Strażnik Bursztynowej Komnaty - Jolanta Maria Kaleta - ebook
Opis


Strażnik Bursztynowej Komnaty” Jolanty Marii Kalety to powieść sięgająca po największą zagadkę drugiej wojny światowej – co się stało z Bursztynową Komnatą?

Jest jesień 1991 roku, w Polsce pogłębiają się przemiany ustrojowe. Nad brzegiem Odry znaleziono zwłoki inżyniera Pawła Rylskiego. Z prowadzonego śledztwa niewiele wynika, a na dodatek ulatnia się dokumentacja zmarłego, w której ponoć znajdowało się wiele cennych informacji. Dlaczego ktoś miałby zamordować poszukiwacza jakich setki w Polsce? Może ktoś nie chce, by tajemnica Bursztynowej Komnaty wyszła na jaw? W kręgu podejrzanych jest żona Rylskiego – Ewa, historyk z zawodu, zazdrosna o sukcesy męża w poszukiwaniu tajemniczej komnaty, które prowadził od lat i prawdopodobnie był bliski jej rozwiązania. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy znalezione zostają zwłoki kolejnej osoby. Dlaczego policja i prokuratura nie dążą do szybkiego rozwiązania sprawy? Dlaczego Rylską i znanym wrocławskim biznesmenem, Józefem Krawczykiem, interesuje się były oficer kontrwywiadu MSW, Mateusz Popiel, który przez wiele lat również poszukiwał Bursztynowej Komnaty, a teraz prowadzi agencję ochrony mienia? Dokąd doprowadzi Rylską znaleziona wśród rzeczy męża fotografia sprzed lat?

Wątek kryminalny przeplata się z sensacyjnym, fikcja okraszona wieloma faktami historycznymi, zgrabnie uknuta intryga, szybkie tempo i gwałtowne zwroty akcji sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem i nie można się oderwać aż do ostatniego akapitu, a jest on zaskakujący.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 604

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jolanta Maria Kaleta "Strażnik Bursztynowej Komnaty"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2014 Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-bookiKorekta: Paulina Jóźwiak Projekt okładki: Anna Pereświet Sołtan

ISBN: 978-83-7900-271-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin

Jolanta Maria Kaleta
Strażnik
Bursztynowej Komnaty

„Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna.

 Prawda – nie.”

Paweł Rylski postawił kropkę na końcu zdania

Od dwóch dni trzymali się razem. We czwórkę. Z pepeszami gotowymi do strzału, pochyleni do przodu, rozglądając się czujnie na boki, biegli przed siebie tuż za kolumną czołgów. Huk wybuchających bomb, grzechot karabinów maszynowych, wycie samolotów strzelających do ludzi z lotu koszącego, zgrzyt gąsienic czołgów sunących wolno poprzez pokryte gruzami ulice Königsbergu rozsadzały im czaszki. W ferworze walki na śmierć i życie nawet nie czuli lodowatego wiatru wciskającego się pod brudne i podniszczone szynele. Siergiej Rosłow, młody, masywnie zbudowany sierżant z wiecznym uśmiechem przylepionym do pociągłej, kostropatej twarzy zgubił gdzieś czapkę i jego płowe, krótko przy skórze, na jeża ostrzyżone włosy pokrywały drobne płatki śniegu sypiącego od godziny, choć właśnie dobiegał końca 9 kwietnia, a krzewy i drzewa zdążyły już pokryć się delikatną mgiełką pierwszej, wiosennej zieleni. Chłodne powietrze zdawały się ogrzewać jęzory ognia, trawiącego kamienice gęsto stojące po obydwu stronach ulicy, której nazwy oni nawet nie znali, bo nie miało to dla nich żadnego znaczenia. Pomarańczowe firany płomieni buchały ku górze ze ślepych oczodołów okien. Panoszący się wokoło, gnany przez wiatr, czarny, gryzący w oczy i duszący oddech dym, zasłaniał całe pole widzenia. Katiusze, przecinając z gwizdem szare, wiszące nisko nad ziemią niebo, zostawiały za sobą pióropusze ognia i raziły pozycje Niemców skrytych jak szczury w ruinach dogorywającego miasta. Te „organy Stalina”, jak nazywali pociski rakietowe Rosjan, wzbudzały w nich paniczny lęk. Niektórzy nie wytrzymywali psychicznie i zatykając dłońmi uszy, usiłowali wcisnąć się do pierwszego z brzegu kąta, byle tylko nie słyszeć tego upiornego, piskliwego wycia.  Niektórzy płakali jak dzieci, w niczym nie przypominając nie tak dawnych niezwyciężonych zdobywców, bezlitosnych nadludzi.

- Ale daliśmy Germańcom wpierdol! – zawołał z satysfakcją idący przodem Rosłow. Czekał chwilę na swoich kompanów, rozglądając się wokoło.

Słońce zachodziło krwawą łuną, barwiąc chmury na kolor ciemnego bursztynu. Szpica kompanii pognała daleko do przodu, znikając w kłębach dymu i pyłu. Po chwili odgłosy walki zamarły i nad miastem zaległa martwa cisza. Przez jednych upragniona, jako znak zwycięstwa, innym dająca złudną nadzieję, że skoro przeżyli istne piekło, to już nic gorszego ich nie spotka, przez innych pogardzana jako oznaka klęski i upokorzenia. Jeszcze tylko pojedyncze wybuchy rozrywały błogi spokój, jeszcze ostatni grzechot karabinu przypomniał, że nadal trwała wojna, ale już wszyscy wiedzieli, że nadszedł koniec. Koniec walk o Königsberg, miasto-symbol znienawidzonej potęgi krzyżacko-pruskiej i hitlerowskiej zarazem.

Nawet nie mieli sił, aby cieszyć się ze zwycięstwa. Nadal razem, we czworo, z usmarowanymi sadzą i pyłem twarzami, w których błyskały białka oczu, przemykali w szarości wieczoru, rozpraszanej przez łuny dogasających pożarów. Z satysfakcją spoglądali na białe prześcieradła w oknach pozbawionych szyb, nielicznych ocalałych kamienic. Wywiesiła je, jako symbol poddania się, pozostała przy życiu ludność niemiecka. Na widok leżących pokotem pod murem trupów, porucznik Radiszczew zacisnął szczęki, aż mu zęby zgrzytnęły. Przypomniał sobie podobny, bolesny obraz zastrzelonych mieszkańców jego rodzinnej wsi, w tym matki i sióstr. Zostały najpierw zgwałcone. Rozrzucone szeroko nogi kobiecych zwłok świadczyły, że rozegrała się tutaj taka sama tragedia. Choć starał się usilnie, nadal w jego pamięci tkwił widok małego braciszka, którego esesman wyrwał matce z objęć, chwycił za nóżki i cisnął o ścianę chałupy. Od jakiegoś czasu już wiedział, że żaden kolejny zabity Niemiec, zgwałcona Niemka ani czas nie są w stanie wymazać tego obrazu z pamięci.

Trupy żołnierzy i cywilów walały się wszędzie, porzucone przez towarzyszy broni i rodzinę, jakby to były szmaciane, popsute lalki. Mdły odór rozkładających się ciał dolatywał spomiędzy gruzów z każdym podmuchem wiatru. Pod grubymi podeszwami sfatygowanych buciorów czerwonoarmistów chrzęściło szkło z rozbitych okien i gruz, zaścielające całą szerokość jezdni i chodniki. Po godzinie kluczenia pośród ruin miasta, przed ich oczami nagle wyrosły potężne mury zamczyska, który w zamierzchłej przeszłości stanowił siedzibę zakonu krzyżackiego, a przez ostatnie lata pełnił rolę muzeum, w którym gromadzono wybitne dzieła sztuki, w tym także te zrabowane przez Niemców na terenie Europy, a zwłaszcza Związku Radzieckiego. Ale oni nie mieli o tym bladego pojęcia. Dla nich stanowił jedynie doskonałe miejsce, żeby choć na chwilę posadzić dupska, wyciągnąć obolałe nogi i w końcu nażreć się do syta. Nie pamiętali, kiedy ostatnio jedli cokolwiek. Pośród morza płonących ruin zamek zdawał się być nietknięty, a wysoka wieża sięgała pochmurnego nieba. W krwawym świetle rzucanym przez ogień trawiący okoliczne budynki, brnęli poprzez gruz i szkło do wejścia. Wasyl Anfiłow, wysoki i chudy jak trzcina, najmłodszy wiekiem i stopniem z tej czwórki, bo zwykły szeregowy, wyszperał spomiędzy kupy cegieł kawałek deski i przytknął ją do ognia. Zapłonęła niczym pochodnia, oświetlając drogę do zamku. Dostępu do jego wnętrza nie broniło już nic. Solidne drzwi zostały wyrwane przez podmuch wybuchającej bomby.

