Straszliwy hotel - Edgar Wallace - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Straszliwy hotel ebook i audiobook

Edgar Wallace

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Anglia początku XX wieku. Z zakładu psychiatrycznego ucieka słynny złodziej, a przy tym jeden z najniebezpieczniejszych morderców. Po pierwsze szuka zemsty za zdradę, po drugie potrzebuje pieniędzy…

 

Ogromne dwudziestocylindrowe samochody, kluby, łajdacy, złodzieje, mordercy. A po drugiej stronie wspaniały Scotland Yard i genialny detektyw. No i jest także piękna dziewczyna…

 

Nie ma to jak klasyka kryminału!

 

Artur Conan Doyle tak opisał książki Wallace’a - „dla tych , dla których powieść kryminalna jest wytchnieniem, książki E. Wallace’a będą rozkoszą i przyjemnością, jakie rzadko gdzie znajdą”.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 257

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Dariusz Klimek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału Terror keep

Copyright © 2026, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-404-2

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Zasoby wykorzystane na okładce: adobe stock (©Camel, ©Silhouette Studio, ©jinna-tun, ©MSTSULTANA, ©Sahinur, ©Abdul Rahim)

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

[email protected]@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Byłby to czyn nieetyczny, a może nawet nielegalny i krzywdzący tych nielicznych, którym przysługuje wątpliwy przywilej przesiadywania za kratą więzienia w Broadmoor, tego doczesnego zapiecka dla wykolejonych społecznie elementów; byłby to czyn godny najostrzejszej nagany, gdybyśmy takiemu amatorowi więziennej strawy i pretendentowi do więziennej pryczy rzucili w twarz słowo „zbrodniarz”, zanim kolegium uczonych kryminologów i grono miłosiernych sędziów skaże go na spożywanie tego jadła oraz beznadziejne wylegiwanie się na pryczy. Choćby jednostka, o której mowa, osiągnęła szczyt swej bandyckiej reputacji, a jej imię dawno przeszło do legendy, byłby to, powtarzam, czyn niecny, podły, nietowarzyski i niehumanitarny. A przecież palcami pokazywano sobie Johna Flacka, gdy wałęsał się po dziedzińcu więziennym, ze splecionymi z tyłu rękami, z głową zwieszoną na piersi, w obcisłym płóciennym ubraniu, wysoki, szczupły drab, który rzadko kiedy odzywał się do kogokolwiek i jeszcze rzadziej nagabywany bywał przez innych.

– Patrzcie! John Flack... Król włamywaczy... Stary Flack, krwawy Flack... dziewięć morderstw...

Człowiek, który popełnił jedno tylko zabójstwo i teraz odsiadywał je w Broadmoor, korzył się w głębi ducha przed Starym Johnem i podziwiał jego bohaterskie czyny. Dowodzi to, że więźniom nie brakowało humoru, a czasem nawet rozsądku. Strażnicy, którzy zamykali Flacka na noc i pilnowali jego snu, nie mogli się uskarżać na swego pupila, był bowiem spokojny, nie wadził nikomu i przez całe sześć lat pobytu w więzieniu ani razu nie uległ owemu atakowi szaleństwa, którego konsekwencje są, jak wiadomo, opłakane: jakaś Bogu ducha winna ofiara kończy w szpitalu, a impulsywny sprawca awantury wkłada tak zwany kaftan bezpieczeństwa.

Czas schodził mu głównie na czytaniu i pisaniu, trzeba bowiem wiedzieć, że władał piórem niegorzej niż wytrychem. Pisał z szaloną szybkością. Tysiące małych zeszycików zapełniał rozdziałami swojego wielkiego traktatu o zbrodni.

Przełożony go lubił; pozwalał mu pracować nad tym drastycznym tematem, spodziewając się z czasem włączyć rękopis do swego muzeum, które było istną perłą kryminologii.

