Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 513 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strach przed ciemną wodą - Craig Russell

Nie daj zwieść pozorom anonimowości w sieci. Każdy twój krok, każda odwiedzana strona, każde kliknięcie zostaje zapamiętane. Żyjemy w dwóch światach: realnym i wirtualnym.

Kiedy służbom ratunkowym Hamburga udaje się opanować powódź zagrażającą miastu, ustępujące wody wyrzucają na brzeg ludzki korpus. Hamburska policja próbuje wytropić Zabójcę z Sieci – seryjnego mordercę i gwałciciela, który śledzi swe ofiary za pośrednictwem portali internetowych, a ich ciała wyrzuca do wody. Nigdy jednak nie zdarzyło się, by zwłoki pozbawione były głowy i kończyn… Czy detektyw Jan Fabel rozwikła zagadkę?

Craig Russell (ur. 1956) – znany i ceniony autor powieści kryminalnych. Brytyjczyk o szkockich korzeniach, pracował jako oficer policji, a potem jako copywriter, zanim zajął się pisarstwem. Zadebiutował powieścią Blond Eagle (wyd. polskie: Krwawy orzeł), która zapoczątkowała hamburskie kryminały z detektywem Janem Fablem. W lutym 2007 roku, Russel, jako jedyny cudzoziemiec otrzymał od policji habsburskiej prestiżowe odznaczenie Polizeistern.

Opinie o ebooku Strach przed ciemną wodą - Craig Russell

Fragment ebooka Strach przed ciemną wodą - Craig Russell

CRA­IG

RUS­SELL

STRACH PRZED CIEMNĄ WODĄ

przełożyła Agniesz­ka Lip­ska-Na­ko­niecz­nik

Tytuł ory­gi­nału: A Fear of Dark Wa­ter

Co­py­ri­ght © 2011 by Cra­ig Rus­sell

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Joh­na­ta­na i So­phie

Und das Meer gab die To­ten, die da­rin wa­ren.

Ob­ja­wie­nie Jana 20:13, Bi­blia Lu­tra

I mo­rze oddało mar­twe ciała tych, którzy w nim spo­czy­wa­li.

Księga Ob­ja­wień Jana 20:13, Bi­blia Króla Ja­ku­ba

PRO­LOG

Ta­la­so­fo­bią na­zy­wa­my strach przed wiel­ki­mi, głębo­ki­mi zbior­ni­ka­mi ciem­nej wody, ta­ki­mi jak mo­rza czy je­zio­ra, w których nie widać dna. Wy­szczególnio­na jako osob­ny ro­dzaj fo­bii, nie jest powiązana z hy­dro­fo­bią lub in­ny­mi fo­bia­mi do­tyczącymi wody, wy­da­je się ra­czej spo­krew­nio­na z ago­ra­fo­bią, czy­li lękiem przed otwartą prze­strze­nią.

To nie jest strach przed wodą jako taką. To strach przed pustką: przed tym, co kry­je się pod po­wierzch­nią.

Kla­bau­ter­mann to po­stać, która często po­ja­wia się w opo­wieściach ma­ry­na­rzy po­chodzących z te­renów północ­nych Nie­miec.

Ist­nieją dwie wer­sje po­sta­ci Kla­bau­ter­man­na: w jed­nej jawi się on jako przy­ja­zny i pożytecz­ny mor­ski elf, który po­ma­ga lu­dziom na­pra­wiać prze­cie­kające stat­ki albo wy­pro­wa­dza je na bez­piecz­ne wody; w dru­giej jest wro­gim de­mo­nem, który mąci w głowach żegla­rzy i wie­dzie ich łodzie na za­tra­ce­nie. W obu wer­sjach po­wta­rza się je­den ele­ment: Kla­bau­ter­mann jest pra­wie dla wszyst­kich nie­wi­dzial­ny.

Jeśli przy­pad­kiem zdołasz do­strzec Kla­bau­ter­man­na, może to ozna­czać tyl­ko jed­no: że nie­ba­wem cze­ka cię śmierć.

ROZ­DZIAŁ 1Piętnaście lat przed burzą

Za głęboko.

Korn zno­wu stuknął pięścią we wskaźniki łączności „Pha­ro­sa One”. Słyszał głos Wie­gan­da, lecz trans­misję wciąż coś prze­ry­wało. Nie było żad­nych trzasków ani syków, bo cy­fro­wy sys­tem łączności nie jest wy­po­sażony w sze­reg funk­cji, nie prze­cho­dzi w różne fazy działania, lecz po pro­stu: sy­gnał albo do­cie­ra, albo nie. Nie­pokój Wie­gan­da do­cho­dził do Kor­na w po­sta­ci ury­wa­nych sy­lab i ci­szy. W po­sta­ci okruchów słów. Ostrych, prze­szy­wających.

Po­now­nie zerknął na licz­nik głębokości. O Chry­ste, jak głęboko! Za głęboko. Za­nu­rzał się co­raz głębiej. I co­raz szyb­ciej. Trzy tysiące metrów. Trzy tysiące dwieście. Trzy tysiące sześćset. W ogóle nie od­czu­wał, że spa­da, zmie­rza w dół... To nie­ustępli­we za­ta­pia­nie po­ka­zy­wały je­dy­nie od­czy­ty na licz­niku głębokości.

Poniżej znaj­do­wał się rów, a do­okoła była tyl­ko woda: lo­do­wa­ta, gęsta, miażdżąca. Czar­na jak smoła.

To był inny wszechświat. Inna rze­czy­wi­stość.

„Pha­ros One” prze­był najkrótszy ze swych dy­stansów. Jak dotąd cała podróż wy­niosła za­le­d­wie trzy i pół ki­lo­me­tra. Na lądzie taką od­ległość bez wysiłku można po­ko­nać pie­szo w trzy kwa­dran­se... Jed­nak Korn znaj­do­wał się obec­nie w miej­scu tak od­ległym od ludz­kości jak ko­smos. Jak księżyc.

Czte­ry tysiące metrów.

Te­raz za­trzy­mał się nad krawędzią otchłani – w dosłownym tego słowa zna­cze­niu. Właśnie tu­taj za­czy­nała się stre­fa praw­dzi­wej mor­skiej głębi. Woda wokół kap­suły nie ko­ja­rzyła się z pojęciem prze­zro­czy­stej cie­czy. W głębo­kich, ciem­nych war­stwach oce­anu, w po­zba­wio­nym dostępu światła wszechświe­cie wszyst­kie żywe stwo­rze­nia wiodły życie ślepców.

Od­czy­ty wska­zy­wały, że tem­pe­ra­tu­ra na zewnątrz zbliża się do zera, a mimo to woda po­zo­sta­wała w sta­nie ciekłym, ze względu na wy­so­ki sto­pień za­so­le­nia. To wciąż był płyn, lecz o trud­nej do wy­obrażenia, miażdżącej gęstości. Korn wie­dział+, że ciśnie­nie już czte­ry­sta razy prze­kra­czało to pa­nujące na po­wierzch­ni mo­rza i że wraz z za­nu­rza­niem się „Pha­ro­sa One” co dzie­sięć metrów obniżał się o ko­lejną at­mos­ferę.

– Stra­ciłem ste­ry – wrzasnął do mi­kro­fo­nu. – De­ska roz­dziel­cza prze­stała działać! Mu­si­cie spróbować wy­do­stać mnie stąd zdal­nie...

Z głośników popłynęło kil­ka ostrych, po­szar­pa­nych skrawków ludz­kie­go głosu. Korn zda­wał so­bie sprawę, że jego wy­po­wie­dzi w ta­kiej sa­mej for­mie do­cie­rają na ma­cie­rzy­sty sta­tek na po­wierzch­ni mo­rza. Sko­ro nie działała pod­sta­wo­wa ko­mu­ni­ka­cja, nie było szans, by udało się im utwo­rzyć nie­za­wod­ne połącze­nie na od­ległość. Zresztą na­wet gdy­by ja­kimś cu­dem zdołali się z nim połączyć, to i tak nie było żad­nych gwa­ran­cji, że nie­zna­na awa­ria, która ode­brała mu możliwość ste­ro­wa­nia pod­wodną jed­nostką, nie ze­rwie także łączności nawiąza­nej przez kom­pu­ter.

Znów zadźwięczało kil­ka po­gru­cho­ta­nych sy­lab.

Korn na­wet nie próbował od­po­wie­dzieć. Sta­rał się skon­cen­tro­wać. Albo ściślej rzecz uj­mując – sta­rał się uspo­koić ga­lo­pujące myśli i uwol­nić umysł od pa­ni­ki, żeby być w sta­nie pomyśleć. Dla­cze­go główny sil­nik „Pha­ro­sa One” prze­stał działać? Cze­mu nie uda­je mu się za­pa­no­wać nad ste­ra­mi? Z ja­kie­go po­wo­du pod­wod­na jed­nost­ka doświad­czyła tak ka­ta­stro­fal­nej utra­ty pływal­ności? Wyglądało na to, że padł cały sys­tem. Mimo wszyst­ko Korn był pe­wien, że sil­niki są w porządku, po­dob­nie jak me­cha­nizm ste­row­ni­czy. To ra­czej wina elek­tro­ni­ki, nie sys­temów me­cha­nicz­nych. Dla­cze­go tego nie prze­wi­dział? Po­ma­gał pro­jek­to­wać „Pha­ro­sa One”, oso­biście stwo­rzył cały sys­tem elek­tro­nicz­ny i ra­zem z Wie­gan­dem za­pla­no­wał sys­tem bez­pie­czeństwa... Jak więc mogło dojść do tego?

Korn angażował się przy two­rze­niu „Pha­ro­sa One”, dla­te­go wie­dział, że – w prze­ci­wieństwie do ba­ty­ska­fu – jego jed­nost­ka nie będzie zdol­na do szyb­kie­go wy­nu­rza­nia się. Mie­sza­ni­na ben­zy­ny i sta­bi­li­zo­wa­ne­go przez elek­tro­ma­gne­sy ba­la­stu znacz­nie ogra­ni­czała jej możliwości. Jed­nak Korn uparł się, że musi stwo­rzyć pod­wod­ny sta­tek, zdol­ny do osiąga­nia znaczących głębokości, który do tego w ta­kim śro­do­wi­sku będzie po­tra­fił „fru­wać”. Pro­blem w tym, że bez siły napędo­wej ciężar kap­suły w końcu pociągnie ją na dno.

Przez bez­piecz­ne kwar­co­we szkło Korn po­pa­trzył w ciemną głębię; stru­mie­nie światła z jo­do­wych re­flek­torów wy­do­by­wały z mro­ku skie­ro­waną ku górze za­mieć złożoną z drob­nych cząste­czek. Na­gle w zewnętrznych światłach na­wi­ga­cyj­nych błysnęło coś bla­da­we­go. Splątany szkarłupień, po­dob­ny do za­gu­bio­nej ko­ron­ko­wej ser­wet­ki, bezwład­nie przed­ry­fo­wał tuż obok okna. Je­dy­na for­ma życia, jaką Korn zdołał tu zo­ba­czyć. Oczy­wiście jeśli można na­zwać to życiem, pomyślał. Po­zba­wio­ne krwi stwo­rze­nie, zdol­ne do re­ge­ne­ra­cji części własne­go or­ga­ni­zmu, do re­pro­duk­cji całkiem no­wej isto­ty z utra­co­ne­go czułka... Stwo­rze­nie z ro­do­wo­dem sięgającym sześćdzie­sięciu pięciu mi­lionów lat wstecz.

