Strategie życia czyli jak zjeść ciastko i je mieć - Krzysztof Zanussi - ebook
Opis

Ciągle jeszcze zadaję pytania, miast dawać mentorskie odpowiedzi i chciałbym właśnie, żeby ta książka dotyczyła pytań – tych najprostszych i najważniejszych. Moje doświadczenie zaś ma posłużyć jako przykład, że poszukiwanie odpowiedzi na nie zajmuje myślącemu człowiekowi całe życie.

Krzysztof Zanussi, wybitny reżyser, bez którego polskie kino nie osiągnęłoby tak wielkiego rozmachu artystycznego, przenosi swoje rozważania na grunt literatury. Słowem potrafi – równie sugestywnie jak za pomocą obrazu filmowego – wzbudzić w odbiorcy niepokój. Zadaje proste, ale spędzające sen z powiek pytania o możliwości, jakie przed człowiekiem stawia Los. Zastanawia się, na ile sposobów można przeżyć życie i czy któryś ze sposobów jest etycznie słuszniejszy od innych. Uwodzi czytelnika pisząc jednocześnie o religii, dinozaurach i kolorowych skarpetkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Strategie życia

 

 

Krzysztof Zanussi

Strategie życia

czyli

jak zjeść ciastko i je mieć

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Krzysztof Zanussi, 2015

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

Projekt okładki

Malwina Kleszcz

 

Redakcja

Katarzyna Gwincińska

 

Korekta

Lidia Wrońska-Idziak

 

Redaktor prowadzący

Dominika Kuczyńska

 

Fotografia na okładce

Elżbieta Zanussi

 

Pozostałe fotografie

z archiwum autora

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Za pomoc w przygotowaniu książki składamy

serdeczne podziękowania Studiu Filmowemu TOR.

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

ISBN978-83-7976-268-2

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853 99 10

fax: 61 853 80 75

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

 

 

Wstęp

Tytuł Strategie życia powtarzam ilekroć ktoś mnie zaprasza, żebym wygłosił wykład, częściej cykl wykładów, na temat tak szeroki i nieokreślony jak „życie”.

Jestem już starym człowiekiem, chociaż ani tego nie czuję, ani nie rozumiem. Mam za sobą trzy ćwierci wieku, więc niewątpliwie wszystko, co najważniejsze jest już za mną: dzieciństwo, młodość, studia, kariera zawodowa, założenie rodziny, podróże, aktywność polityczna czy obywatelska. Nic z tego jeszcze nie dobiegło końca, ale też nie spodziewam się już żadnych rewolucyjnych przewrotów w moim życiu, poza tym, że prędzej czy później (oby później) przyjdzie… pora umrzeć. Określenia „pora umierać” użyłem w tytule mojej poprzedniej książki, którą postanowiłem kontynuować. Nie będzie to jednak „Pora umierać po raz drugi”. Wówczas pisałem trochę o swoim życiu i pracy, a trochę o ludziach spotkanych i o sprawach, które wydawały mi się ważne. Dziś w podobny sposób prowadzę w różnych miejscach świata moje autorskie wykłady. Czy mówiąc „wykłady” nie nazywam ich nazbyt poważnie? Są to raczej pogadanki, najczęściej ilustrowane fragmentami moich filmów. Te filmowe cytaty nie prezentują mnie jako twórcy – przeciwnie, rujnują to, co staram się tworzyć jako sztukę. Mógłbym używać na wykładach cudzych filmów, ale byłoby to nieuczciwe wobec ich autorów, bo takie prezentacje odbywają się ze szkodą dla artystycznego przeżycia.

Spotkania z publicznością traktuję jako obowiązek, bo skoro wypowiadam się publicznie robiąc film, mówiąc w telewizji czy przez radio, skoro wreszcie pisuję różne artykuły, to znaczy, że zwracam się do ludzi i muszę być do dyspozycji, jeśli ludzie chcą kontynuować rozmowę, nawet jeśli kosztuje mnie to sporo wysiłku, długą jazdę i ryzyko, że wśród ludzi zupełnie nieznajomych nie uda mi się nawiązać kontaktu, że nie przekażę im, występując z mikrofonem w ręku w jakiejś sali klubowej czy kinowej, tego, co lepiej umiem wyrazić w filmie czy w artykule. Dlatego każde spotkanie wymaga mobilizacji, wysiłku, jest pewnym wyzwaniem, coś kosztuje.

Mimo to, spotykając się z publicznością, nie tylko spełniam obowiązek, ale jakże często odczuwam prawdziwą radość. Tak dzieje się szczególnie wtedy, kiedy spotykam młodzież. Nie są to dla mnie rozmowy najłatwiejsze. Jestem już mocno starszym panem (piszę tak, chociaż wcale w to nie wierzę), młodzież z reguły nie zna moich filmów, spotyka mnie jako obcego człowieka i sprawdza, czy to, co mówię, zasługuje na wiarę. Sprawdza, czasem stawiając trudne i bezceremonialne pytania, a czasem milcząc i prowokując, żebym się sam przedstawił i dopiero wtedy, jeśli ją czymś zainteresuję, sprowokuję czy przekonam, włączając się do rozmowy.

Najwięcej spotkań odbywa się z dala od stolicy, w której mieszkam, i wiąże się z różnymi niedogodnościami podróży, ale właśnie te spotkania oddalone od centrum, w małych ośrodkach, bywają najciekawsze. Są ciekawe, bo ludzie częściej mówią wprost, bez ogródek i bez pozy, która czasem w towarzystwie wielkomiejskich snobów ciąży nad całą rozmową. I to, co cenię najwięcej: mówią serio, nie starają się mnie prowokować do opowiadania jakichś ciekawostek, wesołych zdarzeń, uciesznych przygód czy też plotek o różnych możnych tego świata, których spotykam na swej drodze i o których mogę opowiadać, choć wiele z takich anegdot nie wynika.

