Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 316 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strych Tesli. Stowarzyszenie Accelerati - Neal Shusterman, Eric Elfman

Czternastoletni Nick wraz z ojcem i bratem przeprowadza się do starego, wiktoriańskiego domu. Po niefortunnym wypadku z tosterem cała trójka postanawia pozbyć się zalegających na strychu gratów. Na wyprzedaż przybywają niespodziewane tłumy sąsiadów. Tego samego dnia Nicka odwiedzają podejrzani mężczyźni w garniturach. To daje początek serii dziwnych wydarzeń. Chłopiec odkrywa, że urządzenia, które sprzedał, działają zupełnie inaczej, niż powinny – aparat uwiecznia sceny z przyszłości, ogniwo ożywia umarłych, magnetofon zaś nagrywa… myśli. Czy Nick i jego nowi przyjaciele rozwikłają zagadkę strychu, zanim będzie za późno? I czy dowiedzą się, do kogo należą inicjały „NT”, widniejące na każdym z przedmiotów? Pierwszy tom nieprawdopodobnej serii. Wciągająca fabuła, wielka dawka nietuzinkowego poczucia humoru, a do tego wszystkiego tajemnicze wynalazki i pytanie – czy to jeszcze nauka, czy już magia?

Opinie o ebooku Strych Tesli. Stowarzyszenie Accelerati - Neal Shusterman, Eric Elfman

Fragment ebooka Strych Tesli. Stowarzyszenie Accelerati - Neal Shusterman, Eric Elfman

Tytuł oryginału:Tesla’s Attic. The Accelerati Trilogy

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2013

Tłumaczenie: Janusz Maćczak

Redakcja: Agnieszka Trzeszkowska

Korekta: Dominika Cieśla-Szymańska

Projekt okładki: (Wojciech Wawoczny)

Zdjęcia na okładce:

© Nick Schlax / 2007 iStockphoto LP. All rights reserved;

© Seamartini Graphics – Fotolia.com;

© Rafael Laguillo / 2007 iStockphoto LP. All rights reserved;

© Tempura / 2009 iStockphoto LP. All rights reserved;

© Silvia Ganora / 2007 iStockphoto LP. All rights reserved;

© by www.sxc.hu / Rasmus Andersen / FONT

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2013

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ ksiazki

ISBN 978-83-281-0009-1

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Skład i łamanie: GJ-studio Grażyna Janecka

Rozdział 1

COŚ JAK DZIURA W GŁOWIE

Nicka uderzył latający toster. A raczej, ściślej mówiąc, spadający toster. Staroświecki, chromowany i tak masywny, że zarysował parkiet – ale najpierw zdążył rozciąć mu czoło.

– Au! – jęknął Nick.

Wypowiedział jeszcze kilka bardziej dosadnych słów, spadając z rozchwierutanej sprężynowej drabinki wiodącej na strych, która podjechała z powrotem pod sufit niczym zejściówka lądującego statku kosmicznego.

Jego młodszy brat Danny pognał korytarzem, wrzeszcząc:

– Tato! Nicka zabił strych!

Rzeczywiście, krwi było mnóstwo, jak na miejscu zbrodni. Jej widok zaniepokoił Nicka, jednak bardziej martwiła go reakcja ojca, jakiej się po nim spodziewał, po tym wszystkim, przez co niedawno przeszli.

Ich tata przybiegł i szybko ocenił sytuację.

– Już dobrze, już dobrze – powiedział, jak mówił zawsze, kiedy sprawy zdecydowanie nie szły dobrze.

Zdjął podkoszulek i przycisnął do rany. Był spocony od wnoszenia pudeł do domu i Nick przypuszczał, że to niezbyt higieniczne, ale kiedy z głowy tryska ci krew, lepiej się nie spierać.

– Danny, wsiadaj do samochodu – rzucił ojciec.

Wziął Nicka na ręce – niegdyś grał w baseball i wciąż był silny – i zniósł po schodach.

– Tato, mogę zejść sam. Dostałem w głowę, nie w nogi – zaprotestował Nick, który niedawno skończył czternaście lat i już od niepamiętnych czasów ojciec go nie nosił.

Gdy znaleźli się za wypaczonymi, łuszczącymi się z farby frontowymi drzwiami ich nowego domu, Nick wyobraził sobie, że wszystkie dzieciaki z sąsiedztwa przyglądają się z rozbawieniem tej dramatycznej rodzinnej scence.

„No, super! – pomyślał zgryźliwie. – Wymarzone wejście smoka”.

Samochód nadal był załadowany większością tego, co zostało z ich dobytku. Wszystkie rzeczy wciąż lekko zalatywały spalenizną – nieustanne przypomnienie powodu, dla którego przemierzyli cały kraj, by tu zamieszkać. Po drodze do Colorado Springs wóz dwa razy się psuł i Nick zastanawiał się, czy teraz też się nie rozkraczy, zanim dotrą na pogotowie.

– Po prostu cały czas przyciskaj ranę – polecił tata.

Uruchomił silnik i tyłem wyjechał z podjazdu, miażdżąc kołami parę kartonowych pudeł. Koszulka była teraz przesiąknięta nie tylko potem, ale też krwią. Pomknęli przez nieznaną im okolicę na poszukiwanie szpitala, nie mając zielonego pojęcia, jak go znaleźć.

* * *

Gdyby dwa miesiące temu wróżka przepowiedziała Nickowi, że opuści Tampę na Florydzie i przeprowadzi się do Colorado Springs, zażądałby zwrotu pieniędzy. To po prostu nie mieściło się w głowie. Jego mama była cenioną dentystką, a tata... no cóż, zazwyczaj miał pracę, wszyscy go znali i lubili. Według Nicka ich życie opierało się na całkiem solidnych fundamentach.

Jednakże pożar potrafi zniszczyć gmach życia nawet najbardziej harmonijnej rodziny.