Jak na rozkaz zdjęli pepesze z ramion, zarepetowali i zanurzyli się w ciemność zamkowych murów. Cholera wie, jaką przykrą niespodziankę mogły skrywać. Po chwili, zamiast dachu nad głowami, ujrzeli gorejące niebo i sypiący na posadzkę, pokrytą szkłem z wybitych okien, śnieg z deszczem. Ogromna sala została przez obrońców całkowicie ogołocona z wszelkich sprzętów. Jedynie olbrzymie chorągwie o nieznanych im symbolach tkwiły drzewcami w metalowych uchwytach zamocowanych wzdłuż ścian. Przez jakiś czas kluczyli przez czarną i zimną otchłań zamkowych korytarzy, częściowo zawalonych gruzem, jakimiś beczkami, być może zawierającymi coś w swoim pękatym wnętrzu. Migotliwy płomień prowizorycznej pochodni rzucał karykaturalne cienie na ściany. Nigdzie żywego ducha.

- Germańce dały nogę – oświadczył po godzinie szwendania się po smętnych resztkach krzyżackiej i nazistowskiej potęgi najstarszy rangą, kapitan Michaił Zajcew. Gdyby nie wojna, nadal wykładałby na uniwersytecie w Moskwie, wzbudzając ckliwe westchnienia zakochanych w nim studentek. „Przystojny na zabój”, tak o nim mówiły za jego plecami.

– Możemy tutaj   odpocząć – zadysponował, zdejmując ciężki plecak z ramion. Cisnął nim pod ścianę, wzbijając w powietrze pył i kurz.

Reszta poszła w jego ślady. Rozsiedli się wygodnie, opierając plecy o ocalały fragment muru. Gdy chwilę  odsapnęli, sięgnęli równocześnie, jak na rozkaz, do swoich wypchanych solidnie plecaków. Mieli w nich wszystko, co było potrzebne, aby przetrwać szturm na miasto i to, co zazwyczaj następowało potem. Na zaopatrzenie ze strony dowództwa nie zawsze mogli liczyć, więc radzili sobie sami, jak umieli najlepiej. Najprościej było rekwirować wszystko, co nawinęło się pod rękę, a na ziemi wroga miało się, co nawijać. Ich własna, rodzona, stała się jałową, spaloną pustynią. Jednak ich przede wszystkim interesowało żarcie, buty i papierosy. Piernatów nie będą przecież targać do samego Berlina. Wezmą je w drodze powrotnej. Jak dożyją.

Anfiłow sprawnie otworzył bagnetem trofiejną konserwę mięsną i nie oglądając się na kolegów, łapczywie pożerał jej zawartość. Zasmarkany nos obcierał rękawem brudnego jak święta ziemia szynela. Miał zaledwie dziewiętnaście lat i jeszcze rósł. Jego organizm domagał się dużej ilości białka i wapnia, których Armia Radziecka nie była w stanie zapewnić dla setek tysięcy jemu podobnych. Jedynie wódki starczało dla wszystkich. Ale triofiejną też nie pogardzili. Siedzący obok niego porucznik, Anatolij Radiszczew, niewysoki, krępej budowy student weterynarii, dzień 22 czerwca zapamiętał jakby to było wczoraj. To wówczas miał zdać egzamin, dzięki  któremu zaliczyłby drugi rok studiów. Ale nie zdążył, bo wybuchła wojna. Teraz, zamiast leczyć krowy w swojej rodzinnej Pokrowce albo rasowe pieski w moskiewskiej klinice, podpierał zmęczonymi plecami średniowieczne mury krzyżackiego zamku. Wyciągnął z kieszeni munduru starannie złożony w kilkoro kawałek starej niemieckiej gazety. Już nawet nie pamiętał, w jakich okolicznościach wszedł w posiadanie tego cennego skarbu. Korzystał z niego rozsądnie, oddzierając kawałek po kawałku, aby starczył jak najdłużej. Radziecka „Prawda” nie umywała się. Drukowano ją na grubym i szorstkim papierze. Z drugiej kieszeni wygrzebał płócienny woreczek z machorką i chwycił szczyptę w zgrabiałe z zimna paluchy z wbitym za paznokciami czarnym brudem. Ostrożnie, aby nie uronić ani krztyny, usypał wałeczek na skrawku niemieckiej gazety z delikatnego, cieniutkiego papieru i skręcił papierosa. Poślinił brzeg językiem i zlepił starannie. Wsunął skręta między spierzchnięte i popękane wargi i zapalił ze smakiem.

Kapitan Zajcew, o bladej i źle ogolonej twarzy, przymknął powieki, pod którymi momentalnie pojawiła się rumiana twarz jego żony, Tatiany, otoczona burzą jasnych loków. Miał nadzieję, że już niedługo się zobaczą. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy widzieli się ostatni raz. Chyba zimą, bo miała na sobie barchanowe majtki z nogawkami sięgającymi kolan. Miał problem, aby dotrzeć do tego ciepłego i wilgotnego futerka, które skrywała między mocnymi udami. Z tęsknoty za nią nawet nie czuł głodu, choć ostatni posiłek jadł poprzedniego dnia wieczorem. Głód kobiecego ciała miał nadzieję nasycić, gdy tylko zdybie jakąś niemiecką dziewuchę.

- Sierżancie Rosłow – mruknął po chwili, odganiając lubieżne myśli o żoninych, i nie tylko, pośladkach. – Obejmijcie wartę, żeby żaden Germaniec nie dobrał się nam do dupy…

- Rozkaz, towarzyszu kapitanie! – choć było mu nie w smak, sierżant zerwał się na nogi i wychynął na zewnątrz.

Pozostali, w ciemnościach i ciszy wypełniającej ich kryjówkę, wśród ruin miasta, założonego jeszcze przez Krzyżaków, które rozwijało się i piękniało przez siedemset lat, także pod rządami Polaków, nosząc wówczas dumną nazwę Królewiec, a obróconego w perzynę w ciągu czterech dni bezprzykładnego ataku, odpoczywali po trudach walki. Nagle usłyszeli z dworu jakieś krzyki i wyraźny głos sierżanta Rosłowa:

- Ruki w wierch!

Natychmiast zerwali się na nogi i wypadli na dwór. Na tle ciemniejącego z minuty na minutę nieba, ujrzeli na kupie gruzów drobną postać człowieka ubranego w garnitur pokryty szarym bitewnym pyłem, w okrągłych okularach na nosie, który jedną rękę podniósł zgodnie z rozkazem sierżanta do góry, a drugą tylko trochę, bo ściskał w niej niewielką skórzaną walizkę. Widać jej zawartość była dla niego tak cenna, że nawet kosztem życia, nie zdecydował się cisnąć jej na ziemię. Sierżant Rosłow mierzył do niego z pepeszy. Kapitan Zajcew, zapinając szynel, podszedł bliżej i zapytał:

- A wy kto?

Padła niewyraźna odpowiedź po niemiecku, z której niewiele zrozumieli, bo żaden z tej czwórki nie mówił w tym języku. Może jedynie kapitan zdążył poznać przez lata wojny parę słów, ale jak miało się okazać w tej rozmowie, nie były przydatne.

