Strasznowiłka i dzika zima - Jana Bauer - ebook + książka

Strasznowiłka i dzika zima ebook

Jana Bauer

3,0

Opis

Uwaga! Uwaga! Strasznowiłka, mała buntowniczka z różkami na głowie i wielką odwagą w sercu, powraca do Groźnego Gąszczu! Po brawurowym locie statek powietrzny ze strasznowiłką za sterem bezpiecznie ląduje pośrodku lasu. Dla sowy, popielicy, jeża, wiewiórki i innych zwierząt rozpoczyna się szalony czas przygód. Dookoła śnieg i mróz,
ale strasznowiłka, pełna energii i niesamowitych pomysłów, nie pozwoli im przespać zimy! Bitwy na śnieżki, spotkanie z budzącym grozę prapotworem, szaleńcza zabawa w lodowym ogrodzie, bunt przeciwko wiewiórce w czerwonym kapeluszu, dziwne czary magicznego dzwoneczka – za sprawą strasznowiłki mieszkańcy Groźnego Gąszczu nigdy nie zapomną tej dzikiej zimy.

Skrząca się humorem opowieść o nowych przygodach sympatycznych zwierzaków, z nietuzinkową bohaterką i niezwykle wartką akcją oczarowała już dzieci w Słowenii, Litwie, Chorwacji, Hiszpanii i Macedonii, a teraz ma okazję zachwycić czytelników
w Polsce.

Książka wydana w ramach projektu tłumaczeniowego “Literackie zbliżenia”, dofinansowanego przez Komisję Europejską w programie Kreatywna Europa Kultura.

Przekład wsparty finansowo przez Słoweńską Agencję Książki JAK.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 99

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla Martina, który strasznowiłkę wymyślił.

Statek powietrzny

– Przyszedłem na herbatę. – Pewnej zimnej soboty jeż zapukał do sowy, usiadł i wzburzony zaczął miętosić obrus zwisający ze stołu.

– Ach tak – przytaknęła sowa i wstawiła wodę na herbatę rumiankową.

– Nie mogę spać.

– Widzę – odparła sowa.

– Salamandra też nie śpi – dodał jeż. – I niedźwiedź jest na nogach.

– Niedźwiedź? – zdziwiła się sowa.

– Z popielicą, widzisz, popielica też nie śpi, już cały dzień budują statek powietrzny.

– Statek powietrzny? – Sowa była jeszcze bardziej zdziwiona.

Jeż wiercił się na krześle i dalej miętosił obrus. Sowa w końcu straciła cierpliwość.

– Jeżu, przestań miętosić mój obrus! I co ty w ogóle mamroczesz?

– Strasznowiłka – westchnął jeż. – Po nią lecimy!

– Po nią? – huknęła sowa. – Dlaczego?

– A co jeśli w drodze do domu przytrafiło jej się coś złego? Jeśli w jej czajnik uderzył piorun? Albo ktoś ją porwał? Albo ktoś rzucił na nią urok? A co, jeśli…

– Stój – przerwała mu sowa. – Strasznowiłka odeszła, bo tęskniła za siostrami, kuzynkami i ciotkami. I najprawdopodobniej też za prababcią.

– Prababcią? – parsknął jeż. – Sama powiedziałaś, że strasznie przeklina i, co oboje wiemy, w ogóle nie ma cierpliwości.

– Ale…

– Wiesz, gdzie mieszkają strasznowiłki? – Jeż spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. – Potrzebujemy cię.

– Nie, nie i jeszcze raz nie – odparła sowa.

Nagle usłyszeli hałas. Dochodził z daleka. Dzwoniło i trzaskało. Coraz bliżej i coraz głośniej. Sowa wychyliła głowę z dziupli. W jej kierunku leciała dziwna rzecz. Przypominała statek z drzewem zamiast masztu, ale to nie był statek. Podobna była do domu ze skrzydłami, ale to nie był dom, mimo że tłoczyła się w nim co najmniej połowa Groźnego Gąszczu. Popielica, salamandra, wiewiórka, żabia rodzina, młode zające, nawet niedźwiedź i maciora z młodymi, wszyscy byli tam ściśnięci.