Raz, w drodze wielkiej łaski, dał mu stary filut jedną ze swoich książek do przeczytania. Przełożony czytał i oczy mu na wierzch wyłaziły. Tytuł brzmiał: Jak obrabować bank, kiedy na straży stoi tylko dwóch ludzi. Wskazówki metodyczne dla początkujących. Przełożony, który był niegdyś wojskowym, czytał i czytał, nie mogąc się oderwać, tylko od czasu do czasu wyjmował chustkę, aby otrzeć pot ściekający mu z czoła; bo ten dokument, nakreślony ładnym, czytelnym charakterem Johna Flacka, przypominał mu plan dobrze zorganizowanego ataku dywizji. Najmniejszy szczegół miał swoją wagę; każda przeszkoda, każda okoliczność była przewidziana. Podane były nie tylko składniki chemiczne eliksiru, który miał ukatrupić pierwszego strażnika, ale tuż obok znajdował się także obszerny przypisek, zaiste godny zacytowania in extracto.

Jeśli zdarzy się, że medykamentu nie będzie można nabyć ani go sfabrykować, wówczas polecam operatorowi, aby się udał do podmiejskiego lekarza i podał następujące symptomy (...). Lekarz zapisze mu lekarstwo, które zawiera potrzebną substancję w bardzo małej dawce procentowej. Lekarstwa tego nabyć sześć butelek i wyciągnąć z niego ekstrakt, stosując następującą metodę (...).

– Bój się Boga, Flack, dużo tego napisałeś? – zapytał urzędnik, otwierając szeroko usta.

– Czy dużo? – John Flack wzruszył kościstymi ramionami. – Robię to dla rozrywki, po prostu, aby nie wyjść z wprawy. Napisałem już sześćdziesiąt trzy książki z tej dziedziny i, niestety, nie mogę ich skorygować. W ciągu sześciu lat pobytu u panów nie przyszło mi na myśl ani jedno ulepszenie, które dałoby się wprowadzić do mojego starego systemu.

Czyżby żartował? Czyżby były to oznaki zbliżającego się szaleństwa? Chociaż przełożony znał się na fachu i miał z aresztantami najrozmaitszych temperamentów wiele obycia, jednak się zawahał.

– Powiadasz, że napisałeś encyklopedię zbrodni? – zapytał z niedowierzaniem. – Gdzie ją można dostać?

Wąskie wargi starego Flacka wykrzywiły się w pogardliwym uśmiechu, ale milczał jak zaklęty.

Sześćdziesiąt trzy tomy rękopisu reprezentowały całokształt jego twórczości, dzieło jego życia. Był z tego dumny i nie pozwalał wyrażać się o swoim dorobku lekceważąco.

Innym razem, kiedy przełożony napomknął o tej fenomenalnej działalności literackiej, Flack odrzekł:

– Mądry człowiek mógłby zbić na mnie ogromny majątek. Oczywiście – rozmarzył się – musi to być człowiek energiczny i stanowczy, a książki muszą się dostać do jego rąk nie później niż za dwa, trzy lata; teraz bowiem wiedza kroczy naprzód w tak błyskawicznym tempie, że to, co dzisiaj jest objawieniem, jutro stanie się zwykłym banałem.

Przełożony miał pewne wątpliwości co do istnienia owych tomów, ale niewiele dni po wyżej przytoczonej rozmowie musiał swój sąd nieco zweryfikować. Scotland Yard, który nie zwykł się uganiać za chińskimi cieniami i który fatyguje swoich detektywów tylko wtedy, kiedy sprawa jest naprawdę poważna, przysłał niejakiego Simpsona, głównego inspektora. Był to człowiek całkowicie pozbawiony wyobraźni i dlatego właśnie piastował tak zaszczytne stanowisko. Jego rozmowa z genialnym aresztantem trwała krótko.

