Strażnicy Ga'Hoole. Oblężenie - Kathryn Lasky - ebook

Strażnicy Ga'Hoole. Oblężenie ebook

Kathryn Lasky

0,0
27,90 zł

lub
Opis

W sowim królestwie wybuchają walki, gdy zdrajcy próbują przejąć kontrolę nad Wielkim Drzewem Ga'Hoole. Maruderami dowodzi zakuty w metalową maskę brat Sorena, Kludd. Na szczęście do domu wrócił uznany za zaginionego mentor Sorena, Ezylryb. W samą porę, zanosi się bowiem na zaciekłą bitwę, która stanowić będzie preludium krwawej i bezwzględnej wojny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 163




Kathryn Lasky Strażnicy Ga'Hoole tom 4 - Oblężenie ISBN Tytuł oryginału: The Siege Copyright © 2004 by Kathryn Lasky. All rights reserved. Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA. Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2019Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadząca Marta Ziegler Redakcja Magdalena Wójcik Projekt graficzny okładki Jędrzej Chełmiński Ilustracje i grafiki Magdalena Zwierzchowska Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich. Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań telefon 881 000 125www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Rozdział pierwszy

Mapy

Bohaterowie tomu czwartego cyklu

Drużyna:

SOREN: płomykówka, Tyto alba; z Leśnego Królestwa Tyto; uciekł z Akademii dla Osieroconych Sów imienia św. Ajgoliusza; szkoli się na Strażnika w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

GYLFIE: kaktusówka, Micranthene whitneyi; z pustynnego Królestwa Kuneer; uciekła z Akademii dla Osieroconych Sów imienia św. Ajgoliusza; najlepsza przyjaciółka Sorena; szkoli się na Strażniczkę w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

ZMIERZCH: puszczyk mszarny, Strix nebulosa; wolny lotnik; osierocony kilka godzin po wykluciu; szkoli się na Strażnika w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

KOPEK: pójdźka ziemna, Speotyto cunicularius; z pustynnego Królestwa Kuneer; zagubiony na pustyni po ataku, w którym jego brat został zabity przez sowy ze św. Ajgoliusza; szkoli się na Strażnika w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

Przywódcy Wielkiego Drzewa Ga’Hoole:

BORON: puchacz śnieżny, Nyctea scandiaca; król Hoole BARRAN: puchacz śnieżny, Nyctea scandiaca; królowa Hoole

EZYLRYB: syczoń plamisty, Megascops trichopsis; mądry ryb interpretacji pogody i górnictwa w Wielkim Drzewie Ga’Hoole; mentor Sorena (znany również jako Lyz z Kielu)

STRIX STRUMA: puszczyk plamisty, Strix occidentalis; nobliwa nauczycielka nawigacji w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

FAŁDA: pójdźka ziemna, Speotyto cunicularius; ryb wiedzy o drzewie Ga’Hoole

SYLWANA: pójdźka ziemna, Speotyto cunicularius; młoda nauczycielka w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

Pozostali w Wielkim Drzewie Ga’Hoole:

OTULISSA: puszczyk plamisty, Strix occidentalis; uczennica w Wielkim Drzewie Ga’Hoole szczycąca się znakomitym rodowodem

MARCIN: włochatka mała, Aegolius acadicus; razem z Sorenem należy do brygady Ezylryba

RÓŻA: uszatka błotna, Asio flammeus; razem z Sorenem należy do brygady Ezylryba

EGLANTYNA: płomykówka, Tyto alba; młodsza siostra Sorena

PIERWIOSNEK: sóweczka dwuplamista, Glaucidium gnoma; najlepsza przyjaciółka Eglantyny

MADAM BRZDĘK: puchacz śnieżny, Nyctea scandiaca; elegancka śpiewaczka w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

BUBO: puchacz wirginijski, Bubo virginianus; kowal w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

PANI PYTON: ślepy wąż, kiedyś służąca rodziny Sorena; teraz członkini gildii harfistek w Wielkim Drzewie Ga’Hoole

OKTAWIA: wąż kieliański; służąca Madam Brzdęk i Ezylryba

Czyści:

KLUDD: płomykówka, Tyto alba; starszy brat Sorena; przywódca Czystych (znany również jako Metalowy Dziób i Wysoki Tyto)

NYRA: płomykówka, Tyto alba; partnerka Kludda

WORTMOR: płomykówka, Tyto alba; porucznik Czystej Gwardii

Przywódcy Akademii dla Osieroconych Sów imienia św. Ajgoliusza:

SKENCZ: puchacz wirginijski, Bubo virginianus; generał akademii

SPOORN: syczek zachodni, Otus kennicottii; pierwszy porucznik Skencz

CIOCIA FINIA: puchacz śnieżny, Nyctea scandiaca; strażnik dołu w Akademii

WUJASZEK: puchacz wirginijski, Bubo virginianus; strażnik dołu w Akademii

Pozostali w Akademii dla osieroconych sów imienia św. Ajgoliusza:

GRIMBLE: włochatka zwyczajna, Aegolius funereus; schwytany jako dorosła sowa przez patrole Akademii i trzymany jako zakładnik — obiecano mu, że jego rodziny nie spotka nic złego; zabity, gdy Soren i Gylfie uciekali z Akademii dla Osieroconych Sów imienia św. Ajgoliusza

HORTENSJA: puszczyk plamisty, Strix occidentalis, dokonała bohaterskich czynów w Akademii (znana również jako Mgła)

Pozostałe postaci:

SZYMON: ketupa bosonoga, Ketupa (Bubo) zeylonensis, pielgrzym zakonu braci glauksjańskich z Królestw Północnych

KOWAL-WŁÓCZĘGA ZE SREBRNEGO CAŁUNU: puchacz śnieżny, Nyctea scandiaca; kowal niezwiązany z żadnym królestwem w sowim świecie

SMUGA: bielik amerykański; wolny lotnik

ZAN: bielik amerykański i partnerka Smugi; niemowa

ŚLIZELDA: latający wąż, którego odpowiednio podany jad może uratować życie

Prolog

Z jego dzioba wyleciały iskry, gdy w szaleńczej furii leciał chwiejnie po nocnym niebie.

