Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 370 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strażnicy światła - Abby Geni

KSIĄŻKA ROKU 2016 WEDŁUG BARNES & NOBLE!

SZALENIE WCIĄGAJĄCA OPOWIEŚĆ, W KTÓREJ NIEPOKÓJ STALE WISI W EGZOTYCZNYM POWIETRZU WYSP WYBRZEŻA KALIFORNII

Siedmioro ludzi. Jedna mała wyspa. Wyizolowane środowisko, ograniczona grupa, problemy z zaufaniem oraz bezwzględna, tylko pozornie losowa śmierć raptownie zbierająca żniwo… Strażnicy światła to thriller, który przedstawia świat dzikiej natury i spektakl grozy.

Miranda jest fotografką natury, która została wysłana na zawodową misję. Jej zadaniem jest robienie zdjęć ukazujących piękno otaczającej przyrody maleńkiej wyspy. Towarzyszy jej jedynie sześciu osobliwych naukowców. Dzień po dniu, Miranda jest świadkiem niewiarygodnych wydarzeń; pogłębia swoje przywiązanie do egzotycznych wysp i… współtowarzyszy. Jednak mimo zażyłości, czuć dziwny niepokój w powietrzu - budzące lęk podejrzenia. Atmosfera robi się coraz gęstsza; słychać szepty o legendzie mówiącej, że miejsce ich zamieszkania zwie się „Wyspami Śmierci”… A z każdym kolejnym aktem przemocy robi się… duszno. I już każdy jest podejrzany o najgorsze.

NIEWYMOWNA KOMPOZYCJA MONSTRUALNEGO NIEPOKOJU ORAZ TRWOGI, KTÓRĄ CZUJESZ, OGLĄDAJĄC SIĘ NIEUSTANNIE PRZEZ RAMIĘ

-------

Specyficzna, szalenie klimatyczna opowieść. (...) To, co najbardziej wciąga w tej książce, nie mówiąc już o dynamicznej fabule, to zmysł autorki do tworzenia pełnej napięcia atmosfery. Kończąc tę powieść, czytelnik natychmiast zaczyna zastanawiać co jeszcze się Abby Geni w przyszłości mu opowie.

- New York Times Book Review

-------

Abby Geniamerykańska autorka, która zadebiutowała prowokacyjną książką Strażnicy światła. Wielokrotnie nagradzana pisarka jest szeroko chwalona za swój niesztampowy styl. Z zawodu jest nauczycielem akademickim kreatywnego pisania.

Opinie o ebooku Strażnicy światła - Abby Geni

Fragment ebooka Strażnicy światła - Abby Geni

Dla Scotta

PROLOG

Ptaki wznoszą bitewne okrzyki. Miranda widzi, jak stado mew skręca w jej kierunku. Białe pióra. Lśniące dzioby. Szalone ślepia. Dość się napatrzyła na agresję, do której są zdolne, i wie, co zamierzają. Poruszają się w formacji bojowej, kołują nad nią niczym bombowce namierzające cel.

Miranda zmierza w stronę promu. Przyspiesza, wędrując w górę zbocza z plecakiem huśtającym się na ramionach. Łódź się spóźnia, ale nie ma w tym nic dziwnego. Prom zawsze się spóźnia. Na wyspach to jedna z niewielu rzeczy, które są niezmienne.

Chlupot fal wypełnia powietrze. Archipelag spowija mgła. W czasie letnich miesięcy podobne opary są częstym zjawiskiem. Popołudnia tutaj rzadko bywają ciepłe i złociste, nikt się nie opala. Horyzont ginie we mgle, słońce przypomina wilgotny dziecięcy wiatraczek.

Miranda ślizga się na kruszejącym skrawku skały. Pomimo pragnienia, żeby opuścić to miejsce, musi kroczyć ostrożnie, z uwagą. Spowalniają ją gniazda i pisklęta. Mewy pokryły ziemię niczym śnieg, robią użytek z każdego kawałka trawy i granitu. Na ich tle Miranda wygląda osobliwie, jak samotna sosna pośród jednolitej bieli.

Ptaki bynajmniej nie są cicho. Ich skrzydła szeleszczą. Pisklaki wrzaskliwie domagają się pożywienia, a rodzice odpowiadają oburzonym skrzekiem. Raz na jakiś czas następuje nagły wybuch, kłótnia o terytorium – łopoczą skrzydła, tryska krew. Miranda również pada ofiarą ich fanatycznego, zaborczego niepokoju. Odkąd wyszła z domu, kilka mew śledzi każdy jej ruch. Lada moment zaatakują. Ich skrzydła są rozłożone, oczy błyskają. Są coraz bliżej.

Jednak Miranda jest przygotowana. Ma na sobie rękawice z grubej skóry, przez co mniejsza część ciała jest wystawiona na atak. Wokół każdej kostki nosi obróżkę przeciw pchłom, aby ptasie wszy nie wpełzły jej pod ubranie. Maska na twarzy pomaga znieść potworny smród amoniaku unoszący się ponad guanem. Kask leży krzywo na jej głowie, a założona pod spód wełniana czapka zapewnia dodatkową ochronę. Miranda otulona jest też w ponczo, już upstrzone szlamowatymi odchodami, którymi mewy posługują się niczym precyzyjną bronią. Kiedy przybędzie prom, dziewczyna pozbędzie się wszystkich tych ubrań. Porzuci cały strój, tak jak szpieg zdejmuje kostium, zrywa perukę i wypluwa sztuczne zęby, odpina broń, po czym ucieka z danego miejsca, momentalnie stając się kimś zupełnie przeciętnym, kolejną twarzą w tłumie.

Niesie zapięty plecak, jej dobytek jest skromny. To kolekcja muszelek. Przynoszące szczęście pióro maskonura. Rekini ząb, mały, o piłkowanej krawędzi. Dziwnie jest, po całym czasie spędzonym tutaj, opuszczać to miejsce, niosąc tylko plecak. Ale rzeczy osobiste nie są w stanie długo tu przetrwać. Dżinsy, które Miranda przywiozła ze sobą tak dawno temu, zamieniły się w szmaty. Książki spleśniały. Ergonomiczną poduszkę wypełniają mysie odchody. Jedyne, co zachowała – nie bez trudu, korzystając z wodoodpornych pojemników oraz sporej dozy sprytu i czujności – to trzy cyfrowe aparaty fotograficzne, jeden aparat wielkoformatowy i kilka kartonów niewywołanego filmu. To jej skarby. Odzwierciedliła na zdjęciach każdy z nastrojów tych wysp, od krystalicznej czystości zimowego słońca aż po dzikie jesienne burze. Wysp jest ponad tuzin. Miranda uwieczniła każdą z nich. Czekoladowy Okruch: ciemny kontur na tle lśniącego oceanu. Nabrzmiały kamienny kopiec zwany Głową Cukru. Wysepki Pijanego Wujka, wystawiające łyse łby ponad powierzchnię wody. A także tutejszych ludzi. Tych nielicznych, którzy przetrwali. Ich zdjęcia też ma.