Za udane uważam te spotkania, na których mówimy o czymś serio, kiedy ludzie chcą głośno zastanawiać się nad życiem i rozważają pytanie, co w życiu warto, a co nie. Oczywiście nie znam pewnych odpowiedzi i chyba nikt ich nie zna. Każde życie ludzkie toczy się inaczej i na szczęście nie ma prostych recept. Może w ogóle nie ma recept, ale warto zastanawiać się, rozmawiać, warto obserwować cudze losy, żeby lepiej pokierować swoim własnym.

Z różnych doświadczeń wyniesionych z moich spotkań chciałbym zbudować tę książkę. Proszę ją traktować lekko i z pobłażaniem. Jeżeli choć jedna z myśli tu zawartych Czytelnikowi się przyda, będę rad, że wysiłek nie poszedł na marne. Na wiele nie liczę, bo wiem, jak wiele nie wiem.

To ostatnie zdanie zabrzmiało jak cytat z Sokratesa. Mój przyjaciel, włoski pisarz Rocco Familiari zapisał w jednej ze swoich książek taką myśl: „W miarę jak się starzeję jestem coraz bardziej pewny swojej niepewności”. Niby zabawne, a naprawdę straszne. Chcielibyśmy, by z wiekiem przybywało nam pewności siebie i w gruncie rzeczy jej przybywa, ale obszar, jaki mamy w zasięgu naszych myśli ciągle rośnie. Wątpienie nie powinno być celem, ale środkiem utrzymywania czujności. Bez wątpienia popadamy w stagnację, w bezmyślność, w rutynę. A znowu wątpiąc nad miarę, ryzykujemy chorobę psychiczną. Pozostaje więc droga środka, harmonia, do której chciałbym powracać, przekazując Państwu tę niewielką liczbę poglądów i zapatrywań, co do których jestem dosyć mocno przekonany? Piszę „dosyć mocno”, czyli zachowuję ostrożność, bo wiem, że to, co dzisiaj wydaje mi się jakimś ostatecznym sformułowaniem, jutro może ulec przekształceniu. Pod wpływem nowych doświadczeń mogę sformułować myśl inaczej, a tę samą sprawę z innej perspektywy dostrzec niejako od nowa. Póki umysł żyje, póty trzeba szukać lepszych sformułowań, starać się lepiej nazwać intuicje, które składają się na to, co niemodnie określa się mianem mądrości życiowej.

Wprowadziłem przed chwilą dwa słowa: „poglądy” i „przekonania” i chciałbym stworzyć wrażenie, że są one tak bardzo ważne, a tymczasem doskonale wiem, że wcale nie są. Mam w zanadrzu cytat z Jana XXIII, który o jednym ze swoich przyjaciół powiedział: „Byliśmy sobie bardzo bliscy, wprawdzie różniły nas poglądy, ale to nie miało znaczenia”.

Kiedy poglądy mogą nie mieć znaczenia? Gdy dotyczą spraw, w których różnimy się między sobą w uczciwym dochodzeniu do prawdy. Jeśli dwóch fizyków różni się w jakiejś naukowej sprawie, to czy muszą przestać być przyjaciółmi? Nie muszą. Zacząłem od fizyków, bo kiedyś studiowałem tę dyscyplinę i zachowałem do niej wielką sympatię i przyjaźń. Różnica poglądów może nie mieć znaczenia i w polityce, pod warunkiem, że przeciwnicy nie podważają wzajem dobrych intencji drugiej strony. Miałem w Polsce przez parę kadencji sejmu oponenta, który w sejmowej Komisji Kultury zwalczał wsparcie z budżetu dla kinematografii. Ja uważam, że takie wsparcie jest potrzebne i pożyteczne, służy naszej kulturze narodowej, bo tylko dzięki pomocy państwa mogą powstawać filmy ambitniejsze, przeznaczone dla bardziej wymagających widzów, którzy nie są tak liczni, żeby ich opłaty za bilety wystarczyły na pokrycie kosztów produkcji. Dopłaty do filmów narodowych są przyjęte w całej zachodniej Europie. Film po stu latach istnienia został zrównany rangą z teatrem czy muzyką, do których każde państwo w zachodniej Europie dopłaca. Mój oponent twierdził przeciwnie. Kiedyś spotkaliśmy się przypadkiem w pociągu i udało się nam porozmawiać na wiele ogólnych tematów, nie dotykając tego, co nas różni.

Potrafimy zatem funkcjonować w świecie różnicy poglądów, ale sam fakt istnienia różnic musi od czasu do czasu zachwiać naszym przekonaniem. Cóż zatem mogę zaproponować Czytelnikowi, skoro nie mam gwarancji, że poglądy, które głoszę, są absolutnie prawdziwe? Ja, rzecz jasna, muszę się zastanawiać nad moimi poglądami, ale Państwo? Na co może się Wam przydać to, że posłuchacie dywagacji starszego faceta od filmu, który zebrał swoje odpowiedzi na pytania padające w trakcie jego spotkań z publicznością?

Co tu odpowiedzieć? Na jakiej podstawie wierzę w sens takiej rozmowy? No, może właśnie tych spotkań. Odpowiadam na nich jak umiem najlepiej, czasem się plączę i potem poprawiam w nadziei, że nowa odpowiedź jest lepsza od starej, i patrząc w oczy słuchaczom, mam wrażenie, że nawiązaliśmy dialog, a piłka zostaje na ich polu. To Państwo – Słuchacze czy Czytelnicy – macie swoje życie do przeżycia i ja go w żaden sposób za Was nie przeżyję. Nie mogę zatem nawet próbować rozwiązywać problemów, które przed Wami stają. Czyżbym więc był skazany na to, że żadne z moich działań nie będą miały sensu? Niekoniecznie. Mam nadzieję, że mogę pomóc komuś uporządkować własne poglądy, doprowadzić je do większej przejrzystości. Może ktoś usunie sobie w głowie jakąś sprzeczność albo przynajmniej zda sobie z niej sprawę.