Nie po­wi­nie­nem był się tu­taj zna­leźć, prze­mknęło mu przez głowę, gdy ob­ser­wo­wał niknącego z pola wi­dze­nia szkarłupnia. To nie była prze­lot­na myśl, lecz praw­dzi­we ob­ja­wie­nie. Od­rzu­cał tym sa­mym całe lata badań, ciężkie mi­lio­ny włożone w tę in­we­stycję. Poświęce­nie całego życia. Nie po­wi­nie­nem tu­taj być. Nie­ocze­ki­wa­nie ude­rzyła go myśl, że obec­ność człowie­ka w tym miej­scu jest tak samo ab­sur­dal­na, jak byłoby pra­gnie­nie szkarłupnia, który przed chwilą przepłynął obok, aby zba­dać re­jo­ny Mo­unt Eve­re­stu. Nie mam pra­wa tu być. To nie jest nasz świat. Korn pomyślał o wszyst­kich go­dzi­nach, o wysiłku, o pie­niądzach, ja­kie uto­pił w pro­jek­cie „Pha­ros”. O mi­lio­nach, które pochłonęło całe przed­sięwzięcie.

Opróżnić. Usłyszał jed­no pełne słowo wy­po­wie­dzia­ne przez Wie­gan­da, za­nim od­bior­nik za­milkł na do­bre. Opróżnić. Ale co opróżnić? To słowo wyjątko­wo pa­so­wało do czar­nej, dru­zgocącej pust­ki, która go ota­czała. Wyglądało na to, że Wie­gand sta­rał się coś mu prze­ka­zać. Korn po raz ko­lej­ny spróbował nawiązać kon­takt z ma­cie­rzy­stym stat­kiem, ale bez re­zul­ta­tu. Z całej siły ude­rzył pięścią w kon­trolkę główne­go za­si­la­nia. Nic. De­ska roz­dziel­cza upar­cie mil­czała. Umrę tu, prze­mknęło mu przez myśl. Umrę i nikt nig­dy nie od­naj­dzie mo­je­go ciała. Zasłużyłem so­bie na to, bo nie po­wi­nie­nem był się tu­taj zna­leźć.

Skrzy­pie­nie.

Coś za­dud­niło ni­sko i jęknęło, jak­by w głębi otchłani za­mru­czało ja­kieś mor­skie stwo­rze­nie. Ale Korn wie­dział, że to jęczą wręgi po­kry­wy ochron­nej. De­spe­rac­ko ro­zej­rzał się po ka­bi­nie – po tej cia­snej, klau­stro­fo­bicz­nie zatłoczo­nej prze­strze­ni, wy­pro­du­ko­wa­nej ze spe­cjal­nie wzmoc­nio­nej sta­li – i prze­sunął wzro­kiem po gru­bym szkle kwar­co­wym ilu­mi­na­torów. Może ko­niec nastąpi szyb­ko. Oczy­ma wy­obraźni uj­rzał sa­me­go sie­bie – jak spo­czy­wa na dnie rowu, schwy­ta­ny w pułapkę, unie­ru­cho­mio­ny, i po­pa­dając w sza­leństwo, cze­ka, aż mi­nie sto go­dzin i wy­czer­pie się za­pas tle­nu. Jak krzy­czy z roz­pa­czy i dra­pie pa­znok­cia­mi ścia­ny swo­je­go więzie­nia. Na­gle zdał so­bie sprawę, że „Pha­ros One” wkrótce prze­kro­czy pa­ra­me­try bez­pie­czeństwa. Może za­bi­je go je­den z nitów, który wy­strze­li z łożyska jak po­cisk, uwol­nio­ny przez ogrom­ne ciśnie­nie na­pie­rającej ze­wsząd wody. Albo co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, zo­sta­nie zgnie­cio­ny na śmierć w im­plo­zji sta­li, gdy chro­niąca go sko­ru­pa za­nie­cha opo­ru, jak ro­bak między pal­ca­mi.

Znów do­tarł doń głos Wie­gan­da. Tym ra­zem głośny i wyraźny.

– Do­mi­nik!

Korn po­pa­trzył na wskaźnik za­nu­rze­nia. Czte­ry tysiące osiem­set metrów. Pięć tysięcy. O Boże, jak głęboko. Za głęboko. Za głęboko...

– Do­mi­nik!

– Je­stem! – od­po­wie­dział i zdu­miał się, jak ma­to­wo brzmi jego własny głos.

W tle słyszał jakiś dźwięk. Nie­zbyt głośny, lecz trwały i nie­zmien­ny: miękkie, me­cha­nicz­ne fur­ko­ta­nie. Odgłos pra­cy sil­ników.

– Posłuchaj, wy­siadł nam zespół przyrządów do ste­ro­wa­nia. Do­mi­nik, słyszysz mnie?

– Słyszę – od­po­wie­dział. – Nie po­wi­nie­nem był się tu­taj zna­leźć.

– Do­mi­nik, słuchaj mnie uważnie. Po­sta­raj się skon­cen­tro­wać. Załóż kom­bi­ne­zon próżnio­wy.

– Kom­bi­ne­zon próżnio­wy?

Na­gle Korn po­czuł nie­pokój i znie­ru­cho­miał w ocze­ki­wa­niu. Głos do­chodzący z od­ległości po­nad pięciu ki­lo­metrów i z in­ne­go wszechświa­ta obu­dził w nim czuj­ność.

– Do diabła, na co mi kom­bi­ne­zon próżnio­wy? Je­stem prze­cież na głębokości pra­wie pięciu tysięcy metrów!

– Mamy od­czyt z napędu two­jej jed­nost­ki. Coś uszko­dziło moduły ba­te­rii. Mimo wszyst­ko sądzę, że zdołamy cię wyciągnąć. Możliwe, że na po­wierzch­nię, ale może nie...

Korn zno­wu spoj­rzał na wskaźnik za­nu­rze­nia. Przez chwilę, która zda­wała się wiecz­nością, wskazówka tkwiła nie­ru­cho­mo w jed­nym miej­scu, a po­tem, nie­znośnie wol­no, zaczęła piąć się wzwyż.

– Słyszysz mnie, Do­mi­nik?

– Słyszę.

Te­raz był w pełni świa­do­my tego, co się dzie­je, i cier­piał ka­tu­sze. Ka­tu­sze roz­bu­dzo­nej na­dziei.

– Zro­bię to. Już to robię.

Wście­kle gme­rał pal­ca­mi przy klam­rze pasa bez­pie­czeństwa. W cia­snej ni­czym trum­na kap­su­le wal­czył, żeby wy­szarpnąć kom­bi­ne­zon ze schow­ka za fo­te­lem dowódcy, a po­tem z naj­wyższym tru­dem wsunął go na sie­bie. Neo­pren i szczel­ne gu­mo­we man­kie­ty przy­lgnęły do ciała tak ściśle, że pra­wie go udu­siły, zaś ja­sno­po­ma­rańczo­wy kom­bi­ne­zon wy­da­wał się równie ob­szer­ny jak na­miot. Dru­gie więzie­nie, pomyślał Korn.

– Do­mi­nik, będziesz mu­siał się po­spie­szyć...

Do­bie­gający z głośników głos Wie­gan­da był napięty i jed­no­staj­ny. Brzmiał w nim sztucz­ny spokój, skry­wający pa­nikę.

– Posłuchaj mnie, Do­mi­nik... Kie­dy napęd prze­sta­nie działać, opróżnimy wszyst­kie ba­la­sty. To będzie so­lid­na eks­plo­zja i mamy na­dzieję, że jej im­pet wy­nie­sie cię na po­wierzch­nię. Ale to ozna­cza, że będziesz wy­nu­rzał się szyb­ko. Zbyt szyb­ko. Ro­zu­miesz co to ozna­cza?

– Ro­zu­miem – od­parł Korn głosem przytłumio­nym przez pla­sti­kową osłonę kap­tu­ra.

– Być może znów utra­cisz łączność. Sta­le ob­ser­wuj wskaźnik głębokości. Jeśli prze­ko­nasz się, że wy­nu­rza­nie ustało, mu­sisz się wy­do­stać z ka­bi­ny i da­lej płynąć w sa­mym kom­bi­ne­zo­nie próżnio­wym. Być może uda nam się wyciągnąć cię na po­wierzch­nię bez ko­niecz­ności użycia kom­bi­ne­zo­nu, lecz jeśli nie, będziesz mu­siał działać szyb­ko. In­a­czej osu­niesz się z po­wro­tem na dno, jak ka­mień. Zro­zu­miałeś, o czym mówię?

– Zro­zu­miałem, Pe­ter. Po pro­stu mnie stąd wyciągnij.

– Mamy za­miar wyłączyć całe za­si­la­nie z wyjątkiem sil­ników i łączności. Trzy­maj się, dopóki nie przywrócimy oświe­tle­nia na de­sce roz­dziel­czej.

Ciem­ność. Ciem­ność, która prze­kra­cza wszel­kie wy­obrażenia o ciem­ności nocy. Z początku nie wi­dział kom­plet­nie nic, a po­tem coś przepłynęło za kwar­co­wym szkłem ilu­mi­na­to­ra. Coś, co połyski­wało w dali. Po­je­dyn­czy ja­sny punk­cik. Bio­lu­mi­ne­scen­cja. Żab­ni­ca albo re­kin cy­ga­ro, który w otchłani wy­twa­rza swoją własną plamkę światła, po­dobną do świa­tełka w oknie od­ległego domu. Boja świetl­na. Przez se­kundę Korn sku­pił całą uwagę na tym ma­lut­kim, słabym mi­go­ta­niu i wy­da­wało mu się, że ma ono ja­kieś ogrom­ne, dogłębne zna­cze­nie, którego on nie jest w sta­nie pojąć.

Na­gle de­ska roz­dziel­cza zno­wu roz­ja­rzyła się bla­skiem przed jego oczy­ma. Po ciem­ności mor­skich głębin kil­ka mi­gających przy­cisków i le­do­wy wyświe­tlacz wskaźnika za­nu­rze­nia wydały się ośle­piająco ja­sne. Trzy tysiące metrów. Na kom­bi­ne­zo­nie znaj­do­wała się lamp­ka alar­mo­wa. Kie­dy ją włączył, w ka­bi­nie nastąpiła praw­dzi­wa eks­plo­zja bla­sku. Znów roz­legło się skrzy­pie­nie. Mo­rze wciąż miało ochotę ze­trzeć go na proch w śmier­tel­nym uści­sku.

– Do­mi­nik! – Usłyszał zno­wu Wie­gan­da.

– Za­czy­naj­cie.

– Mu­si­my wyciągnąć cię na przy­najm­niej sto osiem­dzie­siąt metrów. Kom­bi­ne­zon próżnio­wy zo­stał prze­te­sto­wa­ny na tej głębokości. Ty po pro­stu się odpręż i pozwól, żeby sam wyniósł cię do góry. Kom­bi­ne­zon zo­stał tak za­pro­jek­to­wa­ny, że wy­nu­rza się z prędkością trzech metrów na se­kundę, więc nie mu­sisz się oba­wiać de­kom­pre­sji. Ale mu­sisz wy­do­stać się na zewnątrz, gdy tyl­ko po­ja­wi się ostrzeżenie, że moduł jed­nak nie do­trze na po­wierzch­nię.

Tysiąc pięćset metrów.

– Nie po­wi­nie­nem tu­taj być – po­wie­dział Korn do sie­bie. – Nie po­win­niśmy się tu­taj zna­leźć.

– Powtórz, Do­mi­nik...

– Po­wie­działem, że nie po­win­niśmy tu­taj być. Nie mamy pra­wa. Nie wol­no nam było oka­zy­wać ta­kiej za­ro­zu­miałości, ta­kiej aro­gan­cji.

– Do­mi­nik, mu­sisz się skon­cen­tro­wać! – Głos Wie­gan­da wdarł się w jego myśli. – Po­sta­raj się nie roz­pra­szać. Zro­zu­miałeś?

Dzie­więćset metrów. Osiem­set.

– Pe­ter, ja je­stem skon­cen­tro­wa­ny. Je­stem bar­dziej skon­cen­tro­wa­ny, niż myślisz...

Woda na zewnątrz stała się odro­binę mniej mrocz­na. Nie jaśniej­sza, mniej mrocz­na.

– Do­mi­nik, nie od­ry­waj wzro­ku od wskaźnika za­nu­rze­nia...

