Strażniczka miecza - Grev Scott - ebook
Opis

Paryski detektyw Behemot natrafia na ślad pewnej tajemnicy sprzed stuleci.

W jego ręce wpada dziwna książka traktująca o pewnym mieczu obdarzonym niezwykłą mocą, który od wieków strzeżony jest jak źrenica oka. Nie może on bowiem wpaść w ręce krwiożerczego boga ognia – Surtra. Gdyby to się stało, nastąpiłby zmierzch bogów, a świat przestał istnieć… Zapierająca dech w piersiach powieść, w której współczesność ściśle związana jest z zamierzchłą przeszłością, a życie mieszkańców świata realnego przeplata się z życiem postaci pochodzących z mitologii nordyckiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Grev Scott

STRAŻNICZKA MIECZA

Copyright © by Grev Scott, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Prolog

Od trzech lat sroga zima pustoszyła Midgard, świat ludzi. Nie było już wiosny, lata ani jesieni, ziemię trzymał w okowach trzaskający mróz i wciąż padający śnieg. Słabsi umierali z głodu i zimna, a silniejsi toczyli zażarte boje o resztki pożywienia. Prawa przestały obowiązywać, brat stawał przeciw bratu, syn zabijał ojca. Ludzkość ogarnął mrok.

Taka była ta straszna zima, Fimbulvinter, zwiastun zmierzchu bogów.

Niebo nad Asgardem1 zasnuwały szare jak ołów chmury, słońce zniknęło, nie było też Księżyca. Na horyzoncie rozbłyskiwały od wschodu zygzaki piorunów, od południa zaś powoli nadciągała krwawa łuna, z każdą chwilą większa i jaśniejsza. Było zimno, śnieg pokrył białym całunem zielony niegdyś gród Azów2.

Ze swego tronu Odyn patrzył z niepokojem na Jotunheim3, gdzie Thursowie4 czekali, by ruszyć na bogów. Spoglądał też ze smutkiem na Midgard, gdzie ginęła ludzka rasa. Ludzie czasami jeszcze wzywali Odyna – choć znacznie częściej go przeklinali – a on tymczasem, najmądrzejszy spośród bogów, czekał na sygnał do ostatecznego boju, wiedział bowiem, że los musi się wypełnić.

Znak w końcu się pojawił, tak jak głosiła przepowiednia. Potężny dźwięk rozległ się nad Asgardem – był jak huk burzy i wycie północnego wiatru, a tak głośny, że co wrażliwsi Azowie zatykali sobie uszy. To Heimdall, strażnik Tęczowego Mostu, dął w swój wielki róg, którego głos docierał do wszystkich dziewięciu światów.

Odyn zmarszczył czoło i zamyślił się. Podmuch lodowatego wiatru wpadł przez uchylone drzwi wielkiego dworzyszcza, zwiał popiół z paleniska i zgasił pochodnie. Ojciec bogów wzdrygnął się – zrobiło mu się zimno, jemu, który niegdyś był tak niewrażliwy na chłód i ból, że wisiał na drzewie przez siedem dni, przebity włócznią i złożony w ofierze samemu sobie.

Bóg wstał z tronu i podszedł do wielkiej okutej żelazem skrzyni. Wyjął z niej pokaźne zawiniątko i postawił je na wieku. Ostrożnie rozsupłał węzeł i rozwinął szorstką tkaninę.

Głowa Mimira nie zmieniła się od ostatniego razu, kiedy ją widział – twarz mędrca była spokojna i wyrażała całkowitą obojętność wobec świata, a oczy były zamknięte jak we śnie. Gdyby nie bladość lica, można by było pomyśleć, że głowa należy do kogoś żywego.

– Czy już czas? – wyszeptał Odyn tak cicho, jakby się bał, że obudzi śpiącego.

Powieki Mimira uniosły się powoli, odsłaniając pokryte bielmem oczy.

– Wypełnia się los i nadchodzi kres bogów – wyszeptały sine wargi. – Z południa przybywa Surtr ze swym ognistym mieczem, a za nim idą ogień i pożoga. Wiedzie ze sobą swych strasznych poddanych, synowie Muspelheimu przeszli już przez most Bifröst. Ze wschodu nadciąga Hrym, a morze wzburzone przez węża Midgardu uwolniło okręt Naglfar, budowany od zarania dziejów z długich paznokci trupów. Za sterem stoi uwolniony z więzów Loki, na pokładzie są upiory z głębin Niflhelu. Z nieba zniknęły gwiazdy, a ziemia się trzęsie i drży. Wilk Fenrir połknął już słońce i księżyc… Nadszedł zmierzch Azów i Wanów5…

Odyn w milczeniu skłonił się głowie i delikatnie zamknął jej oczy. Zawinął ją w tkaninę i złożył w skrzyni.

– Żegnaj, Mimirze. Już nigdy się nie zobaczymy. – Z pustej jamy po wyłupionym oku wypłynęła łza. – Nigdy już nie zobaczę Baldura, którego kochało wszystko, co żyje…

Bóg zgarbił się, przygnieciony ciężarem swej boleści, ale wnet wyprostował plecy i uniósł głowę. Włożył hełm, prawą dłonią ujął oszczep, a lewą okrągłą ciężką tarczę. Wyszedł ze swego dworu i spojrzał na pusty plac, po którym hulał lodowaty wiatr.

– Wzywam was, bohaterowie! – Głos Odyna brzmiał jak spiżowy dzwon. – Ucztowaliście ze mną w Walhalli, a teraz niech wasz oręż i męstwo wesprą Azów w ich ostatniej walce!