Atak nadchodzi bez ostrzeżenia. Mewa uderza Mirandę w skroń i dziewczyna traci równowagę. Krzyczy, kask przekrzywia się jej na oczy. Skrzydła łopoczą wokół jej ramion. Mewa nie wychodzi z tego bez szwanku; skotłowana pada na ziemię, jest wyraźnie zdezorientowana. Miranda się nie zatrzymuje. Rozczochrana i wstrząśnięta, podąża w stronę wody. Wie, że nie może tutaj przystanąć, nie na otwartej przestrzeni. Wspina się na klif, ciężko oddychając, i wreszcie dociera na grań.

Kilkanaście metrów od brzegu rozpościera się ściana gęstej mgły. Kłęby oparów pokrywają ocean niczym dymiące węgle. Miranda poprawia kask. Ptaki zachowują dystans, przegrupowują się, wahają. Wykrzykują groźby i ostrzeżenia. To niepokojące cienie, które nieustannie pikują i kręcą się na skraju pola widzenia.

Nagle po wodzie niesie się warkot silnika. Hałasujące mewy niemal go zagłuszają. Miranda widzi, jak dziób promu przedziera się przez mgłę. Jest w jego pojawieniu się coś widowiskowego, jakby było jedną ze sztuczek podczas pokazu iluzjonistycznego. Łódź zdaje się rodzić w bólach, pojawia się znikąd, wyrasta z mgły, ze snów. Niemal wbrew własnej woli Miranda unosi obie ręce nad głowę i macha energicznie. Z tej odległości nie widzi, czy Kapitan Joe odpowiada tym samym. Patrzy, jak statek sunie po wodzie. Mewy wirują wokół niej, skrzecząc. Nie poddały się. Ich wrogość będzie trwała aż do ostatniej chwili. Miranda wie, co by jej zrobiły, gdyby tylko mogły. Wie, jak niebezpieczne potrafią być te wyspy. Wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny.

Pół godziny później jest już na promie. Nigdy nie radziła sobie dobrze z chorobą morską, więc opiera się o burtę i czuje, jak jej żołądek podskakuje w rytm każdego szarpnięcia pokładu. Jest gotowa do drogi; gotowa, żeby po raz pierwszy od roku opuścić te wyspy. Od brzegu dzieli ją siedem metrów i zarazem cały świat. Kapitan Joe przemieszcza się po łodzi, doglądając tajemniczych marynarskich spraw: rozwija sznury, przesuwa dźwignie, sprawdza siłę jakiegoś zatrzasku. W miarę jak prom odsuwa się od brzegu, ocean zaczyna się obracać, kręci się wokół własnej osi. Z tej perspektywy cały krajobraz wygląda zupełnie inaczej: wyspy są małe, mgła przypomina miękką firankę, ptaki zdają się delikatne i niegroźne, jakby były zrobione z papieru. Miranda wstrzymuje oddech, odzwyczajona od poczucia bezpieczeństwa.

Zdjęła obroże przeciw pchłom, ponczo, maskę i kask. Mimo wszystko jest nieprzyjemnie świadoma faktu, że jej ubrania – buciory z metalowymi noskami, wełniana czapka oraz męska kurtka, którą sobie przywłaszczyła na pamiątkę – nie wyglądają zupełnie normalnie. Jej ubiór nie pasowałby do żadnego innego miejsca poza Wyspami Farallońskimi. Kiedy dotrze do Kalifornii, wezmą ją pewnie za bezdomną. Może przechodnie będą się nad nią litować i zechcą dać jej jakieś drobne. Gdyby tylko wiedzieli...

Statek rozcina wodę. Jego kilwater rysuje na tafli ścieżkę sięgającą brzegu. Miranda zamierza patrzeć na wyspy, obserwować, jak giną w oddali, spoglądać na nie tak długo, aż pożre je mgła. Archipelag to kolekcja miniaturowych wysepek, maleńka formacja, drobina kurzu na mapie. Farallon Południowo-Wschodni jest jedyną wyspą z tej zgrai, która w ogóle nadaje się do zamieszkania. Ma łatę zieleni, na której przycupnęła chata, a także latarnię, łodzie i dwa niewielkie drzewa, które stoją dumnie na wietrze; ich korony posplatały się ze sobą w poszukiwaniu towarzystwa. Wokół tej centralnej wyspy rozsiane są małe rzeźby z nagiego kamienia, nieistotne, niezdolne do podtrzymania roślinnego życia, chłostane falami i udekorowane pąklami. W miarę jak łódź oddala się od brzegu, Miranda przygryza wargę. Ma płochą nadzieję, że mignie jej jeszcze jakaś ludzka postać – stojąca na skraju klifu, czekająca, żeby pomachać jej na pożegnanie. Ale po wszystkim, co miało tam miejsce, powinna wiedzieć, że tak się nie stanie. Nikt jej nie żegna. Wyspy wydają się opuszczone. Latarnia stoi czarna i nieruchoma na tle kotłujących się chmur. Chatę ledwo widać, jej większą część zakrywa wzniesienie.

Fale rosną, wzbierają pod kadłubem. W polu widzenia pojawia się Siodło, gęsto obsadzone lwami morskimi, z których część drzemie jeden na drugim, a inne skaczą komicznie po plaży. Wkrótce prom dociera do mgły. Z wnętrza pokładówki dobiega śpiew Kapitana Joego – wesoła melodia niesiona przez wiatr. Wyspy stają się rozmyte, eteryczne. Mgiełka pozbawia je ostrych krawędzi, zmiękcza ich kontury. Dziewczyna mruży oczy, żeby ostatni raz dojrzeć linię brzegową. Przez moment czuje, jakby sama była łodzią ciągnącą za sobą łańcuch z kotwicą. Przez ostatnie dwanaście miesięcy sznur żelaznych ogniw łączył ją z tym archipelagiem. Upływ czasu zmienił ją niczym statek zakotwiczony w porcie – pokrył korozją, atakował falami, wybił dziury w kadłubie, wreszcie ubrudził i obtłukł ją nie do poznania. Teraz dziewczyna czuje, jak ten łańcuch zaczyna trzeszczeć. Napina się do granic możliwości, przeszywa bólem. Wreszcie, z nagłym szarpnięciem, pęka w połowie. Kiedy Miranda w końcu zrywa się z uwięzi, niemal traci przytomność.