— Muszę znaleźć wodę! Muszę znaleźć wodę! Ta maska wypali mi oczy. Krew Glauksa niech skazi mielec mego brata!

Płomykówka wrzeszczała, a jej żarzący się dziób przecinał czarną noc. To najcięższe w sowim słowniku przekleństwo najwyraźniej złagodziło uczucia, które nim szarpały. Ale Kludd nadal żywił się nienawiścią. Nienawiść była też paliwem dla jego lotu i desperackich poszukiwań chłodnego stawu, w którym mógłby zanurzyć maskę z topiącego się metalu i pióra przypalone ogniem roznieconym przez jego brata, Sorena, w walce, która miała potoczyć się inaczej. Zupełnie inaczej.

Poniżej zauważył odbicie księżyca na gładkiej, płynnej powierzchni: Woda! Wielki samiec płomykówki zakręcił i sfrunął spiralą. Zaraz dotrze do wody. W jednej walce stracił dziób. W innej wszystkie pióra na twarzy. Tym razem zranione zostały jego uszy, ale nadal miał jedno oko i, co najważniejsze, nadal miał powód do nienawiści. Kludd karmił i pielęgnował swoją nienawiść, jak matka sowa karmiła i pielęgnowała swoje maleństwa.

Dzięki Glauksowi, nadal potrafił nienawidzić!

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział pierwszy

Pielgrzym

Ketupa bosonoga spojrzała w górę i zamrugała. Ostatnim razem czerwona kometa przelatywała tędy prawie trzy miesiące temu. Czym był ten święcący punkt na niebie? Pędził w kierunku jeziora z zatrważającą prędkością. Wielki Glauksie, wykrzykuje najwstrętniejsze, najbardziej plugawe przekleństwo, jakie można sobie wyobrazić!

Sowa wyszła dalej na gałąź jaworu, rosnącego nad jeziorem. Być może trzeba będzie ją ratować. Prawie wszystkie gatunki sów, z wyjątkiem kilku rodzajów puchaczy, zupełnie nie radziły sobie w wodzie. Ketupa bosonoga rozpostarła skrzydła i przygotowywała się do lotu. Ruszyła ułamek sekundy przed tym, jak usłyszała plusk.

Gdy Kludd wpadał do wody słychać było skwierczenie, następnie pojawiły się kłęby pary. Szymon, samiec ketupy bosonogiej, jeszcze nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego — sowa, wpadając do wody, świeciła jak rozżarzony węgiel. Czy to sowa-górnik? Ale oni przecież znali się na rzeczy i nigdy by się tak nie poparzyli — co było wyjątkową dla nich cechą. Szymon złapał spadającą sowę za szpony w ostatniej chwili. Ale aż ścisnęło go w mielcu, gdy zobaczył jej szlarę — pokaleczoną i zdeformowaną, pokrytą stopionym metalem i piórami. Co to jest?

Cóż, lepiej się tym teraz nie przejmować. Przynajmniej przeżył. A zadaniem Szymona, jako pielgrzyma Zakonu Braci Glauksjańskich z Północnych Królestw, nie było kwestionować, nawracać czy prawić kazania, ale pomagać, dać ukojenie, pokój i miłość. Ta sowa wydawała się potrzebować każdej z tych rzeczy. I właśnie dlatego bracia robili sobie długie przerwy od studiów w odosobnieniu, by wylecieć do świata i spełnić swój święty obowiązek. Brat Przełożony często mawiał: „Zbyt długie nauki w azylu mogą stać się niewybaczalnym pobłażaniem względem siebie. Wypada nam dzielić się tym, czego się nauczymy, praktykować dzielenie się z innymi wiedzą, którą zdobyliśmy z książek”.

To był pierwszy sezon pielgrzymowania Szymona, a to wyglądało na pierwsze duże wyzwanie. Poparzona sowa potrzebuje opieki, to nie ulegało wątpliwości. Ratowanie sówek, które wypadły z gniazda, dbanie o pokój między walczącymi frakcjami kruków — bracia glauksjańscy to jedne z niewielu sów, które potrafiły przemówić krukom do rozumu — to wszystko było niczym w porównaniu z tym przypadkiem. By pomóc tej biednej sowie, Szymon będzie musiał użyć wszystkich swoich zasobów ziół i wiedzy medycznej.

— Spokojnie, spokojnie, kolego — mówił Szymon cichym, kojącym głosem, gdy pomagał rannej sowie dostać się do dziupli w jaworze. — Zaraz się tobą zajmę.