– Popielica narysowała plan statku powietrznego – powiedział jeż. – Ja zawiesiłem dynie, gdybyś czasem nie zauważyła.

– Niektórzy już dawno powinni zapaść w sen zimowy – zawołała sowa w kierunku dzwoniącej rzeczy. – Śnieg pada.

– Rozumiem, że możemy na ciebie liczyć? – prosił jeż, wypił łyk rumianku i wspiął się na statek powietrzny po linie, którą spuściła mu popielica.

Sowa wzięła głęboki wdech, zawiązała na głowie ciepłą czapeczkę i odleciała. Tak naprawdę sama też nie zmrużyła oka. Przeklęta strasznowiłka!

– Przez góry! – Zamachnęła skrzydłem na południe i smyrgnęła na czoło wyprawy.

– Strasznowiłki chyba są dzikie – mruknęła zmartwiona – strasznie dzikie.

*

Lecieli długo. Przez pola, łąki, lasy. Nagle skręcili w lewo i przedzierali się przez mgły nad zaśnieżonymi szczytami. Wiatr świszczał, powoli zapadał zmrok. Lecieli przez noc. I w nowy poranek; zimny, wilgotny. Zapachniało czymś słonym. W oddali błysnęło słońce. Sowa skręciła, aby je ominąć. Poszybowali w świat porośnięty ciernistymi krzewami.

Pośrodku cierni ujrzeli olbrzymie stare drzewo z masywnymi gałęziami. Na drzewie znajdowały się domki dla ptaków, połączone ze sobą schodami i mostami. Zatrzymali się. Dotarli do celu.

– Hej hoooo – zawołał niedźwiedź, który pierwszy wygramolił się ze statku.

Żadne okno się nie otworzyło. Żadne drzwiczki.

– Jeżomiiiiłaaaaa! – zawołała popielica.

Nic.

– Może nie ma nikogo w domu – powiedział niedźwiedź.

– Dlaczego więc wpatruje się w nas tyle małych twarzyczek? – dziwiła się wiewiórka.

– Wkładają sobie do ust jakieś pałeczki – powiedział niedźwiedź.

– Najprawdopodobniej przeszkodziliśmy im w obiedzie – westchnęła wiewiórka. – Wiewiórka zawsze czuje się niezręcznie, gdy przerywa się jej posiłek.

– Nie powiedziałabym! – krzyknęła sowa.

– Uciekajmy! – zawołał jeż. – Mają karabiny!

Setki igieł świerkowych przysłoniło niebo i zleciało na nich.

– Aua – jęknęła wiewiórka, gdy jedna z nich wbiła się jej w pyszczek.

– Do schronu! – krzyknęła popielica i wszyscy schowali się za statek.

– Już wiem – powiedział jeż, wyciągnął białą chusteczkę i przywiązał ją do kija. – Hej ho! – Machając kijem, powoli wychodził z cierni i zmierzał w kierunku drzewa. – Jesteśmy przyjaciółmi, znamy Jeżomiłę.

Igły przestały spadać. Karabiny gdzieś przepadły. Twarzyczki zniknęły z okienek. Przez chwilę było cicho. Jeż się zatrzymał. Triumfalnie pomachał zwierzętom skrywającym się za statkiem powietrznym i stanowczym krokiem ruszył dalej.

Otworzyły się główne drzwi przy korzeniach. Wybiegły cztery małe strasznowiłki. Chwyciły jeża za łapki, uniosły go i zabrały ze sobą. Kłóciły się i krzyczały na siebie.

– Ja pierwsza się nim uczeszę.

– Ja pierwsza go zobaczyłam.

– Dajmy go prababci, a da nam nowe buty.

– Prababcia ma ich już siedemnaście! Lepiej schowajmy go i same się nim czeszmy.

– Porwanie! – piszczał jeż. – Chcą się mną czesać! Małe smarkule!

– Przecież widzimy! – darła się za nim wiewiórka. – Ale nic nie możemy zrobić!

Jeż krzyczał i piszczał, aż zniknął ze strasznowiłkami w drzewie.

– No i tym oto sposobem straciliśmy jeża – westchnęła cicho locha.

– Nikogo nie straciliśmy – huknęła sowa.

– Może będziemy go mogli odkupić za orzechy? – zaproponowała wiewiórka.

Ale nie mieli orzechów. Usiedli zrezygnowani.

– Napadnijmy na nie – rzuciła wiewiórka. – Zniszczmy je, pokażmy, na co nas stać.

– Przecież nie damy rady – dodała cicho popielica. – Pewnie strasznowiłek jest ze sto albo i więcej.

– Musielibyśmy je czymś zająć – myślała na głos sowa. – Zwabić na zewnątrz. Oszukać.

– Wieczór poetycki! – zaproponowała salamandra.

Zwierzęta wywracały oczami.

– Jeszcze tego cyrku brakowało! – wyszemrała locha.

– Cyrk! – przytaknęła sowa. – Wspaniały pomysł.

– Ale… – wtrąciła salamandra. – Ja…

– Ty będziesz klaunem – ustaliła sowa. – Locha i warchlaki będą akrobatami! Żaby mogą ujeżdżać zające, a niedźwiedź będzie jeździł na rowerze.

Wykonali plakat. Narysowali salamandrę z czerwonym nosem i drukowanymi literami napisali CYRK. W nocy popielica przymocowała plakat do drzwi wejściowych drzewa strasznowiłek. Rano przynieśli ze statku powietrznego ławki i ze starych koców zrobili namiot cyrkowy.

– Cyrk – zaśmiała się salamandra. – Pewnie nikt nie przyjdzie.

W tym momencie do namiotu wdarło się trzysta pięćdziesiąt dzikich dziewczynek z obtłuczonymi kolanami i zdartymi łokciami. Szarpały się wokół ławek i zgrzytały zębami. Te z tyłu popychały te z przodu. Pluły i wrzeszczały. Darły się i wyzywały.

– Z drogi – zazgrzytał chropawy głos prababci, która przedarła się do pierwszego rzędu. Różki na jej głowie były już stare, połamane i porośnięte drzewiastymi liszajami. Rozejrzała się wokoło, złapała za ucho jedną z małych strasznowiłek i ściągnęła ją z siedzenia. – Marsz, czarcie – usiadła i włożyła do fajki trochę tytoniu.

– Starucha, pierdziucha – ubliżyła jej mała i przeniosła się do ostatniego rzędu.

Sowa się ukłoniła. Odsunęła kurtynę. Zaczęło się.

W międzyczasie wiewiórka i popielica rozpoczęły akcję ratunkową.

Ucieczka

Popielica zamachnęła się siekierą i uderzyła prosto w drzwi wielkiego drzewa, w którym mieszkały strasznowiłki.

– Straszne – jęknęła wiewiórka i załkała na cały głos. – Włamujesz się do cudzego domu!

– Ratujemy jeża – odpowiedziała popielica i waliła dalej.

– A co, jeśli strasznowiłki rozbijałyby twoje drzwi? – Wiewiórka uparcie trwała przy swoim. – Jeśli włamałyby się do twojego domu? – Spuściła wzrok. – Kartka – wymyśliła.

– Co? – zapytała roztrzęsiona popielica.

Drzwi ciągle nie odpuszczały.

– Na kartce – powtórzyła wiewiórka – napisz im usprawiedliwienie.

Popielica sapała, dyszała i waliła. Drzwi w końcu się poddały. Ale wiewiórka stanęła przed popielicą i nie pozwoliła jej wejść.

– Usprawiedliwienie! – powtórzyła z uporem.

Popielica westchnęła i nagryzmoliła na kartce usprawiedliwienie. Wiewiórka się uśmiechnęła, wyraźnie zadowolona. Weszły do jakiegoś korytarza.

– Ojej – zawołała wiewiórka – spójrz na ten bałagan! Same powykrzywiane buciki i brudne rajtuzy. Uważaj, żebyś się nie potknęła. Gdyby to widziała moja mama…

– Jeeeeeeżu – zawołała popielica.

– Tuuuutaj jeeeestem! – Głos docierał gdzieś z góry.

Wiewiórka i popielica podążyły w kierunku schodów pośrodku drzewa, omijając setki bucików i rajtuzów.

– Spójrz, ile mają łóżeczek. – Wiewiórka kręciła głową, spiesząc po schodach na górę obok małych pokoi. – I ani jedno nie jest pościelone. Co za lenistwo!

Na samej górze znajdował się pokój z antycznymi meblami, wygodnym fotelem i ładnie oprawionymi obrazami. Zdjęcia przedstawiały prababcię w różnych sytuacjach. Młodą prababcię, jak drażni byka czerwoną płachtą. Trochę starszą prababcię na zawodach w rzucie kozakiem z medalem na szyi. Starą prababcię pośrodku pola z tytoniem.

Coś zastukotało.

– Jeżu, to ty? – zapytała ostrożnie wiewiórka.

– Nie, garnek gotowanej fasoli – dobiegł nieprzyjemny głos jeża.

– Szkoda – westchnęła wiewiórka. – Nie lubię fasoli.

Popielica pobiegła do komody i wysunęła szufladę. Z dużej kuli kolców spoglądało na nią trzydzieści sześć niezadowolonych oczu.

– Jeżu? – zapytała ostrożnie – jesteś tu?

– Odsuńcie się, to do mnie – wymamrotał z szuflady. – Puśćcie mnie. Idę do domu.

Z kolczastego kłębowiska jeży przedarł się jeż.

Popielica podała mu łapę i wskazała na resztę kolców: – Co zrobimy z tymi jeżami?

Jeż wzruszył ramionami.

– Dziwne są.

– Teraz możecie iść – powiedziała popielica do kolców w szufladzie.

Żaden z jeży się nie poruszył.

– Jesteście wolne!

– Dokąd mamy iść? – podejrzliwie zapytał największy z nich.

– Do lasu. Do domu.

Jeże wybuchły śmiechem.

– I kto będzie nas karmił suszonymi śliwkami? Kto będzie nam usługiwał?

– Mówiłem, że są dziwne – westchnął jeż.

– Po wszystkich tych latach życia w szufladzie…. Zwariowały! Trzeba je ratować – zdecydowała popielica i przystąpiła do wyciągania szuflady z komody. – Wyniesiemy je stąd.

Jeż ruszył z pomocą.

– Wiewiórce nie wydaje się w porządku… – zaczęła wiewiórka. – Ach, a co tam! – Chwilę po tym machnęła łapą i chwyciła za szufladę.

– Precz z robactwem! – zawołał jeden z jeży.

Inne przytaszczyły pestki suszonych śliwek i bezczelnie rzucały nimi w wiewiórkę, popielicę i jeża. Z ledwością przenieśli je do krzaków. Tam wysypali na ziemię. Jeże protestowały. Mówiły brzydkie słowa. Żądały, aby je natychmiast odnieść z powrotem. W końcu odpuściły i rozbiegły się w krzaki.

*

Popielica, wiewiórka i jeż nie zdążyli jeszcze dobrze odetchnąć, gdy jeża zamurowało:

– Szzzz! Co to jest?

Z krzaków tuż przed nimi wyłoniła się dziwna biała postać. Trzepotała.

– K-kim jesteś? – zapytała popielica.

– Jestem duchem prababci prababci.

Przestraszony jeż zaczął się cofać.

– Droga prapraprababciu – wyjąkał. – M-miło było cię poznać, ale musimy już i-i-iść, wiesz, czeka na nas połów niecny, to znaczy statek powietrzny, i świnki są już chłodne, to znaczy g-łodne, musimy wracać do d-domu.

– Nigdzie nie pójdziecie – zagrzmiała duża biała postać. – Im bardziej was wącham, tym bardziej śmierdzicie! Wiecie, czym śmierdzicie?

Popielica, wiewiórka i jeż pokręcili głowami.

– Hultajstwem! Przyszliście po strasznowiłki!

– Nieprawda! – fuknęła wiewiórka. – Przyszliśmy tylko po jedną. Po Jeżomiłę.

– Idiotka! – dźgnął ją pod żebra jeż.

– Jeżomiłę! – Duch podskoczył. – Dlaczego właśnie po nią? Jest w czymś lepsza od innych?

– Oczywiście! – przytaknęła wiewiórka. – Sto razy lepsza.

– Jest bardziej zabawna? – chciał wiedzieć duch.

– Tysiąc razy bardziej zabawna – potwierdziła wiewiórka.

– Jest ładniejsza od innych? – znowu zapytała biała zjawa.

– Czy ja wiem? – zastanowiła się wiewiórka. – Nawet nie.

– Niech cię piorun trzaśnie! – świsnął duch.

Nagle biała płachta opadła. Przed nimi stała ich strasznowiłka.

– Myślałam, że powiecie, że jestem milion razy ładniejsza od innych – warknęła rozzłoszczona.

– Jeżomiła! – zawołali popielica, wiewiórka i jeż.

Strasznowiłka ze zdenerwowania splunęła trzy razy i niewiele brakowało, a trafiłaby w jeża.

– Przylecieliśmy po ciebie! – rzuciła popielica.

Strasznowiłkę ze wzburzenia zaczęło swędzieć w gardle. Nie wytrzymała napięcia i ugryzła popielicę w łapę.

– Auuu! – krzyknęła popielica.

– Ojej, nie chciałam! – zawołała strasznowiłka. – Przepraszam!

– Nic się nie stało. – Popielica machnęła łapą i zacisnęła zęby.

Wtedy z namiotu cyrkowego dobiegł wrzask. Natychmiast pobiegli do statku powietrznego. Przedstawienie dobiegało końca. Teraz powinien mieć swój występ klaun. Ale salamandra nie mogła się oprzeć pokusie. Żeby przed tak liczną publicznością grać klauna? Nie ma mowy. Zaczęła recytować swoje wiersze, które w ogóle nie były zabawne. Jeszcze gorzej! Mówiły o samych nieprzyjemnych uczuciach.

Strasznowiłki się zezłościły. Przygotowywały już karabiny i igły świerkowe. Prababcia przywlekła kij do fasoli. Zaczęła celować w salamandrę.

– Uciekajmy! – zawołała sowa, gdy ujrzała jeża i strasznowiłkę.

Wszyscy pobiegli do statku powietrznego. Popielica skoczyła za ster. Maszyna zahuczała i statek powietrzny zaczął się unosić.

– O mały włos, a nie wyszlibyśmy z tego cało. – Locha odetchnęła, widząc w dole pod sobą rozjątrzone twarzyczki z karabinami. Cała załoga włącznie ze strasznowiłką znajdowała się na pokładzie.

Tylko salamandra została pod pokładem. Była zbulwersowana, że dostała po ogonie kijem do fasoli w chwili, gdy recytowała swój ulubiony wiersz.

– Tyle wysiłku – poskarżyła się wiewiórce, która przyszła po sok. – Szukałam odpowiednich słów nawet w almanachach poetyckich! Wszystko zebrałam i włożyłam w te wersy: ból, smutek, samotność… Miałam nadzieję, że poruszę wiele serc.

– To straszne – przytaknęła wiewiórka.

Wzięła sok i pobiegła na pokład.