiętność do wiedzy ścisłej idokładnej.

– I słusznie, moim zdaniem.

– Tak, ale można posunąć tę zaletę do przesady. Gdy badacz dochodzi do tego, że obija kijem na stole anatomicznym poddawanego sekcji trupa, może się to wydawać co najmniej dziwne.

– Obija trupa?

– Tak, dla sprawdzenia, oile ślady ciosów występują po śmierci. Widziałem to na własne oczy.

– A jednak mówi pan, że nie jest studentem medycyny?

– Nie. Bóg jeden wie, jaki jest cel jego studiów. Oto jesteśmy na miejscu iniebawem będzie pan mógł sam wyrobić sobie opinię onim.

Gdy to mówił, skręciliśmy wwąską uliczkę iweszliśmy małymi bocznymi drzwiami, prowadzącymi do jednego ze skrzydeł wielkiego szpitala. Znałem tu wszystkie zakątki inie potrzebowałem przewodnika, idąc po zimnych schodach kamiennych idążąc długim korytarzem obiałych, pobielonych wapnem ścianach, na który wychodziły drzwi pomalowane brązową farbą. Na samym prawie końcu korytarza skręciliśmy wnisko sklepione odgałęzienie, prowadzące do laboratorium chemicznego.

Był to pokój bardzo obszerny, wysoki, zastawiony niezliczonymi butelkami iflaszkami. Szerokie, niskie stoły poustawiane były we wszystkich kierunkach, ana nich wśród retort iprobówek jaśniały błękitnawe płomyki małych palników Bunsena irzucały migocące blaski.

W sali tej, prawie na samym końcu, stał tylko jeden student, pochylony nad stołem izatopiony wswej pracy. Na odgłos naszych kroków obejrzał się iz radosnym okrzykiem podbiegł ku nam, trzymając probówkę wręku.

– Mam go! Mam go! – zawołał, zwracając się do mego towarzysza. – Znalazłem jedyny odczynnik, który osadza hemoglobinę! Jedyny!

Gdyby odkrył kopalnię złota, oblicze jego nie mogłoby być rozpromienione większą radością.

– Doktor Watson, pan Sherlock Holmes – rzekł Stamford, przedstawiając nas.

– Dzień dobry panu, panie doktorze! – powiedział Holmes przyjaźnie iuścisnął moją dłoń zsiłą, ojaką nigdy bym go nie posądzał. – Widzę, że pan był wAfganistanie?

– A skąd pan to wie? – spytałem zdumiony.

– Mniejsza oto – rzekł, uśmiechając się zzadowoleniem. – Wtej chwili najważniejszą sprawą jest hemoglobina ijej odczynnik. Nie wątpię, że panowie pojmą całą doniosłość mojego odkrycia.

– Jest niewątpliwie ważne dla nauki chemii – odparłem – ale zpunktu widzenia praktycznego...

– Jak to, panie doktorze, ależ od wielu lat nie dokonano odkrycia, które miałoby takie praktyczne znaczenie dla celów sądowo-lekarskich! Czyż pan nie widzi, że jest to niezawodny sposób rozpoznawania plam pochodzących od krwi? Proszę, niech pan podejdzie do stołu! – iw zapale chwycił mnie za rękaw ipociągnął do stołu, przy którym pracował. – Weźmy trochę świeżej krwi – rzekł, ukłuł się wpalec lancetem ikroplę krwi, która wytrysła, zebrał wmałą rurkę. – Teraz wlewam tę kropelkę krwi do litra wody. Jak pan widzi, woda pozostaje zupełnie czysta. Stosunek krwi nie może przewyższać jednej milionowej części. Nie wątpię wszakże, iż będziemy mogli otrzymać reakcję charakterystyczną.

Mówiąc to, wrzucił do naczynia zwodą kilka białych kryształów, apotem dodał parę kropel przezroczystego płynu. Wjednej chwili zawartość naczynia przybrała ciemną barwę mahoniową, ana dnie naczynia szklanego ukazał się brunatny osad.

