Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 683 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strażnik tajemnic - Kate Morton

W wiejskiej angielskiej posiadłości, w swingujących latach 60. szesnastoletnia Laurel wymyka się z rodzinnego pikniku urodzinowego i chowa w domku na drzewie, by snuć samotnie marzenia o przyszłości. Nagle widzi nieznajomego, który zbliża się do domu i rozmawia z jej matką. Wkrótce zostaje świadkiem strasznej zbrodni, która położy się cieniem na całym jej życiu. Odtąd zawsze będzie zadawać sobie pytanie, kim tak naprawdę jest jej piękna, niezwykła matka, kim była w przeszłości.

Pięćdziesiąt lat później Laurel jest wybitną aktorką mieszkającą w Londynie. Spotyka się ze swym rodzeństwem w domu rodzinnym, by świętować dziewięćdziesiąte urodziny matki. Niespodziewanie powraca przeszłość, a Laurel wie, że to ostatnia szansa na odkrycie zagrzebanych w niej sekretów. Zaczyna skomplikowane śledztwo, które po nitce wspomnień Dorothy oraz innych związanych z nią osób doprowadzi w końcu do kłębka tajemnicy…

Opinie o ebooku Strażnik tajemnic - Kate Morton

Fragment ebooka Strażnik tajemnic - Kate Morton

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Osa­dzo­na w la­tach 40., 60. i współ­cze­śnie po­wieść o ma­rze­niach, któ­re mogą pro­wa­dzić do zgu­by, o ro­dzin­nych se­kre­tach oraz nie­wy­ja­śnio­nym mor­der­stwie sprzed pół wie­ku.

An­giel­ska pro­win­cja, rok 1961. Szes­na­sto­let­nia Lau­rel Ni­col­son wy­my­ka się z przy­ję­cia uro­dzi­no­we­go i cho­wa w dom­ku na drze­wie, by sa­mot­nie snuć ma­rze­nia o chłop­cu imie­niem Bil­ly, o prze­pro­wadz­ce do Lon­dy­nu i o swo­jej za­wo­do­wej przy­szło­ści. W pew­nym mo­men­cie wi­dzi nie­zna­jo­me­go męż­czy­znę, zbli­ża­ją­ce­go się do domu i po­dej­mu­ją­ce­go roz­mo­wę z jej mat­ką, któ­ra przy­sta­nę­ła w otwar­tych drzwiach z ma­łym dziec­kiem na rę­kach. Chwi­lę póź­niej dziew­czy­na jest świad­kiem szo­ku­ją­cej zbrod­ni, któ­rej ob­raz po­ło­ży się cie­niem na jej dal­szym ży­ciu.

An­glia, rok 2011. Lau­rel, po la­tach peł­nej suk­ce­sów ka­rie­ry ak­tor­skiej, spo­ty­ka się z sio­stra­mi w domu ro­dzin­nym w Suf­folk, by wspól­nie świę­to­wać dzie­więć­dzie­sią­te uro­dzi­ny umie­ra­ją­cej mat­ki, Do­ro­thy. Lau­rel zda­je so­bie spra­wę, że to jej ostat­nia szan­sa na wy­ja­śnie­nie za­gad­ki mor­der­stwa sprzed pięć­dzie­się­ciu lat – nie­ule­czo­nej trau­my z okre­su dzie­ciń­stwa. Ni­czym puz­zle skła­da frag­men­ty mrocz­nej ta­jem­ni­cy, któ­rej ko­rze­nie się­ga­ją po­cząt­ku II woj­ny świa­to­wej i trwa­ją­cych dwa lata bom­bar­do­wań Lon­dy­nu. Tra­gicz­na prze­szłość po­wra­ca we wspo­mnie­niach mat­ki i bli­skich jej osób: splą­ta­ne losy trój­ki mło­dych lu­dzi z zu­peł­nie róż­nych świa­tów, Do­ro­thy, Vi­vien i Jim­my’ego. Hi­sto­ria przy­jaź­ni i mi­ło­ści wy­sta­wio­nych przez los na cięż­ką pró­bę.

KATE MOR­TON

Współ­cze­sna pi­sar­ka au­stra­lij­ska, od naj­młod­szych lat za­ko­cha­na w książ­kach i te­atrze. Ukoń­czy­ła z wy­róż­nie­niem Uni­ver­si­ty of Qu­een­sland, uzy­sku­jąc dy­plom z li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej. Obec­nie przy­go­to­wu­je pra­cę dok­tor­ską. Au­tor­ka 4 be­st­sel­le­ro­wych po­wie­ści wy­da­nych w 39 kra­jach i wy­bra­nych Po­wie­ścia­mi Roku w Au­stra­lii – Dom w Ri­ver­ton, Za­po­mnia­ny ogród, Mil­czą­cy za­mek i Straż­nik ta­jem­nic. Szcze­gól­ną po­pu­lar­no­ścią Mor­ton cie­szy się w ro­dzin­nym kra­ju oraz w Hisz­pa­nii, Niem­czech, Wiel­kiej Bry­ta­nii, USA i we Wło­szech. Pra­wa fil­mo­we do Za­po­mnia­ne­go ogro­du ku­pi­ła fir­ma pro­du­cenc­ka Clin­ta Eastwo­od

www.ka­te­mor­ton.pl

Tej au­tor­ki

DOM W RI­VER­TON

ZA­PO­MNIA­NY OGRÓD

MIL­CZĄ­CY ZA­MEK

STRAŻ­NIK TA­JEM­NIC

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE SE­CRET KE­EPER

Co­py­ri­ght © Kate Mor­ton 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Ko­ziej 2013

Ilu­stra­cje na okład­ce:

Mar­tin McCar­thy/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia (furt­ka)

Co­lin Tho­mas (dziew­czy­na)

Pro­jekt gra­ficz­ny fron­tu okład­ki: Mac­mil­lan Pu­bli­shers Ltd., Lon­don

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki pol­skiej: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-145-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Sel­wy, przy­ja­ciół­ki, agent­ki, mi­strzy­ni

CZĘŚĆ PIERWSZA Laurel

1

An­giel­ska wieś, dom na pust­ko­wiu, let­ni dzień na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku. Bu­dy­nek jest skrom­ny: mur pru­ski, bia­ła far­ba łusz­czy się de­li­kat­nie na za­chod­niej ścia­nie, a kle­ma­tis pnie po tyn­ku. Z nad­sta­wek ko­mi­no­wych uno­si się para i wy­star­czy jed­no spoj­rze­nie, by wie­dzieć, że na pły­cie ku­chen­nej pyr­ka w garn­ku coś smacz­ne­go. Mó­wią o tym rów­nież grząd­ki wa­rzyw­ne na ty­łach domu, okna dum­nie po­bły­sku­ją­ce szyb­ka­mi w oło­wia­nych ram­kach, dach ze sta­ran­nie uzu­peł­nio­ny­mi ubyt­ka­mi w da­chów­kach.

Dom ota­cza ty­po­wo wiej­ski płot, a drew­nia­na furt­ka od­gra­dza uła­dzo­ny ogród od łąk po dru­giej stro­nie i ro­sną­ce­go da­lej za­gaj­ni­ka. Tam, w splą­ta­nym gąsz­czu drzew, plu­ska zwin­nie po ka­mie­niach stru­mień, prze­my­ka­jąc po­mię­dzy świa­tłem sło­necz­nym a cie­niem, jak czy­nił przez stu­le­cia, ale stąd go nie sły­chać. Jest zbyt da­le­ko. Dom stoi na od­lu­dziu, na koń­cu dłu­gie­go, py­li­ste­go pod­jaz­du, nie­wi­docz­ne­go z wiej­skiej dro­gi, z któ­rą dzie­li na­zwę.

Cza­sem ze­rwie się lek­ki wie­trzyk, ale poza tym wszyst­ko trwa w bez­ru­chu, jest spo­koj­nie, ci­cho. Dwie bia­łe ob­rę­cze hula-hoop, sza­leń­stwo ostat­nie­go roku, sto­ją opar­te o tre­liaż ob­ro­śnię­ty gli­cy­nią. Plu­szo­wy miś z prze­pa­ską na oku, wy­ro­zu­mia­ły i pe­łen god­no­ści, stoi na war­cie w do­god­nym punk­cie ob­ser­wa­cyj­nym, czy­li ko­szu na kla­mer­ki przy­cze­pio­nym do zie­lo­ne­go wóz­ka na pra­nie. Tacz­ka wy­ła­do­wa­na do­nicz­ka­mi cze­ka cier­pli­wie przy szo­pie.

Po­mi­mo pa­nu­ją­ce­go bez­ru­chu, a może wła­śnie z jego po­wo­du, całe oto­cze­nie jest na­ła­do­wa­ne ocze­ki­wa­niem, jak sce­na te­atral­na tuż przed wy­ło­nie­niem się ak­to­rów z ku­lis. Wszyst­ko jest jesz­cze moż­li­we, los nie zo­stał przy­pie­czę­to­wa­ny przez zda­rze­nia i na­gle…

– Lau­rel! – woła nie­cier­pli­wie dzie­cię­cy głos gdzieś w od­da­li. – Lau­rel, gdzie je­steś?

Czar prysł. Świa­tła przy­ga­sa­ją, kur­ty­na idzie w górę.

Nie wia­do­mo skąd po­ja­wia się stad­ko kur, któ­re za­czy­na­ją wy­dzio­by­wać coś spo­mię­dzy ce­gieł, któ­ry­mi wy­ło­żo­na jest ścież­ka, sój­ka wle­cze swój cień przez ogród, trak­tor na po­bli­skiej łące z ter­ko­tem bu­dzi się do ży­cia. A wy­so­ko po­nad tym wszyst­kim leży so­bie na ple­cach, na pod­ło­dze drew­nia­ne­go dom­ku na drze­wie pew­na szes­na­sto­lat­ka, któ­ra moc­no przy­ci­ska cy­try­no­wą lan­dryn­kę ję­zy­kiem do pod­nie­bie­nia i wzdy­cha.

Może to było okrut­ne, że po­zwa­la­ła im wciąż się szu­kać, ale w tym upa­le nie mo­gła zdo­być się na wy­si­łek ko­niecz­ny przy za­ba­wie – bądź co bądź dość dzie­cin­nej – zwłasz­cza że pia­sto­wa­ła w du­chu pe­wien se­kret. Zresz­tą na tym prze­cież po­le­gał sens za­ba­wy w cho­wa­ne­go, tata za­wsze po­wta­rzał, że trze­ba grać fair, a one nig­dy się nie na­uczą, jak nie będą pró­bo­wać. To nie wina Lau­rel, że umie wy­naj­dy­wać lep­sze kry­jów­ki. Owszem, są od niej młod­sze, ale prze­cież to nie ja­kieś ma­lu­chy.

Zresz­tą wca­le nie chcia­ła, by ją od­na­le­zio­no. Nie dzi­siaj. Nie te­raz. Chcia­ła tyl­ko tak so­bie le­żeć i po­zwa­lać, by cien­ka kre­to­no­wa su­kien­ka mu­ska­ła jej gołe nogi, pod­czas gdy w gło­wie krą­ży­ły my­śli o nim.

Bil­ly.

Przy­mknę­ła oczy, a jego imię wy­pi­sa­ło się ozdob­ną kur­sy­wą na czar­nym tle pod po­wie­ka­mi. Neon, ja­skra­wo­ró­żo­wy neon. Po­czu­ła mro­wie­nie na skó­rze i prze­su­nę­ła lan­dryn­kę w ustach tak, że czu­bek ję­zy­ka tra­fił w jej wklę­słość.

Bil­ly Ba­xter.

Spo­sób, w jaki pa­trzył na nią po­nad czar­ną opraw­ką oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych, ten krzy­wy uśmiech, ciem­ne wło­sy ostrzy­żo­ne jak u gwiaz­dy rock and rol­la…

To na­stą­pi­ło na­tych­miast, jak się spo­dzie­wa­ła po praw­dzi­wej mi­ło­ści. Ona i Shir­ley wy­sia­dły z au­to­bu­su sześć so­bót wcze­śniej i uj­rza­ła Bil­ly’ego, któ­ry wraz z przy­ja­ciół­mi pa­lił pa­pie­ro­sa na scho­dach przed salą ta­necz­ną. Ich oczy się spo­tka­ły i Lau­rel po­gra­tu­lo­wa­ła so­bie, że prze­zna­czy­ła week­en­do­wy za­ro­bek na nowe ny­lo­no­we poń­czo­chy.

– Lau­rel, no prze­stań… – To była Iris, któ­rej gło­sik osłabł od upa­łu. – Graj uczci­wie…

Lau­rel za­ci­snę­ła moc­niej po­wie­ki.

Prze­tań­czy­li ra­zem całą za­ba­wę. Ze­spół grał co­raz szyb­ciej, wło­sy Lau­rel wy­mknę­ły się z fran­cu­skie­go koka, któ­ry sta­ran­nie sko­pio­wa­ła z okład­ki „Bun­ty”, sto­py ją pa­li­ły, ale wciąż tań­czy­ła. Prze­sta­ła do­pie­ro wte­dy, gdy po­de­szła do niej na­dą­sa­na Shir­ley, i niby ja­kaś ciot­ka oświad­czy­ła, że za­raz od­cho­dzi ostat­ni au­to­bus do domu, o ile Lau­rel za­le­ży na tym, by wró­cić na czas (a ona, Shir­ley, są­dzi, że chy­ba jest jej wszyst­ko jed­no). A po­tem, gdy ko­le­żan­ka przy­tu­py­wa­ła nie­cier­pli­wie, a roz­pło­mie­nio­na Lau­rel po­wie­dzia­ła do wi­dze­nia, Bil­ly chwy­cił ją za rękę i przy­cią­gnął do sie­bie, i coś w głę­bi Lau­rel już wie­dzia­ło z ośle­pia­ją­cą ja­sno­ścią, że ta chwi­la, ta pięk­na, roz­iskrzo­na chwi­la, cze­ka­ła na nią przez całe ży­cie…

– Do­bra, rób so­bie jak chcesz! – Te­raz w glo­sie Iris wy­raź­nie było sły­chać roz­draż­nie­nie. – Ale nie miej do mnie pre­ten­sji, jak za­brak­nie dla cie­bie tor­tu.

Słoń­ce prze­śli­zgnę­ło się już przez ze­nit i smu­ga żaru wpa­dła przez okno dom­ku na drze­wie, wy­pa­la­jąc na we­wnętrz­nych po­wie­kach Lau­rel bar­wę coli o sma­ku wi­śnio­wym. Usia­dła, ale nie zro­bi­ła nic, by opu­ścić swo­ją kry­jów­kę. Po­gróż­ka była cel­nie wy­mie­rzo­na – wszy­scy zna­li sła­bość Lau­rel do bisz­kop­tu kró­lo­wej Wik­to­rii w wy­ko­na­niu mamy – lecz chy­bio­na. Lau­rel wie­dzia­ła bo­wiem, że nóż do tor­tu leży za­po­mnia­ny na ku­chen­nym sto­le, gdzie prze­oczo­no go po­śród wcze­śniej­sze­go za­mie­sza­nia, gdy ro­dzi­na szy­ko­wa­ła ko­szy­ki pik­ni­ko­we, a po­tem wszy­scy zgar­nę­li ple­dy, mu­su­ją­cą le­mo­nia­dę, ręcz­ni­ki, nowe ra­dio tran­zy­sto­ro­we i ru­szy­li pę­dem nad stru­mień. Wie­dzia­ła to, po­nie­waż, gdy za­wró­ci­ła pod po­zo­rem szu­ka­nia kry­jów­ki i wśli­zgnę­ła się do chłod­ne­go, mrocz­ne­go domu po swo­ją prze­sył­kę, uj­rza­ła nóż obok misy z owo­ca­mi, gdzie spo­czy­wał z czer­wo­ną ko­kar­dą za­wią­za­ną na rącz­ce.