- Name? – warknął i wyszarpnął pistolet z kabury, przytknąwszy go Niemcowi do czoła.

Niepisany rozkaz Stalina, Ojca Narodu, dał im prawo do odwetu za wszystkie zbrodnie, których na narodzie radzieckim dopuścili się faszyści. Stojący przed nimi Niemiec musiał o tym wiedzieć, bo kolana dygotały mu ze strachu. Jeszcze trochę, a narżnie w portki.

- Alfred Rohde – jęknął słabym, drżącym głosem, gdy poczuł na skórze zimną stal lufy i usłyszał szczęk odbezpieczanego zamka.

- Was hast du… w cziemodanie? – kapitan Zajcew zadał kolejne pytanie, wskazując ruchem głowy na walizkę i na tym jego znajomość języka niemieckiego się skończyła. Znał oczywiście kilka niemieckich wyrazów podawanych w odpowiedzi na to pytanie - zegarek, złoto, bursztyn, papierosy i słonina. Inne poznawał sukcesywnie, w miarę przetaczania się frontu przez tereny wroga. Jak po niemiecku mówiło się na rower czy dziewuchę, nie musiał wiedzieć. Rozróżniał gołym okiem, a jedno i drugie brało się siłą.

Niemiec ochoczo wyjaśniał, co zawierała walizka, szwargotał jak karabin maszynowy, ale kapitan Zajcew nie zrozumiał ani jednego słowa z tej przydługiej tyrady. Wkurzony, zarówno zgrzytliwie dla ucha brzmiącym językiem, którego używał jeniec, jak i obawą o utratę swego autorytetu w oczach podwładnych, kopniakiem wytrącił mu walizkę z rąk. Upadając, otworzyła się, a podmuchy wiatru wygarnęły na zewnątrz jej mało interesującą zawartość. Luźne kartki papieru wirowały w powietrzu, a Niemiec z desperacją rzucił się im na ratunek. Zagarnął pozostałe szpargały do środka i zamknął wieko.

Kapitan wymownie szturchnął go w plecy lufą pistoletu i głową wskazał bliżej nieokreślony kierunek.

- Paszli! – warknął.

Niemiec posłusznie ruszył w stronę zamku. Po chwili skryli się w jego zacisznych, choć ciemnych jak grobowiec pomieszczeniach. Krasnoarmiejcy po raz kolejny ściągnęli z ramion ciężkie jak cholera plecaki i cisnęli je na ziemię. Szeregowy Anfiłow pośród przeróżnych rupieci walających się pod nogami, skombinował kilka suchych kawałków drewna. W sam raz nadawały się na ognisko.

- Ma któryś z was kawałek papieru? – zapytał, gdy stosik był już gotowy.

- Anatolij miał szwabską gazetę – sierżant ruchem głowy wskazał porucznika, moszczącego się pod ścianą.

- A ty co się rozporządzasz moją gazetą? – warknął Radiszczew. – Szkop ma w walizce papieru skolko ugodno. W sam raz na rozpałkę.

Niemiec, stojąc pod ścianą, ściskał walizkę oburącz, aby jej zawartość po raz drugi nie wydostała się na zewnątrz. Przenosił przerażone spojrzenie od jednego sołdata do drugiego. Nie rozumiał kompletnie nic z bełkotu, którym się porozumiewali. Z ich spojrzeń domyślił się jednego – chcieli zabrać mu zawartość walizki. Przycisnął ją do piersi bardziej zdecydowanie. Ale na niewiele się to zdało. Sierżant Rosłow mocarną dłonią, którą jeszcze przed wojną prowadzał byki do rzeźni, chwycił walizkę za rączkę i wyrwał z objęć Niemca. Cisnął na ziemię i otworzył wieko. Zagarnął spory plik papierów i zmiął w kilka solidnych kulek. Wciskał je pomiędzy ułożone w zgrabny stosik kawałki drewna. Niemiec jęczał przerażony i wywrzaskiwał coś rozpaczliwie. Domyślali się znaczenia tylko jednego wyrazu: „nicht” czyli nic. A więc nic ważnego w tych papierach nie było.

- Tyle chyba wystarczy – orzekł Rosłow, puszczając mimo uszu lamenty Niemca i zatrzasnął walizkę. Kilka kartek papieru wsunął za pazuchę. Przydadzą się przy innej okazji.

Gdy ognisko zapłonęło żywym ogniem, rozsiedli się wokoło i powrócili do czynności, którą przerwało im pojawienie się Niemca. Na wszelki wypadek związali mu ręce paskiem wyjętym ze szlufek jego własnych spodni i posadzili w odległym kącie, aby im nie przeszkadzał swoim ciągłym szwargotaniem.

- Pod ścianę i kulka w łeb! – zaproponował początkowo Anfiłow.

- To może być jakaś ważna figura – Zajcew pokręcił stanowczo głową. – Muszę go zaraz odstawić do pułkownika Koszkina.

Jednak zanim to nastąpiło, kapitan Zajcew obejrzał zawartość walizki, robiąc przy tym minę znawcy tematu. Kiwał mądrze głową, jakby treść dokumentów nie stanowiła dla niego żadnej zagadki. Idąc w ślady sierżanta, kilka kartek złożył starannie i schował do plecaka. Papier to papier. Przyda się, nawet do sracza. Także Radiszczew i Anfiłow poupychali trochę niemieckich dokumentów po kieszeniach. Gdy już wszyscy zaopatrzyli się w papier, towar deficytowy podczas wojny, bo łatwopalny, Zajcew podłożył sobie walizkę pod tyłek, żeby mu nie ciągnęło od posadzki i zabrał się za wyjadanie swojej tuszonki. Sierżant Rosłow dokonał rekonesansu pomieszczeń zamkowych, tych w zasięgu ręki i przytargał kilka poręcznych mebelków, aby było co podrzucać do ognia. Szeregowy Anfiłow, gdy napchał pusty brzuch trofiejną konserwą, wygrzebał z pękatego plecaka ustną harmonijkę. Obtarł gębę rękawem szynela i przytknął instrument do ust. Rzewna melodia o żołnierzu tęskniącym za swoją dziewczyną poniosła się echem po zamkowych zakamarkach. Wsparci o ścianę, z zamkniętymi oczami, przenieśli się w myślach do swoich rodzinnych stron, gdzie każdy z nich pozostawił kogoś bliskiego swemu sercu. Żywego lub zmarłego. Już po chwili, fałszując z lekka, wtórowali ustnej harmonijce:

…Ty siej czas dalieko, dalieko,

Mieżdu nami sniega i sniega.

Do tiebja mnie dajti nie liegko,

A do smierti – czietyrie szaga…

Pierwszy oprzytomniał Rosłow. Rozejrzał się czujnie po kątach, ale Niemca nigdzie nie dostrzegł, choć wysokie płomienie ogniska oświetlały całe pomieszczenie.

- Blat’ proklataja! – wrzasnął, zrywając się na nogi. - Germaniec nam nawiał. Swołocz!

Chwycili plecaki do rąk i tupiąc buciorami po posadzce, rzucili się w pogoń, ale postać drobnego Niemca w okrągłych okularkach na nosie rozpłynęła się w grobowych ciemnościach zalegających zamkowe komnaty. Albo prysnął na zewnątrz, albo skrył się gdzieś w podziemiach. Machnęli ręką na jego plugawe, już nic niewarte życie i ruszyli na poszukiwanie wyjścia z tej dziurawej kupy cegieł, która stanowiła jeszcze nie tak dawno wspaniały zamek. Musieli stawić się przed oblicze swego dowódcy, pułkownika Koszkina. W opustoszałym zamku na pastwę losu pozostała niewielka walizka po niemieckich dokumentach i płonące ognisko.      