Przydałby mu się tutaj wąż albo dwa do pomocy. Jakim luksusem było ich wsparcie, gdy mieszkał w azylu w Królestwach Północnych. Jednak pielgrzymi powinni żyć jak najskromniej. Korzystanie z usług ślepych węży, które często zajmowały się gniazdami sów, dbając, by nie pojawiły się w nich szkodniki, nie było uznawane za stosowne dla pielgrzymów, którzy sami mieli służyć. Uczono ich, by żyli jak najskromniej. Szymon sam będzie musiał wyjść i wykopać lecznicze robaki. Na tego typu rany najlepsze były pijawki, a jako ketupa całkiem nieźle sobie radził z ich zdobywaniem.

Gdy tylko ułożył Kludda w łóżku zrobionym z puchu, który wyskubał z własnej piersi i kilku rodzajów mchu, wyruszył zebrać pijawki. Gdy leciał do zakątka jeziora obfitującego w pijawki, zastanawiał się, dlaczego ta sowa, która prawdopodobnie była płomykówką, stawiała opór, kiedy chciał mu wyczyścić pióra. To było bardzo dziwne. Jeszcze nigdy nie spotkał sowy, która by się w ten sposób zachowywała. Pióra tej sowy były brudne i zmierzwione. To, że w ogóle była w stanie latać, było niesamowite. Bez gładkich piór nie było mowy o udanym locie. Na każdej lotce są malutkie, prawie niewidoczne haczyki, zwane promykami, które łączą się ze sobą, tworząc równą powierzchnię, po której ślizga się powietrze. Promyki tej sowy porozczepiały się w najgorszy możliwy sposób. Trzeba było je ułożyć i wygładzić. Ale gdy Szymon próbował to zrobić, sowa się cofnęła. Dziwne, bardzo dziwne.

Szymon wrócił niedługo później z dziobem pełnym pijawek i zaczął układać je przy wygiętych brzegach dziwnej metalowej maski, która wtopiła się w niemal połowę szlary. Nawet nie próbował jej zdejmować. Przyjrzawszy się bliżej, Szymon upewnił się, że ta sowa to płomykówka, i to wyjątkowo duża. Z kawałków nasączonego mchu wycisnął jej do dzioba kropelki wody. Czasem płomykówka otwierała nagle oczy, ale było jasne, że majaczy. Bez przerwy wyrzucał z siebie przekleństwa i wygłaszał tyrady o zemście oraz groził śmiercią komuś o imieniu Soren.

Szymon zajmował się tą dziwną płomykówką dniami i nocami, zmieniając okłady z pijawek, wyciskając kropelki wody pod powykręcane kawałki metalu, które znajdowały się w miejscu, gdzie kiedyś był dziób. Gorączka sowy zmalała; mniej było też zajadłych przekleństw — na szczęście, bowiem bracia glauksjańscy byli łagodnym zakonem, który wystrzegał się walki. Przez dwa dni płomykówka spała nieprzerwanie, a teraz, trzeciego dnia, zamrugała i otworzyła oczy. Szymon stwierdził, że tym razem jest w pełni świadoma. Ale pierwsze słowa, jakie wyszły z jej metalowego dzioba, zszokowały pielgrzyma prawie tak bardzo, jak wcześniejsze przekleństwa.

— Nie jesteś jednym z Czystych.

Czystych? O czym, na Glauksa, mówi ta sowa? — pomyślał Szymon.

— Wybacz mi, ale obawiam się, że nie wiem, o czym mówisz — odpowiedział.

Kludd zamrugał. Powinien się bać — pomyślał.

— Nieważne. Chyba powinienem ci podziękować.

— Ależ nie trzeba. Jestem pielgrzymem. Spełniam tylko mój glauksjański obowiązek.

— Obowiązek względem kogo?

— Naszego gatunku.

— Nie należymy do tego samego gatunku! — warknął Kludd z wściekłością, która zszokowała Szymona. — Ja jestem płomykówką, tyto alba. Ty jesteś — Kludd wydawał się wąchać — sądząc po twoim smrodzie, ketupą. To nie mój gatunek.

— Oczywiście, mówiłem ogólnie. Mój glauksjański obowiązek spełniam wobec wszystkich sów.

Kludd odpowiedział niskim pohukiwaniem przypominającym warknięcie i zamknął oczy.

— Zostawię cię samego — powiedział Szymon.

— Jeśli lecisz polować, to wolę czerwone mięso od ryb. Ściśle mówiąc, nornice.

— Tak, dobrze. Zrobię co w mojej mocy. Jestem pewien, że poczujesz się lepiej, gdy przyniosę ci trochę mięsa.

Kludd rzucił Szymonowi gniewne spojrzenie. Przy mnie niczego nie możesz być pewien — pomyślał Kludd. Glauksie, co za paskudna sowa: płaska głowa, wymieszane kolory piór, ni to brązowe, ni to białe czy szare. Żałosne, małe kępki piór przy uszach. Mało jest sów brzydszych od ketupy bosonogiej.

Wydawało mu się, że kiedyś słyszał coś o tych sowach-pielgrzymach. Postanowił dowiedzieć się więcej.

— Mówisz, że jesteś pielgrzymem. Skąd pochodzisz?

Szymon był szczęśliwy, że sowa w ogóle go zauważała.

— Z Królestw Północnych.

To zainteresowało Kludda. Słyszał o Królestwach Północnych. Stamtąd pochodził sowi starzec, wspaniały Ezylryb, którego prawie udało mu się pojmać. To przez niego niemal zginął w ostatniej walce.

— Myślałem, że Królestwa Północne znane są ze swoich wojowników, a nie pielgrzymów.

