Strych Świata - Piotr Wojciechowski - ebook + książka

Strych Świata ebook

Piotr Wojciechowski

3,0

Opis

W tej książce nie ma takiego scenariusza, który nie mógłby się zrealizować. Tajne służby większych i mniejszych mocarstw, zakonnice, żołnierze, oficerowie i generałowie wojsk, muzułmanie, celebryci, artyści – oni wszyscy są bohaterami nowej, szalonej powieści wybitnego prozaika Piotra Wojciechowskiego. W opowieści rozpiętej między fantasmagorycznymi krajami arabskimi, a równie fantasmagoryczną krainą z grubsza przypominającą Polskę, dzieją się rzeczy kompletnie absurdalne. I absurdalnie śmieszne! Świat krzykliwych, krótkotrwałych mód, religijnych aberracji i gospodarczych przekrętów – jednym słowem świat, który zwariował.

Wojciechowski nie oszczędza modnych filmowców, zideologizowanych krytyków, uczestników wojskowych misji zagranicznych, obłudnych sióstr zakonnych czy ogarniętych manią popularności gwiazd. Dawno w literaturze polskiej nie było czegoś równie śmiesznego!

Ta książka to gigantyczny żart ze współczesności, która miesza wszystko ze wszystkim, ale żart, w którym pobrzmiewają całkiem poważne i aktualne pytania: czy nie zatraciliśmy się już w szaleństwie? Czy nie przesadziliśmy już w walce wszystkiego ze wszystkim? Czy istnieje szansa, byśmy – podzieleni do granic możliwości – mogli się w którymś miejscu spotkać?

Piotr Wojciechowski  (ur. 1938 r.) – poeta, prozaik, reżyser filmowy, scenarzysta, krytyk filmowy, publicysta, rysownik. Jego debiut Kamienne pszczoły, a także druga książka, Czaszka w czaszce, stały się powieściami kultowymi. Laureat prestiżowych nagród literackich – Nagrody Kościelskich oraz Nagrody imienia Kornela Makuszyńskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



PRZEDMOWA

Bywają dzieła, które nie potrzebują żadnej przedmowy. Ta lekko zbójecka powieść zalicza się właśnie do dzieł takowych

Tak myślałem, gdy skończyłem tę książkę. Potem jednak upłynęło wiele miesięcy, a także wiele krwi.

I teraz, gdy nie bez wahania godzę się na druk tego zbójecko-błazeńskiego dzieła, muszę z największą powagą zapewnić Czytelniczki i Czytelników, że pisząc o zakonnicach, księżach i biskupach, myślałem o nich z szacunkiem i miłością, pisząc o żołnierzach, oficerach i generałach różnych wojsk, starałem się żartować z nich jak najżyczliwiej, pamiętając o ich męstwie i zasługach, chyląc czoło przed tymi, którzy padli w boju albo odnieśli rany. Pisząc o ludziach Koranu, o sunnitach i szyitach, nie zapominałem, że są, jak i ja, Ludźmi Księgi, że Abraham jest praojcem dla mnie i dla nich. Myślę też, że ponad przelaną krwią, ponad czynami i słowami nienawiści, ponad nieufnością i lękiem wisi nad nami wszystkimi pytanie: po co Duch Święty posłał na spotkanie nam, wierzącym w Biblię, braci naszych wierzących w Koran? A to pytanie musi też mieć swoje lustrzane odbicie: po co Allah pozwala, aby jego wyznawcy sąsiadowali od wieków z wierzącymi w boskość Jezusa, a także z oczekującymi nadal Mesjasza.

To książka niepoważna, więc przepraszam Czytelniczki i Czytelników za te przerastające mnie pytania serio. Ale nie ukrywam, wracały one do mnie podczas pisania książki – i nadal wracają. Kończy się już czas lęku, przemocy, nienawiści w spotkaniu islamu i chrześcijaństwa. Ale nawet gdy skończy się na dobre – te pytania zostaną.

Dla jasności dodam też, że wszystkie kraje, sytuacje, instytucje i osoby opisane w tej powieści są całkowicie zmyślone, a do tego w ogóle niemożliwe. Wszelkie ich podobieństwo do tych, które istnieją rzeczywiście, musi być przypadkowe i zwodnicze.

A na zakończenie – nie od rzeczy będzie przypomnieć, że jedna z bohaterek tej powieści wydała dziesięciolecia temu swoje wspomnienia pod tytułem Szkoła wdzięku i przetrwania. W złudnej nadziei skorzystania z ulg podatkowych posłużyła się wtedy pseudonimem Piotr Wojciechowski. Niczego jej to nie nauczyło.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Byłam kochankiem celebryty

– Dlaczego tata nie mieszka z nami? – spytała Blandi.

Glorenda położyła palec na ustach, podeszła na palcach do okna i zamknęła je. Wyjrzała na korytarz, delikatnie otworzyła drzwi na ganek z kolumienkami. Na słomiance spał człowiek o wyglądzie kloszarda. Znała go, to był brytyjski biznesmen, który przed tygodniem przyjechał do Krakowa świętować wieczór kawalerski i trochę się piwnie zapodział. Nie rozumiał po polsku, więc były bezpieczne.

Podeszła do hamaka, na którym odpoczywała Blandi, i nachyliła się do jej ucha.

– Wacio Waciak mieszka z nami, ale nie możesz go widzieć. Ani do niego dzwonić. Bilingi są sprawdzane. Dziesięć lat temu musiał zmienić orientację, aby stanąć do konkursu. To była kwestia kadencji i parytetu. Demokracja jest jak walec drogowy i ma tysiąc oczu. Wacio złożył przysięgę, że nie jest przeciwnikiem tych, co zwalczają heterofobię.

– Boże, przysięgał na Biblię?

– Nie, Biblię oprotestowała młoda lewica obyczajowa. Szukaliśmy jakiejś świętości. Takiej koło laickiej. W końcu przysiągł na szablę dowódcy kompanii honorowej Saperów Weimarskich. To elitarna jednostka NATO, już za rok mają dostać pierwsze rydle i łopaty. Póki więc Wacio ma to stanowisko, póki jest na świeczniku, nie może się wydać, że mieszka z nami, że ewentualnie w ogóle coś do mnie czuje. Wiesz, ile mnie kosztowało, aby wywiad ze mną ukazał się w „Paradzie Gwiazd”?

Blandi kapryśnie wypuczyła wargi pokryte szminką w trzech aktualnie modnych kolorach, ale w kolejności zadziornie pomieszanej, wbrew naciskom środowiska i zaleceniom prasy.

– I po co ci to było? – odszepnęła. Po co wywiad, po co potem dementi we wszystkich mediach, po co było wytaczać naczelnemu proces o zniesławienie, potem drugi o szantaż? Tak ci dobrze, że dostałaś wyrok na zawiasach?

– Jak to po co? Sprawdź w internecie pod Glorenda de Soto vel Gloria Waciak. Przedsiębiorczyni, krytyczka i ofiara kapitalizmu, konsultantka strategii lizbońskiej, grupy wyszehradzkiej i kuchni wadowickiej. Na łożu śmierci przyznała się, że była kochankiem konkubenta celebrytki i tak dalej.

– Ale ty żyjesz! – obruszyła się Blandi.

Siadła na hamaku i zaczęła nakładać kapturki masujące na różowe paluszki u stóp. Trzeba było założyć te kapturki, aby w kąpieli proteinowo-ziołowej nie zniszczyć kosztownego samokruszącego się lakieru na paznokciach.

– Ty żyjesz, łatwo się mówi – westchnęła szeptem Glorenda. – Żyję poniekąd, ale w internecie jest że nie. – Bilansuje się na jeden jeden. Bilans musi być na zero, ty nie pamiętasz takiej piosenki. Tylko nie mów o tym wszystkim Szymonowi. Nie wygląda na dyskretnego.

– Mamo, on jest wrażliwy. Jak może być jeszcze dyskretny? Możesz go pocałować? Solidnie, z językoznawstwem. Czuję, że on teraz jest na głodzie czułości, a ja, widzisz: mam zabieg.

