Wydawca: Stara Szkoła Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 307 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strach - Jozef Karika

Mistyczny thriller przesiąknięty strachem.

 

Po rozpadzie kilkuletniego związku Jożo Karsky powraca do rodzinnego Rużomberka. Tam czeka na niego puste mieszkanie rodziców, najmroźniejsza od kilku dziesięcioleci zima i podnóże góry skrywającej mroczną tajemnicę.

 

Wkrótce w sąsiedztwie zaczynają znikać dzieci.

 

Strach sięga do korzeni ludzkich lęków, diagnozując jednocześnie choroby współczesnego społeczeństwa.

 

Jozef Karika – autor thrillerów, horrorów i powieści sensacyjnych, laureat wielu nagród literackich, jeden z najpopularniejszych pisarzy słowackich. Zdobywca najbardziej prestiżowej nagrody literackiej na Słowacji - Anasoft Litera w kategorii nagroda czytelników (2017).

Opinie o ebooku Strach - Jozef Karika

Fragment ebooka Strach - Jozef Karika

O północy przyszedł Łokcibroda i zawołał:

– Na piędź chłopa, na piędź chłopa, na łokieć broda, otwórz mi, otwórz, dziewczyno młoda!

Ją lęk ogarnął i ukryła się w kącie za piecem. Wtem Łokcibroda drzwi wyłamał i już stał pośrodku chaty i na powrót tak krzyczał. Potem złapał ją i wytrząsnął ze skóry. Mięso i kości poobgryzał, a skórę powiesił na drzwiach. Potem wziął głowę i poodcinał wargi z ust; że tylko zęby się szczerzyły. Wybił jedną szybkę w oknie i tam wsadził tę głowę.

Pavol Dobšinský

Słowackie podania ludowe

Właśnie wkroczył na najniebezpieczniejszy teren czarodziejskiego poznania. To czysty strach, prawdziwy nocny koszmar. Bezcielesne istoty są gorsze od dżumy. Przez kanał przerażenia przenikają do nas, do codziennego świata i miewa to katastrofalne skutki. Za pomocą strachu mogą z łatwością doprowadzić nas do niepoczytalności i szaleństwa. Pamiętaj, że te istoty wytwarzają siłę, dzięki której z łatwością są w stanie przenieść śniącego do światów, których nie sposób opisać.

Carlos Castaneda

Sztuka śnienia

I.

DRZWI MIESZKANIA RODZICÓW otworzyły się tak lekko, jakby wkroczenie na teren, z którego przez całe dzieciństwo pragnąłem uciec, nie było niczym trudnym. Parkiet w przedpokoju zaskrzypiał – nawet teraz, po latach, pamiętałem ten dźwięk. Przemawiał do mnie codziennie, dopóki w wieku osiemnastu lat nie wyjechałem do internatu. Później przyjeżdżałem tu rzadko, tylko jeśli naprawdę musiałem, na przykład na pogrzeb matki. Ale nawet wtedy nie zostałem na dłużej – zaraz po powrocie ze stypy ojciec włączył telewizor i, gryząc cebulę, całą swoją uwagę skupił na jakimś teleturnieju. Płakać zaczął dopiero w nocy, kiedy był pewny, że śpię. Zamknął się w łazience i najpierw chwilę pochlipał, a potem zaczął szlochać (starał się, żebym niczego nie usłyszał, to było dla niego najważniejsze).

Nawet nie ściągnąłem butów, odłożyłem torbę na podłogę w przedpokoju i poszedłem prosto do kuchni, żeby otworzyć okno. W niewietrzonym mieszkaniu unosił się smród cebuli. Nienawidziłem go, przez chwilę nawet z obawą zastanawiałem się, czy nie przesiąkły nim ściany. Na szczęście po chwili mroźne powietrze pachnące śniegiem i pobliskim lasem wyparło stęchliznę. Kiedy tylko ten przeklęty fetor cebuli zniknął, odżyłem.

Wróciłem do przedpokoju, zdjąłem buty i zrzuciłem z siebie grubą kurtkę. Dopiero teraz zacząłem trząść się z zimna. W mieszkaniu panował chłód nie tylko z powodu otwartego okna w kuchni. Ojciec od ponad roku mieszkał w domu opieki, a kaloryfery nie grzały – były ustawione na kilka stopni powyżej zera, żeby tylko nie zamarzły. Poprosiłem o to sąsiadkę, kiedy zeszłej zimy zadzwoniła do mnie do Żyliny z wiadomością, że ojca zabrali lekarze. Nie odwiedziłem go tam ani razu. Już bardziej interesowało mnie puste mieszkanie. Nie wiedziałem, co z nim zrobić, ale zbytnio się nad tym nie zastanawiałem – nie miałem na to czasu. Od tamtej pory jednak co miesiąc płaciłem za ogrzewanie i prąd, jakbym przeczuwał, jak skończy się moje życie w Żylinie i podświadomie przygotowywał sobie miejsce do ewakuacji.

Na wspomnienie Livii ścisnęło mi się gardło i poczułem ucisk w klatce piersiowej. Już od kilku tygodni przeczuwałem, że coś się stanie, że coś jest nie w porządku. Niby wszystko było po staremu: mieszkaliśmy razem, kochaliśmy się i dogadywaliśmy, ale gdzieś w głębi każde z nas żyło już samotnie.

Wybrała sobie doskonały moment, to trzeba przyznać. Nigdy wcześniej nie bywała wyrachowana, może tym razem również nie zrobiła tego celowo. Po prostu nie wytrzymała, słowa same wypłynęły jej z ust, zrzuciła ciężar, którego nie mogła już udźwignąć.

Rozstanie.

– Jasne, rozumiem – wydusiłem z siebie. Oczywiście, dlaczego nie mielibyśmy rozejść się akurat teraz, gdy zostałem bezrobotny? Mała agencja reklamowa, dla której od czterech lat pracowałem, rozpadła się. Chciałem zacząć szukać nowego zajęcia, ale przez rozstanie z Livią straciłem resztki sił. Ponadto nie miałem gdzie mieszkać. Wprawdzie Livia nie wyganiała mnie, ale w tamtym mieszkaniu nie wytrzymałbym już ani minuty dłużej. Było mi w nim przeraźliwie zimno, jakby do środka przenikał ostry styczniowy mróz. Nawet mróz na początku tego podobno magicznego 2012 roku był, jak na złość, wyjątkowo okrutny. Kilkukrotnie upewniałem się, że kaloryfery działają, ale ciągle dygotałem z zimna. Kiedy w mieszkaniu była Livia, robiło się jeszcze chłodniej.

Nie chciało mi się biegać po mroźnej Żylinie w poszukiwaniu nowego mieszkania i pracy, nie byłem w stanie, potrzebowałem odpoczynku. Spakowałem swoje rzeczy, wsiadłem do pociągu (koszmarnie powolny poranny skład) i dowlokłem się do domu – do Rużomberka.

Tu wcale nie było lepiej, przywitało mnie równie zimne mieszkanie. W dodatku od ponad roku stało puste (zamieszkiwały je tylko czyhające na każdym kroku wspomnienia), powietrze wypełniał cebulowo-papierosowy smród, a wysuszony parkiet skrzypiał tak samo, jak wtedy, gdy biegałem po nim z płaczem, uciekając przed rozwścieczonym ojcem.

Pierwszy wieczór spędziłem przy oknie, obserwując śnieg. Padał mocno i nieprzerwanie, lekki biały puch pokrywał drzewa i dachy okolicznych domów. Na pewno zasypał już drogę dojazdową, przez kilka najbliższych dni będą tu mogły dotrzeć wyłącznie auta w łańcuchach.

Widok na zaśnieżone Małe Tatry – podmiejskie osiedle, na którym się wychowałem – nie wpływał na mnie dobrze. Za każdym krzakiem czaiła się pustka, chłodne otępienie kojarzące mi się z dzieciństwem. W głowie przebłyskiwały mi wspomnienia gier i zabaw w ganianego czy chowanego, ale bynajmniej nie wywoływały one przyjemnej nostalgii. Ledwo zdążyły się pojawić, a już znikały w ciemnej otchłani, ginąc w niej bezszelestnie.

Za moimi plecami od czasu do czasu trzaskał parkiet, ożywiony ciepłem rozpływającym się po mieszkaniu. Lecz jakkolwiek ciepło by tu nie było, we mnie nie ożywało nic, wciąż tkwiłem pośrodku nocnej pustyni, przeszywał mnie mróz zdobiący krawędzie ciemniejących okien. Obraz za nimi tonął w gęstniejącym półmroku, stałem nieruchomo, dopóki nie dotarło do mnie, że wpatruję się w swoje źrenice. Ocknąłem się na widok odbicia własnej twarzy na zimnym czarnym szkle. Wyrwany z letargu zabrałem się za gotowanie przywiezionych ze sobą parówek.

II.

SPAŁEM W DUŻYM POKOJU. Wiele razy budziłem się, bolała mnie niewygodnie ułożona szyja i biodra zatopione w wysiedzianej wersalce. Marzyłem o porządnym łóżku, zerkałem w stronę oświetlonych blaskiem księżyca drzwi sypialni, ale nie odważyłem się ich otworzyć. Wręcz przeciwnie, kilkukrotnie wyrwany ze snu rzucałem na nie półprzytomne spojrzenie, aby upewnić się, że są zamknięte. Nie otworzyłbym ich za nic w świecie, nawet za tysiąc wygodnych łóżek. To tam kiedyś leżała matka. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałem w krótkie odwiedziny, cały czas spędzała w łóżku, za zamkniętymi drzwiami. Przestępując ich próg, wkroczyłbym w otchłań.

Zapadałem w niespokojny sen, ale nie na długo. Po chwili znów wpatrywałem się przez przymrużone powieki w zamknięte drzwi. Wspomnienia o matce to tylko jedna warstwa pamięci, ta świeższa. Pod nią zalegało coś straszniejszego – sypialnia była kiedyś moim dziecięcym pokojem.

