Opis

Czy granice wolności słowa istnieją?

 

Książka nominowana do najbardziej prestiżowej szwedzkiej nagrody literackiej –  Nagrody Augusta w kategorii Literatura faktu w 2016 roku.

 

Niklas Orrenius przez rok towarzyszył Larsowi Vilksowi, kontrowersyjnemu szwedzkiemu artyście, wokół którego zrobiło się głośno, kiedy w 2007 roku narysował karykaturę Mahometa. Bluźnierczy rysunek ściągnął na niego i Szwecję gniew muzułmanów.

 

Od tego momentu Vilks stał się oficjalnie wrogiem islamu, a radykalne organizacje nawołują do zabicia artysty. Kiedy doszło do pierwszego zamachu, Vilksowi przyznano stałą ochronę policji. Tym samym stał się „artystą radioaktywnym”, więźniem we własnym kraju i we własnym domu.

 

Działania artystyczne Vilksa są trudne w ocenie, szczególnie w takim kraju jak Szwecja, tak ceniącym swoje wartości: demokrację, wolność słowa i sekularyzację.

 

W reportażu, który prowadzi nas od pogrążonego w terrorze Paryża przez Kopenhagę i Oslo, do Sztokholmu, Örebro i Höganäs Niklas Orrenius tworzy portret współczesności, w której panuje coraz ostrzejszy ton debaty i nigdy nie da się zapomnieć o przemocy. „Strzały w Kopenhadze” to wstrząsająca opowieść o naszej epoce, w której coraz więcej miejsca zajmuje ekstremizm muzułmański, nacjonalizm oraz wszelkie formy rasizmu.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 481

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 4 min

Lektor: Adam Bauman

Popularność


Tytuł oryginału: Skotten i Köpenhamn: ett reportage om Lars Vilks, extremism och yttrandefrihetens gränser

Copyright © Niklas Orrenius, 2016

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Tubylewicz, 2018

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Justyna Wodzisławska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © Freya Ingrid Morales/Anadolu Agency/Getty Images

ISBN 978-83-7976-971-1

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

Niektóre szczegóły dotyczące prywatnego

wstęp.zamachy w kopenhadze, zamachy w paryżu

Lars Vilks leży na podłodze z kafelków w chłodni w Kopenhadze. Marznie, jest mu niewygodnie. Przed sobą ma poukładane jedna na drugiej skrzynki z piwem marki Tuborg. We wnęce przy wyjściu stoi policjant z odbezpieczoną bronią. Ktoś wrzeszcząc, dobija się do drzwi. To jeszcze jeden policjant. Zostaje wpuszczony, trzyma w rękach uniesiony do góry pistolet.

Wygląda na osobę w szoku, myśli Vilks.

Zauważa, że policjant jest ranny. To rana postrzałowa nogi, mężczyzna krwawi. Nie przestaje krzyczeć. Nie opuszcza broni. Słychać zbliżające się syreny.

Szwedzki artysta nie czuje strachu, pomimo strzałów, krwi i wrzasków.

Byli już wcześniej napastnicy, którzy próbowali go zabić. Został zaatakowany parokrotnie, potem przenoszono go do bezpiecznego pomieszczenia. Jednak teraz, kiedy leży w chłodni z nogami w dżinsach przyciśniętymi do podłogi, nie może odpędzić myśli, że tym razem jest inaczej. To, co się dzieje teraz, jest poważniejsze od wszystkiego, co zdarzyło się wcześniej.

Teraz wszystko się zmieni, myśli Vilks.

Kilka minut wcześniej: siedzi w sali wykładowej obok chłodni i słucha wykładu Inny Szewczenko, aktywistki ­FEMEN-u. Ukraińska feministka jest dziś drugą osobą występującą w centrum kultury Krudttønden. Seminarium nosi tytuł Sztuka, bluźnierstwo i wolność słowa. Szewczenko wskazuje Vilksowi i ponad trzydzieściorgu pozostałym słuchaczom na problem ale-osobowości:

– Ludzie ci mają zwyczaj mówić: „Wolność słowa – oczywiście tak, ale…”. Owo „ale” jest słowem kluczowym.

Seminarium zostało zorganizowane przez Komitet Larsa Vilksa – stowarzyszenie założone przez duńskich dziennikarzy i publicystów, by wspierać szwedzkiego artystę, na którego wydano wyrok śmierci.

Centrum Krudttønden znajduje się w dużym i zielonym parku Fælledparken w dzielnicy Østerbro. To stary ceglany budynek z XIX wieku, kiedyś znajdowały się w nim stajnie wojskowe. Wchodził w skład koszarów. W roku 1990, gdy z budynku nie korzystało już wojsko, został przebudowany i przekształcony w gminne centrum kultury, w którym odbywają się między innymi wydarzenia muzyczne i teatralne. Organizowane są tu koncerty jazzowe, działają kluby taneczne. Komitet Larsa Vilksa wynajmuje tutaj salę na swoje spotkania.

Vilks siedzi na scenie przy niewielkim stoliku, obok niego policjant z duńskich służb specjalnych – dzisiaj to jeden z jego ochroniarzy. Artysta wygląda jak zwykle: pognieciona jasnoniebieska koszula, pod spodem biały podkoszulek, niebieskie dżinsy, mocne okulary w grubych czarnych oprawkach. Siwe potargane włosy.

Za chwilę przyjdzie kolej na jego wypowiedź. Szewczenko kontynuuje przez mikrofon przemyślenia na temat wolności słowa oraz ale-osobowości:

– Dlaczego wciąż mówimy „ale”, kiedy…

Paf!

Strzał! Inna Szewczenko natychmiast rozumie, co się dzieje. Rzuca się na ziemię. Następuje kanonada, kolejne: paf-paf-paf-paf-paf-paf!, strzałów jest coraz więcej, nie mają końca. Terrorysta znajduje się na ulicy przed budynkiem. Strzela ze skradzionego karabinu maszynowego Mannlicher M95, standardowej broni duńskiej armii.

Omar el-Hussein to dobrze zbudowany dwudziestodwulatek ubrany w granatową kurtkę i ciemne spodnie. Twarz zasłonił jasnoczerwoną arafatką. Zanim zaczął strzelać, próbował otworzyć drzwi do sali wykładowej prowadzące prosto z ulicy. Naciskał klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz. Teraz przeszedł kilka metrów, do głównego wejścia budynku, żeby tamtędy spróbować dostać się do środka.

We foyercentrum kultury znajduje się sześciu policjantów zabezpieczających spotkanie Komitetu Vilksa, które ma wysoki stopień ryzyka. Dwóch z nich to szwedzcy ochroniarze artysty, dwóch należy do duńskich służb specjalnych PET, są jeszcze dwaj zwykli duńscy policjanci. Za blatem bufetu we foyerstoi dwóch barmanów gotowych do sprzedawania piwa, kawy i drinków.

Kiedy Omar el-Hussein podnosi karabin i naciska spust, ma zapewnioną dobrą widoczność, szyby drzwi wejściowych są duże. Trafia mundurowego PET w ramię, a drugiego duńskiego policjanta w udo. Kolejni dwaj zostają zranieni odłamkami szkła. Barmani chronią się za bufetem i nie doznają obrażeń.

W sali wykładowej czarne kotary zasłaniają okna wychodzące na foyer. Dlatego publiczność w środku nie widzi, co się dzieje, gdy mężczyzna z bronią automatyczną przystępuje do ataku. Za to słyszy. Strzały, tłukące się szkło, krzyki.

– Uciekaj, Lars! Szybko!! Już!!! – wrzeszczy duński policjant siedzący obok Vilksa.

Szturcha go, popycha przed sobą przez całą salę w stronę niedużej chłodni na drugim końcu pomieszczenia. Lars potyka się o krzesło, upada, policjant popycha go dalej, Vilks pełznie po podłodze, szybko, szybciej. Pośpiech sprawia, że w chłodni ląduje też Helle Merete Brix, dziennikarka zajmująca się kulturą, przewodnicząca Komitetu Larsa Vilksa. Po drodze zalicza mocne uderzenie w plecy. „Nie mogę już szybciej biec!” – myśli.

Drzwi do chłodni zamykają się. Lars Vilks i Helle Merete Brix dostają od policjanta polecenie, żeby wpełzli pod nieduży stół.

Dziennikarka leży teraz na podłodze chłodni, jest zszokowana. W całym jej ciele krąży adrenalina. Zimno podłogowych płytek przeszywa nogi w czarnej spódnicy i czarnych kozakach. Myśli galopują. Pięćdziesięciosześcioletnia Brix uważa siebie za osobę dość zdystansowaną, która niechętnie przekracza sferę cudzej prywatności. Jednak teraz czuje, że musi kogoś złapać za rękę. Po sekundzie namysłu wyciąga dłoń do mężczyzny obok.

Lars Vilks odpowiada uściskiem, trzymają się za ręce przez długą chwilę. On myśli o strzelaninie. Że nie przypomina jego wyobrażeń o dźwięku naładowanej broni palnej. Raczej fajerwerki.

Odwraca się w stronę Helle Merete Brix.

– Gadają, że po sześćdziesiątce to już koniec życia. Ale nie musi tak być – mówi.

Na zewnątrz zamachowiec kładzie rękę na klamce drzwi do domu kultury. Próbuje dostać się do środka, ale przeszkadzają mu w tym ochroniarze Vilksa. Oddają w jego stronę piętnaście strzałów. Kolejnych kilka dokłada duński policjant. Większość policyjnych kul nie przechodzi przez solidne, laminowane szyby, odbijają się od nich albo utykają w szkle. El-Hussein nie zostaje trafiony – ale ostrzał sprawia, że zawraca i zaczyna uciekać. Szwedzcy ochroniarze otrzymają z czasem za tę akcję medal od komendanta skańskiej policji.

W sali wykładowej, zaledwie metr od strzelaniny, znajduje się ambasador Francji w Danii François Zimeray. Ma pięćdziesiąt trzy lata, jest szczupłym mężczyzną o żywym spojrzeniu z ciemnymi kręconymi włosami, które na skroniach zaczynają już siwieć. Nie jest typowym dyplomatą, bardziej aktywistą, który przez całe dorosłe życie angażował się w walkę o prawa człowieka.

Seminarium Komitetu Vilksa odbywa się kilka tygodni po atakach terrorystycznych w Paryżu, na „Charlie Hebdo” i na żydowski sklep spożywczy Hyper Cacher. Zimeray był wtedy zdumiony i wzruszony reakcjami Duńczyków. Tysiące ludzi zebrały się przed francuską ambasadą na Kongens Nytorv z pochodniami, kwiatami i kondolencjami.