– Słuchaj, stary – rzekł. – Nie chcę, żeby te twoje książki wpadły w niepowołane ręce. Ravini powiada, że masz gdzieś w ukryciu około stu tomów...

– Ravini? – John Flack obnażył zęby. – Powiem panu coś, panie Simpson. Chyba nie macie zamiaru trzymać mnie w tej dziurze przez całe życie, tak czy nie? A jeżeli nawet tak wam się spodobało moje towarzystwo, to poradzimy sobie inaczej. Którejś nocy dam nura, możesz pan powiedzieć to przełożonemu, spotkam się z Ravinim i pogadamy...

Jego głos był teraz cienki i ostry. W oczach pojawił się znów ten szaleńczy błysk, na który Simpson zwrócił już przedtem uwagę.

– Simpson! Czy miewa pan czasem wizje? Bo ja tak. Ostatnio byłem w transie trzy razy. Odkryłem nową metodę uciekania z milionem w kieszeni; ale to dotyczy tylko mnie osobiście. Innym razem widziałem Reedera; może mu pan o tym powiedzieć, proszę bardzo! Śniło mi się, że spotykam go samego w nocy, wie pan, taka ciemna, mglista, klawa noc, kiedy to policja nie może się zorientować, skąd dochodzą krzyki. Trzecia wizja dotyczyła Raviniego. Georgio Ravini ma przed sobą jedno tylko przeznaczenie: umrze, zanim ja się stąd wydostanę!

– Jesteś wariat – rzekł Simpson.

– Właśnie dlatego trzymają mnie tutaj – odpowiedział John Flack. I nie pomylił się wcale.

Te dwie rozmowy – z Simpsonem i z przełożonym – były najdłuższe ze wszystkich, które przeprowadził w Broadmoor. Kiedy go zmęczyła praca umysłowa, wałęsał się po dziedzińcu więziennym, ze splecionymi z tyłu rękami, z głową zwieszoną na piersi. Pewnego razu zaszedł w pobliże wysokiego muru i podobno przerzucił na tamtą stronę jakieś listy. Jest to jednak wersja mało prawdopodobna. Należy raczej przypuszczać, że znalazł sobie gońca, który od czasu do czasu nosił jego szyfrowane skrypty, przynosząc w odpowiedzi umówione znaki monosylabiczne. Żył w wielkiej przyjaźni z żandarmem, który pilnował jego celi – wiadomo, do czego to prowadzi. Pewnego wczesnego, pięknego poranka znaleziono żandarma z poderżniętym gardłem. Drzwi od celi stały otworem, a John Flack bujał na wolności i zapewne starał się urzeczywistnić swoje trzy więzienne wizje.

I

Dwie rzeczy irytowały Margaret Belman, kiedy południowy ekspres przybliżał ją w błyskawicznym tempie do węzłowej stacji Selford i do osobowego pociągu, który już czekał na bocznym torze, aby żółwim krokiem powlec się w stronę Siltbury. Przede wszystkim gnębiła ją myśl – i nie należy się temu dziwić – o pewnych drastycznych zmianach, jakie zaszły w panu J. G. Reederze, mężczyźnie poważnym i dość już leciwym. Wnioski, które wynikały z tych rozmyślań, były bardzo smutne.

Kiedy mu oświadczyła, że szuka posady na prowincji, powinien był przynajmniej okazać żal, powinien był odradzać jej wyjazd, opierać się trochę. Tymczasem on zareagował na jej pomysł z niezwykłą radością.

– Obawiam się, że nieczęsto będę mogła przyjeżdżać do Londynu – rzekła.

– To bardzo dobrze – odparł Reeder i dorzucił jakiś banał o dobroczynnym wpływie zmiany klimatu oraz o rozkoszy obcowania z naturą. Istotnie, był znacznie weselszy niż w poprzednim tygodniu. To wołało o pomstę do nieba.