Paweł Rylski postawił kropkę na końcu zdania i jeszcze raz uważnie przeczytał całość. Z zadowoloną miną wykręcił papier z maszyny do pisania i wsunął kartkę pomiędzy okładki tekturowej teczki, która zawierała napisane w poprzednich dniach stronice. Było tego już dość sporo. Spojrzał na leżące tuż obok zdjęcie przedstawiające czterech krasnoarmiejców na tle ruin jakiegoś średniowiecznego zapewne zamku.

- Co, krasawcy? – zapytał, biorąc je do ręki i uśmiechając się do swoich myśli. – Tak to mogło mniej więcej wyglądać, prawda?

Fotografię wsunął do sprytnego schowka – widocznie nie życzył sobie, aby ktoś postronny dowiedział się o jej istnieniu – teczkę z maszynopisem wrzucił do czarnej aktówki i spojrzał na zegarek. Dochodziła dopiero osiemnasta, ale na dworze już rozgościły ciemności. Ciężkie, deszczowe chmury zasnuły niebo, a w nieszczelnych oknach gwizdał wiatr. Rylski założył ciepłą kurtkę z kapturem i starannie pozapinał guziki. Biurowe szpargały powkładał na miejsce i nienagabywany przez nikogo, opuścił budynek Elwro. Nawet portiera nie spotkał w pobliżu drzwi, gdyż zapewne uciął on sobie drzemkę w cieplutkiej pakamerze.

- Mam jeszcze godzinę - wymamrotał Rylski pod nosem, maszerując energicznie wąską ulicą Ostrowskiego w stronę zaparkowanego kilka kroków dalej wysłużonego wartburga w kolorze musztardy. Kupił go jeszcze za komuny, na talon otrzymany w nagrodę za swój wkład pracy przy konstrukcji komputera Elwro Junior.  Planowano nawet jego produkcję na poziomie 30 tysięcy rocznie. Teraz wszystko diabli wzięli. Po wystawieniu zakładów na sprzedaż, Rylski nie miał już żadnych wątpliwości, co z nimi się stanie, gdy Siemens wykupi Elwro. Zamkną zakład, a ludzi wywalą na zbity pysk. I tyle będzie z polskiej elektroniki.

Całą jej świadomość wypełniały dwa wyrazy – zwłoki mężczyzny

Dźwięk dzwonka u drzwi docierał do świadomości Ewy Rylskiej niezwykle powoli i ociężale, jakby wydobywał się z zaświatów albo z głębi ziemi. Początkowo była przekonana, że marzenia senne zawiodły ją do tybetańskiej świątyni, w której stary, zasuszony mnich z łysą głową, odziany w szafranową szatę uderzał drewnianym młotkiem w mosiężny gong. Z zamkniętymi oczyma oczekiwała na dalszy rozwój wydarzeń, ale świątynny gong już po chwili przybrał dźwięk dzwonu Zygmunta bijącego na trwogę. Dopiero po minucie czy dwóch zdała sobie sprawę, że ktoś uwiesił się na dzwonku u drzwi i nie miał zamiaru przestać. Po zażyciu na noc dwóch tabletek sinequanu Rylska z trudem wracała do świata rzeczywistego i własnej świadomości. W końcu po to brała na noc taką końską dawkę, aby tej świadomości się pozbawić i porzucić jawę na rzecz snu. Nie otwierając oczu, macała ręką po łóżku, aby obudzić męża, który powinien spać obok niej. Lepiej by było, żeby to on wstał i sprawdził, o co chodziło temu człowiekowi za progiem. Przecież mleka nie roznosili już od ładnych paru lat, więc z pewnością nie brak butelki pod drzwiami nakazał komuś nerwowo naciskać dzwonek raz za razem.

Jednak jej dłoń natrafiła na puste miejsce. Nadal nie otwierając oczu, domyśliła się, że mąż nie wrócił na noc do domu i oto teraz sterczał pod drzwiami, dobijając się jak oszalały. Z nieznanych przyczyn nie użył klucza, aby wejść do mieszkania.

- Szlag mnie zaraz trafi… - wymamrotała pod nosem i uniosła z trudem powieki. Na elektronicznym budziku, stojącym na komodzie naprzeciwko łóżka, widniała trzecia godzina. Panujące za oknem ciemności świadczyły, że zegar się nie mylił. – „Pewno Paweł zgubił klucze…” – przemknęło Rylskiej przez myśl.

Na bosaka, w nocnej koszuli, z oczami wpół przymkniętymi pomknęła na palcach do drzwi. Zanim je otworzyła, włączyła światło w przedpokoju. W progu, zamiast wysmukłej sylwetki męża, ujrzała dwóch obcych mężczyzn. Jeden miał na sobie niebieski mundur policjanta, drugi ciepłą ortalionową kurtkę w modnym kolorze zgniłej zieleni. Jej watowane ramiona dodawały szerokości jego i tak zwalistej sylwetce. Wymięta twarz mężczyzny nosiła ślady nocnych libacji lub permanentnego niewyspania. Potwierdzały to jego przekrwione oczy. Rylska wstrzymała oddech i zamarła. Myśl, że pomylili drzwi, jeszcze na dobre nie zagościła w jej nadal śpiących szarych komórkach, gdy odezwał się ten ortalionowy:

- Pani Ewa Rylska?

- Tak, a o co chodzi? – z trudem stłumiła ziewanie, zasłaniając usta dłonią.

- Żona Pawła Rylskiego?

- Tak, ale…

- Możemy wejść? – sięgnął ręką do kieszeni kurtki i wyciągnął coś na kształt legitymacji. – Komenda rejonowa policji. Inspektor Wojciech Puzyna – podsunął Rylskiej pod nos trzymany w dłoniach dokument. Żeby przeczytać jego treść, musiałaby najpierw założyć okulary, a nie miała pojęcia, gdzie je położyła, idąc spać. – Sierżant Janusz Słaby – dyskretnym ruchem głowy wskazał, nomen omen, wymoczkowatego kolegę w mundurze i zrobił zdecydowany krok do przodu.

Rylska, nadal wpółprzytomna, odruchowo cofnęła się w głąb mieszkania, a sierżant Słaby zamknął za sobą drzwi.

- Czy mąż jest w domu? – spytał inspektor, rozglądając się po  przedpokoju, jakby spodziewał się ujrzeć jakiegoś faceta w piżamie czającego się za wieszakiem zawalonym ubraniami. Ale typowa dla bloków na Kozanowie długa, kręta kiszka z kilkoma drzwiami wiodącymi do pozostałych pomieszczeń, nikogo poza nimi nie gościła w swoim ciasnym wnętrzu.

- Chyba go nie ma… - Rylska, wciąż nieprzytomna, bąknęła niepewnym głosem.

- Co to znaczy chyba? – inspektor wyraźnie się wkurzył. Jego zdaniem środek nocy nie był odpowiednią porą na dawanie wymijających odpowiedzi. - To tak trudno zauważyć czy mąż jest w chałupie, czy go nie ma? Przecież to nie igła.

Rylska poczuła dziwny ucisk w głowie, jakby jakiś Torquemada czy inny inkwizytor ścisnął ją żelaznymi, rozgrzanymi do czerwoności obcęgami. „Tylko migreny brakowało” – syknęły powracające boleśnie do rzeczywistości szare komórki.

- Poszłam wcześnie spać. Obudziło mnie pańskie dobijanie się do drzwi – wymamrotała zniecierpliwiona i odruchowo wzruszyła ramionami, dając gestem do zrozumienia, że nie ma bladego pojęcia, o co chodzi. – W łóżku męża nie ma, ale może jest w łazience lub w drugim pokoju. Nie zdążyłam się rozejrzeć.

- Proszę sprawdzić – tembr głosu inspektora, nieco schrypnięty, wykluczał wszelką dyskusję.