Gdy tylko rozbrzmiał okrzyk, ze wszystkich stron zaczęli przybywać na dziedziniec uzbrojeni mężowie.

Byli wśród nich bohaterowie wielkich wojen, pierwsi wojownicy, których miecze były wykonane jeszcze ze spiżu, a także wielcy królowie, o których wciąż śpiewano pieśni setki lat po ich śmierci. Przybył więc Egil, królewski syn i brat Wolunda, kowala bogów, a za nim kroczyli niezrównany żeglarz Hagbard, Björn Żelaznoboki, a także Helgi, który jako jedyny śmiertelnik zdobył miłość pięknej walkirii. Stawili się też Beowulf 6, pogromca potwora Grendela, dzielny Sigurd, co zabił smoka Fafnira, król Hrothgar, znany ze swej prawości i hojności, i wielu innych wielkich królów i bohaterów. Prowadziły ich walkirie, a przed nimi szli Azowie i Wanowie – gromowładny Thor, potężny Tyr, piękny Frey i jego ojciec Njord.

Odyn dosiadł swego ośmionogiego rumaka i krzyknął do zebranych:

– Słyszeliście róg Heimdalla! Thursowie są już pod murami Asgardu! Musimy godnie spełnić nasze przeznaczenie, tak jak przystało na bogów i bohaterów!

Zgromadzeni wrzasnęli tak potężnie, że cały Asgard zatrząsł się w posadach:

– Do boju!

Jak jeden mąż ruszyli Azowie i bohaterowie wraz z walkiriami. Szli ku wielkiej równinie Vigridr, która rozciągała się przed murami Asgardu. Odyn spojrzał na wielkie głazy, ociosane ręką olbrzyma. Wiedział, że choć nigdy nie były zdobyte, potężne mury nie dadzą w tym dniu Azom żadnej ochrony.

– Nie pora na wspomnienia. – Otrząsnął się z zadumy, a jego myśli poszybowały ku widocznym na horyzoncie nieprzebranym szeregom olbrzymów.

Tam, gdzie wznosił się słup ognia, dojrzał dowodzącego armią południa Surtra z mieczem jaśniejącym jak słońce. Od strony morza nadchodził Loki pospołu z Hel prowadzący zastępy upiorów, a pośrodku ich szeregów prężył się do skoku wilk Fenrir, jeszcze bardziej potężny i groźny niż wtedy, gdy bogowie spętali go magicznymi więzami. Z morza wypełzł też wąż Midgardu – bestia tak ogromna i ohydna, że na jej widok bledli nawet najpotężniejsi olbrzymi, a nie lękał się jej jedynie nieustraszony Thor.

– Naprzód! – krzyknął Odyn głosem tak mocnym i strasznym, że konie w pierwszym szeregu przysiadły ze strachu.

Ruszyli. Z początku powoli, potem szybciej i szybciej, aż w końcu pędzili jak wicher, wrzeszcząc i wymachując oszczepami i mieczami. Gdy zwarli się z Thursami, rozległ się huk tak głośny, że potężne mury Asgardu zadrżały w posadach. Thor kładł trupem całe zastępy olbrzymów jednym uderzeniem swego młota, którego moc kruszyła góry.

Nawet potworny wąż Midgardu, tak wielki, że cielskiem swym mógł opleść cały świat, padł teraz pod jego ciosem. Jednak ani młot, ani żelazny pas i rękawice nie uchroniły dzielnego boga przed jadem straszliwego węża. Ukąszony przez Midgardsorma, Thor skonał na jego martwym cielsku.

Serce Odyna przeszył ból – oto stracił najdzielniejszego z synów! Z okrzykiem wściekłości ruszył na potwornego wilka Fenrira, który zastąpił mu drogę. Na nic jednak się zdały potęga Odyna oraz magiczne runy wyryte na jego oszczepie, który nigdy nie chybiał celu. Fenrir, który kiedyś odgryzł potężnemu Tyrowi rękę tak łatwo, jakby to był patyczek, strzaskał teraz bez trudu ciężką tarczę i chwycił Odyna w swą ogromną paszczę. Długie i ostre jak miecze zęby wpiły się w ciało boga, rozcinając je prawie wpół. Wilk podniósł łeb, rozwarł szeroko ociekającą krwią paszczę i połknął swą zdobycz w całości. Tak zginął najmądrzejszy z bogów, a wraz z nim odeszły ze świata tajemnica run i poezja.

Frey, władca Álfheimu (ojczyzny elfów), rzucił się na Władcę Południa, gorejącego Surtra. Choć Frey był potomkiem prastarych i potężnych Wanów, zginął w starciu z potwornym panem Muspelheimu. Padł od jego ognistego miecza – sam nie miał bowiem czym walczyć, gdyż oddał niegdyś swój oręż, by zdobyć względy pięknej Gerdy.

Surtr spojrzał na martwe i poczerniałe od ognia ciało boga. Ryknął tryumfalnie i potrząsnął mieczem, z którego wystrzeliły w niebo tysiące iskier. Zaczął rosnąć i rósł tak długo, aż w końcu stał się tak wielki, że przerósł najwyższe góry. Wtedy uniósł miecz i zapalił nim nieboskłon. Skierował ostrze w dół, ku ziemi, a płomienie jęły ogarniać wszystko dookoła. Paliły się ziemia i skały, nawet morze zapłonęło. Świat spowił się ogniem, a Surtr stał pośrodku rozpętanej przez siebie pożogi, potężny i gorejący. Spojrzał na swe dzieło i zaczął się śmiać…

– Nie!!! – krzyknął Behemot i obudził się.