* * *

Znalezienie szpitala w pierwszym dniu pobytu w nowym miejscu nastręcza licznych trudności. Zwłaszcza gdy GPS w komórce nie działa, ponieważ twój ojciec zapomniał zapłacić rachunek. Nick przypuszczał, że zanim tam dotrą, rana zdąży się zagoić albo on wykrwawi się na śmierć, gdyż tata nie był człowiekiem, który nawet w takich nadzwyczajnych okolicznościach zapytałby kogokolwiek o drogę.

Kiedy w końcu znaleźli szpital miejski w Colorado Springs, okazał się taki sam jak wszystkie inne. Izbę przyjęć wypełniał tłum osób kaszlących, ze złamaniami albo z zakrwawionymi prowizorycznymi opatrunkami i panowała tam atmosfera zniecierpliwienia i irytacji.

Krwawienie Nicka niemal ustało, ale nadal przyciskał podkoszulek do rany. Obok niego Danny grał w kieszonkową grę komputerową, a ojciec wypełniał formularze, a potem usiłował przekonać Cesarzową Izby Przyjęć, że ich ubezpieczenie jest ważne także w Kolorado. Nickowi przypominało to negocjacje z terrorystami.

Tuż przedtem, zanim Nicka zabrano na założenie szwów, Danny zapytał go, nie podnosząc głowy znad gry:

– Czy ty też umrzesz?

Nick już miał rzucić jakąś złośliwą uwagę o zadawaniu głupich pytań, lecz nieoczekiwanie zalała go fala zrozumienia. Albo może był to skutek wstrząśnienia mózgu.

– Nic mi się nie stanie – odrzekł. – Nikomu z nas nic się nie stanie.

Danny w końcu podniósł wzrok na starszego brata.

– Udowodnij to.

Nick nie odpowiedział. W teorii przenieśli się tutaj, aby rozpocząć nowe wspaniałe życie. Jednak w rzeczywistości nawet najwspanialsze teorie bywają niemożliwe do udowodnienia.

* * *

Kiedy widzisz szalejący, nieposkromiony ogień, trudno ci uwierzyć, że to tylko prosta reakcja chemiczna: uwolnienie potencjalnej energii w postaci światła i ciepła. Ogień wydaje się żywą istotą, obdarzoną duszą równie ciemną i mroczną, jak jasne są jego płomienie. Jeśli przyjrzysz mu się wystarczająco długo, możesz naprawdę nabrać przeświadczenia, że jego niszczycielska siła bierze się z wściekłej furii i okrutnego pragnienia sprawiania bólu.

Pożar, który pochłonął rodzinny dom Nicka Slate’a i całkowicie odmienił jego życie, był takim właśnie ogniem, płonącym tak straszliwie i żarłocznie, że w ciągu kilku minut obrócił budynek w popioły.

Wszyscy czworo obudzili się wtedy chyba jednocześnie. Ojciec popędził do pokoju Danny’ego, a matka – do pokoju Nicka. Potem zbiegli po schodach; dym był już tak gęsty, że nic nie widzieli.

Nick wstrzymał oddech i pochylił się nisko. Znał swój dom na tyle dobrze, by wiedzieć, co ma zrobić: u stóp schodów skręci w prawo, przejdzie pięć metrów i wybiegnie frontowymi drzwiami.

Ale czas i przestrzeń wyglądają zupełnie inaczej, kiedy ogarnia cię panika.

Nick wpadł na ścianę, stracił orientację i gwałtownie wciągnął w płuca czarny dym. Natychmiast się rozkaszlał i zakręciło mu się w głowie.

– Biegnij, Nick! – usłyszał głos mamy. – Nie zatrzymuj się!

Potem w kuchni coś eksplodowało. Fala uderzeniowa przetoczyła się przez hol i wyrwała z zawiasów frontowe drzwi. Poprzez dym i płomienie Nick dostrzegł tlącą się futrynę, a za nią nocne niebo, i rzucił się ku niej. Uciekł na trawnik przed domem, dołączając do ojca i brata.

Był pewien, że matkę ma tuż za sobą.

Ale kiedy się odwrócił, nie zobaczył jej, tylko płonący dom.

– Mamo! – zawołał.

Ojciec odsunął go na bok i pobiegł z powrotem do drzwi.

W głębi duszy Nick wierzył, że tata nadal jest tym bohaterem, jakim był niegdyś. Wierzył, że wbiegnie w płomienie i wyniesie żonę w ramionach, jak na tym starym zdjęciu, gdy przenosił ją, świeżo poślubioną, przez próg.

Jednak zanim ojciec zdążył dotrzeć do domu, drugi wybuch odrzucił go do tyłu. Jednocześnie zawalił się ganek, co zablokowało wejście do budynku. Wszyscy trzej stali tak osłupiali, że nie mogli nawet krzyczeć z rozpaczy, i przyglądali się bezradnie, jak ich życie wali się w gruzy, grzebiąc matkę Nicka.

* * *

Nickowi szybko i sprawnie założono teraz cztery szwy. Lekarz dyżurny przez cały czas trwania zabiegu opisywał wyjątkowo paskudne rany, jakie zdarzało mu się zszywać, jakby uważał niewielkie rozcięcie na czole od uderzenia tostera za coś wręcz niestosownego. Zdawało się, że wrażenie wywarłoby na nim dopiero to, gdyby klatkę piersiową chłopca rozerwał wyłaniający się z niej ósmy pasażer Nostromo; taka rana z pewnością wymagałaby poważnego zszycia.

– Blizna to niekoniecznie coś złego – powiedział ojciec w drodze powrotnej do rudery, którą odziedziczyli. – Dowodzi, że coś w życiu przeszedłeś. Harry Potter ma szramę na czole, a popatrz, ile osiągnął.

– Tato, Harry Potter to postać fikcyjna – przypomniał Nick.