Rylska posłusznie zajrzała do łazienki i dopiero wówczas, widząc swoje odbicie w lustrze nad umywalką, spostrzegła, że miała na sobie jedynie prześwitującą nocną koszulę. Chwyciła wiszący na wieszaku frotowy szlafrok męża i założyła go. Owionął ją znajomy zapach wody kolońskiej, której zawsze używał. Wiążąc w tali pasek, weszła do dużego pokoju. Tonął w półmroku. Jednak blask ulicznych latarni wpadający przez lniane zasłony wykluczył obecność Pawła w tym miejscu. Dla pewności Rylska włączyła lampę u sufitu. Silne światło zmusiło ją do zmrużenia oczu. Czując narastający niepokój, bardziej z obowiązku niż z przekonania, uchyliła drzwi do pokoju, który jeszcze w zeszłym roku zajmował ich syn, obecnie studiujący w Gdyni. Mikroskopijnych rozmiarów pomieszczenie chyba z przyzwyczajenia wszyscy nazwali pokojem, a nie komórką. Pogrążony w mroku nikogo nie gościł w swoim wnętrzu.

- Czy coś się stało? – spojrzała na Puzynę z lękiem w oczach. Już nie spała, choć wolałaby, żeby tak właśnie było, żeby ci dwaj faceci z policji okazali się snem.

- Możemy gdzieś usiąść?

- Proszę – wydusiła z trudem i skierowała kroki do dużego pokoju. Niepokój tak wielki, jakby za chwilę miała wybuchnąć bomba atomowa, i to tuż nad Kozanowem, zamienił ciało Rylskiej w trzęsącą się galaretę. Dygotała jak w febrze, a kolana odmawiały jej posłuszeństwa. Przecież ten Flip i Flap nie przyszli po nocy, żeby sprawdzić, czy aby sąsiedzi nie dają jej spać.

Przycupnęła na brzegu fotela i drżącą ręką wskazała Puzynie kanapę. Usiadł ciężko i sięgnął do kieszeni kurtki po papierosy. Podsunął w jej kierunku, lecz Rylska pokręciła przecząco głową. Gardło miała tak ciasno zasznurowane, że nawet dymek z papierosa nie miał szans się przecisnąć, a klekoczące szczęki nie były w stanie utrzymać papierosa, choć dużo nie ważył.

- Dwie godziny temu odnaleziono zwłoki mężczyzny, który miał przy sobie dokumenty na nazwisko Paweł Rylski, zamieszkały przy ulicy Celtyckiej 25 mieszkania 9…

Rylska poczuła w głowie pustkę, jakby ktoś podczas snu wypreparował jej cały mózg. Nie pojmowała ani co ten człowiek do niej mówił, ani co ona powinna odpowiedzieć. Jakby oglądała film, w którym wyłączono fonię. W ustach wyschło jej jak po zażyciu atropiny, a język przypominał końskie kopyto. Nie była w stanie przełknąć śliny. Nagle tuż przed swoim nosem ujrzała szklankę z wodą. To sierżant Słaby przyniósł ją z kuchni.

- Proszę, niech się pani napije – szepnął prosząco.

Machinalnie upiła kilka łyków. „Zwłoki mężczyzny… zwłoki mężczyzn…” – te dwa wyrazy kołatały się w jej głowie, jakby innych w ogóle nigdy nie znała.

- Musi pani pojechać z nami, aby dokonać identyfikacji ciała – głos inspektora docierał do Rylskiej jak z ekranu. – Czy pani dobrze się czuje? Pani Ewo, słyszy mnie pani?

- Tak… Tak… Zaraz… Muszę się ubrać… - bez czucia jak kukła pomaszerowała do sypialni i trzęsącymi się rękoma machinalnie zakładała na siebie dżinsy i sweter. „Zwłoki mężczyzny… zwłoki mężczyzny…” - myślała tylko o tym.

W przedpokoju Puzyna podał jej kurtkę wiszącą na wieszaku. Rozejrzała się bezradnie w poszukiwaniu torebki. Słaby błyskawicznie ją zlokalizował – wisiała tuż obok kurtki. Rylska machinalnie zamknęła mieszkanie na klucz i zeszła schodami na dół, do wyjścia. Przed bramą, tarasując przejazd, stał policyjny polonez w ciemnoniebieskim kolorze z białym pasem biegnącym przez całą długość, z szoferem za kierownicą. Na dachu, zimnym fioletowym światłem, błyskał „kogut”.

- Na Radeckiego – rzucił krótko Puzyna, ładując się na przednie siedzenie.

Sierżant Słaby i Rylska usiedli z tyłu i samochód ruszył w kierunku centrum. Po kilku minutach jazdy przez pogrążone we śnie miasto dotarli na Plac Grunwaldzki. Pozbawiony pojazdów i mrowia ludzi wydawał się Rylskiej obszerny i pusty niczym Pole Marsowe. Tonął w mroku jesiennej nocy, ledwie rozpraszanym przez mdłe światła nielicznych latarni. Na skrzyżowaniach, jakby się zacięły, bez przerwy mrugały żółte ślepia sygnalizatorów. Policyjny samochód, podskakując na wybojach i nierównych torach  tramwajowych, skręcił w szeroką Skłodowskiej–Curie, a po chwili w boczną uliczkę zabudowaną po obydwu stronach ponurymi budynkami z cegły klinkierowej, pamiętającymi czasy Breslau. „Kliniki” – przemknęło Rylskiej w podświadomości, bo całą jej świadomość wypełniały dwa wyrazy – zwłoki mężczyzny. Po minucie jazdy polonez zatrzymał się na środku jezdni, a Puzyna otworzył drzwi samochodu i pomógł jej wysiąść. Na budynku stojącym w głębi posesji zobaczyła szyld: ZAKŁAD MEDYCYNY SADOWEJ.

 Kiedy weszła do środka, z miejsca otoczyła ją ze wszystkich stron obrzydliwa woń formaliny i czegoś jeszcze, czego nie umiała zdefiniować. Długim korytarzem, oświetlonym upiornym blaskiem jarzeniówek, z których jedna brzęczała bez przerwy, jakby miała za chwilę się przepalić, policjanci zaprowadzili ją do drzwi, na których wisiała tabliczka z jakimś napisem. Zanim Rylska go przeczytała, Puzyna zdążył je otworzyć. Z sobie tylko znanych przyczyn cały czas przytrzymywał ją pod pachę, jakby obawiał się, że ona mu nawieje albo padnie trupem na posadzkę. Środek pomieszczenia zajmował stół, który wyglądem przypominał stół operacyjny, na którym Rylska wylądowała przed laty z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego. Jednak na tym stole leżał ktoś inny, cały przykryty białym prześcieradłem. Nawet stopy nie wystawały na zewnątrz, jak często pokazują na filmach kryminalnych. Rylska przystanęła, lecz Puzyna zdecydowanie poprowadził ją aż do krawędzi stołu.

- Jak się pani czuje? – usłyszała obok siebie głos inspektora. – Jest pani w stanie…?

- Tak – wycharczała nieswoim głosem.

Do stołu podszedł ubrany w lekarski kitel jakiś mężczyzna, którego wcześniej Rylska nawet nie zauważyła, pojawił  się nie wiadomo skąd, jakby wychynął ze ściany. Ujął z gracją rogi prześcieradła i odsłonił niewielki fragment leżącego pod nim ciała.

Rylska zdążyła ujrzeć zlepione błotem jasne kręcone włosy, podobne do tych, które ozdabiały głowę jej męża i siną twarz mężczyzny z zamkniętymi oczyma. Jego rysy przypominały Pawła. Zwłaszcza usta – wąskie jak dwie zaciśnięte kreseczki. Na policzku miał taką samą głęboką bliznę, która po usunięciu czyraka przed miesiącem szpeciła twarz jej męża. Leżący na stole mężczyzna ubrany był w identyczny sweter, który Paweł założył rano, wychodząc nie wiadomo dokąd, prawdopodobnie do pracy, bo gdzie indziej? Po chwili nie widziała już nic. Zdążyła odwrócić się i zwymiotowała na podłogę. Nie jadła kolacji, więc wiele tego nie było. Trochę białej piany. Kiedy otworzyła oczy, siedziała w korytarzu na krześle, inspektor Puzyna klepał ją po policzkach, a sierżant Słaby otwierał okno na oścież, aby mroźne powietrze przywróciło Rylskiej pełną świadomość przeżywanego koszmaru.