Nóż był ele­men­tem pew­nej tra­dy­cji w ro­dzi­nie Ni­col­so­nów – prze­kra­jał wszyst­kie tor­ty uro­dzi­no­we, cia­sta świą­tecz­ne, wy­pie­ki szy­ko­wa­ne dla po­pra­wie­nia ko­muś na­stro­ju – a mama mia­ła bzi­ka na punk­cie tra­dy­cji.

Tak więc Lau­rel wie­dzia­ła, że ma wol­ne, do­pó­ki nie wy­ślą ko­goś po ten nóż. A cze­mu by nie? W ta­kim domu jak ten, gdzie rzad­ko zda­rza­ły się spo­koj­ne chwi­le, gdzie za­wsze ktoś wcho­dził jed­ny­mi drzwia­mi albo trza­skał dru­gi­mi, trwo­nie­nie pry­wat­no­ści rów­na­ło się świę­to­kradz­twu.

A zwłasz­cza dziś po­trze­bo­wa­ła cza­su dla sie­bie.

Pacz­ka na­de­szła z ostat­nią czwart­ko­wą pocz­tą i szczę­śli­wym zrzą­dze­niem losu li­sto­no­sza spo­tka­ła Rose, a nie Iris, Da­ph­ne czy, nie daj Boże, mama. Lau­rel od razu wie­dzia­ła, od kogo jest ta prze­sył­ka. Jej po­licz­ki za­la­ły się ru­mień­cem, ale zdo­ła­ła wy­ją­kać coś o Shir­ley, ze­spo­le i po­ży­czo­nej pły­cie. Zresz­tą szko­da było się wy­si­lać dla Rose, na któ­rej uwa­dze nig­dy nie na­le­ża­ło po­le­gać, a te­raz zdą­ży­ła już ją prze­nieść na mo­ty­la sie­dzą­ce­go na pło­cie.

Póź­niej tego wie­czo­ru, gdy wszy­scy sku­pi­li się przed te­le­wi­zo­rem, by oglą­dać Juke Box Jury, a Iris i Da­ph­ne po­rów­ny­wa­ły za­le­ty Clif­fa Ri­char­da i Ada­ma Fa­itha, oj­ciec zaś la­men­to­wał nad fał­szy­wym ame­ry­kań­skim ak­cen­tem tego dru­gie­go oraz in­ny­mi stra­ta­mi Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go w szer­szym sen­sie, Lau­rel uda­ło się wy­mknąć. Za­mknę­ła za­mek w ła­zien­ce i zsu­nę­ła się na pod­ło­gę, moc­no przy­ci­ska­jąc ple­cy do drzwi.

Drżą­cy­mi pal­ca­mi roz­dar­ła brzeg pacz­ki.

Na jej ko­la­na wy­pa­dła cien­ka książ­ka owi­nię­ta w bi­buł­kę. Prze­czy­ta­ła ty­tuł przez pa­pier – Uro­dzi­ny Stan­leya Ha­rol­da Pin­te­ra – i dreszcz prze­szedł jej po ple­cach. Nie mo­gła po­wstrzy­mać pi­sku.

Od tam­tej pory spa­ła z tą książ­ką ukry­tą pod po­szew­ką po­dusz­ki. Nie­zbyt to było wy­god­ne, ale lu­bi­ła trzy­mać ją w po­bli­żu. Mu­sia­ła mieć ją przy so­bie. To było waż­ne.

Lau­rel wie­rzy­ła w to, że są chwi­le, gdy czło­wiek sta­je na roz­dro­żu, gdy coś na­gle nie­ocze­ki­wa­nie się wy­da­rza i zmie­nia bieg ludz­kie­go ży­cia. Pre­mie­ra sztu­ki Pin­te­ra była ta­kim wła­śnie mo­men­tem. Prze­czy­ta­ła o niej w ga­ze­cie i nie wie­dzieć cze­mu po­czu­ła, że ko­niecz­nie chce ją obej­rzeć. Po­wie­dzia­ła ro­dzi­com, że­je­dzie od­wie­dzić Shir­ley, zo­bo­wią­za­ła przy­ja­ciół­kę do do­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, a na­stęp­nie zła­pa­ła au­to­bus do Cam­brid­ge.

To była jej pierw­sza sa­mot­na wy­pra­wa w ży­ciu i gdy tak sie­dzia­ła na ciem­nej wi­dow­ni Arts The­atre i pa­trzy­ła, jak przy­ję­cie uro­dzi­no­we Stan­leya prze­ra­dza się w kosz­mar, do­zna­ła unie­sie­nia, ja­kie­go nie do­świad­czy­ła nig­dy wcze­śniej. Był to chy­ba ten ro­dzaj ob­ja­wie­nia, któ­rym na­pa­wa­ły się za­ru­mie­nio­ne pan­ny Bu­xton w ko­ście­le w każ­dy nie­dziel­ny po­ra­nek, i choć Lau­rel po­dej­rze­wa­ła, że ich en­tu­zjazm miał wię­cej wspól­ne­go z no­wym mło­dym pro­bosz­czem niż Sło­wem Bo­żym. Sie­dząc na ta­nim miej­scu na wi­dow­ni, gdy ener­gia dra­ma­tu roz­gry­wa­ją­ce­go się na sce­nie do­tar­ła do jej wnę­trza i po­łą­czy­ła się z jej wła­sną, po­czu­ła, jak twarz pło­nie jej bło­go­ścią i już wie­dzia­ła. Nie była pew­na, co do­kład­nie, ale wie­dzia­ła to z nie­zbi­tą pew­no­ścią: w ży­ciu cho­dzi­ło o coś wię­cej, i to coś na nią cze­ka.

Ho­łu­bi­ła ten se­kret, nie bar­dzo wie­dząc, co z nim po­cząć, nie po­tra­fiąc wy­ja­śnić ni­ko­mu, co ją drę­czy, aż do tam­te­go wie­czo­ru, gdy Bil­ly obej­mo­wał ją ra­mie­niem, a ona, przy­ci­ska­jąc moc­no po­li­czek do jego skó­rza­nej kurt­ki, opo­wie­dzia­ła mu o tym wszyst­kim.

Lau­rel wy­ję­ła jego list z książ­ki i po­now­nie go prze­czy­ta­ła. Był krót­ki, Bil­ly pi­sał tyl­ko, że bę­dzie cze­kał na nią z mo­to­cy­klem na koń­cu uli­cy, o wpół do trze­ciej w so­bo­tę – jest pew­ne miej­sce, któ­re chciał­by jej po­ka­zać, ulu­bio­ny za­ką­tek na wy­brze­żu.

Zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. Zo­sta­ły nie­ca­łe dwie go­dzi­ny.

Po­ki­wał gło­wą, gdy po­wie­dzia­ła mu o uczu­ciach, ja­kie wy­wo­ła­ło w niej przed­sta­wie­nie Uro­dzin Stan­leya, a po­tem za­czął mó­wić o Lon­dy­nie i te­atrze, i ze­spo­łach, któ­re oglą­dał w bez­i­mien­nych noc­nych klu­bach, a Lau­rel do­strze­gła prze­błysk róż­nych moż­li­wo­ści. A po­tem ją po­ca­ło­wał, to był jej pierw­szy praw­dzi­wy po­ca­łu­nek, ża­rów­ka w gło­wie wy­bu­chła i wszyst­ko roz­ja­rzy­ło się do bia­ło­ści.

Prze­su­nę­ła się w miej­sce, w któ­rym Da­ph­ne usta­wi­ła małe lu­ster­ko, i przyj­rza­ła się czar­nym kre­skom na­ma­lo­wa­nym z be­ne­dyk­tyń­ską cier­pli­wo­ścią w ką­ci­kach oczu. Za­do­wo­lo­na, że są rów­ne, przy­gła­dzi­ła grzyw­kę i pró­bo­wa­ła wy­zbyć się uciąż­li­we­go, mdlą­ce­go uczu­cia, że za­po­mnia­ła o czymś waż­nym. Przy­po­mnia­ła so­bie o ręcz­ni­ku ką­pie­lo­wym, ko­stium mia­ła już pod su­kien­ką. Po­wie­dzia­ła ro­dzi­com, że pani Hodg­kins po­trze­bu­je jej w sa­lo­nie na kil­ka do­dat­ko­wych go­dzin, bo trze­ba po­za­mia­tać i po­sprzą­tać.

Od­wró­ci­ła się od lu­ster­ka i skub­nę­ła skór­kę przy pa­znok­ciu. Oszu­ki­wa­nie nie le­ża­ło w jej na­tu­rze, była po­rząd­ną dziew­czy­ną, wszy­scy tak mó­wi­li – na­uczy­cie­le, mat­ki ko­le­ża­nek, pani Hodg­kins – ale czy mia­ła ja­kiś wy­bór? Jak zdo­ła­ła­by to wy­tłu­ma­czyć mat­ce i ojcu?

Wie­dzia­ła pra­wie na pew­no, że jej ro­dzi­ce nig­dy nie do­świad­czy­li mi­ło­ści, choć tak bar­dzo lu­bi­li opo­wia­dać, jak się po­zna­li. Och, ko­cha­li się wy­star­cza­ją­co, ale to była bez­piecz­na mi­łość star­szych lu­dzi, wy­ra­ża­na ma­so­wa­niem ra­mion i nie­zli­czo­ny­mi fi­li­żan­ka­mi her­ba­ty. Nie – Lau­rel wes­tchnę­ła go­rą­co. Moż­na z pew­no­ścią po­wie­dzieć, że żad­ne z nich nig­dy nie do­świad­czy­ło in­ne­go ro­dza­ju mi­ło­ści, tej z fa­jer­wer­ka­mi, bi­ciem ser­ca i fi­zycz­ny­mi – za­ru­mie­ni­ła się – pra­gnie­nia­mi.

Cie­pły po­wiew wia­tru przy­niósł z od­da­li śmiech mat­ki, a świa­do­mość, jak­kol­wiek ni­kła, sta­nia nad prze­pa­ścią we wła­snym ży­ciu, wy­wo­ła­ła w Lau­rel czu­łość. Ko­cha­na mama. To nie jej wina, że mia­ła mło­dość zmar­no­wa­ną przez woj­nę i dwa­dzie­ścia pięć lat, gdy po­zna­ła i po­ślu­bi­ła tatę. Wciąż wy­ko­rzy­sty­wa­ła swój ta­lent do ro­bie­nia sta­tecz­ków z pa­pie­ru, gdy któ­reś z nich po­trze­bo­wa­ło po­cie­sze­nia, a naj­waż­niej­szym wy­da­rze­niem lata było wy­gra­nie na­gro­dy ufun­do­wa­nej przez wiej­ski Klub Ogrod­ni­ków i za­miesz­cze­nie jej zdję­cia w ga­ze­cie. (Nie tyl­ko lo­kal­nej, bo ar­ty­kuł zo­stał sprze­da­ny do lon­dyń­skiej pra­sy i uka­zał się w du­żym wy­da­niu spe­cjal­nym na te­mat wy­da­rzeń re­gio­nal­nych; oj­ciec Shir­ley, ad­wo­kat, z wiel­ką przy­jem­no­ścią wy­ciął ar­ty­kuł z ga­ze­ty i go przy­wiózł). Mama uda­wa­ła za­że­no­wa­nie i za­pro­te­sto­wa­ła, gdy tata przy­cze­pił wy­ci­nek na no­wej lo­dów­ce, ale ro­bi­ła to bez prze­ko­na­nia i nie zdję­ła go. Nie, ona była dum­na ze swo­jej su­per­dłu­giej fa­so­li wie­lo­kwia­to­wej, bar­dzo dum­na, i wła­śnie to da­wa­ło Lau­rel do my­śle­nia. Wy­plu­ła po­kaź­ny ka­wa­łek pa­znok­cia. W pew­nym trud­nym do okre­śle­nia sen­sie są­dzi­ła, że le­piej jest oszu­ki­wać oso­bę, któ­ra jest dum­na z fa­sol­ki wie­lo­kwia­to­wej, niż zmu­szać ją do ak­cep­to­wa­nia fak­tu, że świat się zmie­nił.

Nie mia­ła zbyt­nie­go do­świad­cze­nia w oszu­ki­wa­niu. Człon­ko­wie ro­dzi­ny Lau­rel byli ze sobą bar­dzo bli­sko, co pod­kre­śla­ły wszyst­kie jej ko­le­żan­ki. Mó­wi­ły to jej w twarz i, jak wie­dzia­ła, za ple­ca­mi. Zda­niem osób po­stron­nych Ni­col­so­no­wie po­peł­nia­li ten wiel­ce po­dej­rza­ny grzech, że naj­wy­raź­niej au­ten­tycz­nie się lu­bi­li. Jed­nak ostat­nio sy­tu­acja ule­gła zmia­nie. Cho­ciaż Lau­rel za­cho­wy­wa­ła wszel­kie po­zo­ry, uświa­da­mia­ła so­bie dziw­ny, nie­zna­ny dy­stans. Zmarsz­czy­ła lek­ko brwi, gdy let­ni wie­trzyk zwiał jej na twarz kil­ka pa­se­mek wło­sów. Wie­czo­ra­mi, kie­dy sia­dy­wa­li wo­kół sto­łu w ja­dal­ni, oj­ciec rzu­cał te swo­je słod­kie, mało za­baw­ne żar­ci­ki, a oni i tak się z nich śmia­li, czu­ła się, jak­by była na ze­wnątrz i za­glą­da­ła do środ­ka, jak­by po­zo­sta­li sie­dzie­li w wa­go­nie po­cią­gu, uko­ły­sa­ni zna­nym ro­dzin­nym ryt­mem, a ona sta­ła sa­mot­nie na pe­ro­nie i pa­trzy­ła, jak od­jeż­dża­ją.

Tyl­ko że to ona mia­ła ich opu­ścić, i to wkrót­ce. Już wszyst­kie­go się do­wie­dzia­ła: mu­sia­ła po­je­chać do Głów­nej Szko­ły Ak­tor­skiej. Za­sta­na­wia­ła się, co po­wie­dzie­li­by ro­dzi­ce, gdy­by oświad­czy­ła, że chce wy­je­chać. Żad­ne z nich nie było szcze­gól­nie by­wa­łe w świe­cie – mat­ka od na­ro­dzin Lau­rel nie wy­jeż­dża­ła na­wet do Lon­dy­nu – więc sama su­ge­stia, że naj­star­sza cór­ka roz­wa­ża prze­pro­wadz­kę do tego mia­sta, nie wspo­mi­na­jąc o po­dej­rza­nym ży­ciu w te­atrze, mo­gła­by przy­pra­wić ich o apo­plek­sję.

Mo­kre pra­nie po­ru­szy­ło się na sznu­rze roz­pię­tym w dole. Jed­na no­gaw­ka dżin­sów, któ­rych tak nie zno­si­ła bab­cia („Wy­glą­dasz wul­gar­nie, Lau­rel – nie ma nic gor­sze­go niż dziew­czy­na, któ­ra się szla­ja”), otar­ła się o dru­gą, pło­sząc kurę z jed­nym skrzy­dłem, któ­ra roz­g­da­ka­ła się i za­czę­ła bie­gać w kół­ko. Lau­rel wsu­nę­ła na nos oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne w bia­łych opraw­kach i opar­ła się o ścia­nę dom­ku.

Pro­ble­mem była woj­na. Skoń­czy­ła się szes­na­ście lat temu – całe jej ży­cie – i świat po­szedł do przo­du. Te­raz wszyst­ko się zmie­ni­ło. Ma­ski ga­zo­we, mun­du­ry, kart­ki na żyw­ność i cała resz­ta pa­so­wa­ły tyl­ko do wiel­kie­go sta­re­go ku­fra w ko­lo­rze kha­ki, któ­ry oj­ciec trzy­mał na stry­chu. Nie­ste­ty nie­któ­rzy lu­dzie chy­ba nie zda­wa­li so­bie z tego spra­wy, a kon­kret­nie cała po­pu­la­cja tych, któ­rzy mie­li po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat.

Bil­ly po­wie­dział, że Lau­rel nie zdo­ła zna­leźć słów, dzię­ki któ­rym oni zro­zu­mie­ją. Po­wie­dział, że to się na­zy­wa róż­ni­ca po­ko­leń i nie ma sen­su po­dej­mo­wać prób wy­ja­śnia­nia cze­go­kol­wiek. Bo jest tak, jak mówi Alan Sil­li­toe w książ­ce, któ­rą Bil­ly za­wsze no­sił w kie­sze­ni: do­ro­śli nie mają ro­zu­mieć swo­ich dzie­ci i ro­bisz coś nie tak, je­śli jest in­a­czej.

W pierw­szym od­ru­chu Lau­rel – do­bra dziew­czyn­ka, lo­jal­na wo­bec ro­dzi­ców – chcia­ła się z nim nie zgo­dzić, ale za­raz jej prze­szło. Za­miast tego przy­wo­ła­ła w my­ślach nie­daw­ne wie­czo­ry, kie­dy to uda­wa­ło jej się wy­mknąć sio­strom, za­nu­rzyć w bal­sa­micz­ny mrok, i z ra­diem ukry­tym pod bluz­ką i moc­no bi­ją­cym ser­cem wdra­pać do dom­ku na drze­wie. Tam, sa­mot­nie, szyb­ko na­sta­wia­ła tran­zy­stor na Ra­dio Lu­xem­bo­urg, kła­dła się na ple­cach w ciem­no­ści i po­zwa­la­ła oto­czyć się dźwię­kom. Gdy mu­zy­ka wsą­cza­ła się w nie­ru­cho­me wiej­skie po­wie­trze, za­snu­wa­jąc od­wiecz­ny pej­zaż naj­now­szy­mi pio­sen­ka­mi, Lau­rel prze­cho­dzi­ły ciar­ki i czu­ła cu­dow­ne odu­rze­nie na myśl, że jest czę­ścią cze­goś więk­sze­go, ogól­no­świa­to­wej kon­spi­ra­cji, se­kret­ne­go ugru­po­wa­nia. Nowe po­ko­le­nie lu­dzi, któ­rzy słu­cha­li ra­dia do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li i ro­zu­mie­li, że ży­cie, świat, przy­szłość gdzieś tam na nich cze­ka­ją…

Lau­rel otwo­rzy­ła oczy i wspo­mnie­nie pry­sło. Jed­nak po­zo­stał po nim cie­pły ślad, dziew­czy­na prze­cią­gnę­ła się z za­do­wo­le­niem i za­czę­ła śle­dzić lot gaw­ro­na prze­ci­na­ją­ce­go za­rys chmu­ry.

Leć, ptasz­ku, leć. Ona też tak wy­fru­nie, tyl­ko skoń­czy szko­łę. Po­dą­ży­ła wzro­kiem za pta­kiem i mru­gnę­ła do­pie­ro wte­dy, gdy był punk­ci­kiem na od­le­głym błę­ki­cie, bo po­wie­dzia­ła so­bie, że je­śli tego do­ko­na, uda się jej na­kło­nić ro­dzi­ców, by uj­rze­li spra­wy jej ocza­mi, a przy­szłość po­to­czy się gład­ko.

Oczy za­szły łza­mi trium­fu i opu­ści­ła wzrok na dom: okno swo­jej sy­pial­ni, mar­cin­ki, któ­re po­sa­dzi­ły z mamą nad mar­twym cia­łem bied­ne­go kota Con­sta­ble’a, szpa­ra mię­dzy ce­gła­mi, w któ­rej, wstyd po­wie­dzieć, zo­sta­wia­ła li­ści­ki dla wró­żek.

Mia­ła też mgli­ste wspo­mnie­nia z wcze­śniej­sze­go okre­su, gdy była bar­dzo mała i zbie­ra­ła śli­ma­ki na pły­ciź­nie na wy­brze­żu, każ­de­go wie­czo­ru ja­dła ko­la­cję we fron­to­wym po­ko­ju nad­mor­skie­go pen­sjo­na­tu bab­ci, ale przy­po­mi­na­ły sen. Dom na wsi był je­dy­nym do­mem, jaki zna­ła. I cho­ciaż sama nie chcia­ła mieć fo­te­la na­le­żą­ce­go do kom­ple­tu, lu­bi­ła pa­trzeć na ro­dzi­ców, któ­rzy każ­de­go wie­czo­ru roz­sia­da­li się w swo­ich, lu­bi­ła wie­dzieć, że gdy ona za­sy­pia, oni roz­ma­wia­ją za cien­ką ścia­ną, że wy­star­czy wy­cią­gnąć rękę, by do­tknąć któ­rąś z sióstr.

Bę­dzie za nimi tę­sk­ni­ła, kie­dy wy­je­dzie.

Lau­rel za­mru­ga­ła. Bę­dzie za nimi tę­sk­ni­ła. Na­tych­miast to do niej do­tar­ło. Ta pew­ność osia­dła w żo­łąd­ku jak ka­mień. Po­ży­cza­ły jej ciu­chy, ła­ma­ły szmin­ki, ry­so­wa­ły pły­ty, ale bę­dzie za nimi tę­sk­ni­ła. Ten ha­łas i cie­pło, ruch i sprzecz­ki, nie­zmier­na ra­dość. Były jak miot szcze­niąt kłę­bią­cych się ra­zem we wspól­nej sy­pial­ni. Osza­ła­mia­ły lu­dzi z ze­wnątrz i to je ba­wi­ło. Były Ni­col­so­nów­na­mi, Lau­rel, Rose, Iris i Da­ph­ne, ogro­dem có­rek, jak ma­wiał z roz­rzew­nie­niem tato, gdy wy­pił o jed­no piw­ko za dużo. Były dzie­wu­cha­mi z pie­kła ro­dem, jak ma­wia­ła bab­cia po ich wa­ka­cyj­nych wi­zy­tach.

Te­raz sły­sza­ła z da­le­ka po­krzy­ki­wa­nia i pi­ski, od­le­głe od­gło­sy lata nad stru­mie­niem. Coś we­wnątrz niej ści­snę­ło się, jak­by ktoś po­cią­gnął za linę. Mo­gła je so­bie wy­obra­zić, jak­by ze­szły ze scen­ki na ja­kimś ob­ra­zie. Spód­ni­ce za­tknię­te po bo­kach w majt­ki, sio­stry go­nią się na pły­ciź­nie; Rose ucie­kła na skał­ki, cien­kie kost­ki po­ru­sza­ją się w wo­dzie, gdy szki­cu­je mo­krym pa­tycz­kiem, Iris się za­mo­czy­ła i jest wście­kła z tego po­wo­du, a Da­ph­ne, z tymi swo­imi skrę­co­ny­mi kę­dzio­ra­mi, po­kła­da się ze śmie­chu.

Kra­cia­sty koc pik­ni­ko­wy pew­nie jest roz­ło­żo­ny na tra­wia­stym brze­gu, a mat­ka stoi w po­bli­żu, po ko­la­na w wo­dzie, na za­krę­cie stru­my­ka, gdzie nurt jest naj­szyb­szy, i pusz­cza zro­bio­ny przed chwi­lą sta­te­czek. Tata przy­glą­da się z brze­gu, ma pod­wi­nię­te spodnie, pa­pie­ro­sa w ką­ci­ku ust. Na jego twa­rzy po­ja­wił się – Lau­rel mo­gła wy­obra­zić to so­bie bar­dzo wy­raź­nie – ten cha­rak­te­ry­stycz­ny, lek­ko zde­pry­mo­wa­ny wy­raz, jak­by oj­ciec nie mógł uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście, dzię­ki któ­re­mu ży­cie przy­wio­dło go w to wła­śnie miej­sce, w tym wła­śnie cza­sie.

Przy sto­pach taty plusz­cze się ma­luch, pisz­cząc i śmie­jąc się, gdy pulch­ne rącz­ki wy­cią­ga­ją się do sta­tecz­ka mamy. Ich małe sło­necz­ko…

Ma­luch. Oczy­wi­ście ma imię, mia­no­wi­cie Ge­rald, ale nikt go tak nie na­zy­wa. To prze­cież do­ro­słe imię, a on jest ta­kim ma­leń­stwem. Koń­czy dziś dwa lat­ka, ale jego bu­zia jest wciąż okrą­gła i peł­na do­łecz­ków, ma fi­glar­ne bły­ski w oczach i roz­kosz­nie pulch­ne bia­łe nóż­ki. Lau­rel cza­sem z tru­dem się po­wstrzy­my­wa­ła, by ich za moc­no nie ści­snąć. Każ­da z sióstr chcia­ła być jego ulu­bie­ni­cą i każ­da się za taką uwa­ża­ła, ale Lau­rel wie­dzia­ła, że twa­rzycz­ka mal­ca naj­bar­dziej roz­ja­śnia­ła się na jej wi­dok.

To nie do po­my­śle­nia, że tra­ci choć­by se­kun­dę jego przy­ję­cia uro­dzi­no­we­go. Co ona so­bie my­śli, tak dłu­go kry­jąc się w dom­ku na drze­wie, zwłasz­cza że za­mie­rza wy­mknąć się póź­niej z Bil­lym?

Lau­rel zmarsz­czy­ła brwi i od­su­nę­ła go­rą­cą falę wy­rzu­tów, któ­rą szyb­ko ochło­dzi­ła pew­nym po­sta­no­wie­niem. Za­raz to wszyst­ko na­pra­wi: zej­dzie na dół, za­bie­rze nóż uro­dzi­no­wy z ku­chen­ne­go sto­łu i za­nie­sie pro­sto nad stru­mień. Bę­dzie wzo­ro­wą cór­ką, do­sko­na­łą star­szą sio­strą. Je­śli wy­ko­na za­da­nie, za­nim ze­ga­rek na ręku od­mie­rzy dzie­sięć mi­nut, zgro­ma­dzi do­dat­ko­we punk­ty na wy­ima­gi­no­wa­nej ta­be­li wy­ni­ków, któ­rą za­wsze w środ­ku no­si­ła. Cie­pły wie­trzyk owio­nął jej na­gie opa­lo­ne sto­py, gdy sta­nę­ła szyb­ko na pierw­szym szcze­blu dra­bin­ki.

Póź­niej Lau­rel za­sta­na­wia­ła się, czy wszyst­ko po­to­czy­ło­by się in­a­czej, gdy­by scho­dzi­ła tro­chę wol­niej. Może da­ło­by się za­po­biec tej strasz­nej rze­czy, gdy­by wy­ka­za­ła wię­cej ostroż­no­ści. Ale nie wy­ka­za­ła i nie za­po­bie­gła. Spie­szy­ła się i dla­te­go za­wsze bę­dzie w pew­nym sen­sie ob­wi­nia­ła się o to, co na­stą­pi­ło po­tem. Jed­nak wte­dy nie mo­gła się po­wstrzy­mać.

O ile wcze­śniej tak bar­dzo pra­gnę­ła sa­mot­no­ści, o tyle te­raz po­czu­ła na­glą­cą, za­pie­ra­ją­cą dech po­trze­bę by­cia w sa­mym cen­trum wy­da­rzeń.

Ostat­nio czę­sto tak by­wa­ło. Przy­po­mi­na­ła wia­trow­skaz na szczy­cie da­chu w Gre­ena­cres, jej emo­cje zmie­nia­ły się na­gle, jak za po­wie­wem wia­tru. To było dziw­ne i cza­sem prze­ra­ża­ją­ce, ale też fa­scy­nu­ją­ce. Jak nie­pew­na jaz­da na ro­we­rze po pla­ży.

W tym mo­men­cie oka­za­ło się to rów­nież szko­dli­we, bo pra­gnąc jak naj­szyb­ciej do­łą­czyć do uczest­ni­ków przy­ję­cia nad stru­mie­niem, za­cze­pi­ła ko­la­nem o drew­nia­ną pod­ło­gę dom­ku na drze­wie. Ob­tar­cie za­bo­la­ło i Lau­rel się skrzy­wi­ła, a gdy spoj­rza­ła w dół, zo­ba­czy­ła na ko­la­nie krew, za­dzi­wia­ją­co czer­wo­ną. Za­miast kon­ty­nu­ować scho­dze­nie na dół, wspię­ła się z po­wro­tem do dom­ku, by obej­rzeć ska­le­cze­nie.

Kie­dy tak sie­dzia­ła, ga­piąc się na krwa­wią­ce ko­la­no, prze­kli­na­jąc swój po­śpiech i za­sta­na­wia­jąc się, czy Bil­ly za­uwa­ży brzyd­ki strup oraz jak by go ukryć, do­tar­ło do niej, że od stro­ny za­gaj­ni­ka do­bie­ga­ją ja­kieś od­gło­sy. Zwy­czaj­ny sze­lest, a jed­nak na tyle wy­raź­ny na tle in­nych po­po­łu­dnio­wych od­gło­sów, by przy­cią­gnąć jej uwa­gę. Wyj­rza­ła przez okno i zo­ba­czy­ła Bar­na­by’ego, któ­ry sa­dził wiel­kie susy przez wy­so­ką tra­wę, a jego je­dwa­bi­ste uszy trze­po­ta­ły jak skrzy­dła. Mat­ka była tuż za nim, kro­czy­ła łąką w stro­nę ogro­du w swo­jej let­niej, wła­sno­ręcz­nie uszy­tej su­kien­ce. Ma­luch sie­dział wy­god­nie na jej bio­drze, nóż­ki wy­sta­ją­ce ze śpiosz­ków ze wzglę­du na upał miał gołe.

Cho­ciaż byli jesz­cze da­le­ko, z po­wo­du dziw­nych fi­glów wia­tru Lau­rel sły­sza­ła wy­raź­nie me­lo­dię, któ­rą nu­ci­ła mama. Śpie­wa­ła tę pio­sen­kę każ­de­mu ze swo­ich dzie­ci. Ma­luch śmiał się ra­do­śnie i wo­łał „jesz­cze! jesz­cze!” (choć brzmia­ło to „je­sie, je­sie!”), a mama wspi­na­ła się pal­ca­mi po jego brzusz­ku, by po­ła­sko­tać go pod bro­dą. Ich wza­jem­ne sku­pie­nie na so­bie było tak cał­ko­wi­te, po­ja­wie­nie się na za­la­nej słoń­cem łące tak idyl­licz­ne, że Lau­rel czu­ła za­rów­no ra­dość wy­wo­ła­ną oglą­da­niem tej in­tym­nej scen­ki, jak i za­zdrość spo­wo­do­wa­ną tym, że jest z niej wy­łą­czo­na.

Gdy mat­ka otwo­rzy­ła furt­kę i ru­szy­ła w stro­nę domu, Lau­rel zro­zu­mia­ła ze smut­kiem, że przy­szła po nóż do tor­tu.

Z każ­dym jej kro­kiem ma­la­ły szan­se Lau­rel na od­ku­pie­nie. Przy­gnę­bi­ło ją to, a po­nu­ry na­strój po­wstrzy­mał przed za­wo­ła­niem mat­ki albo zej­ściem na dół i przy­kuł ją do pod­ło­gi dom­ku na drze­wie. Sie­dzia­ła więc tam, na­pa­wa­jąc się swym smut­kiem, pod­czas gdy mat­ka do­tar­ła do domu i we­szła do środ­ka.

Jed­na z ob­rę­czy hula-hoop upa­dła ci­cho na zie­mię, a Lau­rel ode­bra­ła to jako gest so­li­dar­no­ści. Po­sta­no­wi­ła nie ru­szać się z miej­sca. Niech jesz­cze tro­chę za nią po­tę­sk­nią pój­dzie nad stru­mień, gdy wró­ci jej od­po­wied­ni na­strój. A tym­cza­sem po­czy­ta znów Uro­dzi­ny Stan­leya, wy­obra­ża­jąc so­bie przy­szłość da­le­ko stąd, ży­cie, w któ­rym jest pięk­na, wy­ra­fi­no­wa­na, do­ro­sła i bez stru­pów.

Ten czło­wiek, kie­dy się po­ja­wił, był za­le­d­wie za­ma­za­ną smu­gą na ho­ry­zon­cie, na naj­dal­szym krań­cu pod­jaz­du. Lau­rel póź­niej nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, co skło­ni­ło ją do pod­nie­sie­nia wzro­ku. Przez jed­ną strasz­ną chwi­lę, gdy tyl­ko za­uwa­ży­ła męż­czy­znę zbli­ża­ją­ce­go się do domu od tyłu, my­śla­ła, że to Bil­ly, któ­ry po­ja­wił się wcze­śniej i wła­śnie po nią idzie. Do­pie­ro gdy uj­rza­ła wy­raź­niej syl­wet­kę przy­by­sza i uświa­do­mi­ła so­bie, że męż­czy­zna jest ubra­ny zu­peł­nie in­a­czej – ciem­ne spodnie, ko­szu­la z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi i czar­ny sta­ro­świec­ki ka­pe­lusz – ode­tchnę­ła z ulgą.

Ulgę na­tych­miast za­stą­pi­ła cie­ka­wość. Do ich wiej­skie­go domu rzad­ko przy­by­wa­li go­ście, szcze­gól­nie pie­szo, choć w gło­wie Lau­rel za­świ­ta­ło ja­kieś wspo­mnie­nie, kie­dy pa­trzy­ła na zbli­ża­ją­ce­go się męż­czy­znę, dziw­ne wra­że­nie déjà vu, któ­re­go w ża­den spo­sób nie po­tra­fi­ła umiej­sco­wić. Lau­rel za­po­mnia­ła, że się dąsa, i ko­rzy­sta­jąc z luk­su­so­we­go po­ło­że­nia w kry­jów­ce, za­czę­ła się ga­pić.

Opar­ła łok­cie na pa­ra­pe­cie, pod­bró­dek na rę­kach. Wy­glą­dał cał­kiem nie­źle jak na star­sze­go męż­czy­znę, a coś w jego po­sta­wie świad­czy­ło o pew­no­ści sie­bie i de­ter­mi­na­cji. Oto fa­cet, któ­ry nie musi się spie­szyć. Na pew­no nie był to nikt zna­jo­my, ża­den z przy­ja­ciół ojca z wio­ski ani ża­den z pra­cow­ni­ków rol­nych. Za­wsze ist­nia­ła moż­li­wość, że to po­dróż­ny, któ­ry za­błą­dził i szu­ka wska­zó­wek, ale ich dom był­by wąt­pli­wym wy­bo­rem, bo znaj­do­wał się z dala od dro­gi. A może to Cy­gan albo ja­kiś włó­czę­ga? Je­den z tych męż­czyzn, któ­rzy cza­sa­mi za­glą­da­li do nich w po­szu­ki­wa­niu szczę­ścia i byli wdzięcz­ni za każ­dą pra­cę, jaką tata im ofe­ro­wał? Albo – Lau­rel za­drża­ła na myśl o tym – to mógł być ten czło­wiek, o któ­rym czy­ta­ła w lo­kal­nej ga­ze­cie i o któ­rym do­ro­śli roz­ma­wia­li tak ner­wo­wo, bo na­ga­by­wał pik­ni­ko­wi­czów i na­pę­dzał stra­cha ko­bie­tom od­da­la­ją­cym się sa­mot­nie za za­kręt stru­mie­nia.

Lau­rel za­drża­ła, bo sama się prze­stra­szy­ła, a po­tem ziew­nę­ła. Męż­czy­zna nie był groź­ny, te­raz za­uwa­ży­ła jego skó­rza­ną tor­bę. To sprze­daw­ca, któ­ry przy­szedł po­wie­dzieć mat­ce o naj­now­szym kom­ple­cie en­cy­klo­pe­dii, bez któ­rej nie mo­gli żyć.

Tak więc od­wró­ci­ła wzrok.

Mi­nę­ło parę mi­nut, nie­zbyt wie­le, i Lau­rel usły­sza­ła gar­dło­we war­cze­nie Bar­na­by’ego pod drze­wem. Pod­kra­dła się do okna, a gdy wyj­rza­ła ostroż­nie nad pa­ra­pe­tem, zo­ba­czy­ła spa­nie­la za­sty­głe­go w czuj­nej po­zie na ce­gla­nej ścież­ce. Stał zwró­co­ny w stro­nę pod­jaz­du i pa­trzył na męż­czy­znę, któ­ry wła­śnie mo­co­wał się z że­la­zną furt­ką pro­wa­dzą­cą do ogro­du.

– Spo­kój, Bar­na­by! – za­wo­ła­ła mama z wnę­trza domu. – Już wy­cho­dzi­my.

Wy­nu­rzy­ła się z ciem­ne­go holu, przy­sta­jąc w otwar­tych drzwiach, by wy­szep­tać coś dziec­ku do ucha, uca­ło­wa­ła pulch­ny po­li­czek, a mały za­chi­cho­tał.

Za do­mem, obok wy­bie­gu dla kur, skrzyp­nę­ła furt­ka – za­wia­sy za­wsze wy­ma­ga­ły oli­wie­nia – a pies znów za­war­czał. Zje­ży­ły mu się wło­sy na grzbie­cie.

– Bar­na­by, prze­stań – rzu­ci­ła mama. – Co w cie­bie wstą­pi­ło?

Męż­czy­zna wy­ło­nił się zza rogu domu, a ona od­wró­ci­ła ku nie­mu gło­wę. Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy.

– Dzień do­bry – po­wie­dział nie­zna­jo­my, przy­sta­jąc, by przy­ci­snąć chu­s­tecz­kę ko­lej­no do obu skro­ni. – Ład­ną dziś mamy po­go­dę.

Twa­rzycz­ka dziec­ka roz­ja­śni­ła się z za­chwy­tu na wi­dok przy­by­sza i ma­luch wy­cią­gnął swo­je pulch­ne rącz­ki, roz­wie­ra­jąc i za­my­ka­jąc dło­nie w ge­ście ra­do­sne­go po­wi­ta­nia. Temu za­pro­sze­niu nikt nie po­tra­fił się oprzeć. Męż­czy­zna we­tknął chu­s­tecz­kę do kie­sze­ni i zro­bił krok do przo­du, uno­sząc lek­ko dłoń, jak­by chciał na­ma­ścić ma­lu­cha.

Mat­ka po­ru­szy­ła się z prze­ra­ża­ją­cą szyb­ko­ścią. Za­gar­nę­ła dziec­ko, przy­ci­ska­jąc je do pier­si, a po­tem po­sa­dzi­ła ob­ce­so­wo na zie­mi za sobą. Na­gie nóż­ki ze­tknę­ły się ze żwi­rem, a dla dziec­ka, któ­re zna­ło tyl­ko czu­łość i mi­łość, był to zbyt wiel­ki szok. Prze­stra­szo­ny chłop­czyk za­czął pła­kać.

Lau­rel ści­snę­ło się ser­ce, ale czu­ła się jak za­mro­żo­na, nie była w sta­nie się ru­szyć. Zje­ży­ły się jej wło­ski na kar­ku. Pa­trzy­ła na twarz mat­ki, na któ­rej po­ja­wił się wy­raz, ja­kie­go Lau­rel nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła. Uświa­do­mi­ła so­bie, że to strach. Mama się bała.

Efekt był po­ra­ża­ją­cy. Wszyst­kie pew­ni­ki obec­ne w ży­ciu Lau­rel zmie­ni­ły się w dym i ule­cia­ły. Ich miej­sce za­ję­ła zim­na trwo­ga.

– Wi­taj, Do­ro­thy – po­wie­dział męż­czy­zna. – Daw­no­śmy się nie wi­dzie­li.

Znał imię mamy. A więc to nie był nie­zna­jo­my.

Ode­zwał się zno­wu, lecz zbyt ci­cho, by Lau­rel mo­gła go usły­szeć, a mat­ka lek­ko mu przy­tak­nę­ła. Po­tem słu­cha­ła da­lej, prze­chy­la­jąc gło­wę na jed­ną stro­nę. Jej twarz unio­sła się do słoń­ca, a oczy za­mknę­ły tyl­ko na jed­ną se­kun­dę.

To, co na­stą­pi­ło, sta­ło się szyb­ko.

Lau­rel na za­wsze za­pa­mię­ta ten płyn­ny sre­brzy­sty błysk, od­bi­cie słoń­ca na me­ta­lo­wym ostrzu. Ta chwi­la była pięk­na.

Po­tem nóż opadł w dół, ten nóż prze­zna­czo­ny na spe­cjal­ne oka­zje, i za­nu­rzył się głę­bo­ko w pier­si męż­czy­zny. Czas zwol­nił, a na­stęp­nie przy­spie­szył. Męż­czy­zna krzyk­nął, a jego twarz wy­krzy­wi­ła się ze zdzi­wie­nia, bólu i prze­ra­że­nia. Lau­rel pa­trzy­ła na jego ręce, któ­re zbli­ży­ły się do ko­ścia­nej rącz­ki noża, w miej­scu gdzie krew pla­mi­ła ko­szu­lę. Wi­dzia­ła, jak męż­czy­zna pada na zie­mię, a cie­pły wie­trzyk wle­cze po zie­mi jego ka­pe­lusz.

Pies gło­śno szcze­kał, dziec­ko sie­dzą­ce na żwi­rze za­no­si­ło się pła­czem, twa­rzycz­kę mia­ło czer­wo­ną i lśnią­cą od łez, jego małe ser­dusz­ko pę­ka­ło z żalu, ale do Lau­rel le­d­wie do­cie­ra­ły te od­gło­sy. Sły­sza­ła je po­przez ga­lop wła­snej pul­su­ją­cej krwi, char­kot wła­sne­go ury­wa­ne­go od­de­chu.

Nóż tkwił nie­na­ru­szo­ny w pier­si męż­czy­zny, a koń­ców­ka wstąż­ki opa­dła przy ka­mie­niach od­gra­dza­ją­cych klomb. To była ostat­nia rzecz, jaką wi­dzia­ła Lau­rel, za­nim przed jej ocza­mi po­ka­za­ły się bły­ska­ją­ce gwiazd­ki, a po­tem wszyst­ko za­la­ła czerń.

2

Suf­folk, 2011

W Suf­folk pa­dał deszcz. W jej wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa nig­dy nie pa­da­ło. Szpi­tal był po dru­giej stro­nie mia­sta, a sa­mo­chód wlókł się wol­no po usia­nej ka­łu­ża­mi High Stre­et, aż wresz­cie skrę­cił na pod­jazd i się za­trzy­mał. Lau­rel wy­ję­ła pu­der­nicz­kę, otwo­rzy­ła ją, by przej­rzeć się w lu­ster­ku, i pod­cią­gnę­ła skó­rę jed­ne­go po­licz­ka do góry, pa­trząc spo­koj­nie, jak zmarszcz­ki zbie­ra­ją się, a po­tem opa­da­ją, gdy je uwal­nia. Po­wtó­rzy­ła to samo po dru­giej stro­nie. Lu­dzie uwiel­bia­li jej zmarszcz­ki. Tak mó­wi­ła jej agent­ka, roz­pły­wa­li się nad nimi dy­rek­to­rzy ca­stin­gu, ma­ki­ja­żyst­ki nu­ci­ły o nich z ukon­ten­to­wa­niem, wy­ma­chu­jąc swo­imi pędz­la­mi i epa­tu­jąc mło­do­ścią. Przed pa­ro­ma mie­sią­ca­mi jed­na z in­ter­ne­to­wych ga­zet roz­pi­sa­ła an­kie­tę, za­chę­ca­jąc czy­tel­ni­ków, by gło­so­wa­li na „Ulu­bio­ną twarz kra­ju” i Lau­rel zna­la­zła się na dru­gim miej­scu. Jej zmarszcz­ki, mó­wio­no, spra­wia­ją, że lu­dzie czu­ją się bez­piecz­nie.

No i bar­dzo do­brze. Jed­nak ona czu­ła się przez nie sta­ro. Po­my­śla­ła, że prze­cież jest sta­ra, i za­trza­snę­ła pu­der­nicz­kę. I to nie sta­ra a la pani Ro­bin­son. Mi­nę­ło już dwa­dzie­ścia pięć lat, od kie­dy gra­ła w Ab­sol­wen­cie w Te­atrze Na­ro­do­wym. Jak to się sta­ło? Ktoś przy­spie­szył cho­ler­ny ze­gar, kie­dy nie pa­trzy­ła, ot co.

Kie­row­ca otwo­rzył drzwi i od­pro­wa­dził ją do wej­ścia pod wiel­kim czar­nym pa­ra­so­lem.

– Dzię­ku­ję, Mark – po­wie­dzia­ła, gdy sta­nę­ła pod mar­ki­zą. – Czy znasz ad­res, spod któ­re­go masz mnie ode­brać w pią­tek?

Po­sta­wił jej małą wa­liz­kę i strzą­snął pa­ra­sol.

– Dom wiej­ski po dru­giej stro­nie mia­sta, wą­ska dro­ga, pod­jazd na sa­mym koń­cu. Czy go­dzi­na dru­ga nadal pani od­po­wia­da?

Po­wie­dzia­ła, że tak, a on ski­nął gło­wą i szyb­ko pod­szedł w desz­czu do drzwi po stro­nie kie­row­cy. Sa­mo­chód ru­szył, a ona pa­trzy­ła, jak od­jeż­dża, i za­pra­gnę­ła na­gle przy­jem­nej mo­no­to­nii dłu­giej po­dró­ży w cie­płym au­cie mkną­cym gdzieś po mo­krej au­to­stra­dzie. Po­je­chać gdzie­kol­wiek, byle nie być tu­taj.

Lau­rel zmie­rzy­ła wzro­kiem drzwi, ale nie we­szła do środ­ka. Za­miast tego wy­ję­ła pa­pie­ro­sy, za­pa­li­ła jed­ne­go i za­cią­gnę­ła się z łap­czy­wo­ścią, któ­ra wy­klu­cza­ła do­stoj­ność. Mia­ła za sobą okrop­ną noc. Śni­ła jej się mat­ka, to miej­sce, sio­stry, gdy były dzieć­mi, Ger­ry jako chłop­czyk. Mały po­waż­ny chło­piec, któ­ry trzy­ma wła­sno­ręcz­nie wy­ko­na­ny bla­sza­ny prom ko­smicz­ny i mówi jej, że kie­dyś wy­naj­dzie po­jazd do po­dró­ży w cza­sie i uży­je go, by wró­cić i wszyst­ko na­pra­wić. Czy­li co? – spy­ta­ła we śnie. No jak to, oczy­wi­ście to wszyst­ko, co po­szło źle – może z nim po­je­chać, je­śli chce.

Chcia­ła­by.

Drzwi szpi­ta­la otwo­rzy­ły się ze świ­stem i ze środ­ka wy­sko­czy­ły dwie pie­lę­gniar­ki. Jed­na z nich spoj­rza­ła na Lau­rel i jej oczy roz­sze­rzy­ły się, gdy ją roz­po­zna­ła. Lau­rel ski­nę­ła gło­wą w for­mie po­wi­ta­nia, rzu­ci­ła nie­do­pa­łek, a pie­lę­gniar­ka na­chy­li­ła się, szep­cząc coś do ucha ko­le­żan­ki.

Rose cze­ka­ła przy rzę­dzie krze­seł w holu i przez krót­ką chwi­lę Lau­rel pa­trzy­ła na nią jak nie­zna­jo­ma. Sio­stra mia­ła na so­bie fio­le­to­wą, ro­bio­ną na szy­deł­ku na­rzut­kę, przy­trzy­my­wa­ną z przo­du przez ró­żo­wą ko­kar­dę, a jej nie­sfor­ne wło­sy, te­raz srebr­ne, były sple­cio­ne w luź­ny war­kocz prze­rzu­co­ny przez ra­mię. Lau­rel po­czu­ła ukłu­cie nie­zno­śne­go wzru­sze­nia na wi­dok pla­sti­ko­we­go za­ci­sku od to­reb­ki na chleb, któ­ry przy­trzy­my­wał koń­ców­kę war­ko­cza sio­stry.

– Ro­sie – po­wie­dzia­ła, skry­wa­jąc uczu­cia za fa­sa­dą jo­wial­nej ser­decz­no­ści i tro­chę sie­bie za to nie­na­wi­dząc. – Boże, całe wie­ki się nie wi­dzia­ły­śmy. Wciąż się mi­ja­my.

Uści­ska­ły się, a Lau­rel za­sko­czył za­pach la­wen­dy, zna­jo­my, ale zu­peł­nie nie na miej­scu. Pa­so­wał do let­nich wa­ka­cyj­nych po­po­łu­dni w pen­sjo­na­cie Błę­kit Mo­rza na­le­żą­cym do bab­ci Ni­col­son, a nie do jej młod­szej sio­stry.

– Tak się cie­szę, że da­łaś radę przy­je­chać – po­wie­dzia­ła Rose, ści­ska­jąc ręce Lau­rel, za­nim po­wio­dła ją ko­ry­ta­rzem.

– Nie mo­gła­bym opu­ścić ta­kiej uro­czy­sto­ści.

– Oczy­wi­ście.

– Przy­je­cha­ła­bym wcze­śniej, gdy­by nie ten wy­wiad.

– Wiem.

– I zo­sta­ła­bym na dłu­żej, gdy­by nie pró­by. Za dwa ty­go­dnie ru­sza­ją zdję­cia do fil­mu.

– Wiem. – Rose jesz­cze moc­niej ści­snę­ła rękę Lau­rel, jak­by dla po­ło­że­nia na­ci­sku. – Mama bę­dzie za­chwy­co­na, że w ogó­le się zja­wi­łaś. Jest z cie­bie taka dum­na, Lol. Jak my wszy­scy.

Za­chwy­ty człon­ków ro­dzi­ny wpra­wia­ją ra­czej w za­kło­po­ta­nie, więc Lau­rel zi­gno­ro­wa­ła te sło­wa.

– A co z resz­tą?

– Jesz­cze nie przy­je­cha­li. Iris utknę­ła w kor­kach, a Da­ph­ne przy­le­ci po po­łu­dniu. Przy­je­dzie do domu pro­sto z lot­ni­ska. Za­dzwo­ni z dro­gi.

– A Ger­ry? Jaki jest prze­wi­dy­wa­ny czas jego przy­by­cia?

To był żart i na­wet Rose, ta miła Ni­col­so­nów­na, je­dy­na, któ­ra nie draż­ni­ła się ot tak dla za­sa­dy, nie mo­gła po­wstrzy­mać się od chi­cho­tu. Ich brat po­tra­fił kon­stru­ować ka­len­da­rze prze­wi­dzia­ne na ko­smicz­ny dy­stans, by ob­li­czyć po­czy­na­nia od­le­głych ga­lak­tyk, ale gdy pro­si­ło się go, by usta­lił czas swe­go przy­jaz­du, był sko­ło­wa­ny.

Skrę­ci­ły za róg i uj­rza­ły drzwi z wi­zy­tów­ką „Do­ro­thy Ni­col­son”. Rose się­gnę­ła do klam­ki, po czym się za­wa­ha­ła.

– Mu­szę cię ostrzec, Lol – po­wie­dzia­ła. – Mama bar­dzo się po­su­nę­ła od cza­su two­jej ostat­niej wi­zy­ty. Mie­wa lep­sze i gor­sze mo­men­ty. Przez chwi­lę jest taka jak daw­niej, a za­raz po­tem… – Usta Rose za­drża­ły, chwy­ci­ła dłu­gi sznur swo­ich ko­ra­li. Da­lej mó­wi­ła ści­szo­nym gło­sem. – Cza­sem ma mę­tlik w gło­wie, Lol, bywa przy­bi­ta, mówi róż­ne rze­czy do­ty­czą­ce prze­szło­ści, któ­re nie za­wsze ro­zu­miem. Pie­lę­gniar­ki twier­dzą, że to nic nie zna­czy, że zda­rza się czę­sto, gdy lu­dzie są w mamy sta­nie. Dają jej wte­dy ta­blet­ki, któ­re ją uspo­ka­ja­ją, ale jest po nich pół­przy­tom­na. Dziś nie ocze­ki­wa­ła­bym zbyt wie­le.

Lau­rel ski­nę­ła gło­wą. Gdy w ze­szłym ty­go­dniu dzwo­ni­ła, by do­wie­dzieć się o stan mat­ki, le­karz po­wie­dział jej mniej wię­cej to samo. Wy­gło­sił li­ta­nię nu­żą­cych eu­fe­mi­zmów – ko­niec wy­ści­gu, czas, by od­po­wie­dzieć na osta­tecz­ne we­zwa­nie, dłu­gi sen – w do­dat­ku tak prze­sło­dzo­nym gło­sem, że Lau­rel nie mo­gła się po­wstrzy­mać. „Chce pan po­wie­dzieć, dok­to­rze, że moja mat­ka umie­ra?”, spy­ta­ła kró­lew­skim to­nem, dla sa­mej sa­tys­fak­cji usły­sze­nia, jak le­karz się krztu­si. Na­gro­da była słod­ka, lecz cie­szy­ła się nią krót­ko, tyl­ko do chwi­li, gdy udzie­lił od­po­wie­dzi.

Tak.

Naj­bar­dziej zdra­dli­we ze słów.

Rose pchnę­ła drzwi.

– Patrz, kogo zna­la­złam, ma­mu­siu – po­wie­dzia­ła, a Lau­rel przy­ła­pa­ła się na tym, że wstrzy­mu­je od­dech.

W dzie­ciń­stwie Lau­rel bała się róż­nych rze­czy. Ciem­no­ści, zom­bie, dziw­nych męż­czyzn, któ­rzy w strasz­nych opo­wie­ściach bab­ci Ni­col­son czy­ha­li za ro­giem na małe dziew­czyn­ki i ro­bi­li im nie­wy­obra­żal­ne rze­czy. (Ja­kie rze­czy? Nie­wy-obra-żal­ne. Za­wsze tak mó­wi­ła, a groź­ba była tym bar­dziej prze­ra­ża­ją­ca z po­wo­du bra­ku szcze­gó­łów, mgli­stej su­ge­stii na te­mat ty­to­niu, potu i wło­sów w dziw­nych miej­scach). Bab­cia była tak prze­ko­nu­ją­ca, że Lau­rel wie­dzia­ła, iż prę­dzej czy póź­niej ta po­sęp­na prze­po­wied­nia się zi­ści.

Cza­sa­mi jej naj­gor­sze lęki się ku­mu­lo­wa­ły i bu­dzi­ła się z krzy­kiem w nocy, bo na przy­kład zom­bie z ciem­nej sza­fy pod­glą­dał ją przez dziur­kę od klu­cza, cze­ka­jąc na od­po­wied­ni mo­ment, by wpro­wa­dzić w czyn swe strasz­ne za­mia­ry.

– Ci­cho, ptasz­ku – uspo­ka­ja­ła ją pew­ne­go razu mat­ka. – To tyl­ko sen. Mu­sisz na­uczyć się od­róż­niać rze­czy praw­dzi­we od wy­my­ślo­nych. To nie za­wsze jest ła­twe, ja sama bar­dzo dłu­go się tego uczy­łam. Za dłu­go. – Po­tem usa­do­wi­ła się przy Lau­rel w łóż­ku i spy­ta­ła: – Opo­wie­dzieć ci hi­sto­rię o dziew­czyn­ce, któ­ra ucie­kła z domu i zo­sta­ła cyr­ków­ką?

Trud­no uwie­rzyć, że ko­bie­ta, któ­rej obec­ność gro­mi­ła wszel­kie noc­ne kosz­ma­ry, była tą samą bla­dą isto­tą przy­ku­tą do szpi­tal­ne­go łóż­ka. Lau­rel są­dzi­ła, że jest na to przy­go­to­wa­na. Prze­ży­ła śmierć kil­ku przy­ja­ciół, wie­dzia­ła, jak wy­glą­da jej na­dej­ście, do­sta­ła na­gro­dę Bry­tyj­skiej Aka­de­mii Sztuk Fil­mo­wych i Te­le­wi­zyj­nych za rolę ko­bie­ty w ostat­nim sta­dium raka. Ale to było co in­ne­go. To była mama. Lau­rel za­pra­gnę­ła od­wró­cić się i uciec.

Jed­nak tego nie zro­bi­ła. Rose sto­ją­ca obok pół­ki z książ­ka­mi ski­nę­ła gło­wą dla do­da­nia jej otu­chy, a Lau­rel we­szła w rolę od­da­nej cór­ki skła­da­ją­cej wi­zy­tę. Po­de­szła szyb­ko do mat­ki i uję­ła jej wiot­ką dłoń.

– Cześć – po­wie­dzia­ła. – Wi­taj, ko­cha­na.

Do­ro­thy za­trze­po­ta­ła po­wie­ka­mi i jej oczy na chwi­lę się otwo­rzy­ły, a po­tem znów za­mknę­ły. Od­dy­cha­ła nadal sła­bo i ryt­micz­nie, gdy Lau­rel skła­da­ła po­ca­łun­ki na obu przy­po­mi­na­ją­cych pa­pier po­licz­kach.

– Coś ci przy­wio­złam. Nie wy­trzy­mam z tym do ju­tra. – Odło­ży­ła swo­je rze­czy i wy­cią­gnę­ła mały pa­ku­nek z to­reb­ki. Zro­bi­ła kon­wen­cjo­nal­ną pau­zę, a po­tem za­czę­ła od­pa­ko­wy­wać pre­zent. – To szczot­ka do wło­sów – cią­gnę­ła, ob­ra­ca­jąc w pal­cach srebr­ny przed­miot. – Ma bar­dzo miłe wło­sie, chy­ba z dzi­ka. Zna­la­złam ją w an­ty­kwa­ria­cie w Kni­ghts­brid­ge. Po­pro­si­łam, by wy­gra­we­ro­wa­no na niej two­je ini­cja­ły. Chcesz, bym cię ucze­sa­ła?

Ra­czej nie ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi, i żad­nej nie otrzy­ma­ła. Lau­rel lek­ko prze­su­nę­ła szczot­ką po de­li­kat­nych bia­łych pa­smach, któ­re two­rzy­ły wo­kół twa­rzy mat­ki ko­ro­nę spo­czy­wa­ją­cą na po­dusz­ce. Te wło­sy kie­dyś były gru­be, ciem­no­brą­zo­we, a te­raz jak­by roz­pły­wa­ły się w po­wie­trzu.

– Pro­szę – po­wie­dzia­ła, kła­dąc szczot­kę na pół­ce, tak by świa­tło pa­dło na ozdob­ne D. – Pro­szę bar­dzo.

Rose naj­wi­docz­niej była za­do­wo­lo­na, bo po­da­ła jej al­bum, któ­ry zdję­ła z pół­ki, i ge­stem po­ka­za­ła, że idzie na ko­ry­tarz, by przy­go­to­wać her­ba­tę.

W ro­dzi­nie każ­dy miał ja­kąś rolę, taka była rola Rose, a jej inna. Lau­rel usa­do­wi­ła się w ja­kimś chy­ba or­to­pe­dycz­nym fo­te­lu sto­ją­cym u wez­gło­wia mat­ki i ostroż­nie otwo­rzy­ła sta­ry al­bum. Pierw­sza fo­to­gra­fia była czar­no-bia­ła, po­kry­ta ciem­ny­mi punk­ci­ka­mi za­snu­wa­ją­cy­mi całą po­wierzch­nię. Wy­ła­nia­ła się spod nich mło­da ko­bie­ta z wło­sa­mi prze­wią­za­ny­mi chust­ką, uwiecz­nio­na w po­zie za­sko­cze­nia. Od­ry­wa­jąc oczy od tego, czym się aku­rat zaj­mo­wa­ła, pod­nio­sła rękę, jak­by chcąc od­go­nić fo­to­gra­fa. Uśmie­cha­ła się lek­ko, z mie­sza­ni­ną roz­draż­nie­nia i roz­ba­wie­nia, jej usta za­sty­gły, wy­po­wia­da­jąc ja­kieś za­po­mnia­ne sło­wa. Lau­rel za­wsze lu­bi­ła my­śleć, że to pew­nie był ja­kiś żart, dow­cip­na uwa­ga rzu­co­na do oso­by za obiek­ty­wem. Praw­do­po­dob­nie był to je­den z licz­nych go­ści bab­ci: ja­kiś ko­mi­wo­ja­żer, sa­mot­ny urlo­po­wicz, ci­chy urzęd­nik w wy­pa­sto­wa­nych bu­tach, prze­cze­ku­ją­cy woj­nę na bez­piecz­nej po­sa­dzie. Za ko­bie­tą moż­na było do­strzec li­nię spo­koj­ne­go mo­rza, je­śli wie­dzia­ło się, że ono tam jest.

Lau­rel przy­trzy­ma­ła po­zio­mo al­bum nad nie­ru­cho­mym cia­łem mat­ki i za­czę­ła:

– A więc to ty, mamo, w pen­sjo­na­cie bab­ci Ni­col­son. Jest rok czter­dzie­sty czwar­ty i woj­na ma się ku koń­co­wi. Syn pani Ni­col­son jesz­cze nie wró­cił do domu, ale wkrót­ce się zja­wi. Za nie­ca­ły mie­siąc pani Ni­col­son wy­śle cię do mia­stecz­ka z kart­ka­mi na żyw­ność, a kie­dy wró­cisz z za­ku­pa­mi, przy sto­le ku­chen­nym za­sta­niesz żoł­nie­rza, męż­czy­znę, któ­re­go nig­dy wcze­śniej nie spo­tka­łaś, ale któ­re­go roz­po­zna­łaś ze zdję­cia sto­ją­ce­go w ram­ce na ko­min­ku. W chwi­li wa­sze­go spo­tka­nia jest star­szy niż na zdję­ciu i smut­niej­szy, ale ubra­ny tak samo, w mun­dur w ko­lo­rze kha­ki, uśmie­cha się do cie­bie, a ty od razu wiesz, że jest tym, na któ­re­go cze­ka­łaś.

Lau­rel prze­wró­ci­ła stro­nę, uży­wa­jąc kciu­ka, by spłasz­czyć pla­sti­ko­wy róg żółk­ną­ce­go ar­ku­sza od­dzie­la­ją­ce­go stro­ny. Kru­szył się ze sta­ro­ści.