Stały, uspo­ka­jający po­mruk sil­ników ustał.

– Pe­ter...

– Do­mi­nik, trzy­maj się! – do­bie­gający z ko­mu­ni­ka­to­ra głos Wie­gan­da brzmiał na­tar­czy­wie. – Za­raz opróżnię zbior­ni­ki. Trzy­maj się!

Tuż obok za­mkniętego w kap­su­le Kor­na roz­legł się grzmot. Ogłuszający grzmot. Ze zbior­ników sta­bi­li­za­cyj­nych zo­stał uwol­nio­ny ładu­nek zde­kom­pre­so­wa­nej ropy naf­to­wej, a chwilę później sta­lo­wy ba­last wy­rwał się z elek­tro­ma­gne­tycz­ne­go uści­sku „Pha­ro­sa One”. Korn po­czuł, że kap­suła się prze­miesz­cza. Gwałtow­ne szarp­nięcie ku górze wbiło go w fo­tel. Kur­czo­wo za­cisnął pal­ce na podłokiet­ni­kach i sta­rał się kon­tro­lo­wać od­dech, nasłuchując ryt­mu ude­rzeń ser­ca, które hu­czały mu w uszach.

– Pe­ter?

Sys­tem łączności po raz ko­lej­ny prze­stał działać. Korn zno­wu był zupełnie sam, tym ra­zem jed­nak uno­szo­ny na fali, podążał w kie­run­ku swe­go śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go, tego, do którego należał. Do właści­we­go miej­sca, które zo­stało mu wy­zna­czo­ne na tym świe­cie. Z mrocz­nej głębi. De pro­fun­dis.

Pięćset metrów. Czte­ry­sta. Trzy­sta. Szyb­kim ru­chem wyłamał czer­woną po­krywę za­trza­sku wy­bu­cho­we­go pasa bez­pie­czeństwa i odciągnął osłonę za­bez­pie­czającą. Mu­siał zro­bić to we właści­wym mo­men­cie. Dokład­nie w tym je­dy­nym mo­men­cie. Dwieście osiem­dzie­siąt metrów. Jesz­cze trochę.

Wie­dział, co wi­dział przed oczy­ma, choć sta­rał się o tym nie myśleć. Prędkość, z jaką dotąd się wy­nu­rzał, wyraźnie spadła. Dwieście czter­dzieści... Dwa­dzieścia... Te­raz jesz­cze wol­niej. Dwieście metrów. Za głęboko. Ciągle za głęboko. Wskazówka na całą wiecz­ność za­trzy­mała się na stu sie­dem­dzie­sięciu.

Te­raz! Zrób to te­raz! Własny rozsądek krzy­czał do nie­go ze wszyst­kich sił; Korn wie­dział, że im­pet wywołany eks­plozją przy opróżnia­niu zbior­ników zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny. Te­raz zo­stała już tyl­ko jed­na dro­ga: z po­wro­tem na dno otchłani. Mimo to jed­nak coś trzy­mało go w miej­scu, ir­ra­cjo­nal­na na­dzie­ja, że pod­wod­na kap­suła ja­kimś cu­dem prze­zwy­cięży uni­wer­sal­ne pra­wa fi­zy­ki.

Sto osiem­dzie­siąt.

Utra­cił dzie­sięć de­cy­dujących metrów, przy oka­zji zy­skując jedną do­dat­kową at­mos­ferę ciśnie­nia. Szyb­ko spraw­dził, czy pas bez­pie­czeństwa jest do­brze umo­co­wa­ny, po czym szarpnął przełącznik. Ładun­ki przy po­kry­wie eks­plo­do­wały, otwie­rając właz.

To było jak ude­rze­nie przez sa­mochód. Woda wtargnęła do ka­bi­ny i z im­pe­tem walnęła w opar­cie fo­te­la. In­ten­syw­ny, ostry ból prze­szył rękę Kor­na, ni­czym stal i prze­niknął aż do ra­mie­nia. Wie­dział, że przed­ra­mię jest złama­ne, ale kie­dy do­tknął ręki, nie spraw­dzał by­najm­niej, jak bar­dzo ucier­piał, lecz upew­nił się, czy rękaw kom­bi­ne­zo­nu próżnio­we­go nie zo­stał ro­ze­rwa­ny.

Ude­rzył zaciśniętą pięścią zdro­wej ręki w za­trzask zwal­niający pas bez­pie­czeństwa, a następnie, igno­rując prze­szy­wający ból w dru­giej ręce, wy­gra­mo­lił się z miej­sca, okrążył fo­tel i prze­cisnął się przez je­dy­ny właz „Pha­ro­sa One”, który znaj­do­wał się z tyłu kap­suły. Te­raz należało błyska­wicz­nie opuścić tonącą jed­nostkę, a to ozna­czało, że musi jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się na zewnątrz i prędko się od­da­lić. Wy­star­czył ciągnący się za nim rękaw albo pas zaplątany w ramię ro­bo­ta i mógłby zakończyć przy­godę, uwięzio­ny tu­taj, wle­czo­ny z po­wro­tem na dno oce­anu. Na ra­zie spo­koj­nie mógł przyjąć, że stra­cił ko­lej­ne dzie­sięć, może na­wet dwa­dzieścia metrów. Na­gle zna­lazł się na zewnątrz, w mor­skiej wo­dzie. I od­py­chał się od kap­suły. Kom­bi­ne­zon ra­tun­ko­wy izo­lo­wał go od zim­na, na­dy­mając się od uwięzio­ne­go w nim po­wie­trza, by dać opór miażdżącemu ciśnie­niu, zaś jego wy­por­ność ciągnęła Kor­na ku górze, w kie­run­ku prze­ciw­nym niż powłoka tonącej kap­suły.

Korn oparł się obie­ma no­ga­mi o ja­skra­wożółtą po­krywę i moc­no ode­pchnął. Był wol­ny. Wol­ny i uno­sił się ku po­wierzch­ni.

Płynąc, ob­ser­wo­wał, jak „Pha­ros One” to­nie. W kom­plet­nej ci­szy niknął w mro­ku. Robił się co­raz mniej­szy, a po­tem jed­nostkę pochłonęły głębiny. Korn zerknął na licz­nik głębokości umiesz­czo­ny na prze­gu­bie kom­bi­ne­zo­nu. Sto sześćdzie­siąt metrów. Licz­ba ta sta­le malała.

Udało mu się przeżyć. Było nie­bez­piecz­nie, ale udało się. Osiągnął cel.

Przez następne dzie­więćdzie­siąt sie­dem metrów wzno­sił się mia­ro­wo w bez­piecz­nym tem­pie, bez obaw o cho­robę de­kom­pre­syjną. Wy­so­ko w górze mógł już do­strzec roz­cieńczo­ny blask dnia – wciąż od­legły i nie­wy­raźny.

Po­wierzch­nia mo­rza.

To właśnie w tym mo­men­cie ma­te­riał kom­bi­ne­zo­nu próżnio­we­go – który za­cze­pił o je­den z nitów po­kry­wy i roz­ciągnął się do gra­nic wy­trzy­małości, gdy Korn opusz­czał pokład „Pha­ro­sa One” – ro­ze­rwał się, eks­plo­dując chmurą srebr­nych bąbelków po­wie­trza.

ROZ­DZIAŁ 2Dwa ty­go­dnie przed burzą

Me­li­ha po­su­wała się wzdłuż uli­cy, przy­tu­lając się do ścia­ny, jak­by czer­wo­na cegła przy­ciągała ją jak ma­gnes. Są na jej tro­pie. Są na jej tro­pie i w końcu ją do­padną. Oni za­wsze znaj­dują tego, kogo ści­gają. A kie­dy już ją znajdą, za­pew­ne ją za­biją. Może nie od razu, tu i te­raz. Być może na­wet nie w taki sposób, w jaki większość lu­dzi wy­obraża so­bie mor­der­stwo. Oni po­tra­fią zabić czyjś umysł, znisz­czyć oso­bo­wość i po­zo­sta­wić samo ciało, które żyje, cho­dzi, od­dy­cha... Ale jako oso­ba, jako isto­ta, sta­je się mar­twa za życia.

Było zim­no. Tak strasz­nie zim­no. I mo­kro. I ciem­no. I strasz­nie bolały ją sto­py, bo przeszła pie­szo taki kawał dro­gi. Ale naj­bar­dziej do­ku­czał jej strach. Me­li­ha bała się tych, którzy ją ści­ga­li, po­nie­waż nie uważała ich za lu­dzi. Ja­kimś spo­so­bem osiągnęli to, co za­wsze pragnęli osiągnąć i co – jak utrzy­my­wa­li – byli w sta­nie osiągnąć, i przez co sta­li się kimś in­nym niż zwykłymi ludźmi. Złapała się na tym, że na­wet nie myśli o nich jako o odrębnych jed­nost­kach, lecz wi­dzi w nich ra­czej zbio­rową, lecz jedną istotę. Wspólnotę.

Jed­ność.

Me­li­ha usiłowała ode­gnać z myśli strach. Strach był uczu­ciem, na które tak na­prawdę nig­dy nie miała cza­su. Za­wsze była mądrym, odważnym i do­cie­kli­wym dziec­kiem. Dzielną dziew­czynką, która śmiało sta­wiała czoło świa­tu. Nie­ustra­sze­nie. Be­nim küçük ce­sur ka­pla­nim. Tak na­zy­wał ją jej oj­ciec: moja dziel­na, mała ty­gry­sicz­ka. Wróciła pamięcią do czasów, gdy sia­dała obok nie­go i za­czy­nała roz­mowę, za­dając ja­kieś zu­chwałe py­ta­nie na te­mat świa­ta, a on za­wsze – nie­za­leżnie od py­ta­nia – wie­dział, co jej od­po­wie­dzieć. Nie za­wsze była to od­po­wiedź na jej py­ta­nie, ale za­wsze otrzy­my­wała od­po­wiedź. Pew­ne­go razu po­ka­zał jej krysz­tałowy przy­cisk do pa­pie­ru, który trzy­mał na biur­ku. Przed­miot, który zna­lazł pod­czas jed­nej z nie­zli­czo­nych podróży, które przez lata od­by­wał jako geo­log. Opo­wia­dał, że piękne przed­mio­ty, ta­kie jak krysz­tały i dro­gie ka­mie­nie, leżą roz­sy­pa­ne po całym świe­cie, cze­kając, aż zo­staną od­kry­te; cza­sa­mi są za­grze­ba­ne głęboko w skałach, cza­sem znaj­dują się tuż pod po­wierzch­nią. Nie­kie­dy zda­rza się, mówił, że te skar­by zo­stają zna­le­zio­ne zupełnie przez przy­pa­dek; kie­dy in­dziej trze­ba się ciężko na­pra­co­wać, aby je od­szu­kać – uważnie rozglądać się i głęboko kopać.

Z od­po­wie­dzia­mi spra­wa wyglądała dokład­nie tak samo – były roz­sy­pa­ne gdzieś wśród ma­te­rii świa­ta. I nig­dy nie są bar­dziej cen­ne niż wte­dy, kie­dy się je znaj­dzie sa­me­mu.

W taki oto sposób na­uczyła się, jak po­win­na przeżywać własne życie. Szu­kała w nim od­po­wie­dzi, szu­kała praw­dy. A te­raz zna­lazła się w Ham­bur­gu, w ob­cym mieście, na zim­nej północy, prześla­do­wa­na za od­po­wie­dzi, które udało się jej od­na­leźć.

Me­li­ha krążyła po dziel­ni­cy Spe­icher­stadt, która była jak­by mia­stem w mieście; sta­re ma­ga­zy­ny składów cel­nych ma­ja­czyły po­nad głową ko­bie­ty i nad ciem­ny­mi wo­da­mi biegnącego wzdłuż uli­cy kanału. Re­flek­tor, za­mon­to­wa­ny wy­so­ko na jed­nym z ma­ga­zynów, rzu­cał po­je­dynczą plamę światła, zaś ham­bur­ski deszcz tańczył swój sre­brzy­sty ta­niec, roz­bi­jając się na ko­cich łbach. Próbowała zo­rien­to­wać się, gdzie jest. Ma­ga­zyn, którego szu­kała, po­wi­nien być gdzieś nie­da­le­ko. Być może tam jej nie znajdą, jeśli uda jej się do nie­go do­trzeć. Na­resz­cie zy­ska nie­co cza­su, żeby prze­myśleć następny ruch.

