Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 457 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strażnik Podłego Miasta - Daniel Polansky

Podłe Miasto to nieprzyjemne miejsce ukryte w cieniu miasta Rigus, najwspanialszej metropolii Trzynastu Ziem, a jego obrońcą jest nieprzyjemny człowiek, znany na ulicy jako Opiekun. Skompromitowany agent wywiadu. Zapomniany bohater wojenny. Niezależny handlarz narkotyków. Po popadnięciu w niełaskę wszedł na drogę przestępstwa, uzależniając się od prymitywnej przemocy i wyrafinowanych narkotyków. Każdy jego dzień wypełniony jest poszukiwaniem nowych źródeł zysków i walką w obronie terytorium przed konkurencją ze strony drobnych szumowin, zorganizowanej przestępczości i stróżów prawa.

Znalezienie zwłok zamordowanej dziewczynki sprawia, że Opiekun ponownie musi stawić czoło życiu, które pozostawił za sobą. By chronić swój dom, Opiekun wyruszy śladem przemocy i plotek prowadzących go z obskurnych zaułków ku pilnie strzeżonym siedzibom możnych i potężnych osób. Rozpocznie niebezpieczną podwójną grę z szefami przestępczego podziemia i psychotycznym szefem Czarnego Domu, tajnej policji. Prawda okaże się jednak jeszcze bardziej posępna, niż mu się wydaje. Po raz kolejny przekona się, że w Podłym Mieście nie można ufać nikomu.

Opinie o ebooku Strażnik Podłego Miasta - Daniel Polansky

Fragment ebooka Strażnik Podłego Miasta - Daniel Polansky

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Podziękowania
Okładka

Tytuł oryginału: The Straight Razor Cure

Copyright © 2011 by Daniel Polansky All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2013

ISBN 978-83-63431-50-1

Projekt okładki: © Frédéric Augis/Bragelonne 2012 Redakcja: Renata Otolińska Korekta: Iwona Huchla, Anna Kurzyca Redakcja techniczna: Adam Kolenda

Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Mamie i Tacie

ROZDZIAŁ1

W pierwszych dniach Wielkiej Wojny – pod Apres i Ives – posiadłem zdolność do strzepywania snu z powiek jednym mrugnięciem. Była ona niezbędna: śpiochów mógł powitać błysk brzeszczotu szturmowego komandosa Drenów. Jednak teraz chyba wolałbym się pozbyć tej przypominającej dawne czasy umiejętności. Sytuacje, w których trzeba wykorzystać wszystkie możliwości zmysłów, bywają rzadkie, a świat jest w zasadzie lepszy wtedy, gdy widzi się go niewyraźnie.

Potwierdzi to przykład – mój pokój należał do miejsc, które lepiej oglądać w półśnie albo w zamroczeniu alkoholowym. Późnojesienne światło przenikające przez brudną szybę sprawiało, że to i tak nędzne wnętrze wyglądało jeszcze mniej zachęcająco. Nawet jak na moje wymagania była to istna nora, a moje wymagania są dość małe. Całe umeblowanie prócz łóżka stanowiły poobijana komoda i stary stół z krzesłami, a podłogi i ściany pokoju pokrywała warstwa brudu. Wysikałem się do nocnika i wylałem zawartość na uliczkę pod oknem.

Podłe Miasto zaczęło już swój dzień – po ulicach niosło się echo wrzasku handlarek ryb zachwalających połów tragarzom niosącym skrzynie na starówkę. Na oddalonym o kilka przecznic na wschód rynku kupcy sprzedawali pośrednikom za garście miedziaków towary o wadze niższej niż deklarowana, dalej zaś na ulicy Światła młodociane rzezimieszki wypatrywały ostrym jak sztylety wzrokiem nieroztropnych kupców i arystokratów, którzy zapuścili się zbyt daleko od domu. W kątach i w zaułkach pracujący chłopcy wznosili te same okrzyki co handlarki ryb, ale mówili ciszej i żądali wyższych stawek. Sterane prostytutki z porannej zmiany bez entuzjazmu kusiły przechodniów, licząc, że jeszcze raz wykorzystają swój wygasły powab i zarobią na dzienną porcję czegoś do picia albo do wdychania. Niebezpieczni ludzie najczęściej jeszcze spali, a ich schowane w pochwach kosy spoczywały przy łóżkach. Naprawdę niebezpieczni ludzie byli na nogach od wielu godzin, robiąc użytek ze swych piór i ksiąg.

Chwyciłem leżące na podłodze lusterko i uniosłem je w wyprostowanej ręce. Nawet w najlepszych warunkach, po wyperfumowaniu i manikiurze, wyglądam paskudnie. Kartoflowaty nos wiszący pod zbyt wielkimi oczami, usta jak krzywa rana cięta. Mój wrodzony urok uzupełniają blizny, których pozazdrościłby mi każdy masochista – biegnąca w górę policzka bezbarwna linia po odłamku artyleryjskim, któremu zabrakło kilkunastu centymetrów do wyeliminowania mnie ze świata żywych, poszarpane lewe ucho przypomina o bijatyce ulicznej, w której zająłem drugie miejsce.

Z poobcieranego blatu mojego stołu zamrugała na powitanie fiolka oddechu skrzata. Odkorkowałem ją i się sztachnąłem. Nozdrza wypełniły mi przesłodzone opary, a potem w uszach rozbrzmiał dobrze znany szum. Potrząsnąłem buteleczką – była w połowie pusta, szybko się zużyła. Włożyłem koszulę i buty, chwyciłem torbę leżącą pod łóżkiem i zszedłem na dół, by powitać późny poranek.

W knajpie Rozkołysany Hrabia panował o tej porze spokój. Główna sala była zdominowana przez stojącą za barem olbrzymią postać współwłaściciela Adolphusa Wielkiego. Pomimo wzrostu – przewyższał mnie o głowę, a mierzę sto osiemdziesiąt centymetrów – miał niezwykle szeroki i wydatny tors, przez co na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie grubasa, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się było widać, że na masę jego ciała składają się głównie mięśnie. Adolphus wyglądał paskudnie, jeszcze zanim bełt Drenów pozbawił go lewego oka, ale czarna przepaska i blizna rozdzierająca jego dziobaty policzek tylko pogarszały sprawę. Ten wygląd oraz powolne spojrzenie mogły sprawiać wrażenie, że oto mamy przed sobą zbira i tępaka, a choć ani jedno, ani drugie nie było prawdą, ludzie zazwyczaj zachowywali się w jego obecności uprzejmie.

Czyścił kontuar i perorował do jednego z trzeźwiejszych klientów na temat niesprawiedliwości współczesnego świata. Była to popularna tu rozrywka. Przemknąłem w kierunku baru i zająłem najczystsze siedzenie.

Adolphus był zbyt pochłonięty rozwiązywaniem problemów kraju, by przerywać swój monolog ze względu na elementarne kanony uprzejmości, więc zamiast powitania tylko kiwnął w moją stronę głową.

– I bez wątpienia przyzna mi pan rację, zważywszy na zupełną porażkę jego lordowskiej mości jako Wysokiego Kanclerza. Lepiej niech wraca do wieszania buntowników jako realizator praw Jej Królewskiej Mości – przynajmniej do tego się nadaje.

– Niezupełnie wiem, o czym mówisz, Adolphusie. Wszyscy nasi przywódcy są równie mądrzy, co uczciwi. A mogę jeszcze zamówić jajecznicę?

Adolphus zwrócił głowę w stronę kuchni i warknął:

– Kobieto! Jajecznica! – Rzuciwszy te dwa słowa, powrócił do swej podpitej ofiary. – Pięć lat dałem Koronie, pięć lat i oko. – Adolphus często nawiązywał w rozmowie do swego kalectwa, być może sądząc, iż go nie widać. – Pięć lat po szyję w gównie i błocie, pięć lat, podczas których bankierzy i arystokraci bogacili się na mojej krwi. Pół ochry miesięcznie to niewielka nagroda za pięć lat czegoś takiego, ale mi się należy i nie zamierzam pozwolić, żeby oni o niej zapomnieli. – Opuścił ścierkę na kontuar i wycelował we mnie swój palec wielkości kiełbasy, licząc, że w ten sposób zachęci mnie do poparcia swego zdania. – To też twoje pół ochry, przyjacielu. Jesteś cholernie cichy jak na człowieka zapomnianego przez swą królową i kraj.

A co mógłbym powiedzieć? Wysoki Kanclerz robił to, na co miał ochotę, a tyrady byłego pikiniera z jednym okiem nie mogły zbytnio wpłynąć na jego zdanie. Chrząknąłem zamiast odpowiedzi. Z kuchni wyszła Adeline, która z powodu niskiego wzrostu oraz małomówności stanowiła dokładne przeciwieństwo swego męża, i z niewyraźnym uśmiechem podała mi talerz. Przyjąłem posiłek i odwzajemniłem uśmiech. Adolphus nadal paplał, ale go zignorowałem i skupiłem się na jajecznicy. Byliśmy przyjaciółmi od półtora dziesięciolecia, bo wybaczałem mu gadatliwość, a on wybaczał mi małomówność.