– Wzię­łaś ślub w suk­ni uszy­tej wła­sno­ręcz­nie z ko­ron­ko­wych za­słon, któ­re za two­ją na­mo­wą bab­cia Ni­col­son po­świę­ci­ła z wy­po­sa­że­nia po­ko­ju dla go­ści na pię­trze. Bra­wo, ko­cha­na mamo, wy­obra­żam so­bie, że nie było ła­two ją do tego prze­ko­nać. Wszy­scy wie­my, jak bab­cia ce­ni­ła tka­ni­ny de­ko­ra­cyj­ne. W noc przed ce­re­mo­nią roz­pę­ta­ła się bu­rza i oba­wia­łaś się, że dzień ślu­bu bę­dzie desz­czo­wy. Jed­nak nie pa­da­ło. Wze­szło słoń­ce, wiatr ode­gnał chmu­ry i lu­dzie mó­wi­li, że to do­bry omen. Jed­nak wy wo­le­li­ście się do­dat­ko­wo za­bez­pie­czyć: oto pan Hatch, ko­mi­niarz, sto­ją­cy u stóp scho­dów ko­ścio­ła. Z wiel­ką chę­cią wy­świad­czył wam tę przy­słu­gę. A za pie­nią­dze, któ­re dał mu tata, ku­pił nowe buty dla naj­star­sze­go syna.

W ostat­nich mie­sią­cach nig­dy nie mia­ła pew­no­ści, czy mat­ka słu­cha, ale miła pie­lę­gniar­ka po­wie­dzia­ła, że nie ma po­wo­du, by są­dzić in­a­czej. Cza­sa­mi, prze­glą­da­jąc al­bum, Lau­rel po­zwa­la­ła so­bie pu­ścić wo­dze fan­ta­zji – oczy­wi­ście bez prze­sa­dy, ale gdy wy­obraź­nia pod­su­wa­ła jej róż­ne wąt­ki, chęt­nie za nią po­dą­ża­ła. Iris tego nie apro­bo­wa­ła, po­wie­dzia­ła, że opo­wieść o ży­ciu jest dla mat­ki istot­na i Lau­rel nie ma pra­wa jej ubar­wiać, ale le­karz tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi, gdy do­wie­dział się o tym wy­kro­cze­niu, i stwier­dził, że waż­ne jest samo mó­wie­nie, a nie praw­dzi­wość słów. Od­wró­cił się do Lau­rel i mru­gnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Kto jak kto, ale pani może so­bie po­zwo­lić na odej­ście od praw­dy, pan­no Ni­col­son – za­uwa­żył.

Cho­ciaż wziął jej stro­nę, Lau­rel nie spodo­ba­ło się za­ło­że­nie, że dzia­ła­ją w zmo­wie. Kor­ci­ło ją, by za­zna­czyć róż­ni­cę po­mię­dzy przed­sta­wie­niem sce­nicz­nym a oszu­stwem w ży­ciu, i po­wie­dzieć bez­czel­ne­mu le­ka­rzo­wi ze zbyt czar­ny­mi wło­sa­mi i zbyt bia­ły­mi zę­ba­mi, że w obu wy­pad­kach praw­da ma zna­cze­nie, ale uzna­ła, że nie ma sen­su roz­ma­wiać o pryn­cy­piach z czło­wie­kiem, któ­ry nosi w kie­szon­ce ko­szu­li dłu­go­pis w kształ­cie kija gol­fo­we­go.

Prze­szła na ko­lej­ną stro­nę al­bu­mu i zna­la­zła, jak zwy­kle, se­rię wła­snych zdjęć z okre­su nie­mow­lęc­twa. Opo­wie­dzia­ła szyb­ko o swo­ich wcze­snych la­tach – ma­leń­ka Lau­rel śpią­ca w dzie­cin­nym łó­żecz­ku sto­ją­cym pod ścia­ną, na któ­rej wy­ma­lo­wa­no gwiaz­dy i wróż­ki, krzy­wią­ca się w ra­mio­nach mat­ki, tro­chę pod­ro­śnię­ta, czła­pią­ca na tłu­stych nóż­kach po pły­ciź­nie na pla­ży – aż do­szła do miej­sca, gdy skoń­czy­ło się wy­li­cza­nie, a roz­po­czę­ło wspo­mi­na­nie. Prze­wró­ci­ła stro­nę, wy­wo­łu­jąc w pa­mię­ci wrza­wę i śmiech. Czy to przy­pa­dek, że jej wła­sne wspo­mnie­nia są tak sil­nie zwią­za­ne z po­ja­wie­niem się sio­strzy­czek, bę­dą­cych jak ka­mie­nie, po któ­rych moż­na przejść na dru­gą stro­nę stru­mie­nia? Ta­rza­ją­ce się w tra­wie, ma­cha­ją­ce z okna dom­ku na drze­wie, sto­ją­ce w rząd­ku przed do­mem Gre­ena­cres – ich do­mem – wy­szczot­ko­wa­ne, utre­fio­ne, wy­pa­sto­wa­ne i po­ce­ro­wa­ne na ja­kąś za­po­mnia­ną oka­zję?

Gdy uro­dzi­ły się jej sio­stry, Lau­rel prze­sta­ły prze­śla­do­wać kosz­ma­ry sen­ne. A ra­czej się zmie­ni­ły. Nie było już wi­zyt zom­bie, po­two­rów ani dziw­nych męż­czyzn, któ­rzy w cią­gu dnia miesz­ka­li w kre­den­sie. Za­miast tego za­czę­ła śnić o nad­cią­ga­ją­cej fali przy­pły­wu, koń­cu świa­ta albo o tym, że za­czy­na się nowa woj­na, a ona musi sa­mo­dziel­nie za­pew­nić młod­szym sio­strom bez­pie­czeń­stwo. Wy­raź­nie wbi­ły jej się w pa­mięć sło­wa mat­ki, po­wta­rza­ne, gdy Lau­rel była dziew­czyn­ką: „Opie­kuj się sio­stra­mi. Je­steś naj­star­sza, nie za­nie­dbuj ich”. Wów­czas nie przy­szło jej do gło­wy, że mat­ka może mó­wić to na pod­sta­wie wła­snych do­świad­czeń; że za tym ostrze­że­niem krył się jej wie­lo­let­ni żal z po­wo­du śmier­ci młod­sze­go bra­ta, któ­ry zgi­nął pod­czas bom­bar­do­wa­nia w dru­giej woj­nie świa­to­wej. Dzie­ci po­tra­fią być tak sku­pio­ne na so­bie, zwłasz­cza te szczę­śli­we. A dzie­ci Ni­col­so­nów były szczę­śliw­sze od więk­szo­ści swo­ich ró­wie­śni­ków.

– Oto my w cza­sie Wiel­ka­no­cy. Da­ph­ne sie­dzi na wy­so­kim krze­seł­ku, a więc to musi być rok pięć­dzie­sią­ty szó­sty. Tak, zga­dza się. Wi­dzisz, Rose ma rękę w gip­sie, tym ra­zem lewą. Na dru­gim pla­nie wi­dać, że Iris się wy­głu­pia, szcze­rzy zęby w uśmie­chu, ale za­raz mina jej zrzed­nie. Pa­mię­tasz? Wła­śnie tego po­po­łu­dnia zro­bi­ła na­lot na lo­dów­kę i wy­ssa­ła wszyst­kie szczyp­ce kra­bo­we, któ­re tata po­przed­nie­go dnia przy­wiózł z wy­pra­wy węd­kar­skiej.

To był je­dy­ny raz, gdy Lau­rel wi­dzia­ła ojca roz­wście­czo­ne­go. Nie­co oszo­ło­mio­ny drzem­ką i słoń­cem zaj­rzał do lo­dów­ki, bo na­szła go ocho­ta na słod­kie mię­so kra­bo­we, ale zna­lazł tyl­ko pu­ste sko­rup­ki. Nadal mia­ła przed ocza­mi Iris cho­wa­ją­cą się za sofą – w je­dy­nej kry­jów­ce, w któ­rej mo­gła igno­ro­wać groź­by ojca, że spra­wi jej la­nie (czcze po­gróż­ki, a jed­nak prze­ra­ża­ją­ce). Nie chcia­ła stam­tąd wyjść i bła­ga­ła każ­de­go, kto chciał jej słu­chać, by zmi­ło­wał się nad nią i – pro­szę, bła­gam – wsu­nął za sofę eg­zem­plarz Pip­pi Lang­strumpf. Roz­czu­li­ło ją to wspo­mnie­nie. Za­po­mnia­ła, jaka za­baw­na po­tra­fi być Iris, gdy usil­nie nie sta­ra się zło­ścić.

Coś wy­su­nę­ło się z tyłu al­bu­mu i Lau­rel pod­nio­sła z pod­ło­gi zdję­cie, któ­re­go nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła, sta­ro­świec­ką czar­no-bia­łą fot­kę przed­sta­wia­ją­cą dwie mło­de obej­mu­ją­ce się ko­bie­ty. Śmia­ły się do niej ze środ­ka bia­łej ram­ki, sto­jąc w po­ko­ju, w któ­rym wi­sia­ła nad nimi fla­ga, a z nie­wi­docz­ne­go okna wle­wa­ło się świa­tło sło­necz­ne. Od­wró­ci­ła zdję­cie w po­szu­ki­wa­niu ja­kiejś ad­no­ta­cji, ale zna­la­zła tam je­dy­nie datę: maj 1941. Dziw­na rzecz. Zna­ła ro­dzin­ny al­bum na wy­lot, a ta fo­to­gra­fia, te oso­by do nie­go nie na­le­ża­ły. Drzwi się otwo­rzy­ły i po­ja­wi­ła się Rose, nio­sąc dwie róż­ne fi­li­żan­ki po­brzę­ku­ją­ce na spodecz­kach.

Lau­rel unio­sła zdję­cie.

– Wi­dzia­łaś to, Rose? – spy­ta­ła.

Rose po­sta­wi­ła fi­li­żan­kę na sto­li­ku przy łóż­ku, przy­mru­ży­ła oczy, pa­trząc na zdję­cie, a po­tem się uśmiech­nę­ła.

– A tak, zna­la­złam je kil­ka mie­się­cy temu w Gre­ena­cres. Po­my­śla­łam, że bę­dziesz po­tra­fi­ła umiej­sco­wić je w al­bu­mie. Ślicz­ne, praw­da? Nie­sa­mo­wi­cie jest od­kryć coś no­we­go o niej, szcze­gól­nie te­raz.

Lau­rel spoj­rza­ła po­now­nie na zdję­cie. Mło­de ko­bie­ty z wło­sa­mi upię­ty­mi zgod­nie z ów­cze­sną modą w cia­sne wał­ki, spód­ni­ce do ko­lan, jed­na z nich trzy­ma w ręku pa­pie­ro­sa.

Oczy­wi­ście, że to ich mat­ka. Mia­ła inny ma­ki­jaż. I w ogó­le była inna.

– Za­baw­ne – po­wie­dzia­ła Rose. – Nig­dy o niej w ten spo­sób nie my­śla­łam.

– Niby jak?

– No, że była mło­da. Za­śmie­wa­ła się z ja­kąś ko­le­żan­ką.

– Na­praw­dę? Cie­ka­we dla­cze­go.

Cho­ciaż oczy­wi­ście to samo do­ty­czy­ło Lau­rel. W jej umy­śle – naj­wy­raź­niej w wy­obra­że­niu ich wszyst­kich – mat­ka za­czę­ła ist­nieć w mo­men­cie, gdy od­po­wie­dzia­ła na za­miesz­czo­ną przez bab­cię w ga­ze­cie ofer­tę pra­cy dla po­mo­cy do wszyst­kie­go i za­czę­ła pra­co­wać w pen­sjo­na­cie. Zna­ły pod­sta­wo­we in­for­ma­cje na te­mat wcze­śniej­sze­go okre­su: że mat­ka uro­dzi­ła się i wy­cho­wa­ła w Co­ven­try, że wy­je­cha­ła do Lon­dy­nu tuż przed roz­po­czę­ciem woj­ny, że jej ro­dzi­na zgi­nę­ła pod­czas bom­bar­do­wań. Lau­rel wie­dzia­ła rów­nież, że śmierć bli­skich bar­dzo mat­kę do­tknę­ła. Do­ro­thy Ni­col­son przy każ­dej oka­zji przy­po­mi­na­ła swo­im dzie­ciom, że ro­dzi­na jest wszyst­kim: to była man­tra ich dzie­ciń­stwa. Gdy Lau­rel prze­cho­dzi­ła szcze­gól­nie bo­le­sny okres doj­rze­wa­nia, mat­ka uję­ła ją za ręce i po­wie­dzia­ła z nie­zwy­kłą jak na nią su­ro­wo­ścią: „Nie bądź taka jak ja, Lau­rel. Nie cze­kaj zbyt dłu­go, by uświa­do­mić so­bie, co jest waż­ne. Two­ja ro­dzi­na może cię cza­sem do­pro­wa­dzać do sza­łu, ale jest dla cie­bie wię­cej war­ta, niż so­bie wy­obra­żasz”.

Je­śli cho­dzi o szcze­gó­ły do­ty­czą­ce ży­cia Do­ro­thy, za­nim spo­tka­ła Ste­phe­na Ni­col­so­na, nig­dy nie za­mę­cza­ła nimi swo­ich dzie­ci, a im nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy, by o nie py­tać. Zresz­tą nic dziw­ne­go, po­my­śla­ła Lau­rel, z uczu­ciem lek­kie­go dys­kom­for­tu. Dzie­ci nie wy­ma­ga­ją od swo­ich ro­dzi­ców prze­szło­ści, a na­wet są­dzą, że to dość nie­wia­ry­god­ne, nie­mal że­nu­ją­ce, iż ro­dzi­ce rosz­czą so­bie pra­wa do wcze­śniej­szej eg­zy­sten­cji. Jed­nak te­raz, pa­trząc na tę nie­zna­jo­mą z cza­sów woj­ny, do­tkli­wie od­czu­wa­ła ten brak wie­dzy.

Gdy za­czy­na­ła ka­rie­rę ak­tor­ską, pe­wien do­brze zna­ny re­ży­ser po­chy­lił się nad swo­im eg­zem­pla­rzem sce­na­riu­sza, po­pra­wił oku­la­ry z nie­zwy­kle gru­by­mi szkła­mi i po­wie­dział Lau­rel, że nie ma od­po­wied­nie­go wy­glą­du do gra­nia głów­nych ról. Bo­le­śnie od­czu­ła tę uwa­gę, la­men­to­wa­ła i po­msto­wa­ła, przez wie­le go­dzin ćwi­czy­ła przed lu­strem, niby przy­pad­kiem chwy­ta­jąc swo­je od­bi­cie, a wresz­cie ob­cię­ła krót­ko wło­sy w przy­pły­wie pi­jac­kiej bra­wu­ry. Oka­za­ło się, że to był ten mo­ment w jej ka­rie­rze. Zo­sta­ła ak­tor­ką cha­rak­te­ry­stycz­ną. Re­ży­ser ob­sa­dził ją w roli sio­stry głów­nej bo­ha­ter­ki i ze­bra­ła pierw­sze po­chleb­ne re­cen­zje. Lu­dzie za­chwy­ca­li się jej umie­jęt­no­ścią bu­do­wa­nia po­sta­ci od we­wnątrz, za­nu­rze­nia się, znik­nię­cia pod skó­rą in­nej oso­by, ale to nie był ża­den trik, ona tyl­ko sta­ra­ła się po­znać ta­jem­ni­cę po­sta­ci. Lau­rel wie­dzia­ła co nie­co o do­cho­wy­wa­niu se­kre­tów. Wie­dzia­ła rów­nież, że tak wła­śnie znaj­du­je się praw­dzi­wych lu­dzi, któ­rzy kry­ją się za róż­ny­mi ciem­ny­mi pla­ma­mi.