– Nie rozumiesz, o co mi chodzi – rzekł ojciec i przez resztę jazdy z takim zapałem wychwalał blizny, że Danny postanowił też się jednej dorobić.

Kiedy zbliżali się do zarośniętego chwastami podjazdu i wznoszącego się za nim zniszczonego wiktoriańskiego domu, Nick popatrzył na okna na piętrze, przypominające pełne bezbrzeżnego smutku oczy. Poczuł przypływ mdłości, które nie miały nic wspólnego z odniesioną raną.

– Hej – powiedział tata. – Już tak wiele przeszliśmy. – Grubymi palcami delikatnie musnął opatrunek na czole syna. – Może wybierz sobie pokój.

* * *

Dom, do którego się wprowadzili, przez lata stał pusty, lecz meble nadal zachowały zapach stryjecznej babki Grety. Wprawdzie Nick nigdy nie poznał babki Grety, ale był pewien, że właśnie tak pachniała.

To ojciec zdecydował o przeprowadzce. Nick mógłby wszcząć awanturę i nalegać, aby zostali w Tampie. Wiedział, że tata, załamany po niedawnej tragedii, by ustąpił. Lecz zamiast tego powiedział: „Dobrze, pojedźmy tam – przejmując rolę osoby przytakującej ojcu, którą wcześniej odgrywała mama. – To będzie fajna przygoda”.

Tak więc zabrali ocalałą resztkę swoich rzeczy z pokoju hotelowego, w którym koczowali przez ostatnie dwa miesiące, i wyruszyli do Colorado Springs.

* * *

Ojciec powrócił do wyładowywania pudeł z samochodu, a Danny usadowił się przed telewizorem i zmieniał kanały z jednej wersji śnieżenia na następną, nie potrafiąc uwierzyć, że w tym domu nie ma zainstalowanej telewizji kablowej.

Na piętrze Nick odnalazł groźny toster i podniósł go z podłogi.

Było to stare urządzenie z chromowanej stali, o opływowych kształtach, którego powierzchnię zaczęła już nadżerać rdza. Podstawę wykonano z jakiegoś czarnego tworzywa – nie całkiem gumy i nie całkiem plastiku – a dwie szczeliny na grzanki wypełniały spiralne zwoje drutu niknące w ciemnym wnętrzu. Jak na tak niewielki przedmiot, toster był absurdalnie ciężki.

Nicka niepokoiło w nim coś jeszcze, ale nie potrafił określić, co takiego. Jedno było pewne: to zabytek, idealnie pasujący do miejsca, z którego pochodził.

Nick zatem ponownie sięgnął w górę i pociągnął klapę wejścia na strych. Drewniana drabinka rozłożyła się gładko i chłopiec cofnął się na wypadek, gdyby coś jeszcze postanowiło spaść. Kiedy nic takiego się nie stało, wspiął się na strych z tosterem w ręce.

Znalazł się w pomieszczeniu o wiele większym, niż się spodziewał. Nagie drewniane belki nośne pokryte pajęczynami zbiegały się wysoko nad jego głową niczym krawędzie ostrosłupa.

Zastanawiał się, gdzie odłożyć toster, ale zorientował się, że nie ma tu ani odrobiny miejsca. Właśnie dlatego toster spadł. Strych był zagracony starymi rzeczami, dla których określenie „rupiecie” byłoby komplementem.

Kanapy i fotele tak zjedzone przez mole, że pozostało z nich niewiele więcej oprócz sprężyn. Zardzewiały rower nienadający się do naprawy. Masywny magnetofon szpulowy. Zabytkowy skrzynkowy aparat fotograficzny. Jakiś staroświecki odkurzacz na pompkę. Elektryczny mikser z dziwnymi płaskimi ostrzami. A także wiele innych przedmiotów wątpliwej technologii, których przeznaczenia Nick nawet nie próbował odgadnąć.

Wyobraził sobie strych bez tych gratów i pomyślał, że mogłoby to być całkiem znośne miejsce do zamieszkania.

Danny wytknął głowę przez otwór klapy.

– Założę się, że jest tu mnóstwo pająków.

– Tylko te pożerające ludzi – odparował Nick.

– Ha, ha – powiedział Danny, lecz na wszelki wypadek się wycofał.

Rozejrzawszy się po tym cmentarzysku rupieci, Nick wpadł na prosty pomysł – który, jak się niebawem okazało, odmienił nie tylko bieg jego życia, ale także losy ludzkości.

Postanowił urządzić garażową wyprzedaż rzeczy używanych.

Rozdział 2

WSZYSTKO PRZEMIJA

Gdybyście zapytali Caitlin Westfield, dlaczego kupiła na garażowej wyprzedaży ten stary magnetofon, podałaby wam mnóstwo logicznych powodów:

1. Był „obiektem znalezionym”, który mogła wykorzystać w swoim projekcie plastycznym, układając z jego części rodzaj zdekonstruowanego asamblażu.

2. To odlotowy przykład technologii retro i przypuszczalnie przedstawia wartość muzealną, jeśli nie roztrzaska go na kawałki.

3. Ten nowo przybyły do miasta chłopiec, który go sprzedawał, sprawiał wrażenie, jakby rozpaczliwie potrzebował pieniędzy.

Wszystkie te powody mogły być prawdziwe, jednak żaden nie stanowił wystarczającego wyjaśnienia. W gruncie rzeczy Caitlin nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego poczuła potrzebę nabycia owego przedmiotu – z wyjątkiem tego, że w osobliwy sposób ją przyciągał.

A wszystko zaczęło się od zielonej ulotki.

Gdyby ulotka miała inną barwę, Caitlin być może nie zatrzymałaby się, żeby ją przeczytać, ale jaskrawozielony to jej ulubiony kolor. Często malowała sobie paznokcie dokładnie tym odcieniem zieleni. Uznała to za przypadek, jednak ostatecznie zacznie wątpić, czy przypadki w ogóle istnieją.