Przez ostatni rok każdego ranka słuchała, jak Galen głośno spluwa do zlewu. Stała przy kuchence wraz z Charlene, chichocząc, gdy wspólnie sypały wszystkie dostępne w spiżarce przyprawy na patelnię pełną jajecznicy z nurzykowych jaj, nieudolnie starając się, by ich śniadanie choć raz nie trąciło rybą. Chodziła na spacery z Mickiem, raz za razem okrążając wybrzeże. Czekała przy drzwiach, patrząc, jak Forest starannie wiąże buty, co zajmowało mu dziesięć minut więcej niż wszystkim innym, tak jakby losy świata mogły zależeć od precyzji każdego supełka. Miranda poznała wszystkie ich dziwactwa. Zna śmiech Galena: to, jak marszczą się jego zamknięte oczy, a usta otwierają tak szeroko, że widać każdą plombę. Wie, że Lucy nuci przez sen, godzina po godzinie, doskonale słyszalna wśród ciszy panującej w chacie. Pamięta zapach potu Andrew – cierpką, ziemistą woń. Pamięta dokładnie wygląd białych dłoni Micka.

Żadnej z tych osób już nigdy nie zobaczy. W jakimś stopniu jest z tego zadowolona.

Podczas długiego rejsu promem zdejmuje czapkę i robi, co może, żeby uczesać zmierzwione włosy. Zmaga się z przerażającą morską toaletą. Sprawdza swój sprzęt fotograficzny. Niektórzy ludzie nadają imiona samochodom – ukochanym przedmiotom, którym przypisują osobowość. Miranda ma w zwyczaju nazywać swoje aparaty. Najlepszy w tej gromadce jest Klejnot. Ten wielkoformatowy aparat ma wystarczająco dużo pokręteł, żeby wprawić w osłupienie Galena oraz Foresta, którzy mieli w zwyczaju bawić się nim, ilekroć Miranda nie patrzyła. To potwór, który – niczym hiperaktywna królowa pszczół – wydał na świat setki klisz, wciąż niewywołanych, czekających, by wykluć się w ciemni. Drugi aparat to Charles, prawdziwy antyk. Charles radzi sobie najlepiej rano i wieczorem, kiedy niebo jest złociste, a powietrze gęste od światła. Charles narzuca własne spojrzenie na świat. Pozostałe dwa (Gremlin oraz Rybi Pysk) to cyfrowe lustrzanki: proste, szpanerskie, nieprzyzwoicie drogie. Miranda troszczy się o każdy z nich jak dobrotliwa matka. Pamięta o ich urodzinach – o tych ważnych datach, kiedy je zakupiła.

Dwoje swych dzieci straciła w ciągu minionego roku. To ofiary wysp. Nazywała je Kocurem i Złoczyńcą, a teraz przepadły na zawsze.

Miranda przenosi się do schronienia, jakie daje pokładówka. Siada na ławce. Za oknami rozciąga się mgła, otacza łódź niby wałek bawełny. Świat poza kadłubem został ograniczony do wrażeń słuchowych: syreny mgłowej, plusku fal, pokrzykiwania mew. Ten ostatni dźwięk jest już odległy, dźwięczny, niemal muzykalny.

Dziewczyna sięga do torby i wyciąga szarą kopertę. Koperta jest gruba, jakby spuchnięta, i szeleszcząca. Wysypuje jej zawartość na kolana, uwalnia papierową śnieżycę. Są tam wyrwane z notesów kartki pokryte liniami. Jest papier do drukowania, zapełniony z obu stron odręcznym pismem Mirandy. Jest papier milimetrowy, są chusteczki i jest podkradziony z kuchni papier woskowany. Na każdej z tych powierzchni pismo Mirandy jest nadzwyczaj ściśnięte, jak mrówki maszerujące w linii. Papier w każdej formie był na wyspach towarem luksusowym, musiała więc wykorzystać do maksimum każdy jego strzęp. W czasie zimowych miesięcy wyrywała kartki z czasopism i ściubiła na marginesach. Robiła użytek ze starych paragonów, wyblakły druk został zastąpiony przez jej pismo. Pisała nawet na papierze toaletowym. Zawartość tej szarej koperty to cały rok pracy.

Miranda ostrożnie rozkłada zapiski na kolanach. Panuje w nich pewien porządek, choć dla kogoś innego trudny do dostrzeżenia. Niektórzy dopatrzyliby się w tej pisaninie dzieła szaleńca. Inni może dostrzegliby poetycką zbieżność z charakterem tego miejsca. Miranda znajduje notatkę z pewnego słonecznego wrześniowego popołudnia. Trafia na ten długi, gorączkowy list napisany jesienią, w którym pismo jest niemal zbyt rozchwiane, by dało się je odczytać. Wymięte stronice z tego deszczowego tygodnia, kiedy wypadało Święto Dziękczynienia, wciąż noszą pamiątkę po wilgoci. Są tam zapiski z grudnia, marca, z wiosny i z lata.

Może nie znajdzie tu żadnej odpowiedzi. Może nigdy nie zrozumie wszystkiego, co się jej przydarzyło. Ale to ostatnia szansa, żeby zrozumieć. Silnik promu warczy. Mewa zawodzi w oddali niczym przestraszone niemowlę. Miranda siedzi przez moment ze zwieszoną głową. Potem zaczyna czytać.

SEZON REKINÓW

1

Nigdy nie zapomnę pierwszych chwil po przyjeździe. Wyspy Farallońskie nie były tym, czego się spodziewałam. Okazały się mniejsze i dziwniejsze, niż je sobie wyobrażałam. To maleńki, zatopiony w wodzie łańcuch górski. Wydawało się, że jedna potężniejsza fala mogłaby zmyć je z powierzchni ziemi. Stałam na pokładzie promu. Fale biły w kadłub, podczas gdy Kapitan Joe spuszczał kotwicę. Łódź się kołysała, rozmyty horyzont tańczył. Osłoniłam oczy dłonią, wpatrując się w mój nowy dom.