– Ta­kiej mło­dej nie wi­dzia­ły­śmy jej na żad­nym in­nym zdję­ciu – po­wie­dzia­ła Rose, któ­ra przy­sia­dła na pod­ło­kiet­ni­ku fo­te­la, roz­sie­wa­jąc jesz­cze sil­niej­szą woń la­wen­dy, i wzię­ła do ręki fo­to­gra­fię.

– Tak? – Lau­rel się­gnę­ła po pa­pie­ro­sy, przy­po­mnia­ła so­bie, że jest w szpi­ta­lu, i wzię­ła za­miast nich fi­li­żan­kę. – Chy­ba masz ra­cję.

W prze­szło­ści mat­ki było tyle ciem­nych plam. Dla­cze­go wcze­śniej się tym nie przej­mo­wa­ła? Zer­k­nę­ła znów na zdję­cie, dwie mło­de ko­bie­ty zda­wa­ły się te­raz na­śmie­wać z jej nie­wie­dzy. Si­ląc się na nie­dba­ły ton, spy­ta­ła:

– Gdzie to zna­la­złaś, Ro­sie?

– W książ­ce.

– W książ­ce?

– Wła­ści­wie w eg­zem­pla­rzu sztu­ki Pio­truś Pan.

– Mama wy­stę­po­wa­ła w przed­sta­wie­niu?

Mat­ka była świet­na w róż­nych prze­bie­ran­kach i uda­wan­kach, ale Lau­rel nie przy­po­mi­na­ła so­bie, by wy­stę­po­wa­ła kie­dy­kol­wiek w praw­dzi­wym przed­sta­wie­niu.

– Nie mam po­ję­cia. Ta książ­ka to pre­zent. Na stro­nie ty­tu­ło­wej jest de­dy­ka­cja; pa­mię­tasz, jak lu­bi­ła, gdy opa­try­wa­ły­śmy nimi pre­zen­ty książ­ko­we w dzie­ciń­stwie?

– Co tam jest na­pi­sa­ne?

– „Dla Do­ro­thy”. – Rose splo­tła pal­ce, wy­si­la­jąc pa­mięć. – „Praw­dzi­wy przy­ja­ciel jest jak świa­tło w mro­ku. Vi­vien”.

Vi­vien. To imię wy­wo­ła­ło w Lau­rel dziw­ną re­ak­cję. Po­czu­ła, że jej skó­ra robi się go­rą­ca, a po­tem zim­na, czu­ła puls bi­ją­cy w skro­niach. Przez jej mózg prze­mknę­ły przy­pra­wia­ją­ce o za­wrót gło­wy ob­ra­zy: błysz­czą­ce ostrze noża, prze­ra­żo­na twarz mat­ki, roz­wią­za­na czer­wo­na wstąż­ka. Sta­re wspo­mnie­nia, brzyd­kie wspo­mnie­nia, któ­re uwol­ni­ło imię nie­zna­nej ko­bie­ty.

– Vi­vien – po­wtó­rzy­ła gło­śniej, niż za­mie­rza­ła. – Kim jest ta Vi­vien?

Rose pod­nio­sła na nią za­sko­czo­ne spoj­rze­nie, ale na­wet je­śli coś od­po­wie­dzia­ła, za­głu­szy­ło to wtar­gnię­cie Iris trzy­ma­ją­cej w gó­rze bi­let par­kin­go­wy. Obie sio­stry za­ab­sor­bo­wa­ło jej wiel­kie obu­rze­nie i dla­te­go żad­na z nich nie za­uwa­ży­ła, że Do­ro­thy, sły­sząc imię Vi­vien, rap­tow­nie za­czerp­nę­ła tchu, a jej twarz skur­czy­ła się z bólu. Gdy trzy sio­stry zgro­ma­dzi­ły się po chwi­li przy łóż­ku mat­ki, Do­ro­thy wy­glą­da­ła, jak­by była po­grą­żo­na w spo­koj­nym śnie, a jej rysy wca­le nie wska­zy­wa­ły na to, że opu­ści­ła szpi­tal, swo­je znę­ka­ne cia­ło i do­ro­słe cór­ki, by prze­mknąć przez ot­chłań cza­su aż do pew­nej ciem­nej nocy roku czter­dzie­ste­go pierw­sze­go.

3

Lon­dyn, maj 1941

Do­ro­thy Smi­tham zbie­gła na dół, wo­ła­jąc „do­bra­noc” do pani Whi­te i sza­mo­cząc się z rę­ka­wa­mi pal­ta. Gdy mi­ja­ła go­spo­dy­nię, ta za­mru­ga­ła ocho­czo za gru­by­mi szkła­mi oku­la­rów, w na­dziei na kon­ty­nu­ację nie­koń­czą­cej się roz­pra­wy o dzi­wac­twach są­sia­dów, lecz Dol­ly się przy niej nie za­trzy­ma­ła. Zwol­ni­ła nie­co tyl­ko po to, by przej­rzeć się w lu­strze w holu 1 szczy­pa­niem przy­wo­łać róż na po­licz­ki. Za­do­wo­lo­na z tego, co zo­ba­czy­ła, otwo­rzy­ła drzwi i wy­pa­dła w gę­sty z po­wo­du za­ciem­nie­nia mrok. Spie­szy­ła się, tej nocy nie mia­ła cza­su na ce­re­gie­le ze stra­żą miej­ską. Jim­my na pew­no już jest w re­stau­ra­cji, a ona nie chcia­ła, by cze­kał. Tyle mie­li do omó­wie­nia – co za­brać, co zro­bią, gdy do­trą na miej­sce, kie­dy po­win­ni wy­ru­szyć…

Dol­ly uśmiech­nę­ła się z prze­ję­ciem, się­ga­jąc do głę­bo­kiej kie­sze­ni płasz­cza, i ob­ró­ci­ła w pal­cach rzeź­bio­ną fi­gur­kę. Do­strze­gła ją po­przed­nie­go dnia na wy­sta­wie lom­bar­du, to był dro­biazg, ale spra­wił, że po­my­śla­ła o nim, a te­raz, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, gdy w Lon­dy­nie po­ja­wia­ły się wciąż nowe gru­zy, na­le­ża­ło mó­wić lu­dziom, jak wie­le zna­czą. Dol­ly nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy mu da upo­mi­nek – wy­obra­ża­ła so­bie wy­raz jego twa­rzy, gdy go zo­ba­czy, a on się uśmiech­nie, przy­gar­nie ją do sie­bie i po­wie, jak za­wsze, jak bar­dzo ją ko­cha. Ma­lut­ki drew­nia­ny Mr Punch to nie­zbyt wie­le, ale był do­sko­na­łym pre­zen­tem; Jim­my uwiel­biał nad­mor­skie an­giel­skie kli­ma­ty. Obo­je ko­cha­li wy­brze­że.

– Prze­pra­szam? – Zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie w ciem­no­ści roz­legł się ko­bie­cy głos.

– Tak? – od­po­wie­dzia­ła Do­ro­thy, a w jej gło­sie od­bi­ło się zdzi­wie­nie.

Wi­docz­nie ta ko­bie­ta za­uwa­ży­ła ją, gdy smu­ga świa­tła wy­la­ła się na krót­ko przez uchy­lo­ne drzwi.

– Czy może mi pani po­móc? Szu­kam nu­me­ru dwa­dzie­ścia czte­ry.

Po­mi­mo za­ciem­nie­nia, któ­re spra­wia­ło, że była nie­wi­docz­na, Dol­ly na­wy­ko­wo wska­za­ła ge­stem drzwi za sobą.

– Ma pani szczę­ście – od­par­ła. – To wła­śnie tu­taj. Oba­wiam się, że nie ma aku­rat po­koi do wy­na­ję­cia, ale wkrót­ce coś się zwol­ni.

Kon­kret­nie rzecz bio­rąc, jej wła­sny po­kój (o ile moż­na to na­zwać po­ko­jem). Wzię­ła pa­pie­ro­sa w usta i po­tar­ła za­pał­kę.

– Dol­ly?

Dol­ly zmru­ży­ła oczy w ciem­no­ści. Ko­bie­ta zbli­ża­ła się do niej, sły­chać było szyb­ki chód, a kie­dy po­de­szła już bli­sko, po­wie­dzia­ła:

– O tak, to ty. Dzię­ki Bogu. Po­zna­jesz mnie?

– Vi­vien? – roz­po­zna­ła głos, tak do­brze zna­ny, ale te­raz jak­by inny.

– Ba­łam się, że cię nie za­sta­nę, że do­trę za póź­no.

– Za póź­no na co? – wy­krztu­si­ła Dol­ly. Nie uma­wia­ły się na ten wie­czór. – O co cho­dzi?

– O nic… – Vi­vien się ro­ze­śmia­ła, a ten jej śmiech, me­ta­licz­ny i nie­po­ko­ją­cy, spra­wił, że Dol­ly prze­szedł dreszcz po ple­cach. – To zna­czy, o wszyst­ko.

– Pi­łaś? – Dol­ly nig­dy nie wi­dzia­ła, by Vi­vien się tak za­cho­wy­wa­ła; znik­nę­ły zwy­kłe po­zo­ry ele­gan­cji, do­sko­na­ła sa­mo­kon­tro­la.

Ko­bie­ta nie od­po­wie­dzia­ła wprost. Kot są­sia­dów ze­sko­czył z po­bli­skie­go mur­ku, lą­du­jąc gło­śno na klat­ce z kró­li­ka­mi pani Whi­te. Vi­vien pod­sko­czy­ła, a po­tem wy­szep­ta­ła:

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać, na­tych­miast.

Dol­ly za­gra­ła na zwło­kę, za­cią­ga­jąc się moc­no pa­pie­ro­sem. Kie­dy in­dziej z przy­jem­no­ścią od­by­ła­by z nią roz­mo­wę od ser­ca, ale nie te­raz, nie tego wie­czo­ru. Nie­cier­pli­wi­ła się, bo chcia­ła już iść.

– Nie mogę – po­wie­dzia­ła. – Ja wła­śnie…

– Dol­ly, pro­szę…

Dol­ly się­gnę­ła do kie­sze­ni i ob­ró­ci­ła w pal­cach drew­nia­ną la­lecz­kę. Jim­my na pew­no już jest na miej­scu, za­sta­na­wia się, gdzie ona jest, pa­trzy na drzwi za każ­dym ra­zem, gdy się otwie­ra­ją, spo­dzie­wa­jąc się ją zo­ba­czyć. Bar­dzo nie chcia­ła, by mu­siał cze­kać, zwłasz­cza te­raz. Jed­nak Vi­vien, któ­ra po­ja­wi­ła się nie­spo­dzie­wa­nie na jej pro­gu, była taka po­waż­na, zde­ner­wo­wa­na, oglą­da­ła się za sie­bie i bła­ga­ła o roz­mo­wę, twier­dząc, że to bar­dzo waż­na spra­wa. Dol­ly wes­tchnę­ła, nie­chęt­nie się pod­da­jąc. Nie mo­gła zo­sta­wić Vi­vien, szcze­gól­nie gdy ta była tak roz­stro­jo­na.

Po­wie­dzia­ła so­bie, że Jim­my zro­zu­mie, że w ja­kiś dziw­ny spo­sób też po­lu­bił Vi­vien. I wte­dy pod­ję­ła de­cy­zję, któ­ra mia­ła oka­zać się brze­mien­na w skut­ki dla nich wszyst­kich.

– Chodź – po­wie­dzia­ła, ga­sząc pa­pie­ro­sa i de­li­kat­nie uj­mu­jąc smu­kłe ra­mię Vi­vien. – Wejdź­my do środ­ka.

Gdy zna­la­zły się we­wnątrz i wspi­na­ły po scho­dach na górę, Dol­ly po­my­śla­ła na­gle, że może Vi­vien przy­szła ją prze­pro­sić. Tyl­ko tak po­tra­fi­ła so­bie wy­tłu­ma­czyć jej po­ru­sze­nie i utra­tę pa­no­wa­nia nad sobą. Vi­vien, z tym swo­im bo­gac­twem i kla­są, nie na­le­ża­ła do ko­biet skłon­nych do prze­pro­sin. To przy­pusz­cze­nie zde­ner­wo­wa­ło Dol­ly. Nie po­trze­bo­wa­ła prze­pro­sin, je­śli o nią cho­dzi, całe to ża­ło­sne zda­rze­nie na­le­ża­ło już do prze­szło­ści. Wo­la­ła­by nig­dy o nim nie wspo­mi­nać.

Do­szły na sam ko­niec ko­ry­ta­rza i Dol­ly otwo­rzy­ła drzwi swo­je­go po­ko­ju. Gdy prze­krę­ci­ła wy­łącz­nik, roz­bły­sła bla­do goła ża­rów­ka, wy­do­by­wa­jąc z mro­ku wą­skie łóż­ko, szaf­kę i po­pę­ka­ną umy­wal­kę z ka­pią­cym kra­nem. Dol­ly po­czu­ła za­że­no­wa­nie, kie­dy na­gle spoj­rza­ła na swój po­kój ocza­mi Vi­vien. Jak­że nędz­ny mu­siał jej się wy­da­wać po miesz­ka­niu, do któ­re­go przy­wy­kła, tego olśnie­wa­ją­ce­go domu przy Camp­den Gro­ve, z ży­ran­do­la­mi ze szkla­nych tub i na­rzu­ta­mi ze skó­ry ze­bry.

Zdję­ła zno­szo­ny płaszcz i od­wró­ci­ła się, by po­wie­sić go na ha­czy­ku za drzwia­mi.

– Prze­pra­szam za ten za­duch – rzu­ci­ła, si­ląc się na lek­ki ton. – Nie ma okna, co jest prak­tycz­nym roz­wią­za­niem przy za­ciem­nie­niu, ale kiep­sko z wen­ty­la­cją.

Chcia­ła nie­co roz­luź­nić at­mos­fe­rę, wpro­wa­dzić się w lep­szy na­strój, ale nic z tego. My­śla­ła tyl­ko o Vi­vien, któ­ra sta­ła za nią i roz­glą­da­ła się za czymś do sie­dze­nia.

– Nie­ste­ty nie mam też krze­sła.

Od paru ty­go­dni za­mie­rza­ła je so­bie spra­wić, ale w tych cięż­kich cza­sach, gdy po­sta­no­wi­li z Jim­mym oszczę­dzać każ­de­go pen­sa, uzna­ła, że może się jed­nak obejść bez ta­kich wy­gód.

Od­wró­ci­ła się i na wi­dok twa­rzy Vi­vien od razu za­po­mnia­ła o bra­kach w ume­blo­wa­niu.

– O Boże – wy­ją­ka­ła, a oczy roz­sze­rzy­ły jej się, kie­dy za­uwa­ży­ła za­si­nio­ny po­li­czek przy­ja­ciół­ki. – Co ci się sta­ło?

– Nic. – Vi­vien, któ­ra za­czę­ła krą­żyć po po­ko­iku, zby­ła ją nie­cier­pli­wym mach­nię­ciem. – Mia­łam po dro­dze mały wy­pa­dek. Wpa­dłam na słup la­tar­ni. Jak zwy­kle gna­łam za szyb­ko.