Był zlany zimnym potem. Już kilka razy miał ten sam dziwny sen.

Spojrzał na zegarek – była piąta rano. Wstał, zjadł lekkie śniadanie, a potem poszedł do salonu i usadowił się w swym ulubionym fotelu. Sięgnął po książkę anonimowego autora, którą otrzymał poprzedniego wieczoru w dziwnych okolicznościach. Otworzył ją i zaczął czytać…

Dalla. Miecz i Surtr

Działo się to w czasach, gdy wikingowie po ponad stu latach łupieżczych wypraw przestali pustoszyć wybrzeża dzisiejszej Francji i osiedlili się w krainie nazwanej później Normandią. W położonej na normandzkim wybrzeżu osadzie, w miejscu gdzie miało w przyszłości powstać miasto Dieppe, mieszkała młoda dziewczyna. Miała na imię Dalla i była córką wojownika, który wiele lat wcześniej przybył wraz ze swym wodzem Hrolfem7 do krainy Franków.

Dalla miała pięć lat, gdy straciła matkę. Jej ojciec nie ożenił się ponownie i wychowywał córkę samotnie. Dalla chodziła zatem ubrana jak chłopak, a kiedy podrosła, pomagała ojcu w kuźni. Od dzieciństwa świetnie jeździła konno, a z łuku strzelała tak dobrze, że nie dorównywał jej w tym żaden chłopak z osady. Jej rówieśniczki nie chciały się z nią przyjaźnić, bo dziewczynka gardziła strojami i błyskotkami, chłopcy zaś czuli się w jej towarzystwie nieswojo, gdyż była wyższa i silniejsza niż większość z nich. Zapewne również jej uroda działała onieśmielająco – z włosami koloru miedzi i zielonymi oczami wyglądała jak leśna boginka. Mówiono, że urodę ma po swej frankijskiej matce.

Dalla często wypuszczała się konno poza osadę – a to na klify, gdzie lubiła stać na wysokim urwisku i patrzeć w dal, a to w głąb półwyspu, gdzie rosły jeszcze prastare lasy. Kochała puszczę i często przemierzała jej ostępy, polując na leśną zwierzynę.

Pewnego sierpniowego dnia zbierała jeżyny na leśnej polanie. Słońce prześwitywało przez korony drzew, powietrze pachniało słodko, a wśród kwiatów bzyczała nieprzebrana armia pszczół. Dalla położyła się na miękkim mchu i zasnęła.

Jej sen nie był przyjemny. Znalazła się na pustkowiu, gdzie nie było nawet źdźbła trawy, a wszędzie jak okiem sięgnąć rozpościerały się popękane czarne skały. Było ciemno, przez ołowiane chmury nie przenikał najmniejszy promyk słońca. Dalla poczuła lęk, chciała uciekać, ale nie mogła się ruszyć. Wtedy zobaczyła wysokiego szczupłego mężczyznę, który wyszedł z mroku ze lśniącym mieczem w dłoni. Podszedł do niej i uśmiechnął się. Dalla zauważyła, że ma na ustach bliznę. Obudziła się z krzykiem.

W lesie było już ciemno, pohukiwały nocne ptaki. Rozejrzała się niepewnie, bojąc się, że za chwilę dojrzy gdzieś ślepia leśnych trolli lub upiorów. Chciała pobiec na skraj polany, gdzie zostawiła konia. Zatrzymała się wpół kroku. Na ziemi leżał miecz, ten sam, który trzymał w dłoni mężczyzna ze snu. Był podobny do mieczy wykuwanych przez jej ojca, choć mniej ozdobny. Widniały na nim trzy runy. Gdy chwyciła jego rękojeść, rozbłysnął jak słońce i wydał przeciągły, podobny do śpiewu dźwięk. Dalla przestraszyła się, bo nigdy nie słyszała o śpiewających mieczach, ale szybko nabrała odwagi, owinęła miecz w opończę i wsiadła na konia.

Puściła wodze luzem i pozwoliła, aby zwierzę samo znalazło drogę do domu. Gdy dotarła do osady, wszyscy już spali.

Wiedziała, że musi dobrze schować swą zdobycz, godną księcia albo nawet króla, za którą wielu ludzi byłoby gotowych zabić. Ukryła broń na dnie skrzyni z ubraniami. Zmęczona przeżyciami dnia, szybko zasnęła.

W środku nocy obudziły ją krzyki i szczęk broni. Kilka domostw w osadzie płonęło, w blasku pożaru zobaczyła walczących ze sobą ludzi. Rozpoznała mężczyzn z osady, którzy próbowali odeprzeć atak obcych wojowników. Dalla dojrzała na ich tarczach wizerunek płonącego miecza. Usłyszała jeszcze tylko, jak krzyczą: „Surtr!”, gdy silne dłonie chwyciły ją z tyłu za gardło. Szamotała się, gryzła i kopała, ale nadaremnie. Straciła przytomność.

Kiedy otworzyła oczy, nie było już jej osady, wokół szumiało morze, a nad jej głową rozpościerało się gwiaździste niebo. Leżała na dnie długiej łodzi, przykuta łańcuchem do masztu. Nad jej głową łopotał czworokątny czarny żagiel, na którym widniał gorejący miecz.

Dalla spędziła w łodzi wiele długich dni i bezsennych nocy, smagana wiatrem i obmywana słoną wodą. Kilka razy widziała, jak dowódca drużyny podchodzi do długiej i wąskiej skrzyni przytwierdzonej do pokładu, sprawdzając, czy jest cała.