Glorenda weszła do salonu, gdzie w śpiworze na karimacie spał Szymon. Jego długie włosy farbowane na rudo, z zielonymi pasemkami, rozsypane były po dywanie, wśród gadżetowego okablowania. Na uszach miał słuchawki, twarz osłonił od światła tabletem Apple’a, ze śpiwora wyłaniał się tylko kościsty opalony kark z tatuażem przedstawiającym przebitego gwoździem skorpiona ze swastyką na odwłoku i napisem OSTRO DOKOPAĆ NAZISTOM!

Glorenda postała nad nim chwilę i poczuła, że nie ma ochoty ucałować swojego jakby zięcia. Miała raczej ochotę dokopać mu ostro. Zadzwonił jego telefon. Szymon dogmerał się go gdzieś w śpiworze. Głos rozmówcy był donośny i kategoryczny.

– Za pół godziny zbiórka w mundurach i z bronią w punkcie Kryptonim Masakra. Sanitariuszki mają mieć środki znieczulające w torbach, a na sobie koszule z włókna naturalnego, do darcia na bandaże i szarpie. Dowódcy plutonów mnie osobiście meldują szyfrem o gotowości oddziałów.

– Za pół godziny – jęknął Szymon, drapiąc się tu i tam. – Glorenda, w łazience jest mój zasobnik z mundurem. Przynieś mi, bo jestem goły. Zawsze śpię na nagusa.

– Nie krępuj się, ja już wychodzę – powiedziała Glorenda. – A jakbyś chciał mi zlecić czyszczenie broni, daj sobie spokój. Wystarczy mi, że zmywałam po waszej kolacji.

Wróciła do liwingu.

– Powiedz mi, dlaczego Szymon nazywa zasobnikiem zwykły brudny zielony plecak? – spytała. – I o co tu chodzi z bronią, sanitariuszkami i meldunkami szyfrem?

– Co? Sanitariuszki? – Blandi skrzywiła się, walnięta najwyraźniej obuchem zazdrości. – A, to! On jest teraz w grupie wojsk imitacyjno-rekonstrukcyjnych. Takie tam... Ćmoje-boje ze sztandarami i petardami. Mnie to nie przeszkadza, od czasu jak obejrzałam sobie te sanitariuszki. A jest szansa, że dostaną za to emerytury kombatanckie. Jeden polityk im obiecywał.

– Emerytury? – powtórzyła Glorenda z wyrazem czujnej uwagi na swej niezmiennie pięknej buzi. – Właśnie, weźmy takie obiecane emerytury i spróbujmy je ocenić jako produkt rynku finansowego. Jako ćwiczenie policz sobie, w jakiej wysokości i na jaki procent użyczyłabyś pożyczki obietnicobiorcy, mężczyźnie bez nałogów, z prognozowaną dożywalnością do wieku lat osiemdziesięciu dziewięciu.

– Ale mamo! No, Glorenda, weź się...

– Co, za trudne? Ma być trudno. Ci, co mają łatwo, na Plantach zbierają na obiad do kubeczka po jogurcie.

– Oj mamo, nie chodzi o to... Miałaś mi przedstawiać zadania tylko jako załączniki do poczty internetowej. Nie chcę, aby te jady cywilizacji lichwy sączyły się w nasze życie uczuciowe. Jak idzie przez ekran laptopa, to jakoś wytrzymuję...

– Dobrze. Jak chcesz, to ci puszczę parę zadań przez te tłitery czy fejsbuki.

Siadła do komputera i zamiast układać testy, zamyśliła się, jak trudno jest w dzisiejszych czasach wychowywać dorastającą dziewczynę, która odziedziczyła egzotyczną urodę matki i chłopski upór ojca. Z synami z dwu poprzednich małżeństw było łatwiej. Laurent pojechał do Ameryki i po ukończeniu MIT wsiąkł w strukturę potężnej finansowej korporacji jako konsultant od komputerów, Patryk znalazł prostszy i krajowy sposób na złagodzenie dolegliwości bytu: grał na perkusji w heavyklezmetalowym zespole The Ross Proovatsch Goys. Poza e-kartkami na walentynki od lat nie miała od nich śladu życia. Ojcowie młodzianków nie odzywali się w ogóle, obrazili się za to, że jakobyż w swoim czasie oczekiwała, że będą płacić alimenty. A przecież nie oczekiwała. Zarobiła sporo na wydanych pod pseudonimem wspomnieniach i lokując pewne sumy na giełdzie, do niedawna wychodziła na swoje. Teraz... no cóż, teraz wszyscy mieli kłopoty z wypłacalnością. Bank, w którym trzymała jakieś resztki zasobów, nieoczekiwanie przysłał jej krótką notę:

Polubiliśmy twoje pieniądze, to było silniejsze od nas. Jeśli nie chcesz mieć u nas debetu, przyzwyczaj się do myśli, że już nic nas nie łączy. Nie wysyłaj odwołań ani protestów. Nie nachodź nas, nie telefonuj, nie próbuj nigdzie interweniować. Prawo chroni nas przed tego typu klienckim molestowaniem. Byłaś ostrzeżona, trzeba było czytać tekst drobnym drukiem na odwrocie każdego raportu o stanie kąta.

Kiedy przeczytała to po raz pierwszy, łzy zakręciły się w jej szmaragdowych oczach. Do diabła z kasą – ale dlaczego nie ma prawa zwrócić im uwagi na różnicę ortograficzną między kontem a kątem? Zatrudnili w dziale korespondencji jakąś niegramotną siostrzenicę szwagra, ich rude prawo. Wszyscy tak robią. Ale dlaczego ta smarkula nie sprawdza pisowni?

Pomyślała sobie, że taką pracę chciałaby załatwić dla małej, dla Blandi. Jej córka awansowałaby szybko. Uroda, wyczucie trendu i kupa wiedzy o współczesnych rynkach finansowych. Nie na darmo od czasu, gdy musiała zamknąć Obiady Domowe dla Singlującej Kadry Kierowniczej, ćwiczyła Blandi w fantomatycznym prowadzeniu działu promocji wirtualnego i fikcyjnego banku. Pomysł pojawił się w żartach podczas wieczoru zapoznawczo-pożegnalnego dla klientów Obiadów Domowych. Pokazała list z banku któremuś z podchmielonych yuppies i ten od razu powiedział – wasz błąd. W tej branży nie wolno być klientem. Kto nie ma własnego banku – przegrywa.

Obie z Blandi roześmiały się uprzejmie, bo gość jeżdżący porszem był im winien za trzy obiady z szampanem i nie należało go tracić nawet, gdy firma już padła. Potem jednak córka przypomniała rzecz Glorendzie w jakimś esemesie i tak poszło. Dzięki temu obydwie były na bieżąco w sprawach giełdy, rozliczeń transwalutowych, prawa bankowego, łącznie z prawem dżungli i prawem kaduka. Ich internetowa korespondencja nie różniła się niczym od korespondencji mniej fikcyjnych banków. Tak jak tamte, one też obracały miliardami euro, dolarów, jenów i tugrików, dokonując setek tysięcy transakcji na minutę. Manipulowanie opcjami, zadłużeniami, akcjami, rytm hossy i bessy, nasłuchiwanie wieści z giełd w Nowym Jorku i Tokio, czerwone szelki maklerów, ryzykowne wrogie przejęcia o trzeciej nad ranem – to okazało się mocne jak narkotyk. Glorenda czuła się młodo i swobodnie, budując coraz trudniejsze zadania dla Blandi, Blandi zaś czuła się inteligentna i potrzebna, ripostując krótko i celnie. Tak jakby obydwie podskakiwały na batucie w różowej, pachnącej fiołkami mgle. Czasami nawet wydawało się im, że skacze z nimi ten czy tamten prezes Banku Światowego albo Funduszu Walutowego.

Glorenda ocknęła się z zamyślenia i jej wypielęgnowane smukłe dłonie spoczęły na klawiaturze laptopa.

Proszę o pilną opinię – wystukała. A potem stwierdziła, że brzmi to zbyt ciepło i osobiście. Trzeba twardziej, ostrzej. Zaczęła od nowa.