— Sowy z Królestw Północnych są bardzo zawzięte, ale zawzięcie można kochać i dbać o pokój albo nienawidzić i walczyć.

Glauksie, ale irytowała go ta sowa. Miał ochotę zwrócić tuzin wypluwek na jego paskudną gębę.

— Rozumiem — odpowiedział. Oczywiście wcale tego nie rozumiał, ale czasem potrzebna była dyplomacja. A to według Kludda była dyplomatyczna odpowiedź dana sowie, która sprawiała, że przewracało mu się w mielcu.

— Dobrze, to może polecisz i zdobędziesz dla mnie trochę dobrego czerwonego mięsa, tłustego i futrzastego, z mocnymi kościami? Mój mielec koniecznie musi coś przetrawić.

A ja potrzebuję czasu, by pomyśleć.

Królestwa Północne! Samo ich wspomnienie przez tę obrzydliwą ketupę rozpaliło umysł Kludda. Musiał teraz ostrożnie zaplanować kolejny ruch. Próba porwania Ezylryba zakończyła się spektakularną porażką. Oczywiście trudno było to nazwać genialnym planem. Nie, genialnym planem było zbudowanie siły tak potężnej, by oblegać Akademię dla Osieroconych Sów imienia św. Ajgoliusza, która od lat porywała małe sówki i szkoliła je między innymi do wydobywania drobinek. Drobinki mogły zostać użyte do stworzenia broni o niespotykanej sile. Broni, która nie tyle zabijała, ile mąciła sowom w głowach. W akademii znajdował się największy znany magazyn drobinek. Ale sowy z akademii nie wiedziały, co z nimi zrobić. Jednak, mimo że były kompletnie niedouczone, znalazły twierdzę Czystych w ruinach zamku i próbowały porwać sówki, które zostały złapane przez Kludda i dziesiątki sów z rodziny Tyto. Oczywiście Czyści walczyli, by odzyskać to, co według nich było ich własnością. To spowodowało Wielkie Strącenie. Dziesiątki małych sów zostało zrzuconych na ziemię, podczas gdy walczyły o nie dwie potężne i bezprawne siły. I to właśnie Wielkie Strącenie zaalarmowało sowi świat — a przede wszystkim szlachetne sowy, znane jako Strażnicy Ga’Hoole, które pod osłoną nocy wyruszały z Wielkiego Drzewa — że istniało coś straszniejszego niż akademia.

Przed Wielkim Strąceniem Czyści byli tajną organizacją, co zapewniało im czas i możliwość pozyskiwania siły i obmyślania strategii. Wielkie Strącenie zaprezentowało pełnie sił sów z Ga’Hoole. A co najważniejsze, przyniosło ze sobą również legendarnego wojownika z Królestw Północnych, znanego tam jako Lyza z Kielu, a tu, w Królestwach Południowych, jako Ezylryba. Ale to nie Lyz z Kielu, wojownik, interesował Kludda. Interesował go Ezylryb, uczony. Mówiło się, że ta sowa ma głęboką wiedzę na każdy temat — od pogody, przez ogień, aż po pierwiastki życia i ziemi. I że najlepiej rozumiała moc czającą się w drobinkach.

Kiedy więc Czyści przegrali walkę o sowiątka, ich nowe źródło siły, Kludd, nagle zdecydował o zmianie taktyki. Porwanie takiej sowy, jak Ezylryb, było warte więcej niż sto małych sówek. Jedyny sposób, w jaki udałoby się to zrobić, to zastosowanie Diabelskiego Trójkąta. Kładąc trzy worki z drobinkami na trzech różnych drzewach tak, by utworzyły trójkąt, Kludd zastawił pułapkę, która usidliła starego syczonia, powodując zakłócenia w jego umiejętnościach nawigacyjnych. Drobinki utworzyły pole magnetyczne. Zniszczenie pola było nie tylko niespodziewane, ale również katastrofalne w skutkach. Ezylryb został uratowany przez sowy, które złamały siłę pola jak kruchą gałązkę. Wyższa magnetyka! Ezylryb miał wiedzę na temat tych mrocznych nauk. I właśnie dlatego Kludd go potrzebował.

Rozgorzała zaciekła walka z sowami, które przybyły uratować Ezylryba. Ku przerażeniu Kludda jedną z nich był jego młodszy brat, Soren, którego wyrzucił z rodzinnego gniazda, gdy był jeszcze sówką zbyt młodą, by latać. Kludd myślał wtedy, że dostarcza swojego młodszego brata do Wielkiego Najczystszego Tyto — taki bowiem był warunek. By zapewnić sobie wstęp do najwyższych rangą Czystych, trzeba było poświęcić członka rodziny. Ale coś poszło nie tak. Zjawiły się sowy z akademii i porwały jego brata. A teraz ten sam brat prawie go zabił. I nie dość, że Czyści stracili nowych rekrutów i Ezylryba, to jeszcze ich twierdza została odkryta. Musieli znaleźć nowe miejsce, w którym będą mogli osiąść — kwaterę główną, z której będą mogli planować wojnę o władzę nad światem.

Ale nie pora teraz o tym myśleć. Są inne, ważniejsze sprawy, którymi trzeba się zająć — na przykład wyższa magnetyka.