- Już lepiej? – usłyszała czyjś troskliwy głos, chyba należał do inspektora.

Kiwnęła głową i sięgnęła do torebki w poszukiwaniu papierosów. Puzyna, jakby domyślając się jej intencji, podsunął jej własne, wyjęte błyskawicznie z kieszeni kurtki. Pstryknął zapalniczką, gdy jednego wsunęła do ust. Zaciągnęła się głęboko, ale nie przyniosło to żadnej zmiany w jej odczuciach. Przed oczyma Rylskiej nadal tkwiła sina twarz mężczyzny, który leżał na metalowym stole za drzwiami, a który był jej nieżyjącym już mężem.

- Czy to pani mąż?

Rylska kiwnęła głową i jeszcze raz zaciągnęła się papierosem. Nie mogła zapanować nad stukaniem zębów o siebie. Klekotały niczym średniowieczna drewniana kołatka ostrzegająca przed zarazą.

- Ttak… Tto mój mmąż… - wydusiła z trudem. – Co się stało? – spytała po chwili.

- Jeszcze nie wiemy. Dopiero, kiedy lekarz dokona sekcji zwłok i przeprowadzi wszystkie niezbędne analizy, może będziemy znali przyczynę…

- Ale… - spojrzała błagalnie na Puzynę. Przecież powinien domyślić się, o co chciała spytać.

- Przypadkowy przechodzień natknął się na ciało nad brzegiem Odry – Puzyna był domyślny.

- Gdzie?

- W pobliżu Przystani Zwierzynieckiej.

W ciszy, która zapadła, Rylska boleśnie czuła tłukące się o żebra serce, a pompowana z prędkością 120 uderzeń na minutę krew szumiała nieprzyjemnie w uszach.

- Czy chce pani jakiś środek na uspokojenie?

Zaprzeczyła ruchem głowy. Połknięty wieczorem sinequan jeszcze krążył w jej żyłach i na niewiele się przydawał.

- Brałam przed spaniem. Dużą dawkę.

- Wobec tego odwiozę panią do domu. Chyba, że chce pani gdzieś indziej… Nie wiem… Do przyjaciółki, siostry…

- Nie mam… Zresztą nie trzeba... Wrócę do domu… Chcę zostać sama… - wstała z krzesła, czując się tak ciężka, jakby była kamiennym, antycznym posągiem, a nie drobną kobietą po czterdziestce.

Puzyna ujął ją pod pachę i poprowadził do samochodu, w którego wnętrzu, paląc papierosa, siedział kierowca w policyjnym mundurze. Sierżant Słaby usiadł obok niego, a Rylska z Puzyną wcisnęli się na tylne siedzenie. Droga powrotna na Kozanów zajęła nieco więcej czasu niż przyjazd do zakładu medycyny sądowej. Na trasę wyjechały już autobusy i tramwaje, a na skrzyżowaniach włączono sygnalizację. Rylska z tępym wyrazem twarzy mokrej od łez, spoglądała na wschodzące słońce, wynurzające się zza pleców wysokich bloków stojących jeden przy drugim wzdłuż Kozanowskiej. Rzucało złoty blask na kobierzec zwiędłych liści ścielących się pod drzewami na skwerku, czerwoną łuną malowało szare chmury na bursztynowy kolor, odbijało się blaskiem w setkach okien, wróżyło nadejście pogodnego, jesiennego dnia.

Mógłby tak siedzieć w tym miejscu do końca swych dni

Mateusz Popiel, zwany przez kolegów Matiasem, zatrzymał swego wysłużonego czerwonego poloneza w pobliżu wyciągu na Kopę, na opustoszałym o tej porze roku parkingu. Z hukiem zatrzasnął drzwi samochodu, bo inaczej się nie dało i rozejrzał czujnie wokoło. Taki nawyk po latach służby. Nigdzie jednak nie dostrzegł żywego ducha. Jedynie w oddali majaczył mocno nadwyrężony przez bezlitośnie upływający czas budynek hotelu Orlinek, o typowej dla regionu Karkonoszy architekturze, z wysokim spadzistym dachem z licznymi lukarnami. Tuż za jego plecami rozpościerała się ciemna ściana lasu, a z okien od frontu można było podziwiać nieco sfatygowaną, przerdzewiałą skocznię narciarską. Ileż to razy Popiel w tym miejscu nocował! I chyba wypił w nim morze wódki! Za komuny Orlinek pełnił rolę ośrodka szkoleniowo–wypoczynkowego, do którego zwożono młode kadry MSW. Po śniadaniu serwowano im pogadanki o wyższości demokracji socjalistycznej nad tą zachodnią oraz gospodarki nakazowo-rozdzielczej nad zgniłym kapitalizmem. Tam przecież, niczym choroba zakaźna, szerzyło się bezrobocie, a bezdomni mieszkali pod mostami. Kolejni prelegenci zapoznawali Popiela i jego kolegów z nowoczesnymi metodami pracy operacyjnej albo prezentowali im nowinki techniczne przywiezione ze Związku Radzieckiego lub częściej wykradzione podobnym służbom na Zachodzie. Potem chętni, w tym Popiel, zaliczali wędrówki po Karkonoszach, a po kolacji mieli czas wolny, czyli alkohol i dziewczyny do białego rana. W tych zajęciach Popiel też aktywnie uczestniczył. Podczas jednego z takich wyjazdów poznał Ilonę, swoją przyszłą żonę. Przyjechała do Karpacza na obóz narciarski razem z grupą studentów WSWF-u z Wrocławia. Była wówczas na drugim roku studiów. Gdy ujrzał ją na stoku, kiedy mknęła z Kopy, zostawiając z tyłu za deskami pióropusze śniegu, taką gibką i zwinną, z czarnym końskim ogonem fruwającym na wietrze, wiedział od razu, że to właśnie ta jedyna. Kilka dni później wylądował w jej łóżku, co go tylko utwierdziło w opinii, że za innymi nie ma sensu się dłużej rozglądać. Ilona nie miała w sprawach seksu żadnych zahamowań ani nie hołdowała drobnomieszczańskim przesądom, czego Popiel u dziewczyn wyjątkowo nie lubił. Jak miał się później przekonać, miała jednak kilka niezłomnych zasad, które jednak w niczym nie przeszkadzały, lecz wręcz odwrotnie, czyniły wspólne życie bardziej uporządkowanym i łatwiejszym do zniesienia.

Uśmiechnął się gorzko do wspomnień i zarzucił plecak na szczupłe ramiona. Zdecydowanym krokiem, wyciągając mocno długie, jak u biegacza nogi, ruszył w kierunku Śląskiej Drogi wiodącej wzdłuż doliny Złotego Potoku na Kopę. Zdaniem Popiela właśnie październik najlepiej nadawał się do tego, aby powłóczyć się po Karkonoszach. Wrzaskliwi uczniowie siedzieli już w szkolnych ławkach i nie darli się na szlaku, jakby ich ktoś ze skóry obdzierał. Studenci, chcąc nie chcąc, także musieli przysiąść fałdów, a nie szlajać się po górach z gitarami w rękach i butelkami piwa po kieszeniach. Majestatyczne Karkonosze, zasnute poranną mgłą tajemnicy, zdawały się być do wyłącznej dyspozycji ludzi takich jak Popiel – zamkniętych w sobie odludków, poranionych przez los. Opustoszałe schroniska, drzewa szykujące się do zimowego snu pokryte zabarwionymi na złoto i czerwono liśćmi, wyludnione ścieżki czekały na zapóźnionego wędrowca. Oferowały to, co w górach najcenniejsze – surowe piękno, grozę i majestat.