Wobec przejęcia przez naszą firmę t-wa ubezpieczeniowego Saint Never Ltd. zadłużonego w Shanghai Shangri-La Enterprises potrzeba natychmiast opinii co do naszej oferty rynkowej. Co sprzedać?

a. Zadłużenie brutto?

b. Prognozę dynamiki zadłużenia?

c. Ekspertyzę o wiarygodności prognozy?

d. Zamówienie na ekspertyzę o wiarygodności prognozy zadłużenia?

e. Bazę danych dotyczącą ewentualnych zleceniodawców na ekspertyzę o wiarygodności prognozy zadłużenia?

f. Opcję na...

W tej chwili z rumorem, jak uderzenie tsunami, jakieś moce rozbiły ścianę willi na ulicy Gontyna. Bruga, bruga, bruga! Płat tynku wraz z pejzażem Corota (reprodukcja) walnął w plecy Glorendy, aż straciła dech. W chmurze pyłu, w trzaskach rwących się instalacji, sypały się elementy architektoniczne pomieszane z meblami i bibelotami z długo zbieranej kolekcji. Glorenda błyskawicznie osłoniła ciałem laptop i elastycznym saltem ewakuowała się na klomb przed domem. Kiedyś, w Szkole Wdzięku i Przetrwania, takie manewry były chlebem powszednim. Wylądowała wśród purpurowych kwiatów bugenwilli, świadoma, jak dobrze na tym tle komponuje się jej kanarkowa piżama. Otrząsając włosy z pyłu eksplozji, pomyślała, że takie rzeczy normalnie zdarzają się na terenach, dla których nie jest jeszcze zatwierdzony plan zagospodarowania przestrzennego. Ba-boum! Eksplodowała kuchnia gazowa i za moment jaskrawą biel ognia przykryła chmura dymu. Kątem oka Glorenda zobaczyła krępą postać w szlafroku w rajskie ptaki i kasku motocyklowym, czmychającą ze schowka w podwójnym stropie saloniku muzycznego.

„Wacio Waciak znowu musi uciekać – pomyślała sobie, śledząc, jak uciekinier wpełza rozpaczliwie w przekwitłe krzaki jaśminu. – Przez małżeństwo ze mną ten poczciwy syn podmławskiej wioski wpadł w życie, które go przerasta. Bonne chance, mon amour!”.

W tej chwili wysmukły cień w kremowych dżinsach i fioletowym topie zasłonił Glorendzie męża-kochanka. Zobaczyła tuż przed swoją twarzą mikrofon z napisem „TV Vavell”. Za ostrzyżoną na jeża reporterką zbliżał się kudłaty kamerzysta w wyświechtanej skórzanej kurcie.

– Jak pani przyjęła to posunięcie inwestycyjne firmy Gniazdopol? – spytała dziennikarka gruchającym głosem i wyszczerzyła białe jak ser zęby.

– W zasadzie, jako osiedlająca się w Krakowie warszawianka, nie mogłam... – zaczęła Glorenda, ale w tej chwili między nią a ekipę wepchnął się młody człowiek w stalowoszarym garniturze.

– Przepraszam, ale muszę pilnie załatwić sprawę urzędową. Pani Glorenda Waciak, prawda? Niech pani podpisze o tutaj.

Operator telewizji Vavell wtrącił się tu z dłuższą frazą, z której zacytować można tylko zwrot „spadaj ty”, bo reszta sformułowań miała taki charakter, że nawet ściana wojskowej latryny spłonęłaby wobec nich wstydliwym rumieńcem. Mocny śląski akcent przebijał przez ludowość ekspresji filmowca.

Glorenda pochyliła się nad dokumentem.

– Po co czytać? Podpisać i idę. – Młody się niecierpliwił z teczką.

– Zaraz, tu jest napisane, że ja sama zleciłam zburzenie mojego domu, że pokryję koszty rozbiórki i zapraszam koncern Gniazdopol do inwestowania na opróżnionej działce.

– Dalej jest jeszcze, że przekazuje pani Gniazdopolowi działkę nieodpłatnie i zapłaci pani koszty notariusza i wpisu do ksiąg wieczystych. Proszę podpisać!

– Ale ja chcę tu mieszkać! – wrzasnęła Glorenda. Musiała wrzeszczeć, aby się nie popłakać.

– To nie ma nic do rzeczy. Inni też chcą. Plan zagospodarowania...

– A nie podpiszę! Wiem, że plan zagospodarowania przestrzennego nie jest jeszcze zatwierdzony.

– Właśnie. Proszę podpisać! Wie pani, jakie koszty poniosła nasza firma, aby wstrzymać zatwierdzenie planu? I teraz chce nam pani robić wbrew!

Cpach! Cpang! Tssspang!

– Może pan to powtórzyć? – wtrąciła się dziennikarka. – Wybuchały jakieś przetwory w spiżarni i nie nagrało mi się.

– To nalewki – wyjaśniła Glorenda.

– Więcy niech da giemba na licht – dorzucił kamerzysta. – I bryle niech zdymie, bo blikują jak...

– Wiemy jak – zastopowała go dziennikarka. – Ja też mam psa. A wszystko się nagrywa.

Przedstawiciel dewelopera nerwowym ruchem zdjął okulary, odwrócił twarz ku słońcu pobłyskującemu krwawo przez kurzawę i dymy pożogi, poprawił różowy krawat na chudej szyi i zaczął tłumaczyć, o co chodzi, uważając, aby nie powiedzieć nic więcej niż to, co było już zawiłym prawniczym językiem wyłuszczone na przedstawionych do podpisu papierach. Że ze względu na przewidywane zaległości w opłatach czynszowych... że wobec konieczności harmonijnego rozwoju substancji miejskiej i dla realizacji planów inwestycyjnych... że wyburzenia konieczne dla utrzymania ekologicznego pasma zielonej otuliny i dla ochrony zabytkowej sylwety, według założeń miejskich...

– W piętkę gonicie! – krzyknęła Glorenda. – Kit wciskacie! Jak ekologia, to nie inwestycje! Jak ochrona przylaszczki siedmiolistnej i terenów lęgowych dziuplicy łysawej, to nie gniazdowo-barierowy model apartamentowców i centrów handlowych. Tak albo siak!

Tu wszyscy się rozkaszlali, bo ogień musiał dojść do kosmetycznych zapasów Blandi i wiatr nawiewał dym ostrzejszy od iperytu, dławiący jak cenzura prewencyjna w minionym okresie.

– No normalnie jest. Teraz pani podpisze – upierał się młody urzędnik i kaszląc ciągle, uśmiechał się, jakby był już na wizji. – O tu! W wydziale ekologii załatwiamy jeden papier, w wydziale architektury drugi, u konserwatora wojewódzkiego trzeci i mamy pełną dokumentację. Nie można tak prymitywnie i linearnie wszystko do jednego worka. Tak jakby nie było Derridy i Baumana! Kompromituje się pani logiką starego typu. Jakby Lacan nic nie napisał! Płaci pani podatek gruntowy i całą resztę. Woda, energia, wywóz śmieci, odbiór śmieci z kibla i talerza. Zgoda, płaci pani. Ale wobec pogorszonych terms of the trade i kursu jena w relacji do franka szwajcarskiego, nasi eksperci finansowi przewidzieli, że w bliskiej przyszłości nie będzie pani w stanie regulować swoich rachunków. My awansem zakupiliśmy pani przyszłe długi od skarbu państwa, a ten dom, co go pani już nie ma, praktycznie był naszą własnością. I teraz opór, jak rasowa oportunistka. Sama naraża się pani na proces o odszkodowanie za mitręgę urzędową zagrażającą zyskom naszego przedsiębiorstwa. I pani podpisze!

– Ale tam jest moja córka i jej ten...

– Mówi się „partner” – szybko podrzuciła dziennikarka, chcąc wyprzedzić wulgarne określenie, które cisnęło się na usta kamerzysty.

– Wszyscy ręce do góry!