Napisałem, że jestem stary, jakby akcentowanie tego faktu miało wytworzyć w Czytelniku zaufanie do mojej roli mentora. Tymczasem starość sama w sobie nie gwarantuje ani mądrości, ani autorytetu. Ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę, że jeszcze w niedalekiej przeszłości autorytet seniora rodu opierał się na majątku, jaki miał do przekazania – chłop przekazywał swoim dzieciom ziemię wedle uznania, mieszczanin wskazywał za życia spadkobiercę, arystokrata mógł bez trudu wywłaszczyć niewdzięcznych potomków, mógł też dla kaprysu obdarzyć niegodnego, jeśli go sobie upodobał. Z tego względu miał posłuch, a okazywanie mu szacunku było niejako koniecznością.

Dzisiaj, gdy przymus majątkowy jest wyjątkiem, starzec może zbudować swój autorytet wyłącznie na mądrości, będącej sumą doświadczeń zebranych w ciągu jego długiego życia. Ze smutkiem zauważam, że wielu nie korzysta z tego przywileju. Obserwuję wielu starych ludzi, którzy są niemądrzy, może nawet bardziej niźli wtedy, kiedy byli młodzi. Mogą oczekiwać od młodych troski należnej słabszym, ale na pewno nie mogą oczekiwać szacunku dla swych poglądów.

Zatem i ja, wyznając, że jestem stary, nie mogę tylko z tego tytułu oczekiwać szacunku. Co więcej, mimo swych lat nie czuję się jakoś szczególnie oświecony. Nadal borykam się z własną głupotą i marnością, podobnie jak to robiłem przez siedemdziesiąt lat, czyli odkąd cokolwiek pamiętam. Ciągle jeszcze zadaję pytania, miast dawać mentorskie odpowiedzi i chciałbym właśnie, żeby ta książka dotyczyła pytań – tych najprostszych i najważniejszych. Moje doświadczenie zaś ma posłużyć jako przykład, że poszukiwanie odpowiedzi na nie zajmuje myślącemu człowiekowi całe życie.

Te pytania to: „jak urządzony jest świat?” i „jakie obowiązują w nim prawa?” (jeśli obowiązują jakiekolwiek). Z podejmowanych prób odpowiedzi może wyniknąć wskazanie jak żyć, jakie wybory są dobre, a jakie złe.

Nawet największy fatalista dopuszcza myśl o tym, że w życiu coś czasem zależy od nas samych. Częściej niż nam się zdaje mamy rzeczywisty wpływ na to, co się wydarzy, a w sytuacjach zupełnie od nas niezależnych możemy przynajmniej zdecydować, jaką przyjmiemy postawę wobec przeciwności losu. Człowiek dotknięty poważną, niezawinioną chorobą, taką, którą przekazano mu w genach, może próbować opanowywać myśli, może wybrać sposób, w jaki przeżywa nieszczęście: złorzeczyć albo godzić się z losem, cieszyć się wszystkim albo odrzucać wszystko w czambuł. Każdy, niezależnie od okoliczności, ma możliwość przyjęcia jakiejś strategii swojego życia, jakiejś wizji samego siebie, którą będzie realizował.

Zaprezentuję tu kilka typowych strategii życia z katalogu moich doświadczeń i obserwacji. Zilustruję je przykładami własnych przeżyć oraz z filmów, które nakręciłem lub do których napisałem scenariusze, opierając się na wątkach zasłyszanych i czasem autobiograficznych.

Termin „strategia” dzisiaj dotyczy przede wszystkim zarządzania i marketingu. Stąd też pochodzi kolejne pojęcie sprawdzające się w życiu: „koszt alternatywny”. Trudność w dokonywaniu wyboru głównie polega na tym, że decydując się na jedno, rezygnujemy z innego. To jest właśnie „koszt alternatywny” – subiektywnie szacujemy dobro, z którego zrezygnowaliśmy, które – podejmując decyzję – tracimy. W trywialnym ujęciu jest to dylemat: jak mieć ciastko i je zjeść – odwieczna sprzeczność pragnień.

Najczęstszym przykładem, który przypomina to marzenie o ciastku, jest wybór między tym, co podniosłe, duchowe a tym, co praktyczne, materialne. Chcemy mieć. Chcemy być bogaci. Można to czasem osiągnąć ciężką pracą, można – sprzedając swoją wolność, godność, honor i szacunek dla samego siebie. Do sukcesu materialnego najłatwiej prowadzi nieuczciwość. W tym sensie być uczciwym się nie opłaca, choć wierzymy, że w sensie moralnym warto. Uczciwość daje nam poczucie własnej wartości, ale czasem wstydzimy się frajerstwa. Nie skorzystaliśmy z okazji, a można było coś zyskać. Postąpiliśmy szlachetnie, ale przecież niepraktycznie. Precyzyjnie szacujemy koszt alternatywny i zastanawiamy się, czy było warto? A może nie było warto, skoro czujemy się przegrani?

O takich rzeczach chcę Wam przekazać trochę moich spostrzeżeń i podzielić się wątpliwościami, bo tych mam pod dostatkiem. Jednak wierzę, że w życiu jest szansa odnaleźć jakieś zręby sensu czy porządku. Wnioskując z mego doświadczenia, wnoszę, że jakieś reguły istnieją. Sztuka w tym, jak je stosować, jak je do danej sytuacji przymierzyć.

Czy doświadczenie innych może nam się przydać? Czy nie mają racji ci, którzy twierdzą, że nie można się uczyć na cudzych błędach, że trzeba popełniać je samemu? Nie znam na to jednoznacznej odpowiedzi. Z pewnością własnych doświadczeń nic nam nie zastąpi, choć jako belfer (którym jestem przez całe dorosłe życie) muszę wskazać tu wartość sztuki narracyjnej, którą sam uprawiam, a dzięki której znamy cudze historie i wyposażamy się w doświadczenia innych. Po to właśnie studiujemy Szekspira i Balzaka, Czechowa i Conrada (wymieniam spontanicznie tych, których bardzo lubię). O tym mówił z ironią Bertrand Russell, stwierdzając, że nie warto powtarzać w życiu tych samych błędów. Zawsze jest tyle nowych błędów do zrobienia.