Dawno temu miejsce to nazywano Wyspami Umarłych. Teraz mogłam zrozumieć dlaczego. Farallon Południowo-Wschodni mierzył niecałe trzy kilometry kwadratowe. Pozostałe wysepki były nagie, łyse, potrzaskane. Nie było tu piaszczystych plaż. Smugi wodorostów pokrywały brzegi, a wierzchołki zdawały się spękane i pokruszone. Wyspy ułożono według wysokości, tak jak ustawia się do zdjęcia weselnych gości. Ich rysy miały w sobie coś topornego. Bóg może i stworzył świat, ale do formowania Wysp Farallońskich oddelegował chyba jakiegoś nieletniego pasierba, w dodatku wyposażonego w podlejszy rodzaj gliny.

U mojego boku Kapitan Joe krzyczał do krótkofalówki. Odpowiadał mu jakiś trzeszczący głos. Na pokładzie promu spędziłam poprzednie pięć godzin. Byłam zdezorientowana i marzyłam o tym, żeby wziąć prysznic. Łódź wznosiła się na jednej krzywiźnie fali i opadała wzdłuż kolejnej. Mrużyłam oczy, patrzyłam pod słońce. Zakotwiczyliśmy wzdłuż stromego klifu. Widać było tylko skały, a ponad nimi chmury. Coś pojawiło się na krawędzi i zaczęło opadać.

Przedmiot wyglądał jak wgnieciona klatka dla ptaków. Na jej spodzie znajdował się ciężki żelazny dysk. Liny i siatka chybotały się na tle nieba. To, jak się dowiedziałam, był Billy Pugh. (Pochodzenie tej nazwy pozostaje tajemnicą. Pytałam, ale nie uzyskałam odpowiedzi). Kapitan Joe wydawał instrukcje. Ktoś po drugiej stronie krótkofalówki odpowiadał, zakłócenia zniekształcały głos. Ocean był atramentowy, pokryty szlamowatymi pęcherzami.

Na brzeg miałam zostać przetransportowana dźwigiem. Na Wyspach Farallońskich nie było doków ani mariny. Żadnej namiastki normalności. Prom zatrzymał się kilka metrów od klifu i nie mógł podpłynąć bliżej, bo kryjące się pod wodą rafy rozprułyby kadłub. Billy Pugh wylądował na pokładzie z głuchym łomotem. Kapitan Joe bez ceregieli pokazał mi, jak wejść do środka sznurowej siatki. Pomógł mi ustawić stopy na podstawie – metalowym krążku, pełnym rys i żłobień. Sieć nad moją głową została zebrana i zaczepiona o hak, ponad nim ku górze wiła się stalowa lina. Gdzieś u szczytu całej tej konstrukcji znajdował się dźwig. Cień na tle chmur.

Obróciłam się do Kapitana Joego.

– To bezpieczne, prawda?

– Poślę twoje bagaże następnym kursem – odparł.

Grunt usunął się pode mną. Zdusiłam okrzyk przerażenia, dłonie splotłam na linach. Billy Pugh wcale nie wyglądał, jakby miał mnie bezpiecznie utrzymać. Poruszałam się szybko, pędziłam do góry. Trzy metry. Pięć. Słyszałam jęk stalowej liny. Dysk przesuwał się pod moimi stopami. Próbowałam utrzymać równowagę, gdy Billy Pugh huśtał się jak wahadło. Ocean opadł, prom się rozmył, Kapitan Joe zmienił się w zniekształconą postać z kreskówki. Miałam wrażenie, że w oddali dostrzegam płetwę grzbietową. Właściwie chyba widziałam trzy poruszające się równocześnie. Byłam pewna, że zaraz zwymiotuję.

Rozległ się huk. Billy Pugh wylądował. Wydostałam się przez lukę między linami i opadłam na glebę Wysp Farallońskich.

Niezupełnie wiem, co nastąpiło potem. Leżałam na plecach, dumna, że zdałam pierwszy test. Czekałam, aż miną mdłości. Granit był zimny w dotyku, nierówna powierzchnia ugniatała mnie w kręgosłup. Widziałam teraz lepiej dźwig – zardzewiały wysięgnik zawieszony nad wodą. Billy Pugh raz jeszcze jechał w dół. Ktoś w pobliżu musiał sterować tym urządzeniem. Nie miałam pojęcia, kto przetransportował mnie na wyspę, kto znajdował się po drugiej stronie krótkofalówki Kapitana Joego. Wyspę zamieszkiwało sześcioro stałych rezydentów. Sześcioro biologów żyjących w odosobnieniu i dziczy Wysp Umarłych.

Mechanizm dźwigu umieszczono na szczycie pobliskiego wzgórza. Ktoś był w środku, ale z tej odległości nie mogłam rozpoznać żadnych szczegółów. Widziałam tylko ludzką sylwetkę. Wciągarka obracała się, lina rozwijała. Billy Pugh zniknął mi z oczu. Patrzyłam na przelatującego nieopodal morskiego ptaka. Wdychałam smród pleśni i guana. Zapach na wyspach był tak drażniący, że zdawał się palić w płucach.

Moje bagaże odbyły tę samą niebezpieczną podróż. Zanim się podniosłam, Billy Pugh spoczywał już obok mnie, wypakowany walizkami. Prom już odpływał. Jego dziób celował w Kalifornię, kilwater przypominał bruzdę pełną szarego szlamu. Nie widziałam Kapitana Joego. Bez pożegnania wszedł do pokładówki. Na tych wodach lepiej było nie pozostawać dłużej niż to konieczne.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu mojego nieznajomego pomocnika. Jednak sylwetka z okna dźwigu już zniknęła. Ktokolwiek tam był i sterował maszyną, nie uznał za konieczne przedstawić się, pomóc mi z bagażami, powitać mnie na wyspach. Coś zaległo mi w gardle. Na razie byłam zdana na samą siebie.

Dotarcie do chaty zajęło mi dłuższą chwilę. Ciągnęłam walizki, dyszałam i pociłam się. Było wczesne popołudnie, chłodne i słoneczne. Morski ptak przefrunął w oddali, wydając z siebie ochrypły okrzyk. Ocean huczał. Biała piana wznosiła się ponad klifami. Na tle przymglonego nieba latarnia morska pełniła samotną wartę.