„Starocie, tradycyjne zabawki, meble i cała masa innych wspaniałych rzeczy” – głosiła ulotka. Umysł Caitlin natychmiast wszedł na wysokie obroty. Jej pasją – chociaż rodzice i jej chłopak Theo nazwaliby to raczej „hobby” – było wynajdywanie uroczych rustykalnych, niekiedy zardzewiałych, zapomnianych przedmiotów i rozbijanie ich ciężkim dwuręcznym młotem.

Potrzaskane kawałki przyklejała do płótna, tworząc estetycznie prowokacyjne wzory i przekształcając odpadki w sztukę. Nazywała to „śmiecioplastyką”.

Oczywiście jej nauczyciel plastyki, skończony dureń, niezmiennie stawiał jej oceny niedostateczne, ponieważ nie potrafiła narysować patery z owocami.

Ale za to umiała rozbić taką paterę!

Caitlin to jedna z tych nielicznych dziewczyn, które potrafią osiągnąć doskonałą równowagę między byciem szalenie popularną i szalenie oryginalną. Była jedyną cheerleaderką w historii swojej szkoły, która poleciła ojcu, aby zgłosił za nią wniosek patentowy, ponieważ osobiście przeprojektowała pompony i obecnie używa ich cały jej zespół. To pomysłowy zestaw błyszczących przedmiotów, które łatwo wpadają w oko – w przenośni, a niekiedy także dosłownie.

Wyprzedaże garażowe stanowiły najważniejszy teren łowiecki dla jej śmiecioplastyki, lecz ta wyprzedaż szczególnie ją zainteresowała, gdyż Caitlin rozpoznała adres. Ten dom był czymś w rodzaju miejscowej legendy – obszerne szkaradzieństwo wciśnięte między konwencjonalną zabudowę tej podmiejskiej okolicy. Nie rezydencja, ale wyraźnie większy od innych budynków na tej ulicy. Caitlin przypuszczała, że w końcu ktoś go kupi i przekształci w pensjonat albo zakład pogrzebowy.

W każdym razie ciekawiło ją, kto się tam wprowadził.

Chciała tam pójść z Theo, ale jak zwykle zaesemesował: „sp”, co znaczyło, że się spóźni.

Odpowiedziała: „snm”, co w ich kodzie oznaczało „spotkamy się na miejscu”, chociaż wiedziała, że Theo nie raczy się zjawić – zwłaszcza jeśli akurat grał mecz. Toteż zadzwoniła, aby mu przypomnieć, że obiecał jej towarzyszyć.

– No cóż – odparł – jak to mówią: „Najlepszymi planami jest piekło wybrukowane”.

Caitlin wolała uważać jego notoryczne przekręcanie przysłów i powiedzeń za bystre i zamierzone, gdyż inna możliwość była zbyt żenująca, by brać ją pod uwagę.

W końcu Theo oświadczył, że przyjdzie, „jeśli będzie mógł”, co znaczyło, że nie przyjdzie, więc Caitlin postanowiła nie przejmować się jego nieobecnością.

Ale gdy już miała wyjść z domu, rozpętała się burza. Najpierw spadek ciśnienia zamglił wszystkie okna, a potem niebo objawiło obłąkańczy zamiar zmuszenia ludzi, aby zaczęli budować arki przed potopem. Chociaż Caitlin zależało na dotarciu na wyprzedaż i obejrzeniu tamtego budynku, musiała pogodzić się z kaprysem pogody.

Gotowa była poprzestać na popcornie i filmie w telewizji, lecz nagle zmieniła zdanie i wybiegła w ulewny deszcz.

* * *

Nick stał bezradnie, wpatrując się w rozłożone na długim podjeździe rupiecie, które gwałtowna ulewa doprowadziła do jeszcze bardziej opłakanego stanu.

– Nie stercz tam tak! – krzyknął ojciec. – Zanieśmy te rzeczy do garażu!

Nick, jego tata i brat wybiegli na deszcz. Desperacko starali się przenieść wszystkie przedmioty w bezpieczne miejsce, ale sprawa przedstawiała się beznadziejnie. Zajęłoby im to ponad godzinę. Nie ma mowy, żeby zdążyli, zanim wszystko doszczętnie zmoknie.

– Nie rozumiem tego – powiedział Nick, gnając do garażu z naręczem klamotów. – Sprawdziłem prognozę pogody. Zapowiadano jedynie częściowe zachmurzenie. Żadnych opadów deszczu w całym stanie Kolorado.

– Prognozy pogody nigdy nie są trafne – zauważył ojciec. – Pamiętasz, jak było u nas w domu?

– To było na Florydzie! – Nick poczuł lekkie ukłucie w sercu, gdyż nawet tata wciąż uważał Florydę za ich prawdziwy dom. – Tutaj jest Środkowy Zachód i nie powinny zdarzać się takie ulewne deszcze.

– Środkowy Zachód? – spytał Danny. – Myślałem, że Kolorado leży na zachodzie.

– To rejon Gór Skalistych – wyjaśnił tata. – Znajduje się dalej na zachód od Środkowego Zachodu, ale jeszcze nie na zachodzie.

Danny kiwnął głową, jakby doskonale zrozumiał.

Po dwóch kursach pomiędzy podjazdem i garażem wszyscy trzej przemokli do suchej nitki, a wnieśli tylko drobną część gratów.

– Jaki to ma sens? – rzucił Nick. – Nawet jeśli wniesiemy wszystko, nikt nie przyjdzie w taki deszcz. Nic z tego nie wyjdzie.

– Powiem ci coś – odezwał się tata. – Włożyłeś w to wiele wysiłku. To też jest coś warte. – Wyjął z portfela trzy dwudziestki i podał Nickowi. – Sześćdziesiąt dolarów. Prawdopodobnie i tak nie zarobiłbyś na tym więcej.