Obejrzeli się wszyscy. To Szymon, powiedzmy partner Blandi, wynurzył się z zawieruchy i szpetoty spustoszenia. Był ubrany cały w khaki: hełm bojowy z bawolimi rogami i mundur obwieszony odznaczeniami narodowymi i naszywkami armii sprzymierzonych. Na nogach podkute kamasze. Karabin maszynowy przytykał do pleców grubego wąsatego operatora ciężkiego sprzętu, w żółtym hełmie i błękitnym kombinezonie z napisem GNIAZDOPOL.

– Ręce do góry!

Glorenda podniosła ręce, poniekąd za wszystkich. Bo każdy coś trzymał – papiery, mikrofon, kamerę. Nie rzucą tego ot tak. Odwykli od wojen i nie umieją się znaleźć. Pomyślała: „znowu wyręczam ludzi, a przecież mnie najmniej zależy. Mógłby mnie zastrzelić i byłby spokój. Z tym, że Blandi musiałaby mu potem wozić paczki do więzienia. Tak źle i tak niedobrze”.

– Niech pan pozwoli pracownikowi wrócić do prac wyburzeniowych! – zawołał młody urzędnik. I znowu zagroził procesem, mówiąc o stratach firmy wynikających z ryzyka opóźnienia inwestycji. A firma płaci podatki, daje ludziom zatrudnienie i w ogóle liczy się w Europie.

– Ale ja go właśnie próbowałem zmusić, żeby wyburzał – krzyknął Szymon. – Wyburzanie tworzyło właściwą scenerię dla teatru wojny... Takie się snuły dymy męczeńskie... Ruina cegłą skruszoną krwawiła... Ruszaj się, bo zastrzelę jak psa! – dodał, aby było groźniej. – Ale państwo nie, państwo nagrywajcie, jest dobre tło ogólne. Trzeba by dorzucić jakie opony do ognia, bo przestaje dymić.

Szymon lufą popchnął jeńca w stronę kamery, zmarszczył brwi i dziarsko przekrzywił kask na głowie.

– Ne treba! Wyburzaty ne budu, my aż do jutra do dziesiątej trzydzieści wyburzanie zadzierżali. Stop znaczy! – powiedział prosto w obiektyw operator machiny niszczącej. – U nas strajk ostrzegawczy. Chwatit. Nie będziecie przerzucać kosztów kryzysa na barki. Sowmiestno z ispańską młodzieżą postanowili my dać odpór wilczym prawom. Globalno rieszyli!

– Bardzo ciekawe! – skomentowała dziennikarka i natychmiast zwróciła mikrofon ku przedstawicielowi planetarnego buntu mas. – Niech pan mówi, kto jeszcze się włącza? Czy są z wami Indianie amazońscy?

– Globalno to znaczy oni też. A wam po co tak wszystko wiedzieć? – w wąsaczu obudziła się nagle czujność z minionych epok.

Dziennikarka płynęła już na fali. Dała znak kamerzyście, aby brał twarz strajkującego burzyciela bardziej od dołu. Demonicznie i monumentalnie.

– A więc globalnie jesteście wszyscy razem zdeterminowani, aby okiełznać rozbuchany rynek finansowy. A jak by skomentował pan twierdzenie ministra finansów, że epoka taniego pieniądza się kończy na naszych oczach i teraz wiele banków może mieć twarde lądowanie? – spytała szybko dziennikarka.

– Choczesz mieć za szybko njusa, lalucha – uciął operator. – Z takimi szutkami to do naszego rzecznika medialnego. Ja powiem prosto: to wy się kończycie. Wyrwiemy wam kły, posypią się pazury.

– Jak nacisnę język spustowy, zobaczymy, kto się kończy – przerwał mu Szymon. – Kulki się posypią!

– Szymon, puść już pana – rozkazała Glorenda. – Tak długo ręce w górze...

Operator był wąsaty, spocony, lekko tatuowany i ogólnie z obecnych mężczyzn to on jeden robił na Glorendzie jakie takie wrażenie samcze.

– Nie puszczę, co mi tam! Jakoś chyba zrywam z Blandi – powiedział Szymon. – Ona nie jest już cool.

– Boże, gdzie ona jest? – spytała przerażona Glorenda i spojrzała na zgliszcza domu, gdzie właśnie z żaru pękła lodówka i odmrożone ryby popłynęły ławicą do ścieku, w spienionej strudze buchającej parą. – Szymon, co z Blandi? – jęknęła.

– Kto nie jest cool i dżezi, niech ginie! – odpowiedział. – Przyszła do niej manikiurzystka od laserowego formowania tipsów. Ja chodziłem trochę nieubrany i chyba podobałem się manikiurzystce, no fajna foczka była. Czarniawa bardziej. A ta twoja córka okazała tyle burackiej nietolerancji, że rzygać! Ciemnogród, wiocha, i to z dolnej półki. Jak wychodziłem, to antresola wpadła do piwnicy. To znaczy my wyszliśmy z tym wyburzycielem. A one chyba razem z antresolą.

Glorenda nie trzymała już rąk w górze. Wiedziała, że dobrze jest poświęcać się za innych, ale bez przesady. Bije dzwon ostrzegawczy i trzeba bić jak on. Kopniakiem z nożycami – bach-bach – zrzuciła hełm byłemu już powiedzmy partnerowi córki i sprawnym chwytem wyłuskała temu eks broń z rąk. I w kurzawę, w dziejową nawałnicę!

– Pani podpisze – usłyszała jeszcze za sobą krzyk urzędnika Gniazdopolu.

I już cichnące wezwanie kamerzysty: „Dla mnie proszę o dubel tej sceny!”.

Z podrzutu, nie odwracając się, puściła serię nad głowami malowniczego zgromadzenia. Blandi! Córka! Krztusząc się w dymie, szła na ratunek.

Trzy dni później los Blandi dalej był nieznany. Glorenda zgłosiła zaginęcie na komisariacie i natychmiast została zatrzymana jako podejrzana. Okazało się, że Szymon też złożył doniesienie. Pobicie raz. Małe piwo. Gorsze sankcje groziły za znieważenie godła na hełmie bojowym. Najpierw dowiedziała się, że komendant wojsk imitacyjnych wydał w tej sprawie oświadczenie dla mediów, przemawiając na tle Wawelu, w mundurze paradnym. Dopiero potem dotarła do niej wiadomość, że przeszukano ruiny z użyciem profesjonalnych psów lawinowych i psów-wolontariuszy z pobliskiego schroniska. Przewrócono każdy okruch tynku i każdą drzazgę mebli w poszukiwaniu śladów. Nic. Podczas wstępnych przesłuchań sporo pytań dotyczyło manikiurzystki. Szymon, ekspartner Blandi powiedzmy, zeznał, że przyszła i zaczęła pracę. Okazało się, że Salon Kultury Paznokcia przy Imperium Wizażu na Grzegórzkach otrzymał zamowienie na taką specjalistkę, przełożono jednak wizytę na dzień następny, bo wszystkie siły fachowe były w terenie. O tym, że Blandi mogła skorzystać z innej, tańszej usługi, nie mogło być mowy. Wychowano ją w staroświeckich, rygorystycznych zasadach – rzemieślnikowi trzeba dać zarobić. Kto więc podszył się, kto stawił na ulicy Gontyna, w firmowym kepi Imperium Wizażu i połyskliwym fartuchu roboczym koloru perwanż? Porwanie czy zakamuflowane konszachty z podziemiem kosmetycznym? Jeśli uwiedzenie, to kto kogo? Do kolejnych pytań – kto za tym stoi, komu to na rękę – doszło w nocy po następnym dniu przesłuchań.

Oficer służb, których nawet skrót był tajny, w środku nocy przywieziony został helikopterem i wprowadzony do komisariatu w przebraniu poturbowanej więźniarki. To stary chwyt, na taką nikt nie patrzy, żeby potem nie musieć zeznawać przeciw resortom siłowym. Po demakijażu i kieliszku dla kurażu stary wyga śledczy zasiadł vis-à-vis Glorendy. On w wymiętym garniturze barwy mysiej, bez krawata, ona ciągle w żółtej piżamie. Włosy w wyszukanym nieładzie, makijaż dyskretny, stosowny do nocnej pory.

– Nie myślcie, że nie wiem, kim jesteście – zaczął przybysz.

– Jakbyś wiedział, mówiłbyś „proszę pani” – powiedziała Glorenda.

– Przepraszam panią. Przepraszam, proszę pani...

– No tak lepiej. Gdzie moja córka?

Tajniak najwyższej rangi niepewnie rozejrzał się po pokoju przesłuchań. „Raz kozie śmierć – pomyślał. – Co się martwisz, co się smucisz, ze wsi jesteś, na wieś wrócisz”.

Wiedział, że jego kariera weszła właśnie na wysoką przełęcz i posypała sobie głowę popiołem. Teraz tak będzie sypało się wszystko. Te szare jak popiół ściany muszą być pełne kamer i mikrofonów, furda, może być nawet kolor, 3D i stereo. Ten prosty drewniany stół, to krzesło i krzesło zatrzymanej widziały już kilka epok, z kłopotliwymi międzyepokami na dodatek. Obstalowane u stolarskiego majstra gdzieś na Krowodrzy, jeszcze za dobrego cesarza Franciszka Józefa, a potem... Ce sont le pustiaki... Rzeczpospolite, wojny, totalitaryzmy, kurz osiadał w szufladach, papiery, teczki, lojalki i donosy wycierały blat, półkłamstwa i przemilczenia sączyły się w szpary, ciekły w słoje jesionowego mebla. Poczuł, że dziurka od klucza w patentowym zamku obitych blachą drzwi patrzy na niego zmęczonym wzrokiem matki. Wciągnął powietrze i zaczął mówić.

– Nazywam się Kołatiuk. Jan, syn Fiodora. Mój ojciec był pszczelarzem w lasach koło wsi Pisklaki za Biłgorajem. Pamiętam ojca w kapeluszu z siatką, w chmurze złotych owadów. Cóż, Pisklaki... Mała wioska, grunty w wąskie pasy pocięte... po parę morgów... ziemia marna, przeważnie piąta czy szósta klasa... w domu się nie przelewało.

– Dobrze. Powiedzmy, że pan rzeczywiście nazywa się Kołatiuk. Gdzie moja córka?

– Pozwoli pani, ale to do mnie należy zadawanie pytań. Pani pierwszy mąż, Józef Okoń, powołał w swoim czasie ruch społeczny pod nazwą Bezpartyjne Legiony Dobrobytu, prawda?

– Tak było – odpowiedziała Glorenda głosem tak złagodniałym, że prawie śpiewnym. – Było – powtórzyła i fala wspomnień ruszyła, zalewając synapsy jej mózgu obrazami płochej, a heroicznej zarazem młodości. – Joe O’Koń nie był wtedy moim mężem, był młodym wykładowcą, który zadurzył się w swojej uczennicy. Te głupie legiony powstały ot tak, na marginesie naszych wspólnych analiz. Naszej ojczyźnie poświęcaliśmy wtedy więcej uwagi niż naszemu szczęściu. Długie nocne rodaków rozmowy. Jeszcze się musztardówki nie wytłukły, jeszcze był cukier w tapczanach. Inteligencki zacier... Zimne kaloryfery i gorące głowy. Polska urwała się wtedy z Układu Warszawskiego, szła pijana wolnością na wielkie europejskie wagary, z wiszącym jeszcze u szyi strzępem sowieckiej smyczy. Serca nam biły jednym rytmem, a zarazem mroził je smutek, bo brakowało wszystkiego. Brakowało kapitału i koncepcji, menadżerów i analityków rynku. Aktorzy stawali się parlamentarzystami, a politycy klaunami. Brakowało demokracji i brakowało dyplomatów. Wołano o partie polityczne, o społeczeństwo obywatelskie, i Joe chciał odpowiedzieć na popyt. Dla mnie to on wtedy był profesorem O’Kohnem. Patrzyłam jak urzeczona w jego oczy, w których jeszcze majaczyły blaski Harvardu. Na zajęciach z prawa państwowego wymyślaliśmy setki partii i ugrupowań, statuty, preambuły. Młodość! Co to dla nas było, jedne legiony dobrobytu mniej, jedne więcej. Po sejmie i senacie jeszcze do dziś się tłuką niektóre wymyślone przez nas, ot tak, jako byty ćwiczebne, partie i koncepcje... Co pan tam bazgrze, Kołatiuk? Dlaczego pan nie nagrywa? Dlaczego nie ma protokolanta i porządnego ekspresu do kawy?

Nadkomisarz czy może podpułkownik – Kołatiuk siedział osowiały. Przygarbił się, a jego twarz rozmazywała się jak próbne wersje portretu pamięciowego.

– Widzi pani ołówek? – spytał ochryple. – Kopiowy. Już taki krótki. Ostatni jeszcze z resortu.

– Nie pytam o ołówek, panie Kołaciuk.

– Ale to ja pytam, proszę pani. Z waszej szkoły wyszło troje absolwentów?

– Jedna absolwentka z pewnością. To ja – odpowiedziała, prostując się. – Potem, kiedy ja sama przejęłam funkcje rektora i dyrektora generalnego, nikomu już nie udało się skończyć. Były opinie, że trochę za bardzo przykręciłam śrubę. Ja chciałam trzymać poziom uczelni, bo widziałam, jak wszystko się gliździ. Po paru semestrach, kiedy wyszłam za Okonia i urodził się mały Wawrzek-Laurent, trzeba było zająć się dzieckiem. Szkołę kupił Robert Pyrski, jej założyciel, i zaraz z małą stratą sprzedał Wackowi Waciakowi, a ten pozwolił, żeby ją przejął komornik, i poszła z licytacji w ręce niejakiego Jaszki Kitajca z Odessy. Jakoś w międzyczasie było jeszcze upaństwowienie, unieważnione przez Trybunał Konstytucyjny, i jeden zarząd komisaryczny. W tym bałaganie podobno dwu łebkom udało się zrobić dyplom, ale nie śledziłam, co za osoby. Przypuszczam, że pan ma to w papierach, panie Kołaciuk.

– Kołatiuk – poprawił śledczy. – Ja jestem ten trzeci. A o drugim... sprzeczne wersje, luki w dokumentach. Był taki chojrak, o którego kłóciły się dwie jednostki organizacyjne, ale wyszło, że fałszywka. Kobitka zresztą to była...

– Jeśli was wykołowała, to może zasłużyła na dyplom.

– Zginęła przy próbie ucieczki. Amen.

– A znaleźliście ciało? – spytała Glorenda, a policzki jej zaróżowiły się od emocji. Kołnierz jej żółtej piżamki rozchylił się nieco, więc wyglądała tak pięknie, że kopiowy ołówek w rękach przesłuchującego ukruszył się i znieruchomiał.

– Jakby niezupełnie – odpowiedział zagubiony i niepewny Kołatiuk. Wiedział, że to on ma pytać. A mimo to odpowiadał. – Znalazła się broń krótka, zaświadczenie o szczepieniach i bielizna. Góra i dół.

– No to bingo – podsumowała Gloredna. – Maxima cum laude.

– Jak?

– Maxima cum laude. To mam napisane na moim dyplomie ze szkoły. Z pochwałą największą. I tamtej tak bym napisała. Robiliście test DNA, prawda?

– Ja mam pytać! – Śledczy pozbierał się trochę. – Gdzie aktualnie przebywa pani mąż?

– Joe O’Kohn wrócił do Harvardu jak stary bumerang. Coś tam robi, czasem przemawia jako ekspert w telewizji CNN. Jak się tylko pokaże jego buźka, kursy lecą w dół, niezależnie od tego, co mówi. To raz. Robert Pyrski, mąż numer dwa, jest w Brukseli...

– Zaraz, ja tu mam inne dane – przerwał jej brutalnie Kołatiuk. – Czołgistą był! W amerykańskiej armii czy jak?

Glorenda wybuchnęła kaskadą śmiechu.

– Ależ tam macie specjalistów! Thinktank to nie pojazd gąsienicowy. Był krótko w Ameryce. Sama go posłałam, garnitur nawet kupiłam, bo wie pan, ja nie mogę patrzeć na cierpienie. Szczególnie jak jakieś zwierzątko albo mężczyzna... Po rozwodzie bardzo się męczył na zasiłku i załatwiłam mu pracę w Dallas, w Rezerwie Mózgu Banku Światowego. Jakby był cicho i tylko potakiwał z poważnym wyrazem twarzy, do dziś siedziałby tam jak u Pana Boga za piecem. Wikt, opierunek, pensja niebrzydka. Dwa posiedzenia w miesiącu, auto i samolot do dyspozycji. Ale on niestety raz czy dwa się odezwał i wyleciał. Ambicja. Poprosiłam kogoś i wzięli go do Brukseli, siedzi tam jako tłumacz naszego komitetu ostatniej szansy. Nie zna języków i dlatego my tę szansę jeszcze mamy.

– Ja tu mam w notatkach, że małżeństwo nie zostało skonsumowane.

– Też odniosłam to wrażenie – potwierdziła Glorenda i jej chabrowe oczęta ukryły się pod gęstwiną rzęs. – Ale Patryk się urodził, więc coś tam musiało być. Żyliśmy w strasznym pośpiechu, z hotelu do hotelu, z wokandy na wokandę, prawdziwi nomadzi. Z jednej strony prywatyzowaliśmy zakłady mechaniczne w Dobrej Woli, z drugiej musieliśmy je postawić w likwidację, a załoga wytoczyła nam proces z pozwem zbiorowym o złamanie przyrzeczenia rozkwitu. Małżeństwo się nam rozpadło w takim zamęcie, w takim krakaniu kruczków prawnych, że sąd rodzinny nie przyznał syna ani mnie, ani Robertowi, tylko komitetowi strajkowemu. To mój wielki wyrzut sumienia. Co to mogło być za wychowanie, żadnych zasad, same roszczenia. Czy Patryk mógł wyjść na ludzi? On nie tylko został artystą, ale też co chwila znajduje sobie jakieś korzenie etniczne czy kulturowe. Jakby kołtun tych korzeni miał pod sobą. Nie mam z Patrykiem kontaktu, ale na moje przeczucie macierzyńskie, to jemu potrzebna dobra, wartościowa dziewczyna. Może być bez majątku i bez korzeni. Serce się liczy.

– Zapisałem, wytypujemy kogoś, żeby się zorientował w wariantach – powiedział Kołatiuk i można było w tym jednym zdaniu znaleźć na dnie złotą niteczkę wzruszenia losem artysty. – Ale ad rem naszych baranów, ja cały czas pytam o ojca zaginionej. W znaczeniu mąż zatrzymanej. A pani wyciąga z lamusa jakieś inne rozdziały sagi rodzinnej i chowa się w to jak w zasłonę dymną. Przecież pani wie, my jak rentgen, wszystko na dłoni. Mane, tekel, fares, jak mówią. W dokumentach jest pani jako Waciak.

– W niektórych dokumentach – zauważyła Glorenda ostrożnie. Wiedziała, że teraz idzie po kruchym lodzie. – Z domu nazywałam się kiedyś Ania Podbipięta, ale to nie było medialne. Z Waciem Waciakiem pobrałam się jako Glorenda de Soto, ale też niewiele udało się skonsumować, bo wyszła na jaw jego orientacja. Został liderem lewicy obyczajowej i sekretarzem komitetu politycznego przy pełnomocniku ministra do spraw nowego modelu rodziny. Ponieważ ma bronić praw rodziny multipartnerskiej, musiał mieszkać z jednym mężczyzną metroambientalnym, z jego damszczyzną i ich interaktywnymi konkubentami, chyba nie wyliczyłam pełnego składu. Miałam ich broszury, ale się spaliły. Albo poległy pod gruzami na ulicy Gontyna.

– Tu je mam.

Rzuciła szybkie spojrzenie na kolorowe zeszyty, które Kołatiuk wyjął z teczki.

– Nie, to nie te. Podobne trochę, przez te uśmiechy szczęścia. Te są od świadków Jehowy.

– Kiedy widziała go pani ostatni raz?

– Wacia Waciaka? Tak naprawdę widziałam, widziałam to ze dwadzieścia lat temu, jak jeszcze studiowałam w ich szkole. Wtedy bywały chwile, kiedy mogłam mu spojrzeć w oczy. Duża przerwa, a on idzie do mnie przez podworce i niesie bułkę z baleronem... Burak był, ale złote serce. I złota rączka. Wszystko naprawił, motor, samochód, kiedyś Ruskim helikopter naprawił.

– Wiem. Daleko nie zalecieli.

– No i co? Nikt nie zginął. Za to już mieli trochę bliżej do siebie.

– I potem już pani go nie widziała?

Glorenda westchnęła.

– Pośpiech, panie Kołatiuk. Pośpiech i stres to nie są dobre duchy strzegące domowego ogniska. To upiory zagłady. Hossa za bessą. Huśtawka nastrojów. Przewalutowania. Zmiany kursów, zmiany przepisów, zmiany rządów. I jeszcze te zmiany orientacji. Mijaliśmy się jak przedwojenne pociągi pośpieszne. Huk lokomotywy, para buch, łomot kół, oświetlone okna salonek, i już oddalające się czerwone latarnie ostatniego wagonu. Wybuch zwierzęcej żądzy i za chwilę tu karta kredytowa, tu kluczyki do samochodu, telefon, i czerwone latarnie coraz dalej. Onże to był? Czy to ja byłam? Czytał pan o kłączowatym zaniku tożsamości? Zbiory rozmyte i tak dalej?

– Nie bardzo mam czas na czytanie. I to przez takich jak pani. Gdzie przebywa mąż?

– Jeszcze jesteśmy przy Waciaku? – Glorenda ziewnęła i przeciągnęła się rozkosznie. – Jestem rozwiedziona, powinien to pan mieć w papierach.

– Panią pytam. – Śledczy próbował, żeby zabrzmiało twardo, ale nie wyszło.

– Panie Kołatiuk, późna pora. Jakieś adresy miałam w laptopie. Gdzie trzymacie mój komputer?

W tej chwili zadzwonił jego telefon. Kołatiuk wysłuchał, przytaknął, obiecał dostarczyć. I zapytał Glorendę o kod dostępu do plików w pamięci jej komputera. Odpowiedziała, że są dwa. Jeden otwiera dostęp, a drugi, różniący się jedną cyferką, skutecznie wymazuje całą pamięć, wszystkie programy, adresy, do buddyjskiej bieli kontemplacyjnej.

– Niech pani poda ten pierwszy, notuję. – Śledczy sięgnął po ołówek kopiowy.

– Myśli pan, że o tej porze mam głowę do numerków? Pomylę się i klops. – Zatrzymana mówiła coraz wolniej i ciszej. Ziewnęła różowo i smacznie. – A do tego... – dodała, tłumiąc ziew kolejny – ...o, dobrze, że sobie przypomniałam. Nic się nie uruchomi, jeśli czytnik nie będzie miał dostępu do moich linii papilarnych.

Tu wyciągnęła przed siebie prawą dłoń – wysmukłą, różową, wonną, jakby gotową do delikatnej pieszczoty.

„Połknięcie kopiowego ołówka niczego nie zmieni – pomyślał Kołatiuk. – Już tak się wypisał, że dawka może nie być śmiertelna”.

Lewy profil, prawy profil.

Jeszcze jeden błysk flesza. Z przodu z tabliczką na piersiach: WACIAKOWA GLORIA aresztantka NR... PESEL... NIP...