Kiedy dotarłam na ganek, poczułam się jak morski rozbitek. Chata wydawała się opuszczona. W szybach widać było pęknięcia. Deski uginały się pod moimi butami. Nie było dzwonka do drzwi. Wciąż dyszałam po podejściu, bagaże leżały rozrzucone u moich stóp. Pamiętam, że zbierałam się do tego, żeby zapukać. Pamiętam, że przybrałam uprzejmy uśmiech mówiący: „och, jak miło was poznać”.

Ale zanim zdołałam się poruszyć – zanim zdołałam choćby mrugnąć – drzwi otworzyły się od środka. Cofnęłam się, przestraszona. Dwóch mężczyzn wypadło na zewnątrz.

Pierwszy był stary, drugi – młody. Może winne były moje wnętrzności wzburzone niedawnym rejsem, ale w tej chwili obaj wydawali mi się nie z tego świata. Starszy mógłby zagrać w filmie Posejdona – grzywa srebrnych włosów, ogorzała twarz, aura powagi. Młodszy tymczasem był chudy jak patyk, miał umięśnione, pokryte odciskami dłonie. Mógł stanowić drobniejsze bóstwo: chochlika obdarzonego ograniczonymi, ale niezwykłymi mocami.

Teraz, oczywiście, znam już ich imiona: Galen (ten starszy) oraz Forest (ten młodszy). Jednak wtedy nie miałam pojęcia, kim są. Wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się.

– Cześć – powiedziałam.

– Zbieraj się albo przepadnie nam całe widowisko – polecił Forest. Zajęło mi chwilę, nim zrozumiałam, że choć zwrócony w moją stronę, mówił do mężczyzny za swoimi plecami. Po prostu przypadkiem znalazłam się pomiędzy jego spojrzeniem a morzem.

– Dobrze, już dobrze – burknął Galen, naciągając czapkę na swoją białą grzywkę.

– Cześć – powiedziałam głośniej. – Dopiero co zeszłam z promu. Nazywam się...

Forest zakręcił się na pięcie, bijąc się w czoło.

– Zapomniałem cholernego aparatu. Dasz wiarę? Zapomniałem cholernego…

– Za późno – odparł Galen. – Musimy sobie poradzić bez niego.

Wyskoczyli na ganek i, gdybym się nie odsunęła, Forest wpadłby na mnie. Zapinał płaszcz. Galen obserwował wybrzeże przez lornetkę. Otworzyłam usta i zaraz je zamknęłam. Opuściła mnie pewność siebie. Nie mogłam się zmusić, żeby po raz trzeci zakomunikować im swoją obecność. Patrzyłam w ciszy, jak przechodzą nad moimi walizkami i pędzą po stopniach w dół.

Przez chwilę autentycznie zastanawiałam się, czy to nie sen. Przypominał nieco typowy koszmar będący wyrazem niepokoju: okropny rejs, potężne fale, przerażająca klatka z lin, kipiel oceanu, odległe płetwy grzbietowe, tajemnicze postaci na horyzoncie, żadnego powitania, żadnej pomocy, żadnej gwarancji czy bezpieczeństwa.

Obaj mężczyźni przeszli w trucht. Patrzyłam, jak ich postaci maleją. Niemal dotarli do szczytu wzniesienia, kiedy Forest wreszcie się odwrócił.

– Och, no oczywiście. Ty jesteś Melissa – krzyknął. – Witaj! Zostalibyśmy i pogadali, ale…

Galen przejął urwane zdanie, dokończył myśl towarzysza.

– …ale w Zatoce Zachodniej zaczął się szał jedzenia – wykrzyczał. – Wejdź do domu. Nie wychodź na zewnątrz. Tutaj nie jest bezpiecznie.

Nie mogłam się zdobyć na to, żeby odwrzeszczeć, że pomylili moje imię. Znikali już z pola widzenia, pędząc przed siebie jak dzieciaki goniące furgonetkę sprzedającą lody.

2

Ten list, podobnie jak inne, nigdy nie zostanie wysłany. W pisanych do Ciebie listach w przeszłości wykazywałam się sporą kreatywnością. Paliłam je. Grzebałam w ziemi. Rwałam je na strzępy niczym konfetti. Chodząc po górach, składałam moje wiadomości w kwiatki origami i wieszałam na drzewach. Kiedy pewnego długiego lata popłynęłam na spływ pontonem w dół Missisipi, robiłam z papieru łódeczki, które później kładłam na wodzie i patrzyłam, jak unoszą się z prądem niczym lilie wodne, jak ciemnieją powolutku, by zatonąć, kiedy już odwróciłam się do nich plecami.

Piszę do Ciebie od blisko dwudziestu lat. Ale żadna z tych wiadomości do Ciebie nie dotarła. Żadna z nich nie została odczytana. Bądź co bądź napisałam pierwszy list w tydzień po tym, jak umarłaś.

Oto, co pamiętam:

Twoje odejście z tego świata było nagłe. Pocałowałaś tatę w policzek, poszłaś do pracy, nigdy nie wróciłaś do domu. Byłam w szkole, kiedy wydarzył się wypadek. Słyszałam syreny. Karetka przejechała w szaleńczym pędzie za oknami, zagłuszając lekcję historii, podczas której ja i inni ósmoklasiści poznawaliśmy europejskie szlaki handlowe. Jakiś czas później rozbrzęczał się głośnik, trzeszczący syk wypełnił wszystkie sale dźwiękowym odpowiednikiem piasku. Rozległo się kilka puknięć, gdy dyrektor zmagał się z mikrofonem. Pamiętam wyraz poirytowania na twarzy nauczyciela. Padło moje nazwisko. Potem wypowiedziano je raz jeszcze. Podniosłam się, czując na sobie wzrok innych uczniów, i zaczęłam wpychać książki do torby. Nie byłam zaniepokojona. Wtedy nie skojarzyłam jeszcze tych dwóch rzeczy – karetki oraz mojego nazwiska.