Określenie „koszt alternatywny” wprowadza ekonomię do naszych wyborów, które przecież nie zawsze dotyczą materii. Są ludzie, którzy nieustająco szacują straty, są i tacy, którzy z kosztami się nie liczą. Pierwsi żyją ostrożnie, gdyż ponad wszystko chcą „mieć ciastko”, drudzy żyją zachłannie, łakomie, bujnie – zjadają ciastko i przez krótką chwilę delektują się smakiem. O takich mówimy, że przez chwilę mają bogate życie, choć wcale nie musi to oznaczać życia w bogactwie. Bywają bogacze, których życie jest ubogie, wręcz biedne, bo żyją nudno, nieciekawie, a legendarny Grek Zorba z filmu Kakojanisa, nie mając nic, potrafił żyć całą pełnią. Większość z nas jednak szuka środka, próbuje zachować równowagę między tymi skrajnymi postawami, co okazuje się niezwykle trudne.

Wiele wskazań życiowych zawiera w sobie sprzeczność, z którą współczesny człowiek zmaga się i nie może znaleźć szczęśliwego rozwiązania. Biblia mówi, że trzeba stracić życie, by je znaleźć. Czy nie będzie nadużyciem, kiedy powiem, że to trochę podobna konstrukcja myślowa jak z tym ciastkiem? Zjeść i mieć. Tak żal wyrzekać się życia, a tak bardzo chciałoby się zyskać je w jakiejś zwielokrotnionej postaci. O wyrzeczeniu się życia mówią nie tylko chrześcijanie. Podobna myśl pojawia się w nauczaniu Buddy, w Koranie i w Wedach. Widać dylemat jest uniwersalny. I na pewno go nie rozwiążemy ani ja, ani Państwo. Ani na tych stronach, ani w życiu. Ale warto się nad nim zastanowić.

To zastanowienie prowadzi do kolejnego odwiecznego pytania, które zawiera w sobie wielka literatura, przede wszystkim w rosyjskim wydaniu (po rosyjsku zresztą to pytanie brzmi najwyraźniej i z trudem daje się przełożyć na niesłowiańskie języki). „Jak żyć?” – zapytują bohaterowie Czechowa i postaci z Dostojewskiego. „Jak żyć?” – pyta Klim Samgin, bohater powieści Gorkiego. Oglądałem ją kiedyś w adaptacji na serial telewizyjny na konkursie w Monte Carlo. Serial nakręcony po rosyjsku miał angielskie napisy i pytanie „Jak żyć?” przetłumaczono na „What should I do?” (Co mam robić?) Myślę, że w tym tłumaczeniu ukryta jest cała przepaść między myśleniem Wschodu i Zachodu. Rosjanin stawia swoje pytanie bardzo szeroko, w nieokreślony sposób, do czego skłania go sam język. Angielski jest wytworem innej kultury i innych zapatrywań. Rosyjskie pytanie dotyczy samej istoty życia. „Jak żyć” wobec takiej masy cierpień, niesprawiedliwości i krzywdy, wobec niemożności naprawy tego świata? Anglik szuka dla siebie praktycznego zadania „co robić”, bo działanie jest dla niego główną treścią życia.

Polak z natury należy do kultury Zachodu, jest wychowany w tradycji łacińskiej, powinien być bliżej Anglosasa aniżeli rosyjskiego brata Słowianina. Myślę tak, ponieważ związki kulturowe są mocniejsze niż jakieś powinowactwo etniczne czy językowe. Łatwo mi tak mówić, szczególnie kiedy już z mojego nazwiska wynika, że będąc Polakiem nie jestem Słowianinem. Mój przypadek jest tu zresztą bez znaczenia. Przytaczam przeklęte pytanie rosyjskich wielkich pisarzy, żeby postawić je przed sobą i przed państwem.

Jak żyć?

Czy można kiedykolwiek poważnie odpowiedzieć na tak generalne pytanie? Rzecz jasna nie można. To jest dla mnie zgoła oczywiste. Każdy, kto spróbowałby jednoznacznie rozstrzygnąć ten problem, doczekałby się zasłużonych szyderstw. Bo skąd nagle ktoś miałby wiedzieć to, czego od wieków nie wie cała ludzkość? Nie wie, ale szuka – i ludzkość, i każdy z osobna. I do tego szukania chcę nawiązać. W czasach, kiedy jest tyle zamętu, tyle rzeczy stanęło na głowie, warto może przepowiedzieć sobie kilka spostrzeżeń o życiu po to, żeby budować własne, cząstkowe odpowiedzi.

Pisząc o zamęcie, mam na myśli zmiany, jakie zaszły w Polsce i całej środkowej Europie. Prawdziwa rewolucja. W ciągu lat kilkunastu całkowicie zmieniło się życie, zmieniły się różne okoliczności, w których podejmujemy nasze życiowe wybory. Czy zmieniło się zasadnicze rozumienie tego, czym jest szczęście, co życiu nadaje sens? Na pozór tak. Spadła na nas wolność tak ogromna, że nie potrafimy wciąż jej ogarnąć myślą. Kilkanaście lat temu w sklepach kupowaliśmy, co było, a najczęściej nie było tego, czegośmy potrzebowali. Dziś nie możemy podołać wyborom, tyle jest towaru. Wybieramy nie tylko towary. Wybieramy partie polityczne i parlament. I wybieramy ubrania – dawniej nosiło się, co popadło. Wybieramy sposób życia – dawniej żyło się, jak się dało. Im więcej wolności, tym więcej niewiadomych. Kiedy nie było wielu możliwości wyboru, człowiek robił, co mógł. Dziś w większym stopniu może robić, co chce. Wobec takich wyborów pytanie „Jak żyć?” jest zasadne i do tego zupełnie praktyczne. Młodym ludziom w Polsce jest dzisiaj trudniej, bo więcej od nich samych zależy.