Gdy dobili do brzegu, oczom Dalli ukazała się położona na zielonej równinie osada otoczona kwiecistymi łąkami i lasem. Nie było jej jednak dane podziwiać piękna północnej krainy – kiedy tylko łódź przybiła do brzegu, Dalla została zaciągnięta do osady i zamknięta w obórce.

Jeszcze tego samego wieczoru przyprowadzono ją do okazałego drewnianego dworu, gdzie zebrali się wojownicy. U szczytu długiej sali na podwyższeniu siedział wódz. Musiał to być prawdziwy wielmoża, gdyż miał na sobie kolczugę, a u boku miecz, podczas gdy członkowie jego drużyny odziani byli w grube kaftany i uzbrojeni jedynie w oszczepy i topory. U jego stóp leżała podłużna okuta skrzynia, ta sama, która w czasie podróży była przytwierdzona do desek pokładu.

Dwóch wojowników chwyciło dziewczynę pod ramiona i powlekło ją przed oblicze wodza. Rzucili ją na kolana.

Mężczyzna spojrzał na Dallę; przez chwilę miała wrażenie, że dostrzega w jego oczach współczucie. Zaraz potem jednak zmarszczył brwi, spojrzał na siedzących przy szerokich ławach wojowników i donośnym głosem zawołał:

– Ja, Gudfrir, syn Hallvarda, wasz wódz, powiadam, że dzisiaj nadszedł dzień naszego największego tryumfu! Wielki Władca Południa, przed którego imieniem drżą nie tylko ludzie, ale i sami bogowie, wybrał nas do spełnienia swego dzieła! Już niedługo w ostatecznej bitwie będziemy stali po stronie zwycięzcy!

– Dzisiaj… – Tu jego przemówienie przerwał potężny, wydobywający się z dziesiątek gardeł okrzyk: Gudfrir! Gudfrir! Gudfrir!

Wódz podniósł rękę, aby uciszyć salę.

– Dzisiaj – ciągnął – wielki Władca Południa otrzyma swój upragniony oręż z naszych rąk!

– Surtr! Surtr! Surtr! – odpowiedział mu rykiem tłum wojowników.

Skandowali tak dłuższą chwilę, uderzając rytmicznie pięściami w stoły. W końcu się uciszyli, a Dalla zauważyła, że wódz ze skupieniem wpatruje się w ogromne drzwi sali. Zapadła cisza, nikt nie odważył się brzęknąć naczyniem ani nawet odchrząknąć. Wszyscy patrzyli w kierunku wejścia.

Przez otwarte drzwi wtargnął do środka gwałtowny podmuch wiatru. Powywracał stojące na ławach naczynia i zgasił wszystkie pochodnie. Gdyby nie wdzierające się do środka blade światło Księżyca, w sali panowałyby zupełne ciemności.

Tu i ówdzie rozbrzmiały niepewne głosy, ale natychmiast ucichły, gdyż na progu pojawił się jakiś człowiek. Jego oblicze było spowite mrokiem, można było jedynie dostrzec, że jest wysoki i szczupły. Towarzyszył mu kot.

W dłoni nieznajomego pojawił się niewielki płomyk, oświetlając jego twarz. Widoczne stały się regularne rysy przybysza i równe białe zęby. Włożył do ust cienki biały patyczek, który wyjął z kieszeni swego płaszcza. Przypalił końcówkę i zdmuchnął płomyk. Ruszył w kierunku podestu, trzymając w zębach żarzący się patyczek. Gdy z jego ust zaczął wydobywać się dym, wśród wikingów rozbrzmiały okrzyki zdumienia. Nie zważając na to, obcy szedł przed siebie. Zatrzymał się dopiero przed wodzem.

Spojrzał uważnie na Dallę, po czym nieznacznym ruchem głowy wskazał skrzynkę, jednocześnie patrząc badawczo na znieruchomiałego Gudfrira. Gdy ten skinął głową, nieznajomy rzucił tylko: „Jutro o północy, na wzgórzu”, po czym odwrócił się i jął nieśpiesznie iść w kierunku wejścia, od czasu do czasu wypuszczając z ust kłęby dymu. Kot podążał za nim, krocząc z dumnie podniesionym ogonem. W pewnej chwili przybysz zakasłał. Zatrzymał się na chwilę, rzucił żarzący się patyczek na ziemię i ze złością zdeptał go obcasem. Po jego wyjściu w drewnianym dworze wciąż panowała całkowita cisza. Przerwał ją głos wodza.

– Słyszeliście? Przygotujcie wszystko do ceremonii, jutro podczas pełni Księżyca wielki Władca Południa otrzyma swój miecz!

* * *

Nazajutrz rano dwie starsze kobiety z osady zaprowadziły Dallę do łaźni pod czujnym okiem wojowników. Tam została wykąpana i natarta pachnącym olejkiem. Odziano ją w białą szatę; długie rude włosy spleciono w warkocze, po czym zamknięto dziewczynę w czystym i suchym spichrzu.

Gdy nastał zmrok, otwarto spichlerz i wyprowadzono ją na plac, gdzie oprócz drużyny wojowników i ich wodza zgromadziła się cała osada. Dalla zauważyła, że wojownicy są uzbrojeni po zęby, zupełnie jakby wybierali się na wojnę.

Zapakowano ją na drewniany wóz ciągnięty przez woły. Kiedy dotarli do wzgórza, którego szczyt wieńczył ogromny płaski kamień, cała procesja zatrzymała się, a tłum otoczył kamień kręgiem. Dallę postawiono na głazie, kładąc obok niej skrzynię. Na trawie umieszczono ogromny napełniony wodą kocioł, pod którym rozpalono ogień. Dwie stare siwowłose kobiety wrzucały do kotła jakieś zioła i liście, mieszając wywar wielkimi drewnianymi chochlami.