W katorżniczym szynelu narzuconym na żółtą piżamkę Glorenda siedziała na miejscu dla pasażera, obok prowadzącego wóz Kołatiuka. Za oknami służbowego auta migały nocne krajobrazy październikowej Polski. Góry Świętokrzyskie, obwodnica Kielc, wielkie jak smoki TIR-y powywracane byle jak, to wzdłuż, to w poprzek, przeważnie wygodnie ułożone w rowach do nocnej drzemki. Ptactwo wodne zadomowione w pełnych wody koleinach asfaltu. Wozy sanitarne zaczajone w chaszczach, nadsłuchujące, czy nie nadjeżdżają motocykliści, karetki jak hieny, łase na organy do przeszczepu. Nie chciała myśleć o grożących Blandi niebezpieczeństwach, wolała wspominać te październiki sprzed lat, akademickie fety, Józia Okonia w todze rektorskiej, w pelerynce gronostajowej, w birecie. I tę radość, że zaczyna się czas nieparzystego semestru, wracają regularne studia, kończy się ryzykowna gehenna praktyk wakacyjnych, kajaków wśród kajmanów, pułapek szamanów w tajdze nad Ussuri, burz piaskowych, odpierania zalotów GOPR-owców podczas tatrzańskich załamań pogody i morale.

Potrząsnęła ramieniem prowadzącego auto Kołatiuka.

– Niech się pan obudzi! Chyba nie ma przejazdu. Skąd tyle świateł?

Rzadki las na stoku wzgórza nad szosą prześwietlały potężne słupy błękitnobiałego światła. Zarośla poniżej, tataraki i trzciny, okalające pokryte rzęsą starorzecze, i kępy olch skąpane były w purpurowej poświacie, a szosę zagradzały wozy służbowe i techniczne z migającymi na dachach niebieskimi i oranżowymi „kogutami”.

– Panie Kołatiuk, niech się pan obudzi, niech pan hamuje trochę!

Glorenda chwyciła dźwignię ręcznego. Uderzyli lekko w bok furgonteki Żandarmerii Stanu. Posypało się szkło. Antyterroryści wyskoczyli z pudła stukniętego pojazdu jak jeden czarny zwierz na dwunastu nogach. Poprawiając maski na twarzach i aparaty tlenowe na plecach, poczłapali płetwami do bagnistego zbiornika i zniknęli pod powierzchnią. Kożuch rzęsy zamknął się za nimi.

Kołatiuk obudził się wściekły.

– No i narobiła pani przez te krzyki! – krzyknął. – Ślicznie pięknie! Ja nie spałem, to raz. A dwa, jestem trzecią dobę na służbie, rozumie to pani?

W tej chwili jak spod ziemi wyrosła przy nich para funkcjonariuszy z drogówki. On pyzaty i rozrośnięty, o poczciwych okrągłych oczach, ona drobna, cygańska w typie, z czapką na bakier. Gadał duży blondas.

– Dobry wieczór. Od sprawcy zdarzenia drogowego poproszę uprzejmie o dowodzik, prawko, dokument rejestracyjny, polisę. Hamowanie nie wyszło? Co się dzieje, panie kierowco? Dziewczyna przeszkodziła?

Kołatiuk poprawił się na siedzeniu, spojrzał ponad głowami funkcjonariuszy i dobitnie powiedział.

– Czterysta szesnaście!

Subauspicjentka zachichotała i schowała się za kolegę.

– No tak... – odpowiedział nieco zbity z tropu starszy prespirant. – Trzeźwość sprawdzimy w drugiej kolejności, teraz dokumenty.

Znowu wyliczył, na jakie papiery czeka.

– Czterysta szesnaście! – jeszcze głośniej wyrąbał Kołatiuk.

– Tyle karnych punktów wam się nie należy – jowialnie skwitował duży. – Tyle nie, ale walnę, ile będę mógł. Opuścić proszę pojazd! Ręce na maskę!

Założył standardowy chwyt transportowy, sprawnie wyciągnął Kołatiuka z wozu i ustawił przed sobą. Policjantka znów zachichotała.

– Już ja zrobię, już zobaczycie, jak wylecicie ze służby – cedził przez zęby Kołatiuk. – Kodów nie znacie! Czterysta szesnaście, co jest? Dyskretny przewóz niebezpiecznego zatrzymanego pojazdem banalizowanym!

– No, kiedyś było coś takiego na odprawie – wtrąciła się czarniawa. – On, Zdzichu, może coś tego. Niejakoby takie sygnały były.

– Czekaj, on tu ma legitymację taką – odpowiedział Zdzichu, gmerając po marynarce Kołatiuka. – Popatrz, Wioleta, ale jednym okiem, bo to jakieś supertajne. Po mojemu zdjęcie całkiem niepodobne. Panie kierowco, czemu to zdjęcie niepodobne?

– Może on bratu na przykład wziął legitymację – podsunęła się policjanteczka Wioleta, tłumiąc śmiech. – A pamiętasz takiego pajaca, co miał paszport Murzyna i smarował się towotem? No, pod Odrzywołem my go łapali. Co ja się wtedy nastrzelałam, kurde...

– Ty lepiej spytaj na radio o te czterysta szesnaście, czy to jest i czy aktualnie to dalej działa w naszym zadaniu – powiedział duży Zdzichu. – Z tym, że konwojować to on już nie ma kogo.

Kołatiuk padł teraz na maskę uszkodzonego auta jak podcięty kwiat. Z tej pozycji mógł widzieć, że na siedzeniu obok kierowcy leży porządnie złożony szary szynel katorżniczy, a na nim żółta piżamka od Gucciego, rzucona trochę niedbale, ale z wyczuciem formy.

– Czterysta siedemnaście! – krzyknął, prostując się. – Ucieczka zatrzymanego, podwyższony stopień zagrożenia państwa! Obejmuję dowództwo!

Z mroku wynurzył się ktoś wyższy jeszcze od Zdzicha, w czarnym stroju, hełmofonie z przyłbicą i kamizelce kuloodpornej.

– Zgłaszam pododdział żandarmerii do czterysta siedemnaście! – powiedział przybysz i wywalił w niebo z rakietnicy.

Pośpiesznie, z chlupotem spłoszonych gęsi, wynurzyli się z wody żandarmi-nurkowie. Posłano ich do poszukiwań Glorendy, parę z drogówki za nimi.

– Ja, panie kolego, mam habilitację z psychologii behawioralnej sytuacji kryzysowych – odezwał się wódz żandarmów do Kołatiuka. – I tak na mój krzywy nos to czuję, że jesteście superancko zadowoleni, panie kolego, że wam zatrzymana bryknęła, no nie jest tak?

– Nie odwołałem na razie czterysta siedemnaście – skwitował go Kołatiuk. A potem, już mniej formalnie, zapytał: – Jaka tu akcja? Bo zajechaliście mi drogę w trakcie określonej akcji? Można wiedzieć?

– To jest, kolego drogi, akcja artystyczna – odpowiedział żandarm, podnosząc plastikową przyłbicę. – My tu wszechstronnie zabezpieczamy plan filmowy. Film kręcą, jednym zdaniem. Historyczno-pirotechniczny. Łażą po lesie, kamerują, wyłażą na drogę, kamerują dalej.

– I erotyka w lesie, co? – domyślił się Kołatiuk, umęczony obrazem porzuconej żółtej piżamki.

– Ewentualnie jest, ewentualnie nie ma. Behawioralnie wątpię. Pokrzyw masa i co chwila stop kamera. Nerwy raczej. Nie mówię, że finansowych przekrętów nie ma, ale film to są duże pieniądze. O, idzie pan reżyser, to panu potwierdzi. Dużo wydać, dużo zarobić. Jak w rzece duża woda, zawsze brzegu urwie, rozumiemy się?

Reżyser był młody, blady i nieogolony, w sweterku z angielskimi napisami i skórzanej czapce z daszkiem.

– To jak, koniec na dzisiaj, panie reżyserze? – spytał żandarm. – Mamy tu stłuczkę z kolegą. Wie pan, on jest od globalnego stopnia tajności. Czyli nic pan nie wie, nie było. Ale kończymy?

– Nic nie kończymy! – krzyknął reżyser. – Daj pan swoich ludzi na drogę, można prosić? Ale szybko, można prosić? A z panem co jest? Ja się przedstawię, Rafał Skorecki, reżyser, pewnie pan czytał. Dam auto, zawiezie. Pan do Warszawy?

– Do Warszawy czy nie – odpowiedział oględnie Kołatiuk – chwilowo tu, bo zatrzymana jest na ucieczce, wie pan, czasem tak trzeba.

