Stracony list - Jillian Cantor - ebook
Opis

Wzruszająca opowieść o miłości i przetrwaniu, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Austria, 1938.
Kristoff terminuje u żydowskiego mistrza grawerskiego, projektanta i twórcy znaczków. Kiedy jego nauczyciel znika bez śladu podczas „nocy kryształowej”, Kristoff jest zmuszony przygotowywać znaczki na zlecenie władz Trzeciej Rzeszy. Jednocześnie razem z ukochaną Eleną, ryzykuje życie, współpracując z austriackim ruchem oporu. Miłość, która zastaje Kristoffa wśród brutalnego chaosu wojny, każe mu znaleźć sposób, by ocalić ukochaną Elenę, a przy okazji także siebie.

Los Angeles, 1989.
Katie Nelson przechodzi trudny okres. Musiała umieścić swojego ojca w domu opieki i jest w trakcie rozwodu. W czasie porządków odkrywa kolekcję znaczków ojca, którą oddaje do wyceny, a filatelista, Benjamin, znajduje wśród nich niespotykany austriacki znaczek z czasów drugiej wojny światowej, naklejony na kopertę, zawierającą prawdopodobnie list miłosny. Katie i Benjamin wspólnie rozpoczynają poszukiwania, które odkryją przed nimi tragiczną historię miłości, obejmującą dziesięciolecia i kontynenty, i zaprowadzą ich za właśnie obalony mur berliński.

Piękna, przejmująca, chwytająca za serce powieść o nieskończonej potędze miłości.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału THE LOST LETTER
Przekład KATARZYNA ROSŁAN
Wydawca KATARZYNA RUDZKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KRYSTIAN GAIK
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki ZESPÓŁ
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Stephen Mulcahey / Arcangel
The Lost Letter Copyright © 2017 by Jillian Cantor. By arrangement with the author. All rights reserved. Copyright © for the translation by Katarzyna Rosłan Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-20-2
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Dla babci Bei i dziadka Milta. Pamiętam

[Szarotka] to roślina alpejska [...] która rośnie na granicy wiecznego śniegu, a nawet pod śniegiem. [...] Tylko najśmielsi pasterze kóz i myśliwi są w stanie zdobyć ów odporny na zimno kwiat. Jego posiadanie to dowód niezwykłej odwagi.

Berthold Auerbach, Edelweiss

AUSTRIA, 1939

Mocno ściskała w dłoniach listy, uważając, by nie uszkodzić znaczków. Padał śnieg. Marzły jej palce u stóp, przez zdarte podeszwy butów przenikała zimna wilgoć, mimo to szła przez las, chroniąc listy pod płaszczem, by nie zamokły. „Jeszcze tylko parę kroków” – powtarzała sobie. To była nieprawda, ale szła dalej.

„Jeszcze parę kroków. Jeszcze parę”.

Musiała tylko dotrzeć do miasteczka i nadać listy na poczcie przy Wien Allee. Wystarczy je wysłać i wszystko będzie dobrze.

To też była nieprawda, rzecz jasna. Ale mimo to brnęła dalej przez śnieg.

Dotarła do skraju lasu i przez wirujące płatki śniegu, w niebieskoróżowym świetle przedświtu zobaczyła majaczące w dali czerwone dachy – te, które się jeszcze ostały.

Wien Allee. Już prawie tam była.

Nagły cios zimną kolbą w skroń tak ją zaskoczył, że nawet nie krzyknęła. Ktoś szarpnął ją za ramię i upuściła listy, które rozsypały się na nienaruszonym śniegu.

LOS ANGELES, 1989

Kiedy pierwszy raz podjeżdżam pod sklep filatelistyczny, nawet nie chce mi się wysiadać z samochodu. Jak na tutejszy klimat poranek jest wyjątkowo chłodny, a ja nie wzięłam nic ciepłego. Poza tym to pewnie i tak strata czasu.

Bagażnik mojego hatchbacka jest po brzegi wypełniony zawartością gabinetu ojca – grubymi klaserami, w których pod przeźroczystymi paskami gęsto upchane są znaczki, oraz plastikowymi pudłami pełnymi zdobyczy ze sklepów z rozmaitą starzyzną – głównie pożółkłych listów napisanych w bliższej lub odleglejszej przeszłości, nigdy niewysłanych lub nieotwartych, nieodmiennie z naklejonym na kopercie znaczkiem. Jeżeli nie pozbędę się tego ładunku, będę musiała umieścić go gdzieś u siebie. Poza tym czuję się zobowiązana przynajmniej spróbować coś z tym wszystkim zrobić. Ta myśl motywuje mnie do działania – wysiadam z samochodu i otwieram bagażnik.

W dzieciństwie często szwendałam się z tatą po sklepach ze starzyzną i wyprzedażach garażowych, które odbywały się w weekendy. Przesiewaliśmy to, co inni uznali za niepotrzebne, w poszukiwaniu starego listu lub kolekcji znaczków należącej do kogoś, kto już odszedł i nie mógł się nią dłużej cieszyć. Zawsze pytałam ojca, czego konkretnie szuka, a on odwracał się do mnie i mówił z uśmiechem: „Klejnotu”. Tym właśnie – klejnotami – są dla niego znaczki. Lub raczej były. Diamentami, rubinami, szafirami. Tata uważał się za jubilera, który potrafi dostrzec i skazy, i piękno w czymś, co w oczach świata zdaje się zupełnie nieciekawe. Pewnego razu pojechaliśmy całą rodziną do Waszyngtonu i tam, w Instytucie Smithsona, oglądaliśmy diament Hope. Wtedy tata powiedział: „O, właśnie czegoś takiego szukam, Kate”. Szczerze mówiąc, wątpiłam, że znajdzie to akurat na wyprzedażach i w sklepach z używanymi gratami rozsianych po południowej Kalifornii.

Według taty takim diamentem miał być znaczek pomyłka. Znaczek rzadki, bo wydany zbyt wcześnie lub zbyt późno albo wydrukowany z błędem. A wszystkie te pudła, upchnięte teraz u mnie w bagażniku, były owocem poszukiwań owego przypadkowego, wyjątkowego egzemplarza w morzu małych papierowych kwadracików.

Ja, kiedy patrzę na znaczki, widzę tylko papier i tusz. Traktuję je jako środek wiodący do celu, użyteczne narzędzie. Dzięki nim moje listy dochodzą do adresatów, otrzymuję rachunki do zapłacenia i kontaktuję się z Karen, moją przyjaciółką, która w zeszłym roku wyprowadziła się do Connecticut. A ostatnio znaczki gapią się na mnie z kuchennego blatu – trzy, z kwiatuszkami, naklejone przez Daniela jeden obok drugiego na szarą kopertę, której do tej pory nie otworzyłam. Koniec wszystkiego. Nienawidzę tej ostateczności i dlatego jeszcze nie rozcięłam koperty.

Jestem pewna, że ojca, który raczej nie przepadał za Danielem, zirytowałby wybór znaczków z kwiatkami na tego typu przesyłkę. Ale ojciec nic nie wie. A nawet gdyby wiedział, i tak by pewnie nie pamiętał.

*

Sklep filatelistyczny zajmował niewyróżniające się niczym pomieszczenie wciśnięte w ciąg lokali handlowych nieopodal skrzyżowania Czterysta Piątej i Sto Pierwszej na skraju dzielnicy Sherman Oaks. Nie jest to bynajmniej miejsce, w którym spodziewałabym się znaleźć jakiś skarb. Ale trudno, już przyjechałam, w dodatku jestem umówiona. Wyjmuję z samochodu pierwszych parę plastikowych skrzynek i wchodzę do środka.

Właściciel sklepu, filatelista Benjamin Grossman, siedzi za biurkiem zawalonym czym się tylko da. W rogu blatu stoi mały czarno-biały telewizor. Mężczyzna ogląda wiadomości, w których jest wyświetlana relacja z wczorajszych wydarzeń w Berlinie Wschodnim.

Na mój widok podnosi głowę, ale nie wyłącza odbiornika. Jest młodszy, niż się wydaje przez telefon. Zbieranie znaczków zawsze kojarzyło mi się z emeryckim hobby, oczekiwałam więc kogoś starszego. Ale Benjamin wygląda, jakby był w moim wieku, przed czterdziestką lub może ciut po. Ma okulary w drucianych oprawkach i jasnobrązowe kręcone włosy.

– Pani Nelson? – pyta.

Wciąż nie jestem pewna, co zrobić z tym nazwiskiem po mężu.

– Katie – odpowiadam, nagle podejmując decyzję.

– Uhm, Katie – powtarza, rozkojarzony. Chyba nie może mu być bardziej wszystko jedno, jak się nazywam. Wyciąga rękę i porusza anteną telewizorka, by poprawić obraz. Odnoszę wrażenie, że mu w czymś przeszkadzam, mimo że byłam umówiona.

– Yy, co mam z tym zrobić? – pytam. Pudła swoje ważą.

– Oj, przepraszam. Można postawić. Tu gdzieś, na biurku. – Benjamin zostawia antenę w spokoju i siada.

Rozglądam się po zagraconym blacie.

– Gdziekolwiek – dodaje, a ja stawiam ładunek na jakichś papierach. Filatelista nachyla się i przez chwilę w skupieniu grzebie w swoim bałaganie, a mnie ogarnia ciekawość, jak to się stało, że został filatelistą. Jaki kierunek studiów trzeba skończyć lub z czego zdać maturę, by wziąć się za to zajęcie? Historię? Ja skończyłam filologię angielską i pracuję w magazynie lifestylowym, gdzie prowadzę rubrykę filmową. To niezbyt dobrze płatne, ale za to rozrywkowe zajęcie – a przynajmniej było takie do niedawna.

– Przejrzę to – głos Grossmana wyrywa mnie z zamyślenia – i zadzwonię. Dam znać, co i jak. – Opowiedziałam mu już przez telefon o ojcu, jego szwankującej pamięci, niemożności dalszego prowadzenia kolekcji i uporczywym twierdzeniu, że zawiera ona klejnoty. Przez całe życie słyszałam, że kiedy się zestarzeje, przekaże mi swoje skarby. Powtórzył to również parę miesięcy temu, gdy umieściłam go w domu opieki The Willows. Ale szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, co miałabym z tymi skarbami zrobić. I właśnie dlatego tu jestem.

Wychodzę do samochodu po kolejną porcję plastikowych skrzynek, a kiedy znowu pojawiam się w kantorku, Benjamin unosi brwi i ponownie, tak jak przed chwilą, odrywa się od wiadomości.

– Tego jest więcej? – pyta, a ja kiwam głową. – Przepraszam, pomogę. – Wstaje i wychodzi za mną na parking. – Nie wiedziałem, nie chciałem być niegrzeczny.

– Nic się nie stało – odpowiadam. Nie mam ochoty na wymianę uprzejmości.

Benjamin mówi jednak dalej:

– Nie zdawałem sobie sprawy, że ojciec aż tyle zgromadził. – Zagląda do bagażnika.

– Ma siedemdziesiąt jeden lat – mówię i wychodzi to ostrzej, niż zamierzałam. – To jest... to była pasja jego życia. Obsesja. – Teraz, gdy wypowiadam to na głos, siedemdziesiąt jeden lat wcale nie brzmi staro. Wielu pacjentów The Willows jest w bardziej zaawansowanym wieku. A mnie wciąż złości ta niesprawiedliwość. Choroba taty jest dla mnie jak cios pięścią w brzuch, który odbiera mi oddech za każdym razem, gdy o tym pomyślę.

– Tak to zwykle bywa – mówi uprzejmie Benjamin, jakby rozumiał, a nawet dzielił z tatą tę obsesję. I jakbym ja była dziwaczką, która jej nie pojmuje. Zresztą może i jestem.

Po wypakowaniu ostatnich pudeł Benjamin Grossman oświadcza:

– To mi zajmie tydzień, może dwa. Zadzwonię i dam znać, co znalazłem.

A mnie nieoczekiwanie dopadają wyrzuty sumienia. Zastanawiam się, jak by się poczuł tata na wieść, że oto zostawiam jego najcenniejsze skarby u jakiegoś przypadkowego faceta, którego wyszukałam w książce telefonicznej pod hasłem „Filatelistyka”. Dzwoniłam do wszystkich trzech sklepów, których numery znajdowały się w rubryce, a ten Grossman oddzwonił jako pierwszy.

– Dostanę jakieś pokwitowanie? – pytam.

Grossman kręci głową, wyciąga spod stosu papierzysk wizytówkę i wręcza mi ją.

– Odezwę się, jak skończę – mówi. A po chwili dodaje: – Proszę się nie martwić. Będą pod dobrą opieką. – Zupełnie jakby znaczki były kwiatami. Czymś, co trzeba pielęgnować, i to z czułością.

– Wcale się nie martwię – odpowiadam.

Właśnie oddałam w cudze ręce coś, co nawet do mnie nie należy. Kiedy jednak wsiadam do samochodu, wyjeżdżam z parkingu i włączam się do ruchu na Czterysta Piątej, odczuwam w sercu pustkę.

AUSTRIA, 1938

Początkowo Kristoff nie pojmował mocy drzemiącej w rylcu. Nie rozumiał, że to małe, niepozorne narzędzie grawerskie może ich kiedyś uratować. Albo skazać na śmierć. Wiedział tylko, że rylca nie sposób precyzyjnie prowadzić, a on sam nie ma naturalnego daru do pracy w metalu, w przeciwieństwie do obcowania z płótnem.

Nie podobało mu się też, jak rylec leżał w dłoni. Był dziwnie ciężki, trudno się nim operowało. Kristoff czuł, że ostrze powinno zostawiać ślad tak samo płynnie i zwinnie jak pędzel, a nawet węgiel, lecz ręka ciągle mu się zacinała. Wzbierała w nim złość, że nie potrafi uzyskać doskonałych linii i żłobień podobnych do tych, które pokazał mu Frederick. Chłopak obawiał się, że zostanie zwolniony z terminu i będzie musiał sobie szukać nie tylko pracy, ale i lokum. Jako uczeń Fredericka dostał pokój i utrzymanie przy rodzinie Faberów, w ich pięknym domu na obrzeżach Grotsburga, oraz pięć szylingów pensji tygodniowo. A także, co najważniejsze, możliwość nauki fachu, z którego Frederick Faber słynął na całą Austrię – grawerstwa. Największym dziełem mistrza był znajdujący się w obiegu, bardzo popularny oraz – z czym Kristoff w pełni się zgadzał – doskonały pod względem artystycznym znaczek pocztowy za dwanaście groszy z wizerunkiem szarotki. Była to zdumiewająco wierna podobizna skromnego białego kwiatka; Frederick zaprojektował znaczek i wygrawerował do niego matrycę w 1932 roku.

Kristoff pamiętał, jak kiedyś przykleił ów znaczek na list do matki, którego ostatecznie nie wysłał. Trudno przecież nadać list do kogoś, kogo nie ma i, mimo największych wysiłków, nie zdołało się ustalić, czy ta osoba żyje ani gdzie mieszka. Ale już wtedy, jako trzynastolatek, podziwiał kształt tej szarotki, idealną linię jej płatków. On też od zawsze chciał zarabiać na życie jako artysta. Kiedy więc zeszłej jesieni dowiedział się, że Frederick Faber – tenFrederick Faber – szuka nowego ucznia, spakował swoje przybory do malowania i wydał prawie wszystkie skromne oszczędności na podróż do odległego o dwieście kilometrów Grotsburga. A gdy po przybyciu na miejsce pokazał Frederickowi swoje szkice węglem, przedstawiające sceny z ulic Wiednia, grawer zgodził się przyjąć go do terminu.

– Masz dobre oko – rzekł, uważnie przyglądając się rysunkowi, który Kristoff uważał za swoje najlepsze dzieło. Widniał na nim symbol Wiednia, katedra Świętego Szczepana, której dwie frontowe wieże Kristoff odwzorował z najdrobniejszymi szczegółami. Frederick uniósł gęstą siwą brew. – Co wiesz o pracy w metalu, mój chłopcze?

– Szybko się uczę – zapewnił Kristoff i to najwyraźniej wystarczyło, by przekonać mistrza. Jednak jak dotąd deklaracja ta nie znalazła potwierdzenia w rzeczywistości; przynajmniej jeśli chodzi o postępy w nauce techniki stalorytu.

Choć nie od razu zapanował nad rylcem, w ciągu pierwszych tygodni spędzonych u Fredericka dowiedział się dwóch rzeczy. Po pierwsze, że mistrz był starszy, niż się Kristoffowi początkowo zdawało, i że czasem, gdy pokazywał chłopakowi, jak posługiwać się narzędziami grawerskimi, drżały mu ręce. Twierdził wprawdzie, że musiał wziąć ucznia, bo zleceń ma tyle, że zajęcia starczy i dla dwóch grawerów, ale Kristoff zaczął podejrzewać, że prawdziwy powód był inny: Frederick nie zdoła już długo wykonywać zawodu. A synów nie miał.

To była druga rzecz, której dowiedział się Kristoff. Frederick miał dwie córki: siedemnastoletnią, o trzy lata młodszą od Kristoffa Elenę – dziewczynę o śnieżnobiałej cerze, długich, jasnobrązowych, falujących włosach i jaskrawozielonych oczach, która przypominała Kristoffowi górską szarotkę – oraz trzynastoletnią Miriam. O ile Elena podobna była do kwiatu, to Miriam kojarzyła mu się z ruchliwą pszczołą, która wiecznie wokół tego kwiatu krążyła. Lub też, jak mawiała pani Faber, rozpaczliwie wznosząc przy tym ku niebu zielone oczy, z trzpiotką. Kristoff uważał ją jednak za miłą i zabawną, mimo że cała rodzina sądziła inaczej.

Chłopak szybko przywykł do życia w Grotsburgu, którego okolica była zielona i bardzo spokojna, a rano, po przebudzeniu, zamiast budynków i ludzkiego mrowia widział przez okno las i łagodne wzgórza okalające miasteczko. Ponadto rozkoszował się ciepłem domu Faberów, aromatem przygotowanych przez gospodynię potraw oraz chlebem, którym łamali się przy blasku świec w piątkowe wieczory. Chałka była pyszna, a Kristoff, wychowany w wiedeńskim sierocińcu u zakonnic, które wpoiły mu, że na świecie istnieje tylko jedna religia, nigdy nie kosztował niczego podobnego. On sam nie był specjalnie wierzący. Bardziej ciągnęło go do Faberów, do ciepła, siły i jedności ich rodziny, niż kiedykolwiek wcześniej do Boga czy Kościoła jako instytucji.

– Miriam, siedźże spokojnie – upominała pani Faber córkę pewnego wieczora, kilka tygodni po tym, jak Kristoff rozpoczął terminowanie u grawera. Uczył się już miesiąc, ale praca w metalu wciąż mu nie szła. Tego dnia zaimponował Frederickowi szkicem górskiego pejzażu i aż do tej pory, choć minęło już wiele godzin, rozkoszował się komplementem z ust mistrza, choć stary grawer powiedział tylko: „Nie najgorzej”.

– Siedzę, mamo – odparła śpiewnie Miriam, lekko kołysząc się na krześle i raz po raz posyłając Kristoffowi ukradkowe uśmiechy.

Ten ukrył rozbawienie, pochylając się nad talerzem zupy. Zerknął na Elenę, lecz ona unikała jego wzroku. Nie wiedział jeszcze, czy dziewczyna jest po prostu nieśmiała czy raczej niegrzeczna, czy może wobec wszystkich obcych zachowuje się równie nieprzystępnie.

– Eleno, skarbie, idź jeszcze po drewno. Coś chłodno się zrobiło – powiedziała pani Faber. Trwały najsroższe, najmroźniejsze tygodnie zimy, a w trzypiętrowym domu Faberów hulały przeciągi. Do pokoiku Kristoffa na poddaszu wstawiono piecyk na drewno, lecz mimo to w nocy chłopak kulił się pod dwoma kocami. Ale i tak wolał to niż życie w sierocińcu, gdzie jego łóżko stało w dużej, chłodnej sali, ustawione w równym rzędzie z dziesięcioma identycznymi, a do przykrycia miał tylko jeden cienki koc. No i pani Faber gotowała cudownie, bez porównania lepiej niż zakonnice.

Elena odłożyła łyżkę i posłusznie wstała. Kristoff znów próbował spojrzeć jej w oczy, ale dziewczyna nie podniosła wzroku.

– Pomogę – rzucił i poderwał się z miejsca, zanim zdążył się speszyć. Osiągnął tyle, że przynajmniej zwrócił uwagę Eleny.

Dziewczyna odwróciła się, a jej śliczna twarz się ściągnęła.

– Dziękuję, nie trze... – zaczęła.

Pani Faber przerwała jej w pół słowa:

– Dziękuję ci, Kristoff. Elena chętnie skorzysta.

Kristoff uśmiechnął się do pani Faber i ruszył za jej córką. W milczeniu przemierzyli kuchnię, tylnymi drzwiami wyszli na podwórze i przecięli je, by dostać się do stosu drewna, który piętrzył się przed warsztatem Fredericka. Zmarznięta ziemia chrzęściła im pod nogami, powietrze kąsało chłodem, a żadne z nich nic na siebie nie narzuciło. Elena zadrżała, a kiedy pochyliła się nad drewnem, włosy opadły jej na oczy. Kristoff ledwie się powstrzymał, by ich nie odgarnąć. Zamiast tego wyjął dziewczynie bierwiono z rąk.

– Naprawdę – powiedziała ostro, wyrywając mu je i przyciskając do piersi – świetnie sobie poradzę. Całe życie robiłam to sama. Nie potrzebuję pomocy.

– Ale ja chciałbym pomóc – odparł. – Przecież to nic wielkiego.

Elena spojrzała na niego wilkiem, a Kristoffa nagle ogarnęła pewność, że dziewczyna wcale nie jest nieśmiała, tylko po prostu go nie lubi. Czuł się z tym źle i postanowił, że musi to zmienić.

Zanim zdążył coś dodać, Elena odwróciła się i pomaszerowała do domu. Kristoff podniósł z ziemi kawałek drewna i pobiegł za nią. Dogonił ją tuż przed drzwiami i dotknął jej ramienia.

– Zrobiłem coś nie tak? – spytał trochę zdyszany. Nad jego głową unosiły się gęste kłęby pary.

– Coś? – powtórzyła.

– Czymś cię uraziłem?

– Czemu tak uważasz? – Z ust Eleny wypływały zamarzające obłoczki. Dziewczyna znów zadrżała.

– Nieważne – rzucił Kristoff. – Lepiej wracajmy. Bo zmarzniesz.

– Czekaj – odezwała się. – Po prostu się nie lubimy, jasne? Nie zostaniemy przyjaciółmi. Nie licz na to, że zagrzejesz tu miejsca. To się raczej nie zdarza.

– Raczej? – spytał chłopak i po raz pierwszy do niego dotarło, że Frederick z pewnością miał przed nim innego ucznia, może nawet było ich wielu. Czyżby tak jak on nie dawali sobie rady z rylcem i zostali szybko zwolnieni?

Elena nie odpowiedziała. Zaniosła drwa do środka i dorzuciła do pieca. Kristoff zrobił to samo, a potem od razu przeprosił i poszedł do siebie. W pokoiku na poddaszu wziął do ręki szkicownik, ogryzek węgla i owinął się dwoma kocami. Złapał się na tym, że próbuje uchwycić gniewne spojrzenie Eleny. Zastanawiał się, jak długo to miejsce będzie jego domem.

*

Następnego dnia w pracowni nie mógł się skoncentrować. Praca z rylcem szła mu jeszcze bardziej opornie, a zadane przez nauczyciela linie wychodziły gorzej niż zwykle. A kiedy przed pójściem na posiłek sprzątali miejsce pracy, Frederick odwrócił się do Kristoffa i zmarszczył czoło.

– Chce pan mnie zwolnić? – wyrwało się chłopakowi.

– Zwolnić? – Frederick był prawie łysy, ale miał gęste, krzaczaste siwe brwi, a oczy równie jaskrawozielone jak Elena.

– Nie idzie mi ta praca w metalu – powiedział Kristoff. W jego głosie, choć bardzo tego nie chciał, zabrzmiała rozpacz. – Może nie jestem do tego stworzony. Może powinien pan przyjąć kogoś innego. – Za nic w świecie nie chciał zostać zwolniony, ale zdawał sobie sprawę, że im dłużej tu przebywa, tym bardziej przyzwyczaja się do rodzinnego ciepła panującego w domu Faberów, do pracowni Fredericka i do samego nauczyciela i tym gorzej zniesie rozstanie. Jeżeli więc Frederick chce go zwolnić, lepiej, żeby zrobił to od razu.

– A ty chcesz, żebym cię zwolnił? – spytał zbity z tropu Frederick.

– Nie, oczywiście, że nie – odparł Kristoff. – Tylko myślałem... Elena mówiła... – Poczuł, że się rumieni.

– Ach, ta Elena, Elena – westchnął Frederick. – Nie miej jej tego za złe. Zupełnie straciła głowę dla mojego poprzedniego ucznia.

– I pan go zwolnił? – spytał Kristoff.

Frederick pokręcił głową.

– Nie, mój chłopcze. Ja nigdy nikogo nie zwolniłem.

– Więc co się stało?

Frederick ściągnął brwi, ale nie odpowiedział.

– Chcesz tu być? – spytał po chwili.

Kristoff skinął głową.

– W takim razie ja też. Chcę, żebyś się u mnie uczył. Czy nadal chcesz się uczyć?

– Tak.

– Dobrze. – Frederick łagodnie położył Kristoffowi rękę na ramieniu. – Żeby tworzyć znaczki, trzeba opanować dwie ważne umiejętności. Pierwsza z nich to rysowanie rzeczy, które są warte, by znaleźć się na znaczku pocztowym naszej pięknej Austrii. Ty ją posiadasz.

Kristoff, usłyszawszy nieoczekiwany komplement, poczuł, że płoną mu policzki.

– Druga to odwzorowanie tego w odpowiedniej skali – ciągnął mistrz – w postaci obrazu lustrzanego, w metalu, za pomocą narzędzi grawerskich. A tego dopiero się uczysz. To wymaga trochę czasu. I cierpliwości. Ja też w twoim wieku nie miałem pełnej władzy nad ostrzem.

Chłopak uśmiechnął się z wdzięczności za życzliwe słowa.

– Masz tu, spróbuj jeszcze raz, nim pójdziemy na obiad – powiedział Frederick i wręczył swojemu uczniowi rylec. Ręka starego mistrza trochę się trzęsła, narzędzie leciutko w niej drżało.

Kristoff udał, że tego nie widzi.

*

Pani Faber gotowała według stałego rytmu, tak że poszczególne potrawy powtarzały się w te same dni tygodnia. We wtorki podawała gulasz wołowy i dlatego wtorek był ulubionym dniem Kristoffa. W jadalni sierocińca rzadko kiedy pojawiały się takie kosztowne dania, teraz więc chłopak delektował się zarówno pysznym jedzeniem, jak i myślą, że nie jest już sierotą i nie plącze się po świecie sam jak palec.

Po obiedzie Miriam i Elena zwykle kończyły odrabiać lekcje, a Frederick z książką i fajką siadał w fotelu przy kominku. Kristoff zaś, który nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić, przepraszał i szedł do swojego pokoju na poddaszu.

Pewnego wtorku, a było to po mniej więcej dwóch miesiącach jego pobytu u Faberów, przyskoczyła do niego Miriam i spytała, czy nie zagrałby z nią w monopoly. Frederick przywiózł kiedyś grę z Londynu i jego młodsza córka wprost ją uwielbiała. Elena nie pałała do niej równym entuzjazmem, ale od czasu do czasu można ją było zastać na podłodze przy kominku w czasie rozgrywki z Miriam. Tym razem to Kristoff – po raz pierwszy – został zaproszony do wspólnej zabawy.

– No chodź. – Miriam ciągnęła go za rękaw. – Nie bądź takim nudziarzem i nie uciekaj jak zawsze na ten swój strych. Pograj z nami. To świetna zabawa. Spodoba ci się, zobaczysz.

Kristoff zerknął na Elenę, ale dziewczyna szybko odwróciła wzrok.

– Nie chcę wam przeszkadzać – odparł cicho. Miał nadzieję, że Elena się odwróci, spojrzy na niego i powie, że nie, wcale nie przeszkadza. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia o zasadach monopoly i zdawał sobie sprawę, że właśnie dlatego Miriam namawia go do gry. Wiedziała, że najpewniej wygra. Jednak jemu bynajmniej to nie przeszkadzało. Cieszył się, że w ogóle go dostrzegła. Miał żołądek wypełniony gulaszem i skórę miło rozgrzaną od ognia. Nie spieszyło mu się na zimne poddasze, do samotności.

– Nie przeszkadzasz – rzekła Elena. – Ja będę czytać, muszę skończyć książkę. Pójdę na górę. Możesz dziś pograć tylko z Miri.

– A co czytasz? – zapytał Kristoff.

W końcu na niego spojrzała. Miała uniesione brwi, jakby nie wierzyła, że ktoś taki jak on – chłopak, który w wieku czternastu lat rzucił szkołę, by zostać ulicznym artystą – może interesować się książkami. Ale tak właśnie było. Od dzieciństwa czytał wszystko, co wpadło mu w ręce, a jego ulubiona zakonnica, siostra Marguerite, przynosiła mu książki, które sama już przeczytała. Były to głównie tomy o sztuce, historii i wojnach, ale czasem trafiały się także powieści.

– Coś strasznie nudnego – odparła Miriam, znowu ciągnąc go za rękaw.

– Doktor Freud wcale nie jest nudny – zaprotestowała Elena. – Może jak trochę podrośniesz, Miri, to go zrozumiesz.

Miriam w odpowiedzi wywróciła oczami.

Kristoff nie miał nic do dodania. W życiu nie trzymał w ręce żadnej książki Freuda, a samo nazwisko ledwie obiło mu się o uszy. Wiedział tylko, że to jakiś lekarz praktykujący w Wiedniu, otoczony opinią szaleńca. A może Elena, w przeciwieństwie do zakonnic, wcale nie uważa go za wariata?

– Elena – wtrąciła się pani Faber, nachylając się nad stołem, by zdmuchnąć świece, które paliły się w czasie posiłku. – Czemu nie odłożysz Freuda na później, a teraz nie zagrasz z siostrą i Kristoffem w monopoly? – Pieszczotliwie pociągnęła Miriam za warkocz. – Ktoś musi pilnować, żeby nie oszukiwała. A można przecież grać we trójkę.

– Ja nie oszukuję, mamo. – Miriam zaplotła ręce na piersiach. – Co na to poradzę, że zawsze dostają mi się najlepsze posiadłości w Londynie.

Pani Faber roześmiała się, przytuliła Miriam i pocałowała ją w czubek głowy.

– Oczywiście – powiedziała. – I nigdy nie podkradasz Elenie pieniędzy, kiedy akurat nie patrzy.

– Nigdy – potwierdziła gorąco Miriam, a Elena tylko się uśmiechnęła.

– Dobra, zgoda – poddała się Elena. – Ta gra trwa wieki, więc lepiej już zacznijmy.

Kristoff poszedł za dziewczętami na ich stałe miejsce przy kominku i niepewnie usiadł na podłodze. Frederick wyjął fajkę z ust i opuścił książkę, jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej zmienił zdanie. Zamiast tego ciepło się uśmiechnął i oświadczył, że idzie się położyć.

*

Tej nocy Kristoff nie mógł zasnąć. Długo leżał z szeroko otwartymi oczami. W uszach wciąż rozbrzmiewał mu śmiech Miriam, podliczającej pieniądze, i chichot Eleny, która (znowu) przegrała z młodszą siostrą – zdaniem Kristoffa celowo. To wszystko wydawało mu się takie swojskie, takie bliskie. Jakby dziewczęta należały do niego, a on – do ich rodziny.

Myślał też o narzędziach grawerskich, o tym, że nadal mocno mu się opierają. Stal tak bardzo różniła się od płótna. Frederick powtarzał, że to tylko kwestia czasu. A co, jeżeli będzie inaczej? Jeżeli Kristoff nigdy tego nie opanuje? Przecież któregoś dnia cierpliwość mistrza się wyczerpie. Chłopak wolał sobie nie wyobrażać, co będzie, jeżeli straci to, co zyskał. Swojego nauczyciela i gulasz wołowy pani Faber. Śmiech i paplaninę Miriam oraz piękny uśmiech Eleny, mimo że tak rzadko przeznaczony dla niego. Nie, nie mógł zarzucić żmudnej nauki trudnego fachu, co równałoby się opuszczeniu rodziny Faberów. Po prostu nie mógł.

Choć był środek nocy i panował przenikliwy ziąb, wstał z łóżka i na palcach zszedł na dół. Będzie ćwiczył nocą, kiedy wszyscy śpią. Musi posiedzieć nad robotą trochę dłużej, sam, bez mistrza, którego czujne spojrzenie potęgowało jego tremę.

W jadalni o tej porze było spokojnie i cicho. Ogień wygasł, w kominku czerwieniły się tylko drobne kupki żaru. Kristoff włożył buty i kurtkę, po czym powoli otworzył kuchenne drzwi – ostrożnie, by nie skrzypnęły. Przemknął się przez przyprószone śniegiem podwórze do warsztatu Fredericka.

Kiedy uchylił drzwi, natychmiast dostrzegł blask świeczki płonącej na stole roboczym. Zaskoczyło go to całkowicie.

– Kto tam?! – zawołał.

Na jego głowę spadło coś ciężkiego, metalowego. Krzyknął i osunął się na kolana.

LOS ANGELES, 1989

Kiedy byłam mała, w niedziele mama zawsze dłużej spała, a tata budził mnie raniutko, czasem jeszcze przed wschodem słońca. Mieszkaliśmy w dzielnicy Fairfax, w bezpośrednim sąsiedztwie mieliśmy dwanaście synagog, targ owocowo-warzywny i siedzibę telewizji CBS. Przez większą część tygodnia nie ruszaliśmy się poza nasz niewielki skrawek Los Angeles. Mój ojciec był nauczycielem w liceum Fairfax High (ja też tam w końcu trafiłam: poszłam do trzeciej klasy, kiedy po przebudowie kampusu i zabezpieczeniu go przed trzęsieniami ziemi zaczęto przyjmować mój rocznik), a mama pracowała w kancelarii prawnej mieszczącej się po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko delikatesów Canter’s. Za to w niedziele wsiadaliśmy z tatą do jego czerwonego forda mustanga, otwieraliśmy dach i jechaliśmy w nieznane rewiry miasta. Lub nieznane tylko mnie, dziecku. Co tydzień gdzie indziej: a to do sklepu ze starzyzną w dolinie San Fernando, a to na wyprzedaż garażową w West Hollywood, a to do jakiejś posiadłości w Beverly Hills, która zmieniała właściciela – a wszystko to w imię nieustannej pogoni ojca za znaczkami.

Do domu zawsze wracaliśmy tuż przed lunchem. Ja – objedzona pączkami, które tata kupował mi na drogę (nigdy nie zdradziliśmy się z tym przed mamą), a tata – obowiązkowo z jakąś zdobyczą. Czasem była to czyjaś dawna kolekcja (lub jej część), kiedy indziej listy – wysłane i zachowane lub niewysłane i utracone. Od czasu do czasu, gdy buszowanie wśród staroci zakończyło się niepowodzeniem, w drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się na poczcie i tata fundował sobie cały arkusz najnowszego, właśnie wypuszczonego znaczka.

„To nie będziesz ich naklejał na listy?” – pytała mama, gdy wracaliśmy do domu z nowymi znaczkami. W jej podniesionym głosie słychać było sceptycyzm – wyobrażałam sobie, że właśnie takim tonem mówi w pracy. Była szeregową prawniczką w kancelarii specjalizującej się w obsłudze klientów z branży nieruchomości. Czasem oczami wyobraźni widziałam ją w sali rozpraw, choć wiedziałam, że adwokaci, z którymi pracuje, zajmują się głównie papierkową robotą.

Ojciec w odpowiedzi tylko się uśmiechał, zabierał znaczki do swojego pokoju i umieszczał je na należytym miejscu w kolekcji.

To wspomnienie wraca do mnie dzisiaj, w niedzielny ranek, kiedy jadę do Santa Monica, by odwiedzić tatę w domu opieki. Nie czerwonym kabrioletem, rzecz jasna, tylko moją starą niebieską toyotą hatchback, która już ledwie zipie, bo za chwilę stuknie jej sto sześćdziesiąt tysięcy kilometrów. Zupełnie nieoczekiwanie i z porażającą jasnością staje mi przed oczami znaczek, który tata kupił sobie kiedyś na poczcie: za pięć centów, promujący humanitarny stosunek do zwierząt, ze ślicznym czarno-białym psem – takim, o jakim marzyłam w dzieciństwie, a jakiego nigdy nie dostałam.

Kiedy docieram do The Willows, w głowie kiełkuje mi następująca myśl: już nie jestem niczyim dzieckiem. Niedzielne poranki z ojcem nigdy nie powrócą. Nie robiliśmy wprawdzie tych wycieczek od lat – odkąd poszłam na studia i umarła mama – ale mimo wszystko. Teraz nie ma już do nich powrotu.

*

Zaletą The Willows jest to, że ośrodek jest oddalony tylko pół godziny jazdy od mojego domu i leży w cudnej części Santa Monica. To dogodne położenie stanowi jednocześnie jego wadę, ponieważ przekłada się na cenę – ośrodek jest ekstremalnie drogi. Obawiam się, że zanim ojciec będzie gotowy go opuścić, do cna wyczerpią się jego oszczędności – zarówno emerytura, jak i środki wypłacone z ubezpieczenia po śmierci mamy. Ale z drugiej strony The Willows to najlepszy ośrodek terapii zaburzeń pamięci w Los Angeles. Podczas każdej wizyty mam wrażenie, że tata uważa go za luksusowy hotel. Prosi, żebym pomogła mu znaleźć bilet lotniczy, i pyta, kiedy wróci do domu. Chyba się trochę pogubił, tak twierdzi. A ja, zamiast delikatnie powiedzieć mu prawdę, obiecuję, że poszukam. Że znajdę te jego dokumenty.

– Dzień dobry, pani Nelson – wita mnie pielęgniarka dyżurująca w recepcji.

– Dzień dobry, Sally. – Macham do niej, podchodzę do lady i wpisuję się na listę odwiedzających. Sally ma dwadzieścia parę lat i najwyraźniej pracuje tu na tyle krótko, że codzienna opieka nad pacjentami z zaburzeniami pamięci jeszcze jej nie zmęczyła. Jest drobna, a na palcu lewej dłoni nosi gigantyczny, połyskujący pierścionek zaręczynowy, i choć jest wykwalifikowaną pielęgniarką, chodzi w dżinsach i swetrze. W The Willows za grosz nie czuje się atmosfery szpitala czy domu opieki. A jednym z warunków, by tata mógł tu przebywać, jest dobry stan jego zdrowia – przynajmniej fizycznego.

– Wcześnie dziś pani przyjechała – zauważa Sally.

Kiwam głową, ale nie komentuję jej uwagi. Bo co Sally do tego, że nie sypiam w nocy? Że od kiedy Daniel mnie zostawił, budzę się o piątej rano, nawet w niedziele, i nawet jeśli nie spałam do drugiej? Że mój dom, sypialnia, łóżko wydają mi się puste i czarne? W życiu bym się do tego nie przyznała, zwłaszcza przed kimś, kogo prawie nie znam.

Umieściłam tu tatę trzy miesiące temu i od tego czasu odwiedzam go w każdą niedzielę. Dla personelu nadal jestem panią Nelson. Dobra, formalnie wciąż jestem panią Nelson, bo jeszcze nie podpisałam papierów. Ale dla siebie, w głowie, zrezygnowałam z tego nazwiska już dawno temu. Tata nie wie, że Daniel odszedł – po co miałabym go martwić czy wprawiać w zakłopotanie? Czasem czuję się winna, że jego choroba zrobiła ze mnie kłamczuchę.

– Jak się dziś czuje? – pytam Sally. Lubię przygotować się psychicznie przed wejściem do jego pokoju.

– Ted? Całkiem nieźle – odpowiada pielęgniarka. – Ma dziś dobry dzień. Podczas śniadania był w świetnej formie. Rano poszedł na zajęcia plastyczne i to go wprawiło w świetny nastrój. Podobno po lunchu wybiera się z paroma paniami na robótki na drutach. – Sally się śmieje, a ja odpowiadam jej uśmiechem. W The Willows rzeczywiście jest jak na luksusowym rejsie wycieczkowym. Mnóstwo zajęć, które nie dość, że umilają czas, to stymulują mózg. Nic dziwnego, że ojcu cały czas się wydaje, że jest na wakacjach.

Sally mówi, że mogę do niego iść, kieruję się więc długim holem do pokoju taty. Podłoga jest pokryta wykładziną, jak w hotelu, a duże szklane żyrandole jasno oświetlają drogę. Nawet zbyt jasno – dla kogoś, kto poprzedniego wieczora wypił za dużo chardonnay, co mi się ostatnio często zdarza. Nasuwam na oczy ciemne okulary. „Dziś mnie pozna, dziś będzie sobą” – powtarzam sobie w głowie, zbliżając się do celu, jakby samo myślenie o tym, czego się pragnie, mogło wystarczyć, by owo pragnienie się ziściło.

Dochodzę do pokoju taty i na chwilę przystaję w drzwiach. Przyglądam mu się, zanim mnie dostrzeże. Siedzi w niebieskim aksamitnym fotelu stojącym przy dużym, zajmującym całą ścianę oknie, okulary ma zsunięte na sam czubek nosa i czyta. Wygląda tak samo jak zawsze, to znaczy jak zawsze wyglądał: jest bardzo wysoki i szczupły, ale równocześnie mocny. Ostatnio chyba trochę schudł i prawie całkiem wyłysiał. Ale wciąż jest moim ojcem.

Podnosi wzrok i uśmiecha się na mój widok.

– Caryca Katarzyna! – Przezwisko z dzieciństwa wywołuje mój uśmiech. A więc mnie poznał. Czasem bierze mnie za mamę lub pielęgniarkę. Sally jednak się nie myliła. Ma dziś dobry dzień.

– Co czytasz? – pytam, wchodząc do środka.

Tata podnosi książkę i pokazuje mi okładkę, bym mogła przeczytać tytuł.

– Filatelistyczny przewodnik po wszechświecie. Rany, tato. Co za nudy – mówię. Ale się cieszę, bo to znak, że pamięta, kim jest. I co kocha. Tata nigdy nie pożerał powieści, jak ja z mamą. Przez całe życie uczył historii i czytywał tylko literaturę faktu: grube księgi o wojnach, generałach, tajemnicach dziejów i oczywiście o znaczkach. Ta akurat jest zniszczona, musiał ją przeglądać mnóstwo razy, nawet jeśli tego nie pamięta. Chociaż może i pamięta. Jak na razie choroba dotknęła przede wszystkim pamięć krótkotrwałą, przeszłość zaś pozostaje dla niego żywa – na tyle żywa, że sądzi, iż nadal trwa. Uważa na przykład, że moja mama wciąż jest z nami.

– Jeżeli zaś chodzi o znaczki – mówię, przysuwając sobie krzesło do jego fotela – to oddałam twoje zbiory do wyceny.

Tata otwiera usta i głośno zamyka książkę.

– A to z jakiej racji? – pyta.

Tego się nie spodziewałam. Natychmiast próbuję go uspokoić.

– Zawsze twierdziłeś, że poszukujesz klejnotu, więc chciałam sprawdzić, czy go znalazłeś – rzucam lekko, ale widzę, że twarz taty nagle blednie, a jego brązowe oczy ciemnieją. Zaczynam żałować, że w ogóle poruszyłam ten temat.

Tata odwraca się i patrzy w okno, jakby bladoniebieskie niebo i łuk brązowego, nagiego wzgórza kryły w sobie niewidoczną dla mnie odpowiedź.

– Każdy znaczek to klejnot – mówi.

– Wiem, ale nie o to mi chodzi.

– Komu je oddałaś?

– Filateliście. Nazywa się Benjamin Grossman.

– Dobrze, że chociaż Żydowi – odpowiada tata już łagodniej, jakby oswajał się z myślą, że jego zbiory zostaną poddane oględzinom i wycenie.

Mnie nawet nie zaświtało, że Grossman to żydowskie nazwisko. Religia to jedyna rzecz, która dla ojca liczy się bardziej niż znaczki. Dla mnie, dorosłej kobiety, która wyszła za nie-Żyda, wiara nie ma większego znaczenia. W zasadzie można powiedzieć, że wyzbyłam się religijności. Nigdy nie przyznałabym się ojcu, że z trwającego siedem lat małżeństwa z Danielem najmilej wspominam coroczne ubieranie choinki. Może dlatego, że była to dla mnie nowość, a może dlatego, że kojarzyło mi się to wyłącznie z małżeństwem. Przelotna myśl o Bożym Narodzeniu, które zbliża się wielkimi krokami, napełnia mnie nagłym smutkiem. No bo po co żydowska prawie rozwódka miałaby kupować sobie choinkę?

– Niczego nie sprzedasz – mówi ojciec dobitnie, wyrywając mnie z zamyślenia i sprowadzając z powrotem do rzeczywistości.

– Nie sprzedam, jeżeli sobie tego nie życzysz. – Nachylam się i kładę dłoń na jego dłoni. – Nie chciałam cię zdenerwować, tato. Po prostu nie miałam pojęcia, co zrobić z twoją kolekcją, gdy mi powiedziałeś, że teraz należy do mnie. Mogę w każdej chwili iść i ją odebrać. I po prostu... ją sobie zatrzymać. – Zastanawiam się, co pomyśli Benjamin Grossman, kiedy to uczynię. Oraz ile będę mu winna za stracony czas.

Ale tata nie odpowiada. Odwraca się z powrotem do okna.

– Znaczki były wszystkim – mruczy i może nawet przypomina sobie konkretne egzemplarze. Dawniej wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że pamięta każdy jeden. Teraz jednak... kto wie, co mu zostało w głowie, a co z niej wyleciało.

– Wiem, tato. Twoje zbiory są olbrzymie. Ledwo mi się zmieściły do samochodu.

– Ty tego nigdy nie zrozumiesz, Rissa. Nigdy nie chciałaś zrozumieć.

Rissa. Wzdycham. Nie wiadomo kiedy, zmieniłam się w mamę. Straciłam kilka nielicznych klarownych chwil taty na rozprawianie o znaczkach, a teraz chciałabym je odzyskać i przeznaczyć na rozmowę o czymś istotnym. Na przykład powiedzieć mu, co zaszło między mną a Danielem i że do tej pory się nie przemogłam, by otworzyć kopertę z papierami rozwodowymi. Oraz o tym, że jakaś część mnie chciałaby, aby Daniel zmienił zdanie, bo gdybyśmy naprawdę, ale tak naprawdę się postarali, na pewno dalibyśmy radę się dogadać. I że kiedy o tym myślę, czuję się słaba i nienawidzę tego. Chcę poprosić tatę o radę, tak jak to zawsze robiłam.

– Tato. – Lekko dotykam jego ramienia.

– Nigdy tego nie zrozumiesz – powtarza. – Nigdy ci nie zależało.

– Nie martw się. Twojej kolekcji nic nie grozi. Jest pod dobrą opieką. Serio. – Powtarzam to, co sama usłyszałam od Grossmana, gdy zostawiałam pudła w tym jego kantorku. Chociaż nawet dla mnie brzmią one pusto. Nie bardzo wiem, na czym niby miałaby polegać opieka nad znaczkami.

Książka zsuwa się tacie z kolan, ale on tego nie zauważa. Wpatruje się w krajobraz za oknem, jakby gdzieś tam, hen, za wzgórzami, a może nawet za Pacyfikiem, widział mamę. Wiodę wzrokiem za jego spojrzeniem, z nadzieją, że też ją zobaczę – w postaci ducha – aż oślepia mnie jaskrawe światło i odwracam głowę.

Podnoszę książkę. Jest pełna znaczków – strona za stroną tylko one, pogrupowane według lat wydania, krajów, projektantów. Czy to wszystko mieściło się w jego pamięci? A teraz jawi mu się jako coś zupełnie nowego, nieznanego – tak jak mnie?

Oddaję mu tom i całuję go w czubek głowy. Tata spogląda na mnie i nagle coś – jakiś bodziec – każe mu wrócić do rzeczywistości. Widzę to w jego oczach. Znowu mnie poznaje.

– Kate – mówi zdziwiony. – O, przyszłaś.

– Tak. – Kładę mu rękę na ramieniu. – Jak co niedziela, tato. – Czekam, czy ojciec to zarejestruje, ale patrzy na mnie pustym wzrokiem, więc nie jestem pewna. Tak mi ciężko, że pojawia się i znika, podczas gdy ja go naprawdę potrzebuję. – Muszę już lecieć do pracy. – Przytulam go. – Ale niedługo znowu przyjadę. Za tydzień, dobrze?

– Kate! – woła za mną, gdy wychodzę.

Odwracam się.

– A te moje bilety? Widziałaś je? Bo nie mogę znaleźć paszportu.

– Tak, tato, pamiętam. – Zmuszam się do uśmiechu. – Będę szukać.

*

Za każdym razem, gdy wyjeżdżam z The Willows, czuję się, jakbym tonęła. Jakbym wskoczyła do zimnego Pacyfiku bez kombinezonu piankowego. Jestem zlodowaciała, odrętwiała, zmęczona. Naprawdę dziś pracuję. To znaczy idę na premierę, ale mam jeszcze trochę czasu. Muszę wrócić do domu i jakoś się pozbierać. Nie mieszkam już w Fairfax, tylko w innej dzielnicy Los Angeles, Westwood, w pobliżu Uniwersytetu Kalifornijskiego. Tam też jest sporo synagog, ale w żadnej nie byłam.

Po dotarciu do domu zastanawiam się, czy nie zadzwonić do Daniela z prośbą o wysłanie na premierę kogoś innego. Po takim poranku perspektywa siedzenia w ciemnym kinie i oglądania paszkwilu o tematyce, zapewne, świątecznej, w dodatku z udziałem Chevy’ego Chase’a, wydaje mi się nie do zniesienia. Ale ostatnio staram się nie prosić Daniela o nic. W pracy go unikam, komunikujemy się tylko przez służbowe notatki, które zostawiamy sobie na biurkach, i nie, nie zadzwonię do niego po żadną przysługę.

Robię sobie kawę i próbuję odzyskać panowanie nad sobą. Ale potem siadam przy tym samym kuchennym stole, przy którym tyle lat jadaliśmy z Danielem śniadania i kolacje. Daniel zaproponował mi ten dom w ramach ugody rozwodowej. W życzliwym geście. Powiedział, że nie chce mnie wyrzucać na bruk i zmuszać do sprzedaży domu, żeby za wszelką cenę odzyskać połowę majątku, kiedy i tak całe życie mi się zawaliło. I tak dalej. Więc mi go po prostu... oddaje. Cóż za hojność. W każdym razie tego słowa użył mój adwokat. Z tym domem, z każdym miejscem tutaj wiąże się tyle wspomnień.

Kiedy wiosną pierwszy raz usłyszałam od niego te straszne słowa, siedzieliśmy właśnie przy kolacji. Zrobiłam lasagne i sałatkę. Tego dnia nie byłam w pracy – wzięłam sobie wolne, żeby pojechać do The Willows. Na miejscu zadecydowałam, że wpisuję tatę na listę ubiegających się o miejsce. W pewnym sensie przyniosło mi to ulgę. Zdjęło kamień z serca. Wróciłam do domu i rzuciłam się prosto do kuchni. Siekałam, gotowałam i piekłam. Zrobiłam nawet ciasto z kawałkami czekolady i jasną polewą – ulubiony deser Daniela.

– Ale ja... upiekłam ciasto – wydukałam w odpowiedzi na jego nieoczekiwane wyznanie, że ma dość, że nie chce już małżeństwa, że się wynosi. Z początku myślałam, że żartuje. Że kiedy podam ciasto, parsknie śmiechem i ze wszystkiego się wycofa.

– Po prostu przestało nam wychodzić – oznajmił chłodno, spokojnie. – To nasza pierwsza wspólna kolacja od miesięcy.

Naprawdę? Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio siedzieliśmy razem przy stole, ale nie mogłam. Tata od jakiegoś czasu kiepsko sobie radził, więc spędzałam z nim każdą wolną chwilę.

Mogłam i powinnam była wtedy powiedzieć tysiące rzeczy, zaczynając od tego, że wszystko się zmieni, kiedy tylko przeniosę tatę do ośrodka. Powinnam była się zdenerwować, nawrzeszczeć na Daniela, wykrzyczeć mu, że opieka nad niedołężnym rodzicem to jeszcze nie powód do rozstania. I że to z jego strony nie fair, ot tak sobie, po prostu, samemu podjąć tej wagi decyzję – zupełnie bez uprzedzenia. Albo że niezależnie od liczby oddzielnie zjedzonych kolacji i spędzonych nocy nie wyobrażam sobie życia bez niego. Byłam jednak tak bardzo wstrząśnięta jego oświadczeniem, że zamiast powiedzieć coś sensownego, wciąż gadałam o tym głupim cieście.

– Ciasto – podkreślałam. – Upiekłam ci ciasto.

Bo istotne jest, że ja nigdy nie piekłam ciast, chyba że na jego urodziny. To zrobiłam, można by rzec, w geście przeprosin. Wiedziałam, że się od siebie oddaliliśmy. Wierzyłam jednak – przynajmniej do tamtej chwili – że wszystko jakoś się ułoży. Że naprawimy to, co się między nami zepsuło, że po prostu mieliśmy kilka gorszych miesięcy, ale nasze małżeństwo spokojnie to przetrzyma.

– Katie – powtórzył Daniel obojętnym tonem. – Między nami wszystko skończone.

I wtedy to do mnie dotarło: on już postanowił, że daje sobie spokój. Ukroiłam mu kawałek ciasta i popchnęłam talerzyk w jego stronę mocniej, niż było trzeba, tak że ciasto lekko się zsunęło. Daniel gapił się najpierw na mnie, a potem na ciasto, które w połowie leżało na stole – jakby nie wiedział, co z nim zrobić.

– Twoje ulubione – powiedziałam w końcu. Przypominało mi się, jak piekąc to ciasto, czułam, że robię w stronę męża miły, życzliwy gest; moje słowa zabrzmiały więc teraz gorzko i gniewnie.

Daniel spuścił wzrok, wziął do ręki widelczyk i zjadł ciasto.

Po kolacji spakował torbę i pojechał na noc do hotelu.

*

Kilka godzin później, po powrocie z premiery, siedzę w pościeli, gryzę długopis i szukam słów, które mogłyby się złożyć w recenzję. Ale kartka, którą trzymam na kolanach, nadal jest pusta, a myśli nie chcą przestać krążyć wokół wizyty u ojca. Korci mnie, żeby sięgnąć po słuchawkę i do niego zadzwonić, tak jak zawsze, gdy mi się coś nie układało lub po prostu miałam ochotę pogadać, usłyszeć jego głos. Na studiach, na pierwszym roku, gdy mama zmarła na raka, wiedziałam, że tata nie śpi, niezależnie od pory. Zawsze był typem sowy, ja zresztą też. „Daniel mnie zostawił – mogłabym mu teraz powiedzieć. – Nie jestem nawet w stanie otworzyć koperty z papierami rozwodowymi, bo nadal nie przyjmuję tego faktu do wiadomości”. Dawno temu, zaraz po ślubie, pokłóciliśmy się z Danielem o jakąś głupotę i mój mąż też się wtedy wyniósł – tak na postrach, na jedną noc. Cała we łzach zadzwoniłam do taty, choć było dobrze po północy. Do tej pory pamiętam, co wtedy od niego usłyszałam: „Kate, kiedy się kogoś naprawdę kocha, to się nie ucieka”. Jeżeli tata w ogóle czuł do Daniela choć odrobinę sympatii, to ulotniła się ona po tamtym telefonie, a ja zostałam z poczuciem winy. Teraz jestem jednak wdzięczna za to wspomnienie, za słowa, które wtedy padły. Powtórzyłby je pewnie, gdybym zadzwoniła do niego dzisiaj. Nieważne. Tak czy inaczej, nie zrobię tego. Do The Willows po ósmej się nie dzwoni.

Pamiętam obietnicę, że odbiorę znaczki, i postanawiam, że zamiast do ojca zadzwonię do filatelisty i mu się nagram. Ale nie udaje mi się to, bo Grossman po dwóch sygnałach odbiera.

– Och – mówię – przepraszam, nie spodziewałam się, że będziesz tak późno w pracy, w dodatku w niedzielę. Chciałam tylko zostawić wiadomość.

– Kto mówi? – pyta.

– Racja, rzeczywiście. Katie. Katie Nelson. W zeszłym tygodniu przywiozłam zbiór znaczków mojego ojca. – Benjamin milczy, wyłuszczam więc powód mojego telefonu. – Będę musiała je odebrać. Zmieniłam zdanie. Jednak nie chcę ich wyceniać.

Grossman nadal się nie odzywa. Nie mam pojęcia, czy jest zdziwiony czy zły, czy po prostu wszystko mu jedno, bo mu w czymś przeszkodziłam i chce do tego wrócić. Wyobrażam sobie, że siedzi za tym swoim zagraconym biurkiem i poprawia antenę w telewizorku.

– Znalazłem w tej kolekcji coś niezwykłego – mówi w końcu.

– Niezwykłego?

– Znaczek na jednym z listów – wyjaśnia. – Austriacki, z czasów drugiej wojny światowej. Nigdy podobnego nie widziałem.

– Wartościowy?

„Każdy znaczek to klejnot” – powiedział rano tata. A co, jeżeli filatelista rzeczywiście natknął się na coś niespotykanego? Tata byłby zachwycony. Wiem o tym. Nie wspominając o pieniądzach potrzebnych na opłacenie jego pobytu w The Willows.

– Niezwykły – powtarza Benjamin.

– Ale dla kolekcjonera znaczków niezwykły znaczy tyle samo co wartościowy, prawda?

– Dla filatelisty – poprawia mnie Grossman. W jego ustach fachowy termin, którego jakoś nigdy nie lubiłam, brzmi zupełnie naturalnie. A nawet słyszę w nim coś dziwnie zmysłowego i jestem tym nieco zażenowana.

– Ale to chyba dobrze, że jest niezwykły, tak?

– Być może – odpowiada Benjamin. – Czy moglibyśmy się spotkać? Chciałbym pokazać, o co mi chodzi. Osobiście.

– Teraz? – Spoglądam na zegarek i na opróżniony do połowy kieliszek wina. Jest prawie dziesiąta, ale nie czuję się nawet odrobinę senna. Wypiłam za mało, by ogarnęły mnie niemoc i ospałość.

Benjamin wzdycha do słuchawki.

– Przepraszam – mówi. – Zaproponowałem to, bo sam nie sypiam. Najlepiej pracuje mi się w nocy. Czasem zapominam, że inni w tym czasie odpoczywają.

– Ja też nie sypiam – wyznaję.

Oboje przez chwilę milczymy, a potem Benjamin mówi:

– Parę kroków od mojego sklepu, przy Czterysta Piątej, jest bar Frankie’s. Otwarty na okrągło. Może tam?

– Dobrze, będę za pół godziny – odpowiadam.

AUSTRIA, 1938

Kristoff otworzył oczy i ujrzał nad sobą krągłą, zaniepokojoną twarz Eleny. Kiedy spróbował usiąść, ostro łupnęło go w głowie. Odruchowo podniósł rękę, dotknął czoła i natrafił na okazałego guza.

– Co się stało? – spytał.

– Żyjesz – odetchnęła Elena i odsunęła się. W jednej ręce trzymała gruby metalowy pręt, w drugiej świecę. Obie trzęsły się równie mocno.

Kristoff przypomniał sobie głuchy odgłos, jaki usłyszał, gdy metal walnął w jego czaszkę.

– To ty mnie uderzyłaś? Czemu?