W formułowaniu różnych myśli nie chciałbym w tej książce być sam. Niestety, nie mam zasobnej biblioteki ani możliwości przeszukiwania publicznych księgozbiorów. Byłoby to zresztą jakimś fałszem, ponieważ w życiu nigdy nie miałem czasu na porządkowanie moich lektur. Będę się podpierał tym, co pamiętam, i tym, co uda mi się znaleźć. Tu na przykład, w momencie, kiedy piszę o tym, jak wiele zmieniło się w naszym życiu (tak wiele, że można z pewną przesadą powiedzieć, że wszystko), jest okazja, by zacytować jedną z ulubionych książek, do których czasami powracam. To LampartTomassiego di Lampedeusa. Jest tam opisana rewolucja, która doprowadziła do wyzwolenia włoskich księstw spod panowania Francuzów i Austriaków i zjednoczenia Włoch w jedno państwo, a przy okazji do pomniejszenia roli arystokracji w życiu publicznym. Stary książę w Lamparcie powtarza zdanie wszystkich konserwatystów o tym, że „wszystko musi się odmienić, aby wszystko pozostało po staremu”. Odnośnie do naszego życia, wyborów, które czynimy, wreszcie szczęścia (cokolwiek dla nas znaczy to słowo) jest trochę tak, jak mówi stary książę. Kiedy w głowie wiruje od przemian, przypuszczam, że to spostrzeżenie może budzić optymizm. Wszystko jakby się zmienia, ale tak naprawdę to, co w życiu najbardziej istotne, podlega tym samym prawom od dziesięcioleci i stuleci.

Pytanie „Jak żyć?” dotyczy przede wszystkim ludzi młodych. To oni stoją na rozdrożu, przeżywają po raz pierwszy swoją wolność, stoją wobec świata, o którym nie mieli pojęcia ich rodzice. Każdy krok życiowy podejmowany w młodości żłobi pewien ślad i ma trwałe znaczenie. Kiedy przyjdzie do dalszych wyborów, nabieramy pewnych przyzwyczajeń, uczymy się pewnych reakcji, coś zaczyna składać się na nasz styl. Ten styl może być od początku gorszy albo lepszy, czasem bardzo dobry, czasem zły. Młody człowiek w określonych sytuacjach godzi się milczeć albo się nie godzi, w pewien sposób zaczyna mówić o innych i określa granice: na co sobie pozwala, na co nie. Człowiek w dojrzałym wieku może zawsze zmienić styl, ale decyzje z młodości ciążą nad każdym i z czasem coraz trudniej jest o zmiany radykalne.

Wszyscy wyznajemy z grubsza podobne zasady. Z grubsza wszyscy się godzimy z dekalogiem, wierzący i niewierzący, chrześcijanie i muzułmanie, wiemy, że są pewne zasady niewzruszone i uczymy się przymierzać je do życia. To, czy z zasady „nie kradnij” wynika, że należy płacić podatki i nie jeździć na gapę, zależy od naszych wyborów i wiemy, że czasami uważamy podatki za niesprawiedliwe, a czasem, nie płacąc za przejazd, odbieramy w naszym subiektywnym przekonaniu jakiś dług od miasta. To wszystko nazwę kwestią stylu. Jeden uważa, że walcząc o karierę, można dyskretnie wyrazić w obecności szefa jakiś sąd pogrążający konkurenta, a drugi nigdy tego nie robi, bo nie chce przekroczyć granic fair play. To wszystko kształtuje się w czasie, kiedy jesteśmy młodzi. W młodości decydujemy, czy będziemy zawsze skrupulatnie oddawali pożyczone książki albo długi, czy też będziemy korzystali z tego, że czasami można udać zapomnienie. Młodość określa horyzont naszych ambicji, czy żyjemy do jutra, czy do pojutrza, czy budujemy coś daleko naprzód, czy też ufamy chwili.

Piszę wyrywkowo o wyborach, żeby doprowadzić do sformułowania, którym często zabawiam widownię na spotkaniach. Kiedy patrzę na salę pełną młodych ludzi, mówię szczerze, że jestem wobec nich pełen współczucia, bo wiem, że młodość to najgorszy okres życia. I dodaję im na pocieszenie, że ta młodość się na szczęście rychło skończy i że prawdopodobnie już nigdy nie będzie im tak ciężko jak jest teraz. Sala zwykle wybucha śmiechem, bo wszyscy żyjemy w kulturze ukształtowanej przez legendę Fausta, w której młodość jawi się jako bezwzględna wartość. A tymczasem młodość taką wartością wcale nie jest. Jest wartością, kiedy chodzi o nasze organy, o ciało, które osiąga szczyt rozwoju w wieku dojrzewania i to tego zazdroszczą starcy. Nikt natomiast nie chce pamiętać, jak straszna była niepewność młodości, niewiedza o sobie i o świecie, wieczna niezręczność młodości. O tym wszystkim nawet Faust zapomniał.

Dlaczego ja tak to pamiętam? Czy dlatego że miałem przykrą młodość w stalinowskich czasach? Myślę, że to zbyt proste tłumaczenie. Jeszcze dziesięć lat po maturze studiowałem, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie, nie rozumiejąc, do czego się nadaję, do czego mam powołanie. Może ktoś, kto miał prostsze dojrzewanie, nie pamięta tak mocno tego, co ja dzisiaj wspominam jako mroczną stronę bycia młodym. Ale jest i druga, równie ponura strona medalu.

Każdy, kto jest młody, coś sobą zapowiada. Coś obiecuje. O nikim, kto jest młody, nie można powiedzieć, że jest beznadziejny, że nie rokuje na przyszłość. Największy nieuk w klasie ma szanse czymś zasłynąć, zostać najlepszym kochankiem albo bohaterskim strażakiem. Straszne jest to, co później oglądamy na zjeździe maturzystów. Iluż ludzi z naszej świetnej klasy skapcaniało w przeciągu kilku dekad? Iluż zmieniło się w wytarte kapcie, ilu jest kłapouchów, którzy już mają poczucie, że przegrali swoje życie? To jest ta mroczna strona, o której pamięta młodość, bo to z pozycji wyrostka widać starszych jako grono przegranych nieudaczników i frustratów.