Ambasador ma zwyczaj powtarzać, że jest „trochę leniwy”. Jednak chociaż seminarium z udziałem Vilksa odbywa się w sobotę, dyplomata nie potrafił odmówić przyjścia, gdy dostał zaproszenie. Zwłaszcza że zna liderkę FEMENU-u Innę Szewczenko. W swojej wcześniejszej roli ambasadora do spraw praw człowieka pomógł jej uzyskać francuską wizę. Chce posłuchać jej wystąpienia.

Przyjeżdża do centrum kultury na rowerze. Potem będzie się zastanawiał nad tym wyborem środka transportu. W oczach ambasadora rower to symbol otwartości. Na rowerze jeżdżą ludzie beztroscy.

– Wydaje mi się, że nawet nie przypiąłem tego roweru do stojaka.

Po pierwszym strzale ambasador, podobnie jak Lars Vilks, myśli, że to petardy albo fajerwerki. Po trzecim strzale rozumie: to jak w „Charlie Hebdo”. Rzuca się na podłogę. To już koniec, myśli. Słyszy więcej strzałów. Czeka na śmierć. Potem widzi, że komuś z publiczności udało się otworzyć zamknięte na klucz drzwi na ulicę. Wstaje i wybiega razem z innymi. Skręca w prawo. Wpada na klatkę schodową i tam się chowa.

Reżyser filmowy Finn Nørgaard to inny uczestnik seminarium, który także wydostał się z lokalu. Finn Nørgaard wybiera inną drogę niż większość uciekających: biegnie w lewo. Tuż za nim jest Omar el-Hussein. Zamachowiec strzela Nørgaardowi w plecy. Z bliska.

Kiedy kilka minut później Zimeray opuszcza kryjówkę na klatce schodowej i ostrożnie kieruje się z powrotem w stronę Krudttønden, zauważa Nørgaarda leżącego na chodniku. Reżyser nie żyje. Atak terrorystyczny ma pierwszą śmiertelną ofiarę.

Podczas gdy z ciała Nørgaarda uchodzi życie, Vilks wciąż jest zamknięty w chłodni razem z Helle Merete Brix.

Odkąd jego rysunek Profeten Muhammed som rondellhund (Prorok Mahomet jako pies na rondzie) stał się w 2007 roku znany opinii publicznej, organizacje terrorystyczne takie jak Al-Kaida czy Asz-Szabab nawołują swoich zwolenników do zabicia szwedzkiego artysty. Z tego powodu Vilks tak przywykł do życia z uzbrojonymi ochroniarzami, że nazywa ich „swoją rodziną” lub „chłopakami”. Zdarza się, że ochroniarze doradzają Vilksowi, który często ledwo wiąże koniec z końcem, gdzie kupić tańszą polędwicę oraz inne produkty.

Rozumie, dlaczego został wepchnięty do chłodni. Ochroniarze mają za zadanie dopilnować jego bezpieczeństwa. Jednak minęło już ponad pół godziny od strzelaniny. Siedemdziesięcioletnie ciało Vilksa zaczyna protestować przeciw niewygodnej pozycji, w której przymusowo tkwi razem z dziennikarką.

Do niewielkiego pomieszczenia wchodzi jeden z jego szwedzkich ochroniarzy. Z zewnątrz słychać głosy, już spokojniejsze niż wcześniej. Vilks i Brix podejmują próbę wstania z podłogi. Zauważa to jeden z policjantów.

– Nie! Zostańcie na miejscu! – krzyczy.

Przykucają i z powrotem wciskają się pod stół. Wiedzą już, że w strzelaninie rannych zostało kilku policjantów, ale nie dotarła do nich informacja o zabiciu Finna Nørgaarda.

Lars kontynuuje rozmowę z Helle Merete. Lekka ironia staje się ich sposobem na radzenie sobie z sytuacją, która jest i straszna, i absurdalna. Vilks wskazuje ręką znajdujące się przed nimi butelki tuborga:

– Skoro mamy tu jeszcze poleżeć, może powinniśmy sobie otworzyć piwko?

Helle Merete Brix uśmiecha się. Zazwyczaj w ogóle nie pija piwa. Niezobowiązujące komentarze artysty pomagają jej, kiedy leży na zimnej podłodze. Pomagają jej nawet jego kiepskie dowcipy. Dzięki temu udaje się jej powstrzymywać panikę.

W końcu mogą razem wyjść z chłodni. Ochroniarze i duńscy policjanci natychmiast przeprowadzają Vilksa do czekającego nań samochodu.

Brix wchodzi do sali wykładowej. Zdumiona orientuje się, że seminarium na temat wolności słowa i bluźnierstwa ponownie się toczy. Polsko-brytyjska artystka Agnieszka Kołek wygłasza wykład o sztuce niewygodnej. Jeden z organizatorów z Komitetu Larsa Vilksa, Niels Ivar Larsen, dziennikarz piszący o kulturze w „Dagbladet Information”, nakłonił ją, by po ataku wrócić do ustalonego programu.

– W świetle tego, co zaszło, chodziło o pryncypia. Uznałem, że jedyne, co możemy zrobić, to kontynuować – tłumaczył potem Larsen.

Agnieszka Kołek pokazuje zdjęcia w PowerPoincie i mówi o znaczeniu wolności słowa. Niewielu uczestników seminarium zdaje się jej słuchać. Większość patrzy w swoje telefony komórkowe i wysyła wiadomości do bliskich. Są uwięzieni w miejscu przestępstwa – policja blokuje teren wokół centrum Krudttønden. François Zimeray naciska ikonkę Twittera w komórce. „Still alive in the room – pisze na oficjalnym Twitterowym koncie ambasady @francedk. – Żyję, jestem w sali wykładowej”.

W końcu przyjeżdża autobus ewakuacyjny, który zabiera uczestników seminarium. Zostają zawiezieni na posterunek policji w Bellahøj. Czekają tam na nich pizza, kawa, psycholog oraz przesłuchanie.

Lars Vilks nie zostaje zawieziony na komisariat autobusem. Mknie przez Kopenhagę w konwoju. Trzy samochody policyjne z migającymi światłami i wyjącymi syrenami. Szybkie tempo. Inne samochody muszą ustąpić im miejsca.

W samochodzie nikt się nie odzywa. To niedobry moment, żeby pytać o coś policjantów, myśli Vilks. Nadal nie wie, że zamachowiec zastrzelił człowieka. Mimo to ogarnia go smutek. Seminarium na temat wolności słowa skończyło się strzelaniną i policyjnymi syrenami – to smutne, myśli. Nie dane mu było wygłosić wykładu o prześladowanej kubańskiej artystce Tani Bruguera.

Smutek przynosi też ulgę. Przez wiele lat Vilks słuchał i czytał o różnych ludziach w Szwecji, którzy podważali sens zapewniania mu tak poważnej ochrony policyjnej. Czy to naprawdę konieczne, żeby wydawać miliony koron na całodobowe zapewnianie bezpieczeństwa artyście? Czy groźby wiszące nad nim nie są trochę rozdmuchane?

Teraz, myśli wśród wycia syren Lars Vilks, mam z głowy ten rodzaj oskarżeń.

Tymczasem zaledwie kilometr od posterunku policji w Bellahøj, w kafejce internetowej Powerplay przed ekranem komputera siedzi Omar el-Hussein. Minęło sześć godzin, odkąd zamordował Finna Nørgaarda. Teraz przygotowuje następny atak. Szuka w internecie informacji o duńskim polityku Mogensie Camrem, znanym z niechęci do islamu i ostrych wypowiedzi.

Przez wiele lat Mogens Camre był socjaldemokratą. W roku 1999 zmienił partię na nacjonalistyczną i antymuzułmańską Duńską Partię Ludową (Dansk Folkeparti). „Przekonanie o istnieniu rozsądnych muzułmanów, którzy wspierają demokrację i prawa człowieka, jest iluzją” – twierdzi. Nazywa muzułmanów piątą kolumną, z którą należy się uporać tak, jak to zrobiono z Hitlerem.

Poczytawszy o Mogensie Camrem, El-Hussein wpisuje w wyszukiwarkę nowe słowo: „Synagoga”.

Ma dwadzieścia dwa lata, urodził się w Danii w rodzinie Palestyńczyków, którzy sami wychowali się w obozie dla uchodźców w Jordanii.

Był trudnym nastolatkiem. Kiedy miał dwanaście lat, jego wychowawca szkolny wezwał rodziców na rozmowę. Opowiedział o tym, jak Omar przeszkadza na lekcjach i jak trudno nad nim zapanować. Mama, biochemik z wykształcenia, pracująca jako laborantka, też uważała, że syn sprawia kłopoty. Za dobre rozwiązanie uznała przeprowadzenie się wraz z nim i jego młodszym bratem do Jordanii, żeby tam Omara „nauczyli rozsądku”. Po trzech latach wrócili do Danii, do dzielnicy Nørrebro w Kopenhadze. Chciała, żeby trzynastoletni już Omar uzyskał duńskie wykształcenie. Niedługo po przeprowadzce zaczął przestawać z ludźmi przestępczego gangu. Kradł samochody i włamywał się do mieszkań. Kilka razy uciekał z aresztu po tym, jak został ujęty przez policję.

Jednocześnie był obiecującym kickbokserem i rozpoczął naukę w liceum, w klasie o profilu humanistycznym. Dobrze mu szło w szkole. Jego dawni nauczyciele i koledzy z klasy, mówiąc o nim, używają słów „inteligentny”, „chętny do dyskusji” i „zdolny”. Ale są i tacy, którzy wspominają jego agresję, nieprzejednanie i nienawiść.

„Szczególnie interesował go konflikt palestyńsko-izraelski. Nie bał się mówić głośno o tym, że nienawidzi Żydów” – wspomina w duńskiej gazecie „Ekstra Bladet” Victor, jeden z kolegów szkolnych Omara.

Jako osiemnastolatek po raz pierwszy został skazany za przestępstwo z użyciem przemocy: pobił rówieśnika. Przerwał naukę w liceum, palił dużo haszyszu i popełniał coraz poważniejsze wykroczenia. Chodził po mieście uzbrojony w nóż, bagnet albo miecz i parokrotnie został skazany za złamanie zakazu posiadania broni.

W roku 2013 pod silnym wpływem narkotyków ugodził nożem mężczyznę, także rówieśnika, którego nigdy wcześniej nie spotkał. Zauważył go w lokalnym pociągu w Kopenhadze i opętany paranoją uznał, że to tamten go wcześniej zaatakował. Dwukrotnie mocno dźgnął mężczyznę: najpierw w udo, potem w pośladek. Ofiara uszła z życiem, ale rany mogły być śmiertelne.

W wieku dwudziestu jeden lat Omar el-Hussein został więc skazany na dwa lata więzienia, była to czwarta odsiadka w jego życiu.

