Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 290

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 10 min Lektor: Adam Bauman

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 8 godz. 10 min Lektor: Adam Bauman

Opis ebooka Strach - Dirk Kurbjuweit

Wydaje się, że kupno mieszkania w pięknej starej kamienicy będzie zwieńczeniem spokojnego mieszczańskiego życia Randolpha Tiefenthalera. Kiedy pan Tiberius, sąsiad z sutereny, stawia przed jego drzwiami ciasto, ani Randolph, ani jego rodzina nie przeczuwają, co ich wkrótce czeka. Sytuacja szybko staje się nie do zniesienia. Pan Tiberius obserwuje żonę Randolpha, a następnie zaczyna pisać listy, z początku miłosne, potem zaś pełne oszczerstw. W końcu składa doniesienie o rzekomo popełnionym przez nią przestępstwie. Małżeństwo przeżywa kryzys. Sama obecność sąsiada zatruwa życie rodziny. Randolph długo wierzy w skuteczną pomoc stosownych władz, lecz te okazują się bezsilne wobec stalkera. Poczucie zagrożenia wyniszcza psychicznie ofiary, zwłaszcza Randolpha, którego dzieciństwo naznaczył lęk. Jego ojciec, pasjonat broni, zmuszał syna do nauki strzelania, w związku z czym chłopiec nieustannie obawiał się najgorszego. Relacje ojca z synem od dawna nie układają się najlepiej, jednak teraz, w tej dramatycznej sytuacji, Randolphowi przychodzi do głowy straszliwa myśl… „Ta przerażająca opowieść o obsesji sprawi, że zaczniesz się zastanawiać, co ty byś zrobił w podobnej sytuacji”. Sunday Mirror „Coś, czego w powieści kryminalnej jeszcze nie widzieliśmy”. Guardian „Strach przeorganizowuje nasz kodeks moralny. Czyni nas współsprawcami zbrodni. Niezwykłe osiągnięcie”. Stern

Opinie o ebooku Strach - Dirk Kurbjuweit

Fragment ebooka Strach - Dirk Kurbjuweit

Tytuł oryginału:

ANGST

Copyright © 2013 by Rowohlt.Berlin Verlag GmbH Berlin

First published in English by The Text Publishing Company Australia

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Maurice Weiss

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Aleksandra Mól, Emilia Grzeszczak

ISBN: 978-83-8110-460-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla moich Dzieci

Tato?

Nie odpowiada, nie mówi, prawie się nie odzywa. Nie jest otępiały, nie ma, jak to się dziś określa, demencji, nie cierpi na alzheimera ani żadną inną chorobę, która zżera pamięć, nie stracił wspomnień. Wiemy o tym, bo czasami jednak coś powie, rzadko, ale jeśli już, to zdania są jasne i zrozumiałe, formułowane przez mózg, który pamięta, co się zdarzyło i co zapisał w pamięci. Pamięta dawne życie, długie, bo tata ma siedemdziesiąt osiem lat. Gdy odwiedziłem go dziś po południu, poznał mnie, zawsze mnie rozpoznaje i kiedy przychodzę, uśmiecha się, leciutko, nie za mocno. Taki już jest, zawsze na dystans, powściągliwy, ale poznaje swojego najstarszego syna i cieszy się, że ten syn do niego przychodzi. To naprawdę niemało.

Panie Tiefenthaler?, powiedział pan Kottke, kiedy moje słowa pozostały bez odpowiedzi. Czasami ojciec reaguje bardziej na pana Kottkego niż na mnie. Czy jestem o to zazdrosny? Odrobinę, przyznaję. Z drugiej strony to pan Kottke jest człowiekiem, z którym mój ojciec spędza dni, i cieszę się, że się dogadują. Pan Kottke darzy mojego ojca niemal nabożnym szacunkiem, nie przesadzam. Nie wiem, czy wszystkich mężczyzn tutaj traktuje z taką troską i życzliwością jak tatę, sądzę, że nie, ale nigdy go nie widziałem z innymi. Dziś ojciec nie zareagował na pana Kottkego. Siedział bez słowa przy stole, drzemał. Oczy miał na wpół zamknięte, plecy proste, ręce mu zwisały po bokach. Czasem jego tułów opadał w przód, aż się wzdrygałem, bo gdyby ojciec uderzył twarzą w stół, mógłby się mocno zranić, blat jest z metalu. Ale ojciec nigdy nie upada na stół, zatrzymuje się w pół ruchu, gdy tylko jego tułów wychyli się lekko naprzód, i siada prosto. Tak jak dzisiaj. Ale nie umiem do tego przywyknąć, za każdym razem się wzdrygam. Widziałem, jak pan Kottke oddycha z ulgą, on też był gotów podtrzymać ojca. Uważamy, naprawdę uważamy, żeby ojcu nic się nie stało.

Odwiedzam tu ojca od pół roku i wciąż przykro mi patrzeć, jak siedzi w swoich wytartych spodniach bez paska, w wyświeconej koszuli. Kupiliśmy mu nowe rzeczy, żeby porządnie wyglądał, ale upiera się, by nosić stare ubrania, więc czemu nie? Wygląda dość osobliwie, gdy tak siedzi, bo jego krzesło stoi za daleko od stołu, tak jak moje, siedzimy naprzeciw siebie, ale nie do końca przy jednym stole, dlatego stół nas nie łączy, nie pozwala usiąść naprawdę razem. Ten stół nas dzieli, zwłaszcza teraz, kiedy jesteśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek dotąd. Tak to przynajmniej czuję. Niestety, nie da się przysunąć krzeseł bliżej, bo są przyśrubowane do podłogi, tak jak stół.

Mój ojciec mógłby mówić, ale już nie chce. Jest zmęczony, tak sądzę, wyczerpany tym długim życiem, które uważał za strasznie ciężkie. Nie rozumieliśmy go, ale jakie to ma znaczenie? Twierdzi, że musiał przezwyciężać przeciwności losu. Tylko sobie to wmawiał, ale żył tak konsekwentnie, jakby to była prawda. Zresztą nie wiemy wszystkiego o jego życiu, nikt nie wie wszystkiego o życiu drugiego człowieka. Tylko swoje życie przeżywamy w całości, a i tak to nie znaczy, że wiemy o nim wszystko, ponieważ nie wszystko, co nas dotyczy, zdarza się w naszej przytomności. Często bez naszej wiedzy zdarzają się nawet doniosłe rzeczy. Może więc powinniśmy się zgodzić, że nikt nie wie wszystkiego o życiu żadnego człowieka, nawet o swoim. Dlatego powinniśmy być ostrożni w wypowiadaniu sądów dotyczących całego życia. Ja jestem.