Na wszel­ki wy­pa­dek zno­wu prze­szu­kała kie­sze­nie. Ani śladu te­le­fo­nu. Zo­sta­wiła go w ka­fej­ce, w której wcześniej jadła lunch. Położyła go na sto­le, włączyła i przy­kryła ser­wetką. A po­tem wyszła na zewnątrz, zo­sta­wiając go tam, gdzie był.

Me­li­ha spraw­dziła jesz­cze raz. Ja­kie to nie­lo­gicz­ne: wie­działa prze­cież, że te­le­fon zo­stał na sto­li­ku, a mimo to czuła przy­mus, żeby przetrząsnąć za­war­tość to­reb­ki i kie­sze­nie po raz ko­lej­ny. Tyl­ko po to, by się upew­nić.

Może obsługa ka­fej­ki za­uważyła te­le­fon i prze­cho­wała na wy­pa­dek, gdy­by się ktoś po nie­go zgłosił? Me­li­ha pomyślała jed­nak, że przez to, iż ka­fej­ka znaj­do­wała się w zruj­no­wa­nej części Wil­helms­bur­ga, o wie­le bar­dziej praw­do­po­dob­ne było, że ktoś zna­lazł apa­rat i scho­wał go do kie­sze­ni. Pomyślała o tej tłustej świni – fa­ce­cie, który sie­dział przy sąsied­nim sto­li­ku i obżerając się, wy­da­wał naj­obrzy­dliw­sze odgłosy. Jed­nak to nie jego sposób je­dze­nia zwrócił jej uwagę, lecz smart­fon, po którym stu­kał ry­si­kiem w prze­rwach między na­py­cha­niem so­bie ust ko­lej­ny­mi kęsami.

Może to on za­brał jej te­le­fon? Albo inny by­wa­lec ka­fej­ki, który te­raz prze­cha­dzał się po Ham­bur­gu z jej apa­ra­tem w kie­sze­ni.

Właśnie tego chciała. Al­bo­wiem kie­dy Me­li­ha spraw­dzała swo­je kie­sze­nie po raz ko­lej­ny, robiła to, gdyż chciała zy­skać ab­so­lutną pew­ność, że na pew­no nie ma przy so­bie swo­jego te­le­fo­nu. Jej apa­rat znaj­do­wał się gdzieś da­le­ko – jak list za­mknięty w bu­tel­ce i rzu­co­ny w głąb spie­nio­nych fal. Może ktoś zro­zu­mie zna­cze­nie dzwon­ka i od­czy­ta za­war­tość za­pi­saną na kar­cie pamięci? Ten wy­bieg z pew­nością skie­ru­je jej prześla­dowców na fałszy­wy trop, zy­skała przy­najm­niej tyle.

Z kie­sze­ni wyciągnęła plan mia­sta – zwykłą bro­szurkę, dru­ko­waną na pa­pie­rze, nie zaś żaden ta­blet z na­wi­gacją sa­te­li­tarną czy wbu­do­wa­nym GPS-em. Określiła swoją po­zycję, po­czy­nając od miej­sca, skąd weszła na te­ren Spe­icher­stadt – po­przez most i wzdłuż Kib­bel­steg, a po­tem w głąb Am Sand­tor­kai. Ma­ga­zyn był gdzieś nie­da­le­ko. Jeśli nie po­my­liła się w ob­li­cze­niach, po­wi­nien znaj­do­wać się prze­cznicę da­lej, tuż za ro­giem.

Wszyst­kie ma­ga­zy­ny w Spe­icher­stadt były ogrom­ny­mi, zbu­do­wa­ny­mi z czer­wo­nej cegły świąty­nia­mi han­dlu, po­chodzącymi jesz­cze z XIX wie­ku. Te­raz jed­nak wszyst­ko się zmie­niało. Ory­gi­nal­ne Spe­icher­stadt roz­bu­do­wa­no, dzięki cze­mu zaczęło przy­po­mi­nać swoją no­wo­cześniejszą wersję z XXI wie­ku: ol­brzy­mie Ka­iser­stadt A – położone naj­bar­dziej na zachód ma­ga­zy­ny, w których nie­gdyś mieściły się prze­past­ne składy her­ba­ty i ty­to­niu – zo­stały roz­bu­do­wa­ne w górę i na zewnątrz, upo­dab­niając bu­dowlę do ol­brzy­miego żaglow­ca, który do­mi­no­wał na tle nie­ba. Nad pro­jek­tem pra­co­wa­no wie­le lat, lecz dzięki temu w miej­scu daw­nych składów po­ja­wiły się ogrom­na sala kon­cer­to­wa, ho­tel i apar­ta­men­ty. Po­dob­nie jak Spe­icher­stadt było zna­kiem roz­po­znaw­czym Ham­bur­ga w dzie­więtna­stym stu­le­ciu, a Köhlbrandbrücke w dwu­dzie­stym, tak Elb­phil­har­mo­nie stała się nim obec­nie – równie cha­rak­te­ry­stycz­nym jak bu­dy­nek Ope­ry w Syd­ney, który swą syl­wetką przy­po­mi­na o mor­skiej przeszłości mia­sta.

Jed­nak na­wet ta część pier­wot­ne­go Spe­icher­stadt ule­gała prze­mia­nie: na jego te­ren wtargnęły agen­cje re­kla­mo­we, mod­ne bary i re­stau­ra­cje, roz­prze­strze­niając się głównie w oko­li­cach sty­lo­we­go, no­we­go osie­dla Ha­fen­Ci­ty, które roz­ciągało się do gra­nic sta­re­go mia­stecz­ka składów cel­nych.

Ale rząd sta­rych bu­dynków, wśród których zna­lazła się Me­li­ha, po­zo­stał w znacz­nej części nie­zmie­nio­ny. Tak jak przez ostat­nie dwieście lat, wy­bru­ko­wa­na ścieżka nad kanałem wciąż była oto­czo­na przez ol­brzy­mie ma­ga­zy­ny, w których składo­wa­no dy­wa­ny i tek­sty­lia, im­por­to­wa­ne z Tur­cji, Ira­nu, Azer­bejdżanu, Ka­zach­sta­nu i Pa­ki­sta­nu.

Me­li­ha wy­sunęła się poza plamę światła, rzu­caną przez lampę za­wie­szoną na ścia­nie ma­ga­zy­nu i spoj­rzała w obie stro­ny biegnącej nad kanałem ścieżki. Nig­dzie żywej du­szy. Ani śladu jej prześla­dowców. Ale to jesz­cze nic nie zna­czy, do­brze o tym wie­działa. Ich za­da­niem było śle­dzić człowie­ka, iść za nim jak cień, sa­me­mu po­zo­stając nie­wi­docz­nym. Dopaść go tak, żeby do ostat­niej chwi­li nie zda­wał so­bie spra­wy, że krążą w po­bliżu.

Oczy­wiście mie­li do dys­po­zy­cji ten ro­dzaj tech­no­lo­gii, którą w nor­mal­nych oko­licz­nościach dys­po­nują je­dy­nie jed­nost­ki wy­wia­dow­cze su­per­mo­carstw. Może ob­ser­wo­wa­li ją właśnie te­raz, zdol­ni wi­dzieć w ciem­nościach. Może w go­glach na pod­czer­wień na tle ciem­nych bu­dow­li Spe­icher­stadt wi­dzieli ją jako ja­skra­wy kształt.

Tak bli­sko. Me­li­ha rzu­ciła się bie­giem. Przy każdym kro­ku sto­py piekły ją co­raz moc­niej. Przeszła pie­chotą wie­le ki­lo­metrów, żeby się tu­taj do­stać. Nie ko­rzy­stała z taksówki ani z żad­ne­go in­ne­go środ­ka trans­por­tu pu­blicz­ne­go. Nie wyko­rzy­stała ni­cze­go, co mogło być podłączo­ne do sys­te­mu kom­pu­te­ro­we­go lub sie­ci ra­dio­wej. Przeszła przez mia­sto, po­zo­stając w zasięgu wciąż tej sa­mej sta­cji prze­kaźni­ko­wej, bez ze­tknięcia się z jakąkol­wiek tech­no­lo­gią; uni­kała na­wet tych dziel­nic, w których działał sys­tem ka­mer, i nadkładała dro­gi, by ominąć miej­sca, które za­zna­czyła na ma­pie czer­wo­nym ołówkiem.

Za­trzy­mała się na­gle, uświa­do­miw­szy so­bie, że znaj­du­je się we właści­wej oko­li­cy. Na bu­dyn­ku wid­niały tu­rec­kie, an­giel­skie i nie­miec­kie na­pi­sy. To mu­siał być ten ma­ga­zyn. W drzwiach bra­ko­wało uzbro­jo­ne­go w alarm elek­tro­nicz­ne­go zam­ka; za­miast nie­go Me­li­ha uj­rzała sta­ro­modną, mosiężną dziurkę od klu­cza, osa­dzoną w so­lid­nych drzwiach, cha­rak­te­ry­stycz­nych dla nie­miec­kich ma­ga­zynów – z moc­ne­go, ma­syw­ne­go drew­na, wzmoc­nio­ne­go do­dat­ko­wo mosiężnymi oku­cia­mi – to, że były tak mało wy­ra­fi­no­wa­ne, a wręcz prze­sta­rzałe, zda­wało się ją jed­nak uspo­ka­jać. Ta­kie drzwi przez po­nad sto lat z po­wo­dze­niem chro­niły za­war­tość ma­ga­zynów. Me­li­ha wy­grze­bała w to­reb­ce klucz i otwo­rzyła drzwi, a następnie wśli­zgnęła się do ciem­ne­go wnętrza, przed­tem rzu­cając za sie­bie ostrożne spoj­rze­nie, żeby po raz ostat­ni spraw­dzić, co dzie­je się na dróżce biegnącej wzdłuż kanału.

Może jed­nak mimo wszyst­ko uda się jej wyjść cało z opre­sji?

Wyciągnęła z to­reb­ki małą la­tarkę LED i ba­daw­czo ro­zej­rzała się po ma­ga­zy­nie. Znaj­do­wała się w foy­er, zaś prze­czy­taw­szy listę na­jemców, do­wie­działa się, że to, cze­go szu­ka, to zna­czy De­me­ril Im­por­ting, mieści się na trze­cim piętrze. Prze­cisnęła się przez szkla­ne drzwi do głównej części ma­ga­zy­nu. Przy jed­nej ze ścian do­strzegła potężną windę to­wa­rową, ale po namyśle zde­cy­do­wała, że le­piej będzie wejść po scho­dach, robiąc to możli­wie jak naj­ci­szej.

Stanąwszy przed wejściem do De­me­ril Im­por­ting, wyjęła z to­reb­ki następny klucz i po chwi­li przeszła przez bo­ga­to zdo­bio­ne drzwi w sty­lu Ju­gend­stil. Światłem la­tar­ki omiotła wnętrze ma­ga­zy­nu i uj­rzała piętrzące się wy­so­ko ster­ty to­warów – pledów, dy­wanów, ki­limów. Na złożonych krawędziach mogła do­strzec bo­ga­te tu­rec­kie wzo­ry. Na ety­kie­tach wid­niały na­zwi­ska, które tak do­brze znała: Kay­se­ri, Yesil­hi­sar, Kir­se­hir, Ko­nya, Daz­ki­ri... W jakiś sposób fakt, że znała te na­zwi­ska, roz­luźnił ją. W po­miesz­cze­niu znaj­do­wało się także so­lid­ne, ozdob­ne biur­ko z drew­na i wyściełane ki­limem krzesło, które stało w po­bliżu drzwi. Biur­ko za­wa­lo­ne było pa­pie­ra­mi i re­je­stra­mi, a ra­chun­ki i zamówie­nia leżały wbi­te na dwa osob­ne kol­ce. W tym miej­scu pro­wa­dziło się biz­nes tak samo jak w zeszłym wie­ku i w po­prze­dzającym je stu­le­ciu. Bez kom­pu­terów. Bez sie­ci. Bez elek­tro­ni­ki.