Śliczna twarzyczka Margaret Belman nasrożyła się i zmarszczyła na myśl o tym upokorzeniu. Jeżeli przedtem jeszcze wahała się: przyjąć zaproponowaną jej posadę, czy nie, teraz wątpliwości te odpadły. Nie dlatego że przypuszczała choć przez chwilę, że atrakcyjna posadka sekretarki z roczną pensją sześciuset funtów dostanie się jej od razu, kiedy tylko o nią poprosi. Nie miała żadnych kwalifikacji na to miejsce, o pracy w hotelu zupełnie nie miała pojęcia, istniało więc bardzo niewiele szans na przyjęcie jej oferty.

Natomiast co się tyczy tego Włocha, który poczynił tyle bezskutecznych usiłowań, aby z nią zawrzeć znajomość, akurat ta historia należała do rzędu owych codziennych, niemiłych przygód tak doskonale znanych młodej, niezależnej kobiecie.

Ale tego dnia szedł za nią aż do stacji, była nawet pewna, że usłyszał, jak szepnęła do towarzyszącej jej koleżanki: wracam 6.15!

Najlepiej byłoby wskazać go policji – tam już wiedzieliby, jak się z nim rozprawić. Ale dziewczyna w tym wieku, choćby jej zasady były jak najzdrowsze, stara się za wszelką cenę uniknąć skandalu – wobec tego Margaret postanowiła działać na własną rękę.

Sytuacja była wyjątkowo nieprzyjemna. Nic więc dziwnego, że te fakty wystarczyły w zupełności, aby jej zepsuć popołudnie, które zapowiadało się tak interesująco. Co się zaś tyczy Reedera...

Margaret Belman nachmurzyła czoło. Miała dwadzieścia trzy lata, wiek, w którym młode panny są jeszcze bardzo wybredne. Z drugiej strony, trudno powiedzieć, żeby mężczyźni zbliżający się do pięćdziesiątki byli nazbyt pociągający; czuła więc wstręt do siwych bokobrodów Reedera, które czyniły go podobnym do szkockiego lokaja. Oczywiście, nie ma na całym świecie sympatyczniejszego od niego człowieka, ale...

W tej chwili pociąg dotarł na miejsce przeznaczenia. Zanim sobie odpowiedziała, czy istotnie kocha Reedera, czy też nudzi się z nim, znalazła się w Siltbury, na peronie niewielkiej stacyjki.

Dorożka, ciągnięta przez mizerną szkapinę, zatrzymała się przed groteskowo małymi drzwiczkami stacji, a dorożkarz wskazał biczem puste wnętrze swego wehikułu.

– Hej, panienko, do mnie! – zawołał. – Biuro pana Davera jest dość daleko. Wsiadaj panna, to podwiozę!

Był to stary wiarus, szczwany chłop, który już niejedną kandydatkę na posadę sekretarki odwiózł do hotelu „Larmes”, toteż odgadł od razu, że ta, najładniejsza ze wszystkich, nie przyjechała tu w charakterze gościa. Po pierwsze, nie miała ze sobą bagażu, a następnie, tak była roztargniona na stacji, że zostawiła urzędnikowi drugą połowę powrotnego biletu. Dopiero kiedy była przy wyjściu, ten dogonił ją pędem i oddał zapomnianą połówkę.

– Czy mam zaczekać na panienkę?

– Tak, proszę – odparła śpiesznie, wysiadając z roztrzęsionego pojazdu.

– Czy panny wizyta jest zapowiedziana?

Dorożkarz był typem „tutejszym”, co się zowie, a „tutejsi” lubią przybierać ton wyższości wobec obcych.

– Pytam panienkę – pośpieszył z wyjaśnieniem – bo to u nas bywa czasem inaczej. Przyjeżdżają niewiasty do „Larmes” i nie wiedzą, czy pan Daver je przyjmie, czy też nie, a pan Daver nie chce z nimi nawet gadać. Przeczyta taka gapa w gazecie ogłoszenie, wytnie je równiutko nożyczkami i jazda. A w ogłoszeniu stoi jak mur: Oferty tylko pisemne. Bo, proszę panienki, woziłem takie gęsi tuzinami, co to jechały na chybił trafił. Proszę się nie śmiać, mówię to dla dobra panienki.