Wiedziałem, że wystarczyłoby lekko uchylić drzwi, a z ciemności wyłoniłyby się wspomnienia wszystkiego, co tam przeżyłem. Na coś takiego nie mogłem sobie pozwolić, na pewno nie, jeśli chciałem choć trochę się wyspać i wytrzymać w mieszkaniu kilka dni. Jeśli drzwi odemknęłyby się i przez szczelinę wydostałaby się struga przeszłości, nie wytrzymałbym tu ani minuty dłużej.

Rano wyglądałem na jeszcze bardziej zmęczonego niż wieczorem. Myłem zęby, patrzyłem w lustro i pytałem sam siebie, kiedy zdążyłem się tak zmienić. Zawsze sprawiałem wrażenie młodszego niż byłem, ludzie często mi to mówili, na pewno nie wyglądałem na trzydzieści pięć lat. Teraz dałbym sobie co najmniej czterdzieści. Miałem opuchniętą twarz, suchą skórę i opadające kąciki ust. Chyba naprawdę zaprzedałem duszę reklamie – musiała być pozytywna, optymistyczna, energiczna, niezależnie od tego, co sprzedawaliśmy. Swoje teksty wypełniałem fałszywymi emocjami, fedrowałem je z siebie, jakbym pracował w kopalni uranu. Widok w lustrze potwierdzał, że skutki również były podobne.

Kończąc poranną higienę, złapałem się na tym, że obgryzam paznokieć na kciuku. Niesamowite, wystarczyło kilka godzin w mieszkaniu rodziców, żeby powróciły do mnie nawyki z dzieciństwa!

Kiedy byłem mały, nieraz obgryzałem sobie palce do krwi. W rany wdawało się zapalenie, ropiały, opuszki palców musiałem nosić zabandażowane. W szkole wyśmiewali mnie z tego powodu, ale to nie było najgorsze. Opatrunki i maści nie zawsze pomagały, stan zapalny nie ustępował i lądowałem u lekarza. Ten albo rozcinał palec i wyciskał z niego ropę, albo zrywał paznokieć. Zadźwięczało we mnie echo bólu i strachu, jakie mi wtedy towarzyszyły. Przysięgam, że nie wspominałem tego przez co najmniej piętnaście lat. Uroczy powrót do domu.

Prawie nic nie zjadłem (z kolacji zostały mi jeszcze parówki i kawałek chleba), miałem ściśnięty żołądek. Słuchałem radia i dłubałem w jedzeniu na talerzu. Zapowiadali kolejne opady śniegu, przez najbliższe dni ma się podobno gwałtownie ochłodzić.

Dotrze do nas arktyczne powietrze, możemy spodziewać się rekordowo niskich temperatur – ostrzegała spikerka.

Wyjrzałem na zewnątrz. Padał śnieg. Rząd świerków za domem uginał się pod ciężarem białej pierzyny. Cisza w mieszkaniu zaczynała działać mi na nerwy. Otworzyłem okno, bez skutku. Cholerny śnieg pochłaniał wszystkie dźwięki, miałem wrażenie, że na dworze jest jeszcze ciszej niż w środku, nie było słychać nawet szczekania psów. Zamknąłem okno i próbowałem się uspokoić. Jest jeszcze pięć mieszkań, nie jesteś tu przecież na odludziu – powtarzałem sobie.

Zaciągnąłem żaluzje, wszechogarniająca biel nie działała na mnie dobrze.

Oczywiście, jest jeszcze pięć innych mieszkań, tyle że siedzą w nich emeryci, którzy już ledwo słyszą, ledwo mówią, a zimą nie opuszczają swoich nagrzanych pokoi. Co więcej, ten dwupiętrowy budynek rozplanowany był w taki sposób, że do dwóch mieszkań na górze wchodziło się od tyłu, przez osobny korytarz. Przebywałem w jednym z nich, z pozostałymi mieszkańcami nie łączyła mnie żadna wspólna przestrzeń. W sąsiednim mieszkaniu od lat nikt nie mieszkał, po tej koszmarnej historii ze starą Dreczekową stało puste, czasem tylko nocowali tam jej bratysławscy krewni.

Wróciłem do dużego pokoju, starłem z półek grubą warstwę kurzu (drzwi do sypialni ominąłem szerokim łukiem) i wywietrzyłem zatęchłe powietrze. Kiedy skończyłem sprzątać, przy paznokciu na obgryzionym kciuku błysnęła kropla krwi.

Chciałem jakoś zabić czas, włączyłem telewizor, ale chyba był jakiś problem z anteną, bo nie udało mi się ustawić żadnego programu – pojawił się tylko szum i śnieżenie. Nerwowo otworzyłem szafkę z kasetami video. Ojciec pilnował ich jak oka w głowie, nikt nie mógł ich dotykać.

Nagrywanie i montowanie filmów było jego jedynym hobby. Nieraz snuł opowieści o starym projektorze, na którym dziadek puszczał mu krótkie filmy. Największym przeżyciem z okresu dojrzewania była dla niego chwila, w której rodzice podarowali mu ośmiomilimetrową kamerę. Mógł nią kręcić tylko kilkuminutowe, nieme, czarnobiałe filmy, ale i tak był to dla niego najwspanialszy prezent. Nawet czasem mi tę stareńką kamerę pokazywał. Kiedy widział, że nie podzielam jego zachwytu, robił się rozdrażniony i agresywny. Nie cierpiałem kamer, projektorów i tych jego superprodukcji. Nie miał grama talentu. Nawet później, kiedy używał kamery video, nie nauczył się choćby podstaw filmowania – obraz na każdym nagraniu był roztrzęsiony i niewyraźny, bez wyczucia przeskakiwał z jednego ujęcia na drugie, oglądanie tego było męczarnią.

Przebiegłem wzrokiem po dziesiątkach kaset ułożonych w kilku rzędach. Miałem nadzieję, że chociaż na jednym grzbiecie zobaczę nazwę filmu, obejrzałbym cokolwiek. Ale wszędzie nabazgrane były tylko daty. Pierwsze z lat sześćdziesiątych, kiedy ojciec zaczął kręcić ośmiomilimetrową kamerą (nagrania z oryginalnych szpul przegrał na taśmy video), a ostatnie miały naklejki z datami późniejszymi o czterdzieści lat, kiedy wreszcie przestał kręcić.

Nie miałem najmniejszej ochoty oglądać tej niewydarzonej twórczości, nie była mnie do tego w stanie zmusić nawet rozpaczliwa nuda. Z torby podróżnej wyjąłem iPhone i sprawdziłem pocztę. Nikt do mnie nie napisał. Przypomniało mi się, że w sypialni stała półka z książkami, może znalazłaby się chociaż jedna, którą dałoby się przeczytać. Podszedłem do zamkniętych drzwi, przez chwilę zawahałem się, po czym zrobiłem w tył zwrot i pomaszerowałem w stronę potwornie miękkiej wersalki. Spałem aż do południa, obudziło mnie burczenie w brzuchu. Nie chciało mi się wyłazić na to zimno, ale nie miałem wyboru. Ubrałem się i poszedłem na zakupy.

III.

MAŁE TATRY to osiedle przylegające do stromego podnóża Czebrata – masywu wznoszącego się nad miastem. Stoi tu czternaście wielo- i kilka jednorodzinnych budynków kaskadowo ułożonych w trzech rzędach, które oddziela od siebie stromy uskok i popękany asfalt ze szpalerem lip. Miejsce to skrywa się w gęstym lesie porastającym cały Czebrat (najbardziej wysunięty na zachód szczyt Gór Hoczańskich), ciągnącym się przez Orawę aż do polskiej granicy.

Wyszedłem z domu (stał na początku trzeciego, najwyżej położonego rzędu) i zapatrzyłem się na strome zbocze porośnięte świerkami i wysokimi sosnami. Kiedy byłem mały, fascynowała mnie bliskość tajemniczych zakątków znajdujących się tak blisko domu. Dziś las do mnie nie przemówił, w żaden sposób mnie nie przywitał, tonął w śniegu i gapił się na mnie w tępym milczeniu.

Przebrodziłem w śniegu do drogi i zacząłem schodzić w dół – ku rozciągniętej pod Czebratem dzielnicy Rybarpole. Piętnaście minut później mijałem popadający w ruinę kompleks byłych zakładów włókienniczych z od dawna wygaszonym kominem. Powoli przeszedłem przez oblodzony most nad Wagiem i ruszyłem w stronę pobliskiego Tesco.

Droga powrotna była o wiele trudniejsza. Gramoliłem się pod górkę, ślizgając się po nieposypanym chodniku i sapiąc, jakbym zaraz miał pobić jakiś rekord. Cztery reklamówki szeleściły nieprzyjemnie, w nosie i w gardle szczypało mnie mroźne powietrze. Szybko robiło się coraz zimniej – kiedy wychodziłem z domu, temperatura nie była aż tak bezlitosna. Teraz z pewnością spadła sporo poniżej zera, powietrze było suche i z każdym oddechem cięło jak żyletka.

Do szczęścia brakuje mi już tylko zapalenia płuc!

Zatrzymałem się przy środkowym rzędzie domów, żeby odsapnąć. Wiedziałem, że to nierozsądne – byłem spocony, ale musiałem złapać oddech. Ktoś szedł drogą – dorosły mężczyzna z dwójką dzieci. Jako że od wczoraj nie zamieniłem z nikim ani słowa, zapragnąłem się z nimi przywitać. Czułem się wyalienowany i odcięty od świata, nie pomogła mi nawet wizyta w Tesco. Poza tym miałem wrażenie, że w ruchach wysokiej postaci rozpoznaję coś znajomego. Im mężczyzna był bliżej, tym wszystko stawało się jaśniejsze. Lekkie utykanie na lewą nogę, dwóch rzucających się śnieżkami synów, od razu mi zaświtało – Ota Novak! Zrobiło mi się głupio, że nie rozpoznałem go od razu. Był wprawdzie opatulony grubą kurtką, a twarz zakrywała mu czapka i szalik naciągnięty pod same oczy, ale i tak – przecież spędziliśmy razem całe dzieciństwo.

Przez chwilę zacząłem panikować, ale zapanowałem nad tym. Lubiłem Otę. Wprawdzie od dłuższego czasu nie myślałem o nim, ale w przypadku przyjaźni z dzieciństwa to nie ma znaczenia – nawet po kilkudziesięciu latach więzi pozostają silne.