Cały ten czas — myślał Kludd — śniłem o drobinkach, o kontrolowaniu sowiego świata i oczyszczeniu go. Marzyłem o podbiciu akademii z jej wielkimi magazynami drobinek i tysiącami sów do ich zbierania. Potem marzyłem o porwaniu Ezylryba. Ale teraz już wiem, co powinienem zrobić. Muszę przystąpić do oblężenia wielkiego drzewa na Wyspie Hoole, pośrodku Morza Hoolemer. Tak, Wielkie Drzewo Ga’Hoole musi być nasze, ze wszystkimi jego sekretami na temat ognia i magnetyki, z wojownikami i uczonymi. To wszystko musi być nasze. Nie będę się spieszył. Odzyskam siłę. Odnajdę moją rozproszoną armię i wtedy powstaniemy — tysiąc razy silniejsi niż kiedykolwiek, przeciwko Strażnikom Ga’Hoole.

— Tłuściutka nornica dla pana. Mocne kości i dużo zimowego futra. To powinno wprawić twój mielec w ruch. — Sowi pielgrzym powrócił.

Tak jak i ty, pielgrzymie — pomyślał Kludd. Podjął decyzję, że jak tylko odzyska siły, zabije go. To, że przeżył, musi pozostać przez jakiś czas tajemnicą, jeśli jego plan ma zadziałać. Tak, jutro, z mielcem napędzonym kośćmi nornicy, będzie gotowy, by zabić tę śmierdzącą sowę. Kludd, jak na najlepszego zabójcę przystało, był cierpliwy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział drugi

Leśny obserwator

Niektórzy uznaliby ją za marę, sowę ducha, ale tak nie było. Jej pióra stały się mglistoszare, z białymi plamami. Była w końcu puszczykiem plamistym, ale nietypowym. Przycupnęła na drzewie niedaleko jawora. Jej okaleczone skrzydła sprawiały, że długie loty były trudne, a tor jej lotu często nierówny. Ale i tak codziennie wylatywała na zwiady.

Dla innych w Ambali była prawie niewidoczna. Kiedy ją widywali, co zdarzało się niezwykle rzadko, nazywali ją Mgłą. Jednak, mimo że nie była widywana często, sama zdawała się widzieć wszystko. Gdy wyczuwała zagrożenie lub dostrzegała coś niepokojącego, przylatywała do orłów, z którymi dzieliła gniazdo. W przeszłości zajmowali się tym szpiedzy. Ale od kiedy puszczyk kreskowany, który obserwował tereny graniczne pomiędzy Dziobami i Ambalą, został zamordowany, nie było nikogo, kto by to robił. A teraz sowa zwana Mgłą wyczuwała w pobliżu wielkie niebezpieczeństwo.

Kilka nocy temu była świadkiem dziwnego zdarzenia — dymiąca sowa wpadła do jeziora. Widziała też, jak uratował ją pielgrzym, i zadziwiło ją, gdy zobaczyła, jak wkrótce potem wylatuje w poszukiwaniu pijawek. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że tamta sowa mogła przeżyć upadek do wody, w dodatku cała jej szlara stała w płomieniach. Ale wszystko wskazywało na to, że przeżyła, skoro dobry pielgrzym wyleciał na polowanie i martwił się koniecznością znalezienia nornicy. Mruczał do siebie zdenerwowany, że ranna sowa domaga się mięsa, a nie ryb. Mgle trudno było sobie wyobrazić, że można było stawiać takie wymagania komuś, kto uratował jego życie. A teraz obserwowała, jak pielgrzym wylatywał kilka razy dziennie, zawsze po czerwone mięso — szczury, nornice, wiewiórki, ale nigdy po ryby.

Była coraz bardziej ciekawa sowy, która dochodziła do siebie w dziupli jaworu. Jak blisko odważy się podejść? Większość zwierząt w tym lesie, szczególnie sów, nigdy jej nie widziało. Jakby była niewidzialna. Wyglądała dla nich jak mgła. Ale nawet kiedy ją widzieli, nie rozpoznawali, że jest sową ani żadnym innym stworzeniem, które znali. I to jej odpowiadało. Jedynymi, którzy ją znali, były orły, z którymi mieszkała — Zan i Smuga.

Zaczęła się więc skradać po gałęzi jodły, gdzie się zatrzymała. Od świerku, który rósł tuż obok jaworu, w którym dochodziła do siebie ranna sowa, dzielił ją tylko krótki lot. Kilka minut później Mgła wylądowała na świerku. Jedna z jego gałęzi sięgała dalej niż pozostałe i prawie dotykała jaworu. Z tej gałęzi idealnie widziała wnętrze dziupli, gdzie odpoczywała ranna sowa. Zaparło jej dech w piersi, gdy zajrzała do środka. Poszkodowany był wielkich rozmiarów, a twarz była zakryta metalową maską, która nadawała mu przerażający i brutalny wygląd. Mgła poczuła szarpnięcie w mielcu i zaczął w niej rosnąć strach. Musi natychmiast wrócić do orłów. Ta sowa była zła, bardziej niż wszystko, co do tej pory widziała. I wtedy usłyszała, że wraca pielgrzym. Nagle cały świat zamienił się w burzę krwawych piór. Las przeszył potworny wrzask. A potem zapadła cisza. Wystarczyło kilka sekund, a ketupa bosonoga leżała martwa na ziemi. Jedno skrzydło było oderwane, a głowa roztrzaskana niemal na pół. Gdy leśne niebo zmieniło barwę na czarną, wielka sowa w metalowej masce uniosła skrzydła, zamachała nimi i wzbiła się do lotu.