Jeden z wojowników podał wodzowi długi róg. Jarl podniósł go do ust i zadął z całych sił. Tłum zafalował niespokojnie, rozległy się szepty i pomruki. Wszyscy patrzyli to na wodza, to na wybrzeże. Po chwili Dalla zobaczyła, że na horyzoncie pojawiła się czerwona poświata. Przypominała łunę pożaru i z każdą chwilą rosła.

Wkrótce potem zajęła pół nieboskłonu; zbladły jasne dotychczas gwiazdy, a wybrzeże wyglądało tak, jakby było skąpane w ogniu. Drżała ziemia i słychać było głuchy pomruk. Do wzgórza zbliżał się od strony morza słup ognia, który wirując z zawrotną prędkością, palił wszystko pod sobą, wyrzucając w górę potężne kłęby dymu. Był ogromny – można było odnieść wrażenie, że sięga gwiazd.

Gdy już się wydawało, że ognisty wir pochłonie wzgórze i wszystkich obecnych, ten nagle zatrzymał się w miejscu i buchnął w górę tysiącem iskier. Chwilę później na wzniesienie zaczął opadać czarny pył. Ludzie strzepywali go ze swych ubrań, lecz niepotrzebnie, gdyż czarne drobinki, ciągnięte niewidzialną siłą, jęły spływać w kierunku wielkiego kamienia na szczycie wzgórza. Łączyły się w małe strumyki, płynąc nieprzerwanie i wijąc się jak czarne węże. W końcu utworzyły bezkształtną masę, która stopniowo przybierała postać ogromnego człowieka.

Olbrzym, który wyłonił się z czarnego pyłu, był wysoki jak maszt najdłuższej łodzi. Nogi i ramiona miał grube jak dębowe pnie, pierś ogromną jak kocioł Hymira8, a głowę wielką jak okrągły głaz, który leżał od niepamiętnych czasów nieopodal przystani. Jego biodra opasywała skóra jakiegoś olbrzymiego dzikiego zwierza, a ramiona, nogi i tors były zupełnie gołe. Oczy olbrzyma gorzały czerwonym blaskiem; gdy oddychał, powietrze przed jego ustami drgało z gorąca.

Wódz przykląkł na jedno kolano.

– Wielki Władco Południa – rzekł uroczyście – tak jak nam kazałeś, przywieźliśmy twój miecz z krainy Franków.

Olbrzym kiwnął głową.

– Nagroda cię nie minie, Gudfrirze… ani twych ludzi.

Pochylił się nad Dallą i przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. Dziewczyna stała wyprostowana z uniesioną głową. Na twarzy olbrzyma pojawił się uśmiech.

– Toż to jeszcze dzieciak! – Zaśmiał się głośno, a jego śmiech przypominał dudnienie kamiennej lawiny. – Spodziewałem się co najmniej kogoś takiego jak Beowulf!

– Surtr! Surtr! – rozległy się gromkie okrzyki.

Widać było, że poddani Gudfrira czczą olbrzyma bardziej niż bogów. Ich wódz powstał z kolan, wzniósł swój miecz i zawołał:

– Surtr! Ragnarök! Śmierć bogom!

Wojownicy jakby na to czekali – zaczęli rytmicznie uderzać włóczniami i toporami w swe okrągłe tarcze i skandować:

– Surtr! Surtr!

Kobiety czerpały z kotła parujący wywar i rozdawały go wojownikom w drewnianych chochlach. Ci pili go, krzywiąc się i prychając, a już po chwili toczyli oczami i bełkotali. Wypiwszy po kilka porcji, zaczęli zrywać ze swych piersi odzienie i wyć jak zwierzęta; na usta wystąpiła im piana. Niektórzy robili sobie nożami nacięcia na ramionach i piersiach, wkrótce potem byli już cali skąpani we krwi.

Olbrzym patrzył na nich z zadowoleniem, a Dalla zbladła – pojęła, że ogląda wojowników, których ogarnia tak straszliwy szał, że nie tylko nie boją się śmierci, ale i nie czują bólu. Słyszała o nich od ojca – zwano ich berserkerami. W walce byli okrutni i bezlitośni jak zwierzęta, a na dodatek zupełnie nieobliczalni. Dlatego też bano się ich jak ognia.

– Dobrze, bardzo dobrze, moje dzieci! – zagrzmiał olbrzym. – A teraz przyjmę z waszych rąk moją własność!

Pochylił się nad skrzynią i jednym ognistym tchnieniem zmienił ją w popiół. Sękatym łapskiem sięgnął po miecz i podniósł go do góry. Jednak po chwili jego twarz wykrzywiła się ze złości.

– Zapłacicie mi za to! – ryknął i z wściekłością cisnął mieczem o skałę. Oręż wbił się w kamień u stóp Dalli. – To nie ten miecz, bydlaki! – wrzeszczał olbrzym. – Oszukaliście mnie!

Przerażony Gudfrir padł przed nim plackiem.

– Panie! – jęknął. – To miecz, który nam opisałeś, znaleźliśmy go tam, gdzie powiedziałeś, że będzie! Oszczędź swe wierne sługi, nie zabijaj nas!