– Ach tak? – podchwycił od razu reżyser. – Ach tak? Wypadek, ktoś ucieka. Jemu się zdaje, że wypadek, a pan cichcem za nim? Pysznie! Dramaturgia chwili! Biorę ten pomysł od pana.

– A pan jaki film robi? – zaciekawił się Kołatiuk. – Pirotechniki dużo?

– Dużo – potwierdził filmowiec. – Ja rzygam tym, sikam na to. Ale producent wymaga. Mówi mi: jak nie ma bum-trach, nie przyjdą widzowie. Gołej baby może nie być...

– Właśnie! – przerwał mu Kołatiuk. – Była?

– Skąd! Dla mnie, dla mnie osobiście, to musi być człowiek niosący swoją winę. Maleńki człowiek w gmachu historii, która mu się wali na głowę. W scenariuszu to miałem, niestety niewiele z tego zostało. Tylko tytuł roboczy: Noc czerwonych wilkołaków. Generała Sierowa mi skreślili, żeby nie ciągnąć niedźwiedzia za kudły dziejów najnowszych. Chcąc nie chcąc, muszę iść w stronę komedii romantycznej.

W tej chwili zjawiła się policjantka z damą w mini i w półkożuszku. Na półkożuszek było za gorąco, na mini może parę kilo za dużo, ale w sumie estetyka kobiecości była bardzo filmowa.

– Pani kostiumowa widziała uciekinierkę – zameldowała policjantka, rzucając zwierzchnikom nieobyczajne uśmieszki.

Pani kostiumolog przedstawiła się i potwierdziła, że został wydany kostium wilkołacznicy statystce, która przybyła spóźniona.

– No to ją macie – powiedział żandarm do Kołatiuka. – I po krzyku.

– Ile wilkołacznic mamy na planie? – spytał reżyser.

– W grafiku organizacyjnym było tysiąc dwieście – odrzekła pani kostiumolog. – Wydano ponad tysiąc kostiumów. I tak pan będzie namnażał to komputerowo.

Światła przeszywające las znowu zabłysły mocniej, a wokół reżysera pojawili się liczni asystenci, operatorzy, specjaliści od kaskaderki i pirotechniki, meldując, że wszystko gotowe. Nad wierzchołkami świerków wzniosła się platforma podnośnika z kamerą.

– Niech pan idzie ze mną, może ją pan rozpozna – powiedział do Kołatiuka reżyser. – Mam podgląd równoczesny na czterech monitorach.

– Nie wie pan, o czym pan mówi – odparł ponuro śledczy. – Nie wie pan, pańskie szczęście. A wy, czterysta siedemnaście!

Policjantka poprawiła czapkę, przekrzywiając ją na bakier, sprawdziła, czy loczek wymyka się frywolnie, i stanęła na baczność. Oczkami strzelała w stronę przystojnych filmowców, a po jej karminowych usteczkach błąkał się zalotny uśmieszek.

– Piżamę żółtą do jałowego pojemnika pęsetą! I hermetycznie! Potem galop do kryminalistyki, weźcie szybki wóz. Na sygnale! Do labo i badanie DNA superpilne, na hasło czterysta siedemnaście. Wykonać! A ja rąbnę się raczej spać, sen przynosi dobrą radę.

Kołatiuk obudził się w rzeźwości świtania, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Powoli rozeznał się w sytuacji. Jego stuknięty pojazd banalizowany jechał na potężnej platformie wiozącej jakieś filmowe urządzenia. Za oknem słał się w mgłach poranka Niż Polski obszarów intensywnej gospodarki sadowniczej. On sam spał, jak się położył – na tylnym siedzeniu – ale przykryty był ciepłym kocem. A na przednim siedzeniu siedział reżyser z płaską butelką whisky w ręce i wpatrywał się w niego.

– Niech pan tylko nic nie mówi – powiedział reżyser tajemniczym szeptem. Był złachany, ochrypły, pachniał potem, dymem prochowym. Oczy miał mocno zaczerwienione, a mimo to promieniowały z niego twórcze moce. – Rafał Skorecki, reżyser – przedstawił się jeszcze raz. – Pewnie pan widział w telewizji, co? Patrzę na pana! Niech pan tylko dalej zaciska szczęki z taką pasją, niech pan dalej władczo rozdyma nozdrza. Niech pan mnie wysłucha, sza! Bez słowa. Łyczek? Nie? Wiem, służba. Biorą najtwardszych. Teraz sprawa. Ten mój film przechyla się niebezpiecznie. Robi się błahy i kasowy. Nie chcę, szkoda mojego życia na te bzdury. Wszyscy takie tłuką dla kasy. Ja muszę ocalić to, co było w scenariuszu wielkie. Naszą wielką narodową winę. Chcę, aby w podziemiach podświadomości widza zagrzmiały kroki historii. A historia musi mieć ludzką twarz. Łyczek? Ja rozumiem, panu honor oficera nie pozwala. Powiem panu, historia w moim filmie będzie miała twarz mężczyzny z granitu. Pańską twarz. To mała rola, epizod właściwie, ale kluczowy. Mieszko Piąty, Król Młot. Akcję umieściłem w niedalekiej przyszłości. Nasz kraj, po tym jak zachwycił media i analityków odegraniem roli Zielonej Wyspy, znowu jest na ustach wszystkich. Pierwsza w dziejach cywilizacji konstytucja hybrydalna. Cztery lata liberalnej demokracji parlamentarnej, a następnie cztery lata oświeconej, ale autorytarnej monarchii. Potem wybory – i znowu demokracja w najlepsze. Mój film będzie opowiadał o pierwszej kadencji Królestwa Polski. O przyjściu kogoś, kto poczuł, że na jego barki spadł purpurowy płaszcz Chrobrych, Odnowicieli, Mocnych. To pan! Na skroniach korona, ale ona nie pochyli panu głowy! Ona, chociaż ciężka dziedzictwem samowoli, prywaty i chaosu, każe Mieszkowi Piątemu...

– A kiedy panował Mieszko Czwarty? – spytał Kołatiuk, walcząc z resztkami snu.

– Nie wiem, wpisałem piątego tak na zakładkę. Masa było tych Piastów śląskich i szczecińskich, to się potem ustali, jak będzie kasa na konsultantów historycznych. Ale bierze pan?

– Nie bardzo jeszcze chwytam...

– Ale to przyszłościowe! – Reżyser znowu łyknął z piersiówki i zarumienił się, pewnie nie tylko od emocji. – Jak z tymi samochodami o napędzie już to spalinowym, już to elektrycznym. Taka konstytucja. Pojedzie się na demokracji, zatęskni się za twardą ręką. Pocierpi się od mocnej władzy, ale bez strachu, kadencja się kończy, zaraz będzie się wybierać parlament, prezydenta, samorządy.

– I to już załatwione? – spytał śledczy, kuląc się pod włochatym pledem. – Ciężko będzie pracować.

– Przecież to fikcja, film... Fabryka snów, tak o nas mówią. Tylko czy pan zagra mi tego Mieszka Młota?

– Zadzwonię do pana – powiedział ostrożnie funkcjonariusz tajnych agend.

Reżyser wyciągnął do niego rękę z wizytówką.

– Ja wiem, że pan się zgodzi. Film to zabawa dla takich chłopaków jak my. Pan spał, a ja miałem telefon od Miśki. Tej od kostiumów. Kaskaderzy i statyści pobrali w sumie tysiąc dziewiętnaście wilczych skór z maskami. Zwrócono tysiąc osiemnaście. Teraz to do pana dzwonią. Coś źle? Jakby pan zbladł.

Kołatiuk trzasnął klapką wielofunkcyjnego telefonu.

– To są sprawy służbowe – odparł surowo. – Mogę łyczek? Nasze kawalerskie! – Wyciągnął rękę po flaszkę.

– Powiem panu, bo ufam w pana dyskrecję – podjął, wycierając usta. – Powiem panu, że ten strój wilczy już zapracował. Właśnie od naszych komputerowców wykradziono laptopa osoby na ucieczce. Technik opowiadał, że zasnął i śnił mu się pies Szarik. Ten od pancernych.

– Wiem.

– Tyle to i ja wiem, panie reżyserze.