Po­su­wając się po ma­ga­zy­nie, Me­li­ha kon­ty­nu­owała po­szu­ki­wa­nia i na sa­mym końcu od­kryła coś w ro­dza­ju małej al­ko­wy, zapełnio­nej mniej porządnie ułożony­mi sto­sa­mi dy­wanów. Wy­brała ten naj­niższy, w naj­od­le­glej­szym kącie, i wyłączyw­szy la­tarkę, położyła się na dy­wanach. Wresz­cie mogła od­począć. Od­począć, ale nie zasnąć. Sen mógł oka­zać się za­grożeniem. Będzie tu­taj bez­piecz­na aż do sa­me­go rana, a po­tem... No cóż, po­tem po­sta­ra się jakoś nawiązać kon­takt z Ber­thol­dem. Jesz­cze nie wpadła na po­mysł, jak to zro­bić, nie używając te­le­fo­nu ani żad­ne­go in­ne­go elek­tro­nicz­ne­go me­dium, ale jed­no było pew­ne: mu­siała się z nim skon­taktować. Po­wie­dzieć mu o tym, co udało się jej od­kryć. Te­raz jed­nak musi przede wszyst­kim od­począć. Od­począć, ale nie spać...

Po chwi­li spała jak ka­mień.

Z pew­nością był to naj­cich­szy z dźwięków. Może na par­te­rze, trzy piętra niżej, lek­ko za­skrzy­piały główne drzwi. Nie­wy­raźny, głuchy trzask wbił się w jej uśpio­ny mózg jak po­cisk. Co­kol­wiek to było, spra­wiło, że choć jesz­cze przed chwilą Me­li­ha spała głębo­kim snem, te­raz była całko­wi­cie, boleśnie przy­tom­na. Przez ułamek se­kun­dy za­sta­na­wiała się, czy to możliwe, że prze­spała całą noc i że dźwięk, który przed chwilą usłyszała, oznaj­miał je­dy­nie o przy­by­ciu pra­cow­ników ma­ga­zy­nu? Jed­nak do­okoła wciąż pa­no­wała ciem­ność. Me­li­ha leżała na sto­sie dy­wanów z lek­ko unie­sioną głową i wstrzy­mując od­dech, nasłuchi­wała in­nych odgłosów. Minęło kil­ka se­kund, które ciągnęły się w nie­skończo­ność, pod­czas gdy w jej krwi bu­zo­wała ad­re­na­li­na. Ci­sza. Na­gle pod­sko­czyła, bo do jej uszu do­biegł inny dźwięk, słaby i przytłumio­ny. Czy­jeś głosy. Dwie, trzy oso­by, może więcej. Piętro niżej. Byli całkiem da­le­ko od sie­bie, ale roz­ma­wia­li ci­cho i spo­koj­nie.

Me­li­ha nie rozróżniała słów, lecz wie­działa, że tam­ci będą po­ro­zu­mie­wać się po an­giel­sku. Oni za­wsze roz­ma­wiają po an­giel­sku. Ser­ce waliło jej jak młotem. Oczy­wiście, wca­le nie mu­sie­li roz­ma­wiać głośniej; jako ob­da­rze­ni nad­zwy­czaj­ny­mi zdol­nościa­mi mo­gli ko­mu­ni­ko­wać się na od­ległość, wi­dzieć w ciem­ności, bez tru­du zlo­ka­li­zo­wać najlżej­szy sze­lest.

Te­raz zaj­mo­wa­li się prze­szu­ki­wa­niem niższe­go piętra. Sys­te­ma­tycz­nie, me­to­dycz­nie, tak samo jak za­wsze. W ten sam sposób ro­bi­li wszyst­ko. Jak po­je­dyn­cza świa­do­mość. Zbio­ro­wy umysł. Ale­go­ria zła.

Chwy­ciw­szy la­tarkę, poświe­ciła w ciem­ność, szu­kając w oto­cze­niu ja­kiejś kryjówki albo dro­gi uciecz­ki. La­tar­ka LED dawała mi­zer­ne światło, ale Me­li­ha nie ośmie­liła się jej podkręcić. Bała się, że tam­ci usłyszą ten dźwięk.

Za jej ple­ca­mi znaj­do­wał się spo­ry kre­dens, wbi­ty w ścianę na sa­mym końcu po­miesz­cze­nia i le­d­wo wi­docz­ny za stertą dy­wanów, z których część leżała na podłodze tuż obok me­bla. Gdy­by udało się jej tam do­stać i do­dat­ko­wo ułożyć jesz­cze jakiś dy­wan przed drzwicz­ka­mi, być może tam­ci by jej nie za­uważyli.

Czym prędzej zrzu­ciła buty z obo­lałych stóp i po­wo­li zsunęła się ze swe­go le­go­wi­ska, a po­tem boso prze­kradła się po szorst­kiej, drew­nia­nej podłodze w kie­run­ku kre­den­su. Był znacz­nie większy, niż jej się z początku zda­wało, i całkiem pu­sty, jeśli nie li­czyć sto­su książek z wzo­ra­mi dy­wanów w jed­nym rogu, oraz opar­tej o ściankę półto­ra­me­tro­wej beli ja­kie­goś ma­te­riału, który był zbyt lek­ki na dy­wan, lecz zbyt ciężki na zasłony. Przy­cupnąwszy za sto­sem książek, ułożyła je tak, żeby dawały pro­wi­zo­ryczną kryjówkę, a po­tem, aby utwo­rzyć do­dat­kową osłonę usiłowała prze­sunąć belę, która jed­nak oka­zała się cięższa niż Me­li­ha się spo­dzie­wała, i zaczęła wy­su­wać się z jej rąk. De­spe­rac­ko chwy­ciła ją z całych sił, w ostat­niej chwi­li za­po­bie­gając ude­rze­niu w drew­nianą ścianę kre­den­su, co niewątpli­wie za­alar­mo­wałoby jej prześla­dowców i wska­zało miej­sce ukry­cia. Po­wo­li, nie zważając na ból napiętych mięśni, ułożyła ma­te­riał przed sobą w po­przek sza­fy, jak sztabę bro­niącą dostępu do bra­my.

Po­tem wku­liła się naj­moc­niej jak mogła w tył kre­den­su i wyłączyła la­tarkę, przez co mo­men­tal­nie za­nu­rzyła się w ciem­nościach. Gdy jej wzrok przy­zwy­czaił się do gęste­go mro­ku, ośmie­liła się zerknąć w nie­wielką prze­strzeń, która po­zo­stała pomiędzy wierz­chem sto­su książek i brze­giem wygiętej w pałąk beli ma­te­riału. Ze swe­go miej­sca mogła uj­rzeć je­dy­nie wąski skra­wek al­ko­wy, ale nie do­strze­gała ani kawałka główne­go po­miesz­cze­nia, w którym mieścił się ma­ga­zyn dy­wanów.

Nie słyszała ni­cze­go. Żad­ne­go ru­chu. Żad­nych głosów.

To było równie ulot­ne, jak prze­my­kający cień.

Tuż przed jej oczy­ma. Zo­ba­czyła, jak ktoś lub coś prędko prze­su­wa się w po­przek wąskie­go wy­cin­ka al­ko­wy, który stąd wi­działa. Z pra­wej na lewą stronę. Ciem­ne trze­po­ta­nie. Nie była w sta­nie określić, czy na pew­no był to człowiek. Sapnęła z wrażenia, ale za­raz zdu­siła to w so­bie, za­sty­gając w bez­ru­chu. Oni tu byli. Tu­taj, na tym piętrze. Te­raz słyszała lek­kie odgłosy czy­ichś kroków. Czy­jeś ci­che słowa wy­ma­wia­ne po an­giel­sku.

Cień zno­wu prze­sunął się, tym ra­zem z lewa na pra­wo.

Me­li­ha na­wet nie drgnęła. Wciąż wstrzy­my­wała od­dech, pełna obaw, że tam­ci mogą ją usłyszeć. Sa­mot­na łza wez­brała w jej oku i spłynęła po po­licz­ku. Męczar­nia ocze­ki­wa­nia na mo­ment, kie­dy wresz­cie od­kryją jej pro­wi­zo­rycz­ne schro­nie­nie, sta­wała się wręcz nie do znie­sie­nia. Zno­wu czy­jeś głosy. Po­tem mil­cze­nie. Ci­sza. Mijały mi­nu­ty, ale nic się nie wy­da­rzyło. Me­li­ha tak bar­dzo skon­cen­tro­wała się na tej ci­szy, że pra­wie pod­sko­czyła, kie­dy coś ją prze­rwało. Tym ra­zem głosy spra­wiały wrażenie bar­dziej przytłumio­nych niż po­przed­nio. I roz­le­gały się nad nią. Na wyższym piętrze.

W końcu mogła ode­tchnąć, mogła po­zwo­lić so­bie na długi, spo­koj­ny od­dech. Jej prześla­dow­cy na pew­no znaj­do­wa­li się nad nią. Jed­nak nie byli tak do­brzy w swo­im fa­chu, jak się spo­dzie­wała. Wciąż ce­cho­wała ich zwykła, ludz­ka omyl­ność.

Trud­no było jej stwier­dzić, ile cza­su upłynęło, bo strach roz­ciągał każdą se­kundę w nie­skończo­ność. Jed­nak Me­li­ha przy­pusz­czała, że minęła co naj­mniej go­dzi­na od chwi­li, kie­dy tam­ci skończy­li spraw­dzać górne piętro. Znikąd nie do­bie­gały odgłosy prze­szu­ki­wa­nia ani spo­koj­ne, ci­che, wyważone roz­mo­wy po an­giel­sku. W końcu odważyła się zerknąć w ciem­ność. Nic. Ostrożnie, wol­no, upew­niając się, że ni­cze­go nie do­ty­ka, przekręciła rękę, żeby spoj­rzeć na nad­gar­stek, jed­nak ze­ga­rek nie miał świecących wskazówek, więc nie po­zwo­lił jej stwier­dzić, która jest go­dzi­na. W sku­lo­nych no­gach zaczęła od­czu­wać skur­cze, ale nie próbowała ich wy­pro­sto­wać. Ból sta­wał się co­raz bar­dziej do­kucz­li­wy, każde włókno w mięśniach za­ci­skało się co­raz moc­niej, lecz Me­li­ha nie zwra­cała na to uwa­gi. Skon­cen­tro­wała się na tym, żeby ode­gnać strach.

Be­nim küçük ce­sur ka­pla­nim. Sta­rała się przy­wołać z pamięci brzmie­nie głosu ojca, kie­dy wy­po­wia­dał te słowa. Jego spo­koj­ny ton, dźwięczącą w nim dumę. Be­nim küçük ce­sur ka­pla­nim.

Me­li­ha od­cze­kała całą ko­lejną go­dzinę. Wresz­cie spo­strzegła nieśmiały blask, który wle­wał się do wnętrza ma­ga­zy­nu. Wsta­wał dzień. Do­okoła nadal pa­no­wała ci­sza.

Tym ra­zem tam­ci za­wie­dli. A może tyl­ko po­dej­rze­wa­li, że ona prze­by­wa w bu­dyn­ku, nie wie­dzie­li na pew­no, lecz za­le­d­wie po­dej­rze­wa­li. Były inne miej­sca, o których być może im do­nie­sio­no, i pew­nie szu­ka­li te­raz właśnie tam. Zde­cy­do­wała, że od tej chwi­li nie wol­no jej po­je­chać nig­dzie, gdzie do tej pory bywała. I że musi wciąż być w ru­chu. Ich nie­po­wo­dze­nie nie­spo­dzie­wa­nie dało jej szansę, by zwiększyć dy­stans pomiędzy nią a jej prześla­dow­ca­mi. Mogła wy­do­stać się z tego mia­sta, wy­je­chać z tego kra­ju. Oczy­wiście jeśli będzie działać szyb­ko.