Dalla zauważyła, że nikt nie zwraca na nią uwagi. Chwyciła porzucony miecz i wyjęła go z kamienia, zdziwiona, że udało się jej to bez najmniejszego trudu. Była gotowa podjąć próbę ucieczki i choć była przekonana, że berserkerzy dopadną ją i posiekają na kawałki, postanowiła drogo sprzedać swe życie. Kurczowo zacisnęła palce na rękojeści i już miała zeskoczyć z kamienia, gdy nagle miecz poruszył się w jej dłoni. Runy na jego ostrzu zajaśniały, a stalowa klinga delikatnie zadrżała, wydając z siebie przeciągły, podobny do śpiewu dźwięk.

Słysząc to, olbrzym odtrącił Gudfrira i odwrócił się do Dalli. Chwycił ją lewą dłonią w pasie i podniósł do swych oczu. Chciał wyjąć miecz z dłoni dziewczyny, ale jego palce nagle puściły ostrze, a on sam zawył jak oparzony. Zaczął dmuchać w prawą dłoń – mimo że jego ramię nadal gorzało, dłoń była niebiesko-biała i oszroniona.

– To twoja sprawka! Oddaj mi ten miecz! – ryknął jak zraniony niedźwiedź. – Inaczej spalę cię na popiół!

Dalla nie odpowiedziała, a jedynie chwyciła oburącz miecz i przycisnęła go do piersi. Olbrzym zbliżył swe ogromne oblicze do jej pobladłej twarzy. Dłuższą chwilę przyglądał jej się uważnie, patrząc prosto w zielone oczy dziewczyny.

– Proszę, oddaj mi ten miecz, a uczynię cię królową – powiedział łagodnie. – Obsypię cię klejnotami i złotem! Będziesz mieszkała w pałacach, jakich nie powstydziłaby się nawet bogini, będziesz jadała ptasie mleko, będziesz sypiała w miękkich jedwabiach, będziesz miała setki sług tylko czekających na twe skinienie. Dam ci życie tak długie i piękne, jakim cieszą się sami bogowie!

Dalla milczała, a olbrzym, wpatrując się uważnie w jej oblicze, ciągnął dalej melodyjnym głosem:

– Sprowadzę twego ojca, a że tęsknisz za swą zmarłą matką, to i ją przywiodę ci z królestwa umarłych. – Uśmiechnął się i dodał: – Będziesz najszczęśliwszą wśród ludzi, a nawet i bogów…

Po pobladłych policzkach Dalli spłynęły dwie łzy. Otarła je brzegiem rękawa.

– Nigdy nie oddam ci miecza – powiedziała cicho. – Kiedyś być może spalisz świat, kiedyś być może nastąpi zmierzch bogów, lecz nie stanie się to ani tu, ani teraz!

Olbrzym wykrzywił usta w uśmiechu i delikatnie postawił Dallę na ziemi.

– Wygrałaś, strażniczko! Widzę, że naprawdę nie oddasz mi miecza, a sam niestety nie mogę go wziąć… Pozwól, że zanim się rozstaniemy, pokażę ci się od nieco lepszej strony. Moja obecna postać robi wrażenie na tych dzikusach, ale z tobą mogę rozmawiać inaczej. Spójrz na mnie!

Przed Dallą stał wysoki przystojny mężczyzna o smagłej cerze i czarnych oczach. Strzepnął z ramienia niewidoczny pyłek. Uśmiechnął się, odsłaniając nieskazitelnie białe równe zęby.

– Dokonałaś wyboru, strażniczko. Szkoda, bo gdybyś zdecydowała się mi służyć, przyjąłbym cię do mojej świty. Niestety, na mnie już czas…

Roześmiał się, złożył jej sztywny ukłon, po czym buchnął w niebo słupem ognia. Po chwili nie było już po nim ani śladu, jedynie ziemia, gdzie przed chwilą stał, była czarna i wypalona. Dalla usłyszała jeszcze z oddali jego głos wołający:

– Do zobaczenia, strażniczko…

Zeskoczyła z kamienia i, zostawiając za sobą osłupiałego Gudfrira, ruszyła prosto w kierunku berserkerów. Wciąż trzymając miecz w dłoni, podeszła do kręgu wojowników, którzy rozstąpili się w milczeniu. Nikt z mieszkańców wioski nie próbował jej zatrzymać – wszyscy patrzyli jak zahipnotyzowani na świetliste ostrze. Jedynie Gudfrir otrząsnął się z odrętwienia i zaczął biec w jej kierunku, krzycząc, by ją zatrzymano. Potknął się jednak o kamień i upadł na ziemię. Zanim zdołał powstać, berserkerzy rzucili się na niego jak wilki na ranną sarnę.

Dalla odwróciła głowę, nie chcąc oglądać tego krwawego widowiska, po czym puściła się biegiem w kierunku wioski. Zdyszana, z mieczem w dłoni, wpadła do pierwszej z brzegu chaty. Spośród różnych przedmiotów wybrała tarczę, długi nóż i łuk ze strzałami. Pośpiesznie obcięła swe długie włosy nożem, zdjęła suknię i włożyła za duże na nią odzienie wojownika, które znalazła w skrzyni. Wzięła też hełm, a z pieca zgarnęła kilka podpłomyków. Następnie pobiegła do stajni, gdzie wybrała najlepszego wierzchowca. Zawinęła miecz w starą derkę, którą starannie związała rzemieniem. Osiodłała konia i pogalopowała na południe. Na wzgórzu berserkerzy rozrywali ciało Gudfrira na strzępy.

Behemot. Szkielet u pani Simkins

– Pan wybaczy, że przeszkadzam, ale sprawa wydaje się pilna. – Głos Jakuba oderwał Behemota od lektury.