Nie mam odwagi postawić pytania o to, czy naprawdę każdy ma w życiu jakąś szansę. Czy są ludzie bezwzględnie skazani na niepowodzenie? Czy przy rozmaitych punktach wyjścia, przy różnym zdrowiu, urodzie, zdolnościach, pozycji społecznej każdy mógł dojść do czegoś, co byłoby jego spełnieniem? A jeśli nie doszedł, to czy sam jest sobie winien? A jaką rolę gra w życiu przypadek, ten łut szczęścia? Czy to jest to, co wierzący nazywa działaniem Opatrzności? Nie sposób nie pytać i nie sposób cokolwiek odpowiedzieć. Siedząc na zjeździe w rocznicę matury, odliczamy wszystkich, którzy zmarli młodo, zginęli w wypadkach lub zgaśli na skutek raka. Czy mieli te same szanse, co my wszyscy, którzy żyjemy? Czy byli sobie winni (tak byśmy chcieli budować złudzenie, że mamy jakąś zasługę w tym, że jesteśmy wciąż wśród żywych, bo nie palimy i dbamy o zdrowie)? Myśląc o tym, dotykamy Tajemnicy, jeśli jesteśmy gotowi przyjąć, że za płaszczyzną niezrozumienia stoi Siła i Myśl, której można zaufać i która nas próbuje, lecz nie krzywdzi. Albo też z pozycji niewiary musimy spostrzec, że jesteśmy igraszką w rękach ślepego losu. W każdym razie jest zupełnie oczywiste, że choć może coś od nas zależy, to więcej jest poza naszą kontrolą.

Czy myśl ta, nawet w swoim najmroczniejszym wymiarze niewiary, musi nas paraliżować? A może warto tutaj zacytować starą żydowską anegdotę o człowieku, który latami błagał Boga, żeby się nad nim ulitował i dał mu wygrać na loterii. Aż Bóg się zdenerwował i zagrzmiał: „Daj mi wreszcie szansę! Kup los!”

Jakkolwiek trudno orzec, ile w życiu zależy od nas samych, a ile od Opatrzności i Łaski (w oczach tych, co wierzą) czy od ślepego trafu, to warto chyba podjąć trud kupowania losów na loterię. W kulturze Zachodu, szczególnie w jej anglosaskiej postaci, gdzie dominuje doer – ten, co czyni (homo faber), łatwo ulec złudzeniu, że wszystko zależy od tego, co ja zrobię i dlatego pytanie „Jak żyć?” tłumaczy się: „What should I do?”Dla ludzi Wschodu nie jest ważne, co ja zrobię, bo to Bóg czy ślepy los przesądzi wszystko. A przecież całkowite poddanie się nie leży w naturze człowieka. Mówimy, że prowokujemy los – na dobre lub złe, mówimy „z Bożą pomocą”. Kupujemy od czasu do czasu los, nawet jeśli nie ma w nas wiary, że jakaś Siła nam sprzyja.

Znowu sprzeczność. Świat jest ich pełen, a my jesteśmy naturalną jego częścią. Dlaczego zatem nie akceptujemy sprzeczności? Dlaczego odruchowo próbujemy je rozwikłać? Dlaczego w naszym pojmowaniu porządku sprzeczność nie ma racji bytu? I wreszcie, czy warto podejmować trud Syzyfa i poszukiwać ładu? Czy warto zaczynać bez nadziei na osiągnięcie celu? Ja głęboko wierzę, że warto.

Co jest tym celem? Odpowiem równie mętnie, jak mętne jest to pytanie. Celem jest pewne uporządkowanie myśli, pewien ład, który nigdy nie będzie doskonały, ale jest zawsze lepszy od zupełnego nieładu. Porządek, choćby bardzo niedoskonały, ma przewagę nad nieporządkiem. W to wierzę, nie potrafię tego udowodnić, bo w tak ogólnej sferze nie obowiązują żadne prawidła dowodzenia. Odwołam się jednak do intuicji. Ta mi mówi, że człowiek, który żyje pogrążony w chaosie, człowiek pełen sprzecznych uczuć i myśli, jest zawsze nieszczęśliwy, co więcej, grozi mu często rozpad psychiczny i szaleństwo. Widzimy to czasem u ludzi, którzy nie mogą pogodzić zasad, jakie wynieśli z domu, ze sprzecznymi zupełnie zasadami, które odkrywają w toku życia. Miotają się między jednym myśleniem a drugim i nie wiedzą ani co lubią, ani też czego by chcieli. Wierzę, że wysiłek włożony w nieustanne porządkowanie świata naszych myśli i uczuć (czyli, podniośle mówiąc, świata Ducha) jest wysiłkiem opłacalnym. Stanowi inwestycję w nasz rozwój wewnętrzny, stanowi krok na drodze do szczęścia.

Szczęścia jak i prawdy nie da się w pełni osiągnąć – ani trwale, ani w stopniu doskonałym. Do szczęścia można tylko zmierzać i można się do niego przybliżać. Temu właśnie ma służyć cały wysiłek ducha. Jeśli w tym wysiłku mogę być komuś pomocny, dzieląc się swoim sposobem myślenia i odczuwania, to poczuję się bliski sukcesu.

Pełny sukces także nie istnieje. I całe szczęście, bo co byśmy mieli robić po jego osiągnięciu? Zamrzeć? Sukces jest przecież nietrwały, a tym samym jest niedoskonały. Myślę często o ludziach wymiernego sukcesu: naukowcach, którzy dokonują wielkich odkryć, sportowcach, którzy biją rekordy, przedsiębiorcach, którzy pomnażają fortuny czy wreszcie o artystach, ludziach, do których przynależę. Co łączy ludzi w pogoni za prawdziwym sukcesem? Moim zdaniem świadomość niespełnienia. Nikt nigdy nie osiągnie tego wszystkiego, do czego zmierza. Kiedy osiągnie, to znaczy, że za nisko postawił poprzeczkę.