Wychodząc dziś rano, powiedziałem żonie, że pojadę odwiedzić ojca. Zawsze tak mówię, a kiedy przychodzi jej kolej, używa tego samego zwrotu: Pojadę odwiedzić twojego ojca. Nikt nie mówi: Dziś pójdę do taty do więzienia. Nie przykładamy wagi do takiej precyzji, bo ta historia nadal nas rani. Pół roku to za mało, żeby się nauczyć bez bólu wypowiadać słowo więzienie, zwłaszcza w rodzinie, w której nikt nigdy nie siedział w więzieniu i która musi dopiero przywyknąć, że takie miejsce jest częścią jej świata. Teraz wypadło na nas. Mój ojciec, pora powiedzieć to wprost, siedzi w więzieniu. Trafił do niego w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat, urodziny miał już jako osadzony. Świadomie nie mówię: obchodził. Staraliśmy się wyprawić mu małe przyjęcie, ale nic z tego nie wyszło. Nie z powodu przyśrubowanych krzeseł i metalowego stołu ani krat w oknie, które aż nazbyt dobitnie dowodzą, że to nie jest odpowiednie miejsce, by świętować fakt własnych narodzin. Nie udało się z mojego powodu.

Przez dobre pół godziny wszystko szło dobrze, zaśpiewaliśmy Happy Birthday, ja, moja żona Rebecca, nasze dzieci Paul i Fee, moja matka i pan Kottke, który tego dnia udzielił kilku specjalnych zezwoleń. Jedliśmy bienenstich, drożdżowe ciasto, które moja matka niemal przez całe życie piekła ojcu i które starym zwyczajem chciała zaprezentować w całości, bo krojenie na oczach gości zawsze sprawiało jej najwięcej frajdy. Specjalne zezwolenia miały jednak swoje granice. Przy bramie, kiedy nas przeszukiwano, moja biedna siedemdziesięciopięcioletnia matka musiała patrzeć, jak strażnik kroi jej ciasto na małe kawałeczki. Przecież nie schowałam w środku pilnika, powiedziała z wymuszonym uśmiechem, który przepełnił mnie smutkiem. Pewnie nawet jej uwierzyli, ale przepis to przepis. Nienawidzę tego sformułowania, nienawidzę, gdy mnie ograniczają przepisy, które są ważniejsze niż zdrowy rozsądek. A słyszę te słowa bez przerwy, odkąd ojciec siedzi w więzieniu.

Wspominaliśmy inne urodziny ojca, obchodzone na wolności, i wtedy zupełnie niespodziewanie zacząłem szlochać. Z początku myślałem, że zdołam się opanować, walczyłem, ale szloch okazał się silniejszy i w końcu zacząłem płakać jak dziecko. Widziałem, jak wszyscy reagują na ten płacz w pokoju widzeń. Moje dzieci patrzyły na mnie przerażone, bo nigdy dotąd nie widziały swojego ojca w takim stanie, dobry pan Kottke spoglądał zakłopotany gdzieś w bok, moja matka, która siedziała na jednym z przykręconych do podłogi krzeseł, wstała i podeszła do mnie, ale moja żona była szybsza i pierwsza stanęła przy mnie i mnie objęła. Płakałem w jej ramię, a kiedy otworzyłem oczy, napotkałem rozmyte spojrzenie ojca. To, co dostrzegłem w jego oczach, mogę nazwać najwyżej zaciekawieniem. Spoglądał na swego syna z osobliwym zainteresowaniem, którego nijak nie potrafiłem zinterpretować. Od tamtej pory często o tym myślałem, ale w żaden sposób nie umiem sobie wyjaśnić tego spojrzenia. Po pięciu minutach atak minął, matka podała mi papierową serwetkę, przeprosiłem wszystkich i ze sztucznym entuzjazmem przypomniałem, że świętujemy urodziny ojca, lecz nastrój prysł i zostało tylko pragnienie, by wszystko się jak najszybciej skończyło. Chciałem wyjść, wszyscy chcieliśmy.

Nie powinienem tak pisać, takie słowa tylko dodatkowo dołują, gdy twój własny ojciec siedzi w więzieniu. Gdyby ktoś miał wyjść, to ojciec, ale on nie mógł tego zrobić. Tuż przed szesnastą przełożyliśmy resztę ciasta na tekturowe talerzyki – jeden dla mojego ojca, jeden dla pana Kottkego i jego kolegów – po czym uściskaliśmy ojca, teścia, dziadka i męża i podziękowawszy panu Kottkemu, wyszliśmy. Ojciec został. Dostał osiem lat. Pół roku w areszcie śledczym w Moabicie zaliczono na poczet wyroku, od pół roku siedział w zakładzie karnym w Tegel, zostało mu siedem lat. Jeśli będzie się dobrze sprawował, wyjdzie za jakieś trzy, cztery lata. Liczymy, że nie będzie sprawiał kłopotów. Pan Kottke wiele razy nam powtarzał, że nie ma spokojniejszego więźnia niż mój ojciec. To podsyca nasze nadzieje. Gdyby wyszedł, zostałoby mu ładne parę lat na wolności, powtarzam mojej matce. Jeśli wcześniej nie umrze, odpowiada matka i zaraz powtarza: Jeśli wcześ­niej nie umrze. Wtedy ja mówię: Jest zdrowy, da radę.

Tato?, zapytałem znowu, pogawędziwszy przez kilka minut z panem Kottkem. I tak spędzam tu większość czasu. Rozmawiamy z panem Kottkem, to znaczy prawie cały czas mówi on – powiedzieć o nim, że jest gadatliwy, to mało, ale to dobrze, to mi dobrze robi. Więzienna cisza jest dla mnie nie do zniesienia, bo w tej ciszy do pokoju widzeń wdzierają się okropne odgłosy. Metaliczne szmery, których nie potrafię do niczego przyporządkować, nie metalicznie dźwięczne, lecz głuche. Z początku myślałem, że ktoś stuka albo piłuje, ale z czasem zrozumiałem, że padam ofiarą własnych wyobrażeń, jakby w więzieniu z natury rzeczy musiały się rozlegać dźwięki towarzyszące tajemnej komunikacji albo próbie ucieczki. Nie było w nich cichych westchnień ani żadnego rytmu, jak mi się kiedyś zdawało, tylko nieznane, niezrozumiałe hałasy dobiegające z głębi gmachu. Cieszyłem się, kiedy pan Kottke zagłuszał je swoim szorstkim berlińskim dialektem. Spoglądał wstecz na długie życie za kratami, ponad czterdzieści lat w służbie wymiaru sprawiedliwości, miał zatem wiele do opowiedzenia. Tak naprawdę wcale nie chciałem aż tyle wiedzieć o świecie przestępców, ale z drugiej strony to całkiem ciekawe, zwłaszcza że ten świat od niedawna stał się częścią naszego życia.

Wkrótce pan Kottke spojrzał na zegarek. Ma niebywałe wyczucie czasu, doskonale wie, kiedy nasze spotkanie dobiega końca. Musimy iść, mówi jak zwykle, a ja jestem mu wdzięczny za to sformułowanie, które brzmi tak, jakbyśmy kończyli z ojcem pogawędkę przy kawie i wracali każdy do własnego domu. Wiem, że dla mojego ojca tym domem jest cela, ale ta prawda znika w przemyślnie dobranych słowach pana Kottkego. A jednak istnieją empatyczni klawisze, mieliśmy szczęście.

Przez całą moją wizytę pan Kottke stał oparty o ścianę, na prawo od okna. Kiedy tylko wypowiedział to zdanie, zrobił dwa kroki, stanął obok mojego ojca i dotknął jego lewego ramienia. Zawsze tak robi. Jest tyle rytuałów, tyle znajomych gestów i tyle rutyny. W tym miejscu ten gest ma w sobie coś policyjnego, jest jak sygnał, że próba ucieczki nie ma sensu, bo pan Kottke przy całej swej życzliwości gotów jest zrobić to, co do niego należy, i w razie potrzeby użyć siły. Chcę jednak wierzyć, że robi to też z troski, chce być oparciem dla mego ojca, choć to nie jest konieczne, bo tata wstaje bez trudu. Stoimy naprzeciw siebie, przez chwilę się obejmujemy (dziś już to umiemy), a potem ojciec odchodzi, u boku pana Kottkego. Ojciec jest wyższy od swego strażnika, ma prawie metr dziewięćdziesiąt, podczas gdy tamten metr siedemdziesiąt. Szczupłe metr dziewięćdziesiąt kontra krępe metr siedemdziesiąt. Ojciec wciąż jest tak samo szczupły, jakim go od zawsze pamiętam, tyle że stracił włosy, a jego nogi z wiekiem bardziej się wygięły na zewnątrz, przez co chodzi, kołysząc się niczym marynarz, choć nigdy nie pływał po morzach. Sprzedawał samochody, najpierw był mechanikiem, a potem handlował autami.

Kiedy ojciec opuścił pokój widzeń, zjawił się inny strażnik, którego nazwiska nie znam, również masywny, jak większość tutejszych klawiszy. Nie patrzył przyjaźnie, miał wzrok służbisty, a kiedy mnie odprowadzał do bramy, nie zamieniliśmy ani słowa. Wreszcie ulica, samochody, ptaki, wiatr w gałęziach drzew, życie. Nacisnąłem przycisk na obudowie kluczyka i dwadzieścia metrów dalej moje audi mrug­nęło radośnie.

Dlaczego mój ojciec siedzi w więzieniu? To żadna tajemnica. Wymiar sprawiedliwości uznał, że dopuścił się zabójstwa, a to, że został skazany tylko na osiem lat, wynika z faktu, że się przyznał, oraz z okoliczności łagodzących, przede wszystkim motywu, który zdaniem sądu był mniej odrażający, niż to bywa w przypadku morderców. Przyjęliśmy wyrok. To dla nas trudne, ale nie uważamy, również mój ojciec, by był on niesprawiedliwy. Oczywiście tata liczył na niższy wymiar kary, ale miał świadomość, że musi odpokutować swój czyn. Wiedział to, zanim podjął decyzję. Nie działał bowiem w afekcie, lecz z premedytacją, wszystko zaplanował i z zimną krwią zrealizował. Wiek sprawcy nie miał podczas procesu żadnego znaczenia, gdyż nie działał on w stanie ograniczonej poczytalności spowodowanej demencją. Mimo to sądzę, że wymierzając karę, sąd brał pod uwagę tę okoliczność. Sędziowie chcieli dać skazanemu nadzieję, że ostatnie dni życia spędzi na wolności, z rodziną. Po roku, może dwóch, ojciec może liczyć na złagodzenie warunków odbywania kary. Zakład półotwarty – to określenie wlewa w nasze serca otuchę: dzień ojciec spędzałby z nami, a wieczorem odwoziłbym go do Tegel. Do Tegel, lubimy tak mówić. Inni tak nazywają lotnisko, a my więzienie.

Wiem, że nie stawia mnie to w najlepszym świetle, ale muszę przyznać, że część winy za to, co się stało, ponoszę ja. Mogłem powstrzymać ojca, ale tego nie chciałem. Kiedy odwiedził nas tamtego dnia, dwudziestego piątego września ubiegłego roku, wiedziałem, co zamierza. Świeciło słońce, okna były otwarte. A na naszej ulicy, w południowo-zachodniej części Berlina, w dzielnicy Lichterfelde, przy otwartych oknach z daleka słychać nadjeżdżający samochód. Jezdnia jest brukowana i kiedy pracuję w domu, od turkotu kół czasem boli mnie głowa. Moja żona uważa, że jestem przewrażliwiony. Odpowiedziałem jej, że według Schopenhauera wrażliwość na dźwięki jest oznaką inteligencji – im człowiek bardziej wrażliwy, tym bardziej inteligentny. Co chcesz przez to powiedzieć?, spytała poirytowana. Nic, odpowiedziałem, czując, że za chwilę zacznie się jedna z tych kłótni, które potrafią zatruć każde małżeństwo. Potem ją przeprosiłem, bo to, co powiedziałem, choć prawdziwe, rzeczywiście nie było miłe.

Czekałem na ojca. Dzień wcześniej zapowiedział, że do nas wpadnie, a kiedy wyjeżdżał z Kotliny Freienwaldzkiej, zadzwoniła moja matka, by powiedzieć, że możemy się go spodziewać za jakieś dwie godziny. To był jej nowy rytuał. Matka uważała, że ojciec nie prowadzi już tak dobrze jak kiedyś, i gdyby nie zjawił się o zapowiedzianej godzinie, miałem natychmiast wszcząć alarm i rozpocząć poszukiwania. Ojciec o niczym nie miał pojęcia, gdyby się dowiedział, poczułby się dotknięty i zirytowany. Wciąż uważał się za znakomitego kierowcę. My jednak mieliśmy wrażenie, że nie jest już tak pewny za kółkiem, i niechętnie pozwalaliśmy mu wozić nasze dzieci, a jego wnuki.