– Ha! ha! – zawołał Holmes, klaszcząc wręce jak dziecko zachwycone nową zabawką. – Icóż pan na to?

– Zdaje się, istotnie, że to odczynnik bardzo czuły – zauważyłem.

– Świetny! Znakomity! Dawniej przy pomocy gwajakolu można było otrzymać ztrudnością jakie takie wyniki, ito jeszcze bardzo niepewne. Rozbiór mikroskopowy krwi nie jest bynajmniej ściślejszy, anie ma wprost żadnej wartości, jeśli plamy mają kilka godzin. Tymczasem mój odczynnik działa równie dobrze bez względu na to, czy krew jest świeża, czy stara. Gdyby był znany wcześniej, setki ludzi, spacerujących swobodnie po kuli ziemskiej, byłoby już dawno ukaranych za popełnione przestępstwa.

– Istotnie – szepnąłem.

– Jest to punkt główny wszystkich niemal spraw kryminalnych. Często bywa, że podejrzenie pada na człowieka wkilka miesięcy po spełnieniu zbrodni. Eksperci badają tedy jego bieliznę albo ubranie iznajdują brunatne plamy. Co to za plamy? Od krwi, błota, rdzy czy soku owocowego? Pytanie to wprowadziło wniemały kłopot niejednego biegłego, adlaczego? Dlatego, że nie było niezawodnego odczynnika. Teraz mamy odczynnik Sherlocka Holmesa iwszelka niepewność jest odtąd wyłączona.

Oczy jego iskrzyły się, gdy mówił, askończywszy, przyłożył dłoń do serca izłożył ukłon, jak gdyby dziękował jakiemuś urojonemu, oklaskującemu go tłumowi.

– Należą się panu gratulacje – rzekłem, zdziwiony jego uniesieniem.

– Ot, na przykład sprawa von Bischoffa we Frankfurcie w zeszłym roku. Byłby niewątpliwie powieszony, gdyby ten odczynnik już istniał. AMason zBradfordu, asłynny Müller, aLegévre zMonpellier, albo Samson zNowego Orleanu? Mógłbym wymienić cały szereg spraw, wktórych mój odczynnik odegrałby decydującą rolę.

– Ależ pan jest chodzącym kalendarzem zbrodni – wtrącił Stamford ze śmiechem. – Mógłby pan wydawać pismo pod tytułem: „Nowiny policyjne zprzeszłości”.

– Ręczę panu, że byłyby bardzo zajmujące – odparł Sherlock Holmes, przylepiając plasterek na rankę, zrobioną wpalcu lancetem. – Muszę być ostrożny – ciągnął dalej, zwracając się do mnie zuśmiechem ipokazał mi dłoń pozalepianą wróżnych miejscach plasterkami ipełną plam od silnych kwasów.

– Przyszliśmy tu wpewnej sprawie – rzekł wreszcie Stamford, siadając na wysokim trójnogu ipodsuwając mi nogą drugi. – Ten oto mój przyjaciel szuka mieszkania, aże pan skarżył się, iż nie może znaleźć współlokatora. Pomyślałem sobie, że dobrze by było was skojarzyć.

Sherlock Holmes przyjął zzapałem myśl wspólnego zamieszkania ze mną.

– Mam na widoku lokal przy Baker Street – rzekł. – Jak stworzony dla nas. Mam nadzieję, że panu nie przeszkadza woń silnego tytoniu?

– Sam palę tylko tytoń „okrętowy” – odparłem.

– Doskonale. Uprzedzam pana, że zawsze pełno umnie różnych chemikaliów iże niekiedy robię doświadczenia. Czy to panu nie będzie przeszkadzało?

– Bynajmniej.