Nie chciałbym się wdawać za szeroko w rozważania o tym, jak sukces ma się do szczęścia. O samym szczęściu w młodości z wypiekami na twarzy czytałem książkę profesora Władysława Tatarkiewicza. Z masy rozmaitych definicji szczęścia powstał tam przewodnik tak klarowny i zrozumiały, że nawet jeśli dzisiaj połowy tych poglądów nie pamiętam, to w żadnym wypadku nie pozwolę sobie na mówienie o szczęściu jako czymś oczywistym.

Spotykam się natomiast bardzo często z trywialnymi poglądami na temat, który dla każdego człowieka powinien być najważniejszy. Jak żyć, żeby osiągnąć stan, który uważam za najdoskonalszy z możliwych i dostępnych dla mnie stanów? Wymieniłem już wyżej jedną radę: szukać ładu w chaosie, porządku w bałaganie. Czy to jest uniwersalna rada? Nie wiem. Kiedy teraz zastanawiam się nad tym, to wydaje mi się, że nie sposób podważyć tego spostrzeżenia. Ład i uporządkowanie. Spójność myśli, uczuć i czynów to jest warunek, który zwiększa rokowanie na to, by nasze życie było choć względnie udane. Udane, czyli szczęśliwe.

Zapytam raz jeszcze: Czy każde ludzkie życie ma szanse być udane? Nie ma na to żadnej racjonalnej odpowiedzi, nie ma też jak przeprowadzić na ten temat badań. Obserwując życie, widzimy gołym okiem, że wielka liczba ludzkich żywotów sprawia wrażenie nieudanych (powracam do motywu „rozdeptanych kapci”). Czy rzeczywiście są nieudane? W jakim sensie? Jeśli powiemy na przykład, że chodzi o osąd subiektywny, o to, że bardzo wielu ludzi jest niezadowolonych z życia, to jesteśmy na śliskim gruncie. Może ci ludzie się mylą. Nazywają swoje życie nieudanym, a tymczasem ono lepsze być nie może i nie ma powodu, żeby było. Może oczekiwania były za wysokie. Jakie oczekiwania? Względem siebie czy względem losu? Czy ten, który sądzi, że mu się coś należy, a tymczasem tego nie otrzymał, ma rację, czy jest w błędzie? Kto go zapewnił, że mu się coś należy? A o sobie samym co można powiedzieć? O oczekiwaniach względem siebie. Jeśli ktoś dostał w genetycznym spadku krótkie nogi i krępą figurę, a chciał być wysoki i szczupły, to trudno mu współczuć, bo w końcu to jego chcenie jest czymś zupełnie nieuzasadnionym. A jeśli ktoś rodzi się chory i słaby, to czy ma prawo całe życie żywić żal do świata (czy do Stwórcy, jeśli weń wierzy)? Czy można się zgodzić co do tego, że każdy z nas rodzi się z jakimś potencjałem możliwości fizycznych i duchowych, intelektualnych, uczuciowych (możemy wymieniać wiele)? Każdy człowiek jest inaczej wyposażony do życia i jeśli chce trzeźwo myśleć na temat swego spełnienia (czy niespełnienia) to musi zdać sobie sprawę, że miara jego osiągnięć odnosi się do jego możliwości i jak na tego kim jest z urodzenia osiągnął wiele lub niewiele.

Brzydkie przysłowie mówi, że ktoś jak na garbatego jest prosty. Okrutniejszy dowcip opowiada w jednym ze swoich filmów Woody Allen. Otóż do psychiatry, ulubionej postaci Allena, przychodzi pacjent ze skargą, że cierpi na kompleks niższości. Terapeuta prowadzi z nim cały szereg dociekliwych rozmów, wreszcie mówi: „Mam dla pana dobrą wiadomość. Pan nie cierpi na kompleks niższości. Pan po prostu jest gorszy”. Ludzie niezadowoleni ze swego życia, dlatego że chcieliby mieć inne, są po prostu niemądrzy i nawet trudno im współczuć. Przypomina mi się jeszcze jedna anegdota, o szejku arabskim, który siedzi smutny w swoim haremie, otoczony wieńcem pięknych żon. „Co ci się marzy? – pyta jedna z nich. – Masz w haremie wszystkie piękności, które wydała ziemia”. A smutny szejk odpowiada: „Mnie się marzy jakiś inny harem!” Trudno współczuć szejkowi i trudno wyleczyć kogoś, kto nie umie jasno sprecyzować swoich chęci.

W ocenie samego siebie można popełnić dwa różne błędy. Można się przeceniać albo nie doceniać. Jeśli na skutek złej oceny postawimy poprzeczkę za wysoko, to cierpimy, gdy jej nie strącamy, ale kiedy poprzeczka jest za nisko, to też żal, bo wiadomo, że mogliśmy skoczyć wyżej. Z samego przeciwstawienia dwóch fałszywych ocen wynika prosta mądrość, do której zmierzam. Człowiekowi do życia potrzebna jest prawda. Prawda o sobie samym i o świecie, w którym mu przyszło żyć. Kto nie szuka prawdy, ten przegrywa. Całej prawdy nie odkrywa nikt, ale gołym okiem widać, że niektórzy są bliżej prawdy o sobie, inni dalej. I dlatego, jak do refrenu, powracam do mego powiedzonka na temat młodości. To najgorszy czas życia, bo wtedy właśnie najtrudniej nam dociec, jacy naprawdę jesteśmy. Jeśli w toku tej lektury zastanowicie się Państwo nad tym, kim jesteście i czy czujecie się bliscy tego, co w przybliżeniu odczuwamy jako szczęście, to będę miał poczucie, że warto było spisać, co z różnych spotkań z ludźmi zostało mi w pamięci.