Okazało się potem, że Twój samochód nawalił. Poranek był zimny, tak jak zimne potrafią być tylko zimy w Waszyngtonie – powietrze jest wtedy tak wilgotne i ciężkie, że opada na świat niczym chusta serowarska. Nie znałaś się na mechanice – tym zajmował się tata – ale i tak wykonałaś wszystkie zwyczajowe kroki: zaczęłaś kląć, podniosłaś maskę, jakiś czas wpatrywałaś się z konsternacją w labirynt trybów. W końcu porzuciłaś auto tam, gdzie stało, na rogu 13. i G, po czym ruszyłaś w górę zbocza, w stronę najbliższego warsztatu. Chodniki były mokre i śliskie. Garście niebieskiej soli, rozsypane przez właścicieli domów i sklepów, kiepsko radziły sobie z łatami lodu. Wyobrażam sobie Ciebie, smukłą postać w brązach, z twarzą aż po oczy okutaną w jeden z samodzielnie zrobionych szalików. Zatrzymałaś się na przejściu dla pieszych. Zaczekałaś na zielone światło. Dopiero na środku ulicy spostrzegłaś, że wywrotka wpadła właśnie w poślizg na płacie czarnego lodu.

Policjanci mówili o tym później jako o wypadku bez winnych. Miałaś prawo być wtedy na przejściu dla pieszych. Kierowca dostrzegł zmieniające się światło i próbował zahamować, ale śliska nawierzchnia w połączeniu z bezwładnością jego ładunku – trzynastoma tonami żwiru – nie pozwoliła mu na to. Nikt nie przekroczył prawa. Dręczyło mnie to. Wolałabym wypadek, w którym ktoś jednak zawinił. Trudno było zaakceptować fakt, że nikogo nie mogę obwiniać o utratę matki – nawet Ciebie.

Najwyraźniej z tamtego dnia pamiętam siedzenie przed gabinetem dyrektora, deptanie stopami wykładziny i zastanawianie się, czy umyłam wcześniej zęby. Przychodził mi do głowy tylko jeden powód, dla którego mogłam zostać wywołana z lekcji: a mianowicie, że Ty, jak zwykle pełna dobrych chęci, ale zarobiona po uszy, kolejny raz zapomniałaś zawieźć mnie na kontrolę u dentysty. Personel doktora Greenberga znał Cię przecież od tej strony. Wyobrażałam sobie, że ktoś od nich zadzwonił z uprzejmym przypomnieniem, a Ty momentalnie wypadłaś z pracy, z plamą kawy na rękawie, wyciągając wilgotne chusteczki z kieszonki rozpiętej torebki. Tak to już zazwyczaj wyglądało. Byłam pewna, że lada moment pojawisz się na korytarzu, zdyszana i oszołomiona.

Jednak kiedy drzwi się otworzyły, to wcale nie byłaś Ty. Stała tam ciocia Kim z twarzą upiora. Jej zachowanie wystarczyło, żeby postawić mnie na nogi. Ciocia Kim była zazwyczaj niewzruszona jak granitowa płyta. Nawet wtedy właściwie nie płakała. Była po prostu blada, miała na sobie krzywo zapięty płaszcz. Drgnęła na mój widok. Potem podeszła do recepcjonistki. Rozmawiały szeptem, zerkając w moją stronę. Zaniepokoiła mnie zmiana na twarzy recepcjonistki; to, jak jej typowe, znudzone spojrzenie ustąpiło miejsca współczuciu.

W Twojej rodzinie były trzy siostry. Ty byłaś najstarsza i najlepsza. Kim i Janine, bliźniaczki, przypominały dwie krople wody. Podkreślały to jeszcze, ubierając się na szaro, nosząc krótko przycięte włosy, wybierając cienkie szaliki i brązowe szminki. Każda z nich w pojedynkę wydawała się konwencjonalna i nieciekawa. Ale kiedy widziałam je razem, robiły zupełnie niesamowite wrażenie, jak chodzące lustrzane odbicia, jak złudzenie optyczne. Te same gesty, te same ukradkowe spojrzenia, ten sam ton głosu. Kiedy we trzy znajdowałyście się w jednym miejscu, to wrażenie stawało się jeszcze silniejsze. Wszystkie miałyście podobną budowę ciała – szczupłe, drobne, lekkie jak ptak. Ale ty byłaś odrobinę wyższa, odrobinę odważniejsza. Twój śmiech rozbrzmiewał ciut głośniej niż ich. Tyle rzeczy was jednak łączyło: sposób, w jaki kołysałyście biodrami, jak przekrzywiałyście głowy, i ten szorstki gardłowy pomruk. Echa, podobieństwa, tajemnice.

Jednak gdy chodziło o temperament, byłaś niepowtarzalna. Wiecznie napięta, wydychałaś emocje wraz z powietrzem. Piękny zachód słońca potrafił sprawić, że nagle przystawałaś w miejscu. Przyjacielska dyskusja podczas uroczystego obiadu mogła doprowadzić cię do szału, w którym waliłaś pięściami w stół. Kim i Janine brakowało tej iskry. One były spokojne, stoickie – kobiety, które postrzegały wyrażanie emocji jako oznakę słabości.

Teraz ciocia Kim wzięła mnie za ramię i wyprowadziła na zewnątrz. Jej usta przypominały cienką linię.

W samochodzie czekała ciocia Janine. Na jej widok w mojej głowie odezwały się dzwonki alarmowe. Obie bliźniaczki poważnie podchodziły do wykonywanych przez siebie zawodów. Nigdy nie brały urlopów zdrowotnych. Nie jeździły na długie wakacje. Ich widok o tak wczesnej porze, z dala od biurek, choć wciąż w ubraniach, które wkładały do pracy, z zaciśniętymi ustami i drżącymi dłońmi… Nie rozumiałam tego. Wcale mi się to nie podobało.

Ciocia Janine niczego mi nie wyjaśniła. Poleciła, żebym usiadła z tyłu.

Prowadziła ciocia Kim. Jej dłonie zaciskały się na kierownicy tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Wciąż miałam nadzieję, że to wszystko w jakiś sposób wiąże się z moimi zębami. Przednią szybę zdobiły sploty szronu. Pomiędzy budynkami dojrzałam senny blask rzeki Potomac. Zadzwoniła komórka cioci Kim. Nie odebrała jej w trakcie jazdy; to nie było w jej stylu. Zjechała najpierw na pobocze. Rozpoznałam głos wujka, choć słów nie dało się zrozumieć.

– O tak – oznajmiła ciocia Kim wesołym tonem. – Jest tutaj. Mhm.

Przewróciłam oczami. Nie miałam wątpliwości, że rozmawiają o mnie.

– Który? – zapytała. – Ten w Bethesda? Tak, rozumiem.

Utkwiłam spojrzenie w rzece.

– Zaraz będziemy – stwierdziła ciocia Kim, ciągle tym kruchym, pogodnym tonem.