Oddech zaczynał działać. Czułem narastające opanowanie i wyostrzanie się wzroku. Wpychałem w usta czarny chleb i zastanawiałem się nad pracą, którą miałem wykonać tego dnia. Należało złożyć wizytę człowiekowi z urzędu celnego – dwa tygodnie temu obiecał, że załatwi mi przepustki, ale na razie nie dotrzymywał słowa. Poza tym trzeba było jak zwykle odwiedzić kupujących u mnie pośredników, podejrzanych barmanów, drobnych handlarzy, alfonsów i dilerów. Wieczorem powinienem jeszcze wpaść na Wzniesienia Kora – obiecałem Yanceyowi Wierszoklecie, że zobaczę się z nim przed jego wieczorną rundą.

W centralnym punkcie akcji pijaczek wykorzystał moment, aby przerwać częściowo niezrozumiały strumień obywatelskich obelg.

– Słyszałeś pan coś o tej małej?

Wymieniłem z olbrzymem nieszczęśliwe spojrzenia.

– Kawalarze nic tu nie poradzą – powiedział Adolphus i powrócił do czyszczenia. Trzy dni wcześniej córka dokera zniknęła z uliczki przed swoim domem. Od tamtej pory sprawa „małej Tary” stała się głośna pośród mieszkańców Podłego Miasta. Gildia rybaków wyznaczyła nagrodę, kościół Prachety odprawił za dziewczynkę mszę, nawet straż na kilka godzin wydobyła się z letargu, by załomotać w te i owe drzwi i pozaglądać do studni. Niczego nie znaleziono, a siedemdziesiąt dwie godziny to sporo czasu jak na poszukiwanie dziecka na najludniejszym kilometrze kwadratowym całego Imperium. Jeśli Śakra pozwoli, okaże się, że dziewczynka jest cała i zdrowa, ale ja nie postawiłbym na to należnej mi pół ochry.

Przypomnienie o zniknięciu dziecka dokonało cudu, jakim było uciszenie Adolphusa. W milczeniu dokończyłem śniadanie, a potem odsunąłem talerz i wstałem.

– Gdyby coś dla mnie było, to daj znać – wrócę po zmroku.

Adolphus machnął mi ręką na pożegnanie.

W południe wszedłem w chaos Podłego Miasta i skierowałem się na wschód, w stronę portu. O jedną przecznicę za Rozkołysanym Hrabią dostrzegłem skręcającego papierosa i zerkającego spode łba Kida Maca, wysokiego na około metr osiemdziesiąt alfonsa i skrytobójcę, jakich mało. Jego ciemne oczy wyzierały spomiędzy wyblakłych blizn pozostałych po pojedynkach, a cała odzież jak zwykle była nieskazitelna, począwszy od szerokiego ronda kapelusza, a skończywszy na srebrnej rękojeści rapiera. Rozparł się przy ceglanym murze z wyrazem twarzy łączącym groźbę użycia przemocy z dość wyraźną gnuśnością.

W ciągu tych lat, które upłynęły od czasu, gdy Mac przybył w tę okolicę, za sprawą umiejętnego władania kosą i bezwarunkowego oddania swych dziwek, wszystkich co do jednej kochających go miłością matki do pierworodnego syna, zdołał on stworzyć własne, niewielkie terytorium. Choć przeczył temu wyryty na jego twarzy wyraz niezadowolenia, często przychodziło mi do głowy, że Mac ma najłatwiejszą robotę w Podłym Mieście – przynajmniej na pozór polegała ona na niedopuszczeniu do tego, by pracujące dla niego kurewki pozabijały się wzajemnie, walcząc o jego względy. Od czasu gdy rozpoczął działalność, byliśmy ze sobą w przyjaznych stosunkach, dzieląc się informacjami i czasami wyświadczając sobie drobne przysługi.

– Mac.

– Opiekunie. – Poczęstował mnie swoim skrętem.

Odpaliłem go od wyjętej zza pasa zapałki.

– Jak tam dziewczynki?

Wytrząsnął porcję tytoniu z kapciucha i zaczął skręcać kolejnego papierosa.

– Przez to zaginione dziecko są bardziej nakręcone niż stado kur. Ruda Annie tak się mazgaiła, że nikt nie mógł spać przez pół nocy, aż wreszcie Euphemia pogoniła ją rózgą.

– Wrażliwe są. – Sięgnąłem do sakiewki i ukradkiem podałem mu jego towar. – A słyszałeś coś o Eddim Cipie? – spytałem o mojego rywala, którego kilka dni wcześniej przegnano z Podłego Miasta.

– Pracuje o rzut beretem od bazy i nie uważa, że powinien odpłacić za ten kawał? Taki przygłup nie dożyje nawet wiosny – założę się o srebrniaka. – Mac skończył skręcać papierosa jedną ręką, a drugą wsadził pakuneczek do tylnej kieszeni.

– Tylko że nie wiem, kto przyjmie zakład – odrzekłem.

Mac wetknął szluga między skrzywione w szyderczym uśmiechu wargi. Z naszego punktu obserwacyjnego patrzyliśmy, jak na ulicy słabnie ruch.

– Masz już te przepustki? – spytał.

– Dzisiaj się widzę z tym gościem. Niedługo powinienem coś ci przynieść.

Wydobył z siebie chrząknięcie mogące oznaczać aprobatę, a ja odwróciłem się, by ruszyć w swoją stronę.

– Powinieneś wiedzieć, że chłopcy Zajęczej Wargi handlują na wschód od kanału. – Zaciągnął się i zaczął wypuszczać w łagodne niebo idealne kółka dymu. – Dziewczynki co jakiś czas widywały jego ekipę.

– Słyszałem. Pilnuj się, Mac.

Resztę popołudnia spędziłem, podrzucając towar komu trzeba i załatwiając drobne sprawy. Mój celnik w końcu zorganizował przepustki, ale biorąc pod uwagę tempo, w jakim uzależniał się od oddechu skrzata, mogła to być dla mnie jego ostatnia przysługa.

Był wczesny wieczór, gdy odwaliłem całą swoją robotę i zatrzymałem się przy ulubionym straganie, żeby zjeść miskę wołowiny w sosie chili. Miałem jeszcze spotkać się z Yanceyem przed jego występem dla jakiegoś nadętego arystokraty niedaleko starej części miasta, a miałem tam spory kawałek. Ruszyłem bocznym zaułkiem, żeby zyskać na czasie, lecz po chwili zatrzymałem się tak nagle, że omal się nie wywróciłem.

Spotkanie z Wierszokletą musiało zaczekać. Przede mną leżało ciało dziecka – strasznie poskręcane i owinięte w płachtę przesiąkniętą krwią.

Wyglądało na to, że znalazłem małą Tarę.

Wyrzuciłem swoją kolację do rynsztoka. W tym momencie nie byłem już głodny.

ROZDZIAŁ2

Poświęciłem kilka sekund na ocenę sytuacji. Szczury Podłego Miasta są bardzo zuchwałe, zatem skoro nie zdążyły dobrać się do zwłok dziewczynki, nie mogły leżeć zbyt długo. Kucnąłem i położyłem dłoń na drobnej klatce piersiowej – była zimna. Gdy porzucano tu ciało, była martwa już od jakiegoś czasu. Pochyliłem się nad nią, ale wzdrygnąłem się i gwałtownie cofnąłem głowę, widząc z bliska, jak oprawca ją pohańbił. Poczułem wtedy dziwny zapach: nie był to mdlący, słodki odór gnijącego ciała, lecz ostra, alchemiczna woń, która zaczęła mnie drapać w gardle.

Wracając z zaułka na główną ulicę, przywołałem gestem dwóch obijających się w pobliżu uliczników. Moje imię coś znaczy pośród przedstawicieli niższych klas społecznych, więc ci dwaj odpowiedzieli na wezwanie, jakby spodziewali się, że wciągnę ich w jakieś ekscytujące przedsięwzięcie. Temu, który wyglądał na mniej rozgarniętego, dałem miedziaka i kazałem poszukać strażnika. Gdy zniknął za rogiem, zwróciłem się do drugiego.

Strażnicy z Podłego Miasta nie powinni stanowić problemu, bo połowie z nich zapewniam usługi dziwek i dostawy rozwodnionego piwa. Jednak tego rodzaju morderstwo to sprawa dla agenta, a mogło się okazać, że przyślą jakiegoś głupka, który mnie uzna za podejrzanego. Musiałem pozbyć się towaru.

Chłopak uniósł ku mnie spojrzenie swych brązowych oczu kontrastujących z jego bladą cerą. Jak większość dzieci ulicy był mieszańcem – łączył w sobie rysy wszystkich trzech ludów Rigunu i nie wiadomo ilu cudzoziemskich ras. Nawet jak na biedaka był okropnie chudy, a łachmany, które miał na sobie, nie zakrywały wystających łopatek i łokci.

– Wiesz, kim jestem?

– Nazywasz się Opiekun.

– Wiesz, gdzie jest Rozkołysany Hrabia?

Skinął. Jego ciemne oczy były szeroko otwarte, ale niezmącone. Machnąłem w jego kierunku moją torbą.

– Zanieś to tam i daj cyklopowi za barem. Przekaż mu ode mnie, że jest ci winien argenta.

Wyciągnął rękę po torbę, a ja wbiłem mu palce w zgięcie szyi.

– Znam w Podłym Mieście każdą dziwkę, doliniarza, ćpuna czy oprycha i zapamiętałem twoją twarz. Jeśli moja paczka nie będzie na mnie czekać, to cię znajdę. Rozumiesz? – Zwiększyłem ucisk.

Nawet nie drgnął.

– Nie jestem oszustem. – Zaskoczyła mnie chłodna pewność siebie w jego głosie. Wybrałem właściwego ulicznika.

– No to zmiataj. – Wypuściłem z ręki torbę, a on pognał i zniknął za rogiem.