Rozpoznał mnie i stanął. Schylił się, nabrał garść śniegu i rzucił we mnie.

– Tego pana porządnie obrzućcie! – krzyknął do rozochoconych chłopców. Posłuchali go, znalazłem się pod śnieżnym ostrzałem.

– To za to, że nas nie odwiedzałeś – śmiał się Ota. Dokuśtykał do mnie (już w dzieciństwie miał coś z lewym kolanem) i objął mnie. Przez grubą kurtkę nie czułem żadnego dotyku, ciężkie siatki nie pozwoliły mi odwzajemnić uścisku, czułem się niezręcznie. Na szczęście puścił mnie, znad szalika pokrytego drobnymi kryształkami patrzyły na mnie wesołe oczy.

– Witaj w domu, królu reklamy. Coś wszyscy wracacie. Zrozumieli żeście, gdzie jest dobrze, nie?

– Kto wszyscy?

– Hana też przyjeżdża – mrugnął do mnie. – Chyba do matki.

Hana Sliacka – kolejna z paczki, moja dziecięca miłość. Żołądek mi się ścisnął, poczułem nawrót paniki.

Zielona mgła, mroźna polana, ślady na śniegu, ślady, tysiące szaleńczo rozproszonych śladów…

Przegoniłem to wspomnienie, przeraziło mnie, że powróciło, już prawie dwadzieścia siedem lat trzymałem je wyrzucone poza granice świadomości.

Trafiła mnie ciężka śnieżna kula.

– Ivko! – Ota krzyknął na starszego syna. Zmarszczki wokół oczu zdradzały jednak uśmiech.

– Przyjechałem na krótko – powiedziałem.

– Tak, jasne, dokładnie to samo mówiła Hana. Nie powinniście byli wyjeżdżać. Ja mieszkam tu – wskazał bungalow na końcu ulicy.

– Nigdy nie chciałeś wyjechać? – to szczerze mnie zaciekawiło.

Spojrzał na mnie zdziwiony:

– Wyjechać? A dlaczego?

– Przecież wiesz – wzruszyłem ramionami i zacisnąłem zęby.

Wtedy też była taka ciężka zima.

Cały czas patrzył na mnie, jakby nie miał pojęcia, o czym mówię. Czyżby naprawdę o wszystkim zapomniał, naprawdę…?

Ja też zapomniałem – zganiłem siebie. I nie będę już nic rozpamiętywać!

– Idę – prawie warknąłem i podniosłem siatki.

– Jasne, my przecież też idziemy, straszna zimnica – poklepał mnie po ramieniu. – Ale wpadnij, siedzę teraz w domu, nie ma roboty. Tylko po dzieciaki chodzę do szkoły.

– Dobrze, przyjdę – skłamałem.

Radość ze spotkania zniknęła. Odwróciliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Jeszcze przez chwilę słyszałem wesołe krzyki chłopców, ale po kilku krokach pochłonął je śnieg i wzmagający się mróz.

IV.

PRZYGOTOWANIE PÓŹNEGO OBIADU PRZEDŁUŻAŁEM, jak tylko się dało. Wiedziałem, że kiedy skończę i umyję naczynia, znów zostanę sam, oko w oko z dobijającą nudą. Zaciśnie na mnie swoje lepkie paluchy, mieszkanie spowije mgła, a ja zatopię się w morderczej pustce. Dudniącej ciszy wyzierającej ze ścian nie zakłóci żaden dźwięk, nie będzie dokąd uciec.

Ponownie spróbowałem ustawić w telewizorze jakiś program, ale bez skutku. Włączyłem więc stare radio, lecz z szumu i zakłóceń udawało mi się wyłapać tylko urywki zdań i fragmenty piosenek. Sprawdziłem iPhone – żadnego nieodebranego połączenia, w skrzynce mailowej nie było nawet spamu. W Tesco kupiłem gazety, ale pomogły tylko na chwilę. Przeczytałem je w niecałą godzinę, cieniutkie strony nie były w stanie powstrzymać dudniącej ciszy. Przedarła się przez nie i znów mnie dopadła.

Podszedłem do okna. Na zewnątrz zapadał zmierzch, termometr pokryty szronem pokazywał minus osiemnaście stopni. Widziałem prawie całą dzielnicę. Ulice były puste, przez cały ten czas nie przejechał żaden samochód. Zobaczyłem tylko dwóch czy trzech przechodniów. Drogą przebiegły dzieci ciągnące czerwone, plastikowe sanki. Jakiś mężczyzna w dolnej części ulicy wyszedł z domu, podszedł do kontenera, wysypał śmieci i szybko wrócił. Obserwowałem okolicę, dopóki nie zrobiło się całkiem ciemno, ale nie dostrzegłem już ani jednej żywej duszy. Odchodząc od okna, ponownie spojrzałem na termometr. Szron stężał, mróz pokrył szybę swoimi malowidłami. Przyłożyłem do niej dłoń, z niemałym trudem odczytałem skalę termometru. Poziom rtęci wskazywał minus dwadzieścia stopni Celsjusza.

Wreszcie porządnie się wyspałem, tym razem ze snu nie wyrywały mnie żadne nocne koszmary. Zerwałem się tylko raz – trząsłem się z zimna przenikającego przez mury i okna. Nie odważyłem się jednak pójść do sypialni, przykryłem się jedynie cienkim kocem. Wstałem i ustawiłem przepływ gorącej wody w kaloryferze na maksimum. Chciałem sprawdzić temperaturę, ale okno szczelnie pokrywały mroźne kwiaty i ornamenty. Wróciłem więc do łóżka i ponownie zasnąłem.

I.

PRZY ŚNIADANIU WŁĄCZYŁEM RADIO.

Europę paraliżują rekordowe mrozy – oznajmiła spikerka. Resztę wiadomości pochłonął nieprzyjemny szum, wyłapywałem jedynie fragmenty.

Pierwszego lutego… temperatury spadły do minus trzydziestu dwóch stopni Celsjusza… na Ukrainie aż czterdzieści trzy osoby zamarzły…

Rzeczywiście zaczynał się już luty. Cały styczeń zlał mi się w jakąś smugę, wydawał się jednym długim dniem.

– Może nowy miesiąc przyniesie coś lepszego, skoro rok zaczął się tak parszywie – pomyślałem.

Podszedłem do okna, termometru wciąż nie było widać, nie miałem jednak wątpliwości, że temperatura w nocy spadła poniżej trzydziestu stopni. Rzężące radio przypominało mi o tym nieustannie. Ze strzępków wiadomości zrozumiałem, że na Orawie odnotowano rekordowo niskie temperatury. Na Słowację nadciąga front z Syberii, zatem nie należy spodziewać się ocieplenia. Wręcz przeciwne – w ciągu najbliższych dni dojdzie do ochłodzenia, a mrozowi towarzyszyć będzie północny wiatr.

Nagle przyszło mi do głowy, że wczorajszego wspomnienia (tysiące szaleńczo rozproszonych śladów…) nie wywołały jedynie Małe Tatry i obecność Oty. Wywołał je mróz.

Szaleńcza zima – dokładnie tak jak wtedy!

Metaliczny posmak mroźnego powietrza, suchy połyskujący śnieg, atmosfera ożywiona gwałtownym ochłodzeniem. Wspomnienia wisiały w powietrzu, chłonąłem je z każdym oddechem, nie dało się przed nimi uciec.

Wtedy!

Mroźna polana ginąca w zielonej mgle. Metaliczny huk, jakby setki olbrzymich walców ocierały się o siebie…

Zapomniałem! Zapomniałem! – mówiłem, oblizując kroplę krwi z kciuka.

Zadzwonił telefon.

Zerwałem się, ostry dźwięk na chwilę mnie przestraszył, ale pobiegłem w jego kierunku i z radością odebrałem.

To była jednak tylko bezosobowa oferta korzystniejszego abonamentu telefonicznego.

II.

CAŁY DZIEŃ SPĘDZIŁEM LEŻĄC albo szwendając się po mieszkaniu. Jedyną rozrywką było gotowanie obiadu. Popołudnie tradycyjnie już przestałem przy oknie. Temperatura przez cały dzień utrzymywała się poniżej dziesięciu stopni. Z informacji z radia zrozumiałem, że w meteorologii taki stan nazywany jest dniem arktycznym. Przepływ mroźnego, syberyjskiego powietrza zebrał żniwo kolejnych ofiar, ludzie padali jak muchy.

Osiedle wyglądało na wyjątkowo opustoszałe. Ogołocone z liści, choć zaśnieżone korony starych lip kołysały się na wietrze, a gdy uchyliłem okno, słyszałem z lasu trzaskanie zmrożonych świerków i sosen. Drogą przejechały dwa samochody z łańcuchami na kołach, od czasu do czasu przebiegały tylko jakieś dzieci.

Wieczorem dopadły mnie sentymenty i roztkliwiony prawie włączyłem filmy ojca. Otworzyłem szafkę z kasetami, ale na szczęście w ostatniej chwili udało mi się powstrzymać. Kto wie, jak skończyłoby się dla mnie oglądanie jego dzieł. Z pewnością nie poprawiłyby mi nastroju. Mimo nudy, osamotnienia i cebulowego smrodu czułem się lepiej niż wczoraj, lepiej niż przez ostatnie tygodnie. Wreszcie jako tako się pozbierałem. Wystarczyło nie kierować myśli w niewłaściwą stronę (Livia, Żylina) i nie dopuszczać do siebie tych straszliwych, dawno pochowanych i niechcianych wspomnień.

Dlatego wciąż unikałem sypialni. Wiązał się z nią przykry obraz leżącej i wiecznie niezadowolonej matki. O wiele bardziej destrukcyjne było jednak piętno dziesiątek bezsennych nocy, które spędziłem tam jako dziecko. Trząsłem się wtedy ze strachu, ze wszystkich sił starając się odgonić od siebie zieloną mgłę i huk metalowych walców dźwięczący mi w uszach. W ciągu dnia potrafiłem uciec przed mroźną polaną, ale w nocy, kiedy byłem zakładnikiem swojego pokoju, nie było przed nią ratunku. Przykrywałem się kołdrą, bo czułem, że nie chodzi tylko o wspomnienia. Te wizje przyciągały do mnie tę nienazwaną rzecz, czy raczej byt, który potrafił je wyczuć, wywęszyć, okrążał dom, penetrował ogrody i pobliski las, szukał choćby najmniejszej szparki, przez którą mógłby się do mnie prześlizgnąć.

Nawet teraz, po dwudziestu sześciu latach, siła ówczesnych wyobrażeń i intensywność dziecięcego strachu zupełnie mnie obezwładniały. Dlatego uparcie omijałem drzwi do sypialni, a za każdym razem, kiedy wchodziłem do pokoju, bezwiednie rzucałem w tamtą stronę ostrożne spojrzenie.

Około dziewiątej położyłem się na kanapie i zasnąłem. Dwie noce porządnego snu były większym błogosławieństwem, niż sądziłem.

Obudziłem się świeży i wypoczęty – żadnych wspomnień, żadnej Livii, nic, co zakłócałoby mój spokój.

Podszedłem do okna i wyjrzałem na zewnątrz.

Dwa domy dalej na drodze stał radiowóz. Biały dżip z łańcuchami.

Ścisnął mi się żołądek.

Mam nadzieję, że nic się nie stało… Oby tylko nie…

Wtedy, przed laty, też stało tu kilka samochodów policji. Wyglądały wprawdzie inaczej – były to stare skody 120 L, zamiast napisu Policja widniało na nich MO – Milicja obywatelska, ale wywoływały takie samo nieprzyjemne uczucie jak teraz. Jakieś dziesięć metrów dalej zobaczyłem kilku policjantów. Kręcili się przy skraju drogi, przeszukiwali okolicę i coś ustalali. Wziąłem suchy rogalik, i przeżuwając, obserwowałem, co zamierzają zrobić.

Niewiele się działo. Mundurowi chwilę postali, potem przyjechał kolejny samochód i wszyscy rozeszli się po dzielnicy. Obchodzili domy, dzwonili do drzwi, a kiedy im otworzono, zadawali pytania i pokazywali domownikom jakieś papiery.

Nie marzyłem o takiej rozmowie, ale zżerała mnie ciekawość.

Co się stało? Czego chcą?

Po niecałym kwadransie usłyszałem dzwonek do drzwi. Otworzyłem i poczułem mroźne powietrze z klatki schodowej. Stało tam dwóch porządnie zmarzniętych funkcjonariuszy, nie zaprosiłem ich jednak do środka.

– Dzień dobry, policja, szukamy zaginionego dziecka – oznajmił młodszy.

– Dzień dobry – odpowiedziałem i wgryzłem się w skórkę przy paznokciu na kciuku.

– Czy możemy zobaczyć pańskie dokumenty?

Wzruszyłem ramionami, wszedłem do mieszkania i wróciłem z dowodem osobistym. Coś z niego spisali. Żeby go odebrać, wyciągnąłem lewą rękę. Z kciuka na prawej dłoni sączyła się krew.

Szukamy zaginionego dziecka…

– Panie Karsky, zna pan Janka Milickiego? – zapytał młodszy policjant. Dziwiłem się, że od razu mnie nie zamknęli, musieli przecież zauważyć, jak zbladłem, kiedy powiedzieli, o co chodzi.

– Nie, nie znam – pokręciłem głową. – Nie mieszkam tu od piętnastu lat, wróciłem dopiero przedwczoraj.

– Dopiero przedwczoraj? – zainteresował się starszy mundurowy.

– Tak, to mieszkanie rodziców, jestem tu sam.

– Gdzie pan pracuje?

– Nie mam pracy.

– Aha.

Widziałem, że im się nie podobam. Wolałem jednak milczeć, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji.

Pokazali mi zdjęcie, zapewne z urodzin.

– Tak wygląda, ma osiem lat.

Mały blondynek z ładnym uśmiechem i błyszczącymi oczami.

– Nie widziałem go, naprawdę.

– Zaginął wczoraj wieczorem, kiedy poszedł wyrzucić śmieci.

– Jeśli go zobaczę, dam znać – próbowałem być pomocny.

– Dobrze – nieufnie zmierzyli mnie wzrokiem i ruszyli w stronę wyjścia.

Zamknąłem drzwi i zlizałem czerwoną kroplę z kciuka.

III.

WYTRZYMAŁEM DOKŁADNIE GODZINĘ. Samochody wciąż nie odjeżdżały, a wokół nich zebrała się horda gapiów. Mieszka tu wielu emerytów, którzy rzadko wychodzą, żeby nie ryzykować upadku na lodzie. Obecność policjantów i przeczuwanego nieszczęścia przyciągnęła ich jednak jak magnes. Wyleźli z nagrzanych mieszkań, stanęli na ulicy, i dyskutując, uporczywie gapili się na mężczyzn w mundurach. Nie przeszkadzał im ani mróz, ani zimny wiatr, ogrzewała ich ekscytacja, że coś się dzieje.

Dzieje się cokolwiek.

Włożyłem kurtkę i wyszedłem na zewnątrz. Uderzył mnie mroźny wiatr, złapałem haust zimnego ostrego powietrza. Zaciągnięte niebo nie przepuszczało zbyt wiele światła, okolica sprawiała wrażenie spowitej szarością, nawet śnieg wyglądał jak popiół.

Obok domu stała rodzina Kliszów – tata, mama i dwie małe córki, sąsiedzi z mieszkania pode mną, do którego wchodziło się przez drugie boczne drzwi. Przywitałem się skinieniem głowy, znali mnie z widzenia, ale nigdy nie rozmawialiśmy. Przeszedłem przez trawiaste zbocze między domami i zszedłem na ulicę. Zastęp ciekawskich zasłaniał mi to, wokół czego mrowili się policjanci. Podszedłem więc bliżej i przecisnąłem się do miejsca akcji.

Dwa metalowe kontenery na zaśnieżonej drodze, nic strasznego. Ale to nie wszystko. Obok jednego z nich stał czarny kosz na śmieci. Pokrywał go szron i warstwa śniegu – musiał tam długo stać.

W jednej chwili przeszył mnie dreszcz i ścisnęło mi się gardło.

Mały Janko poszedł wieczorem wyrzucić śmieci. Na pewno był już mrok albo gęsta szarówka. Doszedł do kontenerów, położył kosz na drodze i…

Coś się stało.

Śmieci zostały niewysypane, Janka nie było.

Policjanci przeszukali kontenery, czy przypadkiem do nich nie wpadł. Nie znaleźli niczego interesującego. Przeszukanie okolicy również nie przyniosło efektu. Do lasu na wzgórzu nie prowadziły żadne ślady. Śnieg na zboczu po drugiej stronie też był nienaruszony. Na zamarzniętej drodze można było rozpoznać jedynie ślady opon w łańcuchach.

Funkcjonariusze przyprowadzili nawet psa tropiącego – wielkiego owczarka niemieckiego. Ale on także się nie sprawdził, sprawiał wrażenie zdezorientowanego, prowadził ich w kółko, jakby Janko krążył tu całymi godzinami.

Mroźna polana, tysiące rozproszonych śladów – przyszło mi do głowy.

Odwróciłem się (tylko żadnych wspomnień!) i zobaczyłem Hanę Sliacką. Stała w grupie, trzymała za rękę około sześcioletnią córkę i obserwowała biegającego psa, spojrzenie miała jednak nieobecne.

Wiedziałem, o czym myśli.

Tysiące rozproszony śladów.

Podszedłem do niej. Dziewczynka schowała się za mamą i nieprzyjaźnie zerkała. Hana mnie nie zauważyła, ciągle patrzyła na psa, w jej zielonych oczach widziałem wspomnienia. Zawahałem się, najpierw pomyślałem, że ona też wyparła z umysłu mroźną polanę, ale po chwili mi ulżyło. Hana nie bawiła się w chowanego jak Ota, któremu udało się przekonać samego siebie, że żadna łąka z zieloną mgłą nie istnieje, że nie staliśmy na niej i że nie widzieliśmy tego, co widzieliśmy.

– Cześć, Hana – powiedziałem.

– Cześć – odparła, nie patrząc na mnie. Nie była zaskoczona, na pewno zauważyła mnie już wcześniej. Policzki miała czerwone, twarz pełniejszą, niż zapamiętałem, dostrzegłem też kilka zmarszczek. Zaskoczyło mnie to, zazwyczaj nie zwracam uwagi na takie szczegóły. Hanę znam jednak od dziecka, jej twarz mam wyrytą w pamięci.

Przez chwilę staliśmy w ciszy przerywanej szeptami emerytów i dyszeniem psa.

Nie wiedziałem, czy nie chce ze mną rozmawiać, czy tak zaabsorbowała ją ta niezwykła scena. Właściwie nie była aż taka niezwyczajna, poszukiwania Milana Jureckiego przed ponad dwudziestu siedmiu laty zaczynały się podobnie.

– Mamo, zimno mi – mruknęła dziewczynka.

Hana wreszcie spojrzała na mnie, w wystraszonych oczach dostrzegłem prośbę.

Co miałem powiedzieć, jak ją uspokoić? Przecież sam cały się trząsłem, kosz na śmieci stojący na zlodowaciałej ziemi był jak nadajnik realnego koszmaru.

Bezradnie wzruszyłem ramionami.

– Mamo, zimno!

– Już idziemy, kochanie – powiedziała Hana i ponownie na mnie spojrzała. Teraz w jej wzroku zobaczyłem złość, jakby zdenerwowało ją to, że jej nie uratowałem, nie wyrwałem z objęć trawiących wspomnień albo chociaż nie zatrzymałem ich fali. Chciałbym, ale nie dało się.

Zdezorientowany pies podniósł głowę i zaczął szczekać na niskie szare niebo.

IV.

PRZEWRACAŁEM SIĘ Z BOKU NA BOK, próbując wyrwać się z półsnu, w którym czyhała na mnie zima sprzed dwudziestu siedmiu lat. Na jawie pamiętałem tylko fragmenty, miałem wtedy zaledwie osiem lat. Nawet w głębokim śnie nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo. Kiedy jednak znajdowałem się na granicy jawy i snu, sceny z tego strasznego okresu rzucały się na mnie jak piranie. Gryzły, wbijały we mnie ostre zęby i wyrywały mięso, chcąc ogryźć je aż do kości.

Gdzieś w najgłębszych zakamarkach umysłu miałem wszystko wyryte w najdrobniejszych szczegółach. Przedświadomość to mój największy wróg, zima w 1986 roku ukształtowała całe moje życie. Nigdy się z niej nie wyrwałem – zamarzłem w niej, wiosna nigdy nie nadeszła. Obrazy, zapachy, odczucia…. To wszystko we mnie siedzi, żyje od dziesiątek lat, obrzydliwy psychiczny guz, którego nie sposób usunąć.

Zamroczony przewracam się na bok i wydaję z siebie jęk. Chcę się obudzić, ale przeszłość wyłoniła się już z cuchnących moczarów, ucapiła mnie gnijącymi pazurami i ściągnęła pod wodę. Wszystko przeżywam od początku, jakby działo się to właśnie teraz. Zaczęło się we wtorek, pod koniec stycznia…

Jestem w mieszkaniu sam, wszyscy gdzieś wyszli, do wieczora mają wrócić. Nie jest późno, ale za oknami zrobiło się już ciemno, jakby zgasło wszelkie życie. Jest mi zimno, na zewnątrz panuje okrutny ziąb, takiego mrozu jeszcze nie zaznałem. Boję się kręcić pokrętłem kaloryfera, mogłoby to zdenerwować ojca.

Mam nadzieję, że rodzice wrócą jak najszybciej, ciche mieszkanie napawa mnie lękiem. Idę do swojego pokoju, ale nie czuję się tam bezpiecznie. Jestem zdenerwowany, coś się dzieje, coś się zmienia, ale nie umiem tego nazwać. Podobnie czułem się na szkolnej wycieczce w elektrowni wodnej, kiedy przechodziliśmy obok huczących turbin. Zapamiętałem to słowo, bo przestraszyłem się ich. Nie chodziło tylko o huk, jaki wytwarzały, powietrze wokół nich było inne, nauczycielka wyjaśniła nam, że wokół potężnych turbin wytwarzają się jakieś pola. Nie rozumiałem tego i nie rozumiem także teraz, przestępuję z nogi na nogę, jakbym znów znalazł się w takim polu. Nie słyszę żadnej turbiny, żadnego huku, wręcz przeciwnie – wydaje mi się, że wszystko wypchane jest niewidzialną watą.

Kręci mi się w głowie, w uszach i oczach czuję ciśnienie jak przy nurkowaniu w basenie. Ramy okienne poruszają się, nie widać tego, ale słychać cichuteńkie drżenie szkła.

Z każdą sekundą cisza gęstnieje.

Przechodzę do przedpokoju, jest tam czerwony telefon, mama mówiła, że gdyby się paliło, mam zadzwonić po strażaków. Na razie nic się nie pali, ale i tak mam ochotę po kogoś zadzwonić. Łapię słuchawkę i z zaskoczeniem stwierdzam, że mam spoconą dłoń. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje, w uszach mi piszczy, mam zawroty głowy, słyszę bicie swojego serca.

Zza drzwi wejściowych docierają do mnie dźwięki. Pochodzą z sąsiedniego mieszkania – najpierw w zamku zgrzyta klucz, potem skrzypi naciśnięta klamka.

– Pani Dreczekowa – myślę.

Staruszka mieszka sama, jej mąż zmarł niecały rok temu. Stało się to w fotelu na środku pokoju. Podobno oglądał w nocy telewizję, a starsza pani rano znalazła go martwego. Słyszałem, jak rodzice o tym rozmawiają.

– Wyobraź sobie, weszłam tam, czy czegoś nie potrzebuje – opowiadała matka ojcu. – Starego zostawiła w fotelu, całą twarz miał siną, oczy otwarte.

– Pewnie paraliż – stwierdził ojciec.

– Powiedziała, żebym usiadła i pokazała na fotel tuż obok niego – głos mamy wyraźnie się załamał. – Usiadła naprzeciwko i zapytała, czy napijemy się kawy. Przy siedzącym trupie, rozumiesz?

– Staruszka z szoku postradała zmysły, to się zdarza – uspokajał ojciec.

Trzymam czerwoną słuchawkę, ręka mi się trzęsie i myślę o jego słowach.

Staruszka z szoku postradała zmysły, to się zdarza.

Dreczekowa kręci się po korytarzu za drzwiami.

Mam tylko nadzieję, że nie wybiera się do nas?! – przeraziłem się.

Szurające kroki zbliżają się. Nikt inny tu nie mieszka, ze wspólnej klatki schodowej wchodzi się tylko do dwóch mieszkań.

Zastygam, boję się nawet poruszyć, żeby nie spowodować żadnego dźwięku. W najgorszym razie zadzwoni do drzwi, a kiedy nie otworzę, odejdzie.

Kroki zatrzymują się tuż przed naszym progiem, słyszę starcze dyszenie.

W każdej sekundzie może zadzwonić, jeszcze moment, zaciskam zęby, nie mam odwagi poruszyć się ani pisnąć.

Klamka zaczyna się ruszać, Dreczekowa próbuje otworzyć.

Na szczęście po wyjściu rodziców zaryglowałem drzwi, więc ani drgną.

Żołądek mi się ściska, serce bije gdzieś w gardle.

Staruszka desperacko potrząsa klamką.

Wszystko cichnie, klamka się nie porusza, huk w uszach jeszcze trochę się nasila.

Poszła sobie? – pytam się w duchu. Na języku mam metaliczny posmak, ze strachu rozgryzłem skórkę na kciuku, czuję lepką krew.

Okna przestają drżeć, mdłości nagle znikają, podobnie jak wtedy, gdy ojciec podczas majsterkowania w piwnicy wyłącza elektromagnes.

Uspokajam się

– Jożko, otwórz! – odzywa się zza drzwi.

Zęby zaczynają mi szczękać, zakrywam je spoconą dłonią i wdycham zapach krwi.

– Wiem, że tam jesteś, słyszę cię! – znów szarpie za klamkę.

Popuszczam w spodnie, po udzie ścieka mi kilka kropel.

– Muszę oznajmić ci nowinę! Widziałam, jak wyszli z lasu!

Nie mam pojęcia, o kim mówi, błagalnie spoglądam na zasuwę i modlę się, żeby wytrzymała, jeśli Dreczekowa porządnie zaprze się o drzwi.

– Zapoznam was, z radością was zapoznam, są u mnie, czekają w dużym pokoju – mamrocze staruszka, dobijając się do środka.

Na dole klatki schodowej rozlegają się kroki, słyszę głosy.

Najpierw zaczynam się bać, ale po chwili rozpoznaję głęboki śmiech ojca.

Rodzice wracają!

Kiedy tylko te dźwięki docierają do Dreczekowej, puszcza klamkę i wraca do swojego mieszkania.

Stoję zdrętwiały w przedpokoju, aż do chwili, w której ojciec dzwoni do drzwi. Z trudem przechodzę przez przedpokój, odblokowuję rygiel i otwieram.

Najpierw rodzice niczego nie zauważają, wchodzą do środka, zamykają za sobą. Mama, ojciec i jeszcze ktoś trzeci, którego dobrze nie widzę.

Chwytam matkę za rękę i zaczynam płakać.

Kiedy uspokajam się na tyle, żeby wydusić z siebie, co się stało, ojciec idzie do Dreczekowej.

– Muszę sprawdzić, czy zupełnie jej nie odbiło, przecież może podpalić dom – mamrocze ponuro.

Mama z nieznajomym zamykają się w kuchni, mną nikt się nie przejmuje. Boję się, bardzo się boję, ale zakradam się za ojcem. Co jeśli u Dreczekowej naprawdę ktoś czeka? Drzwi zostawiła uchylone, mimo to ojciec puka.

– Pani Dreczekowa, wszystko w porządku? – krzyczy do ciemnego mieszkania.

Nic, żadnej odpowiedzi.

– Pani Dreczekowa, wszystko w porządku?

Nie doczekawszy się reakcji, wchodzi do środka. Idę za nim, ale uważam, żeby się nie zdradzić, to mogłoby go rozgniewać.

Wkraczam do ciemnego przedpokoju i w moje nozdrza uderza nieprzyjemny zapach. Wiem, co to jest – tak czasem śmierdziało w przedszkolu – ktoś tu się posikał. Smród z każdym krokiem nabiera intensywności, bije z wnętrzności mieszkania, jest coraz gęstszy, aż zaczyna mi się wydawać, że pokoje wypełniała śmierdząca, gęsta zawiesina.

Przed sobą słyszę trzaskanie parkietu, ojciec stąpa ostrożnie, ale kroki i tak zdradzają jego obecność. Na szczęście ja jestem lekki, więc pod moimi nogami deski tylko czasem cichutko skrzypią.

Podchodzę do drzwi dużego pokoju, nachylam się (przepocony podkoszulek przykleja mi się do pleców) i zaglądam do środka.

Pokój jest ciemny, przez zaciągnięte zasłony przenika jedynie lekka poświata. Przed blokiem stoi lampa uliczna, już od dawna mruga, więc pokój oświetlają tylko słabe błyśnięcia.

Widzę zastygłego ojca, wrósł w podłogę, tylko ramiona podnoszą się i opadają. Jego szerokie plecy zasłaniają mi widok, ale musiał natrafić na coś przerażającego, skoro aż zaniemówił. Widzę coraz mniej wyraźnie, oczy zachodzą mi łzami, buchający z pokoju smród jest nie do zniesienia.

– Pani Dreczekowa – chrypi ojciec. Zaczynam się bać jeszcze bardziej, nigdy nie słyszałem go mówiącego takim tonem. Gardło ma ściśnięte, w głosie słychać strach.

Robię decydujący krok, najchętniej uciekłbym do mamy, ale jednocześnie chcę wiedzieć, co go tak przeraziło.

Lampa uliczna zapala się i gaśnie. Dostrzegam sylwetkę siedzącą w fotelu, na ścianie migają cienie małych postaci.

Zapoznam was, czekają w pokoju.

Lampa znów się zapala.

W fotelu siedzi Dreczekowa, nikogo innego tu nie ma. Staruszka patrzy na okno, w stronę lasu, głowę ma nachyloną, jakby nasłuchiwała, czasem nią potrząsa.

Oddech zakleszcza mi się w płucach.

Jest naga! Na widok bladego, wychudłego, pomarszczonego ciała kręci mi się w głowie, mam odruch wymiotny.

Mój wzrok zatrzymuje się między jej udami, z obrzydzeniem zauważam, że fotel jest mokry od sików.

Jak długo tu siedziała, zanim przyszła po mnie? Kilka dni?

Spogląda na mnie (przysięgam, że popatrzyła prosto na mnie!) i coś charczy.

Mija sekunda, dwie…

Dociera do mnie sens jej słów: – Z mężem też się tu poznali.

Odwraca głowę w stronę ojca, który ciągle zszokowany milczy.

– Wysłali mnie po Jożka, miał przyjść sam – mówi gniewnie. – Zdenerwował ich pan.

Wiem, że ludzie mogą zwariować, ale do tej pory jeszcze tego nie widziałem. Obłąkana staruszka emanuje grozą, w której topi się cały pokój. Patrzę na stolik przy fotelu. Stoi na nim pusta butelka po winie, kilka opakowań lekarstw, widzę też rozsypane tabletki i zestaw do manicure.

– Pani Dreczekowa – cedzi przez zęby ojciec.

– Niech pan patrzy! – wrzeszczy, pokazując przez okno na las.

Natychmiast tam spoglądam, jej szaleństwo mnie zaczarowało. Okno jest ciemne, nic przez nie nie widać. Pomarszczona twarz wykrzywia się z przerażenia, staruszka zaczyna koszmarnie wyć i zakrywa oczy.

– Pani Dreczekowa! – krzyczy ojciec i chce do niej podejść, ale rozgląda się po pokoju za czymś do przykrycia.

– Nie chcę, nie chcę! – wyje staruszka i wije się w fotelu. Zanim udaje nam się ją powstrzymać, łapie za nożyczki do paznokci i wbija je sobie w oboje oczu.

– Boże! – krzyczy ojciec, rzuca się na nią i wykręca jej rękę.

Widzę dwie kleiste krwawe dziury zwrócone prosto na mnie.

– Po Jożka! Po Jożka przyszli! – wrzeszczy Dreczekowa i zaczyna jęczeć z bólu. Po policzkach spływają jej gęste ciemnoczerwone strumienie.

Chcę pomóc ojcu, ale strach bierze górę i biegnę z płaczem do mamy. Za plecami słyszę trzask tłuczonego szkła. Później wszyscy przekonywali mnie, że szyba pękła z powodu mrozu, ale nie uwierzyłem im.

Nagle zerwałem się, chwilę zajęło mi, zanim doszedłem do siebie.

Leżałem na kanapie i powtarzałem sobie, że nic nie może mi się stać. Ucisk w piersiach stopniowo ustępował, ale zasnąć mi się nie udało. Ściana oddzielająca mnie od pustego mieszkania po Dreczekach nagle zaczęła wydawać mi się cienka. Zaraz za nią znajdował się pokój, w którym odegrała się ta koszmarna scena.

Co się tam teraz dzieje, jak to tam wygląda – przebiegło mi przez myśli.

Ogarnął mnie strach, od żołądka czułem rozprzestrzeniającą się panikę. Pytanie, które ją wywoływało, wypływało na wierzch powoli i nieśpiesznie jak rozkładający się topielec.

Sformułowałem je dopiero po chwili

Kto teraz siedzi w ich fotelu?

Noc ma swoją własną logikę, nagle wiedziałem na pewno, że w mieszkaniu Dreczekowej ktoś jest, nikt nie przekonałby mnie, że jest inaczej.

Kto tam siedzi i z drugiej strony patrzy na tę samą ścianę?

I.

NOCNY LĘK WYSSAŁ ZE MNIE CAŁĄ ENERGIĘ. Rano te wizje wydawały mi się już śmieszne, ale czułem się jak zbity pies. Rześkość poprzednich dni całkowicie mnie opuściła. Byłem sam w pustym mieszkaniu, nikt za mną nie tęsknił (ciągle żadnego SMS-a, maila czy telefonu).

Przez głowę leniwie przewalały mi się ponure myśli.

Mam zaledwie trzydzieści pięć lat, a już jestem niepotrzebny i odizolowany od świata jak jakiś starzec, nawet gdybym zgnił za tymi ścianami, nikt by tego nie zauważył...

Podszedłem do okna i apatycznie wyjrzałem na zewnątrz.

Na trawniku pomiędzy domami stało stado jeleni. Dwie łanie, dwa młode i jeden duży byk z porożem.

Uśmiechnąłem się. Jelenie, sarny, lisy, a nawet wilki w czasie siarczystych mrozów podchodziły bliżej ludzi. Schodziły z gór i wygłodniale węszyły między budynkami. Jelenie bywały wręcz przerażająco niepłochliwe. Często pozwalały się karmić prosto z balkonu.

Poszedłem do kuchni, wziąłem wyschnięte pieczywo i wróciłem do okna. Chciałem otworzyć je po cichu, ale przymarznięta rama głośno skrzypnęła.

Pięć głów odwróciło się w moją stronę. Strzygły uszami i wypuszczając parę z nozdrzy, badawczo mi się przyglądały. Rzuciłem im kawałek rogalika. Najpierw odskoczyły, ale po chwili zaczęły węszyć i zgromadziły się wokół pożywienia.

Rzucałem im kolejne kawałki. Przeżuwały mechanicznie, uważnie mnie przy tym obserwując. Znów się uśmiechnąłem, poprawiły mi nastrój. Małe jelonki z drobnymi różkami i zaśnieżonymi nosami były naprawdę urocze.

Zamknąłem okno, na zewnątrz panował mróz nie do wytrzymania. Nawet nie próbowałem włączać radia, wiadomości o kolejnych rekordowo niskich temperaturach i liczbie zamarzniętych osób nie były mi do niczego potrzebne.

Przed obiadem planowałem wyjść na zakupy, kończyły mi się zapasy. Poprzysiągłem sobie, że tym razem nie zapomnę kupić książki. Jakiejkolwiek, byle tylko tak strasznie się nie nudzić.

Jedząc śniadanie, przez kuchenne okno obserwowałem okolicę. Po policjantach nie było śladu, chociaż jeszcze wczoraj było ich tak wielu. Do lasu weszła jednak grupka miejscowych mężczyzn, zapewne organizowali akcję poszukiwawczą.

Po co – na takim mrozie?

Zawstydziłem się, w tej myśli było jednak coś rozsądnego. Jeśli Janko zabłądził w lesie, nie mógł przeżyć nawet kilku godzin, a co dopiero wyjątkowo mroźnej nocy.

Ale logika nie miała z poszukiwaniami nic wspólnego. Janko się zgubił i mężczyźni go szukali, musieli go znaleźć, nie zastanawiali się nad tym, czy będzie żywy czy martwy.

Jelenie zniknęły, pochmurne myśli powróciły. Wbijałem wzrok w białe pustkowie, jakbym patrzył w głąb siebie. Las tonący pod sypkim śniegiem, kręty labirynt, w którym mały chłopiec zabłądził i zamarzł.

Ktoś zadzwonił do drzwi. Poderwałem się, krótki dźwięk ożywił we mnie dziesiątki wspomnień.

Dzwonek do drzwi odmierzał mi rytm całego dzieciństwa.

Podszedłem do judasza i spojrzałem na korytarz.

Przed drzwiami stała Hana, rybie oko wizjera komicznie zniekształciło jej postać.

Serce zaczęło mi szybciej bić. Przez całe dzieciństwo i młodość wyobrażałem sobie, że kiedyś do mnie przyjdzie. Właśnie wtedy, gdy będę sam w domu. Zadzwoni do drzwi, otworzę jej i…

Nigdy nie przyszła.

Dopiero teraz.

Spóźnione dziecięce marzenie wjechało na drugi tor.

Przekręciłem klucz i otworzyłem drzwi.

– Cześć – uśmiechnęła się.

– Cześć – oprócz chłodu nie było we mnie nic. – Wejdź.

Weszła, a ja miałem nadzieję, że nie poczuje smrodu cebuli.

Zrzuciła z siebie grubą kurtkę, czapkę i wymotała się z szalika. Została tylko w fioletowym swetrze i dżinsach. Zaproponowałem jej kapcie ojca, odmówiła, w mieszkaniu nie było zimno (już nie bałem się kręcić pokrętłem od kaloryfera).

Zaprowadziłem ją do dużego pokoju i szybko zaparzyłem zieloną herbatę.

– Dzięki – powiedziała, kiedy ją przyniosłem.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, zmierzyła pomieszczenie wzrokiem. Na kocu i poduszce leżących bezładnie przy kanapie zatrzymała się na kilka sekund dłużej, ale nie skomentowała ich.

– Przepraszam, że byłam taka… – skinęła głową.

Uniosłem brwi, nie rozumiałem, o czym mówi.

– Mam na myśli wczoraj, na dworze.

– Aha – dotarło do mnie, że chodzi o jej wczorajszą oschłość. – Proszę cię – machnąłem ręką. – Rozumiem – dodałem po chwili.

Kiwnęła głową, patrzyliśmy sobie w oczy. Jej były szmaragdowozielone. Zastanawiałem się, czy za każdym razem, kiedy patrzy w lustro, przypomina się jej polana z zielonymi oparami.

– Przyjeżdżam tu do mamy – wzruszyła ramionami. – Razem z Mirką.

– Ile ma lat?

– Pięć.

Uśmiechnąłem się:

– Nie śpieszyliście się ze Stanem.

– A jak u ciebie?

Uśmiech zniknął mi z twarzy:

– Też się nie śpieszę.

– Myślałam, że już od dawna jesteś żonaty.

– Byliśmy razem trzy lata.

– I co, nie wyszło?

– A jak myślisz? – wskazałem na pokój rodziców.

Napiła się herbaty, przez kilka sekund milczała, po czym odwróciła wzrok do okna.

– Zastanawiam się nad rozwodem – wymamrotała ze spojrzeniem wbitym w las ginący w zimowej mgle.

– Ty?

Znów wzięła łyk, herbata była gorąca, ale Hana jakby tego nie czuła. Wokół palców okręciła sobie końcówkę jasnych włosów. Mimo przerażenia uśmiechnąłem się w duchu – powrót w rodzinne okolice wywoływał w nas nawyki z dzieciństwa. Jej bawienie się włosami było jak moje obgryzanie paznokci.

Nie wiedziałem co powiedzieć, więc milczałem.

– Nie potrafię podjąć decyzji – dodała. – Stano jest… Kłócimy się, strasznie pije, nie chcę, żeby Mirka w tym wszystkim…

– Rozumiem – przerwałem jej.

– Na początku myślałam, że będzie lepiej, ale jest coraz gorzej. Dlatego tutaj przyjeżdżam. Tu odpoczywam.

– Chcesz dla niej jak najlepiej, to jasne – starałem się okazać empatię.

– Więc potrafisz sobie wyobrazić, jak się wczoraj przestraszyłam.

Potrafiłem to sobie wyobrazić, ale wolałem tylko milcząco przytaknąć. Jak najlepiej dla córeczki. Najważniejsze, żeby nie wychowywała się w nieprzyjaznym otoczeniu, dlatego przywiozła ją tutaj, w najbardziej przyjazne miejsce na świecie, gdzie o poranku spacerują przeurocze jelonki i gdzie właśnie zniknął Janko Milicky. Świetna matczyna decyzja!

Popatrzyła na mnie, w jej oczach znów kotłował się zielony strach. – Myślisz, że to będzie…?

– Jak wtedy? – dokończyłem bez wahania. Odwróciłem wzrok i odłożyłem filiżankę na stół, od razu odechciało mi się herbaty, odechciało mi się wszystkiego, co zielone.

– Nie myśl o tym – wymamrotałem.

Nie odpowiedziała, cały czas patrzyła przez okno, jakby widok zaśnieżonych drzew ją uspokajał.

W pokoju nastała cisza, pochłonął nas huk metalowych walców, rozlegający się w naszych umysłach.

II.

Z ZAKUPÓW WRÓCIŁEM PRZED DRUGĄ. Cieszyłem się, że za chwilę wejdę do domu, mróz był nie do wytrzymania. Wizja położenia się na kanapie i zatopienia w lekturze (w Tesco kupiłem sobie jakąś mafijną szmirę), dodawała mi sił, kiedy brodziłem w drodze powrotnej przez zaśnieżony las. Ledwo otworzyłem drzwi na klatkę schodową, usłyszałem, że ktoś schodzi z góry.

Złodziej? – przyszło mi do głowy. Złodziej albo bezdomny wymęczony siarczystym mrozem. Serce zaczęło mi bić jak szalone, kroki zbliżały się.

Zza zakrętu schodów wyłoniła się postać. Początkowo nie rozpoznałem jej, ale wystarczył jeden utykający krok.

Odetchnąłem.

– Gdzie się pałętasz? – zapytał Ota. – Wydzwaniałem do drzwi, już się bałem, że też zniknąłeś.

– Byłem na zakupach – zaśmiałem się.

– To zanieś je do domu i chodź nam pomóc.

– Pomóc? – nie rozumiałem.

– Przeszukujemy las, może zdarzy się cud.

– Las? – zakręciło mi się w głowie, nie byłem na to przygotowany, zaskoczył mnie. – Ja do lasu to za bardzo… przecież wiesz – jęknąłem.

Dobroduszna twarz kolegi spochmurniała.

– Co się stało, to się nie odstanie, nie zmienimy tego. Chodzi o życie dziecka, opamiętaj się!

Spojrzałem na niego, byłem ciekaw, czy naprawdę wszystko wymazał z pamięci i czy naprawdę jest taki nieustraszony.

– Ty… – zawahałem się. – Ty się nie boisz tam iść?

Patrzył na mnie, na pierwszy rzut oka odważnie, ale gdzieś pod powierzchnią dostrzegłem kłębiący się lęk. Czyli nie zapomniał, w nim też nasionka strachu wciąż kiełkują.

– Mam dwóch synów, potrafię sobie wyobrazić, jaki to strach, kiedy znika dziecko. Nie mogę siedzieć w domu na dupie! – wykrzyknął. Uniknął odpowiedzi, ale i tak wszystko było dla mnie jasne.

Wpatrywał mi się prosto w oczy, jego jasnoniebieskie tęczówki fascynowały mnie od dzieciństwa.

– Zjem chociaż kawałek chleba – mruknąłem i ruszyłem do mieszkania, żeby zostawić zakupy.

Ledwo wszedłem do środka, zapragnąłem zatrzasnąć za sobą drzwi, zamknąć je na klucz i schować się kącie. Klucz najchętniej wyrzuciłbym w śnieg.

Wejść do lasu!

Ale zamiast tego wszystkiego odgryzłem kilka kęsów suchego chleba (nie mogłem go przełknąć), napiłem się wody i wróciłem do Oty.

Razem ruszyliśmy pod górę, w stronę rzędu świerków wznoszących się za domem.

Nie musieliśmy wdrapywać się po zboczu, mogliśmy iść ścieżką, nawet jeśli była zasypana świeżym śniegiem. Tyle że wtedy musielibyśmy przejść obok starej rozdzielni elektrycznej przyczajonej niepodal pod drzewami. Na to nie mieliśmy ochoty. Nieważne, czy Ota zapomniał czy nie zapomniał o zimie sprzed dwudziestu siedmiu lat. Nikt nie zaciągnąłby go do popękanych murów rozdzielni. A mnie? Bałem się nawet spojrzeć na dach ginący w pobielonych zaroślach. Wzrok wbijałem przed siebie – w ciemne przejścia między zaśnieżonymi krzakami i pod koronami iglaków.

Z każdym krokiem moje nogi stawały się coraz cięższe. Kiedy poczułem zapach zmrożonych drzew, niewiele brakowało, żebym odwrócił się i uciekł. Opanowałem się, zdecydowany marsz Oty mnie omamił. On z pewnością też się bał (nasionka ciągle kiełkowały), ale mimo to nie zwolnił kroku, śmiało kuśtykał do przodu, rozgarnął krzewy i zanurzył się w półmroku.

Zimowy las przypominał labirynt. Brodziliśmy wąskimi ścieżkami, widok wyższych partii góry zasłaniała nam zwarta warstwa bieli na gałęziach. Sapaliśmy, pomimo wgryzającego się w nas bezlitośnie zimna wysiłek wyciskał z nas siódme poty.

Po dziesięciu minutach znaleźliśmy się na płaskiej polanie. Znałem tutaj każdy kąt, spędziłem w tym miejscu prawie całe dzieciństwo. U podnóża Czebrata nie zabłądziłbym nawet z zawiązanymi oczami. Pamiętałem, kiedy byłem tu po raz ostatni. Wiedziałem to dokładnie – w lutym 1985 roku. Od tego czasu moja noga tu nie stanęła.

Pomimo upływu czasu nie potrafiłem się od tego odciąć. Jakby tych dwudziestu siedmiu lat wcale nie było, jakby zniknęły, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Stałem na łące nazywanej Małym Szałasem i miałem wrażenie, że nigdy nigdzie się stąd nie ruszałem. Las uszczknął sobie kawałek mojej duszy, wyjechałem wprawdzie do szkoły średniej, na uniwersytet i do Żyliny, ale ta cząstka, którą las sobie przywłaszczył, została tutaj.

Ota machnął ręką i wskazując na zachód, zaczął coś krzyczeć. Początkowo go nie rozumiałem – uszy zakrywała mi czapka i szal omotany wokół głowy.

– Tam jest reszta – krzyknął jeszcze raz.

Nie wiedziałem, kto to jest ta reszta, która szuka Janka, ale moje złe przeczucia nasiliły się. Gdyby nie było tak zimno, zapytałbym, czy między nimi jest też Bohusz. Nie chciałem go spotkać.

Mróz jednak zamknął mi usta, kroczyłem więc po cichu za utykającym kolegą. Zauważyłem, że im głębiej wchodziliśmy do lasu, tym bardziej się kulił. Nie był jedyny, którego dosięgała przeszłość. Wchodzenie do lasu było jak zanurzanie się w wodzie. Każdy krok przybliżał nas do dna. W uszach i w nosie czułem coraz mocniejszy ucisk, jakbyśmy zeszli już na głębokość dwudziestu metrów. Jeszcze siedem i… Huk aut, dobiegający z głównej drogi przy Wagu, rozpłynął się w miękkim szumie.

Przebrnęliśmy do kolejnej polany, tym razem znacznie większej. Wielki Szałas – tak nazywaliśmy ją od zawsze. Z trzech stron otaczały ją świerki i wysokie sosny, od południowej strony otwierał się wspaniały widok na Rużomberok przycupnięty w uścisku gór Wielkiej Fatry i Niżnych Tatr. Dziś nie było widać zbyt wiele, kotlina topiła się w mlecznej mgle. Po przeciwnej stronie polany, pod wzniesieniem, zobaczyłem grupkę mężczyzn. Ruszyliśmy do nich, śnieg był twardy, chrzęścił nam pod nogami.

Cały czas rozglądałem się dookoła, serce mi waliło.

To przez to chodzenie – próbowałem się uspokoić.

Nigdy nie byłem dobrym kłamcą – winny walącemu sercu był przede wszystkim strach. Biegałem spojrzeniem po konarach, gęstwinie i łące pokrytej zmrożonym śniegiem. Kiedy byłem tu ostatnio…

Nie tu, to nie stało się tutaj! – napomniałem się.

Dookoła był zwyczajny las, dobry las. Ale gdzieś pod nim albo przynajmniej równolegle rozpościerał się też zupełnie inny, drugi las.

Zielona mgła, mroźna polana, huk metalowych walców…

Gdzieś tu, u podnóża Czebrata, wchodziło się do drugiego lasu, drogę znały jednak tylko dzieci i wariaci. Raz udało nam się do niego wślizgnąć i prawie stamtąd nie wróciliśmy. Było to dawno (żadnych wspomnień, tylko żadnych wspomnień!), ale nie miałem żadnej pewności, że szczelina nie otworzy się i nie wciągnie mnie teraz ponownie. Albo może drugi las istniał tylko w naszych głowach, w zakamarkach umysłów, tam gdzie człowiek przy zdrowych zmysłach nigdy się nie zapuszcza?

Ocknąłem się, szum w uszach wreszcie ustał. Staliśmy przed grupką poszukujących, jeden z nich coś mówił.

Patrzyłem na niego, niczego nie rozumiejąc.

– A temu co? – Bohusz odwrócił się do Oty. Kolega wzruszył ramionami.

– Cześć, Bohusz – powiedziałem cicho.

– Czołem – wymamrotał, ale ręki mi nie podał. W porządku, według niego nie byłem wart żadnego przejawu koleżeństwa. Nie chodziło o to, że w szkole średniej chodził z Haną (oboje uczyli się w liceum, ja w technikum), chodziło o coś więcej.

Patrzyłem na jego postawną sylwetkę, dodatkowo powiększoną przez markową puchową kurtkę, spojrzałem w oczy w szparze między szalikiem a czapką, które wyglądały, jakby cały czas je mrużył, i miałem ochotę przywalić mu pięścią.

Opanowałem się jednak, na pewno porządnie by mi oddał, w końcu swoją karierę w biznesie rozpoczął od pobić i szantaży.

– Niczego nie znaleźliście? – zapytałem, wskazując na las.

– Zupełnie nic – powiedział inny mężczyzna. – Jeśli się tu zgubił, to już dawno po nim.

Wydało mi się to sensowne, ale Bohusz zmierzył go wzrokiem. Powieki mu się otworzyły bardziej niż normalnie, to wyglądało jak ostrzeżenie.

Mężczyzna zamilkł, rozłożył ręce w przepraszającym geście i wbił wzrok w las.

Bohusz ruszył pod górę, machnął na nas, żebyśmy rozstawili się jak najszerzej. Stworzyliśmy tyralierę i wdrapując się powoli, coraz głębiej zanurzaliśmy się w gęstwinę.

Dopiero tu, nad Szałasem, zaczynał się prawdziwy las. Zerkałem na Otę kroczącego jakieś dwadzieścia metrów przede mną.

– Janko! Janko! – krzyczeli wszyscy, odpowiadało jednak tylko słabnące echo.

Nie krzyknąłem ani razu, nie chciałem, żeby las mnie rozpoznał. Wiedziałem, że czeka i w milczeniu obserwuje intruzów, którzy się do niego wdarli.

Doszliśmy aż do Małej Skały (na Czebracie wszystko było podwójne, duże i małe). Rozszczepiona turnia przypominająca dwie olbrzymie igły wbite obok siebie. Bohusz dobiegł do nas dopiero teraz, przeszukiwał gruzowisko po zbiorniku wodnym ukrytym w zaroślach.

– Nic – pokręcił głową. Zazdrośnie zauważyłem, że podczas pośpiesznej wspinaczki nie zasapał się. Na pewno regularnie ćwiczy i utrzymuje formę.

Starłem pot z czoła i odwróciłem się znów w stronę skały. Ciągle nie mogłem złapać tchu, nie chciałem, żeby zobaczył, że dostaję w kość.

Dookoła skały ciągnęły się wydeptane łańcuchy śladów. Przeważały odciski butów – z pewnością ktoś już tu szukał Janka. Oprócz nich były jednak także drobne ślady lisa, racice jelenia i kilka innych, których nie rozpoznałem.

Obeszliśmy turnię i z tyłu wyszliśmy na szczyt jednej z kamiennych iglic. Spoglądałem na czubki świerków, które rozpościerały się pod nami ze wszystkich stron. Za moimi plecami skrzypiał las. Zaczął dąć zimny wiatr, po śniegu ślizgały się zamarznięte kryształki. Mogło być jakoś przed czwartą, już chwilę temu nakrył nas gęstniejący półmrok.

Z lasu zaczął wydobywać się metaliczny zapach. Kiedy tylko go poczułem, wiedziałem, że nie przynależy do tego miejsca. Jakby między drzewami ktoś roztopił cynę, mnóstwo cyny. Pozostali również to poczuli, nie znali niczego podobnego.

Ja znałem…

Złapałem się na tym, że przyciskam dłonie do uszu. Najpierw mnie to zaskoczyło, ale sekundę później zrozumiałem – przez las niósł się potworny huk, prawie pękły mi bębenki.

Spojrzałem na pozostałych, oni także mieli ręce przyłożone do uszu. Wszyscy oprócz Bohusza. Zaciskał pięści i z całych sił starał się nie poruszyć. Huk z pewnością wwiercał mu się w mózg, ale on postanowił mu się przeciwstawić, za żadne skarby nie chciał go do siebie dopuścić.

Mężczyźni rozglądali się z przerażeniem, Ota podszedł do mnie, jakby chciał mnie ochronić, ale zatrzymał się kawałek ode mnie i wbił wzrok w głąb lasu.

Od kiedy dopadł nas ten hałas, kręciło mi się w głowie, a klatka piersiowa ścisnęła się tak, że nie mogłem wziąć głębszego oddechu. Zdjąłem więc szalik z twarzy i zacząłem płytko oddychać. Smród metalu nasilił się, miałem wrażenie, że wdycham ciekłą cynę, chciało mi się wymiotować.

Huk, Dreczekowa, rozbite okno…

Miałem wrażenie, że skała lekko się chwieje.

Naraz wszystko ucichło, nagle znaleźliśmy się w dźwiękowej próżni. Wszystko było takie samo, ale w uszach piszczało mi, jakby przy głowie wybuchła mi petarda. Wciągnąłem nosem powietrze – zapach śniegu, lodu i żywicy, nic więcej.

– Pewnie samolot, nisko lecący bombowiec – mamrotał Bohusz ze wzrokiem wbitym w zaciągnięte niebo. – Mróz robi cuda z dźwiękami.

– Cicho – syknął Ota.

Nie powinien był tego mówić, wolałbym, żeby Bohusz gadał, żeby nadawał w nieskończoność i nigdy nie przestawał.

Ale Bohusz zamilkł, a my to usłyszeliśmy.

Po zmrożonym śniegu niósł się dziecięcy śpiew. Tylko krótki fragment śpiewany cienkim głosikiem. Melodia wybrzmiała, po czym zatopiła się w porażającą leśną ciszę.

– Cholera… – wymamrotał Bohusz.

Śpiew dotarł do nas ponownie, pochodził z lasu znajdującego się nad nami, ale echo roznosiło go na wszystkie strony.

– Janko? – szepnął Ota.

Spojrzałem w jego nienaturalnie wytrzeszczone oczy i pokręciłem głową.

Dziecięcy śpiew, cienki dziecięcy głosik nucący prostą melodię…

Wiedziałem, co to znaczy, jakaś cząstka mnie wiedziała, strach był o wiele głębszy, niż do tej pory sądziłem.

Bohusz przyłożył dłonie do ust. Rzuciłem się w jego stronę, chciałem go powstrzymać, ale nie zdążyłem.

– Janko! – krzyknął z pełnych płuc.

– Nie! – wycharczałem przez ściśnięte gardło.

– Co nie?! – obruszył się.

– Nie… nie przywołuj… – wyjąkałem.

Machnął tylko ręką i znów krzyknął: – Janko!

Dźwięki ucichły, echo umilkło, nic więcej nie usłyszeliśmy. Chwiejnym krokiem szliśmy po chrzęszczącym śniegu. Półmrok zgęstniał, zimno dawało nam w kość.

– To nie mógł być on – powiedział cicho Ota. Pozostali przytaknęli. Oni też już zamarzali, chcieli wracać, wprawdzie o niczym nie wiedzieli, ale zarazili się ode mnie strachem.

Bohusz rozważał pójście głębiej do lasu.

– Może to radio albo dziecko podśpiewujące sobie na naszym osiedlu – przekonywał go Ota.

– Tak myślisz?

– Sam mówiłeś, że taki mróz robi z dźwiękami cuda.

Bohusz skinął głową, ale nie wydawał się przekonany.

– Chodźmy, już prawie ciemno, zimno jak cholera – nalegał któryś z mężczyzn.

To zadecydowało (zalała mnie fala ulgi), ruszyliśmy ze skały w dół. Kroczyliśmy po swoich śladach. Zeszliśmy pod turnię, Ota szedł pierwszy.

Nagle gwałtownie zatrzymał się i znieruchomiał, jakby wrósł w ziemię.

– Ha! – wyrzucił z siebie i wskazał na śnieg.

Skupiliśmy się wokół niego. Zrobiłem błąd, nie powinienem był patrzeć, ale trzęsący się palec omamił mnie.

Obok łańcucha naszych stóp ciągnęły się drobne ślady.

– Dziecko? – zapytał Bohusz. W narastającej panice zauważyłem, że zadrżał mu głos.

– Musiało iść za nami – wykrztusił z siebie Ota. – Po cichu, nie słyszeliśmy go. Doszło aż tutaj, pod skałę i…

– Czekało tu, a my staliśmy na górze – dokończyłem.

Bohusz mnie ofuknął:

– I gdzie teraz zniknęło, mądralo?!

Wszyscy widzieliśmy te ślady. Tu się urywały.

– Może wróciło po swoich śladach, wiesz, jakie są dzieci, wymyślają głupie zabawy – wymamrotał niepewnie Ota.

Mężczyźni zaczęli zbierać się do domów, nie mieli ochoty rozwiązywać kolejnej zagadki, każdy jak najszybciej chciał znaleźć się w cieple swojego mieszkania. Ale nasza trójka wciąż stała nad śladami, starając się nie patrzeć jeden na drugiego. Gdzieś w głębi duszy przeczuwaliśmy, o co chodzi. Właściwie wiedzieliśmy to bardzo dobrze.

III.

CAŁĄ NOC PRZEWRACAŁEM SIĘ NA KANAPIE. Nie miałem odwagi, by zgasić światło, chociaż oświetlony pokój otoczony ciemnością działał mi na nerwy. Czas płynął, cisza dławiła mnie, niespokojnie przekręcałem się z boku na bok.

Od czasu do czasu zapadałem w płytką drzemkę.

Dziecięcy śpiew w lesie, kto go usłyszy… – przebiegło mi przez myśl i od razu się obudziłem.