Mielec puszczyka plamistego zamienił się w lód, gdy sowa w masce usiadła na tej samej gałęzi. Przeżyła już tak wiele. Czy teraz umrze złapana w szpony tej potwornej sowy? Potwór spojrzał na nią. Nie odważyła się nawet oddychać. Nigdy nie zdarzyło się, by będąc tak blisko innego zwierzęcia, pozostała niezauważona. Potwór zamrugał.

Niewiarygodne — pomyślała. On mnie nie widzi! Naprawdę jestem jak mgła.

Gałąź zatrzęsła się, gdy Kludd znów zamachał skrzydłami i wzbił się w noc, by odszukać swoich Czystych. Skoro zabił już tamtą sowę, nadszedł czas zemsty. Dokona jej i zwycięstwo będzie należało do niego. Jego mielec zadrżał z ekscytacji. Jego umysł wypełnił niemy krzyk. Kludd jest władcą!

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział trzeci

W Wielkim Drzewie Ga’Hoole

Konary Wielkiego Drzewa Ga’Hoole trzęsły się od uderzeń pierwszej tej zimy wichury. Była to pora białego deszczu, kiedy pnącza zwisające z drzewa uzyskiwały kolor połyskującej kości słoniowej. Najlepsze mleczne jagody zostały zebrane dawno temu, w czasie deszczu miedzianej róży, kiedy pnącza były w różowym odcieniu miedzi. Brygada pogodowa, do której należał Soren, właśnie wróciła z zajęć lotu, prowadzonych przez Ezylryba, kapitana brygady. To był pierwszy lot Ezylryba, od kiedy został uratowany z Diabelskiego Trójkąta. Zajęcia były wspaniałe — hałaśliwe, rozkrzyczane, z mnóstwem żartów o mokrych zadkach i śpiewów. Pomimo ponurych przewidywań Otulissy, że jeśli nie przestaną wesołkować, to niczego się nie nauczą, wracali z dobrymi wieściami. Wesołkowanie to sowi zwrot oznaczający wygłupianie się. Niektórzy z kapitanów brygad, na przykład Strix Struma, nigdy nie pozwalali na takie zachowanie, ale Ezylryb był inny. Wierzył, że wesołkowanie jest dobre — buduje zaufanie i poczucie wspólnoty.

Otulissa z kolei, poważna i ułożona samica puszczyka plamistego, nie znosiła wesołkowania, a przede wszystkim dowcipów o mokrych zadkach, co stanowiło temat niekończącej się dyskusji między nią a Sorenem.

— Sorenie, ja po prostu nie sądzę, że wymiana dowcipów o mokrych zadkach z mewami powinna być częścią jakiejkolwiek misji.

Otulissa i Soren, członkowie brygady pogodowej, siedzieli na gałęzi tuż przed dziuplą jadalną, czekając, aż Matrona ogłosi, że pora na świdanie. Świdanie to posiłek, który sowy jadają tuż przed wschodem słońca. Po tym kładą się do łóżek i śpią, aż na niebie pojawią się pierwsze oznaki nocy, przyciemniające niebo.

— Od mew sporo można się nauczyć, Otulisso — mówił Soren.

— Pozwolę się z tobą nie zgodzić. Ten rechot i chichotanie z ich żałosnych dowcipów zakłóca odbieranie zmian frontów atmosferycznych.

Puszczyki plamiste znane były z wrażliwości na wszelkie zmiany ciśnienia atmosferycznego, które pojawiały się ze zmianami pogody.

— Ale zarejestrowałaś fakt, że za tą wichurą nadejdzie śnieżyca, i popatrz, zaczyna padać śnieg. Nie widzę więc, w jaki sposób zakłóciło to twoją prognozę.

— Mogłabym o wiele dokładniej przewidzieć, kiedy i jak mocno będzie padał śnieg, gdybyście tyle nie wesołkowali. Poza tym żarty o mokrych zadkach zwyczajnie mnie nie śmieszą. Jako sowy powinniśmy być dumni z naszych układów trawiennych i wyjątkowego sposobu wydalania.

— Po prostu powiedz „zwracanie”, na miłość Glauksa. — Wielki puszczyk mszarny o imieniu Zmierzch wylądował na gałęzi obok nich. Zmierzch był jednym z najbliższych przyjaciół Sorena.

— Nie chodzi tylko o zwracanie, Zmierzchu. To, że upychamy kości i futro zwierzyny w małe, schludne paczuszki, które potem wydalamy, to coś niespotykanego w ptasim królestwie. To wyjątkowe, że tak mało naszych odchodów jest płynnych — powiedziała Otulissa.

— Widziałeś jedną wypluwkę, widziałeś je wszystkie — warknął Zmierzch.

— Robi się zimno — powiedział Soren. — Kiedy podadzą świdanie? Zjadłbym coś ciepłego.

Przed misją sowom z brygady pogodowej nie pozwalano na jedzenie pieczonego mięsa. Ezylryb nalegał, żeby mięso było surowe i ze wszystkimi „włosami”, jak nazywał futro. Oczywiście, jedzenie pieczonego mięsa było cechą wyjątkową dla sów z Wielkiego Drzewa Ga’Hoole. Większość sów jadała surowe i krwawe mięso, ponieważ w przeciwieństwie do sów z wielkiego drzewa, nie wiedziały, jak używać ognia. Mieszkańcy Wielkiego Drzewa Ga’Hoole posiadali wiedzę nieznaną sowom w innych królestwach. Używając jej starali się chronić sowy żyjące poza drzewem Ga’Hoole. Jednak ostatnimi czasy w sowim świecie było coraz bardziej niebezpiecznie. Jednym z zagrożeń były złe sowy z Akademii dla Osieroconych Sów imienia św. Ajgoliusza, w której Soren był kiedyś uwięziony. Tam poznał swoją najlepszą przyjaciółkę, kaktusówkę Gylfie. A teraz pojawiła się kolejna, jeszcze bardziej niszczycielska grupa, zwana Czystymi. To podczas misji podjętej w celu uratowania Ezylryba Soren dowiedział się, że jego brat, Kludd, był ich przywódcą.