Chłopiec zerknął do portfela, w którym nic nie zostało.

– Zatrzymaj te pieniądze, tato – odparł, machnąwszy ręką. – Ja pewnie przepuściłbym je na niezdrowe słodycze.

Ojciec jeszcze przez chwilę z nadzieją podsuwał Nickowi banknoty, a potem je schował.

– No cóż – rzekł – w takim razie przynajmniej popodziwiajmy tutejszy deszcz.

Rozłożył trzy powyciągane leżaki i ustawił je w garażu przodem do otwartych drzwi.

Na tym mogłoby się skończyć, gdyby ta burza nie spowodowała skutków całkowicie niezamierzonych przez tych, którzy ją wywołali.

Ulewie zawsze towarzyszą ciężkie burzowe chmury, które przesłaniają sporą część blasku słońca. Dlatego w garażu nawet teraz, o dziewiątej rano, panował półmrok. Aby go rozproszyć, należałoby zapalić światło, jednak w tym starym garażu nigdy nie zainstalowano lampy.

– Jest za ciemno i nie mogę oglądać mojego komiksu! – jęknął Danny.

– Więc idź do domu – poradził mu Nick.

– Nie! – odparł młodszy brat. – Chcę podziwiać deszcz, tak jak powiedział tata.

– W takim razie może podłącz do kontaktu tę rzecz – odezwał się ojciec, wskazując kąt w głębi garażu.

„Tą rzeczą” była stara lampa estradowa, a właściwie pojedyncza ogromna żarówka na szczycie zardzewiałego pręta. Przypominała olbrzymi elektryczny wacik na patyczku. Nickowi niełatwo przyszło znieść ją ze strychu, gdyż była ciężka i wysoka. Nie wystawili jej razem z resztą gratów, ponieważ na pochyłym podjeździe by się przewróciła.

Nick wstał, odszukał gniazdko elektryczne, przesunął lampę na środek garażu i wetknął wtyczkę. Na pręcie tuż pod żarówką znalazł niewielką gałkę i przekręcił ją o ćwierć obrotu w prawo. Wielka żarówka zaświeciła niczym latarnia morska i – na dobre czy na złe – rozpoczął się proces przemiany świata.

* * *

Caitlin śmiertelnie się bała, że znowu trafi ją piorun.

Teoretycznie wiedziała, jak mało jest to prawdopodobne. Usunęła z uszu obydwa kolczyki, a jedynym metalowym przedmiotem, jaki miała przy sobie, był telefon komórkowy. Wprawdzie posiadał wbudowaną wewnętrzną antenę, ale nie ściągnąłby piorunów bardziej, niż uczyniłyby to metaliczne pompony.

Nikt nie winił Caitlin za jej astrafobię, czyli obawę przed błyskawicami, gdyż miała do niej prawo. Niemniej jednak było to uciążliwe.

Dziś jednak odsunęła od siebie ten lęk, gdy energicznym krokiem szła przez burzę – ponieważ z jakiegoś powodu, którego nie potrafiłaby wskazać swoim palcem z paznokciem pomalowanym na zielono, coś przyciągało ją do tej garażowej wyprzedaży. Dotarcie tam było ważniejsze niż uchronienie się przed piorunem.

Gdy zbliżała się do tego starego wiktoriańskiego domu, musiała w duchu przyznać, że jego wielkość wywarła na niej wrażenie. Zarazem jednak z bliska budynek wyglądał na jeszcze bardziej podupadły niż z ulicy. Miał popękane belki nośne, a w kilku oknach zbite szyby i porwane siatki. Fragmenty drewnianej ozdobnej listwy wykończeniowej przegniły lub całkiem odpadły, a cała konstrukcja wymagała remontu. Caitlin zastanawiała się, co za rodzina zdecydowała się wprowadzić do takiego domu. Jak źle musi powodzić się tym ludziom, skoro nie pozostało im nic innego, niż zamieszkać w tej ruderze. Nie wspominając już o tym, że muszą sprzedawać stare rupiecie na garażowej wyprzedaży, zamiast wywieźć je na wysypisko śmieci.

Ku swemu zaskoczeniu zauważyła, że pomimo ulewy nie zjawiła się pierwsza. Kilkanaście osób stało już na deszczu – niektórzy z parasolami, inni bez. Wszyscy z wielkim zapałem szperali pośród przesiąkniętych wodą przedmiotów, nawet jeśli nie mieli pojęcia, czego właściwie szukają.

W garażu płonęło niezwykle frapujące światło. Zdawało się niczym siła grawitacji przyciągać Caitlin, a także najwyraźniej wszystkich innych, do tej wyprzedaży.

Gdy przepychała się przez tłum do stołu ogrodowego ustawionego przed garażem, minęła dwóch chłopaków, których znała ze szkoły. Jednym był Vince, ponury koleś ubrany całkiem na czarno, a drugim krępy Latynos, którego imienia nie potrafiła sobie przypomnieć. Pomachała im uprzejmie i poszła dalej podjazdem.

Rodzinie, która zorganizowała tę garażową wyprzedaż – a ściślej biorąc, nastolatkowi, który ją prowadził – dosłownie brakowało rąk, by przyjąć wszystkie pieniądze, które mu wciskano. Jego młodszy brat wciąż przyklękał i podnosił upuszczone banknoty.

Przy stole ogrodowym jakiś starszy pan wziął do ręki wielką wielofasetową szklaną tubę. Podniósł ją w górę ku lampie w garażu i obserwował, jak pryzmat wewnątrz rury rozszczepia światło na małe tęcze.

– To prawdziwy antyk, przypuszczalnie wart furę pieniędzy – powiedział chłopiec prowadzący wyprzedaż.

– Dam ci za nią czterdzieści dolarów – oświadczył mężczyzna.

Chłopiec się roześmiał.

– Chciałem zażądać dwudziestu, ale zgodzę się na tę cenę.

Mężczyzna wręczył mu dwa banknoty i odszedł, tuląc szklaną rurę w ramionach jak niemowlę.

Caitlin przyglądała się, jak dwie kobiety starały się na wyprzódki zwrócić na siebie uwagę chłopca. Jedna chciała kupić coś, co wyglądało na elektryczny przesiewacz do mąki, a drugiej zależało na jakiejś staroświeckiej fryzjerskiej suszarce do włosów. Obydwie równocześnie podały mu pieniądze.

– Musisz być niezłym sprzedawcą – zwróciła się Caitlin do chłopca, gdy obie klientki odeszły z nabytkami. – Żadna z tych rzeczy nie była warta tyle, ile za nią zapłaciły.

– Wiem – odrzekł szeptem. – Ja też tego nie rozumiem.

Wręczył banknoty bratu, który upychał pieniądze w pojemniku śniadaniowym z logo filmu X-Men.

Caitlin przypuszczała, że starszy chłopiec jest mniej więcej w jej wieku. Miał krótko ostrzyżone czarne włosy wystające spod czapeczki baseballowej klubu Tampa Rays, która tylko częściowo zasłaniała niewielki opatrunek nad lewym okiem. Nastolatek był ładnie opalony, ale jego ubranie pozostawało jakieś trzy lata w tyle za aktualną modą. „Floryda!” – parsknęła w duchu i poczuła dla niego odrobinę współczucia. Przez głowę przemknęło jej słowo „asamblaż”: znaleziony obiekt, który należało uzupełnić skrawkami i kawałkami innych rzeczy, by zmienić go w coś nowego, lepszego.

Chłopiec mówił dalej:

– Nigdy nie sądziłem, że w tej części stanu Kolorado ludzie mają aż tyle pieniędzy.

– Nie mają – odparła.

Zamilkła, czekając, aż on przedstawi się z przesadnym entuzjazmem, gdyż tak właśnie reagowała na nią większość chłopaków. Kiedy tego nie zrobił, zdumiona postanowiła sama wykonać pierwszy krok.

– A tak w ogóle to jestem Caitlin.

– A ja Nick – odrzekł. Szeroko rozłożył ręce nad stołem. – Trochę się spóźniłaś, żeby kupić coś ładnego, ale nadal jest tu kilka rzeczy, a w garażu zostało jeszcze parę większych przedmiotów. Mogę ci je pokazać, jeśli zechcesz. Miłej zabawy!

– Dziękuję – wybąkała, nieco rozczarowana jego reakcją, i powiodła wzrokiem po zbiorowisku rupieci.

Vince, jeszcze bardziej ponury niż zwykle, podszedł do stołu ogrodowego, niosąc jakąś czarną skrzynkę, która trochę przypominała akumulator do samochodu, jednak nim nie była. Rdza przeżarła górną powierzchnię, z której wystawały pogięte przewody z przetartą izolacją, zaczepione luźno wokół elektrod.

– Co to jest? – zapytał Nicka bez żadnych wstępów.

Nick przyjrzał się uważnie.

– Myślę, że to stare elektryczne mokre ogniwo, bateria. Ale już martwa, wyładowana.

Vince wzruszył ramionami.

– Wszystko umiera – oznajmił. – Baterie nie są wyjątkiem. Wezmę ją.

– Eee... dobrze – wyjąkał Nick.

– Vince, zwariowałeś? – spytała Caitlin. – To tylko stara wyładowana bateria.

– Wielkie dzięki za zabijanie sprzedaży bolesną prawdą – rzekł do niej z uśmiechem Nick. Odwrócił się z powrotem do Vince’a: – Ale ona ma rację. To nie jest warte...

– Dam ci za nią dziesięć dolców – przerwał mu Vince, a brat Nicka otworzył pojemnik śniadaniowy niczym paszczę owadożernej rośliny.

– Ale ona nie jest warta nawet centa – zaprotestował Nick.

– W porządku, dam ci dziewięć dolarów – oświadczył Vince.

Nick zmierzył go długim, ciężkim spojrzeniem, a potem spiorunował wzrokiem Caitlin. W końcu znów popatrzył na Vince’a.

– Wezmę trzy – powiedział. – I to moja ostateczna cena.

– Niełatwo się z tobą targuje – stwierdził Vince i wrzucił trzy banknoty jednodolarowe do wypchanego pieniędzmi pojemnika.

– To chyba nie powinno odbywać się w ten sposób – rzekła sucho Caitlin, kiedy Vince oddalił się z bezużyteczną baterią.

Nick odwrócił się do niej gwałtownie.

– Owszem. Więc co się dzieje? – zapytał.

– Co masz na myśli? – wymamrotała zaskoczona.

– Wszystkich tych ludzi, którzy przyszli tu pomimo burzy i wciskają mi pieniądze. To wygląda na jakąś zmowę. Coś jakby: „Wyrazy współczucia z okazji Dnia Nowo Przybyłej Rodziny”, czy coś w tym rodzaju.

– To wariactwo – rzekła i odwróciła się od niego.

Podczas gdy zajmował się kolejną klientką – zakonnicą ze staroświeckim odkurzaczem – Caitlin musiała w duchu przyznać, że sama też odczuwa desperackie pragnienie wyszperania tutaj dla siebie jakiegoś specjalnego przedmiotu.

Przeszła na koniec ogrodowego stołu i znalazła się obok tego latynoskiego chłopaka, którego imię miała na końcu języka, lecz nie mogła go sobie przypomnieć. Marshall albo Randall czy jakoś tak. W ubiegłym roku w szkole krążyła plotka o jakimś jego problemie rodzinnym, lecz Caitlin nie obeszło to na tyle, by zwróciła na nią uwagę.