– Chwileczkę... niech się zastanowię nad tym, jakie mam jeszcze wady niemiłe dla współlokatora... A!... miewam napady czarnej melancholii, awówczas całymi dniami nie otwieram ust. Proszę wtedy nie przypuszczać, że dąsam się na pana. Proszę mnie zostawić wspokoju iniebawem powrócę do równowagi. Ateraz na pana kolej. Cóż mi pan powie osobie? Uważam bowiem, że skoro dwaj ludzie mają razem zamieszkać, lepiej jest, aby zgóry uprzedzili się wzajemnie oswoich wadach.

Roześmiałem się ztego badania.

– Mam szczeniaka, brytana – odrzekłem – protestuję przeciw wszelkim hałasom, gdyż nerwy moje są bardzo rozstrojone, wstaję orozmaitych niemożliwych godzinach ijestem niesłychanie leniwy. Posiadam jeszcze całą serię innych wad, gdy jestem zdrów, ale na razie te są najważniejsze.

– Czy grę na skrzypcach włącza pan do kategorii hałasów? – zapytał zpewnym niepokojem.

– Zależy... – odparłem. – Dobra gra na skrzypcach jest rozkoszą dla bogów, gdy tymczasem rzępolenie...

– O! to znakomicie! – zawołał wesoło. – Zdaje mi się, że możemy uważać sprawę za ubitą... to jest, jeśli lokal spodoba się panu.

– Kiedy go obejrzymy?

– Niech pan wstąpi po mnie tutaj jutro wpołudnie, pójdziemy razem – odparł.

– Doskonale... wpołudnie, punktualnie – rzekłem, ściskając dłoń Holmesa.

Pozostawiliśmy go wśród retort ibutelek iskierowaliśmy się wstronę mojego hotelu.

– Ale, ale – rzekłem nagle, zatrzymując się izwracając się do Stamforda – skąd on, ulicha, wiedział, że powróciłem zAfganistanu?

Mój towarzysz uśmiechnął się zagadkowo.

– Jest to właśnie jeden zjego osobliwych przymiotów – odrzekł. – Niemało ludzi już łamało sobie głowę nad tym, wjaki sposób Holmes odgaduje rozmaite rzeczy.

– Oho! Awięc jest wtym jakaś tajemnica? – zawołałem, zacierając dłonie. – To zaczyna być zajmujące. Jestem panu bardzo wdzięczny za tę znajomość. Najwłaściwszym sposobem studiowania ludzkości jest stopniowe studiowanie różnych jednostek.

– A więc niech pan przestudiuje tę jednostkę – rzekł Stamford, żegnając się ze mną. – Uprzedzam tylko, że będzie to zadanie niełatwe do rozwiązania. Założę się, że niebawem on będzie wiedział opanu więcej niż pan onim. Do widzenia!

– Do widzenia! – odparłem iruszyłem wdalszą drogę do hotelu, na serio zaintrygowany osobą mojego nowego znajomego.

Rozdział II.Sztuka dedukcji

Następnego dnia spotkaliśmy się oumówionej godzinie iobejrzeliśmy mieszkanie przy Baker Street 221 b, októrym mówił Holmes. Składało się zdwóch wygodnych sypialni iz jednej obszernej, elegancko umeblowanej bawialni odwóch dużych oknach. Lokal był pod każdym względem ponętny, acena wydawała się tak umiarkowana, skoro mieliśmy ją płacić we dwóch, że dobiliśmy targu na miejscu. Ponieważ mieszkanie było wolne, przeto tego samego wieczoru przeniosłem rzeczy zhotelu, anastępnego dnia rano przyjechał Sherlock Holmes ze skrzyniami ikuframi. Przez kilka dni byliśmy gorliwie zajęci odpakowywaniem, ustawianiem iukładaniem naszych rzeczy. Po czym, ukończywszy pracę, zaczęliśmy myśleć osprawach gospodarczych iprzyzwyczajać się stopniowo do nowego otoczenia.