Wróciłem do zaułka i zapaliłem papierosa, czekając na pojawienie się kawalarzy. Zajęło im to więcej czasu, niż można się było spodziewać, biorąc pod uwagę powagę sytuacji. Ktoś, kto ma nie najlepszą opinię o stróżach prawa, może poczuć się nieswojo, widząc, że i tak była ona przesadzona. Po wypaleniu przeze mnie paru szlugów, chłopak powrócił, prowadząc dwóch strażników.

Trochę ich znałem. Jeden był zielony, zaciągnął się dopiero przed sześcioma miesiącami, ale drugiego opłacałem już od lat. Byłem ciekaw, czy coś mi to da, kiedy zrobi się gorąco.

– Cześć, Wendell – wyciągnąłem rękę. – Miło cię znów widzieć, nawet w tych okolicznościach.

Wendell uścisnął ją energicznie.

– Ciebie też – powiedział. – Miałem nadzieję, że chłopak kłamie.

Trudno było to skomentować. Wendell ukląkł przy ciele, przeciągając spód swej kolczugi po błocie. Twarz stojącego za nim towarzysza przybrała ten odcień bladości, który poprzedza atak torsji. Wendell upomniał go, krzycząc przez ramię:

– Nic z tego! Jesteś, cholera, strażnikiem, a nie mięczakiem! – Znów skierował spojrzenie w stronę zwłok, niezupełnie wiedząc, co dalej począć.

– Trzeba chyba posłać po agenta – ni to spytał mnie, ni to oznajmił.

– Pewnie tak.

– Biegnij do bazy – rozkazał podwładnemu. – Powiedz, żeby posłali po zimnego. Powiedz, żeby posłali po dwóch.

Strażnicy dbają o przestrzeganie zwyczajów i praw miasta – wtedy gdy nie płaci im się, by przymykali oczy – ale prowadzenie śledztwa w zasadzie wykracza poza ich możliwości. Jeśli morderca nie stoi nad zwłokami ofiary z zakrwawionym nożem, nie mogą się na wiele przydać. Jeśli dochodzi do zbrodni, która ma znaczenie dla kogoś ważnego, wysyła się agenta Korony, oficjalnie upoważnionego do egzekwowania królewskiej sprawiedliwości. Zmarźlaki, chłodni, bałwany albo szare diabły – można ich nazywać, jak się chce, ale trzeba im się kłaniać i bez zwłoki odpowiadać na pytania, zimni bowiem to nie strażnicy, a jedynym zagrożeniem bardziej niebezpiecznym niż niekompetentny stróż prawa jest kompetentny stróż prawa. Ciało porzucone w Podłym Mieście zazwyczaj nie stanowi przedmiotu ich uwagi – co znakomicie wpływa na wzrost liczby przestępstw – ale tym razem nie chodziło o utopionego w kałuży pijaczka czy o zasztyletowanego ćpuna. Do tej sprawy musieli przysłać agenta.

Po kilku minutach przybył mały oddział strażników. Dwóch z nich zaczęło odgradzać miejsce zbrodni. Pozostali po prostu stali, próbując zgrywać ważniaków. Niezbyt dobrze dawali sobie z tym radę, ale nie miałem serca, by im to uświadamiać.

Wendell, który albo miał już dość czekania, albo chciał zrobić wrażenie na nowo przybyłych, postanowił zabrać się do policyjnej roboty.

– Pewnie jakiś heretyk – powiedział, drapiąc swój podwójny podbródek. – Mijał port w drodze do dzielnicy Kirenów, zobaczył dziewczynkę i… – Wykonał nagły gest.

– Tak, podobno często się tak dzieje – wtrącił się jego towarzysz, którego młodzieńcza buźka wypluła z siebie trującą, zduszoną żółć, przesiąkającą oddech. – Albo Wyspiarz. Wiecie, jacy oni są.

Wendell pokiwał głową z miną mądrali. Faktycznie wiedział, jacy oni są.

Słyszałem, że w nowszych domach wariatów przydzielają obłąkanym i głupim od urodzenia proste zadania, takie jak przyszywanie guzików do kawałków materiału, bo ta bezużyteczna robota działa jak balsam na ich wypaczone umysły. Nieraz zastanawiałem się, czy straż nie jest dalszym ciągiem tej terapii, prowadzonym na znacznie większą skalę, misternym programem społecznym mającym dać niepełnosprawnym umysłowo fałszywe poczucie misji.

Jednak takie zajęcie chyba nie wywarłoby większego wpływu na pensjonariuszy. Spostrzeżenia dokonane nagle przez Wendella i jego pomagiera najwyraźniej ich wyczerpały, bo obaj zamilkli.

Jesienny wieczór przegnał z nieba ostatnie strzępy dziennego światła. Odgłosy towarzyszące prowadzeniu uczciwego handlu, jeśli w Podłym Mieście taki istnieje, zastąpiła niepewna cisza. W pobliskiej kamienicy ktoś rozpalił ogień, więc dym niemal zneutralizował odór ciała. Skręciłem papierosa, by zdusić go całkowicie.

Nadejście agentów wyczuwało się, jeszcze zanim można było ich dostrzec. Tłum mieszkańców Podłego Miasta rozpierzchał się przed nimi jak śmieci zmywane przez powódź. Zimni szczycili się identycznością swoich mundurów – każdy z nich był możliwym do zastąpienia elementem małej armii kontrolującej miasto i większą część kraju. Szary jak lód prochowiec z podniesionym kołnierzem sięgał mającego ten sam kolor kapelusza z szerokim rondem. U pasa wisiał krótki miecz o srebrnej rękojeści, będący zarówno dziełem sztuki, jak i doskonałym narzędziem przemocy. U szyi zaś kołysał się ciemny klejnot – Oko Korony, oficjalny symbol ich władzy. W każdym calu ucieleśniali porządek, byli jak zaciśnięta pięść w aksamitnej rękawiczce.

Choć nigdy nie przyznałbym głośno, choć wstydziłem się na samą myśl o tym, nie potrafiłbym okłamać samego siebie – brakowało mi tego pieprzonego wdzianka.

Crispin rozpoznał mnie, gdy był jeszcze o przecznicę od nas. Jego rysy wyostrzyły się, ale nie zwolnił kroku. Pięć lat nieszczególnie wpłynęło na jego wygląd. Spod opadającego ronda kapelusza spoglądała na mnie ta sama twarz szlachetnie urodzonego, ta sama wyprostowana postawa milcząco zaświadczała o młodości przeżytej pod opieką mistrzów tańca i nauczycieli etykiety. Brązowe włosy pod nakryciem głowy nie były już tak bujne jak kiedyś, ale krzywizna nosa nadal sławiła długą historię rodu, z którego pochodził, wobec każdego, kto chciał się jej przyjrzeć. Niewątpliwie żałował, że ja tam jestem, tak samo jak ja żałowałem, że wezwano akurat jego.

Drugiego nie rozpoznałem – z pewnością był nowy. Podobnie jak Crispin miał nos Rouendera – długi i arogancko uniesiony w górę – lecz włosy tego człowieka były bardzo jasne, niemal białe. Jeśli nie liczyć tej platynowej grzywy, wyglądał na typowego agenta: spojrzenie niebieskich oczu było przenikliwe, ale zimne, ciało pod mundurem miało w sobie dość tężyzny, by wywołać wrażenie niebezpieczeństwa w każdym, kto nie potrafił się przyjrzeć naprawdę dobrze.

Zatrzymali się przy wejściu w zaułek. Spojrzenie Crispina szybko omiotło miejsce zdarzeń, przez chwilę zatrzymując się na zakrytych zwłokach, a potem spoczęło na Wendellu, który stał sztywno na baczność, robiąc wszystko, co w jego mocy, by wyglądać na zawodowego stróża prawa.

– Strażniku – powiedział Crispin, kiwając głową. Drugi agent, którego imienia wciąż nie znałem, nie zdobył się nawet na taki gest; niezmiennie trzymał ręce skrzyżowane na piersi i niewyraźnie uśmiechał się z wyższością. Uznając, że wymagania etykiety zostały spełnione, Crispin zwrócił się do mnie.

– Ty ją znalazłeś?

– Czterdzieści minut temu, ale leżała tu już od jakiegoś czasu. Została porzucona, jak z nią skończył.

Crispin z wolna obszedł miejsce. W połowie zaułka znajdowały się drewniane drzwi prowadzące w głąb opuszczonego budynku. Zatrzymał się i oparł na nich rękę.

– Myślisz, że wszedł tędy?

– Niekoniecznie. Tak małe ciało można było ukryć – w skrzynce albo w beczce na piwo. O zmroku w tym zaułku nie kręci się wielu ludzi. Mógł je tu porzucić i pójść dalej.

– Robota syndykatu?

– Wiesz przecież, że nie. W obozach Bukhirry biorą za niepokalane dziecko pięćset ochr. Żaden handlarz niewolników nie byłby na tyle głupi, żeby pozbywać się dochodu – a gdyby był, to miałby lepszy sposób na pozbycie się zwłok.

Pomagier Crispina nie zamierzał tolerować dalszego okazywania poważania nieznanemu obszarpańcowi. Podszedł dumnym krokiem, promieniejąc arogancją zakorzenioną w przekazywanym z pokolenia na pokolenie poczuciu wyższości i umacnianą przez pełnienie publicznego urzędu.

– Kim jest ten człowiek? Co robił, gdy znalazł ciało? – Spojrzał na mnie szyderczo. Muszę przyznać, że wyszło mu to doskonale. Choć taki wyraz twarzy jest bardzo rozpowszechniony, to nie każdy potrafi go opanować.

Ja jednak nie zareagowałem, a on zwrócił się do Wendella.

– Gdzie są jego rzeczy? Jaki jest wynik przeszukania?

– To jest… panie – zaczął Wendell, a jego akcent z Podłego Miasta stawał się coraz wyraźniejszy. – Jako że sam o tym doniósł, uznaliśmy… to znaczy… – Otarł nos wierzchem swej tłustej dłoni i wykrztusił:

– Jeszcze go nie przeszukano, panie.

– Czy to pośród strażników uchodzi za dochodzenie? Podejrzanego znaleziono tuż obok zamordowanego dziecka, a wy rozmawiacie z nim przyjaźnie nad zwłokami? Wykonaj swoją robotę i przeszukaj tego człowieka!

Tępa twarz Wendella poczerwieniała. Przepraszająco wzruszył ramionami i ruszył do przodu, by mnie obszukać.

– Nie będzie to potrzebne, agencie Guiscard – wtrącił się Crispin. – Ten człowiek to… dawny towarzysz. Jest poza podejrzeniem.

– Ręczę, że tylko w tej sprawie. Agent Guiscard, tak? W rzeczy samej, agencie Guiscard, przeszukajcie mnie. Ostrożności nigdy za wiele. Kto wie? Przecież mogłem porwać tę dziewczynkę, poddać ją torturom, zgwałcić, porzucić jej ciało, odczekać godzinkę, a potem wezwać strażnika. – Twarz Guiscarda stała się ziemistoczerwona, dziwnie kontrastując z jego włosami. – Trzeba do tego być wyjątkowym geniuszem, prawda? Intelekt tego kalibru pewnie odziedziczyłeś wraz z pochodzeniem? – Guiscard zacisnął pięść. Ja wydąłem usta.

Crispin wkroczył między nas i zaczął wykrzykiwać rozkazy.

– Nic z tego. Mamy pracę do wykonania. Agencie Guiscard, wróć do Czarnego Domu i każ im posłać po wróżbitę, jeśli się pośpieszysz, może jeszcze coś zdąży wychwycić. Pozostali – zabezpieczcie teren. Za dziesięć minut będzie tu pół setki obywateli, a ja nie chcę, żeby mi stratowali miejsce zbrodni. I na miłość Śakry, niech ktoś z was znajdzie rodziców tego biedactwa.

Guiscard bezskutecznie rzucił mi gniewne spojrzenie i odszedł, głośno tupiąc. Wendell i pozostali strażnicy rozeszli się wachlarzem po zaułku.

Wytrząsnąłem trochę liści z kapciucha i zacząłem skręcać szluga.

– Utrapienie z tym twoim nowym partnerem. Kto jest jego wujkiem?

Crispin uśmiechnął się półgębkiem.

– Hrabia Grenwick.

– Dobrze wiedzieć, że nic się nie zmieniło.

– Nie jest taki zły, na jakiego wygląda. Prowokowałeś go.

– Łatwo daje się sprowokować.

– Ty też – dawałeś się.

Pewnie miał w tym wypadku rację. Złagodniałem z wiekiem, albo przynajmniej chciałem, żeby tak było. Poczęstowałem mojego byłego partnera papierosem.

– Rzuciłem – zatykało mnie.

Wcisnąłem sobie szluga w usta. Między nami rozciągały się niezręcznie lata przyjaźni.

– Jeśli coś odkryjesz, przyjdziesz do mnie. Nie będziesz robił niczego sam – na wpół zażądał, a na wpół spytał Crispin.

– Nie prowadzę śledztw, Crispinie, bo nie jestem agentem. – Potarłem zapałką o mur i przystawiłem jej płomień do papierosa. – Ty o to zadbałeś.

– Sam o to zadbałeś. Ja tylko patrzyłem na twój upadek.

Ta rozmowa trwała za długo.

– Te zwłoki miały jakiś zapach. Może już się rozszedł, ale warto sprawdzić. – Nie mogłem zdobyć się na to, by życzyć mu szczęścia.

Gdy opuszczałem zaułek, zaczął się już zbierać tłum gapiów – widmo ludzkiego nieszczęścia zawsze przyciąga uwagę. Wiatr zaczął się wzmagać. Zapiąłem płaszcz i przyśpieszyłem kroku.

ROZDZIAŁ3

Gdy wróciłem do Rozkołysanego Hrabiego, weekendowy ruch właśnie się rozkręcał. Powitanie rzucone mi przez Adolphusa rozbrzmiało pośród ścian, zanim zdołałem się przepchać przez ciasne rzędy gości, by w końcu zająć miejsce przy barze. Nalał mi szklankę piwa i przechylił się ku mnie, gdy mi ją podawał.

– Przyszedł chłopak z paczką. Zostawiłem ją w twoim pokoju.

Z jakiegoś powodu nie zdziwiło mnie, że ulicznik wywiązał się z zadania jak należy.

Adolphus niezgrabnie stał w miejscu, a na jego okaleczonej twarzy malował się wyraz zatroskania.

– Powiedział mi, co znalazłeś.

Pociągnąłem łyk swojego napoju.

– Jeżeli nie chcesz o tym rozmawiać…

– Nie chcę.

Piwo było gęste i ciemne. Wypiłem pół tuzina kolejek, chcąc wyrzucić z głowy obraz poskręcanych rączek i bladej, posiniaczonej skóry. Tłum kotłował się wokół mnie – robotnicy fabryczni, którzy zeszli już ze zmiany, i opryszkowie planujący nocne eskapady. Gdy interes kręcił się tak jak tej nocy, wiedziałem, dlaczego jestem współwłaścicielem tego miejsca, ale masa życzliwie usposobionych mętów społecznych upajających się tanimi trunkami nie była towarzystwem odpowiednim do mojego nastroju.

Opróżniłem szklankę i wstałem. Adolphus gestem ręki pokazał klientowi, żeby poczekał, a potem podszedł do mnie.

– Wychodzisz?

Chrząknąłem potwierdzająco. Wyraz mojej twarzy musiał zapowiadać niecne plany, bo gdy się odwracałem, położył mi swą wielką łapę na barku.

– Potrzebujesz kosy? Albo towarzystwa?

Pokręciłem głową, a on wzruszył ramionami i powrócił do zagadywania klientów.

Odkładałem złożenie wizyty Tancredowi Zajęczej Wardze od czasu, kiedy pół miesiąca wcześniej przyłapałem jednego z jego gońców na opychaniu gron snów na moim terytorium. Tancred był drobnym handlarzem, który zdołał wdrapać się na względnie wysoką pozycję za sprawą żenującego połączenia siermiężnej przemocy i niecnych sztuczek, ale nie miał szans na utrzymanie jej dłużej niż kilka sezonów. Prędzej czy później za mało zapłaci swoim chłopcom albo będzie próbował pozbawić strażników ich działki, albo wkurzy syndykat i zginie w jakimś zaułku ze sztyletem w brzuchu. Nie widziałem żadnej potrzeby przyśpieszania jego audiencji u Tej, Która Czeka Za Wszystkim, ale w naszej robocie nie popełnia się pomyłek. Sprzedając na moim terytorium, posyłano mi sygnał, a etykieta wymagała, żebym na niego odpowiedział.

Zajęcza Warga wywalczył sobie wąski skrawek terenu na zachód od kanału, niedaleko Offbendu i prowadził działalność ze speluny noszącej nazwę Krwawiąca Dziewica. Zarabiał głównie na interesach, które były zbyt małe albo zbyt wstrętne dla chłopaków z syndykatu, takich jak żenienie wyrmu i wyciskanie pieniędzy za ochronę od każdego pobliskiego kupca, który był na tyle żałosny, by je płacić. Długo trzeba było iść do tej jego zafajdanej nory, ale pomyślałem, że dzięki temu zdołam przynajmniej oczyścić głowę z browaru. Poszedłem na górę po butelkę oddechu skrzata i ruszyłem w drogę.

Na zachodnim skraju Podłego Miasta panowała cisza – kupcy rozjechali się już do domów, a nocne życie rozwijało się bliżej portu, więc tuzin przecznic dzielących mnie od kanału minąłem we względnej samotności. Most Herm, który zazwyczaj robi wrażenie ruiny, o tej porze wyglądał już złowieszczo. Upływ czasu i zwykły wandalizm sprawiły, że zdobiące go marmurowe elementy stały się ledwie widoczne. Z twarzy kamiennych Diw błagalnie składających poszarpane ręce ku niebu pozostały tylko szeroko otwarte oczy i rozdziawione usta. Poniżej rzeka Andel płynęła powoli, dostojnie niosąc miejskie ścieki ku portowi i morzu. Przeszedłem jeszcze osiemset metrów, aż wreszcie zatrzymałem się przy wejściu do nijakiego budynku.

Hałas dobiegający z drugiego piętra spływał między ciemności panujące na dole. Sztachnąłem się oddechem, a potem znów i jeszcze raz, dopóki nie opróżniłem buteleczki. Szum był teraz tak natarczywy, jakby wokół moich uszu zaroiły się pszczoły. Cisnąłem pustą fiolkę o ścianę i ruszyłem w górę, pokonując po dwa stopnie naraz.

Krwawiąca Dziewica należała do tych spelun, których odwiedzenie przyprawia gościa o chęć wyszorowania skóry ługiem natychmiast po ich opuszczeniu – w porównaniu z panującą tu atmosferą to, co działo się w Hrabim, przypominało podwieczorek na dworze królewskim. Pochodnie rzucały nieświeży blask na obleśne wnętrze, rozpadające się wyposażenie porozstawiane po kilku pokojach wynajmowanych przez Zajęczą Wargę oraz na zespół smutnych dziwek. Te ostatnie pełniły też funkcję kelnerek, ale oddawały się swej właściwej profesji od tak dawna, że była ona oczywista nawet w tym kiepskim świetle.

Zająłem miejsce naprzeciw dziury w ścianie zastępującej okno i przywołałem gestem jedną z dziewczyn.

– Wiesz, kim jestem? – spytałem. Skinęła. Włosy ponad jej podłużną twarzą były bure, a krzywe oczy spoglądały tępo i niewzruszenie. – Daj mi coś, do czego nikt nie napluł, i powiedz szefowi, że tu jestem. – Rzuciłem jej miedziaka i patrzyłem, jak odchodzi ciężkim krokiem.

Oddech dawał mi ostrego kopa. Opuściłem ręce po bokach ciała i zacisnąłem w pięści, by zapanować nad ich drżeniem. Czujnie wpatrywałem się w klientów, zastanawiając się, jak dalece odpowiednio przeprowadzony akt podpalenia mógłby przyczynić się do podniesienia ogólnego poziomu życia w okolicy. Kelnerka wróciła po kilku minutach z napełnionym do połowy kuflem.

– Zaraz będzie – powiedziała.

Piwo składało się głównie z deszczówki. Wlałem je w siebie, starając się nie myśleć o znalezionym dziecku.

Otworzyły się tylne drzwi i do środka wemknęli się Zajęcza Warga i dwóch jego chłopców. Przydomek odpowiadał wyglądowi Tancreda – pęknięcie dzieliło jego usta na dwie części, a gęsta broda w żaden sposób nie ukrywała tego wynaturzenia. Poza tym niewiele dobrego można było o nim powiedzieć. W którymś momencie przylgnęła do niego reputacja twardziela, ale ja podejrzewałem, że była to jedynie konsekwencja jego ułomności.

Obaj pasożyci wyglądali na agresywnych i nierozgarniętych – Tancred lubił otaczać się takimi właśnie osiłkami – Pająk, kurduplowaty pół-Wyspiarz, który nabawił się leniwego oka, zbyt głośno hałasując w obecności oddziału strażników. Kiedyś ciągał się z grupą rzecznych opryszków napadających późną nocą na barki towarowe i rabujących wszystko, co mogli znaleźć. Drugiego nigdy przedtem nie widziałem, ale jego dziobata twarz i kwaśny odór dowodziły nędznego pochodzenia równie wyraźnie, jak obecne otoczenie wskazywało na wybór drogi życiowej. Zakładałem, że obaj są uzbrojeni, choć widoczna była tylko broń Pająka – paskudnie wyglądający sztylet wyraźnie wystający spod jego pasa.

Rozeszli się, by stanąć koło mnie.

– Cześć, Tancredzie. Masz dla mnie dobrą nowinę?

Uśmiechnął się szyderczo, albo tylko mi się zdawało – przez tę jego wargę trudno było stwierdzić.

– Słyszałem, że twoi ludzie mają problemy z igłą magnetyczną – ciągnąłem.

Teraz byłem już całkiem pewny, że uśmiecha się szyderczo.

– Problemy, Opiekunie? Niby jakie?

– Granicą między moją i twoją firmą jest kanał, Tancredzie. Wiesz, co to kanał. Taki duży rów z wodą na wschód stąd.

Wyszczerzył zęby. Płat skóry pomiędzy jego górną wargą i nosem uniósł się, wyraźnie odsłaniając gnijące dziąsła.

– To była granica?

– W naszym biznesie trzeba pamiętać o umowach. Jeżeli masz z tym kłopoty, to może powinieneś poszukać roboty bardziej odpowiadającej twoim naturalnym zdolnościom. Byłaby z ciebie śliczna chórzystka dziecięcego zespołu pieśni i tańca.

– Masz niewyparzoną gębę – warknął.

– A ty krzywą – ale takimi uczynił nas Stwórca. W każdym razie, Tancredzie, nie przyszedłem tu na debatę o teologii – w tej chwili bardziej interesuje mnie geografia. Może więc przypomniałbyś mi, gdzie jest nasza granica?

Zajęcza Warga cofnął się o krok, a jego chłopcy podeszli bliżej.

– Mnie się zdaje, że chyba czas przerobić naszą mapę. Nie wiem, jakie masz układy z syndykatami, i pierniczę twoje stosunki ze strażą – nie masz siły, żeby utrzymać swój teren. Jak na moje oko, to jesteś niezależnym przedsiębiorcą, a w dzisiejszych czasach nie ma miejsca dla niezależnych przedsiębiorców.

Nadal dodawał sobie odwagi przed nadchodzącym starciem, ale jego słowa prawie zupełnie zagłuszał szum w moich uszach. Zresztą, szczegóły tego monologu nie były zbyt istotne. Nie przyszedłem tam, by z nim dyskutować, a on nie ściągnął tych dwóch drabów, by pomogli mu w negocjacjach.

Dzwonienie w uszach ustało, gdy Tancred skończył wygłaszać jakieś swoje ultimatum. Ten z oprychów, którego imienia nie znałem, cmoknął głośno, uśmiechając się głupio. Z jakiegoś powodu ulegli wrażeniu, że pójdzie im łatwo – nie mogłem się już doczekać chwili, gdy wyprowadzę ich z błędu.

Wziąłem ostatni łyk piwa i wypuściłem kufel z lewej ręki. Pająk spojrzał na roztrzaskujące się naczynie, a ja grzmotnąłem go prawą pięścią, zrównując mu nos z resztą twarzy. Zanim jego towarzysz zdążył wyciągnąć broń, przycisnąłem mu ramiona do tułowia i wraz z nim wypadłem przez otwarte okno za jego plecami.

Przez chwilę słyszałem tylko pęd wiatru i gwałtowne bicie własnego serca. Gdy spadliśmy na ziemię, dziewięćdziesiąt kilogramów mojej masy wgniotło go plecami w błoto, a stłumiony trzask świadczył o złamaniu kilku jego żeber. Stoczyłem się z niego i stanąłem na nogi. Księżyc świecił bardzo jasno na tle panujących w zaułku ciemności. Wziąłem głęboki wdech i poczułem, jak krew odpływa mi z głowy. Dziobaty facet próbował wstać, więc dałem mu kopa w łeb. Jęknął i znieruchomiał.

Miałem niejasną świadomość, że coś sobie zrobiłem w kostkę, ale odleciałem zbyt mocno, żeby czuć ból. Należało szybko skończyć spotkanie, zanim moje ciało zorientuje się, jakie wyrządziłem w nim spustoszenie.

Wróciłem do Dziewicy i zobaczyłem, że Pająk – z zakrwawionym nosem i kosą w ręku – gna w dół schodów. Warknął i rzucił się na mnie – było to głupie, ale Pająk należał do ludzi, których rozjusza drobny ból. Wyszedłem mu na spotkanie i zrobiłem pad, zahaczając barkiem o kolana przeciwnika, by posłać go w dół schodów. Gdy się odwróciłem, chcąc dokończyć tę akcję, zobaczyłem białą kość wystającą mu z ręki i uznałem, że w jego wypadku walka jest skończona. Zostawiłem go samemu sobie, gdy tulił swój nadgarstek i wrzeszczał jak noworodek.

Na piętrze klienci przycisnęli się do ścian, oczekując na ostateczny wynik starcia. Kiedy ja byłem zajęty na dole, Tancred chwycił ciężką drewnianą pałkę, którą zaczął uderzać w wyciągniętą dłoń. Jego szpetna twarz wykrzywiła się, przypominając maskę pośmiertną, a na trzonku trzymanej przez niego pałki rysował się długi rząd karbów, ale oczy mu się rozszerzyły, wiedziałem więc, że łatwo ulegnie.

Zrobiłem unik, gdy kij śmignął mi obok głowy, a potem wbiłem pięść w brzuch rywala. Tancred zatoczył się do tyłu, łapiąc powietrze i bezsilnie wymachując swą bronią. Gdy zamachnął się po raz drugi, złapałem jego nadgarstek, wygiąłem go gwałtownie i przyciągnąłem do siebie. Wrzasnął i upuścił pałkę. Ściągnąłem wzrokiem spojrzenie jego oczu nad drżącą, zdeformowaną wargą i wymierzyłem cios, który zwalił go z nóg.

Leżał u moich stóp, szlochając żałośnie. Przypatrywał mi się tłumek gapiów: kartoflowate pijackie nosy i mongołowate oczy debili, menażeria endogamicznych ludzkich maszkar, tępych rzezimieszków i szkodników. Miałem ochotę chwycić pałę upuszczoną przez Tancreda, wejść między nich i zacząć walić ich po łbach – trzask, trzask, trzask, nasączyć trociny czerwienią. Otrząsnąłem się jednak, mówiąc sobie, że to tylko działanie oddechu. Nadchodziła pora, żeby wszystko zakończyć, ale nie za szybko. Był mi potrzebny patos – chciałem, żeby te męty opowiedziały innym, co zobaczyły.

Zawlokłem bezwładne ciało Zajęczej Wargi do pobliskiego stołu i rozciągnąłem jego ramię na blacie. Trzymając płasko dłoń Tancreda lewą ręką, prawą mocno ująłem jego mały palec.

– Gdzie jest nasza granica? – spytałem, łamiąc go.

Wrzasnął, ale nie odpowiedział.

– Gdzie jest nasza granica? – ciągnąłem, gruchocząc mu kolejny palec. Teraz szlochał, łapczywie chwytając powietrze, i prawie nie mógł mówić. Jednak musiał spróbować. Wygiąłem następny palec.

– Masz jeszcze całą rękę, której nawet nie napocząłem. – Śmiałem się, wcale nie mając pewności, czy jest to część przedstawienia. – Gdzie jest nasza granica?

– Na kanale! – wrzasnął. – Kanał jest naszą granicą.

Jeśli nie liczyć jego zawodzenia, w barze panowała cisza. Odwróciłem głowę ku gapiom, smakując tę chwilę, a potem głosem na tyle donośnym, by słyszały go pierwsze rzędy publiczności, dodałem:

– Twoje interesy kończą się na kanale. Jeśli znów o tym zapomnisz, będzie w nim pływać twoje ciało. – Pociągnąłem za ostatni z palców, popatrzyłem, jak Zajęcza Warga pada na podłogę, a potem odwróciłem się i powoli wyszedłem. Pająk siedział rozwalony na dole schodów. Gdy go mijałem, odwrócił wzrok.

O dwanaście przecznic dalej na wschód oddech przestał działać. Oparłem ramię o ścianę zaułka i rzygałem do utraty tchu, a potem opadłem na błotnistą ziemię. Klęczałem przez chwilę, czekając, aż puls powróci do normy. Gdy szedłem pod górę, nogi odmówiły mi posłuszeństwa, musiałem więc kupić kulę od żebraka udającego kalekę i za jej pomocą dokuśtykałem do domu.

ROZDZIAŁ4

Obudziłem się z bólem głowy, przy którym spuchnięta kostka była jak trzepanko wykonane przez dziwkę za dziesięć ochr. Próbowałem stanąć, ale zawirowało mi przed oczami, a żołądek dał mi do zrozumienia, że jest gotów do powtórki z poprzedniej nocy, więc musiałem ponownie usiąść. Na pipę Prachety, jeśli nigdy więcej nie sztachnę się oddechem skrzata, to i tak za nim, cholera, nie zatęsknię! Wpadające przez okno promienie słoneczne uzmysłowiły mi, że minęło już południe. Zawsze uważałem, że jeśli przespało się poranek, to równie dobrze można przespać popołudnie, ale tym razem czekała na mnie robota. Zapanowałem nad zaburzeniami równowagi, a potem włożyłem ubranie i zszedłem na dół.

Zająłem miejsce przy kontuarze. Adolphus zapomniał zakryć oko, a szpara w jego czaszce łypnęła ku mnie z dezaprobatą.

– Za późno na jajecznicę. Nawet o nią nie proś. – Przypuszczałem, że pierwsza nie jest już godziną zamawiania śniadań, ale potwierdzenie moich obaw wcale mnie nie ucieszyło. – Ten chłopak z wczoraj przez trzy godziny czekał, aż się obudzisz.

– A jest chociaż kawa? I gdzie jest ten do mnie?

– Kawy nie ma, a on jest tam, w kącie. – Odwróciłem się i zobaczyłem, jak wyrostek rozprostowuje się pod ścianą. Miał dziwny dar do pozostawania niezauważonym, a może dokuczał mi cięższy kac, niż sądziłem.

Spojrzeliśmy na siebie w milczeniu. Jakaś naturalna powściągliwość nie pozwalała mu przemówić.

– Ja nie siedziałem przez pół dnia pod twoimi drzwiami – powiedziałem. – Czego chcesz?

– Pracy.

Przynajmniej mówił wprost i zwięźle – to już było coś. Łomotało mi w głowie i próbowałem wymyślić, skąd wezmę śniadanie.

– A na co mógłbyś mi się przydać?

– Mógłbym robić dla ciebie różne rzeczy. Tak jak wczoraj wieczorem.

– Nie wiem, jak często twoim zdaniem natrafiam na zwłoki zaginionych dzieci, ale wczorajszy wieczór był raczej nietypowy. Tworzenie pełnego etatu dla kogoś, kto będzie czekał na powtórkę tego wydarzenia, byłoby raczej mało uzasadnione. – To zastrzeżenie niespecjalnie na niego wpłynęło. – Co ja, twoim zdaniem, robię?

Uśmiechnął się chytrze, jakby zrobił coś złego, i cieszył się, mogąc mnie o tym poinformować.

– Rządzisz w Podłym Mieście.

W istocie wspaniałe lenno.

– Strażnicy mogą się z tym nie zgodzić.

Prychnął. To akurat zasługiwało na prychnięcie.

– Mam za sobą ciężką noc. Nie jestem w nastroju do gadania o bzdurach. Spadaj.

– Mógłbym załatwiać różne sprawy, roznosić przesyłki, wszystko robić. Znam ulice jak własnych pięć palców. Umiem się bić i nikomu nie rzucam się w oczy, jeśli tego nie chcę.

– To robota dla jednej osoby. A gdybym miał nająć pomocnika, to wybrałbym takiego, który ma już za sobą zstępowanie jąder.

Ta obelga nie wywarła na nim większego wrażenia. Niewątpliwie słyszał już znacznie gorsze.

– Wczoraj się sprawdziłem, nie?

– Wczoraj przeszedłeś sześć przecznic i mnie nie wykiwałeś. Mógłbym wytresować psa, żeby robił to samo, a jemu nie musiałbym płacić.

– Więc daj mi coś innego do zrobienia.

– Dam ci, ale lanie, jeśli się stąd nie zmyjesz – powiedziałem, usiłując wykonać groźny gest uniesioną ręką.

Sądząc po braku reakcji, nie udało mi się wywrzeć pożądanego wrażenia.

– Na Zaginionego, nieznośny z ciebie gnojek. – Zejście na dół odnowiło dotkliwy ból w mojej kostce, a od całej tej rozmowy robiło mi się niedobrze w żołądku. Wcisnąłem rękę do kieszeni i wyłowiłem z niej argenta.

– Pobiegnij na rynek i przynieś mi dwie pomarańcze malinowe, talerz moreli, kłębek szpagatu, sakiewkę na monety i nóż ogrodniczy. A jeśli nie zostanie z tego połowa reszty, to będę wiedział, że jesteś albo oszustem, albo tępakiem, który nie potrafi wytargować uczciwej ceny.

Pognał z taką prędkością, że zacząłem się zastanawiać, czy wszystko spamiętał. Jednak było w tym chłopaku coś, co powstrzymywało mnie przed obstawianiem jego porażki. Odwróciłem się i zacząłem czekać na śniadanie, ale moją uwagę zwrócił wyraz niezadowolenia rysujący się w górnej części masywnej sylwety Adolphusa.

– Masz mi coś do powiedzenia?

– Nie wiedziałem, że tak ci zależy na znalezieniu partnera.

– A niby co miałem zrobić, sprzątnąć go? – Powoli zataczałem kręgi palcami wskazującymi i środkowymi, masując sobie skronie. – Jest coś nowego?

– Za kilka godzin będzie pogrzeb Tary przed kościołem Prachety. Zakładam, że ty nie pójdziesz?

– Słusznie zakładasz. Dzieje się coś jeszcze?

– Rozeszły się pogłoski o twoim spotkaniu z Zajęczą Wargą, jeśli o to pytasz.

– O to.

– No więc się rozeszły.

Mniej więcej wtedy mój mózg uznał, że nadeszła pora, by wyrwać się z niewoli, w której tkwił przez długie lata, i zaczął wściekle, choć bezskutecznie, walić w otaczającą go materię. Adeline dostrzegła z zaplecza moje męczarnie i nastawiła dzbanek kawy.

Obejmowałem drugą filiżankę – kawa była ciemna i słodka – gdy chłopak powrócił. Położył na blacie torbę z zakupami i resztę z argenta.

– Zostało ci siedem miedziaków – powiedziałem. – O czym zapomniałeś?

– Wszystko jest. – Niezupełnie się uśmiechał, ale kąciki jego ust były wyraźnie uniesione. – Nóż zwinąłem.

– Gratuluję, jesteś kieszonkowcem. To naprawdę elitarny klub. – Wyjąłem z torby pomarańczę i zacząłem ją obierać. – Od kogo kupiłeś owoce, od Sary czy od Yepheta Wyspiarza?

– Od Wyspiarza. Sarah miała na wpół zgniłe.

Zjadłem oderwany kawałek pomarańczy.

– Kto dziś pomagał Wyspiarzowi? Córka czy syn?

– Córka. Syn nie pojawia się od kilku tygodni.

– Jaką miał na sobie koszulę?

Nastąpiła chwila przerwy.

– Szarą. – Jego ćwierćuśmiech powrócił. – Ale nie wiedziałbyś, czy to prawda, bo jeszcze nie wyszedłeś z baru.

– Wiedziałbym, że próbujesz mnie okłamać. – Skończyłem jeść pomarańczę i rzuciłem skórki na kontuar, a potem przystawiłem dwa palce do piersi chłopaka. – Zawsze będę wiedział.

Skinął, nie odwracając wzroku od moich oczu.

Wsypałem pozostałe pieniądze do portmonetki, którą kupił, i kusząco zakołysałem mu nią przed oczami.

– Masz jakieś imię?

– Chłopaki wołają na mnie Strzyżyk.

– To jest twoja zapłata za resztę tego tygodnia. – Rzuciłem mu sakiewkę. – Wydaj część na nową koszulę – wyglądasz jak menel. A wieczorem wpadnij do mnie. Mogę mieć coś dla ciebie. – Nie odpowiedział, nie zmienił nawet wyrazu twarzy, jakby ten obrót spraw nie miał większego znaczenia. – I skończ ze złodziejstwem – ciągnąłem. – Jeśli masz dla mnie pracować, to nie będziesz wyprowadzać funduszy z okolicy.

– Co znaczy „wyprowadzać fundusze”?

– W tym kontekście „kraść”. – Kiwnąłem głową w stronę wyjścia. – Zjeżdżaj. – Wyszedł głównymi drzwiami, lecz niezbyt się śpieszył. Wyjąłem z torby drugą pomarańczę. Marsowa mina powróciła na oblicze Adolphusa.

– Masz coś do powiedzenia?

Pokręcił głową i zaczął czyścić szklanki z poprzedniej nocy.

– Jesteś subtelny jak kamień. Wypluj z siebie, co tam dusisz, albo przestań na mnie patrzeć spode łba.

– Nie jesteś cieślą – powiedział.

– Więc po jakiego diabła mi ten nóż? – spytałem, wymachując nim w powietrzu. Grubo ciosane wargi Adolphusa nadal były skrzywione. – No dobra, nie jestem cieślą.

– Nie jesteś też kowalem.

– Chyba nigdy nie było co do tego wątpliwości.

Adolphus gwałtownie odstawił kufel. Ta demonstracja gniewu przypomniała mi dzień pod Apres, gdy te potężne ramiona zmiażdżyły czaszkę Drena jak skorupkę jajka, wyciskając krew i mózg spod białej kości.

– Nie jesteś cieślą ani kowalem, więc po jakie licho potrzebny ci terminator? – Wypluwając z siebie to zdanie, posłał w moim kierunku sporą ilość – no właśnie – plwocin.

Dziura ziejąca w jego oczodole dawała mu przewagę, więc ustąpiłem pierwszy.

– Nie oceniam cię po twoim fachu. Ale nie tego dzieciak powinien się uczyć.

– Co by szkodziło, gdybyś dał mi śniadanie?

Adolphus nieustępliwie wzruszył ramionami. Dokończyłem drugą pomarańczę i we względnej ciszy zacząłem jeść morele.

Zawsze czuję się nieswojo, gdy Adolphus ma zły humor. Częściowo dlatego, że gdyby stracił panowanie nad sobą, trzeba by ściągnąć połowę kawalarzy z miasta, żeby go uspokoić, ale głównie dlatego, że niemiło jest patrzeć na osowiałego grubasa.

– Masz dzisiaj humor jak wszyscy diabli – zacząłem.

Policzki mu opadły, jakby groźba starości dokuczyła im bardziej niż zazwyczaj.

– To dziecko – powiedział.

Było jasne, że nie mówił o tym, które właśnie wyszło.

– Ten świat jest chory, ale nie my pierwsi znaleźliśmy na to dowody.

– Kto znajdzie sprawiedliwość dla tego dziecka?

– Straż się tym zajmie. – Dobrze zdawałem sobie sprawę, jak niewielką pociechę niosły te słowa.

– Straż nie potrafiłaby poderwać sobie panienki w burdelu.

– Wezwano Koronę. Dwaj agenci prosto spod igły. Posłali nawet po jasnowidzów. Coś znajdą.

– Jeśli Korona ma być gwarantem sprawiedliwości dla tej dziewczynki, to jej duszyczka nigdy nie zazna spokoju. – Wbił spojrzenie swej jedynej źrenicy w moje oczy.

Tym razem nie odwróciłem wzroku.

– To nie moja sprawa.

– Pozwolisz, żeby jej oprawcy chodzili na wolności? – Adolphus zawsze eksponował pozostałości skythańskiego akcentu, gdy popadał w dość często nawiedzający go melodramatyczny nastrój. – Żeby oddychali tym samym powietrzem co my, kalali nasze studnie?

– On jest gdzieś w pobliżu? Przyślij go tu, to znajdę coś ciężkiego i dam mu w łeb.

– Mógłbyś go poszukać.

Wyplułem pestkę moreli na podłogę.

– Coś ci podpowiada, że ostatnio przeszedłem na stronę stróżów prawa?

– Olewaj to, żartuj sobie, zgrywaj głupka. – Uderzył pięścią w blat, wprawiając go w rezonans. – Ale wiem, dlaczego wychodziłeś wczoraj w nocy, i pamiętam, jak wyciągałem cię z pola bitwy pod Giscan, kiedy wszyscy uciekli, a odór trupów przesłonił niebo – Deski blatu odzyskały stan równowagi. – Nie udawaj, że cię to nie gryzie.

Problem ze starymi przyjaciółmi jest taki, że pamiętają historie, o których wolelibyśmy zapomnieć. Oczywiście, nie musiałem tam zostawać i snuć wspomnień. Znikła ostatnia morela.

– Muszę dopilnować paru spraw. Wyrzuć resztę tych śmieci i daj chłopcu kolację, jeśli wróci.

To nagłe zakończenie naszego starcia przygnębiło Adolphusa. Ulotniła się z niego cała wściekłość, jego oko spoglądało żałośnie, a twarz mu zmizerniała. Gdy wychodziłem z knajpy, wycierał kontuar, starając się nie wybuchnąć płaczem.

ROZDZIAŁ5

Wyszedłem z Hrabiego w posępnym nastroju. Adolphus zazwyczaj dostarcza mi odrobiny porannej beztroski, a bez niej czułem się nieprzygotowany na czekające mnie wydarzenia. Dochodziła do tego paskudna pogoda, więc żałowałem, że nie uległem pierwotnej chęci i nie zostałem na resztę popołudnia w łóżku, by palić sobie grona snów. Do tej chwili jedyną dobrą rzeczą, jaką mogłem powiedzieć o tym dniu, było to, że jego połowę miałem już za sobą.

Ten niespodziewany wypadek z poprzedniego wieczoru nie pozwolił mi odwiedzić Wierszoklety – to należało naprawić. Z pewnością wybaczyłby mi nieobecność, przypuszczalnie już wiedział, co się stało, ale i tak musieliśmy porozmawiać. O tej porze albo pracował w porcie, albo siedział w domu matki. Jego rodzicielka miała skłonność do swatania mnie z kobietami z sąsiedztwa, więc wolałem założyć, że jest on na nabrzeżu, i pokuśtykałem w tamtym kierunku, czując w kostce ból równie nieustępliwy jak ten, który rozsadzał mi głowę.

Yancey był prawdopodobnie najbardziej utalentowanym muzykiem w Podłym Mieście, a poza tym stanowił cholernie dobry kontakt. Poznałem go jeszcze jako agent – należał do kliki Wyspiarzy, która organizowała bale dla urzędników i arystokratów. Raz pomogłem mu wyjść z mamra, a on zaczął mi w zamian przekazywać informacje – drobiazgi, to, co ludzie gadali. Nigdy na nikogo nie nadawał. Od tamtej pory linie naszych karier przybrały odwrotny kurs. Obecnie jego umiejętności ceniono na najelegantszych imprezach stolicy. Nadal nadstawiał dla mnie uszu, ale teraz wykorzystywałem jego informacje do zupełnie innych celów.

Obydwaj dostrzegaliśmy ironiczny aspekt takiego obrotu spraw.

Znalazłem go o jakiś metr od zachodniej kei w otoczeniu grupki obojętnych gapiów. Grał na bębnach kpanlogo i wyrzucał z siebie rytmiczną poezję, której zawdzięczał ksywkę. Pomimo posiadanych umiejętności był chyba najgorszym artystą ulicznym, jakiego kiedykolwiek widziałem. Nie przyjmował życzeń publiczności, wybierał rzadko odwiedzane miejsca i opryskliwie odnosił się do widzów. W większość dni zarabiał najwyżej kilka miedziaków, co było niewielką nagrodą dla kogoś tak dobrego jak on. Jednak zawsze był radosny, gdy się z nim spotykałem. Miałem wrażenie, że kręci go pokazywanie swych niesamowitych umiejętności niepotrafiącej ich docenić publice. Zgarniał na tyle dużo, grając dla śmietanki towarzyskiej Podłego Miasta, by w ogóle nie przejmować się dochodami z występów na ulicy.

Skręciłem fajkę. Yancey nie cierpiał, gdy przerywano mu występ, niezależnie od okoliczności. Kiedyś musiałem ściągać go z dworzanina, który nieopatrznie roześmiał się przed końcem jego numeru. Miał nieprzewidywalne usposobienie, typowe dla niskich mężczyzn, tę wściekłość, która gwałtownie się rozpala, a potem równie szybko znika.

Po chwili zakończył swój wiersz, a maleńka publiczność zareagowała powściągliwymi oklaskami. Zbył śmiechem ten brak entuzjazmu, a potem spojrzał na mnie.

– Czyż to nie Opiekun we własnej osobie? – Wreszcieś zdołał odwiedzić swego przyjaciela, Yanceya, jak widzę. – Jego głos był zachrypły i melodyjny.

– Coś mnie zatrzymało.

– Słyszałem. – Z żalem pokręcił głową. – Kiepska sprawa. Idziesz na pogrzeb?

– Nie.