Był już w połowie drogi do krzyżówki, gdy instynktownie wyczuł czyjąś obecność. Choć nikogo wokoło nie było widać, Popiel zdał sobie sprawę, że nie był w tym miejscu sam. Spojrzał uważnie w dół pomiędzy gęste krzaki porastające dno doliny potoku, którego wartki nurt, wezbrany po wrześniowych opadach, szemrał i pluskał donośnie. Zagłuszał wszystko wokoło, nawet stukot kroków po kamieniach wąskiej ścieżki. Dopiero po chwili wypatrzył dwóch facetów, którzy pomiędzy zaroślami penetrowali teren z urządzeniami przypominającymi wykrywacze metali. Odległość była jednak zbyt duża, aby mógł mieć pewność.

- Marzyciele – uśmiechnął się do swoich myśli. – Szukają Heinricha i Gustawa. Nie tacy cwaniacy i nie z takim sprzętem spenetrowali tę dolinę wte i nazad. I gówno znaleźli.

Popielowi mignęły przed oczyma jak żywe te wszystkie akcje poszukiwawcze i operacyjno-rozpoznawcze, w których brał udział od samego początku swojej służby w kontrwywiadzie MSW. Wyłowili go, gdy był już na ostatnim roku prawa, na wiosnę 1968 roku. Złożyli mu propozycję nie do odrzucenia – albo zatrudni się w służbach, albo na zbity pysk wypieprzą go ze studiów za udział w rozruchach marcowych, dając na drogę wilczy  bilet i powołają do wojska. Przez dwa lata będzie pełnił zasadniczą służbę w takim miejscu, że mu się żyć odechce i na studia już nie wróci. Popiel wiedział, że nie były to czcze przechwałki. Potrzebowali takiego jak  on z uwagi na wiedzę i umiejętności, które posiadał. Tak zwany „odcinek niemiecki” na wrocławskiej komendzie był zawalony robotą. Szukali nie tylko złota Breslau, tysięcy dzieł sztuki rozkradzionych przez dygnitarzy III Rzeszy, ale także Bursztynowej Komnaty. Między innymi właśnie tutaj, w Białym Jarze. Potrzebowali prawników z biegłą znajomością języków innych niż polski czy rosyjski. A jaki kretyn wówczas uczył się języków obcych, skoro mało kto mógł sobie pozwolić na wyjazd za granicę? A Matiasa francuskiego i niemieckiego od dziecka uczyła babcia w myśl zasady, że język wrogów i przyjaciół należy znać. W szkole średniej także wybrał niemiecki, a prywatnie latał na angielski. Nauka języka rosyjskiego była obowiązkowa i nikt o zgodę nie pytał. Popiel musiał przyznać, że bakcyla poszukiwań połknął już podczas pierwszej operacji o kryptonimie „Klasztor” prowadzonej w Lubiążu. Mimo to później odszedł ze służby.

Spoglądając na facetów grasujących po dnie doliny, westchnął ciężko, jakby z żalem. Sam nie wiedział, czy za bezpowrotnie minioną młodością, czy nad losem swego szefa, majora Niezgody. Zginął tragicznie w noc wprowadzenia stanu wojennego. Nie zdołał doprowadzić do końca żadnej operacji związanej z zagadkową przeszłością Wrocławia, z czasów, gdy jeszcze nosił nazwę Breslau. Po jego śmierci teczka o kryptonimie WARTOWNIK, w której był zgromadzony cały materiał operacyjny dotyczący złota Wrocławia, w podejrzanych okolicznościach ulotniła się z wydziału „C”. Popiel miał na ten temat swoją opinię. Była jedną z przyczyn, dla których zdecydował się odejść ze służby w 1985 roku.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni ortalionowej kurtki i wyciągnął lśniącą srebrzyście piersiówkę. Obserwując z góry, naiwne jego zdaniem, poczynania tych dwóch mężczyzn ciskających się jak w gorączce po dnie doliny, pociągnął spory łyk koniaku. Piekący płyn taniego napitku radzieckiej produkcji rozlał się żarem po żołądku, a wkrótce po całym ciele. Kolejne dwa łyki przyniosły Popielowi nie tylko rozgrzanie zmarzniętego ciała, ale także rozluźnienie napiętych nerwów. Jak co roku, kiedy wspinał się tą drogą do Białego Jaru, przed oczyma stawała mu Ilona, choć rysy jej twarzy z roku na rok podkradał upływający czas. Przecież we dwoje przez całe lata trwania małżeństwa właśnie tędy wędrowali. Zagryzł wargi aż do bólu, wcisnął w kieszeń piersiówkę i ruszył dalej. Po chwili do jego uszu dobiegł huk wybuchu.

- Wysadzili kolejny głaz w powietrze, durnie – domyślił się natychmiast. Nawet nie musiał się oglądać. – Jak tak dalej pójdzie, to ci poszukiwacze od siedmiu boleści  przerobią Sudety na szwajcarski ser albo zrównają je z ziemią. Srał ich pies i wszystkie pieski razem – skwitował po chwili rozważania i wydłużył krok.

Odkąd odszedł z firmy, starał się nie wracać myślami do tych wszystkich skarbów ukrytych w cieniu swastyki. Miał je gdzieś. Wyjątek stanowiła Bursztynowa Komnata. Jej zagadkowe znikniecie z Królewca pod koniec wojny tkwiło boleśnie w pamięci Popiela niczym drzazga pod paznokciem. Czasami śniła mu się po nocach. Szum spadającego z wysoka Złotego Potoku rozgonił jego myśli i przywrócił do rzeczywistości. Przysiadł na jednym z wielu rozrzuconych w tym miejscu głazów i przysłoniwszy oczy dłonią, spojrzał wysoko ku górze. Promienie słońca lśniącą aureolą otoczyły grzbiet Karkonoszy, wyraźnie odcinających się szarością skał od ciemnego błękitu nieba. Chwilę rozkoszował się widokiem, po czym ruszył ścieżką pomiędzy kosodrzewiną w kierunku Strzechy. Ominął schronisko szerokim łukiem i zaczął schodzić w dół, do Samotni. „To najpiękniejszy zakątek na ziemi. Tu rozsyp moje prochy” – słowa Ilony zaszemrały tak wyraźnie, jakby stała tuż obok i jak zwykle wpatrywała się z zachwytem w przycupnięty nad brzegiem stawu, pociemniały ze starości budynek schroniska.

Popiel z przyjemnością zanurzył się w jego ciepłe wnętrze. Ubrał się zbyt cienko i wiatr przewiał go na wylot. Zmyliło go bezchmurne niebo i jasne promienie słońca. Nie wziął poprawki, że wysoko w górach będzie piździć jak w Kieleckiem. Czapki też nie założył, jak zwykle. Nadal miał przecież gęste włosy, choć posrebrzone na skroniach siwizną. Jak za dawnych lat, spinał je w kucyk z tyłu głowy. Przez lata służby przyzwyczaił się do tej fryzury z czasów „dzieci-kwiatów”, która miała być swego rodzaju kamuflażem jego osoby, upodabniając go do cyganerii artystycznej Wrocławia.

Ściągnął kurtkę i z kubkiem gorącej herbaty, do której kazał wlać kieliszek rumu, rozsiadł się przy stole. Gapił się z pozoru bezmyślnie na widoczny za oknem Mały Staw, szmaragdowy w promieniach słońca. Na jego dnie spoczywała obrączka ślubna Ilony. Kiedy nadejdzie czas, obrączka Popiela do niej dołączy.