Dziewczyna się uśmiechnęła.

– Mógł je pan ostrzec, gdy jeszcze były na stacji – rzekła wesoło – i w ten sposób oszczędzić im pieniędzy, które płacą panu za dorożkę. Tym razem jednak zaręczam panu, że pan Daver wie o moim przyjeździe.

Z miejsca, gdzie stała, widać było „Larmes” jak na dłoni. Nie był wcale podobny do hotelu, a jeszcze mniej do pensjonatu lepszego rzędu, choć taką opinią powszechnie się cieszył. Ta część domu, która stanowiła główny budynek hotelowy, dawała się łatwo wyróżnić z całości, pomimo że kontury szarych, sztywnych murów zacierał bluszcz. Inne budynki, dodane z biegiem lat do hotelu, również tonęły w powodzi pnączy.

Spojrzała na śliczny zielony trawnik, na którym stało kilka stołów i lekkie krzesła z wikliny, a potem na ogród różany, grający – pomimo późnej jesieni – wszystkimi kolorami, jakie zna ludzkie oko. Za ogrodem szło pasmo wysmukłych sosen, sięgające – jak się zdawało – krawędzi nadbrzeżnych skał. W oddali lśniła szarobłękitna wstęga morza, a bystry wzrok obserwatora dostrzegał leciuchną smugę dymu, wznoszącą się z niewidocznego poza ostrą linią horyzontu parowca. Łagodny wietrzyk roznosił woń róż. Margaret odetchnęła z rozkoszą.

– Czy to nie cudowne? – szepnęła.

Dorożkarz mruknął: „niczego sobie” i zatoczył koło biczem.

– Niech no panienka popatrzy. Ten mały, kwadratowy domek, zbudowany przed kilkoma laty, to biuro pana Davera. Bo trzeba panience wiedzieć, że to taki pan, co to więcej myśli o swoich szpargałach niż o prowadzeniu pensjonatu.

Otworzyła dębową furtkę i poszła po kamiennej ścieżce w stronę przybytku znakomitego literata. Po obu stronach spękanego chodnika biegły rzędy bujnych kwiatów. Miała złudzenie, że znalazła się w oranżerii.

Małe zielone drzwiczki prowadziły do przybudówki tak małej, że miała tylko jedno długie weneckie okno. Widocznie dostrzeżono nieznajomą, bo kiedy podniosła rękę, aby pociągnąć za mosiężną rączkę dzwonka, drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna.

Był to pan Daver w całym swym majestacie. Mógł liczyć lat koło pięćdziesięciu, szczupły, wysoki, twarz miał żółtą, istną twarz chochlika, i uśmiech, którego komizm o mało nie przyprawił Margaret o konwulsje. Jeszcze trochę, a wybuchnęłaby salwą niepowstrzymanej wesołości. Górna warga przyszłego szefa była ciężka, obwisła i nadawała całości tak groteskowy wyraz, że gdyby nie nadzwyczajna chudość i dojrzały wiek, można by wziąć tę twarz za jakąś karnawałową maskę. Okrągłe, wyłupiaste, piwne oczy, pomarszczone czoło i pęczek włosów stojący dęba na czubku czaszki czyniły z niego istną karykaturę.

– Panna Belman? – zapytał skwapliwie.

Seplenił z lekka i raz po raz splatał nerwowo ręce, jak gdyby w ustawicznej obawie, że jego zachowanie wywoła zgorszenie. Tik ten był arcydziełem groteskowości.

– Proszę do mojej dziury – rzekł, kładąc taki nacisk na ostatnie słowo, że Margaret z trudem powstrzymała się od śmiechu.