Personel więzienia zauważył zmiany w zachowaniu El-Husseina. Kierownictwo zakładu penitencjarnego uznało, że więzień wykazuje oznaki ekstremizmu i radykalizacji, i w związku z tym skontaktowało się z duńskimi służbami specjalnymi PET, aby je ostrzec. Później PET poinformuje, że Omar el-Hussein „znajdował się na radarze służb specjalnych”, ale nie było powodu, by sądzić, że planuje atak terrorystyczny.

Został wypuszczony z więzienia dwa tygodnie przed seminarium Komitetu Larsa Vilksa. Na profilu na Facebooku zamieszczał filmiki propagandowe organizacji terrorystycznej Państwo Islamskie (ISIS) i zadeklarował lojalność względem jej przywódcy Abu Bakr al-Baghdadiego. (Nie podpisywał się wtedy nazwiskiem, ale pseudonimem „Abu Ramadan al-Muhajir”).

Siedem minut przed rozpoczęciem ataku na seminarium Komitetu Larsa Vilksa umieścił na swoim Facebooku wiadomość po arabsku:

Przyrzekam Abu Bakrowi wierność i posłuszeństwo w pomyślności i niepowodzeniu oraz że nie sprzeciwię się otrzymanym od niego rozkazom, chyba że chodziłoby o popełnienie świętokradztwa.

W Kopenhadze powtarza się ten sam schemat, który można było zobaczyć miesiąc wcześniej w Paryżu: Najpierw zamach na osoby broniące wolności słowa i krytyczne względem religii, potem atak na Żydów.

Poszukiwany przez wszystkich kopenhaskich policjantów Omar el-Hussein wychodzi z kawiarenki internetowej. Udaje się w stronę największej w mieście synagogi na ulicy Krystalgade. Pozbył się już karabinu maszynowego, jest uzbrojony w dwa pistolety.

Wielka Synagoga została zbudowana w roku 1833. To imponujący budynek, który zyskał międzynarodową sławę dzięki swej architekturze zawierającej elementy egipskie. Podczas nazistowskiej okupacji Danii w latach 1940–1945 członkowie gminy żydowskiej z pomocą chrześcijańskich przyjaciół ukryli zwoje Tory w blisko położonym kościele Świętej Trójcy.

Omar el-Hussein nie jest pierwszym terrorystą, który obrał sobie za cel tę synagogę. 22 lipca 1985 roku palestyńska komórka terrorystyczna z bazą w szwedzkiej Uppsali umieściła w niej bombę pełną gwoździ. Eksplozja wybiła wszystkie okna i zniszczyła potężne drzwi synagogi z dębowego drewna. Na szczęście w bożnicy nie było akurat ludzi, ale bomba była tak pokaźna, że siedmiu mieszkańców pobliskiego żydowskiego domu starców odniosło lżejsze rany, gdy eksplozja potłukła szyby w budynku. Niemal w tym samym momencie została zdetonowana jeszcze jedna bomba w innej części Kopenhagi, przed siedzibą amerykańskiego biura lotniczego Northwest Orient. Zabiła przejeżdżającego obok algierskiego rowerzystę i zraniła kolejne dwadzieścia pięć osób. Przed kopenhaskim oddziałem izraelskich linii lotniczych El Al jeden z zamachowców umieścił torbę z trzecią bombą, ale zwróciła na to uwagę jakaś starsza pani: „Młody człowieku, zapomniał pan torby!”. Terrorysta zestresował się i zgarnął bagaż z ładunkiem wybuchowym. Kilku świadków zauważyło potem podenerwowanego mężczyznę z torbą, którą ostatecznie wrzucił do kanału, zanim wsiadł na prom do Malmö, a potem w pociąg do Uppsali. Kiedy po jakimś czasie policja wyłowiła torbę, okazało się, że znajdujący się w niej ładunek był dużo silniejszy od obu bomb, które wybuchły.

W roku 1989 czterech Palestyńczyków zostało skazanych przez Sąd Rejonowy w Uppsali za udział w zamachach kopenhaskich w roku 1985.

Kiedy Omar el-Hussein zbliża się do synagogi, jest tuż po północy. W lokalach gminy panuje podniosły nastrój. Osiemdziesięciu gości zebrało się, by uczcić bar micwę dwunastoletniej dziewczynki – żydowski odpowiednik chrześcijańskiego bierzmowania. Kilka godzin wcześniej El-Hussein przeczytał na stronie gminy, że właśnie tutaj tego wieczoru odbędzie się uroczystość.

Synagoga i siedziba gminy żydowskiej mają ochronę, to wieczór, kiedy cała Kopenhaga mówi o ataku terrorystycznym w Krudttønden. Dan Uzan, trzydziestosiedmioletni członek gminy, stoi przed lokalem w roli ochroniarza. Poza tym oddelegowano tu kilku policjantów, wszyscy pilnują synagogi.

Omar el-Hussein idzie ulicą, zataczając się. Policjanci widzą go i uznają, że jest pijany. Pochyla się, jakby miał zwymiotować. Możliwe, że udaje, iż jest mocno wstawiony, by nie wzbudzić podejrzeń ochrony i policji. (Z pewnością mówi to coś o kulturze picia w Skandynawii). Policjanci nie próbują interweniować i El-Hussein może kontynuować swój pijany spacer, aż znajdzie się obok Dana Uzana. Z odległości jednego metra strzela w głowę członka gminy żydowskiej. Uzan ginie na miejscu.

W strzelaninie, która się wywiązuje, Omar trafia obu policjantów, a sam ucieka z miejsca zbrodni bez szwanku, chociaż jeden z policjantów strzela w jego stronę.

Pościg przybiera na sile. Nocą policja otrzymuje informację o miejscu, w którym przebywa zamachowiec: ukrył się w parku Mjølnerparken w dzielnicy Nørrebro. O godzinie piątej rano kilku policjantów zabija Omara el-Husseina strzałami z broni maszynowej po tym, jak zamachowiec trzykrotnie strzelał do nich.

A Lars Vilks? Po przesłuchaniu w komisariacie zostaje odwieziony do swojego szwedzkiego mieszkania pod tajnym adresem pod opieką zespołu uzbrojonych pracowników służb specjalnych. Policjanci transportują obiekt przez most nad Sundem w kuloodpornym samochodzie.

Przeszło miesiąc wcześniej, w styczniu 2015 roku, ja sam także mknąłem przez ten most – tyle że w przeciwną stronę. Właśnie doszło do masowego mordu w redakcji „Charlie Hebdo” i moja gazeta „Dagens Nyheter” wysłała mnie do Francji, żebym napisał o zamachu. Rzuciłem się do pociągu jadącego z rodzinnego Malmö na kopenhaskie lotnisko Kastrup, by złapać pierwszy lot do Paryża.

W czasie ataku na redakcję „Charlie Hebdo” zostało zastrzelonych dwanaście osób, wśród nich redaktor naczelny Stéphane „Charb” Charbonnier i czterech innych karykaturzystów. Terroryści zamordowali też dwóch policjantów. Jeden z nich był ochroniarzem „Charba”, który od kilku lat znajdował się na tej samej liście skazanych na śmierć co Lars Vilks. Lista została opublikowana przez Al-Kaidę w 2013 roku w jej internetowym piśmie „Inspire”. Organizacja terrorystyczna nakłaniała muzułmanów na całym świecie, by zastrzelili Vilksa, „Charba” i paru innych określanych mianem „wrogów islamu”.

Na lotnisku Charles’a de Gaulle’a wylądowałem kilka godzin po zamachu. Wsiadłem w pociąg do centrum, zameldowałem się w hotelu blisko redakcji „Charlie Hebdo” i wyszedłem w miasto, żeby zacząć pracę.

Na placu Republiki zebrały się już dziesiątki tysięcy ludzi. Wielu z nich wyciągało ku wieczornemu niebu przybory do pisania – ołówki, długopisy i flamastry – by w ten sposób uczcić wolność słowa i pamięć zamordowanych rysowników.

Dziewięć osób niosło elektroniczne tablice z małymi żarówkami, które układały się w świecące litery. Dziewiątka ta szła przez tłum zdecydowanym krokiem w stronę znajdującego się na środku placu wielkiego monumentu z rzeźbą Marianny, narodowego symbolu Francji. Kiedy dotarli do celu, unieśli litery w stronę zebranych. Utworzyły dwa słowa: NOT AFRAID. BEZ LĘKU.

Tłum skandował:

– Liberté, liberté, liberté! Wolność, wolność!

A potem:

– Charlie, Charlie, Charlie liberté!

Zbierało się coraz więcej i więcej ludzi. Rozpacz wywołana przez zamach terrorystyczny i mord na satyrykach zamieniła się w potężną, triumfalną manifestację poparcia dla demokratycznych wartości Republiki Francuskiej.

Na placu spotkałem czterdziestosiedmioletniego robotnika budowlanego i malarza Chiheba Bouanene, który trząsł się z zimna w zbyt cienkiej kurtce. Trzymał w rękach kawałek kartonu, na którym napisał eleganckimi zakrętasami: JESTEM MUZUŁMANINEM. JESTEM CHARLIE HEBDO.

Jak tylko dowiedział się, że terroryści, którzy zaatakowali redakcję, krzyczeli: „Bóg jest wielki!” i „Pomścimy Proroka!”, podjął decyzję. Zrobię tabliczkę, pomyślał. Muszę zrobić tabliczkę i pojechać na plac Republiki.

Ludzie pokochali Chiheba i jego słowa. Starsze panie całowały go w policzek. Młode dziewczyny i chłopcy chcieli sobie robić z nim selfie.

Przyjmował owe wyrazy uznania z mieszaniną radości i przygnębienia. Wyjaśnił, że świadomie odgrywa rolę dobrego muzułmanina w epoce pełnej uprzedzeń i negatywnych uogólnień o wyznawcach islamu. Wzruszając ramionami, powiedział:

– Żyjemy w islamofobicznym świecie. Jeśli mogę zniuansować czyjś obraz muzułmanów, robię to.

Miał na myśli, że należy mierzyć się ze współczesnością taką, jaką ona jest.

Nie sposób żądać od wszystkich muzułmanów, żeby odżegnywali się od terroru w imię islamu – ale Chiheb miał nadzieję, że przedstawiciele meczetów w Paryżu jednoznacznie potępią zamach (co wielu rzeczywiście zrobiło).

Okna mojego hotelowego pokoju wychodziły na plac Republiki. Podczas gdy na zewnątrz śpiewali demonstranci, ja pisałem długi reportaż o „Charlie Hebdo”, długopisach wymierzonych w niebo, o Chihebie Bouanene i o sprzeciwie paryżan. Kiedy wysłałem artykuł do redakcji w Sztokholmie, wyszedłem na dwór i zacząłem spacerować bez celu, w głowie szumiało mi od ustępującego stresu związanego z deadline’em. Nagle w mojej kieszeni zadzwonił telefon.

– Kolejny atak – usłyszałem głos redaktora. – Musisz jechać do Porte de Vincennes we wschodnim Paryżu. Jest tam żydowski sklep, w którym wzięto zakładników.

Pół godziny później stałem pomiędzy kilkoma blokami mieszkalnymi, masywnymi budynkami z lat sześćdziesiątych zeszłego wieku, liczącymi sobie po dwanaście pięter. Ziemia bujała mi się pod stopami, kręciło mi się w głowie. Pracowałem dwie doby bez przerwy na sen i trochę zbyt wiele razy zapomniałem o posiłku.

Na płocie tuż obok tłoczyły się dzieci, wspinały się jedno na drugie w nadziei, że zobaczą coś ciekawego. Ich ulica, jak sięgnąć okiem, została zamknięta dla ruchu. Dziennikarze telewizyjni z fryzurami w stylu CNN i mocnym światłem bijącym w twarz raportowali na żywo tuż obok dzieciaków. Wszędzie policyjne furgonetki.

– Patrz, jeszcze więcej policjantów!

– Wszyscy mają karabiny maszynowe!

Podniecone dzieciaki miały po osiem, dziewięć lat, czasem więcej. Większość chłopców, ale było też kilka dziewczyn. Dzieci mieszkały w blokach przy Porte de ­Vincennes, obok sklepu koszernego Hyper Cacher. Sklep należy do francuskiej sieci marketów wielkopowierzchniowych z asortymentem produktów koszernych, akceptowanych przez religię. Wśród klientów przeważają bogobojni Żydzi.

Usłyszałem, jak jeden ze starszych chłopaków tłumaczył młodszym:

– Kapujecie? To nie przypadek, że ze wszystkich sklepów wybrał ten. To sklep żydowski!

Wszystkie kawiarnie i restauracje w okolicy były zapchane dziennikarzami, na wszystkich stolikach laptopy i aparaty fotograficzne. Trwała walka o gniazdka elektryczne, o podładowanie komórek i innego sprzętu. Goście podłączali się z zawziętymi minami, żeby wysyłać zdjęcia i fragmenty tekstów do swoich rodzimych redakcji. Kelnerki nie odrywały wzroku od znajdujących się w kawiarni ekranów telewizyjnych, które relacjonowały na żywo rozgrywający się tuż obok atak terrorystyczny.

– Skończyły się już wszystkie kanapki i jedzenie. Mamy kawę i piwo – powiedziała jedna z nich, nie spuszczając wzroku z telewizora.

W sklepie Hyper Cacher zamachowiec Amedy Coulibaly też poczuł głód. Ściągnął z półek co trzeba i zrobił sobie „małą kanapkę”, jak opowie później jeden ze świadków.

Kiedy ponownie stanąłem pomiędzy ciężko uzbrojonymi policjantami i ciekawskimi dziećmi, przyszło mi do głowy, że rodzice dzieciaków powinni zabrać je do domu. A zaraz uświadomiłem sobie, że gdyby podobny dramat rozgrywał się w moim sąsiedztwie w Malmö, trudno byłoby utrzymać z daleka mojego dziewięciolatka.

Zaczynało się ściemniać. Coulibaly już od kilku godzin więził zakładników. Zastrzelił trzy osoby, ich ciała leżały na podłodze sklepu. Miał ze sobą cały arsenał broni: kałasznikowa, dwa inne pistolety maszynowe, dwa zwykłe pistolety, ładunek wybuchowy i duży nóż.

– Jestem członkiem Państwa Islamskiego – powiedział zakładnikom. – Nie boję się śmierci.

Jeden z przetrzymywanych dorastał na tym samym przedmieściu Paryża co Coulibaly. Przyjął w sklepie rolę „kolegi”. Rozmawiał z terrorystą i odwracał jego uwagę, podczas gdy inni dyskretnie wysyłali esemesy do znajdującej się na zewnątrz policji.

– Dobry z ciebie kumpel – powiedział, kiedy Coulibaly poczęstował go jedzeniem. – Ale trochę straciłem apetyt.

Amedy Coulibaly był raz przyjazny, raz brutalny.

Strzelił do sprzedawcy Yohana Cohena, kiedy ten wykorzystując chwilę nieuwagi terrorysty, sięgnął po jeden z jego pistoletów i wymierzył go w zamachowca. Kiedy nacisnął spust, broń zacięła się. Coulibaly strzelił mu w głowę. Teraz Cohen leżał pod ścianą, krztusząc się własną krwią.

Brzmi tak, jakby się dusił, pomyślał jeden z zakładników.

– Chcecie, żebym go wykończył? – spytał swoich więźniów Coulibaly.

– Nie – odpowiedziała większość.

Pół godziny później charczenie ustało.

My, którzy byliśmy na zewnątrz, nie wiedzieliśmy na razie nic o tym, co działo się w sklepie. Coulibaly zaciągnął metalowe żaluzje w oknach i nie można było zajrzeć do środka.

Nagle słychać potężną eksplozję. Echo poniosło się między blokami. Potem jeszcze dwa silne wybuchy. Z Hyper Cacher unosił się czarny dym. Po chwili zaczęła bębnić broń maszynowa, tra-ta-ta-ta-ta-ta, z pewnością ze dwadzieścia strzałów. Na piętnaście sekund zapadła cisza. Potem nowa, długa kanonada. Wycie syren. Ze wszystkich stron słychać było krzyki: z miejsca, z którego wydobywał się dym, z balkonów, z ust biegnących policjantów. Gdzieś rozpaczliwie płakała jakaś kobieta.

Dzieci zeszły z płotów. Nie było śladu po ich ekscytacji. Zostało przerażenie w oczach.

– Chodź, idziemy do domu – powiedział cicho jeden chłopiec do drugiego.

Terrorysta został zabity.

Policjant zawołał:

– C’est fini! To koniec!

Ale to nie była prawda.

Kilka tygodni później doszło do zamachu terrorystycznego w Kopenhadze.

– Kiedy giną ludzie, coś się zmienia. Sytuacja robi się poważna – mówi o strzałach w Kopenhadze Lars Vilks.

Dla mnie coś się zmieniło w Paryżu, kiedy ciekawskie dzieci przed Hyper Cacher usłyszały wybuchy.

Przez ponad piętnaście lat pisałem o ekstremizmie i przemocy. Robiłem wywiady z ludźmi pełnymi agresji i niena­wiści, byłem świadkiem wymian ognia, z notatnikiem i długopisem w ręce uchylałem się kulom. Często jest tak, że praca reportera donoszącego o potwornych wydarzeniach ma w sobie coś terapeutycznego. Człowiek jest zmuszony do patrzenia na okrucieństwa i rozmawiania o tym z ludźmi, ale potem, opisując te historie, uwalnia się od nich.

Tym razem w Paryżu nie do końca tak było. Napisałem artykuły i wysłałem je do redakcji w Sztokholmie, a potem wróciłem do domu w Malmö. Jednak eksplozje, dym i kanonady z karabinu maszynowego w Porte de Vincennes zostały we mnie.

Nagle terroryzm nie był już czymś abstrakcyjnym, ale czymś, co ma zapach, co słychać i czuć. Terroryzm śmierdzi dymem i potem paniki, teraz to wiem, jego dźwięk to płacz i eksplozje tak potężne, że masz wrażenie, iż pękają ci błony bębenkowe. Terror stał się dla mnie realny, wżarł się w moją świadomość.

Może ma to związek z codzienną zwykłością okolic Porte de Vincennes. Tak wiele rzeczy przypominało mi tam rodzinne Malmö. Tamtejsze dzieci mogłyby być moimi dziećmi. Moi mogliby być także tamtejsi sąsiedzi.

W tamtej dzielnicy żyją ludzie z korzeniami w różnych częściach świata. Mieszkańcy, których spotkałem, gdy policja dokonała szturmu na sklep i zastrzeliła Coulibaly’ego, byli zszokowani i przerażeni, ale także zdecydowani, że nie pozwolą, by pomiędzy grupami różnych nacji rozprzestrzeniła się podejrzliwość. Brzmieli jak mieszkańcy Malmö podkreślający, że wielokulturowość jest ważną częścią tożsamości ich okolicy i ich samych.

Eve i Al, dwie przyjaciółki, trzydziestolatki, trafiły na policyjne blokady i wybuchy policyjnych granatów hukowych, kiedy wracały z pracy w centrum miasta. Obie należą do narażonych na dyskryminację francuskich mniejszości: Eve jest Żydówką, Al jest czarna.

Eve opowiadała mi, jak ważne jest, żeby paryżanie manifestowali na rzecz demokracji:

– Żydzi, muzułmanie, ateiści, chrześcijanie, wszyscy razem pod flagą humanizmu!

Kiedy Eve mówiła o fladze humanizmu, Al przyglądała się przyjaciółce z boku. Jej spojrzenie było niejednoznaczne, zdawało się wyrażać miłość, ale także smutek. Al powiedziała, że chciałaby demonstrować, ale nie ma odwagi.

– Terroryści chcą wywołać jak najwięcej konfliktów w społeczeństwie. Dlatego zaatakowali sklep żydowski. Boję się, że podczas manifestacji może zdarzyć się coś jeszcze bardziej przerażającego.

– Ale musimy demonstrować – upierała się Eve.

– Wiem – odparła Al. – Jednak ja nie pójdę z tobą.

Pod powierzchnią wydarzeń, z dala od pełnych świateł manifestacji w imię demokracji, kiełkowały też niedowierzanie i teorie konspiracyjne.

Chiheb Bouanene, malarz i pracownik budowlany z tabliczką JESTEM MUZUŁMANINEM. JESTEM CHARLIE HEBDO, spotkał się ze mną następnego dnia przy stacji metra ­Belleville. To pełna życia, wielokulturowa część XX dzielnicy Paryża, która bardzo przypomina Möllevången1 w Malmö. Jest tu małe Chinatown z licznymi chińskimi sklepikami i restauracjami. Charakter okolicy nadają także mieszkający tu liczni imigranci arabscy, głównie z dawnych kolonii francuskich w Afryce Północnej. Jest sporo rzeźni halal i meczetów.

Kiedy szliśmy od stacji metra, Chiheb uśmiechał się. Chciał mnie zabrać do kilku meczetów.

– Wszyscy jesteśmy Francuzami – powtarzał w kółko.

Chciał „budować mosty”, wciągnąć do debaty bywalców meczetów i imamów, usłyszeć, jak wspierają demokratyczne wartości, jak stają w obronie Republiki.