Matrona, garbata samica puszczyka kreskowanego, wysunęła dziób z otworu obok gałęzi, na której siedział Soren z przyjaciółmi.

— Świdanie! — zawołała wesoło.

— Nareszcie! — powiedział Soren.

— Ooo, nietoperze! Czuję pieczone skrzydła nietoperza. — Nagle znikąd pojawiła się Gylfie.

— Gdzie byłaś? — zapytał Soren.

— Pomagałam Oktawii w bibliotece.

— Oktawii? W bibliotece? Dlaczego? — zapytał Soren.

— Chyba rozkaz z góry. Miałyśmy poukładać wszystkie książki o wyższej magnetyce i drobinkach.

Soren poczuł szarpnięcie w mielcu. Nigdy nie przyzwyczai się do słowa „drobinki”.

— Ale Oktawia? Dlaczego ona? W czym pomoże ślepy wąż w bibliotece? Bez obrazy, Pani P. — powiedziała Otulissa, kiedy wszyscy zebrali się wokół Pani Pyton, innej ślepej wężycy.

— Nie ma problemu, moja droga — odpowiedziała wężyca o różanych łuskach.

Od wieków ślepe węże pracowały jako służące w sowich gniazdach, dbając, by nie pojawiło się w nich robactwo ani szkodniki. W Wielkim Drzewie Ga’Hoole pomagały również w innych zadaniach. Wśród nich było służenie jako stoły, przy których jadały sowy. W łatwy sposób mogły się wydłużać tak, by wokół zmieściło się więcej ptaków.

W odpowiedzi na pytanie Otulissy Gylfie powiedziała:

— Dlaczego Oktawia? Cóż, może jest niewidoma, ale tak długo służyła Ezylrybowi, że wie najlepiej, jakich książek będzie potrzebował na specjalnej półce na książki o wyższej magnetyce. Dla matrony pracującej w bibliotece to byłoby za dużo pracy. Nie zna zbioru tak dobrze, jak Oktawia — a przynajmniej nie tych książek. Ale oczywiście nagle zjawiła się Fałda i zaczęła nam rozkazywać.

Sowy westchnęły. Fałda to najnudniejsza z nauczycielek, czy rybów, Wielkiego Drzewa Ga’Hoole.

— A ona co robiła w bibliotece? — zapytał Soren. — Wyższa magnetyka nie ma nic wspólnego z tym, czego uczy.

Otulissa nastroszyła piórka.

— Och, nieważne. Jestem tak podekscytowana nauką wyższej magnetyki, że nie potrafię tego wprost wyrazić.

— To siedź cicho — powiedział Zmierzch.

— Tak, oszczędź nam, o oświecona — mruknęła Gylfie ledwie słyszalnym szeptem do Sorena, który się zaśmiał. Otulissa była bardzo bystrą sową. Nikt by temu nie zaprzeczył. To ona odkryła, w jaki sposób działał Diabelski Trójkąt, i jak zniszczyć go za pomocą ognia. Znała ochronne właściwości mumetalu, który osłaniał ich przed zagrożeniem ze strony magnetycznych drobinek. Ale nie była skromna i wciąż się chwaliła swoją wiedzą, aż z czasem innym się to znudziło. Szczególnie teraz, gdy zaczęła wymieniać całą listę swoich znanych przodków, którzy byli uczonymi. Jej genialna praprapraciotka, Strix Emerilla, napisała całe mnóstwo naukowych książek. Otulissa bez przerwy o niej opowiadała. Strix Emerilla to, Strix Emerilla tamto. Po jakimś czasie pozostałe sowy przy stoliku Pani P. zaczęły ją ignorować i zaczęły rozmawiać między sobą.

Gylfie zwróciła się znów do Sorena, szepcząc mu do ucha:

— Zauważyłeś, że nie ma tu ani Ezylryba, ani pozostałych członków parlamentu?

Soren skinął głową.

— Coś się dzieje — powiedziała Gylfie i mrugnęła jednym okiem. Soren poczuł przypływ podekscytowania. Gylfie pewnie o czymś wie. Sorenowi przyda się coś, co odwróci jego uwagę od ostatnich wydarzeń. Jego życie zmieniło się wraz ze wstrząsającym odkryciem, że jego brat uwięził Ezylryba w Diabelskim Trójkącie i przysiągł, że zabije Sorena. Zbyt dużo czasu Soren spędzał na przywoływaniu obrazu brata odlatującego z metalową maską wtopioną w twarz i krzyczącego „Śmierć Nieczystym! Śmierć Sorenowi!”.

Mój brat. Mój własny brat jest Metalowym Dziobem i chce mnie zabić — myślał.