„Dziura” okazała się elegancko umeblowanym gabinetem, więcej niż gabinetem, bo jedna ściana była zastawiona książkami od podłogi do szczytu. Gospodarz zamknął drzwi i przysunął przybyłej krzesło, śmiejąc się nerwowo.

– Cieszę się, że pani przyjechała. Miała pani wygodną podróż? Pewien jestem, że tak. A czy w Londynie jest gorąco? Obawiam się, że bardzo gorąco. Pozwoli pani szklankę herbaty? Z największą przyjemnością...

Strzelał pytaniami i odpowiedziami tak szybko i tak gwałtownie, że nie zdołała wtrącić słówka. Schwycił więc tubę telefonu i zażądał herbaty, zanim zdążyła zgodzić się lub odmówić.

– Pani jest bardzo młoda, strasznie młoda. – Smutnie pokiwał głową. – Dwadzieścia trzy lata! Pisze pani na maszynie? Co za dziecinne pytanie!

– Jestem bardzo wdzięczna, że mi pan pozwolił się zjawić, panie Daver – odezwała się wreszcie – i wcale nie przypuszczam, że to mnie zechce pan powierzyć wakujące miejsce. Nie znam się zupełnie na pracy hotelowej, a z pensji, którą pan ofiaruje, wnioskować muszę...

– Sza! – syknął pan Daver, uroczyście kiwając głową. – Właśnie pani jest tu potrzebna. Roboty mamy niewiele, ale chciałbym się pozbyć nawet tej odrobiny. Moje własne prace – powiewnym ruchem dłoni wskazał na blat biurka zawalony papierami – są kolosalne. Potrzebna mi kobieta, która będzie prowadziła moje rachunki, dozorowała moich interesów. Ktoś, komu można zaufać. Ja wierzę, że charakter człowieka można odczytać z rysów twarzy, a pani? Widzę, że pani też. A z charakteru pisma? Pani w charakter pisma wierzy także. Ofertę swoją ogłaszałem przez trzy miesiące i rozmawiałem z trzydziestoma trzema kandydatkami. Straszne kobiety! Zwłaszcza głosy miały okropne. Poznaję człowieka po jego głosie, tak samo pani. W poniedziałek, kiedy pani zatelefonowała, powiedziałem do siebie: co za głos!

Splótł ręce i zacisnął je tak mocno, że palce pobielały od odpływu krwi. Tym razem Margaret nie mogła pohamować śmiechu.

– Ależ panie Daver, ja nie mam zielonego pojęcia o prowadzeniu pensjonatu. Oczywiście mogę się z czasem nauczyć, a prócz tego ta posada będzie mi bardzo na rękę. A pensja jest zaiste potężna!

– Zaiste potężna! – wymamrotał pod nosem. – Jak niezwykle brzmią te słowa w takim zestawieniu! Moja gospodyni. Dziękuję pani za herbatę, pani Burton!

Przez otwarte drzwi weszła kobieta ze srebrną tacą w ręku. Miała na sobie skromną, lecz przyzwoitą czarną suknię. Jej wypłowiałe oczy prawie że nie patrzyły, kiedy tak stała spokojnie, słuchając z pokorą tego, co mówił pan Daver.

– Pani Burton, oto nasza nowa sekretarka. Proszę jej dać najlepszy pokój w hotelu, błękitny pokój! Ale, ach! – zagryzł wargi, a w jego oczach odmalowało się przerażenie – może pani nie odpowiada błękitny kolor?

– Jestem zwolenniczką wszystkich kolorów tęczy – odrzekła. – Tylko że jeszcze nie zdecydowałam się czy...

– Niech pani pójdzie z panią Burton, obejrzy dom, swoje biuro, swój pokój. Pani Burton, proszę zaprowadzić.