Gdy pochłonął przygotowane w domu kanapki i odpoczął, a dwa kubki herbaty „z prądem” rozgrzały jego zmrożone ciało i skostniałą duszę, założył kurtkę, zarzucił plecak na ramiona i z żalem ruszył do wyjścia. Mógłby tak siedzieć w tym miejscu do końca swych dni. Wychodząc, pochylił się nisko, aby nie wyrżnąć łbem o futrynę. Wyjął z kieszeni papierosa i zapalił. Patrząc pod nogi, przeskakiwał z kamienia na kamień. Po kilku minutach marszu jeszcze raz obejrzał się za siebie, jakby chciał zabrać ze sobą skryty pod powiekami obraz schroniska. Obrzucił wzrokiem grzbiet Karkonoszy, spojrzał na majaczący wysoko na horyzoncie budynek obserwatorium na Śnieżce i zanurzył się pomiędzy gęste świerki.

Do Skalnego dotarł już o zmierzchu. Hotelowy parking w znacznej mierze świecił pustkami. Tylko kilka samochodów na niemieckich numerach błyszczało lakierem w świetle latarni gęsto rozsianych wokoło. Skalny był w Karpaczu jedynym hotelem o standardzie zachodnioeuropejskim. O zatrzymaniu się w jego progach nie miał co marzyć lud pracujący miast i wsi czyli zwykli zjadacze chleba. Nie na ich płytkie kieszenie skalkulowano hotelowe ceny. W sezonie, ale także poza nim, oprócz turystów zagranicznych, gościli w tym luksusowym miejscu raczkujący polscy kapitaliści, jeszcze nie tak dawno nazywani nieco pogardliwie prywaciarzami. Popiel też się do nich zaliczał. Firma ochroniarska „Omega”, którą założył zaraz po reformach Wilczka, przynosiła całkiem niezłe dochody i nie musiał liczyć się z każdym groszem. Zwłaszcza, że córka Popielów, Majka, zdążyła już dorosnąć i przeszła na własny garnuszek. Odkąd zabrakło Ilony, nie miał kto wydawać pieniędzy, bo Popiel  miał z roku na rok coraz mniejsze wymagania. Być może na wiosnę kupi sobie jakiś wózek, bo polonez już wychodził mu bokiem. Nie dość, że palił jak smok, to jeszcze co pięć minut lądował w Polmozbycie, skazując Matiasa na taksówki. Może skoczy do Reichu i przywiezie jakiegoś volkswagena golfa, nowszy rocznik. Albo po prostu upoluje coś na giełdzie. Będzie prościej.

Zamykając poloneza, dostrzegł za budką wartownika dwa samochody na wrocławskich numerach.

- Kurza twarz… – burknął pod nosem, idąc w kierunku wejścia. - Mam nadzieję, że to nikt znajomy. Już nie mogę patrzeć na te pijackie mordy.

Zajęty rozmyślaniem o samochodzie, zasiadł przy dwuosobowym stoliku w kącie sali restauracyjnej hotelu i zapuścił wzrok za ogromne okna zajmujące nieomal całą ścianę. Roztaczał się za nimi zadbany, elegancki ogród hotelowy. Rozświetlały go liczne nowoczesne latarnie. Hotel także zbudowano w stylu modernistycznym, przypominającym miejskie blokowiska, a nie regionalną zabudowę. Zero tradycji. Szkło, beton i stal. Płaski jak stół dach. Każdy pokój z balkonem. Nowoczesne, ceramiczne rzeźby ozdabiały przestronny hall, kawiarnię i restaurację. Reszty dopełniało eleganckie, funkcjonalne umeblowanie. Wyraźny smak luksusu, dostępnego tylko dla wybranych. Kilka stolików, zsuniętych razem, okupowali niemieccy emeryci. Błyskając okularami w złotych oprawkach, świecąc bielą sztucznych zębów, wrzaskliwie ustalali z kelnerem menu. Usłużnie schylony, czekał cierpliwie na dyspozycje. Napiwek w markach wart był takiego poświecenia. Poza tym wszędzie pustki, tak jak Popiel lubił. Dyskretna muzyczka w tle. Zamówił golonkę po bawarsku i kufel piwa z beczki. Czekając na realizację zamówienia, palił papierosa i bezmyślnie gapił się po kątach.

- Prosit! – zadysponował ochoczo któryś z niemieckich emerytów, gdy kelner napełnił im kieliszki. Szwargotali głośno, wybuchając co chwila gromkim śmiechem.

Popiel zerkał na nich zdegustowany. „Jeszcze któremu proteza wpadnie do zupy” – pomyślał wkurzony, wodząc wzrokiem za zgrabną kelnerką uwijającą się po sali. W głębi, przy barze, dostrzegł dwóch facetów siedzących na wysokich stołkach. Jednego, mimo iż widział jedynie jego szerokie plecy i błyszczącą w świetle nisko wiszących lamp solidną łysinę, przykrytą byle jak pożyczką znad ucha, rozpoznał od razu. Był nim Nikita Woroncow, oficer GRU, wywiadu wojskowego ZSRR, który nadal swoją siedzibę miał we Wrocławiu. Ponoć na dniach mieli wynosić się do siebie. Popiel nie musiał nawet widzieć jego dochlanej gęby z workami pod oczyma ani srebrnego zęba w górnym szeregu, aby go rozpoznać. Choć osobiście nie miał przyjemności, jako oficer cywilnego kontrwywiadu takich ludzi znał, jak przysłowiowy zły szeląg, mimo iż przez lata byli sojusznikami, przynajmniej oficjalnie. Tuż obok Woroncowa, ale w odległości sugerującej, że panowie nie byli razem, siedział jeszcze jeden mężczyzna. Znany Popielowi z ekranów telewizora, wschodząca gwiazda rodzącego się polskiego kapitalizmu, właściciel firmy Inter-Krawpol, Józef Krawczyk. Właściciel także dwóch paszportów, o czym wiedzieli tylko nieliczni, w tym dawni koledzy Popiela ze służby. Choć ubrany z wyszukaną elegancją w koszmarnie drogi garnitur ze złotym zegarkiem na szerokim przegubie ręki, nie był w stanie ukryć słomy wyłażącej z butów. Zbyt mała ilość wody upłynęła od czasu, gdy wszedł w posiadanie pierwszego miliona. Miliona dolarów, oczywiście. Bo milion złotych niektórzy zarabiali na posadach i niewiele mogli za to kupić, skoro drobiazgi w kiosku Ruchu kosztowały tysiące złotych, a bilonu w ogóle nie było w obiegu. Ponoć plan Balcerowicza przewidywał zdławienie tej koszmarnej inflacji, która windowała ceny do niebotycznego poziomu. Popiel czasami zastanawiał się, czyim kosztem to się odbędzie, ale w telewizji na ten temat nikt się nawet nie zająknął.

- Panie starszy! – rozległo się od strony emeryckiego stolika. – Jeszcze po jednym sznapsie!

Głośne wznoszenie toastów i chełpliwe wojenne wspominki Niemców nie przeszkadzały Popielowi w pochłanianiu z apetytem tłustej golonki. W domu tego nie miał. Siłą przyzwyczajenia – mówią, że jest drugą naturą człowieka – obserwował tych przy barze. Woroncow, niczym  agent z MI6, na kształt radzieckiej podróbki Jamesa Bonda, sączył whisky, grzechocząc w szklance kostkami lodu. Natomiast Krawczyk po chamsku wlał do gardła pięćdziesiątkę czystej wódki i zamówił kolejną. O jego pozycji świadczyły pieniądze, a nie maniery. Przypalił papierosa złotą zapalniczką i z kieszeni marynarki wyjął składany folder reklamowy Skalnego. Przez moment wpatrywał się w widoczne na pierwszej stronie zdjęcie hotelu, po czym znudzony, odłożył na bok. Po chwili oficer GRU dopił whisky, odstawił pustą już szklankę i niezgrabnie zlazł z wysokiego stołka. Odszedł bez słowa, dyskretnym ruchem zgarniając z blatu reklamówkę hotelu, którą natychmiast wsunął do kieszeni marynarki opiętej na wydatnym brzuchu.

Zapraszamy do skorzystania z oferty naszego wydawnictwa.

Wydawnictwo Psychoskok