– A ja tak, więc pomóż mi się spakować. – Zaczął rozmontowywać perkusję, wsadzając każdy z bębenków do oddzielnego bawełnianego worka. Wziąłem najmniejszy z nich i zrobiłem to samo, wsuwając tam jednocześnie garść towaru dla niego. W zasadzie Yancey miał tendencję do robienia krzywdy każdemu, kto był na tyle głupi, by dotykać jego instrumentów, ale wiedział, o co mi chodzi, więc pozostawił moje zachowanie bez komentarza.

– Szlachetnie urodzeni byli rozczarowani tym, że się wczoraj nie pojawiłeś.

– A ich smutek bardzo ciąży mi na duszy.

– Widzę, że spędza ci to sen z powiek. Możesz się poprawić, jeśli wpadniesz do rezydencji księcia Illadoru we wtorek wieczorem, około dziesiątej.

– Wiesz, jak zależy mi na opinii wysokich sfer. Zakładam, że będziesz oczekiwał takiej działki, jak zwykle?

– Chyba że masz ochotę ją zwiększyć.

Nie miałem. Milczeliśmy przez chwilę, dopóki widzowie nie znaleźli się poza zasięgiem głosu.

– Ludzie mówią, że ją znalazłeś – odezwał się Yancey.

– Ludzie mówią różne rzeczy.

– Bez kitu?

– I bez lania wody.

Kiwnął współczująco głową.

– Kiepska sprawa. – Dokończył pakowanie całego zestawu do torby z grubego płótna i przerzucił ją przez ramię. – Pogadamy później. Chcę znaleźć porządne miejsce na placu. – Stuknął mnie w pięść i odszedł. – Trzymaj luz.

Port był prawie opustoszały. Kłębiąca się tu zazwyczaj masa robotników, kupców i klientów dawno odeszła na pogrzeb, z radością zastępując kilka godzin pracy uczestnictwem w demonstracji publicznej żałoby. Teraz całą tę targową okolicę opanowała monotonna cisza, wyraźnie kontrastująca z typowym dla niej gwarem. Upewniając się, że nikt na mnie nie patrzy, sięgnąłem do torby, by sztachnąć się oddechem. Ból głowy i kostki zelżał. Patrzyłem na odbicie szarego nieba w wodzie, przypominając sobie dzień, gdy stałem w porcie z pięcioma tysiącami innych młodzieńców, szykując się do wejścia na pokład transportowca płynącego z wojskiem do Galli. Mój mundur wyglądał tego dnia bardzo porządnie – tak przynajmniej myślałem – stalowy hełm na mojej głowie lśnił w słońcu.

Rozważałem zapalenie skręta z gronami snów, ale dałem sobie spokój. Nie jest dobrze nagrzać się w rzewnym nastroju – grona zamiast przytępić troski, tylko je wzmagają. Samotność nie bardzo jednak mi odpowiadała, a nogi zaczęły kierować mnie na północ, w stronę kościoła. Wyglądało, że mimo wszystko pójdę na pogrzeb.

Gdy tam dotarłem, nabożeństwo już się rozpoczęło, a na placu Dobrotliwości panował taki tłok, że ledwie można było dostrzec podest. Obszedłem tłum, wcisnąłem się w przyległy zaułek i usiadłem na stercie skrzynek. Byłem zbyt daleko, by słyszeć słowa arcykapłana Prachety, ale byłem pewien, że są one piękne – trzeba nauczyć się wypowiadania pięknych słów w odpowiednich chwilach, by lud ubrał człowieka w szaty wyszywane złotem. Zresztą wiatr się wzmógł, więc większość zgromadzonych też ich nie słyszała. Najpierw ludzie pchali się coraz bliżej, nadstawiając uszu. Gdy to nie zadziałało, stali się nerwowi – dzieci ciągnęły rodziców za ręce, robotnicy przestępowali z nogi na nogę, by się rozgrzać.

Na podium, o dziesięć kroków za dostojnym kapłanem, siedziała matka dziewczynki – nawet z tej odległości można było ją poznać po wyglądzie i wyrazie twarzy. Widziałem takie same spojrzenie podczas wojny na twarzach chłopców pozbawionych kończyn: spojrzenie kogoś, kto odniósł ranę, która powinna być śmiertelna, ale nie była. Cierpienie przykrywa twarz jak mokry gips, na trwałe łącząc się ze skórą. Przypuszczałem, że biedna kobieta nigdy nie zrzuci tej maski, chyba że cierpienie stanie się zbyt głębokie, zmuszając ją którejś zimnej nocy do przecięcia żył stalowym ostrzem.

Mowa duchownego osiągnęła szczytowy moment, albo tak mi się zdawało. Wciąż niczego nie słyszałem, lecz jego górnolotne gesty i mamrotanie błogosławieństw przez tłum wskazywały, że nastąpiła jakaś kulminacja. Próbowałem zapalić papierosa, ale wiatr gasił płomień, więc po zmarnowaniu tuzina zapałek dałem za wygraną. Takie to właśnie było popołudnie.

A potem oracja dobiegła końca, modlitwy zostały zmówione. Kapłan uniósł złoconą ikonę Prachety i zszedł z podestu na czele żałobników idących z trumną. Część zgromadzonych ruszyła w procesji. Większość zaczęła się rozchodzić. Ściemniało się już, a cmentarz był daleko.

Zaczekałem, aż tłum opuści plac, a potem zeskoczyłem ze swego siedzenia. W pewnym momencie podczas przemówienia uznałem, że muszę naruszyć narzucone sobie samemu wygnanie, powrócić do Orlego Gniazda i rozmówić się z Niebieskim Żurawiem.

Pieprzone pogrzeby. Pieprzona matka. Pieprzony dzieciak.

PODZIĘKOWANIA

Wiele osób pomogło mi dokończyć tę książkę, a wiele innych po prostu mi pomogło. Wśród nich są:

Chris Kepner, który postanowił dać mi szansę (wcale nie przesadzam), gdy nikt inny nie był mną zainteresowany.

Robert Bloom, który odegrał kluczową rolę przy przekształceniu tej powieści z czegoś, co mniej więcej ma sens, w coś, co faktycznie ma sens.

Oliver Johnson, któremu dziękuję za porady i pomoc oraz oczywiście za opublikowanie mojej książki.

Sahtiya Logan – gdyby nie jej pomoc i zachęta, pewnie nadal siedziałbym w nudnej robocie.

Peter Backof – dziękuję mu za znalezienie równowagi pomiędzy pochwałami i krytyką na samym początku, i za trwające ponad dziesięć lat – mówiąc ogólnie – wsparcie.

David Polansky, który zechciał podzielić się ze mną swymi przemyśleniami na temat rozwlekłego, kiepskiego rękopisu zawierającego zupełnie zbędną scenę erotyczną. I zrobił dla mnie dużo więcej.

Michael Polansky – dziękuję mu za redakcję oraz pomoc w stworzeniu podkładu do ostatnich pięciu lat mojego życia.

John Lingan, który zechciał podzielić się ze mną przemyśleniami na temat rozwlekłego, kiepskiego rękopisu, ale ponieważ ma żonę i dziecko, daruję sobie resztę podziękowań.

Dan Stack, który jest tak wspaniałym fotografem, że nawet ze mnie zrobił wdzięczny obiekt, i któremu jestem winien kilka tysięcy dolarów.

Marisa Polansky – moja największa wielbicielka i najzagorzalsza zwolenniczka, księżniczka o sercu lwa.

Polanscy z Bostonu, łącznie z Benem, pomimo że nie nauczył się oddzwaniać.

Rodzina Mottola, mówiąc najogólniej, z przeprosinami za dwukrotne niestawienie się u nich w Święto Dziękczynienia – szczególne podziękowania dla wujka Franka i cioci Marlene, u których mieszkałem przez tydzień, a którym nie zdołałem nigdy odpowiednio podziękować, oraz dla cioci Connie, alias Mamy numer 2.

Moja babcia, Elaine.

Robert Ricketts, którego porady medyczne nie były aż tak niezbędne, jak mu się wydawało, lecz jego wieloletnia przyjaźń jest prawdziwym darem. I który właściwie powinien dziękować mi za to, że umieściłem go w tekście.

Michael Rubin – nie spotkałem dotąd milszego i bardziej przyjaźnie nastawionego człowieka – przepraszam za to, że nie zdołałem wprowadzić do rękopisu żydowskiego karła o czarnym języku. Może uda mi się to w następnej części.

Will Crain, świetny facet.

Alex Cameron, która zdecydowanie nie jest facetem, ale niewątpliwie jest świetna.

Lisa Stockdale, spadkobierczyni Czarnego Księcia Edwarda, Charlesa „Hindoo” Stuarta oraz T.E. Lawrence’a – oraz prawdziwa i oddana przyjaciółka.

Alissa Piasetski – dziękuję jej za rady.

John Grega, niedościgły wzór cnót i mądrości – dziękuję mu za to, że podzielił się ze mną częścią tych walorów.

Kristen Kopranos, niech spoczywa w pokoju.

J Dilla, który zmienił moje życie.

David „Rasta” Mackenzie, którego przepraszam, jeśli błędnie zapisałem jego nazwisko. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jesteś, dobrze Ci się powodzi.

Julie, Tim oraz reszta ekipy Snaprag.

Envictus, którego pomoc była nieodzowna, choć niezamierzona.

Wszyscy, u których nocowałem podczas różnych podróży – mam nadzieję, że kiedyś to ja Was ugoszczę.

Wielu innych ludzi, których chciałbym przeprosić za niewymienienie ich z nazwiska.

I wreszcie Martina.