Spojrzał na kamerdynera z irytacją. Był zły, że mu przeszkodzono, gdyż książka o losach normańskiej dziewczyny była pod wieloma względami niezwykła.

Po pierwsze, została mu dostarczona nie pocztą ani kurierem, lecz przez posłańca, a na paczce nie figurowało nazwisko nadawcy. Po drugie, akcja książki rozgrywała się w Normandii, niedaleko miejscowości, w której mieszkał. Po trzecie, kamerdyner nie potrafił opisać człowieka, który ją przyniósł, zauważył tylko, że lekko się garbił i nieznacznie utykał. Po czwarte – co było już zupełnie niezwykłe – opis losów Dalli niezmiernie go zainteresował. Było to o tyle nietypowe, że Behemot nigdy nie czytał powieści i z zasady gardził fikcją, ograniczając się do literatury fachowej.

Niechęć mężczyzny do beletrystyki wiązała się z jego osobliwym imieniem. Usłyszawszy je, ludzie pytali, dlaczego mu takie nadano, a ci bardziej oczytani zaczynali od razu rozprawiać o tym, jak to lubią dwudziestowieczną literaturę rosyjską.

Tymczasem Behemot, zamiast tracić czas na beletrystykę, wolał wertować opasłe foliały, w których poszukiwał informacji na temat swej pasji – dawnej broni białej. Jego zainteresowania były zresztą zgodne z jego wykształceniem i zawodem.

Behemot, czyli Béhémoth Auguste d’Albret, był bowiem historykiem sztuki i wykładowcą na kilku czołowych uniwersytetach. Był również jednym z najpoważniejszych kolekcjonerów w Europie, a także autorem wielu książek, w tym kilku istotnych pozycji naukowych dotyczących miecza japońskiego. Największe muzea świata zatrudniały go jako rzeczoznawcę – sporządzał dla nich ekspertyzy mające na celu ustalenie wieku i pochodzenia broni.

Pewnego razu, prowadząc badania archiwalne, odnalazł zaginioną w czasie drugiej wojny światowej głownię mistrza Masamune. Odtąd różne instytucje zlecały mu poszukiwania zaginionych lub ukradzionych egzemplarzy zabytkowego uzbrojenia. Behemot często odnosił sukcesy nawet w przypadkach, w których policja była bezsilna. Nic więc dziwnego, że z czasem z jego usług zaczęły również korzystać duże firmy ubezpieczeniowe.

Swe sukcesy zawodowe Behemot zawdzięczał jednak nie tyle inteligencji, ile nadzwyczajnemu instynktowi, który teraz podpowiadał mu, że warto przeczytać książkę o normańskiej dziewczynie choćby ze względu na anonimowego adresata i sposób jej dostarczenia.

Ponadto w powieści występował Surtr, którego Behemot widział w nawiedzającym go ostatnio dziwnym śnie o zmierzchu bogów. Choć nie należał do ludzi przesądnych, było to na tyle intrygujące, żeby zachęcić go do lektury…

– Pani Simkins, monsieur – poinformował kamerdyner, podając Behemotowi telefon na srebrnej tacy.

Przez chwilę słuchał osoby po drugiej stronie.

– Jadę natychmiast – powiedział i odłożył słuchawkę.

Behemot znał Adelajdę Simkins od lat, pracowała na uczelni, na której robił doktorat z historii. Mieli dużo wspólnych zainteresowań i pomimo znacznej różnicy charakterów i temperamentów zawiązała się między nimi serdeczna przyjaźń.

Kilka minut później Behemot siedział już za kierownicą swojego samochodu i jechał na południe, do słynącego z jabłek regionu Calvados.

Dotarł do domu Adelajdy w niecałą godzinę. Zaparkował na podjeździe, wyszedł z auta i zapukał do drzwi. Otworzyła mu pani domu – wysoka chuda kobieta o starannie ufryzowanych blond włosach. Zauważył, że była bardzo zdenerwowana, jej dłonie drżały.

– Przepraszam, że cię fatyguję, ale chciałam, żebyś jak najszybciej przyjechał.

– Co się stało? – zapytał Behemot.

– Znalazłam w piwnicy trupa!

– Trupa?! Dlaczego nie wezwałaś policji? Przecież to trzeba natychmiast zgłosić!

– Myślałam, że nie muszę, bo wygląda bardzo staro.

– Stary trup? Nie rozumiem. Co masz na myśli? – zawołał zaskoczony Behemot.

– Mama ma na myśli szkielet, a nie zwłoki. Szkielet jest faktycznie stary, ma co najmniej kilkaset lat. – Behemot odwrócił się, żeby zobaczyć, kto wypowiedział te słowa.

Na schodach stała kilkunastoletnia dziewczyna.

– Matylda? – W pierwszym momencie nie był pewien, czy rzeczywiście ma przed sobą córkę pani Simkins.

Nie widział jej przez kilka lat – matka posłała ją do Anglii, do prywatnej szkoły z internatem.

– Ostatni raz, kiedy cię widziałem, miałaś dziesięć lat, a teraz… Patrzcie no, patrzcie. – Uśmiechnął się.

To prawda, Matylda zmieniła się nie do poznania. Niegdyś pulchne dziecko o pyzatej buzi, teraz była wysoką i smukłą dziewczyną o ładnej regularnej twarzy. Gdyby nie okulary i spięte w kitkę ulizane włosy, można by ją z powodzeniem wziąć za młodziutką modelkę.

– Pamiętasz pana d’Albret, Matyldo? – zapytała pani Simkins.