Po posiłku sowy udały się do swoich dziupli. Na zewnątrz szalała śnieżyca. Silny wiatr sprawił, że niebo stało się białe. To w noc taką jak ta, w samym środku śnieżycy, Soren, Gylfie, Zmierzch i Kopek po raz pierwszy dotarli do Wielkiego Drzewa Ga’Hoole. Teraz, kiedy czwórka przyjaciół i siostra Sorena, Eglantyna, zostali sami, Gylfie wyszeptała:

— Jak już mówiłam Sorenowi, dzieje się coś dużego.

— Skąd wiesz? — zapytał Kopek.

— Żaden z członków parlamentu nie zjawił się dzisiaj w dziupli jadalnej. Wygląda na to, że odbywa się właśnie jakieś ważne zebranie.

— Pewnie szykujemy się do wojny! — powiedział Zmierzch. — Jestem pewien, że każdemu z nas przydzielą dywizjon, którym będziemy dowodzić.

— Nie chodzi o wojnę, Zmierzchu. Przykro mi, jeśli cię zawiodłam — powiedziała Gylfie.

Zmierzch naprawdę był zawiedziony. Uwielbiał walczyć, a jego szybkość i zajadłość udowadniały, że nie ma sobie równych.

— Nie, nie chodzi o wojnę — powtórzyła Gylfie — tylko o wyższą magnetykę.

— Na miłość Glauksa — warknął Zmierzch. — Co za nudy. Tak jakbyśmy nie słyszeli od Otulissy wystarczająco dużo na temat WM, jak na to mówi.

— To ważne, Zmierzchu. Musimy się nauczyć na czym ona polega — stwierdził Kopek.

— I w tym cały problem — cicho syknęła Gylfie. — Cały ten temat jest pokątny.

— Pokątny? — pozostałe trzy sowy zawołały równocześnie.

— To znaczy, że to zakazana wiedza — odpowiedziała Gylfie. Dziuplę wypełniła cisza.

— Zakazana wiedza? Nie, Gylfie, to niemożliwe — powiedział Soren. — W Wielkim Drzewie Ga’Hoole nic nie jest pokątne, to wbrew postępowaniu Strażników. Nigdy nie zakazaliby zdobywania wiedzy. Przecież chcą tylko, żebyśmy się uczyli.

— Być może nie zawsze będzie to zakazane, ale przynajmniej część wiedzy jest w tej chwili pokątna — odpowiedziała Gylfie.

— Nie podoba mi się to — powiedział twardo Soren. — Jestem przeciwko zakazywaniu wiedzy.

— Ja też — dodał Zmierzch.

Kopek zamrugał, po czym odpowiedział powoli, jak miał w zwyczaju, gdy rozmyślał nad jakimś problemem:

— Tak, to straszne, że ukrywa się wiedzę przed młodymi sowami. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby Otulissa nie mogła przeczytać tej książki o Diabelskim Trójkącie. Być może nigdy nie uratowalibyśmy Ezylryba.

— Sądzę, że powinniśmy pójść powiedzieć, że to niewłaściwe — Eglantyna odezwała się po raz pierwszy.

— Zanim cokolwiek zrobimy — znów twardo powiedział Soren — musimy zbadać sprawę.

— Do korzenia, Soren? — zapytała Gylfie.

— Tak ty się dowiedziałaś, prawda? — zapytał Soren.

Gylfie skinęła głową. Była nieco zawstydzona, bo w ten sposób przyznała się, że podsłuchiwała posiedzenie parlamentu.

Przez Wielkie Drzewo Ga’Hoole wiły się tysiące korytarzy, a kilka miesięcy temu Gylfie, która miała problemy z zaśnięciem i wstała w środku dnia, by spacerować po drzewie, odkryła miejsce głęboko w korzeniach drzewa, w którym zachodziło coś dziwnego. Działo się tam coś z drewnem, sprawiając, że dźwięki dochodzące z parlamentu odbijały się echem wśród korzeni. Samo wejście w najniższą część drzewa było skomplikowane, ponieważ korzenie były wielkie i poplątane, ale Soren i przyjaciele znaleźli idealne miejsce, z którego wszystko słyszeli.

— Jestem taka podekscytowana! — Eglantyna niemal podskakiwała. — Słyszałam, jak mówicie o schodzeniu do korzeni, ale nigdy jeszcze tu nie byłam. Nie mogę się doczekać!

Zapadła nagła cisza, a pozostałe cztery sowy wymieniły się spojrzeniami.

— No chyba mnie tu nie zostawicie? Nie możecie! To niesprawiedliwe! — powiedziała zrozpaczona Eglantyna.

— Po prostu nie jestem przekonany, Eglantyno — powiedział Soren. — Przede wszystkim musiałabyś przysiąc, że o niczym nie powiesz Pierwiosnkowi.

Pierwiosnek, samica sóweczki, była najlepszą przyjaciółką Eglantyny, i o wszystkim sobie mówiły.

— Nie powiem, obiecuję! Posłuchajcie, przecież gdyby nie ja, cały ten bałagan z wyższą magnetyką nawet by się nie zaczął — powiedziała siostra Sorena.

Tak było naprawdę. Gdyby nie Eglantyna, która została porwana przez Czystych, uwięziona w kamiennej krypcie w ruinach zamku i narażona na niszczycielskie siły drobinek, nic z tego by się nie wydarzyło.

— No dobrze — powiedział w końcu Soren. — Ale ani słowa nikomu, obiecujesz?

— Obiecuję. — Młoda płomykówka kiwnęła z powagą swoją śliczną głową w kształcie serca.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki