Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stracony poranek - Gabriela Adameşteanu

 

Rumunia, lata osiemdziesiąte XX wieku. Pewnego ranka siedemdziesięcioletnia Vica Delcă postanawia wybrać się na miasto. Chce złożyć wizytę Ivonie Scarlat. Jeśli ją zastanie, może liczyć na pieniądze. Jeśli nie - poranek będzie stracony... Nim dojdzie do spotkania, Vica poddaje się fali wspomnień, a powieść zaczyna toczyć się szczególnym rytmem, wyznaczonym przez wielogłosową narrację. Rozgrywająca się na dwóch planach czasowych - we wspomnieniach Viki i Ivony, od wybuchu Wielkiej Wojny przez kolejne polityczne zawieruchy, oraz w latach osiemdziesiątych - książka Adameşteanu przedstawia gorzkie losy trzech rumuńskich pokoleń. Jednak świat „Straconego poranka” opisany został ciepło, a na tę, która nam go przybliża, pisarka wybrała mądrą i dzielną kobietę.

 

 

Mówią, że mam najlepsze ucho wśród rumuńskich pisarzy, dlatego że udzielam głosu każdej swojej postaci. Myślę, że mój słuch to wynik życia w kraju odizolowanym od reszty świata. Nigdy nie sądziłam, że moje książki kiedykolwiek zostaną przetłumaczone na inne języki. To było równie nieprawdopodobne jak lot na Księżyc!

Gabriela Adameşteanu

 

Stracony poranek jest bolesnym symbolem Rumunii złożonej w ciągu jednego wieku w ofierze dwóm wojnom światowym i komunizmowi.

„Lire"

 

Gabrielę Adameşteanu wyróżnia zarówno jakość jej pisarstwa, jak i melancholijne spojrzenie, którym obejmuje prawie sto lat historii Rumunii. Rzadko spotyka się pisarzy, który darzą swoich bohaterów takim współczuciem.

„Le Monde"

Opinie o ebooku Stracony poranek - Gabriela Adameşteanu

Fragment ebooka Stracony poranek - Gabriela Adameşteanu

Tytuł oryginału: Dimineaţă pierdută

Copyright © Gabriela Adameşteanu

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Przekład: Tomasz Klimkowski

Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz

Redakcja: Jan Koźbiel

Korekta: Beata Wójcik, Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Monika Klimowska

na podstawie koncepcji graficznej Zuzanny Lewandowskiej

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:

© Underwood &Underwood/Corbis/FotoChannels

Fotografia autora: © Louis Monier

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-344-3

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Georgecie Predescu Bobei

Część pierwsza

Ulica Koriolana

Kiedyś, gdyby tak siedziała całymi dniami, nigdzie nie wychodząc, miałaby wrażenie, że dom wali się jej na głowę. Robiła, co miała do zrobienia, i ruszała w miasto. Odwiedzała wszystkich po kolei, jeden dzień u tego, drugi u tamtego; znikąd nie wracała z pustymi rękami, pogadała też sobie trochę, dowiadywała się tego i owego, bo jak tak miała ciągle siedzieć z tym swoim mrukliwym chłopem, to wolała już iść gdzie oczy poniosą. Nigdy nie miała z nim o czym rozmawiać, zresztą – o czym można rozmawiać z mężem?!

– Chłop ma cię znać od pasa w dół… – mówi, a bratowa, kiedy to słyszy, marszczy brwi i upomina ją:

– Przestań, Vica, jeszcze cię chłopak usłyszy… Stara baba i takie głupoty wygaduje.

– A tam… I co z tego, że usłyszy? Niech słyszy! Ile go jeszcze chcesz trzymać pod spódnicą?! Nie bój się, chodziłam też po bogatych domach, dobrze wiem, jak mówią wielkie panie… Gdzie tylko byłam, wszędzie się umiałam dogadać, wszyscy mnie lubili i szanowali, a u pani Ioaniu, ile my się naśmiałyśmy z nią i Ivoną…

Bratowa też mruk, każde słowo trzeba jej z ust obcęgami wyrywać. Biedny ten brat, jak długo żył, był taki sam jak ona, bo tak to już jest z chłopem, że upodabnia się do swojej baby. Tylko że Vica, kiedy była młoda, swojego chłopa niczego nie oduczyła, a jeszcze przejmowała się wszystkim, co mówił, ciągle płakała, zamartwiała się, schudła tak, że prawie ją wiatr przewracał. Aż któregoś dnia przychodzi do niej matka chrzestna, niech jej ziemia lekką będzie.

– Co ci jest, Vica, że tak schudłaś? – pyta.

– Ach – Vica na to i opowiada, co i jak.

– A daj spokój, dziewczyno, nie zadręczaj się więcej.

Taki był jej chłop, milczek, ona zupełnie co innego, podobna do matki, wesoła z natury, szkoda, że nie trafiła na kogoś, kto, jak ona, lubiłby się pośmiać… Pewnie, że są tacy, ale każdy ma swoje za uszami, koniec końców wszystkie chłopy są takie same…

Coraz trudniej jej się zebrać i wyjść z domu, ale raz, dwa razy w miesiącu wyciąga skórzaną torbę, co ją dostała od pani Daniel, upycha do niej, co jej wpadnie w ręce, narzuca płaszcz, wkłada zęby, głowę obwiązuje dwiema chustkami, przewiązuje szalem sztywny beret, który zrobiła z resztek płaszcza dziewięć lat temu, i już ją gdzieś niesie. To jej chłop tak mówi, że znów ją gdzieś niesie:

– Co robisz? Znowu cię gdzieś niesie? – rzęzi spod sterty koców rzuconych na kołdrę, z łóżka, w którym leży, z głową przewiązaną jej podartym pulowerem, bo zgubił gdzieś swoją wypłowiałą, znoszoną czapkę.

Kiedy mówi, sapie ciężko, robiąc przerwy między wyrazami, jest gruby i wysoki, waży ponad sto kilo. Zwiotczała skóra na szyi zwisa miękko, ale policzki ciągle mięsiste, niemal rumiane, na nich biały kłujący zarost, niegolony od kilku dni.

– Co to za dziadowski zwyczaj, tak łazić po ludziach… Całe życie wystawałaś pod cudzymi drzwiami…

– Eee tam…

Nawet na niego nie patrzy. Gotowa do wyjścia, ubrana na cebulę, chodzi z kąta w kąt, przekłada z miejsca na miejsce jakieś rupiecie i ciągle coś jeszcze dokłada do torby: a to słoiczek z marynowaną papryką, a to cebulę, bo tej zimy ma aż za dużo, parę główek czosnku, resztki śliwowicy, które przelewa do małej buteleczki po syropie. Upycha wszystko do torby wyłożonej pustymi reklamówkami. Nie lubi nigdzie chodzić z pustymi rękami, a ludziom każda rzecz może się przydać.

– Eee tam…

Nie słucha już nawet, co on do niej mówi. Niech sobie gada, ile chce, aż mu język kołkiem stanie, i tak nikt go nie słucha; to, co mówi chłop, trzeba jednym uchem wpuścić, a drugim wypuścić, jak mówiła nieraz do pani Ioaniu. Co się z tego naśmiała staruszka…

Nauczyła się już, że jak jest zły i zaczyna zrzędzić, to najlepiej iść na drugą stronę, do sali. – A żeby cię tak szlag – odburkuje mu pod nosem…

Mówi sama do siebie, przechodzi z sali do sklepu i ciągle coś mamrocze, on od pewnego czasu nic już nie rozumie z tego, co ona tam mamrocze, jest przygłuchy, słyszy tylko to, co chce usłyszeć, a ona ciągle coś mamrocze, póki się nie uspokoi. W sklepie jest ciemno. Ciepła tyle, co wleci z sali; kiedyś ogrzewali kozą, ale nie ma już po co, od dwudziestu lat, a nie, więcej – ile to lat minęło, odkąd zamknęli sklep? Teraz w sklepie pod dwiema ścianami leży w stosach drewno, a obok węgiel – po co robić ogień, kiedy i tak nie ma gdzie się ruszyć? Stary bufet z drzwiami wypadającymi z zawiasów, wielkie słoje z papryką, worki ziemniaków, rondle, wiadro z pomyjami… Kręci się między tym wszystkim i robi swoje, aż staremu się sprzykrzy i zamilknie. Wtedy wchodzi do pokoju, pochyla się, jęcząc, napycha piec węglem i zostawia otwarte drzwiczki; na niego wcale już nie można liczyć – wieczorem, kiedy wróci, może go zastać w zimnym domu.

– A co, mam tu siedzieć jak kwoka na jajach razem z tobą i patrzeć na ciebie? Myślisz, że już mi nie obrzydło po tych czterdziestu latach?

Odpowiedź padła tak późno, że on tylko spogląda na nią wytrzeszczonymi oczyma i milczy. Milczy i dziwi się, co ją nagle napadło, tak ni z tego, ni z owego. Ja ci jeszcze pokażę – tego jednak nie mówi głośno – kawał był z ciebie drania.

Dlatego też nawet go nie kochała, chociaż nie może powiedzieć, że się jej nie spodobał, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy.

Stała za kontuarem w obskurnej knajpie na Iancului, kiedy przyprowadziła go jedna klientka i poznała ich ze sobą. Vica miała wtedy dziewiętnaście lat, była wesoła i wszyscy się w niej kochali. A on był przystojnym i postawnym mężczyzną, miał prosty nos, wąskie usta i gładko zaczesane włosy z przedziałkiem na boku – o, jak na tym zdjęciu na ścianie. Zdjęcie zostało zrobione właśnie wtedy, kiedy się pobrali, a on pracował w fabryce u Zamfirescu.

Piękną cukiernię miał Zamfirescu, mniej więcej tam, gdzie teraz stoi pomnik Kogălniceanu. I czego to jej chłop nie przynosił z fabryki! I czekoladę, i cukierki wszelkiego sortu, i bombonierki… Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc Zamfirescu dawał wszystkim, którzy u niego pracowali, czekoladowe jajka, wielkie tabliczki czekolady, och, ile by dała, żeby teraz taką mieć! A wtedy doszło nawet do tego, że już ich nie chciała widzieć na oczy, tak jej się przejadły! No, taka już natura ludzka… A Zamfirescu, o, to był wielki pan, dostał się do świty królowej i żył za pan brat z samymi Brătianu. Trzy lata pracował jej chłop u Zamfirescu, nie miał wielkiego wykształcenia, ale miał ładne pismo, nawet teraz, jak się podpisuje, to pod spodem robi taki wywijas, o tak…

W końcu z tego, co jej chłop zarobił u Zamfirescu, i z tego, co dostała w posagu od ojca, otworzyli sklep. Tatulek, kiedy liczył pieniądze na posag, pomylił się; coś takiego, on, który nigdy nie dał nikomu złamanego grosza, pomylił się o piętnaście tysięcy! A ten dureń, jej chłop, przylatuje do niej wystraszony.

– I co my zrobimy – mówi – patrz, twój stary pomylił się przy liczeniu pieniędzy. I co my zrobimy, musimy mu oddać, chodź, ty weź i mu oddaj…

– Dawaj je tutaj – powiedziała – i ani słowa o tym nikomu, to moje pieniądze! Chociaż to mam od niego…

Tak też i było, bo tatulek wszystko, co miał, zostawił tylko dzieciom z drugiego małżeństwa, więc poza tymi pieniędzmi nic im się już nie dostało. Ale z posagu i z tym, co uzbierał jej chłop, kiedy robił u Zamfirescu, odłożyli trochę grosza i otworzyli sklep na Koriolana. A potem stary pryk jak zaczął odgrywać jaśnie pana, kiedy już mieli sklep! Przyjeżdżał wyładowaną zakupami dorożką, ale tylko dorożką pierwszej klasy, rozwalony na poduszkach. Raz przywiózł jej złotą bransoletę, innym razem łańcuszek z szafirem, a potem dał już sobie spokój.

– Po co mam ci cokolwiek kupować – powiedział – jeśli wcale tego nie nosisz?

A gdzie miała nosić, jeśli ciągle stała za barem? A jego nic nie interesowało. Szedł sobie do kina, na mecz, nie było meczu Juventusu, który by przepuścił! A o Venus to można powiedzieć, że był właścicielem klubu1. Teraz, jeśli już wychodzi z domu, to tylko jak jest ładna pogoda, idzie na spacer aż do Cişmigiu, idzie wyprostowany, brzuch do przodu, brzuch kupca, taki, jakiego stary, jej ojciec, cherlawy olteńczyk, nigdy nie miał. To było jego największe zmartwienie: co ze mnie za kupiec, jak nie mam brzucha – ciągle się jej skarżył, kiedy już się zestarzał. Ale jej chłop taki był całe życie: wysoki i brzuchaty. I chodzi wyprostowany, stąpa ciężko, z brzuchem do przodu i spogląda pożądliwie na ciastkarnię na rogu i na butelki z cico2. Ona wsuwa mu jeszcze do kieszeni banknot dwudziestopięciolejowy, ale jest spokojna, wie, że nic nie wyda; lubi tylko mieć pieniądze przy sobie, bo chłop taki już jest.

– Idziesz sobie i zostawiasz mnie samego… – skarży się teraz cicho.

Ogląda dalej telewizję, rozwalony na łóżku, wśród poduszek. Leci ten sam film co wczoraj, powtórka, ale on ogląda go jeszcze raz. I ciągnie, ale zmienionym głosem:

– Vica, przynieś mi szklankę wody…

– A niech cię, mógłbyś sam się ruszyć, w tej twojej wiosce matka też nie podtykała ci wszystkiego pod nos…

Stawia jednak torbę na podłodze, wraca, przynosi mu pełną szklankę wody i wkłada do ręki. Gotowa do wyjścia już prawie od godziny, okutana po uszy, stoi obok niego i czeka, aż wypije, po czym odstawia szklankę na miejsce, na stół.

– Co mówiłaś? – pyta i wyciąga się znowu na łóżku, ziewając. – Co tam mówiłaś przed chwilą? Ciągle coś mruczysz pod nosem i mruczysz…

– Już! Cicho bądź! – krzyczy w odpowiedzi.

Chwyta torbę i wychodzi.

Kroczy wolno po nierównych kamieniach na podwórku, gdzie rozłożyła się poranna gołoledź. Opuchnięte nogi bolą ją strasznie, mimo że wieczorem natarła je naftą, a teraz włożyła grube wełniane pończochy. Widać zmieni się pogoda. Zatrzymuje się na chwilę, żeby zaczerpnąć tchu, zimne powietrze odurzyło ją trochę, i wyjmuje z kieszeni wychudłą dłoń, opatuloną w wełnianą rękawiczkę, rozprutą na końcach, i opiera ją o obłażącą z farby okiennicę. Przez dwadzieścia lat, od kiedy zamknęli sklep, pokryły ją rdza i kurz, tak że stanowi teraz jedną całość z murem. Na dole, z prawej strony, koło okiennicy widniał napis WINO DEALU ZORILOR, a obok był schodek, który usunęli, kiedy zamykali sklep. Zamurowali okno, wyrzucili schodek – po co było go zostawiać, skoro od frontu nikt już nie wchodził? Szynk – ale jakie mieli też wędliny! A jakie koła sera! Przychodziła klientela i z Koriolana, i z Sabinek, i ze wszystkich okolicznych ulic… Przychodzili, brali, kupowali, zamieniali parę słów, wypijali jednego głębszego, zagryzali jakimś smakołykiem. Jakie sery, jakie sardynki, jakie towary kolonialne, jakie delicje sprowadzali!

– No, no, pani Delcă, ma pani więcej towaru niż sam Dragomir Niculescu3!

Właśnie tu, przy tym kontuarze pokrytym wiecznie mokrą blachą spędziła młodość. Biegała ciągle przy akompaniamencie stuku kieliszków, przywoływana krzykami zza stołów:

– Pani Vico!… Słyszysz pani?… Paaaani Viiiico!…

Jej chłop leżał tak jak teraz, rozwalony na łóżku, w ostatnim pokoju. Wychodził tylko, jak trzeba było wyrzucić jakiegoś pijaka albo żeby sprawdzić, czy nie obłapia jej który. Kiedy się tego najmniej spodziewałeś, nawet się nie spostrzegłeś i już ci stał za plecami! Chociaż wielki był jak kolubryna, nigdy nie było słychać, jak się zbliża. Wchodził i rozglądał się wokół, tak lubił robić przez całe życie, palcem nigdy nie ruszył, tylko przychodził na inspekcję. Ale i tak nie miałby kto go usłyszeć, kiedy nadchodził, bo wszyscy dobrze się bawili! A jak tylko go zobaczyli, zapadała cisza. Wszyscy się go bali.

– Panie Delcă, chodź pan napić się z nami – krzyczał do niego jakiś nowy klient, który jeszcze nie wiedział, z kim ma do czynienia.

A on tym swoim cienkim głosem:

– Nie, dziękuję, nie piję…

I kręcił się tak jeszcze, i kręcił po lokalu, patrząc ponuro, jakby chciał im zepsuć dobry humor, tak że nic już nie chciało im przejść przez gardło, a później wracał do siebie. Szykował się, stroił i gdzieś go niosło: na mecz, do kina; ciągle tylko szlifował bruki w mieście. A ona zostawała z dostawcami, z rozładunkiem towaru, z całym tym kramem na głowie. Silna z niej była kobieta, nie taka jak te dzisiejsze baby, chude jak szczapa, ani tyłka, ani niczego, chłop nie ma się do czego przyprzeć… Była silna i postawna, podłoga pod nią dudniła, kiedy szła. Miała kręcone włosy, związane na karku w mały kok, pełną białą twarz i duży biust. Gdyby tylko chciała, miałaby każdego, ale to nie było w jej stylu, ona nie z tych… Był taki jeden, wysoki, z cienkim czarnym wąsikiem i o złym spojrzeniu, ciągle go ma przed oczami, pracował w Prefekturze Policji. Kupował u nich tylko kawior, bieługę, drogie wędliny i wina. Ładował wszystko do dorożki i jechał na pijatyki. Ciągle się za nią oglądał, w kółko tylko pani Vico to, pani Vico tamto… Na wszystkich palcach miał pierścienie, a na małym palcu – złoty sygnet.

– Podoba się pani? – zapytał ją kiedyś. – Jeśli tak, to proszę, jest pani!

– A miej go pan sobie… – odparła. – Nie trzeba mi od pana żadnych prezentów, przecież mam męża.

Przystojny mężczyzna, ale łajdak musiał być z niego nie lada, widać to było po tym jego błysku w oczach. Kiedy nastała komuna, zniknął nagle jak kamień w wodę: zostawił dom, żonę, dzieci, po prostu przepadł bez śladu! Na pewno go sprzątnęli, mało było takich, którzy utopiliby go w łyżce wody? Te jego pierścienie to też musiała być jakaś śmierdząca sprawa. I żeby tylko on tak zaginął! Ilu razem z nim! Ale jej nie w głowie były świństwa, ona nie z takich, i mało to miała roboty? Prawdę mówiła pani Ioaniu, to była mądra kobieta, dwóch mężów pochowała.

– Zapamiętaj sobie, Vica – powiedziała jej kiedyś – przepracowana kobieta nigdy nie będzie dobrą żoną…

Idzie pochylona, jakby miała garb na plecach, w niebieskim, wypłowiałym płaszczu, pękającym w szwach od tego wszystkiego, co włożyła pod spód, z torbą w ręce. Idzie ze spuszczoną głową, nie patrzy ani w prawo, ani w lewo, minęło już pewnie z piętnaście lat, odkąd ostatni raz była w centrum, a zresztą i tak nie miałaby po co tam jechać. Tutaj jest wszystko, czego jej potrzeba: i bank, i fryzjer na rogu, i apteka, i sklep z butami, koło warzywniaka telefon, z którego dzwoni, kiedy sąsiadki Reli nie ma w domu, budka, w której kupuje zawsze kiełbaski, kiedy wraca do domu. Bierze papierowy talerzyk i stawia go na jednym z pustych straganów na targu, obok kładzie siatkę, macza kiełbaskę w musztardzie i zjada z apetytem. Zastanawia się zawsze, czy zostawić jedną dla swojego starego; a tam, myśli w końcu i wyciera usta chusteczką, a tam, myśli, i tak jest już za gruby, a zresztą zawsze kupuje sobie placek z serem, jak idzie na spacer do Cişmigiu.

Idzie zgięta wpół, minęła ogródek, w którym emeryci grają latem w szachy. Na zielonkawej rzeźbie nagiej kobiety siedzą wrony i kraczą. Ilie, jej brat, niech mu ziemia lekką będzie, wiedział, co to za baba, mówił jej zawsze, jak się nazywa, kiedy koło niej przechodzili… Jak się ona do cholery nazywała? Nifa… A może Ninfa? Z zawiązanymi oczami trafiłaby z domu aż na przystanek tramwajowy, zna tu każdy dom, każdy kamień. Tam, za tym płotem, mieszka dużo nowych rodzin, ale ze starych mieszkańców zna ją tu każdy.

– Uszanowanie, pani Delcă, co tam słychać? – krzyczą, jak tylko ją zobaczą.

Wszyscy ją lubią i szanują. Ona też zatrzymuje się, jak kogoś spotka, żeby zamienić parę słów. Każdy tylko o swoich chorobach: a to wątroba, a to woreczek żółciowy, a to ciśnienie. Tylu z nich dawała kiedyś towar na zeszyt na wieczne oddanie, ach, byłaby dzisiaj milionerką… Teraz żaden nie podejdzie i nie powie: Pani Vico, masz tu pani dwadzieścia pięć lei, weź pani, pieniędzy nigdy za wiele…

Tak to już jest na tym świecie, póki masz co dać, to wszyscy skaczą wkoło ciebie, a jak już wszystko rozdałeś, to tyle jesteś wart co ten śmieć na drodze, dobrze o tym wie, tyle przeżyła i widziała, że mogłaby szkołę otworzyć. Szkołę życia, wieczorową, mówiła do pani Ioaniu, ale się z tego śmiała staruszka… Bo co też ona miała z tego życia? Ciągle tylko robota i robota.

Wchodzi z trudem po schodkach tramwaju. Wyjmuje z kieszeni odliczone monety i przedziera się między stłoczonymi ciałami w stronę przednich siedzeń.

Tylko robota i robota, takie było całe jej życie, odkąd skończyła jedenaście lat i umarła mama, a ona została sama na świecie z gromadką braci. Bo jak tata poszedł na wojnę, rok później, latem, mamę zaczęła nagle trząść febra, dostała tyfusu czy czegoś, Bóg jeden wie czego, i umarła. Umarł też Sile, najmłodszy, bo nie miał go kto wykarmić, umarły też bliźniaki, ale ona i Ilie, i Niculaie, oni przeżyli, bo byli najstarsi i widocznie pisane im było jeszcze pożyć. Mieszkali sami w starym domu na Pantilimona, obok cerkwi Capra, gdzie pochowana jest mama. Mieszkali tam sami, ona i trochę tego drobiazgu; jedni przeżyli, drudzy pomarli, tak jak każdemu było przeznaczone… Czasem przychodziła do nich babcia, Greczynka, co się miała za wielką damę. Ciągle ją ma przed oczami w jej srebrnoszarej sukni zapiętej do samej góry na małe guziczki i obramowanej koronką na mankietach. I z futrem na ramionach. Ciągle jej stoi przed oczami: dziarska, tęga, z wielkim biustem, jak wszystkie Greczynki. Dlatego ściskała się mocno w pasie, miała gorset z fiszbinami. Nie pamięta tylko, garbiła się czy nie? Więc ta babcia to była wielka pani, miała kiosk z gazetami koło domu – domu w amfiladzie, z przeszkloną werandą, gdzieś na Sfinţii Apostoli. Robiła z siebie wielką damę, ale wnuki jej nie znosiły, bo oddała mamę obcym na wychowanie. Jakby jej nikomu nie oddała, to wychowałaby się razem z bratem i siostrą i inne miałaby wtedy życie! Też uczyłaby się na pensji, jak panienka z dobrego domu, i nie musiałaby wychodzić za żadnego olteńczyka, a potem stać za ladą i biegać po tym błocie na Pantilimona z siódemką dzieci uczepionych matczynej spódnicy! Biedna mama! Gdyby matka nikomu jej nie oddała, inne by miała życie i może nie umarłaby tak młodo, ledwo trzydzieści trzy lata miała, baba jak rzepa, w sile wieku! Tak między sobą mówiły sąsiadki, kiedy Greczynka szła Pantilimona do wnuków. Nie cierpiały jej, i wnuki tak samo: jak im kazała do siebie mówić babunia, to wołały na nią babujaga… Oj, Boże, niech jej ziemia lekką będzie, ile to już lat leży w grobie! Vica ciągle trzyma w szufladzie jej zdjęcie, zrobione kiedyś w Fridrihbindăr. Stoi dumna jak paw, w futrze na ramionach i w wysokich butach na obcasie. Tych swoich eleganckich, skrzypiących przy każdym kroku butach, co je czyściła olejem rycynowym i wiązała szydełkiem. Babujaga chciała mieć wygodne życie i dlatego oddała córkę obcym, bo nie lubiła, jak jej się za dużo dzieci pałętało po domu! O wnuki też się zbytnio nie troszczyła, więc one, jak spotkała je jakaś bieda, biegły od razu do wujka, Liczykrupy, co miał dom naprzeciwko cerkwi; duży dom z wysokim płotem i piwnice z winem, i groźne psy. Skąpiec był z niego, sknera i dusigrosz, dlatego też ludzie przezywali go Liczykrupa.

– Przesuń, kobito, ten kosz na bok, bo jak tylko wsiadłaś, to stoisz z nim na środku i wszyscy się o niego potykają… – krzyczy jej nad uchem drobny, choć szeroki w barach mężczyzna.

W plecionym koszyku gdaczą dwie kury o oklapłych grzebieniach. Dwa przystanki wcześniej wsiadła z nimi jedna chłopka, widziała ją, jak wsiadała przodem.

– No a gdzie mam go dać? – pyta chłopka.

Podnosi koszyk i zaczyna go ciągnąć między stojącymi obok ludźmi, kury biją skrzydłami i szarpią związanymi nogami.

– Co to się wyrabia w tej drugiej klasie, jeżdżą z jakimiś koszykami, kapustą, z czym tylko się da… A niektórzy nawet z psami… – ciągnie mężczyzna, odwracając się w stronę chudego staruszka w czapce na głowie, siedzącego tuż przed nią.

Staruszek nic nie mówi, kiwa tylko głową, ale widać, jak aorta pulsuje mu mocniej pod zwiotczałą skórą na szyi.

– Daj go tutaj, koło mnie… – mówi Vica.

I wpycha koszyk pod siedzenie.

– Każdy jedzie z tym, co ma, przecież nie poleci pieszo, bo komuś coś nie pasuje… Jedzie z czym chce, jak ma bilet, to jedzie – odpowiada głośno mężczyźnie.

Tak, tak! Niech wszyscy słyszą, zwłaszcza ci, co najchętniej jeździliby pierwszą klasą, bo w drugiej im śmierdzi. Ona sama, odkąd zamknęła sklep, jeździ tylko drugą i jeszcze od tego nie umarła. Daje dwadzieścia pięć bani4 i jedzie, co za różnica, i tu ludzie jadą, i tam. Gdyby nie była oszczędna, nawet tygodnia nie przeżyliby za to, co przynosił jej do domu chłop.

Bierze torbę i schodzi ostrożnie po schodkach tramwaju.

Powietrze pachnie wilgocią, zima się już prawie skończyła, ale ludzie z siatkami w rękach ciągną jeszcze po poczerniałej warstwie śniegu sanki, na których siedzą przechylone na bok dzieci. Między dźwigami nieotynkowane bloki, hałdy gruzu przykryte kawałkami papy, drewniane baraki zamknięte na cztery spusty. Vica dyszy i idzie wolniej niż zwykle, boi się potknąć o druty, które jacyś durnie porozwalali tutaj jesienią. Chciałaby już być na miejscu, ostatnio nawet taka krótka droga ją męczy. Starość nie radość, zrobiła się też głodna, chociaż przed wyjściem wypiła duży kubek herbaty z wkruszonym chlebem. Może się palić i walić, ale na czczo za nic się nie bierze, bo inaczej robi jej się słabo i jest do niczego przez cały dzień. Jej bratowa, może dać sobie rękę uciąć, na pewno nic jeszcze dzisiaj nie jadła… Całe życie taka powolna, zanim zrobi, co ma zrobić, to człowieka zdąży sto razy szlag trafić, i ciągle się skarży na byle co: najpierw chciała, żeby się przeprowadzić, bo mieszkali wszyscy na kupie i nie było gdzie się ruszyć, teraz, że za daleko, że tyle się jedzie. Gdyby tak miała żyć jak ona, czterdzieści lat w tej ruderze, palić węglem i wiecznie wypatrywać, czy nie jadą czasem z gazem… Kiedy ich odwiedza, czuje się jak w raju, nawet tak im powiedziała. Będą już ze trzy lata, jak się przeprowadzili, a bratowa ciągle zrzędzi: a to że się okna nie domykają, a to że drzwi oberwane, a to że daleko.

– Cicho bądź – krzyknęła na nią. – Cicho bądź, Boga nie obrażaj, u was to jest istny raj na ziemi!

I popatrz, musiała to powiedzieć w złą godzinę, bo niecały rok później Ilie zginął w wypadku. Dopiero wtedy bratowa zobaczyła, co to znaczy bieda i jak to jest samemu o wszystko się martwić! Biedny Ilie, przez całe życie we wszystkim jej ustępował, kasę też bratowa trzymała, tak że kiedy od nich wychodziła, brat wciskał jej ukradkiem banknot dwudziestopiątkowy do kieszeni.

– Masz, Vica, na tramwaj, jak będziesz do nas jechała następnym razem… – mówił do niej w drzwiach.

Z Gelu, ich synem, bratowa nie ma już tak łatwo. Ten to jest dopiero kawał łobuza, w nią się wdał, w jej rodzinę, z byle powodu wylatuje na nią z gębą. A ona przez cały dzień dogadza mu, jak może. Gelu, dziecko, a to, a tamto… Gelu nic nie obchodzi, ciągle tylko z nosem w książkach, a ty mu usługuj. Gdyby Vica miała dzieci, to by im dała, lepiej, że nie miała, kto wie, w kogo by się to wrodziło, zresztą dzieci i tak nie znają teraz ani wstydu, ani strachu.

Dzielnica Berceni

U was to istny raj na ziemi… – mówi, padając na krzesło w kuchni.

Ciepło rozpaliło jej twarz i rozlało się po ciele; nawet nie chce jej się ruszyć. Spogląda na brudne filiżanki po herbacie, wstawione do zlewu, na stół przykryty oblepioną okruchami ceratą i na kawałek sera z pożółkłą skórką na talerzu.

– A matka gdzie?

– W pracy, w tym tygodniu chodzi na rano… Nie wiedziałaś? – odpowiada leniwie Gelu.

Stoi oparty barkiem o drzwi. Jest wysoki i szczupły, rysy twarzy, jeszcze nie do końca wykształcone, są jakby nabrzmiałe od wewnętrznego żaru. Patrzy na nią badawczo, a pełne wargi rozchylają się mu w uśmiechu. Ma na sobie spodnie do chodzenia po domu, bez paska, wiszące luźno na szczupłym ciele, i zieloną, spraną bluzę.

– Przecież jakbym wiedziała, nie jechałabym na próżno taki kawał drogi…

Mimo to wstaje, zdejmuje beret, schyla się do torby i stawia na stole słoiczek z marynatą, buteleczkę ze śliwowicą, czosnek i cebulę. Jest zła, że tyle jechała, a bratowej nie ma. Sama ciągle do wszystkich musi jeździć, do nich to już nikt nie raczy przyjechać! Ma czasem rację ten jej chłop… Gdyby mama żyła dłużej, nie tak by to życie wyglądało! Właśnie skończyła czwartą klasę i mama chciała ją dać do liceum, uszyła jej nawet mundurek i beret, pamięta jak dziś, było to w lipcu, a w sierpniu ogłosili mobilizację… Tata pojechał na front, a mama zmarła, kobieta jak dzieża, a leżała i majaczyła, wargi jej popękały, biedaczce, tak ją febra trzęsła. A ona, co ona mogła, jedenastoletnia dziewczynka? Bawiła się wtedy na placu…

Potem dopiero się zaczęło, jak musiała się opiekować braćmi. Godzinami stała w kolejce po chleb – czarny, niedopieczony, z otrębami, kto inny miał stać jak nie ona? To ona z nich była najstarsza… Miała jedenaście lat, stała z kartką w ręce, stała, aż jej to brzydło, do tej pory pamięta te kartki: „Lub 880 g chleba. Lub 440 g chleba. Lub 300 g chleba. Towar wydaje się jedynie za okazaniem niniejszej kartki. Wszelkie wykroczenia będą karane więzieniem do 6 miesięcy lub grzywną w wysokości do 3000 lei, lub więzieniem i grzywną”.

Była druga w klasie, czytała bez zająknięcia! Stała w kolejce i czytała w kółko te kartki na chleb, pamięta po dziś dzień, co na nich było napisane, umiała je jak pacierz…

– Żebyś ty wiedział, co to znaczy stracić matkę w wieku jedenastu lat… Jak tylko umarła mama, zaczęła się bieda… – Żuje kawałek chleba. Teraz też, po tylu latach, czuje się tak samo osierocona i bezradna. – I dlatego masz kochać matkę…

Stawia ostrożnie na półce umyte filiżanki, a że jest odwrócona plecami do chłopaka, odkrawa i wkłada do ust kawałek sera. Przykrywa resztę folią i wystawia talerz za okno. No i popatrz, wystarczy postawić za parapet i już jest! Tylko bratowa, jak ją słyszy, narzeka: Gdyby żył biedny Ilie, w tym roku kupilibyśmy lodówkę. A daj spokój z lodówką – mówi wtedy do niej. – Pieniądze wyrzucone w błoto! Obgotujesz codziennie jedzenie i zobaczysz, ile wytrzyma…

– I dlatego masz kochać i szanować matkę, bo tylko ją jeszcze masz… Masz ją kochać i macie opiekować się sobą nawzajem – mówi głośno.

Niech słyszy i niech wbije to sobie do głowy.

Gelu stoi ciągle w drzwiach, przenosi ciężar ciała na drugą nogę i ziewa. Myśli, jak tu się wykręcić i sobie iść; jeśli wda się w rozmowę z ciotką, cały dzień diabli wezmą. I tak nic dzisiaj nie zrobił od rana. Książka, deska kreślarska, wszystko leży rzucone w sypialni, a teraz jeszcze ona…

– Co się dzieje z tym chłopakiem? – mówi do siebie, rozkładając na stole koc do prasowania i podłączając żelazko. W łazience znalazła nieuprasowane ubrania, kiedy bratowa wróci, jeszcze jej podziękuje. Co się dzieje z tym chłopakiem, wiecznie taki jakiś naburmuszony. Jego ojciec, Ilie, niech mu ziemia lekką będzie, miał inną naturę. Był najmłodszy z nich wszystkich, kiedy mama zmarła, nawet jeszcze nie chodził. To Vica go wychowała, była dla niego jak matka… Ile to się nakłóciła z ojcem, żeby go posłał do szkoły… Nie mam pieniędzy, skąd wezmę, jak nie mam, co mam zrobić?, mówił stary.

Chciwy olteńczyk, przyszedł do Bukaresztu z Cărbuneşti, czy skąd tam był, z nosidłem na ramionach. Na nosidle powieszony miał koszyk warzyw i ryby, i kury, i ocet, i węgiel, i oprawione jagnięta, w całości albo w ćwiartkach. Handlował wszystkim, czym się dało, składał grosz do grosza i w końcu wybudował dom na Pantilimona. Później, jak wziął posag mamy, otworzył sklep. Sprzedawał płótno, naftę, mydło, nawet całkiem dobrze mu szło. Zaczął chodzić w niemieckich ubraniach, strzyc wąsy w widełki i nosić zegarek na grubym łańcuszku. Dobrze mu szło, aż nastała ta sierpniowa noc, kiedy w całym mieście biły dzwony i ogłoszono mobilizację. Kiedy wrócił z wojny, wszystko już dawno szlag trafił… Ale on, kuty na cztery nogi olteńczyk, który jeszcze po osiemdziesiątce orzechy łupał w zębach, bo ciągle miał wszystkie zęby, zaczął wszystko od nowa. Całymi dniami, jak tylko wrócił z frontu, chodził po wsiach na handel. Później poznał tam jedną taką, przeprowadził się do niej i miał z nią dwoje dzieci. Jak chcecie, chodźcie ze mną – powiedział, jak się do niej przeprowadzał.

Ale oni zostali w starym domu na Pantilimona, koło cerkwi Capra, gdzie leży mama.

Wyciąga na chwilę wtyczkę żelazka z gniazdka, za bardzo się nagrzało. Otwiera drzwi od skrytki, znalazła tylko suche herbatniki, bierze jednego, zanurza w szklance wody, moczy, a potem zaczyna wolno żuć.

– Ja już sobie pójdę, ciociu, mam roboty po same uszy…

Idzie, szurając kapciami, rzuca się na krzesło i opiera podbródek na dłoni. Przesuwa palcami po policzku: golić się dzisiaj czy nie? Słabo mu od tego gadania staruszki… Znowu te jej stare opowieści; kiedy myślisz, że już udało ci się jej wywinąć, zaczyna od nowa. Ostatnio jakby mówi coraz więcej i tak samo dużo je.

Ale on też nie może dzisiaj znaleźć sobie miejsca. Wpatruje się w kartkę z wyliczeniami, pisze coś na marginesie, ziewa, wstaje i patrzy przez okno. Nie ma tam nic do zobaczenia, ta sama ulica, zamknięta z jednej strony blokami; z przodu, dokładnie na wprost jego okna, niezabudowany teren otoczony drutem kolczastym. Blaszana buda, pełna dziur, służąca za wiatę, odkąd zrobili tutaj pętlę tramwajową. Przez cienkie ściany bloku słychać puszczone na cały regulator radio i głosy kłócących się ludzi. Podciąga rękaw bluzy i wyciska odruchowo pryszcze na ramieniu. Są dni, jak dzisiaj, kiedy nic mu się nie chce. Białawe niebo, błoto pod blokiem, strach przed rozpoczynającym się dorosłym życiem, względem którego czuje bezradność i wściekłość, nerwy matki, skrępowanie w stosunkach z dziewczynami i brak pieniędzy – wszystko to sprawia, że stoi tak, skulony, ze zmarszczonym czołem, i wyciska po kolei pryszcze na ręce. Jakie to życie? Jakie jawi mu się teraz i jak postrzega je, kiedy jest w dobrym nastroju i zapomina o tym wszystkim? Rzuca się na łóżko i zaciska powieki, czekając na nieznośne wspomnienie, które przegoni, zgrzytając zębami, lecz ono powróci, burząc w nim krew. Zapach wczesnowiosennego powietrza, jego przejmujący i wibrujący chłód, poczerniała skorupa zgarniętych na brzeg chodnika hałd śniegu, z których płyną strumienie wody. Biegnie przed siebie w promienistej poświacie i tak mu lekko na duszy. Nie chce się spóźnić, więc przebiega ulicę na czerwonym świetle.

Dziewczyna miała wiotkie ramiona i cienkie, pokryte czerniawym puchem ręce. Rajstopy były rozdarte nad kolanem i zszyte byle jak białą nitką. Zauważył to, kiedy niezręcznymi palcami próbował rozpiąć jej sukienkę. Zwykle pełna swady, teraz, kiedy trzymał ją w ramionach, była sztywna i ponura, ale pośpiech i strach kazały mu nie przerywać. Rozpinał więc te guziki, co chwila rzucając okiem na budzik, tykający obok na stole. Stracili tyle czasu na bezsensowną wymianę zdań, a już niedługo, nie później niż za godzinę, miał wrócić kolega, który zostawił mu pokój. Coś go nagle rozczuliło, sam nie wiedział co – może te rozdarte rajstopy – tak że spróbował opanować gorączkowe ruchy, wodząc dłonią po jej błyszczących włosach, ściągniętych na karku czarną tasiemką. Ona jednak wyrwała się i spojrzała na niego z boku, podejrzliwym i złym wzrokiem; nie, nie miało nawet sensu próbować ją teraz odprowadzić. Tak samo patrzyła na niego przez całą drogę, kiedy przesuwała mokrymi, delikatnymi palcami po zakurzonych sztachetach i żółtawym murze, i gdy wchodzili po schodach, a później stali pod zwichrowanymi drzwiami, gdzie długo i coraz bardziej nerwowo manipulował kluczem w poczerniałym zamku. Tapczan skrzypiał niemiłosiernie, a on uważał, żeby nie uderzyć czołem o drewniane oparcie, coraz bardziej przytłoczony bezruchem jej sztywnego, obojętnego ciała, kontynuował jednak, posuwając się coraz dalej, widząc z zewnątrz, prawie ze strachem, swoje gesty. Jak gdyby to, co teraz robił, było czymś, co za wszelką cenę należało doprowadzić do końca, obowiązkiem, którego musiał dopełnić. Ona niewątpliwie to czuła, kiedy tak wpatrywała się w biel sufitu, śledząc jego najmniejsze nierówności, i zaciskała wargi na białych zębach, małych i ostrych, i gdy później, mrugając często i szybko, pozwalała wymykać się spod powiek nieufnemu spojrzeniu, zadowolonemu z jego porażki, którą się napawało.

– Przestań się już szczypać, popatrz tylko na siebie, jak wyglądasz… – powiedziała Vica, pokazując zgrubiałym i pomarszczonym palcem sine plamy na ramieniu, które macał z zamkniętymi oczami, szukając odruchowo innych pryszczy.

Pchnęła drzwi ramieniem i weszła powoli, zgarbiona, niosąc talerz z kromkami chleba i kawałkami sera.

– Daj mi spokój! – krzyknął wściekły Gelu. – Daj mi spokój – powtórzył ciszej.

Podszedł do okna, oparł się ręką o parapet i wyjrzał na zewnątrz.

Przepraszam, szepnął wtedy do dziewczyny, zsuwając się na brzeg tapczanu i czując, jak ostre, zimne drewno wbija mu się w ciało. – Przepraszam – wybełkotał, zdjęty zniechęceniem i rozpaczą tak wielką, że nie patrzył już nawet na zegarek ani nie próbował się przykryć. Teraz wszystko już mogło się zdarzyć. Nosił w sobie cały strach tych godzin, jakby wiedział od początku, że tak będzie. Dlatego też mógł nawet wypowiedzieć to słowo, chociaż myślał, że to ostatnia rzecz, jaką komuś kiedykolwiek powie. I dopiero później, dużo później, poczuł jej szczupłą rękę próbującą wślizgnąć się pod jego zaciśnięte ramiona i miękkie włosy spadające mu na policzek.

– …popatrz na siebie, sama skóra i kości. Dlatego ciągle chce ci się spać, dlatego nie masz na nic siły. Ja całe życie dbałam o siebie i mój chłop tak samo. Teraz też nalewa sobie cały talerz i macza w nim chleb, robi sobie taką paćkę i je łyżką. Jak to widzę, to zawsze mówię: Ty jak stary Mealache, jak mu synowa dawała jeść, to wszystko wrzucał na jeden talerz, zupę i drugie. A co mam dwa razy gębę otwierać, mówił, jak i tak wszystko idzie w to samo miejsce? A mój chłop, jak mu to mówię, odpowiada zaraz: Stary Mealache, a ja co, nie jestem stary? Jak to nie? Przecież latem będę miał siedemdziesiąt dziewięć…

– No pewnie że jest stary! Jeśli on nie jest stary, to kto w takim razie jest? – wrzasnął przez ramię chłopak.

O ty bachorze jeden nieznośny! Zupełnie jak ten jej chłop, też tak samo burkliwy, kto wie, komu ten życie zmarnuje! Oż ty cholero jedna, ale bym cię lała, jakbyś ty był mój, już ja zrobiłabym z ciebie człowieka… Jak ktoś jest dorosły, to powinien mieć choć trochę rozumu i mówić z sensem. To jego matka jest wszystkiemu winna, przez nią mu tak urosły rogi! Teraz to płacze: Ja już nie wiem, co mam począć z tym Gelu, skarży się. Ja już nie wiem, jak mam z nim postępować, cały dzień siedzi zamknięty w pokoju, ze mną nie ma nigdy o czym rozmawiać, a jak mu coś powiem, to z byle powodu wścieka się i naskakuje na mnie. Jak żył nieboszczyk Ilie, to był inny, w domu też było zupełnie inaczej, przecież sama wiesz, jaki był wesoły i pogodny, skarży się bratowa. No co zrobisz, nic nie zrobisz, nie zwracaj na niego uwagi, mówi do niej.

Za to myśli sobie: co się dziwisz, że taki burkliwy? W ciebie się wdał! Ty jaka byłaś? Jaka byłaś dla mnie i wszystkich, co do was przychodzili?

Powinna tak wygarnąć jej wszystko prosto w oczy, ale nie wdaje się już z nią w kłótnie. Miała dużo szczęścia bratowa, że trafił się jej Ilie. Miękki był z natury, biedaczek, i całe życie robiła z nim, co chciała. Nigdy nie było widać, żeby się cieszyła, jak jej otwierała drzwi, zawsze jakoś krzywo na nią patrzyła, pewnie żal jej było tych dwudziestu pięciu lei, co jej czasem dawał po kryjomu Ilie…

Teraz bratowa, jak zobaczyła, że została sama jak palec, jakby się zmieniła. Przyjedź jeszcze czasem, Vica, to pogadamy sobie, mówi, bo aż mi dudni w głowie od tej ciszy…

Przyjeżdża czasem, przyjeżdża, o, tak jak dzisiaj, zawsze coś zrobi – to coś zaceruje, to wyprasuje, ale sama też już nie ma siły; obyś nigdy nie potrzebowała cudzej pomocy, ani od rodziny, ani od nikogo, bo już po tobie; tak mówiła pani Ioaniu. To była wykształcona kobieta, ta pani Ioaniu, wykształcona i światowa, dwóch miała mężów i obu pochowała. Obyś nigdy nie była stara, Vica, obyś tylko nie była stara i zdana na czyjąś łaskę…

Ile razy jej to powtarzała!

Weź, ty zjedz, bo ja nie jestem głodny, porozkładałem papiery na stole i tylko mi to zawadza…

Gelu odniósł talerz z chlebem i serem. Stoi z nim w ręce, niezdecydowany, oparty krzywo o futrynę drzwi; ani nie wchodzi, ani nie wychodzi.

– Weź zjedz, bo dzisiaj i tak prawie nie ma już nic do jedzenia, mama dostanie wypłatę dopiero jutro…

– Co mam jeść, nie w głowie mi jedzenie.