– Cześć, Caitlin – zagadnął Marshall/Randall. – Niewiele znajdziesz tu rzeczy, które by cię zainteresowały. To tylko sterta starych śmieci, w dodatku już przebrana.

– No cóż, tak się składa, że szukam...

– ...czegoś nowego, oczywiście – wszedł jej w słowo Marshall/Randall.

– Właściwie czegoś starego – poprawiła go Caitlin. – Czegoś...

– Czegoś trendy, co? Niczego takiego też tu nie ma – mówił zachwycony, że kończy za nią zdania. – Wszystko to stare barachła. Zresztą, czego innego można się spodziewać na garażowej wyprzedaży, no nie?

– Mitchell, tak? – powiedziała, przypomniawszy sobie nagle jego imię.

– Po prostu Mitch.

Chciała go zapytać, czy jego też przyciągnął tutaj jakiś osobliwy impuls, ale ostatecznie spytała tylko:

– Dlaczego tu przyszedłeś?

Mitch poruszył się z zakłopotaniem pod jej przenikliwym spojrzeniem.

– Pomyślałem po prostu, że... eee... wpadnę... eee... przepraszam, muszę już iść.

Caitlin nie przywykła do tego, żeby ludzie porzucali ją w połowie konwersacji. Zazwyczaj to ona tak postępowała. Najczęściej uznawała, że ma ważniejsze lub ciekawsze zajęcia niż ciągnięcie nudnej rozmowy z nieciekawymi typkami. Dlatego kompletnie zaskoczyło ją zachowanie Mitcha, który przeszedł na drugi koniec stołu ogrodowego, gdzie zapewne dostrzegł swój Obiekt Zainteresowania.

* * *

Chociaż początkowo wydawało się, że ta garażowa wyprzedaż zrobi klapę, zaledwie kilka minut po rozpętaniu się burzy zaczęły przybywać tłumy ludzi. Nickowi nawet nie przyszło do głowy, by powiązać światło rzucane przez starą lampę estradową z napływem klientów. Dlaczego miałby tak pomyśleć?

Najpierw sprzedał zabójczy toster najbliższej sąsiadce – starszej kobiecie, chyba rówieśniczce tego urządzenia. Potem jakaś spięta dziewczyna kupiła skrzynkowy aparat fotograficzny. Pewien facet zapłacił za coś, co wedle przypuszczenia Nicka było staromodnym odbiornikiem telewizyjnym. Inna kobieta kupiła mikser z dziwacznymi ostrzami, ktoś nabył przedmiot wyglądający na żeliwną suszarkę do bielizny. Kupiono nawet starą maszynę do szycia (czy może sokowirówkę do warzyw).

Tata ledwie nadążał z zanoszeniem rzeczy do samochodów klientów, a Danny musiał skrzynką na narzędzia zastąpić pojemnik śniadaniowy, który okazał się zbyt mały, by pomieścić wszystkie pieniądze. Jednak w miarę trwania wyprzedaży podekscytowanie Nicka zmieniło się w konsternację, a potem w podejrzliwość. Zastanawiał się, co Caitlin szepcze do tego pękatego chłopaka. Może oboje obmawiają go za plecami? Po chwili istotnie chłopak podszedł do niego.

– Cześć, jestem Mitch. Mitch Murló.

– Merlot? – spytał Nick. – Tak jak to wino?

– Nie, Murló. Jakby ścisnąć razem Murphy i López, a potem odciąć im końcówki. To pomysł moich rodziców – nazwisko pół hiszpańskie, pół irlandzkie, które brzmi z francuska. – Mitch rozejrzał się z aprobatą. – Fajną wyprzedaż urządziłeś... Będziesz chodzić do gimnazjum Rocky Point czy może jesteś starszy albo młodszy, a ja nie odgadłem twojego wieku?

– Eee... – Nickowi zajęło chwilę ułożenie w myśli schematu zdania wypowiedzianego przez Mitcha. – Eee... no tak, nie, to znaczy trafnie odgadłeś. Będę chodził do trzeciej klasy. Zacznę...

– ...w poniedziałek? – wszedł mu w słowo Mitch. – Super! Powinniśmy pogadać – powiem ci, których nauczycieli unikać i gdzie możesz bezpiecznie usiąść, nie narażając się na lanie.

– Dzięki. Właściwie ja...

– Chcesz usłyszeć to od razu? Jasna sprawa. Więc przede wszystkim jest pani Kottswold...

Nicka przydzielono już do grup lekcyjnych, toteż dyskusja o unikaniu nauczycieli nie miała sensu. Ale Mitchowi najwyraźniej do rozmowy nie był potrzebny inny rozmówca oprócz niego samego. Nick musiał znieść jeszcze minutę opisu szkolnych błahostek, zanim udało mu się skierować konwersację na garażową wyprzedaż.

– Pewnie, dobrze wiedzieć to wszystko. A więc... co ty tu masz?

– Och, racja. – Mitch popatrzył na przedmiot, który trzymał w ręku. Wydawał się niemal zaskoczony jego widokiem, nawet trochę zakłopotany. – To prezent urodzinowy dla mojej młodszej siostry. – Uniósł w górę metalowe urządzenie w kształcie dysku z umocowaną pośrodku strzałką. Była to prawdopodobnie zabawka – przypominała wczesną wersję „Zobacz i nazwij” odlaną ze stali. Ale zamiast rysunków wiejskich zwierząt widniały tam symbole geometryczne wyryte wokół okręgu. Na końcu sprężynowej linki znajdował się pierścień z kości słoniowej. – Wygląda dobrze – powiedział Mitch.

– Eee... no tak – wybąkał Nick. – Twoją siostrę na pewno bardziej ucieszy ten dziwaczny rupieć niż coś...