Czekając na ojca, zastanawiałem się, czy ktoś, kto jest niepewnym kierowcą, może być pewnym strzelcem. Nawet jeśli miałby cel jak na dłoni. Wiedziałem, że nie może spudłować, ale miałem nadzieję, że w drodze coś się wydarzy i nie będzie musiał sprawdzać swoich umiejętności strzeleckich. Mały wypadek – i nie dojdzie do morderstwa. Wtedy to, co miało się stać, nazywałem jeszcze w myślach morderstwem, dopiero po fakcie nasz adwokat zwrócił mi uwagę, że czyn ten mógł być też zakwalifikowany jako zabójstwo, a za to grozi niższa kara niż za morderstwo.

Tak naprawdę jednak nie chciałem, żeby ojciec miał wypadek, chciałem tego zabójstwa, od dawna zdawałem sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. Moja żona wyjechała z dziećmi do swojej matki do Lindau, trudno sobie wyobrazić lepszą okazję. Miałem nadzieję, że ojciec szczęśliwie odbędzie tę swoją przedostatnią podróż. Z radia dowiedziałem się, że na trasie nie ma korków.

Ulicą przejechało kilka wozów i w końcu zobaczyłem, jak przed naszym domem zatrzymuje się ford ojca. Dom jest piękny, z drugiej połowy dziewiętnastego wieku, z czerwonej cegły, z drewnianymi belkami, małą wieżyczką, wykuszami i lukarnami. Mieszkamy na wysokim parterze i mamy własne wyjście na ogród. Nad naszym mieszkaniem jest jeszcze jedno piętro, zamieszkałe są też poddasze i suterena. W sumie są tu cztery mieszkania. Nasze jest duże, z wysokim sufitem i bardzo ładnymi sztukateriami. Dom jest pod ochroną konserwatora zabytków.

Kiedy ojciec stanął w progu, zastanawiałem się przez chwilę, gdzie schował broń. Najczęściej nosił ją w kaburze pod lewą pachą, ale mógł też ją mieć w torbie podróżnej. Kiedyś często używał skórzanej saszetki, takiej, w jakiej staromodni palacze przechowują fajkę, tytoń i gilzownicę. On jednak woził w niej swojego walthera, glocka lub colta. Podarowaliśmy mu tę saszetkę na gwiazdkę, nie pamiętam już, ile lat temu – moja matka, moja siostra, mój młodszy brat, no i ja. Przez jakiś czas ojciec jej używał, bardziej ze względu na nas, żeby nam pokazać, że cieszy się z tego prezentu, ale potem znów zaczął nosić kaburę. Z jego punktu widzenia praktyczniej było nosić broń pod pachą, skąd mógł jej szybciej dobyć. Gdyby się znajdowała w saszetce, musiałby najpierw rozsunąć zamek, a te kilka sekund zwłoki mogło kosztować go życie. Myślę, że tak właśnie kalkulował.

Ojciec miał na sobie kraciastą marynarkę i szare spodnie, do tego wygodne buty, pozwalające stać pewnie i bez zachwiania. Myślę, że chciał wyglądać schludnie, na wypadek gdyby został aresztowany – nie jak opryszek, który dopuścił się przestępstwa ot tak, z przyzwyczajenia, tylko jak dojrzały mężczyzna, który zrobił coś, co dokładnie rozważył, obmyślił i postanowił wykonać. Ktoś, kto uczynił to, co należy, nawet jeśli nie wszyscy są w stanie tak na to spojrzeć, zwłaszcza wymiar sprawiedliwości, którego uprawnień i kompetencji bynajmniej nie zamierzam podważać.

Witając się, jak zwykle nie byliśmy pewni, czy mamy sobie podać dłonie, czy się objąć. Ojciec wyciągnął do mnie rękę, a ja miałem ją już uścisnąć, gdy nagle obaj cofnęliśmy dłonie i lekko się objęliśmy, bez uścisku, nie stykając się policzkami, odwracając po wszystkim oczy. Na tyle tylko było nas stać. Ojciec wszedł, zrobiłem mu espresso, podczas gdy on wypakował słoiki z domową marmoladą, z wiśni i pigwy. Zdziwiłem się, że moja matka nawet tego dnia skorzystała z okazji, by podesłać nam coś ze swoich niewyczerpanych zapasów, ale cóż… taka po prostu jest. Potem usiedliśmy w kuchni i opowiedziałem ojcu o jego wnukach. To był jeden z niewielu bezpiecznych tematów. To znaczy, było wiele tematów, które się bałem poruszać, przede wszystkim jego wspomnienia o salonie Marschewskiego. Wieczorem obejrzeliśmy w telewizji mecz Pucharu Niemiec – Bayern grał z Werderem. Wypiliśmy pół butelki czerwonego wina, potem poszliśmy spać. O panu Tiberiusie nie wspomnieliśmy ani słowem.

Następnego dnia ojciec czytał na sofie „auto motor und sport”. Przywiózł ze sobą całą stertę czasopism, zawsze tak robił, gdy nas odwiedzał. Potrafił spędzić na lekturze calutki dzień. Mam wrażenie, że każdą gazetę czytał od deski do deski, dlatego kiedy mam go odwiedzić w więzieniu, wykupuję pół kiosku, przede wszystkim czasopisma o samochodach i broni, ale nie tylko, bo ojciec interesuje się bardzo także polityką. Domyślam się jednak, że te godziny spędzane w celi na lekturze nie są najszczęśliwszymi chwilami jego życia – mimo że nikt mu nie przeszkadza i nie musi mieć wyrzutów sumienia, że czytając, zabiera swój czas ludziom, którzy chcieliby, aby go spędził z nimi – na przykład żonie, a wcześniej dzieciom.

Tego drugiego dnia nic się nie wydarzyło. Pan Tiberius zachowywał się w swojej suterenie spokojnie. Tylko od czasu do czasu słyszałem spuszczaną wodę, więc był w domu. Właściwie był w nim zawsze. Przy kolacji ojciec wspomniał coś o nowym modelu gaźnika i chyba głowicy cylindra, dokładnie już nie pamiętam, a potem o izraelskich osiedlach na Zachodnim Brzegu. To znowuż dało mu asumpt do opowieści o historii tej części świata. Ojciec uwielbiał książki historyczne. Dopiliśmy resztę wina i kiedy koło północy ojciec skończył opowiadać, poszliśmy spać. Zastanawiałem się, na co czeka. Niczego nie ustalaliśmy, ale było jasne, po co przyjechał. W tej sprawie moja rodzina rozumiała się bez słów. Przecież nie mogłem się tak pomylić.

Następnego ranka wstałem wcześnie i wyszedłem do ogrodu. Od kilku dni nie padało, więc rozstawiłem zraszacze i podlałem trawnik, kwiaty i krzewy. Chyba miałem nadzieję, że usłyszę strzał i wszystko się wreszcie skończy, ale słychać było tylko śpiew ptaków i od czasu do czasu turkot kół na ulicznym bruku. Obszedłem dom dookoła, mijając okna sutereny. Są cztery. Po lewej pan Tiberius ma sypialnię, pośrodku kuchnię, a po prawej salon z dwoma oknami – jednym frontowym i jednym w ścianie bocznej. Okienka są małe i niskie, tuż nad ziemią, więc pan Tiberius żył w półmroku. Nie zauważyłem go podczas tego obchodu – w tym celu musiałbym się schylić, czego, rzecz jasna, nie zrobiłem. Może zobaczył moje stopy, nie wiem. Miał przed sobą jeszcze dziesięć minut życia.

Kiedy wróciłem do naszego mieszkania, ojciec siedział przy kuchennym stole. Przed nim leżał pistolet – walther PPK kaliber 7,65 mm browning, ale tego dowiedziałem się dopiero później, z aktu oskarżenia, tak samo jak tego, że skrót PPK oznacza Polizeipistole Kriminal. Prokurator chciał się popisać wiedzą, którą ja, choć miałem takiego ojca, nie dysponowałem. Nie znałem się na broni palnej, nie chciałem się znać. Spytałem ojca, czy się napije espresso. Odpowiedział, że tak. Przed wyjściem włączyłem ekspres, piękną włoską domitę, by się nagrzał. Wymieniłem kolbę na podwójną, bo sam też miałem ochotę na kawę, po czym wcisnąłem ją w wylot młynka, który zaczął głośno mleć ziarno i świeżo zmielona kawa wypełniła sitko aż po brzeg. Wziąłem ubijak – ciężki stalowy krążek z palisandrowym uchwytem – i lekko ubiłem proszek. Potem umieściłem uchwyt z sitkiem w ekspresie, podstawiłem dwie filiżanki i wcisnąłem start. Ekspres zaszumiał i brunatna oleista ciecz popłynęła do filiżanek. Cudowny widok. Ty i twój kawowy rytuał, mówi moja żona, czasem z szyderczym uśmiechem. Ludzie tacy jak ja ze wszystkiego robią rytuał, działając na nerwy nie tylko innym, ale i sobie samym. Kiedy w milczeniu sączyliśmy kawę, pistolet leżał na stole niczym metalowy znak zapytania. Czy powinniśmy?

To, co nastąpiło później, najlepiej opisuje akt oskarżenia: O godzinie 8.40 oskarżony Hermann Tiefenthaler – to znaczy mój ojciec – zabrawszy legalnie posiadany przez siebie pistolet walther PPK (pełna nazwa handlowa: Walther Polizeipistole Kriminal), wyszedł z mieszkania swego syna Randolpha Tiefenthalera i zszedł do sutereny, gdzie pukaniem lub dzwonkiem skłonił najemcę Dietera Tiberiusa do otwarcia drzwi, a następnie zabił go z bliskiej odległości strzałem w głowę. Dieter Tiberius zginął na miejscu.

Potem zadzwoniłem na policję. Poprosił mnie o to ojciec, ale i bez tego było wiadomo, że obierzemy tę drogę, że ojciec nie ucieknie swoim fordem, że nie będziemy mataczyć. Przyznaliśmy się do tego czynu i gdyby było trzeba, zrobilibyśmy to znowu, mówię szczerze jak na spowiedzi. Policjant, który odebrał telefon, polizeiobermeister Leidinger, dobrze mnie znał, podobnie jak ten dom. Bywał tu często w ostatnich miesiącach, więc słysząc mój głos, przywitał mnie radośnie, lecz natychmiast spoważniał, gdy powiedziałem, że chcę zgłosić zgon. Tak właśnie powiedziałem, w pełni świadomie: Chcę zgłosić zgon. Polizeiobermeister Leidinger zamilkł i po chwili zapytał: Pana żona? Przyznaję, że słysząc w jego głosie przerażenie, poczułem satysfakcję po tych wszystkich wątpliwościach i sceptycyzmie, z jakim władze bagatelizowały nasze problemy. Nie, powiedziałem. Na szczęście nie, chodzi o pana Tiberiusa. Kilka sekund milczenia. Wiele bym dał, by się dowiedzieć, co sobie wtedy myślał Leidinger. Już jedziemy, powiedział.

Ojciec spakował swoją torbę i włożył kraciastą marynarkę. Potem usiadł z powrotem przy kuchennym stole, na którym wciąż leżał jego walther PPK. Zrobiłem mu jeszcze jedno espresso. Czasem tak siadywaliśmy przed jego powrotem do domu, najczęściej była przy tym moja matka, zawsze przyjeżdżali we dwoje. I tym razem, o dziwo, wypowiedzieliśmy te same kilka zdań, które zwykle w takich chwilach padały. Wszystko zabrałeś? Niczego nie zapomniałeś? Ojciec poszedł jeszcze raz do łazienki, by sprawdzić, i rzeczywiście – znalazł piankę do golenia. Zawsze warto sprawdzić, powiedziałem. Nie wiadomo, czy będę mógł jej używać, odparł. Pomyślałem, że może z powodu ostrzy w maszynkach więźniom nie wolno się golić na mokro, ale nie miałem pojęcia o zwyczajach panujących w więzieniu. I wtedy rozległ się dzwonek. Jako pierwsi weszli do naszego mieszkania polizeiobermeister Leidinger i jego kolega Rippschaft, również dobrze mi znany, potem przybyli inni, mundurowi i śledczy po cywilnemu, lekarz, technicy kryminalistyczni, patolog z ekipą.

Ojciec powiedział Leidingerowi, że zastrzelił najemcę mieszkania w suterenie, po czym zamilkł i więcej się nie odzywał. Był zupełnie spokojny. Nie założyli mu kajdanek, być może przez wzgląd na wiek ojca. Tak czy siak, byłem im wdzięczny. Na pożegnanie się uścisnęliśmy, tym razem długo, mocno, serdecznie. Pierwszy raz w życiu. Objęliśmy się i wtedy ojciec powiedział coś, co w uszach postronnych mogło brzmieć dziwnie: Jestem z ciebie dumny. Słowa te można rozumieć jedynie jako ostatnie przesłanie, bilans relacji ojca i syna, pożegnalne słowa, po których ojciec zniknął za bramą więzienia. Nigdy dotąd czegoś takiego nie powiedział. Może chciał mi w ten sposób przekazać, że w jego oczach moje życie – aż do chwili, gdy pojawił się pan Tiberius – było absolutnie udane i że pan Tiberius jest w tym życiu tylko epizodem – niczym więcej jak epizodem, który on, jako mój ojciec, zakończył celnym strzałem w głowę. Może próbował dać mi do zrozumienia, że choć nie umieliśmy ze sobą rozmawiać, widział to moje udane życie, i chciał mnie utwierdzić na mojej drodze? Tak, myślę, że powiedział to właśnie dlatego.

Czy w moich oczach pojawiły się łzy? Nie, przez chwilę miałem takie wrażenie, ale nie. Oczy zrobiły mi się trochę wilgotne, pewnie ze zmęczenia, to całkiem normalne. Siedzę w swoim gabinecie przy biurku i piszę, dochodzi dwudziesta trzecia, dzieci, ma się rozumieć, już dawno są w łóżkach, kilka minut temu zajrzała Rebecca, powiedziała Dobranoc, pogłaskała mnie po policzku, pocałowała. Miłego pisania, powiedziała w progu, wychodząc. Jak na nią dosyć konwencjonalne słowa. Może czuje się trochę niepewnie, bo nie wie, dlaczego spisuję tę historię i co w niej dokładnie będzie. Powiedziałem jej tylko, że piszę, bo chcę to z siebie wyrzucić. To oznacza u nas sprawę Tiberiusa. Powiedziałem prawdę, ale nie całą. Nie wspomniałem, że jeszcze nie wszystko w tej sprawie zostało powiedziane, że są jeszcze pewne luki. Oczywiście, dużo o tym rozmawialiśmy, bardzo dużo, dzieląc się żalem, gniewem, lękami. Nasze małżeństwo, które ma za sobą również trudne czasy, miało okazję się sprawdzić – i zdało ten trudny egzamin. Mimo to pewne słowa nie chcą mi przejść przez usta. Nigdy nie byłem wielkim mówcą, rzekłbym, że raczej przeciwnie, i gdyby ktoś powiedział to głośno, nie miałbym mu tego bynajmniej za złe. Zanim się odezwę, długo słucham, a przemawianie do większej grupy przychodzi mi z trudem, choć daję radę. Nie jest tak źle. Po prostu nie jestem człowiekiem, któremu nie zamykają się usta. Mówienie nie jest dla mnie tak oczywiste jak chodzenie, lecz wymaga wysiłku, na który zresztą bez większego problemu, a czasem chętnie, jestem w stanie się zdobyć. Dlaczego więc w ogóle o tym piszę? Czy ma to coś wspólnego z tym, że jestem jeszcze winien Rebecce kilka słów wyjaśnienia?

Przyjemnie tutaj tak siedzieć. Na naszej ulicy panuje cisza, koła nie turkoczą na bruku, samochody sąsiadów, niektóre to ogromne, potężne bestie, stoją przy chodniku jak młodsze rodzeństwo domów. Dlaczego w ostatnich latach auta zrobiły się takie ogromne? Dlaczego dorównują wysokością swoim kierowcom albo są długie jak ciężarówka? Albo jedno i drugie? Kiedy ludzie wyprowadzą się z domu, bo równie wygodnie da się mieszkać w SUV-ie? Oto depresyjne myśli człowieka, który żyje z budowy domów. Jestem bowiem architektem. A może to takie pijackie myśli, chociaż postanowiłem, że dopóki spisuję tę historię, nigdy nie wypiję więcej niż pół butelki wspaniałego black printu? Osuszyłem dopiero jeden kieliszek, ale czternaście i pół procent alkoholu robi swoje.

Bzdura, nie jestem pijany, spoglądam przez okno na gazową latarnię. Prościutki słup, na górze trochę ornamentów, szkło, nad nim daszek z metalu, ciepłe, łagodne światło. Jest plan, by zdemontować te latarnie, bo oświetlenie gazowe szkodzi środowisku bardziej niż elektryczne, tak mówią. Może i tak, ale my się sprzeciwiamy. Nie stworzyliśmy na naszej ulicy grupy inicjatywnej, co to to nie, ale sąsiad z naprzeciwka, radiolog, zebrał podpisy, a ja oczywiście podpisałem się za zachowaniem mojej latarni, mojej i pozostałych na tej ulicy. Dla mnie światło ma nie tylko rozjaśniać świat, ale też dawać ciepło. Tak było od samego początku, jeśli się nie mylę, od pierwszego ogniska, przy którym usiedli ludzie. Człowiek ma się w świetle ogrzać, nie marznąć. A światło elektryczne, zwłaszcza te nowe żarówki, sprawia, że aż ciarki przechodzą po plecach.

Słyszę skrobanie, to pazury naszego psa na parkiecie, wyszedł z łóżka któregoś z dzieci i idzie do kuchni się napić. Nasz Benno, rhodesian ridgeback, wielki i silny. Nie jest agresywny, ale dzięki niemu znów się czujemy bezpiecznie. Nawet po śmierci pana Tiberiusa byliśmy dość nerwową rodziną. Ale to już przeszłość. Gdyby nie było pana Tiberiusa, Benna też byśmy nie mieli.

Spisuję więc tę historię, bo mam nadzieję, że łatwiej mi będzie to przelać na papier niż powiedzieć. Ale aby napisać słowa, które jestem winien Rebecce, muszę zacząć od samego początku. Doszło do przestępstwa, przestępstwa, którego chcieliśmy, i jak w przypadku każdego przestępstwa, doprowadził do niego pewien ciąg zdarzeń. Chcę opisać wszystko, nie tylko to, czego jeszcze brakuje, bo tylko tak to, czego brakuje, da się zrozumieć. Dobrze, że patrzę przy tym na latarnię, na ciepłe światło nad wielkimi samochodami, które w nocy stoją spokojnie przed domami. W salonie radiologa miga szara poświata telewizora.

Ja też lubię czytać książki historyczne, tak jak ojciec, i wiem, że na każdego dziejopisarza czyha ta sama pułapka: wychodzi się od wielkiego wydarzenia i patrzy wstecz – na przykład obiera się za punkt wyjścia drugą wojnę światową i przez jej pryzmat interpretuje wszystko, co się zdarzyło wcześniej – ale wtedy niejako siłą rzeczy dostrzega się cały szereg wydarzeń, które do niej doprowadziły, tak że w końcu ma się wrażenie, że wojna była nieunikniona. Historyk szuka związków przyczynowo-skutkowych, nie docenia zaś potęgi przypadku. Ja, Randolph Tiefenthaler, lat czterdzieści pięć, architekt, żonaty, ojciec dwójki dzieci, zdecydowany przedzierzgnąć się w dziejo­pisarza swojego życia, nie chcę wpaść w tę pułapkę, nie chcę w ten sposób patrzeć na swoje życie. Z drugiej strony wielkie wydarzenia nie następują ot tak, z niczego, muszą mieć jakieś przyczyny, musi być jakaś historia, której początki często sięgają dziesiątków lat wstecz. Myślę, że ważne są oba czynniki: przypadek i przyczynowość. Gdybyśmy spotkali pana Tiberiusa, zanim kupiliśmy to mieszkanie, na pewno nie zdecydowalibyśmy się na ten zakup. To, że go nie spotkaliśmy, to czysty przypadek. Ale to, że z tego powodu musiał umrzeć, wynika zapewne z historii mojego życia, i temu nie mogę zaprzeczyć.

Wzdragam się przed napisaniem tego wprost, bo wydaje się to tak przeraźliwie banalne, ale moje życie naprawdę zaczęło się w atmosferze strachu przed wojną, strachu przed użyciem broni masowego rażenia. Kiedy moja matka była ze mną w zaawansowanej ciąży, w październiku 1962 roku, ojciec kupił mnóstwo konserw i wody mineralnej i schował je w piwnicy, by się przygotować na wojnę nuklearną. Rodzice mieli maleńką, wprost wzruszająco maleńką nadzieję, że przeżyją uderzenie atomowe w swojej piwniczce, a potem odczekają kilka tygodni, aż zgasną pożary i spadnie poziom promieniowania, i zaczną nowe życie w spustoszonym świecie, ze swoją córeczką, a moją siostrą Cornelią, wówczas roczną, i synem, który miał się urodzić w tejże piwnicy. Była to piwnica berlińskiego bloku, kryjówka za drzwiami zbitymi z desek, gdzie stały rowery rodziców i rzeczy, których nie mogli trzymać w mieszkaniu, a które były zbyt cenne – raczej ze względu na sentyment niż ich wartość materialną – by się z nimi rozstać, między innymi encyklopedia, której kolejne tomy przychodziły co miesiąc pocztą. Encyklopedia ta wyróżniała się nie tyle zawartą w niej pewną i niezawodną wiedzą, ile wspaniałą oprawą, mającą usprawiedliwiać wysoką cenę. Babcia skusiła się na subskrypcję namówiona w drzwiach swego domu przez wędrownego sprzedawcę i podarowała ją synowej, ta zaś, chociaż skończyła edukację po ledwie dziewięciu latach nauki, natychmiast dostrzegła, jak liche to dzieło, i zniosła je do piwnicy, by w razie potrzeby móc je wyciągnąć. Zdaje się, że w tym samym miejscu leżały ziemniaki.

Koniec końców, nie urodziłem się jednak w tamtej piwnicy, tylko w szpitalu. Kiedy trzydziestego października opuściłem brzuch matki, było już po kryzysie. Dwa dni wcześniej Chruszczow ogłosił, że wycofuje z Kuby sowieckie rakiety. Twarde stanowisko Kennedy’ego zrobiło swoje.

Czy te okoliczności naznaczyły całe moje życie? Czy od urodzenia było mi pisane, że moje losy będą związane z bronią? Nie, moi rodzice widzieli to zupełnie inaczej. Dla nich byłem dzieckiem pokoju, znakiem nadziei. Chruszczow okazał się tak miły, że obdarzył cię życiem w pokoju, mawiała moja matka, ilekroć opowiadała o tamtych czasach. Mówiła to żartobliwie, ma się rozumieć, jak to mają w zwyczaju wszystkie matki, gdy mówią o takich sprawach. Choć zarazem myśl, że Chruszczow w jakimś głębszym sensie ustąpił ze względu na jej rodzinę, nie wydawała jej się czymś absurdalnym.

To czysty przypadek, że w czasie kryzysu kubańskiego, gdy cały świat myślał o wojnie, byłem w brzuchu matki. Pytanie, czy mimo to tamten czas nie wpłynął na całe moje życie. To oczywiste, że w owym okresie matka potwornie się bała. Mieszkała w Berlinie, w mieście, przez które przebiegała linia frontu zimnej wojny. Gdyby Rosjanie nie zniszczyli Berlina, chcąc oszczędzić otaczającą go NRD, zrobiliby to Amerykanie, by obrócić socjalistyczne Niemcy w perzynę. Obojętne, skąd by nadleciały rakiety, ze wschodu czy też z zachodu, moi rodzice wiedzieli, że staną się pierwszymi ofiarami ewentualnej wojny. A ciężarna bała się chyba podwójnie, o siebie i o dziecko, które chciała chronić, ale nie mogła. Taka ciężarna była szczególnie podatna na strach. W takim to stanie była moja matka, gdy mieszkałem w jej brzuchu. Nie wiem, jak strach matek wpływa na ich nienarodzone dzieci, nie studiowałem tej kwestii, ale tak sobie myślę, że jakoś wpływać musi. Prawdę mówiąc, nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałem. Rozmyślam o takich sprawach dopiero od czasu, gdy pojawił się pan Tiberius, i odkąd czuję pokusę, by opisać swe życie jako swego rodzaju epopeję wojenną. Czy nie za bardzo się go bałem? A jeśli tak, to dlaczego? Skąd wziął się ten strach? Z tych dziecinnych lęków października, listopada i grudnia 1962 roku? Nie, w żadnym wypadku!

Nawet teraz, po tym, co przeżyliśmy z panem Tiberiusem, z uporem twierdzę, że miałem normalne dzieciństwo – nie upłynęło mi ono w wielkim bogactwie, za to nie napotkałem większych problemów w szkole i miałem kochających rodziców. Mieszkaliśmy wtedy przy Foxweg, w okręgu Reinicken­dorf, na nowym osiedlu czerwonych bloków, z trawnikami, placem zabaw i stadionem Wacker 04, klubu piłkarskiego, w którego juniorskiej drużynie stałem na bramce. Miasto leżało w samym centrum zimnej wojny, lecz moi rodzice uważali je najwyraźniej za bezpieczne miejsce do życia, bo pamiętam, że często jeździłem sam autobusem, i to jeszcze zanim skończyłem dziesięć lat, bo krótko po moich dziesiątych urodzinach przeprowadziliśmy się z Reinickendorfu do Frohnau, gdzie rodzice kupili pół bliźniaka. Dla moich wspomnień to dobrze, bo dzięki temu wiem dokładnie, co się zdarzyło przed przeprowadzką, a co po niej. Samodzielne podróże autobusami były na pewno przed. Nie pamiętam już, dlaczego tak często nimi jeździłem, musiałbym spytać matkę, ale tak czy siak spędzałem dużo czasu w tych bladożółtych piętrowych pojazdach. Wpychałem się do środka, gdy tylko autobus podjeżdżał na przystanek, wbiegałem po wąskich schodkach na górę i siadałem w pierwszym rzędzie. Podróż na innym miejscu uważałem za straconą, więc gdy widziałem, że moje miejsca są zajęte, przepuszczałem taki kurs. Siedząc w pierwszym rzędzie, miałem najlepszy widok i mrówki w brzuchu, bo czułem się tak, jakby moje nogi zwisały nad ruchomą przepaścią. To było coś wspaniałego.

Pamiętam zapach chloru na krytym basenie, szczypanie dłoni, gdy sięgałem do papierowej torby po solone frytki, pierwszego w życiu hamburgera, którego zjadłem na niemiecko-amerykańskim festynie, długo przed nastaniem ery McDonaldów, i walki byków na festynie niemiecko-francuskim. Wtedy nie wydało mi się to wcale dziwne, dopiero później uświadomiłem sobie, że bardziej pasowałyby one do festynu niemiecko-hiszpańskiego, ale takowych nie było, bo Hiszpania nie należała do czterech mocarstw, które kontrolowały Berlin, więc pamięć nie może mnie mylić. A jeszcze później się okazało, że we Francji też organizuje się walki byków. Pamiętam ciszę w osiedlowej bibliotece i wyrzuty sumienia, gdy oddawałem książkę po terminie. Pamiętam podróże metrem, przede wszystkim puste stacje we wschodnim Berlinie, które nasze pociągi mijały szybko, bez zatrzymywania. Widziałem ciemne worki z piaskiem i żołnierzy z karabinami. To był mój pierwszy koszmar na jawie – że mój pociąg nagle się zatrzymuje, musimy opuścić wagony i zostajemy wydani na pastwę tego mrocznego świata. W tamtym czasie NRD kojarzyła mi się wyłącznie z mrokiem stacji metra i wielką pustką wokół Bramy Brandenburskiej. Razem z rodzicami i siostrą wchodziliśmy na platformę widokową przy murze i patrzyliśmy na drugą stronę. Ani żywego ducha. Plac był pusty, ulica za nim również. Byłem dzieckiem i niczego nie rozumiałem. Po co wybudowano ten wielki mur i ustawiono wieże strażnicze? Po co te worki z piaskiem i patrole żołnierzy, skoro nie ma tu czego strzec, bo są tylko puste stacje, ulice i place? W świecie za murem czaiło się coś złego, tyle rozumiałem z rozmów moich rodziców, ale nie miałem pojęcia, co to za zło, i prawdę mówiąc, było mi to obojętne. Kiedy nie mijałem akurat którejś z tych pustych stacji, zapominałem, że żyję otoczony murem i że ten mur, jak mi mówili rodzice, jest symbolem wojny.

Tylko raz doświadczyłem tego na własnej skórze. W sześćdziesiątym dziewiątym albo siedemdziesiątym roku, jeszcze przed umową tranzytową, pojechaliśmy z rodzicami samochodem na Zachód, w odwiedziny do dziadków, rodziców mamy, którzy mieszkali w Wuppertalu. Byłem już u nich wcześniej, ale wtedy lecieliśmy samolotem. Kiedy rodzice pakowali naszego forda 12M, zauważyłem, że są bardzo zdenerwowani, zwłaszcza ojciec, który na mnie nakrzyczał, a moją siostrę wyciągnął z tylnego siedzenia, bo wsiadła za wcześnie, zanim mama zdążyła upchnąć między fotelami ostatnie torby i paczki. Ojciec znosił bagaże, a matka je pakowała, tak się podzielili. On miał siłę, a ona zręczność i optymizm, tak potrzebny, gdy się upycha kolejne paczki do samochodu, który wydaje się już pełny po brzegi. Ojciec się strasznie pocił, nie od dźwigania, bo wszystko zdążył znieść, tylko od samego patrzenia. Ford osiadł już niemiłosiernie, a na parkingu przed naszym domem czekały jeszcze torby i siatki (pamiętam, że plac był zupełnie pusty – zaprojektowano go z myślą o nadciągającej epoce motoryzacji, która wkrótce faktycznie nastała, tak że dziś w całym Berlinie brakuje miejsc parkingowych, również na naszej uliczce, która naprawdę nie jest aż tak zaludniona).

W końcu ojciec nie mógł już znieść tego widoku i zrejterował. Nie byliśmy zdziwieni, bo często uciekał, gdy się pojawiały kłopoty, ale zawsze wracał, więc przyjęliśmy jego ucieczkę ze spokojem. Mama wcisnęła do forda ostatni bagaż – swój kuferek z kosmetykami – i poszła po ojca, a my, to jest ja, moja siostra i mój młodszy braciszek, który miał wtedy cztery lata, staliśmy przy aucie, patrząc, jak rodzice dyskutują w najdalszym zakątku parkingowego placu. Moja siostra skubała warkoczyk, braciszek ssał kciuk, a ja wcisnąłem ręce w kieszenie skórzanych bawarskich spodenek. Nie słyszeliśmy, o czym rodzice mówią, ale wiedzieliśmy, jak to się skończy. Mama wzięła ojca w ramiona, uścisnęła i wrócili do wozu.

Mimo