Bierze jednak talerz, stawia go na rogu szafki i zaczyna porządki na kuchence gazowej: zdejmuje palniki i wkłada je do zlewu. Gdyby się odwróciła, chłopak zobaczyłby, jak śmieje się szczerbatymi ustami. Właśnie wyjęła zęby, bo ją uciskają i nie może ich nosić zbyt długo. Oż ty cholero, śmieje się. Proszę, jemu też się zrobiło przykro, że wyleciał na nią z gębą, jakby chciał ją zjeść, a ona co takiego zrobiła? Przyniosła mu tylko jedzenie, żeby coś przegryzł… Nie byłby on wcale taki zły, jest tylko źle wychowany, to wina matki, widziała, jak mu od małego rogi rosną i nic nie zrobiła. W kółko tylko Gelu i Gelu. To prawda, ładne było z niego dziecko, pulchne i ładne, miał kręcone włosy, same kędziory. Jak był mały, to ona go kąpała, ona nacierała go oliwką i pluła na niego delikatnie, żeby się go złe nie czepiało, i cmokała w pośladki, i zabierała go do sklepu. Siedział pod ladą, tam miał swoje miejsce. Stał na czworakach i patrzył na wagę. A jak była wymiana pieniędzy, jej chłop dał mu cały wór banknotów do zabawy.

– No jedz, co tak stoisz – powiedział szorstko.

Znowu go coś napadło, Bóg jeden wie co! Wyszedł i poszedł do pokoju.

Tak już czasem ma, ni z tego, ni z owego. Wyciąga rękę, bierze odarty ze skórki chleb, bierze ser i wkłada do ust. Nie ma co wkładać zębów, za bardzo ją cisną. Pięćset lei dała za ich zrobienie, a i tak jej nie zrobili jak należy, szlag by to trafił… Gelu nie byłby wcale taki zły, ale czasem ma takie napady; co chcesz, chłop jak się patrzy, baby mu już trzeba.

Wyciąga znowu rękę, chwyta kawałek sera i wkłada do ust. Wtedy też naskoczył na nią, jakby chciał ją zjeść; to było jakiś rok temu, może nawet nie, wtedy jak zmarł jego ojciec, jak zmarł Ilie. Nieboszczyk leżał na stole, ludzie w kółko przychodzili i wychodzili, koledzy z pracy, ludzie z bloku, sąsiedzi ze starego mieszkania, wszyscy z kwiatami, ze świeczką, każdy coś miał… Tak to bardzo przeżyła, że o niczym innym nie mogła myśleć. Tyle tylko że z samego rana przyniosła pięć kilo mięsa, chudego, ładnego, pożyczyła od sąsiadki Reli, i od piątej stała w kolejce za mięsem, tylko ona jedna wie, jak to strasznie przeżywała… I stała tak za tym mięsem na stypę… Lodówki nie było, nie zdążył nieboszczyk Ilie kupić, a zresztą kto wtedy myślał o mięsie? Bratową dwie kobiety musiały podtrzymywać, lamentowała bez przerwy, nie mogła uwierzyć, że przyszła na nią kolej, że została sama. A mięsem kto się przejmował? No to wzięła to mięso i zaczęła je piec w brytfannie, przecież nie zostawi, żeby się zepsuło, takie dobre mięso… I tak przewracała to mięso widelcem, może nawet spróbowała trochę, żeby zobaczyć, czy się już upiekło, czy nie, i wycierała twarz ręką. Było gorąco w kuchni, pamięta jak dziś, i łzy jej płynęły po twarzy, łzy i pot. No i ten wparował nagle jak jaki wariat. Jakby go szatan opętał.

– To ci teraz w głowie?! – wrzasnął.

I skoczył, i powyłączał wszystkie kurki od gazówki.

– To ci teraz w głowie? Nie pomyślałaś, że tylu tu ludzi teraz przychodzi i wszyscy patrzą, jak tu stoisz i pieczesz mięso!

Ustąpiła, pozwoliła mu wyłączyć gaz. Mięso i tak, widziała, już było upieczone… Machnęła ręką i powiedziała tylko:

– Coś tak skoczył jak wariat, co cię nagle ugryzło? Po coś wyłączył gaz, wariacie? Co ludzie, co cię ludzie obchodzą, że mnie tu zobaczą? Lepiej, żeby się takie dobre mięso zepsuło? Od piątej za nim stałam! Ja jedna wiem, ile mnie to kosztowało, tak stać w kolejce za mięsem na stypę po bracie… Wolałabym, żebym to ja umarła, a on żył, ja go wychowałam, byłam mu jak matka, a w tym upale w parę godzin całe mięso szlag by trafił, jakby go nie upiec. I co dasz jeść wieczorem tej całej bandzie, jak wróci z cmentarza? Zwalą ci się tu wszyscy na łeb i co im matka da jeść? Takie dobre mięso miałoby się zepsuć, tyle pieniędzy na nie poszło, naucz się lepiej szanować pieniądze i szanować starszych, bo wiedzą lepiej…

Wszystko mu wygarnęła i zaraz się zamknął. Mruknął tylko coś pod nosem i poszedł sobie. Od tamtego czasu patrzy na nią krzywo, ale trudno, młodzież trzeba trzymać krótko! Nie wolno im ustępować ani na krok, bo wejdą ci na głowę, na szczęście ona sama dzieci nie miała! Dzieci to teraz nie znają ani strachu, ani wstydu… A co do wychowania, to ona dobrze wie, jak trudno je wychować. Bo kto wychował Ilie? To nie ona go myła, nie ona go karmiła? Też jeszcze była dzieckiem, jedenaście lat, i ciągle z Ilie na ręku. Nawet wtedy, jak nad Bukareszt przyleciał cepelig i wszyscy pobiegli go zobaczyć, ona poszła z Ilie… Wtedy jeszcze żyła mama! Ludzie stali w bramach, niektórzy weszli nawet na dachy, wszyscy wylegli na ulicę i nie mogli się nadziwić temu, co widzieli. Nikt nawet nie wiedział, że to coś było wyładowane bombami i mogło ich wszystkich powybijać. Cała dzielnica, ten ze świeczką, tamten z lampą, każdy poleciał oglądać tego potwora. A piękny był! Pełno ludzi, jak na Wielkanoc, na niebie smugi światła. A nasi chcieli namierzyć cepeliga i zestrzelić. Jak zaczęli strzelać z armat, to rozpętało się prawdziwe piekło. A ona, ci-ci-ci, uspokajała małego, bo aż cały posiniał od płaczu, biedaczek, i ciężki był jak kamień. W końcu się przyzwyczaili, i jak tylko zaczynały bić dzwony po cerkwiach, wielki dzwon na katedrze i ich dzwon na cerkwi Capra, a do tego dołączali policjanci na swoich gwizdkach, wtedy mama brała Sile na ręce i z bliźniakami uczepionymi spódnicy gasiła szybko ogień pod kuchnią, i uciekali wszyscy do Liczykrupy, który miał największe piwnice w całej dzielnicy! A wtedy, jak spadły bomby na Obor, to tak nimi zatrzęsło… Myśleli już, że zaczął się koniec świata. A Liczykrupa mówi do mamy: Te, Maria, twoje dzieciaki narobiły w gacie ze strachu! Wszyscy byli stłoczeni razem, dzieci wrzeszczały wniebogłosy, ale to nie one, tylko stara Anghelina nie wytrzymała i popuściła, smród był jak cholera, a ziemia aż drżała pod nimi. Zaraz dzieci, co ty mówisz, szwagier, powiedziała mama, a stara Anghelina ani mru-mru, tylko dzwoniła zębami ze strachu i szła rozkraczona… Stara, bo stara, ale śmierci się bała jak każdy. Tuż koło nich, na Obor, w biały dzień leciały bomby z samolotów i zabijały niewinnych ludzi, nawet kobiety, które szły po drewno. Im za to nie wiadomo jakim cudem udało się uciec do piwnicy Liczykrupy.

– No nic, to ja już sobie pójdę…

Bo i co tu miała więcej do roboty? Ani gęby do kogo otworzyć, ani nic do gęby włożyć. Bratowa, ta to też jest niepoważna, taki chłopak w domu, dorosły już chłop, a nie ma co jeść. Nagotowałaby mu cały garnek jedzenia, mięsa, sosu, zjadłby chłopak, chlebem przegryzł… A potem się dziwi, że jest nerwowy i chorowity.

Gelu wstaje zakłopotany od stołu. Był pewien, że będzie mu siedzieć na głowie przez cały dzień i teraz, widząc, jak sunie wolno do drzwi, z torbą w ręce, chce coś powiedzieć, ale nic mu nie przychodzi do głowy. Idzie tylko za nią, naburmuszony, i zaciska mocno palce; nie lubi łagodzić takich sytuacji, a teraz i tak nie miałoby to sensu, przecież nie ma dzisiaj czasu. Jak chce zostać, to niech zostaje, a jak nie, to krzyż na drogę.

– Wygląda ciocia jak Napoleon pod Moskwą – mówi, patrząc na jej beret.

Sztywny beret, zrobiony z resztek płaszcza dziewięć lat temu, wypchany watoliną. A na berecie przykrywający uszy, zawiązany pod brodą szal.

– A niech ci będzie nawet Napolion, grunt, że w uszy mi ciepło. I tak nikt się już za mną nie obejrzy. Chyba że diabeł… Król diabłów, ten, jak mu tam, Lucyper – mówi i śmieje się.

Gelu śmieje się razem z nią, z resztką złośliwości w głosie. Przypatruje się jej białym brwiom i dopiero teraz dochodzi do wniosku, że pewnie dawno już ich nie maluje. I jej przerzedzone włosy, siwe u dołu i rude u góry. Przypomina sobie nagle, jak się czesała przed lustrem opartym o masywne biurko, widzi wysoki, biały dzban z fajansu, stojący na umywalce, który tak mu się kiedyś podobał – tak samo jak wiszące na ścianie owalne zdjęcia, a na nich wpatrzeni w siebie nowożeńcy, Vica i wujek Delcă, w błyszczących koronach na głowie. Ma przed oczami ich sypialnię, gdzie nie był już całe wieki, bo nie znosi zapachu nafty i pleśni, która wdarła się w meble i ubrania.

Dziwne wspomnienie sklepu, tak wtedy wielkiego, z półkami po sam sufit, z ladą, pod którą tak lubił się bawić, śledząc z wypiekami na twarzy ledwie dostrzegalne drgania wagi. I ten wieczór, kiedy dali mu worek, wielki jak on sam, wypchany zielonymi banknotami: Masz, zrób z tym, co chcesz, możesz je nawet podrzeć, są już nic niewarte…

Mężczyźni szeptali w kącie, Vica czesała swoje długie włosy, spływające za oparcie krzesła; długie, kręcone i czarne, jeszcze nie zaczęła ich farbować.

– Wyjęłam zęby i seplenię, ale nie mogę w nich wytrzymać za długo. Nie znoszę ich, zakładam tylko wtedy, kiedy idę ulicą, bo inaczej ludzie będą mówić: patrz na tę szczerbatą babę…

– Mama powinna wrócić za jakąś godzinę, jak chcesz, to poczekaj.

– Wpadnę jeszcze kiedyś… Jak tylko będzie ładna pogoda, to wpadnę. Dzisiaj, skoro już wyszłam, może zajrzę też do Ivony.

Teraz znowu zaczną się opowieści o jej arystokratkach… Prawie chce mu się śmiać, wcześniejsza irytacja dawno gdzieś zniknęła. Tylko że ona nic już nie mówi; trzymając się kurczowo poręczy, schodzi ostrożnie po schodach.

– Uważajcie na siebie… – krzyczy do niego z dołu. – I zacznij wreszcie jeść, a nie tak jak teraz, przez to jesteś nerwowy i na nic nie masz siły…

Dzielnica Domenii Regale

Idzie wolno, ze spuszczoną głową, uważając, aby się nie poślizgnąć albo nie potknąć o druty, które leżą tu od jesieni, porozwalane przez jakichś durniów. Idzie zgarbiona, ze skórzaną torbą w ręce, nie miała po co dłużej zostać, paprykę zostawiła, tę odrobinę śliwowicy też, cebulę, czosnek… W domu wszystko się przyda.

– Och, niepotrzebnie robiłaś sobie kłopot, Vica! – mówi bratowa. – Wiesz przecież, że wódki nie biorę do ust! I cebuli też nie daję do jedzenia…

Ale tylko tak mówi, zaraz bierze wszystko i wkłada do szafy, taka już jest, kręci nosem, ale wszystko ci wyje z torby. Zostawiła wszystko, co miała ze sobą, a co dostała w zamian? I nawet nie miała na co czekać: bratowa nie wiadomo kiedy wróci, a w domu nic do jedzenia… I jeszcze jest przed wypłatą, mówił chłopak. A przecież jeszcze rok temu mówiła jej:

– Będę ci dawała, Vica, dwadzieścia pięć lei z renty po Ilie. Co miesiąc, tak jak chciał… W tym miesiącu ci nie dam, ale jak przyjdziesz następnym razem, to dostaniesz.

– A tam, co mi będziesz dawać, przecież wam też się nie przelewa – odpowiadała zawsze.

Wiedziała, że nie ma co liczyć na bratową, i miała rację. Bratowa ma lekką rękę, jak tylko ma pieniądze, od razu wszystko przepuszcza. Gdyby tak miała wyżyć z tego, ile oni dostają, sześćset pięćdziesiąt lei na dwoje ludzi… I czynsz, i światło, i telewizor…

Idzie powoli, ostrożnie, minęła budki telefoniczne. Tutaj, na pętli tramwajowej, są dwie budki, obie z wybitymi szybami, pourywanymi słuchawkami. Narobiło się teraz dziadostwa, w całym Bukareszcie jedno dziadostwo i chamstwo… Dobrze, że prawie nic nie ma w torebce, tylko trochę suchego chleba, bratowa zawsze kupuje za dużo chleba, a potem wyrzuca.

– Nie wyrzucaj! – mówi Vica. – Daj mnie, ja jestem jak ten śmietnik…

Ale się wtedy śmieje Gelu, jak to słyszy! A ona bierze chleb do domu – a to zrobi z niego bułkę tartą, a to włoży do herbaty, namoczy i potem je łyżką. Chociaż tyle przyniesie od bratowej. Kiedy żył nieboszczyk Ilie, bratowa też od razu przepuszczała wszystkie pieniądze.

– Do nas, Vica, to trzeba przychodzić w dzień wypłaty! Jak się spóźnisz, to przepadło! – mawiał nieboszczyk Ilie.

I faktycznie tak było, tydzień przed wypłatą nie mieli już grosza i pożyczali, gdzie się dało. Dwie wypłaty i jeszcze im nie starczało! A jej? Jej zawsze starczało, ale ona żyła z ołówkiem w ręku!

– Podziwiam panią, pani Delcă, doprawdy podziwiam panią za to, jak pani prowadzi dom – mówi Ivona.

Ivona, jak coś powie, to już powie, tak samo kiedy dostaje od niej kartkę: „Droga Pani Delcă, dawno Pani u nas nie była, zapraszamy Panią tego i tego dnia”, wtedy wiadomo, że czekają na nią wtedy i wtedy i przynajmniej nie tłucze się na próżno przez całe miasto.

– Muti tak panią lubiła, pani Delcă – mówi Ivona, i zaraz wyciąga chusteczkę i zaczyna płakać.

Nie nosi już żałoby, ale ciągle opłakuje matkę, zresztą ma powody, żeby za nią płakać: póki pani Ioaniu żyła i jeszcze czuła się na siłach, to ona prowadziła Ivonie dom i wychowywała jej dziecko.

– Pani Delcă – powiedziała Ivona po śmierci pani Ioaniu. – Ja nawet nie umiem zrobić koliwa5…

– Daj pani spokój, czy nieboszczce coś z tego przyjdzie? Co jej po tym, skoro i tak nie żyje? Już ona swoje w życiu zjadła i swoje przeżyła…

– Muti też nie lubiła tych wszystkich mszy za zmarłych i wypominków, tak więc ja, aby uczcić jej pamięć, będę pani dawać raz na dwa miesiące pięćdziesiąt lei. Wyślę za każdym razem kartkę i przyjdzie pani po pieniądze, przy okazji porozmawiamy trochę, albo będę wysyłać pieniądze przekazem pocztowym, jak pani woli…

Jeszcze tylko tydzień i miną dwa miesiące od dnia, kiedy ostatni raz była u nich po pieniądze. To dobra dziewczyna, ta Ivona, zna ją kopę lat: chuda jak patyk, długi nos, włosy krótko ścięte i ufarbowane na blond, i wiecznie ją gdzieś nosi. Nic się nie zmieniła, ciągle wygląda, jakby miała dwadzieścia lat. Tyle już lat do nich jeździ! Jak tylko dostaje kartkę od Ivony, zaraz tam jedzie: a jak się cieszy Ivona, kiedy ją widzi w drzwiach!

– Pani Delcă, jak to dobrze, że pani przyjechała! Tyle mi się nazbierało rzeczy do cerowania, już nie mam gdzie ich trzymać… I znowu nie mam co na siebie włożyć… Nie mam już nic do ubraaania…

Ale się Ivona cieszy, jak ją widzi! Rzuca się jej na szyję, całują się w oba policzki… Bardzo lubi Ivonę.

– Pani ma złote ręce, pani Delcă, złote ręce – mówi Ivona. – Gdybym ja była taka jak Muti albo pani, ale ja mam do tego dwie lewe ręce… Nie mam o szyciu zielonego pojęcia, mąż nawet napisał o tym wiersz:

Moja małżonka – to jest krawcowa!

Jak widzi igłę, zaraz się chowa…

Ciekawe, czy tym swoim lafiryndom, tym swoim kurewkom, co do nich łazi, też pisze wiersze? Gnój jeden, cisnęło jej się zawsze na język. Ale nic nie mówiła, nie chciała Ivonie sprawiać przykrości, wie przecież, co można powiedzieć, a co nie.

Stanęła na przystanku i czeka cierpliwie na tramwaj. Zaczyna siąpić deszcz, drobne krople kłują ją w twarz, ale nic sobie z tego nie robi, włożyła pod spód wszystkie ciepłe rzeczy, na wierzch płaszcz – płaszcz jak się patrzy, dziewięć lat temu wywróciła go na drugą stronę, porządny materiał z dawnych czasów, a z resztek własnoręcznie uszyła beret. I dała jeszcze dwie warstwy watoliny. Szal grzeje ją w uszy, beret chroni od deszczu; naciągnęła go mocniej na czoło i czuje się teraz jak królowa. Porządny człowiek sam umie o siebie zadbać, tak samo ona, dlatego niestraszny jej ani chłód, ani deszcz.

Mija ją staruszka w wełnianych rękawiczkach bez palców, ciągnąca za sobą wózek, na którym stoi sztywno butla z gazem. Albo ta baba, myśli, ile ona może mieć lat? Nie daj Boże, żebym kiedyś wyglądała tak jak ona… Naprawdę nie znalazła nikogo, kto by jej za pięć lei przywiózł butlę?

Nadjeżdża tramwaj. Rzuca się od razu w jego stronę, ale ubrania krępują jej ruchy, więc biegnie drobnymi kroczkami.

– Chodź szybko, kochanieńka – woła jakiś uczynny pan.

Trochę już starszy pan, dobrze ułożony, starej daty.

– Dziękuję – odpowiada.

Mija go jednak i idzie dalej. Staruszek patrzy na nią zdziwiony, stoi jeszcze chwilę przy stopniach i w końcu wsiada. Vica idzie szybkim krokiem do drugiej klasy. Od kiedy zamknęli sklep, jeździ tylko drugą klasą i jakoś nie umarła.

– Wielka mi oszczędność, pięć bani – mówi ta hetera, jej bratowa.

Może to i żadna oszczędność, ale zawsze coś. Ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka. Jakby się nie umiała gospodarzyć, to za to, co jej przynosił do domu chłop, nie wyżyliby nawet tygodnia.

Nie zdąży już jednak dojść do tylnych drzwi tramwaju, a przodem nie wsiadłaby za nic w świecie: nie jest znowu taka stara, żeby ładować się tą stroną, co się wysiada, a wysiada się przodem, każdy, kto jest z Bukaresztu, to wie.

Kto ma wiedzieć lepiej niż ona? Przecież pamięta jeszcze konne tramwaje z żółtymi wagonami, co je wymieniali latem i zakładali zasłony, a konie miały na łbach i na oczach takie płócienne osłony. Ale też szkapy, ale chabety jeździły na tramwajach!… Tramwaj jechał wtedy przez plac Świętego Jerzego, na którym stała wilczyca, przez Colţei, Dorobanţi, wjeżdżał na Clopotarii Vechi i jechał tak aż do zajezdni na Bonapartego. Cała trasa dwadzieścia bani. A ten łobuz Niculaie czekał na chodniku razem ze swoją bandą, i kiedy tramwaj skręcał, wskakiwali na stopnie i kucali, bo gdyby ich zobaczył woźnica, zabrałby im czapki i złoił skórę. Tak samo robili, jak już był tramwaj elektryczny, czternastka. Kawał łobuza był z tego Niculaie, łobuz, ale bystry przy tym! Szkoda go, w szkole był zawsze pierwszy w klasie, a syn dyrektora, który z nim siedział w jednej ławce, dopiero drugi. Bystry chłopak, wszystko łapał w lot, ale kto by za niego bąki zbijał na placu? Bystry, ale łobuz, dzień w dzień brał w skórę od ojca, bo a to przegrał w kości i wrócił do domu goły jak święty turecki – pamięta jak dziś, jak trzymał się za nogi – a to woźnica z tramwaju zabrał mu czapkę. Były też inne tramwaje, jeździły koło cerkwi Ienei, potem Królewską i dalej Câmpineanu, stawały na przystankach, ale zatrzymywały się też, jak się machnęło ręką albo laską, albo parasolem. Były i inne, takie, co nie jeździły po szynach, ale lepiej było do nich nie wsiadać, bo ciągle wpadały do dziur i duszę mogły z człowieka wytrząść. O tramwajach to ona wie wszystko, przecież urodziła się w Bukareszcie, ale ci nowi, którzy się tu teraz poprzeprowadzali, nie mają o niczym pojęcia. Tylu ich się teraz nazjeżdżało do Bukaresztu, że dla nich, starych mieszkańców, nie ma już miejsca: wkoło same wieśniaki, mieszkają w bloku i zbierają na samochód, jak ta dziadówka Oiţa, kuzynka Delki; tak już teraz jest, takie nastały czasy.

Idzie ciężko między siedzeniami, kołysząc się na boki. Gumowa podłoga cała jest w błocie, żeby tylko czasem się nie poślizgnąć, Boże uchowaj, i czegoś sobie nie złamać! O tam, pod oknem jest wolne miejsce!

Biegnie szybko usiąść.

Nic jej się dzisiaj nie układa, żeby chociaż Ivona była w domu… Gdzie by zresztą miała być o tej godzinie? Ona też już jest na emeryturze, tak samo jej mąż; razem będą mieli ze cztery tysiące albo i więcej. Cztery tysiące tylko dla nich dwojga, bo Tudor, ich syn, dawno już z nimi nie mieszka. Będą dwa albo nawet trzy lata, jak wyjechał, żyła jeszcze jego babcia, pani Ioaniu. Jego pokój Ivona zostawiła tak jak był, nikomu go nie wynajmuje i nikt tam nie śpi. Taki wielki dom stoi pusty, i jeszcze ten jego pokój, jak jaki grobowiec, z kolorowymi zdjęciami, co je im przysłał stamtąd, gdzie był. I co im z tego, że chłopak jeździ po całym świecie? Ostatni raz Ivona widziała go rok temu, kiedy puścili ją do niego za granicę, tego lata widział się też z nim jej mąż, i na tym koniec. Tudor nie może już tu wrócić i niech Bóg ma w swojej opiece Ivonę, bo jakby tak czasem potrzebowała opieki na starość… Teraz też siedzi sama jak ten palec, bo jej stary całymi dniami przesiaduje u tej swojej lafiryndy. A jak jest w domu, to tylko patrzy, jak tu zdjąć płaszcz z wieszaka i dać nogę! Niech Bóg ma w swojej opiece Ivonę, jeszcze trochę i nawet szklanki wody nie będzie miał kto jej podać. Takie są teraz dzieci: człowiek wypruwa sobie dla nich żyły, a jak one mają ci coś dać, to ich nie ma. Na szczęście Ivona nie z tych, żeby się miała tym przejmować, wie, że może liczyć tylko na siebie.

– Taka już jestem, pani Delcă, bardziej racjonalna – powiedziała kiedyś. – I wie pani, że na dobre mi to wyszło?

Akurat, na dobre ci wyszło! Gdyby mój stary wyrabiał takie rzeczy, to ja bym mu dopiero dała, już on by mnie popamiętał! Ale Ivona taka jest, bez charakteru, tylko praca, przyjaciółki, papieros i kawka. Pojęcia nie ma, co wyprawia Niki.

– Taka już jest, nawet jako dziecko nie okazywała emocji – mówiła jej matka, pani Ioaniu.

To od pani Ioaniu wie wszystko.

– Przed tobą, Vica, nie mam żadnych tajemnic… Jak będziesz do nas przychodzić, zawsze idź prosto do mojego pokoju, porozmawiamy trochę o starych czasach… Już zaczęłam się zastanawiać: co też się stało z Vicą, że tak dawno jej u nas nie było? I zaraz kazałam Ivonie wysłać do ciebie kartkę.

I tak co jakiś czas dostawała kartkę od Ivony: „Droga Pani Delcă, dawno Pani u nas nie było, czekamy na Panią. Rano Muti jest zawsze w domu. Prosimy tylko wcześniej o telefon”.

Najczęściej jechała do nich latem, kiedy nie było lodu; wsiadała do tramwaju o dziewiątej i za kwadrans dziesiąta dzwoniła już do tylnych drzwi. Czasami otwierała jej praczka Leana. Panią Ioaniu zastawała na górze, w jej obitym skórą fotelu. Skóra pękła, zszyli ją, znowu pękła, poczerniała, to ją wzięli przykryli kobiercem, i tam właśnie, na kobiercu, siedziała pani Ioaniu. W pokoju pani Ioaniu pełno było kobierców: leżały na szezlongu i wisiały na ścianach, koło obrazów i wielkiego lustra aż po sam sufit. Weneckiego lustra, w ramie z czarnego drewna, a w niej masa perłowa. Masa już pożółkła, zaszła kurzem, ale jeszcze jakieś trzydzieści lat temu tak pięknie błyszczała! Czego jeszcze nie było w pokoju pani Ioaniu! Krzesła z oparciem obitym skórą i nabijanym ćwiekami, zakurzone pudła z kapeluszami, kufry ze starymi sukniami, stosy francuskich książek z pożółkłymi kartkami, a jak je dotknąć, to leciał z nich kurz i czuć było dziwny, ostry zapach.

Pani Ioaniu siedziała tam zawsze w fotelu, z książką w ręce. Cwana to była baba, wyrachowana i uczona jak mało kto. Teraz też siedziała i czytała, w okularach na nosie, z twarzą pełną czerwonych żyłek. Miała jasne włosy i całe życie próbowała pozbyć się piegów, przywoziła z Paryża najróżniejsze maści i ciągle się nimi smarowała, ale dopiero kiedy się zestarzała, piegi zeszły jej z twarzy, ale zaraz potem pokazały się na rękach. Była trochę przy kości i miała duży biust, chociaż za młodu była szczupła i wysoka: widziała jej zdjęcia z młodości, miała całe stosy albumów… I cały czas tylko w tym fotelu, nawet spała w nim po obiedzie. Na ścianie nad nią wisiał wielki czarny obraz, a na nim stary człowiek obierający jabłko. Tyle razy widziała ten obraz!

– Po co pani trzyma to brzydactwo – mówiła. – Jakbym go zobaczyła w nocy, to chyba umarłabym ze strachu.

– Co ty mówisz, Vica, to bardzo cenny obraz, namalował go dawno temu jeden sławny malarz – mówiła pani Ioaniu. – Przyjeżdżał do Balcic6, spotykałam go tam co lato. Ten obraz dał mi w prezencie, kiedy zobaczył, że mi się podoba.

I tak cały czas, jedna opowieść za drugą. Przykrzyło jej się tak samej siedzieć w tym fotelu całymi godzinami; córka i zięć w pracy, chłopak w szkole, więc jak tylko słyszała, że Vica idzie po schodach, to cieszyła się jak dziecko.

– Zostań, możesz pracować w moim pokoju – mówiła. – Porozmawiamy sobie trochę…