Holmes nie był bynajmniej człowiekiem trudnym wpożyciu. Spokojny wobejściu, prowadził życie systematyczne. Rzadko kiedy kładł się spać po dziesiątej, az rana, zanim ja wstałem, on już, zjadłszy śniadanie, wychodził. Niekiedy spędzał całe dni wpracowni chemicznej, innym razem wsali sekcyjnej, abywało, że wybierał się na długie przechadzki po najnędzniejszych zaułkach miasta. Trudno sobie wyobrazić całą siłę jego energii, gdy był wokresie czynu; ale od czasu do czasu przychodziła reakcja, awówczas całymi dniami leżał na kanapie wbawialni, bez słowa ibez ruchu prawie. Wchwilach podobnych zauważyłem tak senny, bezmyślny wyraz wjego oczach, że byłbym niewątpliwie posądził go oużywanie jakiegoś narkotyku, gdyby nie jego wzorowa wstrzemięźliwość iprzykładny tryb życia.

Mijały tygodnie, aciekawość moja wzmagała się stopniowo – jaki był właściwie zawód mojego współlokatora, jakie miał cele wżyciu? Zresztą sama jego postać mogła zwrócić uwagę najobojętniejszego obserwatora. Wysokiego wzrostu, miał przeszło sześć stóp, abył tak szczupły, że wydawał się jeszcze wyższy. Oczy miał bystre, przenikliwe, tylko nie podczas owych napadów odrętwienia, októrych wspominałem. Nos cienki, zakrzywiony jak dziób drapieżnego ptaka, nadawał twarzy jego wyraz stanowczy iczujny. Podbródek, wystający ikwadratowy, był również cechą charakterystyczną człowieka silnej woli. Ręce miał zawsze poplamione atramentem ipoparzone gryzącymi kwasami, przy tym posiadał nadzwyczajną zwinność palców ilekki dotyk, oczym przekonałem się niejednokrotnie, patrząc, jak manipulował kruchymi narzędziami fizycznymi.

Wyznaję szczerze, że człowiek ten intrygował mnie niesłychanie iże wielokrotnie usiłowałem przeniknąć tajemnicę, jaką się otaczał. Należy uprzytomnić sobie, że życie moje było bezczynne iniewiele rzeczy zajmowało moją uwagę.

Zdrowie pozwalało mi wychodzić tylko podczas wyjątkowo sprzyjającej pogody, nie miałem znajomych, którzy przyszliby mnie odwiedzić iprzerwać jednostajność takiego uciążliwego trybu życia. Wobec takich okoliczności schwyciłem skwapliwie sposobność zapełnienia czymkolwiek czasu isnułem najrozmaitsze domysły co do swego towarzysza.

Medycyny nie studiował. Potwierdził sam, wodpowiedzi na zapytanie oto, co mi onim wtym względzie powiedział Stamford. Książki, które czytywał, nie były ujęte wjakiś system, pozwalający mu czynić postępy wpewnej określonej gałęzi wiedzy lub utorować specjalną ścieżkę do świata nauki. Jednakże jego zapał do pewnych studiów był istotnie niezwykły, ajego wiadomości, wychodzące poza obręb utartych granic, były tak obszerne idokładne, że uwagi jego wprawiały mnie nieraz wzdumienie. Oczywiście – myślałem – nikt nie będzie pracował tak usilnie ani usiłował zdobyć tak dokładnych wiadomości wpewnych kierunkach, jeśli nie ma na widoku jakiegoś określonego celu. Nikt nie będzie obciążał umysłu przeróżnymi podrzędnymi wiadomościami, nie mając po temu ważnych powodów.

Jego ignorancja wpewnych sprawach była równie zdumiewająca, jak jego wiedza winnych. Zdziedziny literatury współczesnej, filozofii ipolityki wiedział tyle co nic. Gdy przytoczyłem pewnego razu Tomasza Carlyle'a, Holmes zapytał mnie najnaiwniej wświecie, kto to taki ico on zrobił. Zdumienie moje wszakże dosięgło szczytu, gdy wykryłem przypadkiem, że nie miał pojęcia oteorii Kopernika ani oUkładzie Słonecznym. Fakt, że wkońcu XIX wieku istniał człowiek cywilizowany, który nie wiedział, że ziemia obraca się dokoła słońca, wydawał mi się tak niesłychany, że nie mogłem wprost temu uwierzyć.

– Jest pan, jak widzę, zdziwiony – rzekł, uśmiechając się na widok mego osłupienia. – Ale teraz, skoro już wiem, dołożę wszelkich starań, żeby otym zapomnieć.

– Żeby zapomnieć?

– Widzi pan – objaśniał – mózg człowieka jest dla mnie niby strych, który każdy winien umeblować według własnego wyboru. Głupiec zapcha go tandetą, jaka mu się nawinie pod rękę, tak że na wiadomości, które mógłby mu przynieść istotny pożytek, nie będzie miejsca albo wnajlepszym razie znajdą się wtakim chaosie wraz zróżnymi rzeczami, że gdy nastręczy mu się sposobność skorzystania znich, już ich wcale nie zdoła odnaleźć. Natomiast pracownik zapobiegliwy jest bardzo ostrożny wzapełnianiu swego strychu mózgowego. Umieści wnim tylko te narzędzia, które mogą mu być użyteczne wpracy, ale ma ich dobór obfity iwzorowo uporządkowany. Błędne jest mniemanie, że ta mała izdebka ma rozciągliwe ściany, które można dowolnie rozszerzyć. Niech mi pan wierzy, iż nadchodzi czas, kiedy wzamian za każdy nowy dodatek do swej wiedzy człowiek zapomina coś, oczym wiedział poprzednio. Stąd też niesłychanie ważne jest, aby fakty niepotrzebne nie wypierały zmiejsca pożytecznych.

– Ależ Układ Słoneczny! – zaprotestowałem.

– A mnie cóż on obchodzi – przerwał niecierpliwie. – Powiada pan, że obracamy się naokoło słońca. Gdybyśmy się obracali dokoła księżyca nie zrobiłoby mi to najmniejszej różnicy inie miałoby najmniejszego wpływu na moje prace.

Zamierzałem spytać go, jakie właściwie są te prace, ale coś nieuchwytnego wjego zachowaniu wskazało mi, że pytanie takie byłoby na razie niewłaściwe. Gdy wyszedł, zacząłem się zastanawiać nad tą krótką rozmową iwysuwać zniej wnioski. Holmes powiedział, że nie stara się onabycie wiadomości niedotyczących jego celu. Azatem wszystkie te, które posiada, są mu pożyteczne. Wyliczyłem sobie wmyśli wszystkie przedmioty, zktórymi wydawał mi się wyjątkowo dobrze obznajmiony. Wziąłem nawet ołówek ispisałem je, agdym skończył, nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu na widok dokumentu, jaki sporządziłem. Brzmiał, jak następuje:

Streszczenie wiedzy Sherlocka Holmesa

Literatura – nieznajomość zupełna.

Filozofia – nieznajomość zupełna.

Astronomia – nieznajomość zupełna.

Polityka – znajomość mierna.

Botanika – wiadomości nierówne. Obznajmiony doskonale ze wszystkim co dotyczy belladony, opium i





trucizn w





ogóle. Nie ma pojęcia o





ogrodnictwie praktycznym.

Geologia – wiadomości praktyczne, lecz ograniczone. Odróżnia od pierwszego rzutu oka różne gatunki gruntu. Po powrocie z





przechadzek pokazywał mi niejednokrotnie plamy na spodniach i





objaśniał, jak po barwie i





składzie poznaje, z





jakiej dzielnicy Londynu pochodzi każda plama.

Chemia – wiadomości bardzo gruntowne.