– Tak, ale… – dziewczyna zawahała się – minęło tyle lat…

– Oczywiście że mnie nie pamiętasz. – Behemot znów się uśmiechnął. – Ja też ledwo cię poznałem… Ale może opowiecie mi teraz o tym szkielecie?

– Zupełnie nie rozumiem, skąd się tam wziął – zaczęła pani Simkins, lecz Matylda weszła jej w słowo:

– Przecież tam, gdzie obecnie mamy w domu piwnicę, była kiedyś kaplica. Nie ma w tym nic niezwykłego, w takich miejscach często chowano pod posadzką zwłoki możnych.

– A skąd ty możesz o tym wiedzieć? – żachnęła się pani Simkins.

– Czytam książki, mamo. – Matylda była pozornie spokojna, ale rumieniec, który nagle pojawił się na jej twarzy, zdradził, że uwaga matki była dla niej przykra.

Behemot odnotował napięcie pomiędzy matką a córką; chcąc załagodzić sytuację, oświadczył:

– Pozwolicie, że pójdę teraz do piwnicy i sam zobaczę, o czym mówimy. A przy okazji, czy możecie mi powiedzieć, jak dokonałyście tego odkrycia?

– Przez przypadek – odparła pani Simkins. – Kilka dni temu kazałam zainstalować w piwnicy nowy piec olejowy, bo stary zużywał zbyt dużo paliwa. Przy tej okazji robotnicy uszkodzili jedną z kamiennych płyt, którymi jest wyłożona podłoga. Kawałek płyty odstawał i bałam się, że ktoś się potknie, więc wczoraj postanowiłam wepchnąć go na miejsce. On jednak wpadł do środka i okazało się, że pod płytą jest komora. Gdy przyniosłam latarkę, żeby zajrzeć do środka, zobaczyłam trupa!

– Mama zobaczyła czaszkę i kawałek szkieletu – poprawiła Matylda – sama to sprawdziłam. To musi być co najmniej sześćsetletni grób. Znalazłam w nim to. – Dziewczyna pokazała Behemotowi mały metalowy przedmiot.

– Srebrny krzyżyk – stwierdził.

– Tak, ale w ten krzyżyk wpisany jest młot Thora! – zawołała Matylda. – Proszę sprawdzić.

Istotnie, pośrodku krzyża widniał znak, który można by uznać za stylizowaną postać Chrystusa, gdyby nie to, że tradycyjnie tak właśnie przedstawiano w Skandynawii młot Thora. Ponadto ramiona krzyża były ozdobione powtarzającą się runą:

– To runa „uruz” oznaczająca siłę i męstwo, tradycyjny znak Thora – stwierdził Behemot.

Twarz pani Simkins wyrażała niedowierzanie; Matylda wzięła krzyżyk z rąk Behemota z tryumfalnym uśmiechem na twarzy.

– Właśnie dlatego mówiłam, że szkielet jest stary – stwierdziła. – Nordyckie wierzenia były w Normandii żywe do trzynastego, może nawet czternastego wieku, choć oczywiście nikt się z nimi nie obnosił.

– Musimy sprowadzić tu archeologów. To ważne znalezisko i powinno zostać niezwłocznie zgłoszone – stwierdził Behemot.

– Czyli… nie chce pan zobaczyć szkieletu? – Matylda była wyraźnie rozczarowana.

– Jasne że chcę – roześmiał się Behemot. – Archeologia może poczekać. Niecodziennie odkrywa się tak stare groby.

– Pójdę z panem i wszystko panu pokażę. – Dziewczyna była wyraźnie podekscytowana.

– Zgoda, dziękuję za pomoc. Adelajdo, idziesz z nami?

– Absolutnie nie! Mało nie zemdlałam, gdy zobaczyłam to… to okropieństwo!

Behemot kiwnął głową i już kierował się do wyjścia, kiedy nagle odwrócił głowę i nadstawił uszu.

– Spodziewasz się gości? Zdaje się, że właśnie ktoś podjechał pod dom. – Ledwo skończył mówić, gdy w holu zadzwonił dzwonek.

Pani Simkins wyszła z salonu, żeby sprawdzić, kto przyjechał z wizytą. Chwilę później wróciła w towarzystwie dwóch panów. Pierwszy z nich był szczupłym mężczyzną około pięćdziesiątki, ubranym w klasyczny ciemny garnitur w prążki. Drugi, lat około trzydziestu, nosił przydługi pomięty płaszcz i był lekko zgarbiony. Behemot zauważył, że nieznacznie utyka.

– Panowie są naukowcami z uniwersytetu w Caen – przedstawiła gości pani Simkins. – Przyjechali tutaj w ramach projektu naukowego…

– …dotyczącego normańskich okazów broni i uzbrojenia, opisanych w legendach z tego regionu – dokończył elegancki mężczyzna, po czym podszedł do Behemota i uśmiechnął się, odsłaniając nieskazitelnie białe równe zęby. – Milton Phosphoros – przedstawił się, ściskając dłoń słynnego rzeczoznawcy. – Jestem profesorem historii i niepoprawnym pasjonatem średniowiecznej broni. Zapewne widzieli państwo moje filmy dokumentalne na History Channel?

– Tak, są doskonałe! – zawołała Matylda. – Najlepszy był ten, w którym zademonstrował pan upadek z konia w pełnej zbroi płytowej!

– Dziękuję, cieszę się, że moja działalność popularyzatorska znajduje odbiorców również wśród przedstawicieli młodego pokolenia, panno…

– Matylda Simkins. Bardzo mi miło, panie profesorze – powiedziała Matylda z tak niewymuszoną elegancją, że Behemot spojrzał na nią z podziwem.