To praw­da, Vi­vien za­wsze za szyb­ko cho­dzi­ła. To było dzi­wac­two, któ­re Dol­ly ra­czej lu­bi­ła. Uśmie­cha­ła się, wi­dząc taką wy­twor­ną, świet­nie ubra­ną ko­bie­tę pę­dzą­cą jak na­sto­lat­ka. Jed­nak tego wie­czo­ru wszyst­ko ro­bi­ło inne wra­że­nie. Ubra­nie Vi­vien było nie­do­pa­so­wa­ne, mia­ła oczko w poń­czo­sze, wło­sy w nie­ła­dzie…

– Chodź – po­wie­dzia­ła Dol­ly, pro­wa­dząc przy­ja­ciół­kę do łóż­ka, za­do­wo­lo­na, że tak sta­ran­nie je rano po­ście­li­ła. – Sia­daj.

W tej sa­mej chwi­li roz­le­gło się wy­cie sy­ren prze­ciw­lot­ni­czych i Dol­ly za­klę­ła pod no­sem. Ostat­nia rzecz, ja­kiej po­trze­bo­wa­ły. Tu­tej­szy schron był kosz­mar­ny: wszy­scy ści­śnię­ci jak sar­dyn­ki, wil­got­ne pod­ło­że, wstręt­ny smród, hi­ste­ria pani Whi­te, a te­raz, z Vi­vien w tym sta­nie…

– Nie przej­muj się tym – rzu­ci­ła Vi­vien, jak­by czy­ta­jąc w my­ślach Dol­ly. Na­gle prze­mó­wi­ła gło­sem pani domu, na­wy­kłej do wy­da­wa­nia po­le­ceń. – Zo­stań, to jest waż­niej­sze.

Waż­niej­sze niż ukry­cie się w schro­nie? Ser­ce Dol­ly za­bi­ło nie­spo­koj­nie.

– Cho­dzi o pie­nią­dze? – spy­ta­ła. – Mam ci je zwró­cić?

– Nie, nie, za­po­mnij o pie­nią­dzach.

Mo­du­lo­wa­ny wizg sy­re­ny był ogłu­sza­ją­cy i wy­wo­ły­wał w Dol­ly na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój, któ­re­go nie mo­gła za­głu­szyć. Nie wie­dzia­ła dla­cze­go do­kład­nie, ale czu­ła, że się boi. Nie chcia­ła być tu­taj, na­wet z Vi­vien. Chcia­ła pę­dzić po ciem­nych uli­cach tam, gdzie cze­kał na nią Jim­my.

– Jim­my i ja… – za­czę­ła, a Vi­vien na­tych­miast wpa­dła jej w sło­wo.

– Tak – po­wie­dzia­ła, a jej twarz roz­ja­śni­ła się, jak­by wła­śnie so­bie coś przy­po­mnia­ła. – Tak, Jim­my.

Sko­ło­wa­na Dol­ly po­krę­ci­ła gło­wą. Co z Jim­mym? Vi­vien bre­dzi­ła bez sen­su. Może ją też po­win­na za­brać – mo­gły­by ra­zem tam po­gnać, pod­czas gdy lu­dzie umy­ka­li do schro­nów. Po­bie­gły­by pro­sto do Jim­my’ego – on wie­dział­by, co ro­bić.

– Jim­my – po­wtó­rzy­ła Vi­vien gło­śno. – Dol­ly, jego już nie ma…

W tym mo­men­cie sy­re­na uci­chła i sło­wa „nie ma” prze­to­czy­ły się po po­ko­ju. Dol­ly cze­ka­ła na dal­sze wy­ja­śnie­nia Vi­vien, ale za­nim je usły­sza­ła, ktoś za­czął moc­no wa­lić w drzwi.

– Doll, je­steś tam? – To była Ju­dith, jed­na z miesz­ka­nek pen­sjo­na­tu, któ­ra zbie­gła zdy­sza­na z góry. – Scho­dzi­my do schro­nu.

Dol­ly nic nie od­po­wie­dzia­ła i ani ona, ani Vi­vien nie ru­szy­ły do wyj­ścia. Za­cze­ka­ła, aż kro­ki na ko­ry­ta­rzu ucich­ną, po czym po­spiesz­nie usia­dła obok przy­ja­ciół­ki.

– Coś ci się po­my­li­ło – po­wie­dzia­ła szyb­ko. – Wi­dzia­łam go wczo­raj i mamy się spo­tkać dziś wie­czo­rem. Wy­jeż­dża­my ra­zem, nie po­je­chał­by beze mnie…

Mo­gła­by jesz­cze wie­le do­dać, ale tego nie zro­bi­ła. Vi­vien pa­trzy­ła na nią i coś w jej spoj­rze­niu spra­wi­ło, że Dol­ly nie czu­ła się już taka pew­na. Wy­grze­ba­ła pa­pie­ro­sa z to­reb­ki i przy­pa­li­ła go, trzy­ma­jąc w drżą­cych pal­cach.

Vi­vien mó­wi­ła da­lej, i gdy roz­legł się war­kot pierw­sze­go bom­bow­ca, Dol­ly za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy ist­nie­je choć ni­kła moż­li­wość, że Vi­vien ma ra­cję. To zda­wa­ło się nie do po­my­śle­nia, ale nie­cier­pli­wość w jej gło­sie, dziw­ne za­cho­wa­nie i te rze­czy, któ­re mó­wi­ła… Dol­ly po­czu­ła za­wro­ty gło­wy; w po­ko­ju było go­rą­co, nie mo­gła wy­rów­nać od­de­chu.

Pa­li­ła łap­czy­wie, a frag­men­ty re­la­cji Vi­vien to­nę­ły w go­ni­twie jej wła­snych my­śli. Bom­ba spa­dła gdzieś w po­bli­żu, wy­bu­cha­jąc gło­śno, a po­kój wy­peł­nił świst, od któ­re­go roz­bo­la­ły Dol­ly uszy i sta­nę­ły jej wło­ski na kar­ku. Kie­dyś lu­bi­ła być na ze­wnątrz w cza­sie na­lo­tów, wy­da­wa­ło jej się to pod­nie­ca­ją­ce, wca­le się nie bała. Ale nie była już tą głu­piut­ką dziew­czy­ną, a tam­te bez­tro­skie dni zda­wa­ły się bar­dzo od­le­głe. Rzu­ci­ła okiem na drzwi, pra­gnąc, by Vi­vien prze­sta­ła już mó­wić. Po­win­ny zejść do schro­nu albo pójść do Jim­my’ego, za­miast sie­dzieć tu i cze­kać. Chcia­ła biec, ukryć się gdzieś, znik­nąć.

Gdy pa­ni­ka Dol­ly na­ra­sta­ła, nie­po­kój Vi­vien zda­wał się ma­leć. Te­raz mó­wi­ła spo­koj­nie, ci­cho wy­po­wia­da­ła in­for­ma­cje, któ­rych Dol­ly słu­cha­ła z wiel­kim tru­dem: o li­ście i zdję­ciu, 0 złych lu­dziach, nie­bez­piecz­nych lu­dziach, któ­rzy ru­szy­li na po­szu­ki­wa­nia Jim­my’ego. Plan spa­lił na pa­new­ce, po­wie­dzia­ła Vi­vien, to było upo­ka­rza­ją­ce; Jim­my nie mógł do­trzeć do re­stau­ra­cji, cze­ka­ła na nie­go, lecz nie przy­szedł, wła­śnie wte­dy zro­zu­mia­ła, że na­praw­dę go nie ma…

Na­gle roz­pro­szo­ne frag­men­ty zło­ży­ły się w ca­łość i oszo­ło­mio­na Dol­ly wszyst­ko zro­zu­mia­ła.

– To moja wina – wy­du­si­ła nie­mal szep­tem. – Ale ja… nie wiem, jak… to zdję­cie… po­sta­no­wi­li­śmy tego nie ro­bić, uzna­li­śmy, że nie ma po­trze­by, już nie…

Przy­ja­ciół­ka wie­dzia­ła, o czym ona mówi, to z po­wo­du Vi­vien od­stą­pio­no od pla­nów. Dol­ly się­gnę­ła po jej rękę.

– Tego nie było w pla­nie, a te­raz Jim­my…

Vi­vien ki­wa­ła gło­wą, jej twarz wy­ra­ża­ła współ­czu­cie.

– Słu­chaj – po­wie­dzia­ła. – To waż­ne. Oni wie­dzą, gdzie miesz­kasz, i przyj­dą po cie­bie.

Dol­ly nie chcia­ła w to uwie­rzyć, była prze­ra­żo­na. Go­rą­ce łzy spły­nę­ły jej po po­licz­kach.

– To moja wina. – Usły­sza­ła, że znów po­wta­rza swo­je sło­wa. – To wszyst­ko prze­ze mnie.

– Dol­ly, pro­szę. – Nad­cią­gnę­ła nowa fala bom­bow­ców, a Vi­vien mu­sia­ła krzy­czeć, by być sły­sza­na, gdy kur­czo­wo ści­ska­ła ręce Dol­ly. – Obie je­ste­śmy win­ne. Ale te­raz to i tak bez zna­cze­nia. Oni wkrót­ce tu będą. Pew­nie są już w dro­dze. Dla­te­go przy­szłam.

– Ale ja…

– Mu­sisz na­tych­miast opu­ścić Lon­dyn i nie wol­no ci tu wra­cać. Nig­dy nie prze­sta­ną cię szu­kać…

Po ko­lej­nym wy­bu­chu cały bu­dy­nek za­trząsł się w po­sa­dach. Bom­by pa­da­ły bli­żej i choć w po­ko­ju nie było okien, nie wia­do­mo skąd bły­snę­ło i po­miesz­cze­nie za­la­ło upior­ne świa­tło, o wie­le ja­skraw­sze od mdłe­go ćmie­nia go­łej ża­rów­ki.

– Czy masz ja­kichś krew­nych, do któ­rych mo­gła­byś po­je­chać? – na­ci­ska­ła Vi­vien.

Dol­ly po­krę­ci­ła gło­wą, choć wła­śnie sta­nął jej przed ocza­mi ob­raz jej ro­dzi­ny: mat­ka i oj­ciec, bied­ny bra­ci­szek, wte­dy, w daw­nych cza­sach. Gdzieś w po­bli­żu prze­le­cia­ła ze świ­stem bom­ba, a z zie­mi od­po­wie­dzia­ły jej wy­strza­ły.

– A przy­ja­ciół? – Vi­vien prze­krzy­ki­wa­ła wy­bu­chy.

Dol­ly znów po­krę­ci­ła gło­wą. Nie mia­ła już ni­ko­go, na kim mo­gła­by po­le­gać, ni­ko­go oprócz Vi­vien i Jim­my’ego.

– Czy jest ja­kieś miej­sce, gdzie mo­żesz wy­je­chać? – Ko­lej­na bom­ba była tak gło­śna, że Dol­ly mu­sia­ła czy­tać z ust Vi­vien, gdy ta bła­ga­ła: – Za­sta­nów się, Dol­ly, mu­sisz coś wy­my­ślić.

Za­mknę­ła oczy. Czu­ła za­pach po­ża­ru, bom­ba za­pa­la­ją­ca mu­sia­ła ude­rzyć w po­bli­żu, pew­nie stra­ża­cy już ją ga­si­li za po­mo­cą prze­no­śnych pomp. Dol­ly sły­sza­ła ja­kieś krzy­ki, ale za­ci­snę­ła moc­niej po­wie­ki i spró­bo­wa­ła się skon­cen­tro­wać. Jej my­śli roz­pierz­chły się jak roz­sy­pa­ny gruz, umysł stał się ciem­nym la­bi­ryn­tem, nic nie wi­dzia­ła. Pod­ło­że pod sto­pa­mi było po­szar­pa­ne, po­wie­trze zbyt gę­ste, by nim od­dy­chać.

– Dol­ly?

Nad­le­cia­ło jesz­cze wię­cej sa­mo­lo­tów, te­raz my­śliw­ce, nie tyl­ko bom­bow­ce, a Dol­ly wy­obra­zi­ła so­bie sie­bie na da­chu Camp­den Gro­ve, gdy pa­trzy, jak nur­ku­ją i pi­ku­ją po nie­bie, śle­dzo­ne przez zie­lo­ne świa­tła szpe­ra­czy, a do tego jesz­cze po­ża­ry w od­da­li. Kie­dyś to wszyst­ko zda­wa­ło się ta­kie eks­cy­tu­ją­ce.

Przy­po­mnia­ła so­bie tę noc z Jim­mym, kie­dy spo­tka­li się w Klu­bie 400, tań­czy­li i śmia­li się, a po­tem wra­ca­li do domu w cza­sie na­lo­tu, ra­zem. Da­ła­by wszyst­ko, by wró­cić do tych chwil, le­żeć obok nie­go, szep­tać w ciem­no­ści, pod­czas gdy pa­da­ły bom­by, snuć wspól­ne pla­ny na przy­szłość, roz­ma­wiać o domu na wsi, dzie­ciach, któ­re będą mie­li, ży­ciu nad mo­rzem. Nad mo­rzem…

– Od­po­wie­dzia­łam na ofer­tę pra­cy – oznaj­mi­ła na­gle, pod­no­sząc gło­wę. – Kil­ka ty­go­dni temu. Jim­my ją zna­lazł.

List od pani Ni­col­son z pen­sjo­na­tu Błę­kit Mo­rza le­żał na sto­licz­ku przy jej po­dusz­ce. Dol­ly chwy­ci­ła go i po­da­ła drżą­cą ręką Vi­vien.

– Tak. – Vi­vien prze­bie­gła wzro­kiem ofer­tę. – Do­sko­na­le. Wła­śnie tam mu­sisz po­je­chać.

– Nie chcę je­chać sama. My…

– Dol­ly!

– Mie­li­śmy je­chać ra­zem. Nie tak to za­pla­no­wa­li­śmy. Miał na mnie cze­kać.

Dol­ly się roz­pła­ka­ła. Vi­vien wy­cią­gnę­ła ku niej ręce, a po­nie­waż obie wy­ko­na­ły ruch ku so­bie w tej sa­mej chwi­li, kon­takt był nie­ocze­ki­wa­nie gwał­tow­ny.

Vi­vien nie prze­pro­si­ła, twarz mia­ła po­waż­ną. Rów­nież się bała, Dol­ly to za­uwa­ży­ła, ale od­su­nę­ła wła­sne lęki na bok, jak zro­bi­ła­by star­sza sio­stra, przy­bie­ra­jąc su­ro­wy, pe­łen mi­ło­ści ton, któ­ry Dol­ly pra­gnę­ła te­raz naj­bar­dziej usły­szeć.

– Do­ro­thy Smi­tham – po­wie­dzia­ła. – Mu­sisz na­tych­miast wy­je­chać z Lon­dy­nu.

– Nie dam rady.

– Nie­praw­da. Je­steś twar­da.

– Ale Jim­my…

Ko­lej­na bom­ba spa­dła ze świ­stem i eks­plo­do­wa­ła. Okrzyk prze­ra­że­nia wy­darł się z ust Dol­ly, za­nim zdo­ła­ła go po­wstrzy­mać.

– Dość tego. – Vi­vien moc­no uję­ła twarz Dol­ly w obie dło­nie i tym ra­zem to wca­le nie bo­la­ło. W jej oczach było wie­le czu­ło­ści. – Ja wszyst­ko ro­zu­miem. Ty, Jim­my, wa­sza mi­łość… Ale te­raz mu­sisz mnie po­słu­chać.

W jej spoj­rze­niu było coś nie­zwy­kle uspo­ka­ja­ją­ce­go i Dol­ly uda­ło się od­ciąć od od­gło­su pi­ku­ją­ce­go sa­mo­lo­tu, ostrza­łu ar­ty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej, po­twor­nych my­śli o bu­dyn­kach i lu­dziach miaż­dżo­nych na mia­zgę.