Słyszę czasem zdanie, że szczęściem w życiu człowieka jest suma przeżytych przyjemności. Jest to w miarę porządne sformułowanie o filozoficznym charakterze, choć, w mojej opinii, lekkomyślne i bałamutne. Młodzi ludzie wyrażają je prościej: tym, co w życiu naprawdę się liczy, jest przyjemność, warto robić tylko to, co pomnaża przyjemne chwile.

Nie umiem zgodzić się z tym poglądem, chociaż nie zamierzam przeczyć, że przyjemność jest w życiu zjawiskiem ogromnie pożądanym. Nie ma powodu od niej stronić. Są różne przyjemności. Można bez trudu nazwać przyjemnym wchodzenie na zaśnieżone górskie szczyty, przezwyciężanie siebie, spełnianie szczytnych obowiązków, otrzymywanie zasłużonych nagród. Dobrem jest rozkosz seksualna, dobrem jest wyborny smak potrawy czy napoju, szczególnie kiedy zawarty w nim alkohol poprawia nasze samopoczucie. Czemuż więc przyjemność nie może być dobrem absolutnym? Myślę, że dlatego, że większym dobrem jest wolność. Przyjemność ma to do siebie, że łatwo stać się jej zakładnikiem: uzależnia nas sukces, uzależniają nas zmysły. Tracimy wolność powodowania samym sobą. Człowiek, który musi osiągać przyjemność, nie jest wolny, a tym samym nie jest szczęśliwy. Traci też z oczu wartości ważniejsze.

Skrajnym przykładem życia dla przyjemności są narkotyki. Wprowadzone do organizmu dają nam najsilniejsze wewnętrzne przeżycia, ledwie porównywalne z największymi osiągnięciami ducha i przyjemnościami ciała. Jeśli uznamy przyjemność za najwyższą życiową wartość, nie ma powodu odmawiać sobie narkotyków. To, że skazują nas na wczesną śmierć jest bez znaczenia. Za cenę długotrwałej przyjemności możemy się zgodzić na stosunkowo krótkie życie, tym bardziej że subiektywnie narkotykowe przeżycie może wkroczyć w nasze odczuwanie czasu i rozciągnąć go tak, że jedna chwila stanie się prawie wiecznością. Dlaczego więc traktować narkotyki jako zło? No, dlaczego?

Jakiś instynkt mówi nam, że życie w nieustannym narkotycznym upojeniu jest ułudą. Ale czy człowiek ma obowiązek żyć w prawdzie? Znowu intuicja podpowiada mi, że tak, że powinniśmy żyć z poszanowaniem realności świata. Ale skąd się bierze ta intuicja, od kogo pochodzi i co znaczy? I czy sami nie traktujemy jej elastycznie, gdy zapewniamy umierającemu w cierpieniach kroplówkę z morfiną?

Rozważania o narkotykach prowadzą nieuchronnie ku pytaniu: czy człowiek ma prawo dysponować swoim życiem? Zlaicyzowany świat nie potępia samobójstwa, dlaczego więc miałby zabraniać narkomanowi zabijać się powoli? Przyjmując same tylko humanistyczne przesłanki, możemy coś powiedzieć o potrzebie biologicznego przetrwania jednostek (a zatem ludzkości), ale przecież wiemy, że nasza planeta może się obyć bez ludzi. Ludzie wierzący, wychowani w chrześcijańskiej tradycji, mówią w tym miejscu o prawie naturalnym, czyli wspólnej intuicji wszystkich ludzi. Wielu innych, obcych tej tradycji, powątpiewa, czy to prawo naturalne jest czymś rzeczywistym. W przyrodniczym myśleniu Darwina jest pojęcie instynktu, wręcz nakazu zachowania gatunku, obrony własnych genów. Może trzeba włączyć ten argument, żeby objaśnić racjonalnie, dlaczego ucieczka w urojenia i powolna śmierć organizmu wywołane stałą obecnością chemicznej substancji są złem. W retoryce Kościoła katolickiego, a szczególnie w tym, jak przemawiał papież Jan Paweł II, częste jest nawiązanie do cywilizacji życia, która liczy się z rzeczywistością, i cywilizacji śmierci. Kiedy widzimy fizyczną i duchową degradację narkomanów, to naocznie możemy się przekonać, że naprawdę chodzi tu o śmierć i ułudę. A więc trzeba zatrzymać się dłużej nad ułudą i zastanowić się, czy Prawda, Dobro i Piękno z arystotelesowskiej triady stanowią rzeczywiście wartości absolutne, choć z naszego ludzkiego patrzenia nie wynika, że kiedykolwiek dotrzemy do któregokolwiek z tych niedościgłych ideałów.

Trzeba też dłużej zatrzymać się na śmiercią. Wpadł mi w ręce tekst albańskiego pisarza dysydenta, który wspomina jak w latach dyktatury siedział w więzieniu z księdzem imieniem Franco, skazanym najpierw na karę śmierci, a potem ułaskawionego z dwudziestopięcioletnim wyrokiem. Autor, sam będąc ateistą, zdziwił się, że ksiądz jako wierzący przyznał się do zarzutu szpiegostwa na rzecz Watykanu, unikając w ten sposób wykonania pierwotnie orzeczonej kary śmierci. Pyta go: „Ty, który wierzysz w Boga, w życie pozagrobowe i w to, że pójdziesz do raju, dlaczego przyznałeś się do fałszywego oskarżenia? Czy egzekucja dla ciebie nie była krótszą drogą do raju?” Zapytany ksiądz odpowiedział: „Także Chrystus, nim go ukrzyżowano, modlił się w Ogrodzie Oliwnym do swego Ojca, by oszczędził mu cierpień na krzyżu”. Ksiądz Franco Ilia przeżył więzienie i jako arcybiskup stał do śmierci w 1997 roku na czele katolików w Albanii. Pamiętam, że kiedyś przelotnie go poznałem. Nie znałem wtedy zapisu rozmowy, jaką odbył z nim Fatos Lubonja, ale nawet gdybym ją znał, nie odważyłbym się zadawać mu żadnych pytań.

Przypomnienie