Jego uśmiech szybko zgasł, kiedy zaczęliśmy rozmawiać z ludźmi na chodniku przed meczetem Abou Bakr As Saddiq. Starszy wiekiem, ubrany w elegancki płaszcz członek wspólnoty powiedział nam, że jest w stu procentach pewien, iż atak na „Charlie Hebdo” został przeprowadzony przez „władze państwowe oraz wojsko”.

– Nie słyszeliście, że zabity policjant był muzułmaninem? Miał na imię Ahmed. Żaden muzułmanin nie zabiłby muzułmanina. Wierzcie mi, to wojsko. A potem zwalają wszystko na nas, muzułmanów.

Chiheb odpowiedział elegancikowi:

– Ale rozumie pan chyba, że to jakaś teoria konspiracyjna?

Potem zwrócił się do mnie z wytłumaczeniem:

– On nie może znieść, że coś tak strasznego zrobili muzułmanie. Dlatego zrzuca winę na innych.

Chiheb był oburzony, widać było, że się wstydzi. Chciałem mu przypomnieć, że nie jest odpowiedzialny za to, co robią lub mówią inni ludzie. Nie zdążyłem. Podszedł do nas kolejny z odwiedzających meczet. Jego opinia: za atak na „Charlie Hebdo” odpowiedzialni są Żydzi, wszystko po to, żeby popsuć opinię muzułmanom. Dokładnie tak samo było z zamachami w Stanach 11 września 2001, zdaniem tego samego rozmówcy.

– Cała masa Żydów nie poszła wtedy do pracy. Wiedzieli, co ma się zdarzyć.

Chiheb Bouanene westchnął. Nie był w stanie zaakceptować, że ludzie z jego miasta na poważnie wierzą w antysemickie teorie konspiracyjne.

Rozumiałem go.

Czułem coś podobnego w 2009 roku, w czasie wojny w Strefie Gazy, kiedy do oburzenia na Izrael wplatał się antysemityzm. Do telefonów komórkowych w Malmö wysłana została wtedy następująca grupowa wiadomość:

Personel McDonalds’a podjął decyzję, żeby cały dochód ze sprzedaży w sobotę przekazać Izraelowi. Nie próbujcie jeść u tych pieprzonych Żydów. Nawet Coca-Cola, Fanta i Sprite są w żydowskich rękach. Ich także unikajcie.

Wielu moich znajomych otrzymało ów esemes. Nagle wyraźne się stało, że nawet we współczesnym świecie i wśród młodych ludzi w moim własnym mieście silne są stare antysemickie teorie spiskowe.

Krótko po zamachach w Paryżu i Kopenhadze przeczytałem dyskusję na Facebooku, która sprawiła, że zacząłem się poważnie zastanawiać nad naturą terroru, a także nad tym, jak naprawdę wygląda życie Larsa Vilksa, nad którym wisi wyrok śmierci. Moja znajoma spotkała artystę i jego ochroniarzy na wieczornej dyskusji w centrum sztuki w Malmö. W mediach społecznościowych napisała, że obecność artysty wywołała „oburzenie i niepokój” dużej części publiczności: „Stawiam wam teraz pytanie: Czy Vilks ma takie samo prawo jak inni, żeby przebywać wśród ludzi w publicznych instytucjach? Moim zdaniem ma, ale wiem, że nie wszyscy się z tym zgadzają”.

Rozgorzała żywiołowa dyskusja. Większość komentujących broniła wolności Vilksa i jego prawa do swobodnego poruszania się w przestrzeni publicznej. Kilka osób wyraziło wątpliwości. „To trudne pytanie” – napisała jakaś kobieta. Dodała, że sama na widok Vilksa oddaliła się, ponieważ „jego obecność oznacza zagrożenie”. Jakiś mężczyzna napisał, że „nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś spróbuje go wykończyć… i nie powinno to dotknąć niewinnych”.

Niewinnych, myślę, czytając z rosnącym zainteresowaniem kolejne posty w wątku. Czy oznacza to, że komentujący uważa Larsa Vilksa za winnego?

Winnego czego?

W świecie kultury szwedzkiej Lars Vilks został w zasadzie wykluczony, trafił poza nawias. Narysował proroka Mahometa jako psa. Część muzułmanów przeciw temu zaprotestowała. Poza tym pojawiał się w różnych antymuzułmańskich kontekstach. Wielu uważa, że to wystarczy, by go zniszczyć. Nikt dokładnie nie wie, jakie Vilks ma opinie i przemyślenia oraz jakie wyznaje wartości, ale powszechne jest poczucie, że posunął się za daleko. Że szczuje na muzułmanów.

W czasach, gdy wielu chętnie dzieli ludzi i zjawiska na to, co dobre i to, co złe, Lars Vilks jest interesujący. Jego życiu zagrażają muzułmańscy terroryści z tych samych potężnych ugrupowań, które nienawidzą demokracji, mordują Żydów w Paryżu i w Kopenhadze oraz dokonują rzezi w Iraku i Syrii.

Jednocześnie wśród obrońców Vilksa znajduje się inny gatunek ekstremistów: rasiści używający argumentów na rzecz wolności słowa po to, by podżegać przeciw muzułmanom i imigrantom, ci, którzy klasyfikują ludzi jako niegodnych zaufania niszczycieli społeczeństwa jedynie ze względu na ich religię czy pochodzenie.

Jedni i drudzy ekstremiści wzajemnie się napędzają. Dla Państwa Islamskiego ci, którzy nienawidzą muzułmanów, stanowią doskonałą pomoc w rekrutacji do jego szeregów, zwłaszcza gdy ich wpływy rosną i gdy zajmują coraz więcej miejsca w europejskich parlamentach. Patrzcie, potrafią powiedzieć ludzie werbujący do ISIS, ci z Zachodu depczą po nas, depczą po tobie. Jako muzułmanin w Europie czy USA będziesz zawsze mniej wart. Porzuć to i przyjedź budować z nami kalifat!

A okrutne teatralne mordy Państwa Islamskiego stanowią perfekcyjny materiał dla wypaczonego obrazu muzułmanów, który chcą rozprzestrzeniać najbardziej radykalni fani Vilksa. Podcinanie gardeł, zamachy terrorystyczne, gwałty i czystki etniczne – oto jak wygląda prawdziwa, barbarzyńska natura wyznawców islamu!

Kiedy tak siedzę przed komputerem i czytam facebookowe dyskusje, czuję, że ziarno książki o ekstremizmie, terrorze i różnych rodzajach strachu zostało we mnie zasiane. Czy możliwe jest zbliżyć się do Larsa Vilksa, pomimo potężnego aparatu zbudowanego, by go chronić? A jeśli tak, to czy w ten sposób można się też przyjrzeć naszej epoce, szwedzkiemu społeczeństwu oraz tematom tabu?

1 Malmö zamieszkują przedstawiciele 174 narodowości. Aż jedna trzecia mieszkańców tego miasta urodziła się poza Szwecją. Można się o tym przekonać na placu Möllevångstorget lub w jego okolicach [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

więzień we własnym kraju

NUMER PRYWATNY – głosi napis na ekranie komórki. Jem śniadanie. Od zamachów terrorystycznych w Kopenhadze minęło już prawie pięć miesięcy. Przełykam herbatę i odbieram rozmowę. Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki przedstawia się jako policjant z Biura Ochrony Osób i Mienia Regionu Południe.

Wielu sądzi, że ochroną Larsa Vilksa zajmują się służby bezpieczeństwa, SÄPO2. W rzeczywistości robi to biuro ochrony działające w ramach zwykłej policji. Tuzin pracujących na zmiany policjantów zajmuje się w pełnym wymiarze godzin w zasadzie wyłącznie ochroną artysty. Dzieje się tak od grudnia 2010 roku, kiedy Taimour Abdulwahab z Tranås wysadził się w powietrze w czasie przedświątecznej gorączki zakupowej w Sztokholmie, wcześniej wyjaśniając w formie pisemnej, że „ta świnia Vilks” jest powodem, dla którego pragnie mordować Szwedów.

– Chciał pan spotkać się z Larsem Vilksem – mówi do słuchawki policjant. – Ale nie wypełnił pan formularza, który przesłaliśmy panu e-mailem.

Pół godziny później mam odpowiedzi na pytania dotyczące mojego numeru osobowego, adresu pracodawcy oraz tego, jakiego typu sprzęt planuję wziąć ze sobą na spotkanie z Larsem Vilksem („notatnik, długopis i dyktafon”). Wysłałem też swoje dopiero co zrobione zdjęcie, które zgodnie z instrukcją policji oddaje mój faktyczny wygląd.

Po chwili ponownie dzwoni policjant.

– Przeczytałem pańskie odpowiedzi, wszystko okej. Spróbujemy to dziś przeprowadzić. Proszę stawić się o trzynastej przed sklepem Ica Maxi w Toftanäs.

Jest ciepły lipcowy dzień. Toftanäs znajduje się jakieś pięć kilometrów od centrum Malmö. Pedałuję przed siebie, myśląc, że tego właśnie nie może zrobić Lars Vilks: przejechać się latem rowerem przez centrum miasta. Tuż obok masywnych bloków dzielnicy Rosengård wznosi się minaret największego meczetu w Malmö, Islamic Center. Parę lat temu szef centrum Bejzat Becirov porównał Larsa Vilksa do Adolfa Hitlera. W oczach Becirova obaj to artyści, którzy nadużyli wolności słowa.

Przy Ica Maxi, na prawo od wejścia stoi sprzedawca truskawek. Po lewej stronie siedzi żebraczka w chustce. W oddali trzeszczące radio gra stary szwedzko-duński szlagier Tusen bitar Björna Afzeliusa.

Co się teraz stanie? Czy Vilks pojawi się tutaj, w sklepie? Zerkam na parking, na stojące tam samochody. Czy w którymś z nich siedzi policjant? Czy jestem obserwowany?

O godzinie 13.01 w mojej kieszeni dzwoni telefon. Policja. Nowe instrukcje:

– Idź w stronę domu handlowego Ö&B. Potem jeszcze kilkaset metrów drogą w prawo. Tam stoi nasz samochód.

Na skraju drogi czeka duży czarny SUV. W środku dwóch policjantów. Nie ma Vilksa. Odstawiam rower i wskakuję do środka. Samochód wiezie mnie do niedawno zbudowanego posterunku policji w Toftanäs. Zostaję wprowadzony do puściusieńkiego pokoju. Nic na ścianach, nie ma nawet plastikowego kwiatka na parapecie.

Po chwili wchodzi Lars Vilks, w szortach khaki, sandałach i białym T-shircie z napisem ARX. Arx to jedno z dzieł sztuki Vilksa, ważąca sto pięćdziesiąt ton rzeźba z kamienia i betonu. Artysta jest blady, mimo że mamy środek lata.

– Miło mi cię spotkać – mówi. – Wyjść do ludzi. Przewietrzyć się. Nie mogę przecież nikogo zaprosić do domu.

Siadamy. Wywiad trwa ponad dwie godziny. Potem muszę zrobić przerwę. Mój mózg jest przegrzany. Pusty pokoik wydaje się klaustrofobiczny. Lars Vilks sprawia wrażenie, jakby chciał kontynuować rozmowę. Jest głodny kontaktu. Jego życie z ochroniarzami ma skrajnie uporządkowany charakter.

– Nie jestem wolnym człowiekiem. Spójrz, gdzie siedzimy. To miejsce bardzo przypomina areszt. Tkwię w zamknięciu, mogę wychodzić jedynie w towarzystwie strażnika. Krótki spacer i znowu do środka. A jeśli mam się z kimś zobaczyć, wszystko musi zostać zaplanowane.

Vilks jest więźniem we własnym kraju.

Przez lata spotkałem Larsa Vilksa kilka razy. Tak jak wielu innych dziennikarzy ze Skanii. Od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to Vilks porzucił tradycyjne malarstwo na rzecz sztuki koncepcyjnej, jego sztuka w dużej mierze realizowana była w mediach.

Latem 1976 roku trzydziestoletni Lars jeździł po Skanii wymalowanym w psychodeliczne barwy garbusem z rzeźbą zbudowaną z kartonów po mleku na dachu. Przebrany w dziewiętnastowieczne szaty, w kapeluszu i płaszczu, uzbrojony w dwa pistolety inscenizował pojedynki z publicznymi instytucjami kultury, takimi jak centra sztuki, muzea i ratusze. Wychodząca w Malmö gazeta „Arbetet” tak pisała o „młodym, kontrowersyjnym artyście” i jego pojedynkowym tournée:

Nietypowa przejażdżka rozpoczęła się trochę na północ od Höganäs. Po pojedynkach w Höganäs, Helsingborgu i Landskronie artysta dotarł we wtorek do Malmö, gdzie wyzwał na pojedynek tamtejsze centrum sztuki współczesnej. Głównym celem tournée jest wywołanie debaty na temat współczesnej sztuki oraz pokazanie, że może być ona metodą komunikacji. Pojedynki na pistolety wyglądają w ten sposób, że Lars Vilks wyzywa instytucję na pojedynek, a potem „strzela”. Następnie jako zwycięzca jedzie dalej do kolejnej niekomunikatywnej instytucji kultury.

Kilka miesięcy później uznał, że jego kolorowy garbus z kartonami po mleku na dachu jest dziełem sztuki. Nazwał go Firma Artystyczna – Dzieło L. Vilksa i pokazał na jesiennym salonie Stowarzyszenia Artystów Skanii.

Ogłosił także, że gmina Höganäs jest dziełem sztuki, i umieścił napis SZTUKA przy wjazdach do miasta. Następnie anonsował sprzedaż dzieła sztuki Gmina Höganäs za pięćset koron w kilku ogłoszeniach zamieszczonych w gazetach „Dagens Nyheter” i „Helsingborgs Dagblad”. W „­Expressen” Lars Vilks wyjaśnił, że pragnie, by „ludzie zaczęli się zastanawiać nad tym, czym naprawdę jest Höganäs”: „Miałem taki zamysł, by wystawić to nowe dzieło koncepcyjne obok starych, zwyczajnych obrazów olejnych, które zakupiła gmina. W ten sposób ludzie zostaliby zmuszeni, by zastanowić się, czy aby oni sami nie są także dziełami sztuki” – skonstatował z satysfakcją artysta.

W roku 1980 na plaży w rezerwacie przyrody Kullaberg Vilks zaczął zbijać gwoździami wyrzucone przez morze na brzeg kawałki drewna i stare deski, które miały stać się rzeźbą Nimis (co po łacinie oznacza „zbyt dużo”). Minęły dwa lata, zanim dzieło to zostało odkryte przez instytucje państwowe.

Urząd wojewódzki przyjął twardy kurs i już w roku 1982 zażądał rozbiórki: Nimis to nielegalna budowla, postawiona w sprzeczności z regulaminem rezerwatu i celem jego istnienia. Decyzja ta stała się początkiem trwającego dwie dekady procesu sądowego. Z początku Lars Vilks miał przeciw sobie niemal wszystkich. Z czasem, dzięki wytrwałości i dowcipnemu podważaniu opinii biurokratów i formalistów, zaczął zyskiwać coraz większą sympatię. Czytając wycinki prasowe na temat Nimis z lat osiemdziesiątych zeszłego wieku, można dostrzec, że dziennikarze rozkoszowali się sytuacją, w której rzeczowi prawnicy i urzędnicy państwowi musieli odnieść się do dzieła sztuki. Dziennik „Sydsvenskan” opisuje na przykład w grudniu 1983 roku rozprawę w sądzie rejonowym, kiedy to artystę oskarżono o złamanie prawa o ochronie środowiska poprzez naruszenie nakazu ochrony plaż:

Prokurator rejonowy Carl-Olov Hagberg podążał prężnym krokiem przez otulony mgłą rezerwat Kullaberg na przekór zaśnieżonym śliskim ścieżkom. Celem jego wyprawy było miejsce domniemanego przestępstwa. Za prokuratorem spieszyli sędzia rejonowy Åke Lindbohm, sekretarz Birgitta Sjöberg oraz cała świta prawników i dziennikarzy. Gdzieś pośród nich wędrował także oskarżony artysta Lars Vilks.

Artysta oraz jego pełnomocnik prawny zdołali przekonać sąd, że sprawa Nimis wymaga dokonania inspekcji dzieła na miejscu jego powstania. „Z pewnym oporem prokurator i sędzia rejonowi zgodzili się i naciągnęli ciepłe buty” – donosiła gazeta „Sydsvenskan”.

Następnie Vilks opowiadał o sztuce ziemi, kulturze modernistycznej oraz swojej fascynacji materią sztuki, podczas gdy prokurator usiłował zachować trzeźwość umysłu, słuchając go pośród śniegu i wyrzuconych na brzeg kawałków drewna.

Zapadł wyrok: „Mamy do czynienia z budową na czarno. Pan Vilks musi ponieść odpowiedzialność”.

Przegrał sprawę. Przegrał też szereg innych prawnych potyczek z instytucjami państwowymi. Pomimo to Nimis z roku na rok nadal rosło. Vilksowi udawało się zawsze znaleźć sposób na to, żeby w ostatniej chwili uchylić się od wysokich grzywien i nakazu zburzenia rzeźby. Jak w roku 1984, kiedy sprawił, że Joseph Beuys, jeden z najbardziej wpływowych artystów świata, kupił Nimis. Informowała o tym Szwedzka Agencja Prasowa TT:

Kiedy Lars Vilks sprzedał swoją rzeźbę z drzewa napływowego zatytułowaną Nimis, postawioną na znajdujących się pod ochroną nadbrzeżnych skałkach Kullabergu, prawomocność stracił wyrok sądowy nakazujący grzywnę oraz zburzenie i usunięcie rzeźby przed 1 czerwca. Asesor sądu apelacyjnego Anita Meyerson wyjaśnia nową sytuację prawną:

– Nakaz zapłacenia grzywny skierowany jest do konkretnej osoby, w tym przypadku Larsa Vilksa. Grzywna ta nie może być przeniesiona na nowego właściciela, Josepha Beuysa, profesora sztuki z Niemiec Zachodnich, który kupił Nimis za 1500 dolarów. Beyus nie może zostać zmuszony do zburzenia rzeźby ani innych działań, zanim nie zostanie podjęta nowa decyzja o nałożeniu grzywny na jego osobę. Vilksowi też nie można nakazać zburzenia cudzej własności.

Władze zostały zmuszone do tego, by od zera zacząć walkę przeciw Nimis i Larsowi Vilksowi. Artysta nie miał nic przeciwko kontynuacji ataków ze strony państwa. Wręcz odwrotnie. Wszystkie reakcje na Nimis stawały się częścią jego koncepcyjnej sztuki. Jedna z książek Vilksa nosi wiele mówiący tytuł Myndigheterna som konstnärligt material (Instytucje państwowe jako materia sztuki, Nya Doxa 2003).

Po niemal dwóch dekadach urząd wojewódzki zrezygnował z prób usunięcia Nimis. Ostatnia rozprawa sądowa w tej sprawie zakończyła się w 2001 roku.

Kiedy w roku 2010 dzieło obchodziło trzydzieste urodziny, prawniczka urzędu wojewódzkiego do spraw ochrony środowiska Margareta Svennig powiedziała gazecie „Helsingborgs Dagblad”, że wraz z reprezentantami władz „próbuje reagować na Nimis milczeniem”. Prawniczka dodała, że wielu ludzi troszczących się o środowisko jest nadal wzburzonych i chce, by władze zareagowały na dzieło Larsa Vilksa. Jednak między słowami prawniczki dało się wyczytać, że urzędnicy wojewódzcy mają ograniczoną chęć ponownego odgrywania roli formalistów w walce ze sztuką: „Wielkie zainteresowanie medialne Nimis oraz jej twórcą Larsem Vilksem sprawia, że nasze działania w tej sprawie stają się częścią samego dzieła sztuki, a to jest coś, w czym nie chcemy brać bezpośrednio udziału” – podsumowała Margareta Svennig.

Dziś Nimis jest celem wycieczek, przyciągającym każdego roku dziesiątki tysięcy turystów. Instytucje, które wcześniej usiłowały doprowadzić do zniszczenia dzieła, chwalą się nim w swoich turystycznych broszurach.

Lars Vilks napisał o tym jeszcze jedną książkę Hur man blir samtidskonstnär på tre dagar (Jak w ciągu trzech dni zostać artystą współczesnym, Nya Doxa 2005). Kolejna publikacja Vilksa przesiąknięta jego przewrotnym poczuciem humoru to Spartips. 34 tips för konstnärer, kommuner, vissa obemedlade samt underbetalda (Porady dla oszczędnych. 34 pomysły dla artystów, gmin, niezamożnych i źle opłacanych, Nya Doxa 2004).

Ostatni, trzydziesty czwarty pomysł na to, jak oszczędzić pieniądze, traktuje o komercyjnym potencjale terroryzmu. Według Larsa Vilksa jest to sposób na zarobienie pieniędzy dla poszukujących nowych rozwiązań niedużych gmin szwedzkich. Autor zwraca uwagę na to, że nie ma jeszcze centrum handlowego, które specjalizowałoby się w temacie terroryzmu. „Z tej przyczyny sensownie byłoby umieścić takowe w Simrishamn w Skanii”, pisze Vilks i proponuje między innymi salon pedikiuru noszący nazwę Osama bin Laden.

My, reporterzy z południa Szwecji, przyzwyczailiśmy się do łobuzerskich żartów Larsa Vilksa i do jego poczucia humoru. Swoją figlarną postawę zachował także po tym, jak w roku 2007 Abu Bakr al-Baghdadi, lider powiązanej z Al-Kaidą sunnickiej grupy terrorystycznej Państwo Islamskie (ISIS), wyznaczył cenę za jego głowę. Al-Baghdadi został zabity w Iraku w roku 2010 przez siły amerykańskie. Nawoływał wszystkich bogobojnych muzułmanów, by zamordowali Larsa Vilksa, i wyznaczył za to nagrodę w wysokości stu tysięcy dolarów amerykańskich. Przywódca terrorystów gwarantował także bonus: pięćdziesiąt tysięcy dolarów ekstra, jeśli Vilks zostanie „zarżnięty jak jagnię”, to znaczy, jeśli podetnie mu się gardło.

Kiedy spotkałem Larsa Vilksa jesienią 2007 roku w jego starym domu z azbestową fasadą niedaleko Nyhamnsläge w gminie Höganäs, miałem wrażenie, że żarty na temat terrorystów i islamistów nie nadążają z wyskakiwaniem z jego ust. Twierdził, że kupi sobie do obrony psa.

– Wystarczy mały piesek, bo jak terrorysta go dotknie, to zaraz będzie musiał pędzić umyć ręce. Pies to brudne zwierzę.

Popijając mleko z kartonu, chodził po swoim przytulnym, zabałaganionym domu pomiędzy książkami i ułożonymi w stosy magazynami na temat sztuki. Na wierzchu widniała gruba książka z biblioteki na temat islamu. Powiedział mi, że musi błyskawicznie nadrobić wiedzę o religii, której wyznawcy uznali, że ich znieważył. I że już przeczytał Koran.

– Jest dość męczący. Kiedy Mahomet zaczyna się rozkręcać…, robi się średnio ciekawie.

Według artysty islam „nie jest gorszy od innych religii”. Vilks twierdzi też, że nie jest przeciwko religiom jako takim, ale nie lubi, gdy ich przedstawiciele wtrącają się do polityki albo są używane jako narzędzie przez „bandyckie państwa i dyktatury”.

Groźby ze strony powiązanego z Al-Kaidą Al-Baghdadiego wydawały się go nakręcać i inspirować do sarkastycznych dowcipów.

– Jako człowiek sztuki jestem bardzo zadowolony z sytuacji z Al-Kaidą. To bezcenne. Rzadko zdarza się, żeby artysta zdołał włączyć do swojej pracy taką organizację – powiedział Lars Vilks.

Wtedy, w 2007 roku.

Osiem lat później w pustym pokoju na posterunku policji w Toftanäs już nie żartuje. Jego nastawienie zmieniło się po strzałach w Kopenhadze. Jest w nim więcej mroku, więcej namysłu.

– Wcześniej dało się w tym wszystkim dostrzec silne elementy komiczne. Jednak kiedy ludzie zaczynają umierać, coś się zmienia. Sytuacja staje się poważna.

Lars Vilks mieszka teraz pod tajnym adresem razem z ochroniarzami. Od zamachu na „Charlie Hebdo” i ataku w Kopenhadze był kilkakrotnie przeprowadzany do bezpiecznych mieszkań, które są wynajdywane i opłacane przez policję. Jeśli ktoś w nowym sąsiedztwie rozpozna go, mieszkanie przestaje być bezpieczne. Zostaje wtedy zmuszony do kolejnej przeprowadzki.

– Możesz sobie wyobrazić, jak to jest. Ledwie się trochę rozgościsz, a już musisz wszystko likwidować i przeprowadzać się do kolejnego mieszkania.

Vilks próbuje trzymać się swojej rutyny. Zapewnia mu to poczucie bezpieczeństwa, zawsze tak było.

– Wstaję zawsze o 6.50 rano. Kładę się spać najwcześniej o wpół do pierwszej w nocy. Zachowałem te same ramy dnia. Poza tym muszę się ruszać, więc tego pilnuję. Jestem wyprowadzany na spacery.

Wyprowadzanie na spacer odbywa się najczęściej raz dziennie, opowiada Vilks.

– Nie mogę wciąż wychodzić i wracać. Jest to bardzo mocno ograniczane. Spontaniczność, którą znasz z domu, zwykłe „teraz miło byłoby się przejść”, takie życie już dla mnie nie istnieje.

Mimo to zarówno dla artysty, jak i dla policji jest kluczowe, żeby od czasu do czasu miał w życiu trochę normalności. Może chodzić na wystawy i debaty. Może odwiedzać przyjaciół, a czasem może też zjeść kolację w restauracji.

– Wymaga to jednak starannego planowania. To warunek.

Kiedy Vilks jest poza domem, chroni go kilkuosobowa uzbrojona obstawa, policjanci w cywilu z bronią maszynową. Policja nie chce wyjawić, ile ta ochrona kosztuje, ale dzięki pomocy kilku ekspertów do spraw policji i bezpieczeństwa jestem w stanie to szacunkowo wyliczyć. Chronienie Larsa Vilksa przed atakami terrorystów kosztuje szwedzkie państwo co najmniej dwadzieścia milionów koron rocznie.

Wisząca nad rysownikiem groźba zamachu sprawia, że artysta sieje wokół siebie strach. Organizatorzy festiwali i konferencji dzwonią do niego z prośbą, żeby się nie pojawiał. Właściciel mieszkania, w którym kiedyś mieszkał, powiedział mu wprost, żeby już nie wracał. Podczas lunchu w restauracji ludzie przesiadają się, żeby obok niego nie siedzieć.

Lars Vilks stał się „radioaktywny”.

To on i jego Mahomet przedstawiony jako pies stali się przyczyną, dla której Omar el-Hussein sięgnął po karabin maszynowy i zaatakował centrum kultury Krudttønden w lutym 2015 roku. Dwie godziny po ataku, ścigany przez policję, spotkał kolegę. Z jego zeznań wynika, że Omar ­el-Hussein powiedział wtedy, iż strzelając do Finna Nørgaarda, zabił „niewłaściwą osobę”.

– Mówił, że to nie on miał umrzeć. Chodziło mu o faceta, który był w środku, tego, który narysował Mahometa – relacjonował kumpel zamachowca.

W sześćdziesiątym pierwszym roku życia, latem 2007 roku Lars Vilks stał się „rysownikiem Mahometa”. Po długim życiu w roli artysty konceptualnego ze Skanii, łagodnego prowokatora szwedzkich instytucji państwowych, Larsem Vilksem i jego sztuką nieoczekiwanie zainteresował się cały świat. Powód: Vilks nakreślił tuszem trzy rysunki proroka Mahometa jako psa na rondzie.

Dzisiaj pojęcie „psa na rondzie” nie jest już szczególnie znane. Wielu kojarzy je przede wszystkim z rysunkiem Larsa. Jednak w latach 2006–2007 psy na rondzie stały się swego rodzaju masowym zrywem artystycznym w Szwecji. Wszystko zaczęło się od pracy Stiny Optiz Cirkulation II (Cyrkulacje II), która została zniszczona w miejscu wystawienia, czyli na rondzie w Linköping. Praca składała się między innymi z rzeźby psa, którego głowę ukradli wandale. W proteście przeciw zniszczeniu psa Stiny Optiz mieszkańcy Linköping zaczęli spontanicznie rozmieszczać na różnych rondach zrobione przez siebie psy. Gazety rozpisywały się o tym fenomenie, który rozprzestrzenił się na inne miasta. Wkrótce amatorskie rzeźby psów stały na rondach całej Szwecji, od leżącej najdalej na północ Kiruny po Ystad nad Morzem Bałtyckim.

Podobnie jak wielu innych Szwedów, Lars Vilks czytał o psach na rondzie, które zachwycały zwykłych ludzi, media i artystów. W tym samym czasie wybuchł duński kryzys z karykaturami Mahometa. Opublikowanie przez gazetę „Jyllands-Posten” dwunastu satyrycznych rysunków Proroka doprowadziło do ataków i podpaleń duńskich ambasad w krajach muzułmańskich. Bojkotowano duńskie produkty. Organizacje terrorystyczne groziły śmiercią szefowi działu kultury „Jyllands-Posten” Flemmingowi Rosemu oraz rysownikom gazety (kilku z nich, podobnie jak Vilks, do dziś żyje z wyrokiem śmierci).

W szwedzkiej debacie publicznej wyraźne było poirytowanie karykaturami z Danii. Wielu zastanawiało się, czy naprawdę konieczne są tak grubiańskie żarty z islamu i muzułmanów. Z kolei Vilks był oburzony tym, co postrzegał jako uległość i brak wsparcia dla duńskich rysowników. Przyszło mu do głowy, że islam nie sprawia wrażenia szczególnie przyjemnej religii. Kiedy galeria w starym gospodarstwie Tällerud w Warmlandii zaprosiła go latem 2017 roku na swoją letnią wystawę, której tematem był pies w sztuce, w głowie Vilksa zawrzało. Myślał o psach usytuowanych na rondach i o karykaturach Mahometa, a także o tym, jak różnie zostały one potraktowane przez kulturalny establishment.

– Jedno z tych zdarzeń uważano za bardzo ładne, a drugie wzbudziło niechęć. Wpadłem na pomysł, żeby je ze sobą połączyć i stworzyć w ten sposób portret naszych czasów. Przy okazji podważyłbym ustalone hierarchie w świecie sztuki.

W 2006 roku tematem letniej wystawy w zagrodzie Tällerud był kot w sztuce. Teraz, w roku 2007, przyszedł czas na psa. Na wystawę zostali zaproszeni przede wszystkim lokalni artyści. Organizatorzy byli zainteresowani jakąś ciekawą prowokacją. Pojawił się więc Vilks.

– Zapraszając mnie, powiedzieli tak: „Nie wystawiamy tu tylko grzecznej sztuki, mamy też inne rzeczy”. Chodziło o ataki na kapitalizm amerykański. Na wcześniejszej wystawie o kotach w sztuce pojawiła się praca przedstawiająca George’a Busha jako wrednego kocura. Teraz też chcieli mieć coś w tym stylu…

Vilks milknie na swoim krześle na posterunku policji. Mówię coś o tym, że w zagrodzie Tällerud spodziewali się może, że doda wystawie wyrazu.

– Tak, miałem być przyprawą w tej zupie. I stanąłem na wysokości zadania.

Kiedy pracował nad swoim Mahometem w roli psa, oliwy do ognia dolewało „jednostronne gadanie o Bushu”.

– Artyści kochają takie postaci jak Bush. To wdzięczny typ obiektu. Wszyscy mogą się nań rzucić i nic to nikogo nie kosztuje. Tak naprawdę nie ma to też żadnego znaczenia. Ale i tak na okrągło wraca się do tematu.

Według Larsa w świecie sztuki dzieje się tak często. Artystom wydaje się, że są radykalni i fascynujący, choć w rzeczywistości są najczęściej przewidywalni i mainstreamowi.

Lars Vilks miał nadzieję, że jego rysunek Mahometa wzbudzi silne reakcje. Twierdzi, że zawsze ma się takie oczekiwania:

– Jestem zainteresowany sztuką w procesie. A skoro mam robić taką sztukę, to konieczny jest jakiś proces, prawda? Jeśli sztuka nikogo nie obchodzi, to w ogóle nie ma czym sobie zawracać głowy. Inna rzecz, że szczerze mówiąc, miałem wątpliwości, czy coś z tego wyjdzie.

Praca Muhammed som rondellhund (Prorok Mahomet jako pies na rondzie) nigdy nie została pokazana w galerii zagrody Tällerud. Organizatorzy powiesili pracę na ścianie, ale szybko ją z niej ponownie zdjęli i to jeszcze przed otwarciem wystawy. Komitet organizacyjny wyjaśnił, że wprawdzie uważają, że rysunek Mahometa jest ładny, ale nie mają odwagi go pokazywać.

– Są obawy, że mogłoby to doprowadzić do problemów i kłótni – wyjaśniła odpowiedzialna za wystawę Märta Wennerström.

Sprawa wywołała zainteresowanie prasy. Jest afera w świecie sztuki! Gazeta „Nya Wermlands-Tidningen” napisała o nowych karykaturach Mahometa, które są tak kontrowersyjne, że galeria w zagrodzie Tällerud została zmuszona, by zdjąć je ze ściany. Rysunek Proroka jako psa autorstwa Larsa Vilksa pojawił się w gazetach.

Kiedy „Nerikes Allehanda”, lokalna gazeta z Örebro, opublikowała go obok wstępniaka broniącego wolności słowa, zaprotestowało kilkuset muzułmanów z meczetu w tym mieście. Demonstrowali przed redakcją i nawoływali do bojkotu gazety.

Od sierpnia do września 2007 roku plotka o szwedzkich karykaturach Mahometa rozniosła się po całym świecie. W Pakistanie demonstranci spalili szwedzkie flagi i kukłę ówczesnego premiera Fredrika Reinfeldta. Nieśli anty­szwedzkie plakaty z żądaniem, by zabić Larsa Vilksa (który nosił teraz imię „Larish”): DOWN WITH SWEDEN. DEATH TO LARISH. Prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad potępił Vilksa i „Nerikes Allehanda”. Potem nastąpiło apogeum: wyrok śmierci ze strony Al-Kaidy.

W latach 2008–2009 pojawiły się kolejne groźby pod adresem Larsa Vilksa. Prywatnie są dla niego problemem, ale – jak twierdzi – przynoszą korzyść jego coraz bardziej znaczącej sztuce.

W roku 2010 poziom zagrożenia podniósł się o kolejne kilka stopni.

11 maja Lars Vilks miał w Uppsali wykład o sztuce i wolności słowa, pokazał na nim pracę wideo holendersko-irańskiej artystki Sooreh Hera Allah ho Gaybar. Film zestawia nagich mężczyzn z cytatami z Koranu i porusza takie tematy, jak postać proroka Mahometa, islam i homoseksualizm. Do rockowej muzyki z powtarzającym się tekstem I wanna take you to a gay bar! pokazywane są zdjęcia mężczyzn w erotycznych pozycjach. Mężczyźni ci uprawiają ze sobą seks i noszą maski przedstawiające Mahometa oraz jego zięcia Alego.

Dużą część słuchaczy wykładu w Uppsali stanowili muzułmanie. Po niespełna minucie pokazywania pracy Sooreh Hera publiczność zaczęła krzyczeć:

– Wyłączyć film! To pornografia!! Wyłączyć film!!!

Jeden ze słuchaczy był tak oburzony, że podbiegł do Larsa Vilksa i się na niego rzucił. Został szybko zatrzymany przez policję, ale wielu innych wściekłych słuchaczy przepychało się, żeby dostać się do artysty. Vilksa pospiesznie wyprowadzili jego ochroniarze.

W sali wykładowej zapanowała atmosfera pogromu. Umundurowani policjanci stali rzędem jeden obok drugiego tuż przy podium i blokowali przejście rozsierdzonym, napierającym na nich ludziom. Jako że Vilks był już nieobecny, wściekłość tłumu skierowała się na chroniących go policjantów.

– Świnie! – wrzeszczały kobiety.

– Takich rzeczy nie wolno pokazywać!

– Prorok nie był homoseksualny! – krzyczeli mężczyźni.

– To Lars Vilks jest homoseksualistą! Przysięgam, to gej!! Pokazuje filmy porno!!!

– Rzygać się chce!

– Dlaczego nie zatrzymaliście pokazu? Wyjaśnijcie to! Pierdolone świnie, Szwecja to także nasz kraj!! Płacimy tu podatki!!!

Ktoś należący do grupy protestujących przeciw Vilksowi próbował uspokoić najbardziej rozwścieczonych osobników:

– Tylko bez agresji względem policjantów. Oni wykonują swoją pracę.

Jeden z organizatorów wykładu podszedł do mikrofonu i poinformował, że nie odbędzie się on ze względów bezpieczeństwa. Wywołało to natychmiast okrzyki radości na sali. Raz po raz wykrzykiwane było imię Proroka, w powietrze uniosły się zaciśnięte pięści.

– Mahomet! Mahomet!! Mahomet!!!

Wśród publiczności znajdowali się też ludzie oburzeni zajadłością protestów. Do wznoszących radosne okrzyki zwróciła się młoda kobieta. Mówiła ostrym, zdenerwowanym głosem:

– Do cholery, to jest wolność słowa, nie rozumiecie tego?

Została wygwizdana. Pomiędzy nią a przeciwnikami Vilksa ustawili się dwaj policjanci. Jeden z organizatorów poinformował przez mikrofon, że należy opuścić lokal. Przeciwnicy Vilksa wychodzili z sali, wykrzykując po arabsku islamskie wyznanie wiary, że nie ma innego boga poza Allahem:

– La ilaha illa Allah! La ilaha illa Allah!!

Cztery dni później, nocą z 14 na 15 maja 2010, dwóch braci z Landskrony próbuje podpalić dom Larsa Vilksa. Mają przy sobie benzynę i noże. Zostaną później skazani za próbę podpalenia.

W lipcu 2010 roku internetowa gazeta Al-Kaidy „Inspire” publikuje listę „wrogów islamu”, których należy zastrzelić. Lars Vilks znajduje się na liście.

W listopadzie w sieci ukazuje się film, na którym somalijska organizacja terrorystyczna Asz-Szabab zamieszcza po szwedzku wiadomość o tym, że podetnie Larsowi Vilksowi gardło. Film został nagrany przed stadionem piłkarskim w stolicy Somalii Mogadiszu. Pojawiający się w nim terrorysta mówił dobrze po szwedzku, a jego twarz z wyjątkiem oczu zasłaniała kraciasta chusta. „Dorwiemy cię, gdziekolwiek będziesz, w każdej dziurze, w której się schowasz” – zapewnił.

Zakończył nawoływaniem muzułmańskich braci i sióstr do zamordowania „tego psa Vilksa”.

10 grudnia Taimour Abdulwahab wysadza się na ulicy Drottninggatan w Sztokholmie. To nieudany zamach terrorystyczny, mimo że trwa szczyt zakupów przedświątecznych i w okolicy znajdują się tysiące ludzi. Jedyną ofiarą jest sam zamachowiec.

Dziesięć minut przed zamachem do służb bezpieczeństwa SÄPO oraz do Szwedzkiej Agencji Prasowej TT wysłano nagranie z przesłaniem od terrorysty-samobójcy „do Szwecji i narodu szwedzkiego”:

„Przez Larsa Vilksa i jego rysunki proroka Mahometa, niech będzie błogosławiony, przez waszych żołnierzy w Afganistanie i wasze milczenie na ten temat, wasze dzieci, córki, bracia i siostry umrą tak samo, jak umierają nasi bracia, nasze siostry i dzieci”.

Wiadomość ta sprawia, że wzmocniona zostaje ochrona policyjna Larsa Vilksa. Teraz ma już ochroniarzy przez całą dobę, nie tylko na specjalne okazje. Jednak mimo wysokiego poziomu zagrożenia może nadal mieszkać w swoim domu pod Nyhamnsläge w gminie Höganäs.

Cztery lata później, w styczniu 2015 roku, po ataku na „Charlie Hebdo”, policja uznaje, że dom Vilksa jest miejscem zbyt niebezpiecznym. Artysta zostaje natychmiast przeniesiony pod tajny adres – nie wolno mu nawet wrócić do siebie, żeby spakować rzeczy. W czasie rozmowy przez Skype wyjaśnia policjantom, które rzeczy z jego starego domu można wyrzucić, a które należy zachować.

W ponurym pokoju na posterunku policji opowiada mi, że nie był przygotowany na „życie na wygnaniu”. Lubił swój bałaganiarski dom. Wbrew zagrożeniu terrorystycznemu dało się tam przecież dobrze żyć przez sporo lat.

– Zmuszenie do wyprowadzki było traumą. To wtedy zaczęła się moja droga do Canossy.

Jeden z policjantów należących do ochrony Vilksa siedzi trzy metry od nas i słucha wszystkiego, co mówimy. Dyskretnie chrząka, jeśli zadaję pytanie, na które obiekt nie powinien udzielać odpowiedzi – na przykład o ewentualne związki miłosne. Odpowiedź mogłaby stanowić zagrożenie bezpieczeństwa.

Po naszej długiej rozmowie o terroryzmie, groźbach, ochronie i ograniczeniach, czuję nagle, że Lars Vilks musi sobie jakoś poprawić nastrój. Mam wrażenie, że szuka przyjemniejszego tematu rozmowy. Pada na piłkę nożną. Mówi, że tego lata ratunkiem dla niego stała się możliwość zagrania kilku meczów piłkarskich z przyjaciółmi z dzieciństwa.

– Nikt nie wie, gdzie gram. Ani kiedy. Takich rzeczy się wcześniej nie ogłasza. To działalność prywatna. Nie ma nigdzie informacji o zaplanowanych meczach.

Uśmiecha się lekko. Za grubymi okularami świecą mu się oczy.

– Gdyby była, wszyscy gracze pewnie by uciekli.

2 Skrót od Säkerhetspolisen, Policja Bezpieczeństwa, szwedzkie służby specjalne.