Nie mówiąc mi ani słowa, zawróciła samochód. Wymieniły z ciocią Janine krótkie spojrzenia, porozumiewając się za pomocą właściwej bliźniętom telepatii. Jedna z nich zmrużyła oczy, druga kiwnęła głową, a potem oderwały od siebie wzrok.

Znowu przejechałyśmy obok mojej szkoły. W ciągu kilku ostatnich minut ten kamienny budynek jakoś dziwnie się skurczył. Przez samochodowe okno wydawał się zaskakująco odległy, jakby oglądany przez odwrotnie trzymany teleskop. Ruch był duży tego ranka. W D.C. ruch zawsze jest spory. Jechałyśmy w ciszy, która w chłodnym powietrzu wydawała się jeszcze bardziej natarczywa. Kilka razy widziałam, jak ciocia Kim odruchowo sięga do radia. Niepisaną zasadą było, że z głośników w jej aucie musi zawsze ryczeć radio NPR. Teraz jednak jej palce za każdym razem cofały się niczym poparzone.

Jej komórka znowu się odezwała. Ciocia raz jeszcze zjechała na bok, jadąca za nami taksówka zrewanżowała się jazgotem klaksonu. Na linii pojawił się głos mojego wujka, choć tak samo jak wcześniej nie byłam w stanie zrozumieć ani słowa.

– Prawie jesteśmy – powiedziała ciocia Kim.

A potem jej twarz zrobiła się pusta. Wymazał się cały jej wyraz, jakby ktoś przesunął mokrą ścierką po szkolnej tablicy. Pozostała para oczu, nos, rozchylone usta. W tej chwili była do Ciebie bardzo podobna.

Mój wujek mówił, stłumione słowa płynęły strumieniem.

– Rozumiem – powiedziała.

Raz jeszcze zawróciła. Widziałam, jak moja szkoła się zbliża. Najwyraźniej miałyśmy spędzić cały dzień, przejeżdżając przed nią w tę i we w tę. Odchrząknęłam, ale ciocia Kim nawet na mnie nie spojrzała. Obok niej ciocia Janine zacisnęła dłoń i przyłożyła ją do ust. Dalej nie zamieniły ani słowa. Nie musiały.

– Dokąd jedziemy? – zapytałam.

To ciocia Janine mi odpowiedziała.

– Zabieramy cię do domu – stwierdziła.

Nie mam żadnych wspomnień z kilku następnych dni. Ktoś inny włożył czarne ubranie i poszedł na pogrzeb. Ktoś inny przyjmował afektowane uściski. Wszystko, co mam, to krótkie, wodniste przebłyski. Lodowate powietrze wypełniające dom. Czerwone, spuchnięte oczy ojca. Ceremonia czuwania przypomina rozmyty obraz z udziałem miękkich dywanów i przygaszonych świateł. Wydawało się, że każdy dorosły człowiek w znanym wszechświecie odczuwa potrzebę, żeby podejść do mnie i powiedzieć coś o tym, że Bóg ma plan dla każdego z nas. Przykro mi z powodu twojej straty, mówili, tak jakby wszyscy otrzymali ten sam scenariusz.

Pewna scena szczególnie zapadła mi w pamięć: jedna z moich małych kuzynek ciągnęła za rękaw ciocię Kim. Stałam niedaleko, czując się niezręcznie w mojej żałobnej sukience. Ta moja kuzyneczka zapytała o Ciebie czyściutkim głosikiem. Chciała wiedzieć, czy wkrótce przyjdziesz, czy usiądziesz obok niej.

Miałam czternaście lat. Z przodu pomieszczenia, na wpół ukryta za masą kwiatów, spoczywała Twoja lśniąca trumna. Wiedziałam, co się w niej znajduje. Znałam odpowiedź na pytanie mojej małej kuzynki. Ale nie mogłam nic poradzić na to, że zamarłam i z sercem w gardle czekałam na odpowiedź cioci Kim.

– Nie bądź dziecinna – odparła ciocia. – Weź sobie ciasteczko i siedź cicho.

Mrugnęłam. Minął jakiś czas. Stałam na zewnątrz, na chodniku, wystawiona na podmuchy wiatru. Przez pewien czas coś takiego przydarzało mi się dość często. Mrugnij, a minie godzina. Mrugnij raz jeszcze, a upłynie całe popołudnie. Wydawało się, że ktoś kroi nożycami mój wewnętrzny kalendarz, usuwa czas.

Kilka nocy później doszłam do siebie. Siedziałam w sypialni. Ojciec był na dole; on też zapadł w coś w rodzaju chodzącej śpiączki, przy życiu utrzymywały go mecze futbolu w telewizji oraz liczne kubki czarnej kawy. Na pewno ucieszyłoby go moje towarzystwo, ale unikałam go. Unikałam wszystkich. Ciocia Kim zachęcała, żebym dzwoniła o każdej porze. Ciocia Janine zupełnie niezależnie powiedziała dokładnie to samo, dokładnie tym samym tonem. Jedna z moich koleżanek z klasy podrzuciła mi prace szkolne z całego tygodnia, które ułożyły się w stertę na moim biurku i czekały na moją uwagę. Istniały tysiące rzeczy, które mogłam robić. Ale świat został wywrócony do góry nogami i nikt inny nie wydawał się tego dostrzegać. Zadziwiające było, że moja szkoła dalej działała, że miałam się tam pojawić już w poniedziałek. Nie chciało się wierzyć, że samochody wciąż toczą się ulicą. Zwinięta w kłębek na materacu ćwiczyłam wypowiadanie słowa „martwy”. Martwy sezon. Martwy przepis. Martwa natura. Teraz, kiedy o tym myślałam, to słowo było wszędzie. Padało w codziennych rozmowach, w miejscach, gdzie wcale nie miało prawa się znaleźć, niczym ostrzeżenie, jak coś, czemu przez własną głupotę do tej pory nie poświęcałam należytej uwagi.

Później przypomniałam sobie Biuro Martwych Listów. Kilka tygodni wcześniej – albo, jak mogło się zdawać, całe dziesięciolecia wcześniej – moja klasa wybrała się na wycieczkę do lokalnego urzędu pocztowego. Wyjście było nudne w ten specyficzny sposób, w jaki zwykle nudne są przymusowe wizyty w instytucjach rządowych. Pokoje pełne szafek z aktami. Spocony przewodnik w niebieskim mundurze, uzbrojony w zestaw notatek na małych karteczkach oraz całą litanię żałosnych dowcipów. Długie korytarze. Żadnej przerwy na przekąskę.