Anatomia – wiadomości dokładne, ale niesystematyczne.

Literatura sensacyjna – znajomość niesłychana. Zdaje się, że wie o





każdym szczególe każdej zbrodni popełnionej w





ciągu wieku.

Gra dobrze na skrzypcach.

Jest wyśmienitym bokserem, fechtuje się świetnie.

Zna dobrze przepisy kodeksu brytyjskiego.

Ale zaledwie skończyłem ten spis, ze złością wrzuciłem go wogień.

„Zamiast męczyć się nad tym – pomyślałem – do czego może prowadzić taki zbiór przeróżnych wiadomości ijakiego jest rodzaju zawód, wktórym się mogą przydać, lepiej od razu zrezygnować”.

Wspomniałem, że Holmes grał dobrze na skrzypcach. Miał istotnie duży talent, ale objawiał go wsposób równie ekscentryczny, jak wszystkie inne wiadomości. Wiedziałem dobrze, że grał wprawnie utwory niełatwe, gdyż na moje prośby grywał mi pieśni Mendelsohna i inne sławne kompozycje. Gdy wszakże brał skrzypce zwłasnego popędu, rzadko kiedy grał jak się należy. Siedział najczęściej wyciągnięty wfotelu, zamykał oczy ibrzdąkał po strunach skrzypiec, które kładł na kolanach. Niekiedy wydobywał dźwięki łagodne ismętne, niekiedy struny rozbrzmiewały wesoło, energicznie. Najwidoczniej odpowiadał wten sposób na swoje najskrytsze myśli; ale czy ta muzyka miała na celu podniecić jego wyobraźnię, czy też wynikała zchwilowego kaprysu – nie potrafię powiedzieć.

Zbuntowałbym się niechybnie przeciw tym denerwującym popisom, gdyby nie to, że zazwyczaj kończył rzępolenie odegraniem całego szeregu moich ulubionych utworów, chcąc tym niewątpliwie wynagrodzić mi owo wystawienie na próbę mojej cierpliwości.

Przez pierwszy tydzień nikt nas nie odwiedził izacząłem przypuszczać, że mój współlokator jest człowiekiem równie osamotnionym jak ja. Stopniowo jednak przekonałem się, że ma dużo znajomych, ito we wręcz przeciwnych sferach towarzyskich. Zauważyłem między innymi niskiego, szczupłego mężczyznę, obladej twarzy, czarnym, przeszywającym oku, którego głowa przypominała szczególnym kształtem łeb szczura. Przychodził dwa, trzy razy na tydzień, aHolmes przedstawił mi go jako pana Lestrade'a.

Pewnego ranka przyszła młoda, wytwornie ubrana dziewczyna isiedziała uHolmesa przeszło pół godziny. Tego samego dnia po południu zjawił się siwy jegomość wwytartym ubraniu, który wyglądał na Żyda-handlarza iwydawał mi się bardzo wzburzony. Niezwłocznie prawie po nim ukazała się stara kobieta wpodartych trzewikach. Innym razem jakiś stary, siwowłosy pan miał naradę zmoim współlokatorem, anazajutrz przyszedł urzędnik kolejowy, którego poznałem po mundurze. Ilekroć zjawiał się taki dziwaczny gość, Sherlock Holmes prosił mnie, abym mu pozwolił korzystać zbawialni, aja wówczas zamykałem się wswojej sypialni. Tłumaczył się zawsze iprzepraszał mnie za to. „Ten pokój – mówił – musi mi służyć za biuro; ci wszyscy ludzie to moi klienci”. Byłbym znów mógł skorzystać ztej sposobności izapytać go znienacka, ale wrodzona delikatność powstrzymała mnie od zmuszenia go do zwierzeń. Nadto zczasem zacząłem przypuszczać, że Holmes ma jakieś specjalne powody do pomijania milczeniem swego właściwego zajęcia; niebawem wszakże sam wyprowadził mnie zbłędu.