Me­li­ha od­sunęła na bok belę ma­te­riału – ostrożnie, naj­de­li­kat­niej jak tyl­ko mogła, sta­rając się nie spo­wo­do­wać naj­mniej­sze­go szme­ru. Wy­su­wając się zza ster­ty książek z wzo­ra­mi, za­trzy­mała się na mo­ment, prze­cze­sała spoj­rze­niem ten frag­ment ma­ga­zy­nu, który mogła zo­ba­czyć, i do­pie­ro wte­dy nie­pew­nym kro­kiem wy­sunęła się z al­ko­wy.

Było ich czte­rech. Cze­ka­li na nią. Sta­li bez ru­chu na sa­mym środ­ku główne­go po­miesz­cze­nia ma­ga­zy­nu. Czte­ry ciem­ne syl­wet­ki, czte­ry cie­nie. Po­zba­wio­ne wie­ku i płci. Ich po­sta­ci od­ci­nały się ostro na tle nie­wy­raźnego, roz­kwi­tającego mlecz­nym bla­skiem ogrom­ne­go okna. Dwóch miało na oczach coś wy­pukłego. Nok­to­wi­zo­ry. Żaden z nich na­wet nie drgnął, kie­dy Me­li­ha się po­ja­wiła. Nie było żad­nej re­ak­cji. Osta­tecz­nie prze­cież sta­li tak od dwóch go­dzin, cze­kając, aż ona sama wyj­dzie z kryjówki. Tak było bar­dziej sku­tecz­nie i o wie­le spo­koj­niej.

To byli oni. Me­li­ha wie­działa, że ją ści­gają. Ich oba­wiała się naj­bar­dziej.

Kon­so­li­da­to­rzy.

Ten, który znaj­do­wał się naj­bliżej Me­li­hy, po­wo­li uniósł ciemną rękę, jak­by chciał wska­zać na nią pal­cem. Po­tem roz­legł się su­chy trzask i po­czuła w pier­si szar­piący ból.

Upa­dając ple­ca­mi na tę samą stertę dy­wanów, na której nie­daw­no spała, miała wrażenie, że słyszy głos swo­je­go ojca, który woła do niej.

Be­nim küçük ce­sur ka­pla­nim.

ROZ­DZIAŁ 3Noc­na nawałnica

Na początku nie było bu­rzy.

Była je­dy­nie nie­zmie­rzo­na, otwar­ta i ciem­na prze­strzeń mo­rza. Bez skraw­ka lądu i śladu stat­ku. Nie było ni­ko­go, kto stałby się świad­kiem jej na­ro­dzin. Ale właśnie zda­rzyła się sy­zy­gia – usta­wie­nie w ide­al­nie pro­stej li­nii Słońca, Księżyca i Zie­mi. Księżyc znaj­du­je się wte­dy naj­bliżej Zie­mi, jak tyl­ko to możliwe, a stęsknio­ne mo­rze dźwiga się wy­so­ko, wy­gi­nając grzbiet pod jego prze­możnym przy­ciąga­niem.

Po­wie­trze nad po­wierzch­nią mo­rza było chłodne i su­che. Po­nad nim znaj­do­wała się ogrom­na masa jesz­cze chłod­niej­sze­go po­wie­trza, które na­ro­dziło się gdzieś na północy i da­le­ko na wscho­dzie, i stamtąd na­sunęło się nad tarczę bałtycką. A kie­dy już udało mu się tego do­ko­nać, uniosło się wyżej, aż do tro­pos­fe­ry, gdzie jego sy­be­ryj­ski chłód oziębił się jesz­cze moc­niej pod wpływem wy­so­kości, i te­raz, lo­do­wa­te nie do opi­sa­nia i wspa­nia­le wypiętrzo­ne, nie­dba­le spłynęło nad Atlan­tyk.

Ale tam za­gro­dzo­no mu drogę.

Coś prze­su­wało się ni­sko w po­przek wygiętego w łuk mo­rza; coś równie potężnego jak lo­do­wa­te zim­no powyżej. Ta masa po­wie­trza nad­ciągała z tro­pików, więc niosła ze sobą ciepło i mnóstwo wil­go­ci. Tak jak jej prze­su­wająca się w górze od­po­wied­nicz­ka, i ona była chłod­niej­sza niż za­zwy­czaj. Jej tem­pe­ra­tu­ra była o trzy pełne stop­nie wyższa od tej, którą nor­mal­nie osiągał prąd po­wie­trza.

Ciepłe po­wie­trze uno­si się, zim­ne zaś opa­da: ta­kie są pra­wa fi­zy­ki, pra­wa me­te­oro­lo­gii.

W ten oto sposób na­ro­dziła się bu­rza. Ciepłe, wil­got­ne po­wie­trze zo­stało za­ssa­ne ku górze w gwałtow­nym, me­zo­cy­klo­nicz­nym wi­rze, osiągając prędkość stu osiem­dzie­sięciu ki­lo­metrów na go­dzinę. Nad oce­anem ufor­mo­wał się wod­ny lej, który sięgał od mo­rza do nie­ba. Skon­den­so­wa­na para wod­na z gorącego po­wie­trza sy­czała i trzesz­czała od wyłado­wań elek­trycz­nych, a chmu­ry rosły na potęgę, ki­piały i pie­niły się z wściekłości. W końcu ogrom­na bu­rzo­wa su­per­ba­te­ria, ufor­mo­wała się ni­czym gi­gan­tycz­ne ko­wadło nad Atlan­ty­kiem, spra­wiając, że ciem­ność nocy zro­biła się jesz­cze bar­dziej mrocz­na.

Nałado­wa­na mi­lio­na­mi ton wody, nie­spiesz­nie obróciła się wokół własnej osi i jak zwia­stun zła zaczęła pełznąć w kie­run­ku wy­brzeża.

ROZ­DZIAŁ 4

Krey­sig uznał, że kołata­nie w pier­si jest oznaką krążącej w żyłach ad­re­na­li­ny, przez co od razu ogarnęło go po­czu­cie winy. Nastąpiła praw­dzi­wa ka­ta­stro­fa: mnóstwo bu­dynków zo­stało uszko­dzo­nych, wie­le osób od­niosło poważne obrażenia, być może niektórzy na­wet stra­ci­li życie... Ro­dzin­ne mia­sto Krey­siga zo­stało za­ata­ko­wa­ne: gwałtow­nie, nie­prze­jed­na­nie, bez miłosier­dzia.

Jed­nak stojąc tu­taj, pośród wrza­wy i tu­mul­tu, Lars Krey­sig czuł, jak prze­szy­wa go dreszcz eks­cy­ta­cji. Właśnie do cze­goś ta­kie­go zo­stał stwo­rzo­ny.

Noc wypełnio­na była łosko­tem ciężkie­go sprzętu, grze­cho­tem ma­szyn, szu­mem prze­nośnych ge­ne­ra­torów prądu, prze­szy­wającym, nie­ustępli­wym po­pi­ski­wa­niem co­fających się wozów straży pożar­nej i mia­ro­wym łomo­tem pra­cujących pomp; tak brzmiały grzmo­ty wy­pro­du­ko­wa­ne przez człowie­ka, który usiłował współza­wod­ni­czyć z na­po­rem wi­chru i desz­czu, stwo­rzo­ny­mi przez na­turę. Wszyst­ko do­okoła błysz­czało od wil­go­ci i mie­niło się w bla­sku lamp łuko­wych oraz czer­wo­nych, nie­bie­skich i po­ma­rańczo­wych ko­gutów wozów straży pożar­nej, ka­re­tek po­go­to­wia i bul­dożerów gąsie­ni­co­wych. Naj­gor­sze już minęło i zaczął się odpływ, lecz pełna po­gar­dy na­tura wciąż szar­pała wia­trem żółty, ochron­ny kom­bi­ne­zon Krey­si­ga, gniew­nie bębniąc śru­tem deszczo­wych kro­pli o jego twar­dy ka­pe­lusz.

Powyżej kołysało się ma­syw­ne ramię wysięgni­ka dźwigu Lie­bherr LTM 1130-5.2, po­dob­ne do szyi ja­kie­goś dzi­wacz­ne­go, żerującego nocą di­no­zau­ra, a ciężkie ka­ble i łańcu­chy szczękały donośnie. Zespół strażaków za­ha­czył łańcu­cha­mi splątaną masę drew­na i me­ta­lu, które powódź wy­miotła na sze­ro­ki plac obok Fi­sch­markt. Ope­ra­tor, przy po­mo­cy wysięgni­ka z kra­tow­nicą, pod­niósł z zie­mi połama­ne szczątki i ostrożnie ułożył na na­cze­pie wozu, uprzątając w ten sposób za­la­ny ob­szar. W tym cza­sie dru­ga, mniej­sza ma­szy­na opuściła część uzbro­jo­nej rury do usu­wa­nia wody. Ten sam zespół strażaków rzu­cił się naprzód, żeby umo­co­wać złączki i połączyć ten frag­ment z po­zo­stałą częścią ru­ro­ciągu. Gdy tyl­ko połącze­nie zo­stało utwo­rzo­ne, Krey­sig krzyknął parę słów do na­daj­ni­ka, a po chwi­li następne dwie pom­py podjęły pracę.

I znów Krey­sig po­czuł dreszcz emo­cji, ja­kie budzą się je­dy­nie pod­czas wal­ki. Bo to była wal­ka – praw­dzi­wa wal­ka człowie­ka z na­turą, on zaś wal­czył po stro­nie człowie­ka.

Mężczy­zna wie­dział już do­brze wcześniej, że zbliża się ka­ta­stro­fa. Nawałnica przeszła przez Francję i An­glię, wszędzie siejąc falę znisz­czeń, a Północ­no­nie­miec­ki Urząd Kli­ma­tycz­ny i Nie­miec­ka Służba Me­te­oro­lo­gicz­na uważnie śle­dziły jej szlak. Ob­ser­wo­wały także ak­tyw­ność in­ne­go sku­pi­ska chmur, które for­mo­wało się nad Mo­rzem Północ­nym, sto osiem­dzie­siąt ki­lo­metrów na południo­wy wschód od Ju­tlan­dii. Zupełnie jak­by dwie ar­mie, gro­madzące się przed równo­cze­snym ata­kiem, po­sta­no­wiły połączyć swe siły, za­nim przy­puszczą szturm na Ni­der­lan­dy, Danię i północną część Nie­miec. Krey­sig wi­dział już Ham­burg znisz­czo­ny przez powódź. Ta w 1953 roku zda­rzyła się jesz­cze przed jego uro­dze­niem, a w 1962, gdy w mia­sto ude­rzyła nawałnica, za­bi­jając po­nad trzy­stu lu­dzi i sześćdzie­siąt tysięcy po­zba­wiając da­chu nad głową, Krey­sig był jesz­cze nie­mowlęciem. Jed­nak bar­dzo do­brze pamiętał powódź z roku 1976. A w 2007 pełnił już funkcję star­sze­go ofi­ce­ra straży pożar­nej. Za każdym ra­zem woda wdzie­rała się wyżej, lecz jed­no­cześnie Ham­burg był co­raz le­piej przy­go­to­wa­ny, odro­binę moc­niej chro­nio­ny.

Tak samo było tym ra­zem. Za­nim powódź wtargnęła w głąb mia­sta, mi­lio­no­we wy­dat­ki w po­sta­ci zapór prze­ciw­po­wo­dzio­wych odpłaciły się w je­den je­dy­ny sposób – blo­kując jej im­pet i tworząc kanały dla bu­rzo­wej fali. Pew­ne znisz­cze­nia były jed­nak nie­unik­nio­ne i lu­dzie wie­dzie­li, w których miej­scach po­win­ni być go­to­wi na walkę z żywiołem i gdzie usta­wić li­nie obro­ny – włącznie z ob­sza­rem w oko­li­cach Fi­sch­markt, gdzie St. Pau­li gra­ni­czyło z cen­tralną dziel­nicą mia­sta.

Do Krey­si­ga pod­szedł Tram­ber­ger, jego zastępca, i schy­lając ku nie­mu swą po­oraną przez wiatr i słońce twarz, zaczął krzy­czeć, żeby można było go usłyszeć mimo bu­rzy i huku ma­szyn.

– Wszyst­kie pom­py za­nu­rze­nio­we i die­sle są podłączo­ne! Już zaczął się odpływ i woda wyraźnie opa­da! Spadła do około trzech metrów po­nad zwykły po­ziom!

Krey­sig uśmiechnął się od ucha do ucha i po­kle­pał swo­je­go zastępcę po ra­mie­niu. Zwy­ciężyli. Prze­sunął spoj­rze­niem po lu­dziach, których zmo­bi­li­zo­wał do działania: cały zespół pra­co­wał na pełnych ob­ro­tach. To była ciężka, roz­dzie­rająca mięśnie pra­ca, a mimo to nikt nie oka­zy­wał na­wet śladu zmęcze­nia, które o tej po­rze mu­siało obciążać każdy ruch jak ołów. Do­bry zespół, pomyślał. Cho­ler­nie do­bry zespół. Sam go stwo­rzył, wy­bie­rając naj­lep­szych lu­dzi ze straży pożar­nej, po­li­cji por­to­wej, oraz Służb Ko­mu­nal­nych Mia­sta i Państwa Ham­burg.

Skon­tro­lo­wał, co słychać u jego po­zo­stałych drużyn, pra­cujących na za­chod­nich od­cin­kach Klop­stock­stras­se i König­stras­se. Ze­wsząd do­cie­rały te same wieści. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dziła piąta rano. Od dwu­na­stu go­dzin wal­czy­li z po­wo­dzią. Spoglądając na ciem­ne nie­bo, Krey­sig uj­rzał kłęby chmur, które złowiesz­czo mknęły nad mia­stem. Zupełnie jak eska­dra bom­bowców, pomyślał, która podąża w dal, budząc nie­pokój i oba­wy ko­lej­nych znisz­czeń. Wie­dział jed­nak, że te chmu­ry przy­niosą spu­sto­sze­nie gdzie in­dziej. Ham­burg od­ro­bił już swoją zmianę. Przy­najm­niej na ra­zie.

I właśnie wte­dy Krey­sig spo­strzegł, że je­den z ze­społów na­gle za­prze­stał pra­cy. Strażacy sta­li w kręgu, spoglądając na coś, co właśnie uka­zało się ich oczom i co spo­czy­wało na świeżo odsłoniętym as­fal­cie El­be­stras­se. Dowódca od­działu po­pa­trzył na Krey­siga, a po­tem na Tram­ber­ge­ra i przy­wołał ich do sie­bie nie­cier­pli­wym głosem.

Krey­sig od razu po­czuł, że coś jest nie w porządku.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

ROZ­DZIAŁ 5

Jan Fa­bel bu­dził się. Stop­nio­wo. Wcześniej przyśnił mu się sen – o tym, że zno­wu znaj­du­je się w Nord­de­ich, w domu swo­je­go dzie­ciństwa, i że sie­dzi w daw­nym ga­bi­ne­cie ojca, roz­ma­wiając z człowie­kiem, o którym wie­dział, że nie żyje i który także o tym wie­dział. Fa­bel pragnął odpędzić od sie­bie ten sen i po­zo­sta­wić go na dnie pamięci, gdzie szyb­ko mógłby popaść w za­po­mnie­nie.

Po­wo­li wy­nu­rzył się z otchłani ma­rze­nia sen­ne­go i zdał so­bie sprawę, że słyszy ja­kieś głosy. Ra­dio, które pełniło funkcję bu­dzi­ka, włączyło się na kanał Nord­deut­sche Rund­funk. Właśnie trwała jakaś de­ba­ta, a je­den z głosów wy­da­wał się dziw­nie zna­jo­my.

Przez mo­ment leżał bez ru­chu i gapił się w su­fit, sta­rając się połączyć po­roz­rzu­ca­ne frag­men­ty rze­czy­wi­stości i próbując zro­zu­mieć, o czym mówi ów głos w ra­dio. Cie­ka­we, kto to jest, pomyślał Fa­bel. Zda­wał so­bie sprawę, że nie­raz słyszał go w całkiem re­al­nym świe­cie, ale na ra­zie był zbyt za­spa­ny, by skon­cen­tro­wać się na umiej­sco­wie­niu tego głosu w cza­sie i prze­strze­ni. Nie­spiesz­nie odwrócił się na bok; Su­san­ne wciąż spała, odwrócona do nie­go ple­ca­mi. De­li­kat­nie potrząsnął jej ra­mie­niem, a wte­dy wydała z sie­bie dźwięk, który oscy­lo­wał gdzieś pomiędzy sen­nym ukon­ten­to­wa­niem a iry­tacją.

– Czas wsta­wać – ode­zwał się.

Od­po­wie­działo mu następne, tym ra­zem zde­cy­do­wa­nie nie­za­do­wo­lo­ne mruk­nięcie.

Wy­sunął nogi na zewnątrz i usiadł na brze­gu łóżka. I wte­dy so­bie przy­po­mniał. Ber­thold Müller-Vo­igt. To jego głos roz­po­znał w ra­diu. Z pew­nością miał okazję słyszeć go już wcześniej, bo Müller-Vo­igt był se­na­to­rem za­sia­dającym w ko­mi­sji do spraw śro­do­wi­ska, w Se­na­cie Mia­sta Ham­bur­ga, a także osobą, z którą w przeszłości nie­raz załatwiał różne spra­wy.

Fa­bel zmarsz­czył brwi, od­gar­niając z oczu ko­smyk ja­snych włosów. Zno­wu potrząsnął ra­mie­niem Su­san­ne i również tym ra­zem od­po­wie­dział mu pełen niechęci po­mruk. Wyłączając alarm w ra­diu, wstał z łóżka, prze­ciągnął się i ru­szył do łazien­ki. Ra­zem z Su­san­ne zaj­mo­wa­li to miesz­ka­nie od po­nad dwóch lat, lecz wciąż łapał się na tym, że rano musi za­sta­no­wić się, jak wygląda rozkład po­miesz­czeń. Ogo­lił się, wziął prysz­nic i założył ubra­nie. Jak zwy­kle wy­brał bluzę z gol­fem, drogą an­gielską ma­ry­narkę z twe­edu, ciem­ne spodnie oraz buty z nie­wy­pra­wio­nej skóry.

Właśnie kończył pa­rzyć kawę, gdy do kuch­ni weszła Su­san­ne, wciąż ubra­na w szla­frok. Jej ciem­ne, gęste włosy kłębiły się w nieładzie, do­bit­nie wyrażając jej niechęć do zmie­rze­nia się z nad­chodzącym dniem.

– Spóźnisz się – po­wie­dział.

Właści­wie chciał po­wie­dzieć, że przez nią obo­je się spóźnią. Su­san­ne zwy­kle pra­co­wała w swo­im biu­rze, w In­sty­tu­cie Me­dy­cy­ny Sądo­wej w Ep­pen­dorf, lecz dwa razy w ty­go­dniu jeździła do ko­men­dy po­li­cji, i w te dni zwy­kle bra­li je­den sa­mochód. Fa­bel za­wsze wy­cho­dził z sie­bie z po­wo­du opie­szałości, z jaką Su­san­ne szy­ko­wała się do pra­cy, jed­nak dzi­siaj de­ner­wo­wał się bar­dziej niż zwy­kle, bo Su­san­ne miała wziąć udział w se­mi­na­rium, w Fe­de­ral­nym Biu­rze Kry­mi­nal­nym w Wies­ba­den, a on zgo­dził się pod­rzu­cić ją na lot­ni­sko, żeby mogła złapać po­ran­ny sa­mo­lot do Frank­fur­tu.

– Za­raz będę go­to­wa – od­parła.

Wzięła filiżankę kawy, którą jej podał, i oparła łokcie na ku­chen­nym bla­cie.

– Do­brze spałeś? – spy­tała. – Ja przez tę cho­lerną burzę przez pół nocy nie zmrużyłam oka.

– Wy­da­je mi się, że właśnie to mnie obu­dziło.

Kłamał jak z nut. To wca­le nie bu­rza obu­dziła go w środ­ku nocy, ale już daw­no po­sta­no­wi­li, że nie będą więcej roz­ma­wiać o jego snach. O jego kosz­mar­nych snach.

Su­san­ne pstryknęła włączni­kiem małego te­le­wi­zor­ka, który trzy­ma­li w kuch­ni. To także był je­den z kom­pro­misów, na które Fa­bel mu­siał się zgo­dzić. Nie należał do namiętnych wiel­bi­cie­li te­le­wi­zji i nig­dy nie mógł zro­zu­mieć, dla­cze­go lu­dzie ko­niecz­nie muszą mieć w domu więcej niż je­den od­bior­nik, lecz pew­ne­go dnia po po­wro­cie do domu zo­ba­czył na ku­chen­nym bla­cie ten te­le­wi­zor – no­we­go, mi­goczącego in­tru­za, który nie­ocze­ki­wa­nie wdarł się do jego świa­ta. Fait ac­com­pli wy­ni­kający ze wspólne­go miesz­ka­nia; następny znak, że jego prze­strzeń, jego życie było te­raz wspólną własnością.

– Po­patrz na to... – mruknęła.

Właśnie nada­wa­no re­por­taż o poważnej po­wo­dzi, Łaba wystąpiła z brzegów. Zna­lazł się tam ma­te­riał fil­mo­wy o umoc­nie­niach przeciwpo­wo­dziowych w oko­li­cach por­tu i o mo­bi­li­za­cji w po­bliżu Fi­sch­markt. Re­por­ter z wyćwi­czoną po­wagą wypełniał swo­je za­da­nie.

– Jak do­brze, że dziś rano nie je­dzie­my wzdłuż Elb­chaus­see – za­uważyła Su­san­ne.

– I tak możemy mieć pro­ble­my z do­jaz­dem na lot­ni­sko. Wy­obrażam so­bie, jaki dziś będzie ruch, biorąc pod uwagę ilość ob­jazdów i in­nych nie­spo­dzia­nek. Moim zda­niem po­win­niśmy wyjść trochę wcześniej – od­parł Fa­bel, wy­mow­nie spoglądając na ze­ga­rek.

Su­san­ne wy­krzy­wiła się ko­micz­nie, po­wra­cając do nie­spiesz­ne­go de­lek­to­wa­nia się swoją kawą.

– Może za­dzwo­nię na lot­ni­sko i sprawdzę, czy nie ma ja­kichś opóźnień. – Fa­bel ru­szył w stronę te­le­fo­nu.

– Po co dzwo­nić? – za­py­tała znad swo­je­go kub­ka z kawą. – Le­piej spraw­dzić on­li­ne.

– Nig­dy nie wia­do­mo, jak często wpro­wa­dzają bieżące dane – od­po­wie­dział. – A jeżeli już roz­ma­wiasz z jakąś ludzką istotą, to...

Su­san­ne par­sknęła z po­gardą.

– Z ludzką istotą? Chy­ba trochę prze­sa­dzasz, prze­cież roz­ma­wia­my o kimś, kto pra­cu­je na lot­ni­sku! Za­ufaj mi, użyj kom­pu­te­ra, prze­ko­nasz się, że jest mniej au­to­ma­tycz­ny. Albo wiesz, co? Sama to zro­bię, kie­dy tyl­ko się ubiorę. Tyl­ko nadal za cho­lerę nie ro­zu­miem, cze­mu tak się bo­isz zdo­by­czy tech­no­lo­gii.

– Wca­le nie boję się zdo­by­czy tech­no­lo­gii – mruknął Fa­bel. – po pro­stu je­stem tra­dy­cjo­na­listą. Zresztą po­patrz na tego Zabójcę z Sie­ci, którego ści­ga­my od sześciu mie­sięcy... Albo na za­mie­sza­nie spo­wo­do­wa­ne nad­mier­nym za­ufa­niem do kom­pu­terów. Do­sta­liśmy mnóstwo no­ta­tek służbo­wych na te­mat tego wi­ru­sa o na­zwie Kla­bau­ter­mann, którego ktoś wpro­wa­dził do sys­te­mu ma­ilo­we­go urzędów Ham­bur­ga.

Su­san­ne wy­buchnęła śmie­chem.

– Ra­czej nie złapiesz tego wi­ru­sa. Po­wiedz mi, skar­bie, jak zdołałeś przeżyć, kie­dy rąbnął ten me­te­or?

– Jaki znów me­te­or? – spy­tał z iry­tacją.

– No wiesz, ten, który wykończył wszyst­kie inne di­no­zau­ry... – Su­san­ne pod­kreśliła ostat­nie słowo i za­raz zaśmiała się z własne­go dow­ci­pu. – Zresztą, o ile zdołałam się zo­rien­to­wać, wi­rus Kla­bau­ter­mann nie dał rady po­ko­nać za­bez­pie­czeń sys­te­mu Po­li­zei Ham­burg, ale mamy go w In­sty­tu­cie Me­dy­cy­ny Sądo­wej. To cho­ler­ny kłopot, muszę ci przy­znać rację. Na szczęście za­nim za­ata­ko­wał, udało nam się zro­bić ko­pie wszyst­kich ma­ili.

– Mam prost­sze roz­wiąza­nie. Na­zy­wa się wy­druk na pa­pie­rze.

– Ach tak? – Su­san­ne wresz­cie od­sta­wiła ku­bek i kołysząc bio­dra­mi, po­wol­nym kro­kiem prze­sunęła się w stronę wyjścia. – W ta­kim ra­zie nie mu­si­my się mar­twić o wi­ru­sa Kla­bau­ter­man­na ani awa­rię sys­te­mu... Je­dy­ne, co po­win­no nas nie­po­koić, to ta­kie małe mole książkowe jak ty. Praw­da, ko­cha­nie?

Prze­chodząc, lek­ko zmierz­wiła mu włosy. Fa­bel zmarsz­czył brwi.

Kie­dy Fa­bel i Su­san­ne do­tar­li do miej­sca, gdzie stał za­par­ko­wa­ny jego ka­brio­let, deszcz już całkiem prze­stał padać. Nie­bo nadal wyglądało groźnie i było ciężkie od chmur, a ko­lo­rem przy­po­mi­nało stal, z której bu­du­je się stat­ki. Wkładając do bagażnika wa­lizkę i skórzaną teczkę Su­san­ne, Fa­bel wes­tchnął ciężko.

– Następny za­sra­ny dzień – posępnie mruknęła Su­san­ne.

Za­trzasnęła drzwicz­ki i za­raz zaklęła siar­czyście, gdyż parę kro­pli wody spłynęło z da­chu i kapnęło jej na włosy.

– To cho­ler­ne gówno prze­cie­ka... Prze­cież wiesz o tym.

– Jak dotąd nig­dy nie było z tym pro­ble­mu – od­parł, le­d­wie mam­rocząc słowa pod no­sem. – W po­przed­nim miesz­ka­niu miałem za­da­szo­ny par­king.

– Według mnie, po­wi­nie­neś poważnie za­sta­no­wić się nad sprze­da­niem tego gra­ta. – Su­san­ne po­sta­no­wiła zi­gno­ro­wać wcześniej­szy ko­men­tarz. – Musi mieć chy­ba z dzie­sięć lat. Za­wsze je­steś strasz­nie za­sad­ni­czy, jeśli cho­dzi o ochronę przy­ro­dy, a prze­cież w porówna­niu z tym, co mógłbyś kupić te­raz, taki ru­pieć nie może być su­per­oszczędny ani przy­ja­zny dla śro­do­wi­ska.

– A mi całkiem od­po­wia­da – po­wie­dział Fa­bel, wy­pro­wa­dzając auto z miej­sca par­kin­go­we­go. – Zresztą nie ro­zu­miem, w jaki sposób ma pomóc śro­do­wi­sku dokłada­nie do całej resz­ty, która już jeździ po dro­gach, jesz­cze jed­ne­go sa­mo­cho­du? Na­wia­sem mówiąc, sko­ro je­steś taka eko­lo­gicz­na, to cze­mu le­cisz do Frank­fur­tu sa­mo­lo­tem? Mogłaś prze­cież po­pro­sić, żeby wysłali cię pociągiem.

– Och, to ty je­steś ma­nia­kiem ochro­ny śro­do­wi­ska, nie ja. – Su­san­ne uśmiechnęła się złośli­wie. – Pew­nie dla­te­go, że w dzie­ciństwie rzad­ko miałeś okazję oglądać praw­dzi­we drze­wa na tych cud­nych równi­nach Fry­zji Wschod­niej. Przy­pusz­czam, że wiatr po­przew­ra­cał wszyst­ko, co tam rosło.

– Mamy trochę drzew. Może fak­tycz­nie nie tyle, ile w tej two­jej po­nu­rej Ba­wa­rii, ale jed­nak parę sztuk się znaj­dzie.

– U nas rze­czy­wiście rośnie mnóstwo drzew, to praw­da – od­parła Su­san­ne. – W la­sach jest ich pełno. Tak samo w górach. Wiesz chy­ba, jak wyglądają praw­dzi­we góry, ty nieszczęsny chłopta­siu z Fry­zji? To taki wiel­ki, wiel­ki, na­prawdę wiel­ki wał.

– Strasz­nie śmiesz­ne.

– Właści­wie je­stem zdzi­wio­na, że zde­cy­do­wałeś się na prze­pro­wadzkę do Ham­bur­ga. Tu­taj musi być przy­najm­niej dwa me­try po­nad po­zio­mem mo­rza. Czy przy­pad­kiem nie zda­rzają ci się krwa­wie­nia z nosa?

Fa­bel roześmiał się.

– Jeśli lu­dzie tacy jak ty będą latać wewnętrzny­mi li­nia­mi, to już niedługo znaj­dzie­my się pod po­zio­mem mo­rza.

– Wte­dy będę podróżować łodzią. Albo łodzią pod­wodną.

I Su­san­ne zaczęła mru­czeć me­lo­dię Yel­low Sub­ma­ri­ne, uśmie­chając się przy tym z za­do­wo­le­niem.

Za­miast prze­dzie­rać się przez mia­sto, Fa­bel po­sta­no­wił po­je­chać wzdłuż Beh­ring­stras­se i skręcić w stronę au­to­stra­dy A7. Gdy zbliżali się do wjaz­du, na mu­rze przy dro­dze do­strzegł ol­brzy­mi pla­kat, rozwście­czo­ne mo­rze pod ciężkim, bu­rzo­wym nie­bem, a w od­da­li ry­so­wała się la­tar­nia mor­ska, która rzu­cała na fale po­je­dynczą smugę światła. Pod ob­raz­kiem znaj­do­wało się coś w ro­dza­ju lo­go­ty­pu: na­pis THE PHA­ROS ENVI­RON­MEN­TAL PRO­JECT oraz sty­li­zo­wa­ne oko. Hasło umiesz­czo­ne poniżej głosiło po nie­miec­ku: „Nad­ciąga nawałnica”.

– Myślisz, że to fak­tycz­nie może się zda­rzyć? – spy­tała z roz­tar­gnie­niem Su­san­ne, ob­ser­wując ol­brzy­mie­go mer­ce­de­sa z napędem na czte­ry koła, który właśnie śmignął obok.

– Co ta­kie­go?

– An­tro­po­ge­nicz­na zmia­na kli­ma­tu – powtórzyła py­ta­nie i odwróciła wstecz­ne lu­ster­ko do sie­bie, żeby nałożyć na usta szminkę. – Uważasz, że to re­al­ne za­grożenie? Że rze­czy­wiście po­no­si­my od­po­wie­dzial­ność za to, że kli­mat za­czy­na wa­rio­wać, i to dla­te­go zda­rzają się ta­kie bu­rze, jak ta z zeszłej nocy?

– Oczy­wiście, że za­grożenie jest re­al­ne. – Fa­bel jed­nym szarp­nięciem przekręcił lu­ster­ko, usta­wiając je z po­wro­tem we właści­wej po­zy­cji, a następnie wes­tchnął z iry­tacją. – Wszyst­kie do­wo­dy wska­zują na to, że tak jest. Je­steś prze­cież na­ukow­cem, sama wi­działaś dane. Chcesz po­wie­dzieć, że im nie wie­rzysz?

– Nie... Nie to miałam na myśli. Ale może to nie tyl­ko na­sza wina, może taka jest na­tu­ral­na ko­lej rze­czy... To prze­cież zda­rzało się już przed­tem. A jeśli mówimy o na­tu­ral­nych zmia­nach, to po­je­dyn­czy wul­kan może na­ro­bić więcej szkód niż ludz­kość przez cały okres swo­je­go ist­nie­nia. Przy­po­mnij so­bie tyl­ko, ja­kie za­mie­sza­nie wywołał wy­buch tego wul­kanu na Is­lan­dii, kie­dy pył wul­kaniczny prze­do­stał się do at­mos­fe­ry. Jeśli ta­kie maleństwo albo nie daj Boże któryś z jego star­szych bra­ci wy­buchnie, zima może po­trwać przez wie­le, wie­le lat. Za­cznie się ma­so­wy głód. Może na­wet nastąpi całko­wi­ta i nie­od­wra­cal­na zmia­na kli­ma­tu. To prze­cież nie my, to na­tu­ra.

– Może w przy­ro­dzie rze­czy­wiście ist­nieją na­tu­ral­ne prze­mia­ny, ale my zde­cy­do­wa­nie się do nich dokłada­my. To ma sens: przez półtora wie­ku uwol­ni­liśmy ener­gię z za­pasów węgla, która nor­mal­nie star­czyłaby na mi­lio­ny lat. – Fa­bel znów wes­tchnął i spoj­rzał na ze­ga­rek.

Na dro­dze pa­no­wał większy za­tor, niż się wcześniej spo­dzie­wał. W do­dat­ku za­tor dość nie­zwykły: ob­ser­wując liczbę ran­ge ro­verów, mer­ce­desów wiel­kości okrętów bo­jo­wych i le­xusów, Fa­bel domyślił się, że większość lu­dzi zwy­kle dojeżdżających do pra­cy z zamożnego przed­mieścia Blan­ke­ne­se – położone­go nie­co da­lej w górę rze­ki i znacz­nie bar­dziej zamożnego niż jego Ot­ten­sen, gdzie miał miesz­ka­nie – zo­stało zawróco­nych z Elb­chaus­see, głównej ar­te­rii wiodącej wzdłuż rze­ki.

– Może rze­czy­wiście po­wi­nie­nem się za­sta­no­wić nad wy­mianą tego ru­pie­cia – po­wie­dział głucho, przyglądając się pro­ce­sji luk­su­so­wych ma­rek.

– Mam na­dzieję, że wciąż roz­ma­wia­my o sa­mo­cho­dach. – Su­san­ne uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Za­dzwo­nię do cie­bie dziś wie­czo­rem z ho­te­lu, kie­dy już skończę se­mi­na­rium.

– Pew­nie wciąż będę na ko­mi­sji.

– W spra­wie tego Zabójcy z Sie­ci? – spy­tała Su­san­ne.

– Tak. Aż do północy będę ścigał elek­tro­nicz­ne­go upio­ra – mruknął posępnie.

Chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale prze­rwało mu brzęcze­nie komórki.