Biuro Martwych Listów okazało się miejscem, gdzie trafia poczta, której nie da się doręczyć. Nasz przewodnik oprowadził nas po nim z dumą. Powiedział, że jest ono niezwykłe. Olbrzymie, eleganckie Biuro Martwych Listów z Nowego Jorku pojawiło się nawet raz w bożonarodzeniowym filmie, jako że wszystkie listy prezentów zaadresowane do Świętego Mikołaja na biegunie północnym zbierały się tam podczas świąt, tworząc stertę podobną do śnieżnej wydmy.

Byłam sama w sypialni, pospieszyłam do biurka. Chwyciłam długopis – z pękiem piór w miejscu gumki, o ile dobrze pamiętam – oraz plik papierów. Potem zapisałam pięć kartek, z przodu i z tyłu, nie przerywając. Naszyjnik, który ciocia Kim założyła na pogrzeb, rozbawiłby Cię – nie ma za grosz gustu – ciocia Janine miała buty na płaskiej podeszwie, z powodu haluksów – tak dziwnie było widzieć je tam bez Ciebie – dwie zamiast trzech – wszyscy rozmawiali i pili kawę, cała rodzina spacerowała i wymieniała się uściskami – ale bliźniaczki co chwila zatrzymywały się i rozglądały dookoła – zupełnie jakby czekały na Ciebie… Byłam tylko na wpół przytomna. Moja dłoń poruszała się nad kartką, a słowa płynęły. Na pogrzeb ubrali Cię w fatalną sukienkę – sądziłam, że powinnaś być w swoich dżinsach, ale ciocia Kim powiedziała: Nie Ma Mowy – włożyłam do trumny paczkę gum – nie wierzę w niebo, ale Ty na pewno tak – może gumy pomogą Ci odetkać uszy po drodze do góry…

Wreszcie skończyłam. List był gotowy, wsadzony do koperty. Przekradłam się na dół. Poruszałam się cicho, żeby nie zbudzić ojca; znalazłam znaczek. Na kopercie napisałam tylko jedno słowo: MAMA. Później włożyłam płaszcz i pobiegłam ulicą do najbliższej skrzynki pocztowej.

Koperty czekają na Ciebie w każdym stanie, który kiedykolwiek odwiedziłam. Piszę do Ciebie już od blisko dwudziestu lat. Może to dziwne, że wciąż mam tyle do powiedzenia. Często łapię się na tym, że odwracam się w Twoją stronę, odruchowo, z pytaniem na ustach; wciąż wdaję się z Tobą w wyimaginowane sprzeczki. Magazynuję wspomnienia, które mi pozostały – te, które nie zginęły w międzyczasie – i przesiewam je między palcami, oceniam je. To jak się śmiałaś, rechocząc głośno. Miodowo-lawendowy zapach Twoich włosów. Twój zwyczaj nucenia podczas długich przejażdżek. Twoje zamiłowanie do lnianych spódnic. Wciąż doświadczam tych ataków bezdennej pustki. Nawet teraz radzę sobie z nimi tylko w jeden sposób: siadając do biurka na kilka minut i pisząc kolejne słowa, z głową zwieszoną nisko nad kartką papieru.

Moje ciągłe podróże oczywiście wszystko utrudniają. Ze względu na pracę zjeździłam całą kulę ziemską. Fotograf przyrody z zasady nigdzie nie zatrzymuje się na długo. Zaraz po studiach przyjęłam pracę polegającą na uwiecznianiu obrazów pustynnych zwierząt i całymi tygodniami włóczyłam się po Półwyspie Somalijskim. Cytując ojca: „złapałam podróżniczego bakcyla”. Od tamtej pory wędrowałam po górach i penetrowałam jaskinie. Przypiekałam się na czerwono w tropikach i spałam w prowizorycznych igloo. Postawiłam stopę na każdym z kontynentów. Pływałam w niemal każdym oceanie.

Kiedyś spędziłam wyczerpujący miesiąc w Kenii – wiecznie zdyszana z powodu wysokości, zawsze zgrzana aż do szpiku kości. Raz przez tydzień fotografowałam ślepe delfiny w rzece Indus (wieki życia w mętnej wodzie uczyniły ich oczy zbędnymi). Któregoś dnia poleciałam do Australii na trzytygodniowe fotograficzne szaleństwo, gdzie z każdego możliwego kąta robiłam zdjęcia baobabów, ich niewyobrażalnych sylwetek, grubych i woskowatych niby świece.

W wielu spośród tych miejsc nie istniało żadne Biuro Martwych Listów. Czasami nie było tam w ogóle funkcjonującego systemu pocztowego. Nie mogłam zwrócić się do przewodnika, który zabrał mnie w rozmigotany nurt Indusu, podać mu koperty – zaadresowanej po prostu MAMA – i powiedzieć: „Niech się pan tym dla mnie zajmie, dobrze?”. Nie mogłam też wrzucić tych listów do śmietnika czy rynsztoka. Nigdy bym im tego nie zrobiła.

Zamiast tego chowałam je pod głazami i korzeniami drzew. Wciskałam je w szczeliny ceglanych ścian. Przypinałam do słupów telefonicznych obok plakatów z zaginionymi psami i ofertami lekcji muzyki. Wieszałam je na żyłkach do suszenia bielizny u ludzi kompletnie mi nieznanych. Robiłam z nich latawce, pozwalając, by wznosiły się wysoko podczas wietrznych dni, a potem puszczałam linkę i patrzyłam, jak podmuchy porywają je gdzieś daleko.

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

SEZON WIELORYBÓW

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

SEZON FOK

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

SEZON PTAKÓW

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:The Lightkeepers

Redaktor prowadząca: Aneta Bujno Redakcja i korekta: Studio Editio Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz Zdjęcia na okładce: © Petro (fotolia.pl) © robert (fotolia.pl)

Copyright © 2016 Abby Geni

Copyright © 2017 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece, an imprint of ILLUMINATIO Łukasz Kierus Copyright © for Polish translation by Marcin Rusnak

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczneBiałystok 2017

ISBN 978-83-65506-77-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:www.facebook.com/kobiece

www.wydawnictwokobiece.pl

Wydawnictwo Kobiece E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stroniewww.wydawnictwokobiece.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com