– ...coś nowego w firmowym pudełku? Jasne, że tak! Ona jest przeciwna całej tej amerykańskiej korporacyjnej komercjalizacji urodzin – oznajmił Mitch, bawiąc się linką urządzenia. – A tak w ogóle, ile to kosztuje?

Nick wzruszył ramionami.

– Myślałem o...

– Mam przy sobie tylko dziesiątaka – oświadczył Mitch i wyjął portfel z tylnej kieszeni. – Ale mogę przynieść z domu więcej.

– No dobra, co tu jest grane? – rzucił ostro Nick. – Czy to Caitlin namówiła cię do tego? Co wy wszyscy knujecie?

– Nie wiem, o czym mówisz – odparł oburzony Mitch, podając mu dziesięciodolarówkę.

Nick z westchnieniem wziął banknot.

– Świetnie. Mam nadzieję, że twojej siostrze spodoba się prezent.

* * *

Kiedy Caitlin podeszła bliżej garażu, zobaczyła to. Idealny przedmiot.

Stary magnetofon szpulowy. Duże, masywne urządzenie o rozmiarze walizki plus dwie szpule taśmy magnetofonowej wielkości talerzy. W błysku natchnienia ujrzała gotowy nowy projekt śmiecioplastyczny. Wybebeszy tę machinę i rozmieści przewody oraz inne elementy elektroniczne nad nią i wokół niej. Następnie owinie cały ten bałagan taśmą magnetofonową. Miała już nawet tytuł: „Szaleństwo medialne”.

Pognała z powrotem do Nicka i – nie mogąc się opanować – wyjęła z torebki banknoty. Chociaż pojmowała, że wpada w tę samą pułapkę co pozostali, nie potrafiła tego powstrzymać. Zamierzała wydać najwyżej dziesięć dolarów, ale zdała sobie sprawę, że podaje Nickowi dwudziestkę.

– Ile chcesz za ten magnetofon? – spytała. – Tyle wystarczy? Mam więcej.

Nick spojrzał na banknot, lecz nie chciał go wziąć. Potrząsnął tylko głową.

– To stary grat! Nie jest nic wart. Co się z tobą dzieje?

Caitlin poczuła, że łzy – prawdziwe łzy – zakręciły się jej w oczach.

– Nie wiem! Nie wiem! Weź pieniądze i pozwól mi to zabrać! Bo jeśli nie, sama nie wiem, co zrobię!

Oszołomiony Nick wyciągnął rękę, ale nie było jasne, czy zamierza przyjąć pieniądze, czy ująć jej dłoń. Zanim chwycił ją za rękę, ostatnią myślą Caitlin było, że wyglądał jak jeleń na szosie schwytany w snop reflektorów samochodu.

Okazało się, że był ku temu powód.

* * *

Mężczyzna jadący ulicą samochodem marki Buick nie przyspieszył celowo. Jednakże nagle poczuł tak silne pragnienie, by jak najszybciej dotrzeć na tę wyprzedaż garażową, że nie potrafił się powstrzymać. Ledwie zauważył, że wjechał na krawężnik, a potem drzewo przed nim wydało mu się tylko drobną, nieznaczącą przeszkodą. Strugi deszczu zalewały przednią szybę pojazdu, a wycieraczki były niesprawne, toteż w ogóle nie dostrzegł dwojga dzieciaków na swojej drodze. Zobaczył jednak stojący przed garażem stół z towarami oświetlony wyjątkowym światłem, które można by określić jedynie jako frapujące.

* * *

Nick nie miał czasu na zastanawianie się, tylko na działanie. Wpadł na Caitlin i przewrócił ją na ziemię tuż przedtem, nim samochód wbił się w drzewo za nimi. Gdyby zawahał się choć ułamek sekundy, pojazd zmiażdżyłby ich oboje, ale instynktownie zareagował na tyle szybko, by ich ocalić. Teraz leżeli tuż obok siebie na mokrej trawie i dziewczyna wpatrywała się w niego.

– Przepraszam, ale czy omal nie zginęliśmy? – spytała.

– Chyba tak – odrzekł.

Pomógł jej wstać i oboje wpatrzyli się w pojazd, którego przód został całkowicie zgnieciony uderzeniem w pień drzewa. Zabawne, ale moment tuż po tym, jak cudem uniknęli śmierci, wydawał się równie zwyczajny jak moment tuż przed tym zdarzeniem. Nick przypuszczał, że wagę owej chwili uświadomi sobie znacznie później, kiedy będzie miał już czas, by wkurzyć się na tę sytuację.

Podbiegł do nich Danny.

– Czy ktoś zginął? – zapytał. – Tata jest w łazience, ale jeśli ktoś umarł, wyciągnę go stamtąd.

Kierowca wyplątał się z poduszek powietrznych i wysiadł z samochodu, ale zamiast go obejrzeć, zapytał wszystkich obecnych:

– Czy to garażowa wyprzedaż? Coś jeszcze zostało?

Potem podszedł do długiego stołu, żeby tak jak inni pogrzebać pośród resztek odpadków rupieci Nicka. Zostały tam tylko połamane fragmenty przedmiotów, których nie dałoby się zidentyfikować nawet w całości, a co dopiero teraz, kiedy były w kawałkach. Mimo to ludzie nadali szperali w nich niczym poszukiwacze skarbów.

– Ci goście to czubki! – stwierdziła Caitlin, po czym dodała: – A ja przed chwilą byłam jednym z nich!

Widocznie szok wywołany otarciem się o śmierć wyrwał ją z dziwacznego stanu, w jakim się wcześniej znajdowała. Jednak nawet teraz Nick mimo woli zauważył, że dziewczynę ciągnie z powrotem do tego magnetofonu szpulowego w garażu, i poszedł tam za nią.

– Już ci za niego zapłaciłam, prawda? – spytała.

Stała przy znalezisku i niemal zaborczo trzymała na nim rękę.