Wskazał palcem drzwi i zanim dziewczyna zdołała się zorientować, co czyni, już szła za gospodynią wąskim korytarzem, który łączył biuro pana Davera z domem. Wprowadzono ją do wielkiego, wysoko sklepionego pokoju, który zajmował prawie cały parter budynku.

– Sala recepcyjna – rzekła pani Burton piskliwym głosem, przeciągając głoski na sposób prowincjonalny. – Mamy obecnie tylko trzech pensjonariuszy. Pan Daver jest bardzo wybredny. Za to w zimie aż zatrzęsienie...

– Wątpię, czy się wam opłaca utrzymywanie hotelu dla tej trójki – wtrąciła Margaret.

Pani Burton pociągnęła nosem.

– Panu Daverowi nie zależy na pieniądzach. Chodzi mu jedynie o towarzystwo. Założył sobie pensjonat tylko dlatego, że lubi widzieć tutaj ludzi, chociaż nie lubi z nimi gadać. Taka to już jego chemera!

– Co takiego? – zapytała dziewczyna, nie rozumiejąc. – Chyba chciała pani powiedzieć „chimera”?

– Powiedziałam: chemera – odrzekła pani Burton obojętnie.

Za salą recepcyjną znajdował się mały, ładniutki salonik, którego francuskie okna wychodziły na trawnik. Nieopodal jednego z okien siedziało troje ludzi przy herbacie. Był tam podstarzały ksiądz o mocnych, twardych rysach. Jadł grzanki i czytał jakieś klerykalne czasopismo, nie bacząc na resztę towarzystwa. Obok niego siedziała anemiczna dziewczyna, mniej więcej w wieku Margaret. Chociaż blada, zwracała uwagę swą niezwykłą pięknością. Para wielkich, ciemnych oczu spoglądała przez chwilę na nowo przybyłą, następnie przeniosła się na towarzyszącego jej wojskowego w wieku lat może czterdziestu.

Nastąpiła prezentacja.

– Ten ksiądz to jego przewielebność proboszcz z południowej Afryki, młoda pani nazywa się Olga Crewe, a tamten dżentelmen to pułkownik Hothling. A oto pokoik panienki!

Nie pokoik to był, lecz cacko; o takim apartamencie Margaret Belman śniła za dawnych lat. Umeblowanie było więcej niż wytworne, a prócz tego pokój miał własną łazienkę. Później dopiero dowiedziała się, że wszystkie pomieszczenia w „Larmes” są tak luksusowo wyposażone. Ściany były do połowy obite boazerią, sufity wspierały się na potężnych krokwiach. Domyśliła się, że pod parkietem kryje się twarda posadzka z wielkich kamiennych płyt.

Z jej piersi wydobyło się ciężkie westchnienie. Niełatwo przyszłoby jej teraz wyrzec się tej posady, chociaż dlaczego miałaby się jej wyrzekać? Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie.

– Bardzo ładny pokój – rzekła, a pani Burton obojętnie rozejrzała się po ścianach.

– Stary pokój – zawyrokowała. – Nie lubię starych domów. Dawniej mieszkałam w Brixton...

Urwała nagle, pociągając nosem z widoczną skruchą i zabrzęczała kluczami, które trzymała w ręku.

– Miejsce pani odpowiada?

– Odpowiada? Chciała pani zapytać, czy obejmuję posadę? Nie wiem jeszcze.

Pani Burton obejrzała się niespokojnie. Dziewczyna miała wrażenie, że szuka jakiegoś argumentu, który skłoniłby ją do przyjęcia posady.

– Jedzenie jest dobre – rzekła.

Po ustach Margaret przemknął uśmiech.

Wracając przez salę, znów ujrzała gości pensjonatu. Pułkownik przechadzał się samotnie; ksiądz i bladolice dziewczę spacerowali po trawniku, zatopieni w rozmowie.

Pan Daver siedział przy biurku. Dłonią podpierał swe wysokie czoło, zębami gryzł koniuszek pióra. Pani Burton zamknęła drzwi, gdy Margaret weszła do gospodarza tego miejsca.

– Podoba się pani pokój? Oczywiście. Zacznie pani pracę... kiedy? Od poniedziałku następnego tygodnia. Tak będzie najlepiej. Ach, co za szczęście! Rozmawiała pani z panią Burton? – Pogroził jej filuternie palcem. – Rozumie pani teraz! Przecież to absurd! Czyż mogę pozwolić, aby taka kobieta wychodziła na spotkanie księcia albo pomagał księżniczce w toalecie? Czyż mogę jej zaufać, kiedy chodzi o załagodzenie drobnych nieporozumień, jakie czasem zachodzą między gośćmi? Ma pani świętą rację: nie mogę, nie mogę, nie mogę! Muszę tu mieć damę z towarzystwa. Koniecznie!

Trzęsąc potężną głową, wpijał w Margaret piwne oczy chochlika, a jego nabrzmiała górna warga krzywiła się groteskowo w szerokim uśmiechu zadowolenia.

– Ma pani rację, twierdząc, że jestem przeładowany robotą. Zgadzam się z panią najzupełniej: to grzech odrywać mnie od moich studiów, gdy chodzi o taką błahostkę jak naciągnięcie siatki tenisowej, to grzech, grzech i jeszcze raz grzech!

– Pan dużo pisze? – zapytała z wysiłkiem. Czuła, że musi odłożyć decyzję do ostatniej chwili.

– Bardzo dużo. O zbrodni. Cóż, widzę, że to panią interesuje. Opracowuję encyklopedię zbrodni! – wypowiedział to najdramatyczniejszym tonem, jaki można sobie wyobrazić.

– Zbrodni?

Skinął głową.

– To jedna z moich chimer. Jestem bogaty i mogę sobie pozwolić na chimery. Ten pensjonat utrzymuję wyłącznie dla przyjemności. Tracę na nim cztery tysiące rocznie, ale jestem zadowolony. Wybieram sobie gości. Kiedy mi się któryś sprzykrzy, proszę go, aby wyjechał, tłumaczę, że jego pokój został odnajęty komuś innemu. Czyż mógłbym to czynić, gdyby byli moimi przyjaciółmi? Na pewno nie. Ci ludzie mnie interesują. Ożywiają dom. Bawią mnie, są moim towarzystwem... Kiedy mogę się pani spodziewać?

Zawahała się.

– Myślę, że...

– W poniedziałek? Cudownie! – Energicznie uścisnął jej dłoń. – Niech pani nie uważa się za skazaną na samotność. Jeśli moi goście panią nudzą, niech pani zaprosi swoich przyjaciół. Zawsze będą mile widziani. A więc do poniedziałku!

Margaret szła po ogrodowej ścieżce w stronę dorożki, która wciąż jeszcze czekała przy furtce. Była trochę oszołomiona tym, co zaszło i więcej niż trochę niezdecydowana.

– No i co? Dostaliśmy posadę? – zapytał dorożkarz tonem dobrego znajomego.

– Zdaje się, że tak.

Obejrzała się za siebie, aby jeszcze raz popatrzeć na hotel „Larmes”. Teraz już na trawniku nie było nikogo, ale tuż przy budynku mignęła postać jakiejś kobiety. Trwało to sekundę, w następnej chwili zniknęła w zagajniku wawrzynów, który rósł równolegle do muru okalającego posiadłość. Widocznie krzaki nie były aż tak zwarte, jak się wydawało na pierwszy rzut oka; przez gąszcz biegła niewidzialna ścieżka, którą to pani Burton dążyła do swej kryjówki. Kryła w rękach twarz i szła na oślep, słaniając się i zataczając. Do uszu Margaret dobiegły stłumione łkania.

– Ta gospodyni to, zdaje się, wariatka – rzucił dorożkarz obojętnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki