Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 566 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Straceńcy - Wilbur Smith

Rok 1935, Etiopia pod rządami cesarza Hajle Sellasjego. Armia Mussoliniego, licząca 350 tysięcy dobrze uzbrojonych żołnierzy, wzmocniona siłami pancernymi i samolotami, przygotowuje się do wojny z państwem abisyńskim. Faszystowskim agresorom stawić czoła mogą jedynie wojska plemienne, uzbrojone w dzidy, włócznie oraz przestarzałe karabiny i działa z okresu I wojny światowej. W Dar es-Salaam w Tanganice, podczas aukcji pięciu starych samochodów opancerzonych, dochodzi do brzemiennego w konsekwencje spotkania dwóch poszukiwaczy przygód: Amerykanina Jake'a Bartona, inżyniera z Teksasu, oraz Anglika, majora Garetha Swalesa, zarabiającego na życie handlem bronią. Do obrony swego terytorium Etiopczycy desperacko potrzebują objętej embargiem broni. Zgadzają się więc na propozycję Jake'a i Garetha: zakupu wyremontowanych i dozbrojonych w karabiny maszynowe samochodów za kwotę wielokrotnie przekraczającą ich wartość: piętnastu tysięcy funtów. Stawiają tylko jeden warunek – zapłata za towar nastąpi w momencie jego dostarczenia na obszar Etiopii, do oazy o nazwie Studnie Chaldi. Aby wywiązać się z umowy, mężczyźni muszą przeszmuglować samochody przez setki kilometrów wrogiego terytorium Somali lub Erytrei. W pełnej niebezpieczeństw podróży towarzyszyć im będzie piękna amerykańska dziennikarka, Vicky Camberwell. Porywczy Barton i pełen ogłady Swales od samego początku rywalizują o jej względy. Tymczasem siły włoskie rozpoczynają inwazję, zaczyna się rzeź bezbronnych Etiopczyków. Jake, Gareth i Vicky znajdą się nieoczekiwanie w samym oku cyklonu...

Opinie o ebooku Straceńcy - Wilbur Smith

Fragment ebooka Straceńcy - Wilbur Smith

Wydanie elektroniczne

WIL­BUR SMITH

Świa­to­wej sła­wy pi­sarz afry­kań­ski pi­szą­cy po an­giel­sku. Uro­dził się w by­łej Ro­de­zji. De­biu­to­wał w 1964 roku po­wie­ścią Gdy po­lu­je lew. Była to pierw­sza po­zy­cja z jego naj­bar­dziej po­pu­lar­nej sagi hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wej opi­su­ją­cej dzie­je ro­dzi­ny Co­urt­ney­ów, w któ­rej skład we­szły m.in. Od­głos gro­mu, Pło­ną­cy brzeg, Wła­dza mie­cza, Mon­sun, Triumf słoń­ca orazAs­se­gai. Peł­ny do­ro­bek Smi­tha obej­mu­je 34 po­wie­ści, w tym dwie naj­now­sze Pie­kło na mo­rzu i Vi­cio­us Circ­le. Po jego pro­zę chęt­nie się­ga­ją twór­cy fil­mo­wi. Na duży ekran prze­nie­sio­no Ko­pal­nię zło­ta, Za­krzy­czeć dia­bła i Na­jem­ni­ków. Na pod­sta­wie kil­ku in­nych ty­tu­łów, m.in. Pło­ną­ce­go brze­gu, Wła­dzy mie­cza, Boga Nilu i Siód­me­go pa­pi­ru­sa po­wsta­ły mi­ni­se­ria­le te­le­wi­zyj­ne.

Smith jest mi­ło­śni­kiem dzi­kiej przy­ro­dy; pa­sjo­nu­je się współ­cze­sną hi­sto­rią Afry­ki, co znaj­du­je od­zwier­cie­dle­nie w jego twór­czo­ści li­te­rac­kiej. Spo­ro po­dró­żu­je, zwy­kle w okre­sie zi­mo­wym. Miesz­ka w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Szwaj­ca­rii i w Re­pu­bli­ce Po­łu­dnio­wej Afry­ki.

Tego au­to­ra

ZA­KRZY­CZEĆ DIA­BŁA

NA­JEM­NI­CY

PTAK SŁOŃ­CA

OKO TY­GRY­SA

ŁOW­CY DIA­MEN­TÓW

OKRUT­NA SPRA­WIE­DLI­WOŚĆ

KO­PAL­NIA ZŁO­TA

STRA­CEŃ­CY

PIEŚŃ SŁO­NIA

GNIEW OCE­ANU

PIE­KŁO NA MO­RZU

OKRUT­NY KRĄG

Saga Co­urt­ney­ów

DRA­PIEŻ­NE PTA­KI

MON­SUN

BŁĘ­KIT­NY HO­RY­ZONT

TRIUMF SŁOŃ­CA

AS­SE­GAI

*

GDY PO­LU­JE LEW

OD­GŁOS GRO­MU

UPA­DEK WRÓ­BLA

*

PŁO­NĄ­CY BRZEG

WŁA­DZA MIE­CZA

PŁO­MIE­NIE GNIE­WU

OSTAT­NIE PO­LO­WA­NIE

ZŁO­TY LIS

Saga Bal­lan­ty­ne’ów

LOT SO­KO­ŁA

PO­SZU­KI­WA­CZE PRZY­GÓD

PŁACZ ANIO­ŁÓW

LAM­PART PO­LU­JE W CIEM­NO­ŚCI

Saga egip­ska

BÓG NILU

CZA­ROW­NIK

ZE­MSTA NILU

SIÓD­MY PA­PI­RUS

www.wil­bur­smi­th­bo­oks.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

CRY WOLF

Co­py­ri­ght © Wil­bur Smith 1976

All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed in 1976 by Wil­liam He­ine­mann Ltd.

Re­prin­ted in 1998 by Mac­mil­lan, Lon­don

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ra­fał Li­sow­ski 2013

Re­dak­cja: Bar­ba­ra No­wak

Zdję­cia na okład­ce: Ga­ly­na An­dru­sh­ko/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-065-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję tę książ­kę mo­jej żo­nie Mo­khi­ni­so,

klej­no­to­wi mego ży­cia,

z mi­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią za wszyst­kie

za­cza­ro­wa­ne lata na­sze­go mał­żeń­stwa

Dla Jake’a Bar­to­na ma­szy­ny za­wsze były jak ko­bie­ty – tak samo fa­scy­nu­ją­ce, pod­stęp­ne i wred­ne. Dla­te­go kie­dy zo­ba­czył, jak sto­ją rzę­dem w roz­ło­ży­stym cie­niu ciem­no­zie­lo­ne­go li­sto­wia man­gow­ców, na­zwał je że­la­zny­mi da­ma­mi.

Było ich pięć. Wy­róż­nia­ły się dum­nie spo­śród stert zu­ży­te­go, nie­po­trzeb­ne­go sprzę­tu, któ­ry urząd gu­ber­na­to­ra Jego Kró­lew­skiej Mo­ści wy­sta­wiał na sprze­daż. Cho­ciaż był czer­wiec i na­sta­ła chłod­niej­sza pora mię­dzy mon­su­na­mi, to owe­go bez­chmur­ne­go po­ran­ka w Dar es-Sa­la­am żar na­ra­stał jak w pie­cu hut­ni­czym, więc Jake z ra­do­ścią skrył się w cie­niu drze­wa. Zbli­żył się do że­la­znych dam, aby le­piej im się przyj­rzeć.

Ro­zej­rzał się po ogro­dzo­nym po­dwór­ku. Chy­ba tyl­ko on za­in­te­re­so­wał się po­jaz­da­mi. Pstra zbie­ra­ni­na po­ten­cjal­nych na­byw­ców bu­szo­wa­ła wśród zwa­łów po­ła­ma­nych ło­pat i ki­lo­fów, rzę­dów spo­nie­wie­ra­nych ta­czek oraz ca­łej resz­ty śmie­ci o nie­ja­snym prze­zna­cze­niu.

Jake ścią­gnął lek­ką tro­pi­kal­ną kurt­kę z mo­le­ski­nu i prze­wie­sił ją przez ga­łąź man­gow­ca. Na­stęp­nie znów spoj­rzał na że­la­zne damy.

To ary­sto­krat­ki, któ­re do­tknę­ła bie­da. Mia­ły ostre, lecz za­wa­diac­kie rysy, oszpe­co­ne wy­bla­kłą, odra­pa­ną far­bą oraz ra­ko­wa­ty­mi pla­ma­mi rdzy wy­zie­ra­ją­cej spod spodu. La­ta­ją­ce lisy zwi­sa­ją­ce gło­wa­mi do dołu z ga­łę­zi man­gow­ca za­pa­sku­dzi­ły ka­ro­se­rie od­cho­da­mi, a ze sta­rych „sta­wów” ciekł olej i smar. Każ­dą z że­la­znych dam po­kry­wa­ły szpet­ne smu­gi czar­ne­go ku­rzu.

Jake znał ich ro­do­wód. Po­ło­żyw­szy na zie­mi nie­wiel­ką tek­styl­ną tor­bę z na­rzę­dzia­mi, na­pręd­ce po­wtó­rzył so­bie hi­sto­rię pię­ciu wspa­nia­łych ma­szyn, któ­re nisz­cza­ły na go­rą­cym tan­ga­nic­kim wy­brze­żu. Ich ka­dłu­by i ka­ro­se­rie po­wsta­ły w za­kła­dach Schre­ine­ra. Otwo­ry po ka­ra­bi­nach ma­szy­no­wych Ma­xim zia­ły w wy­so­kich, do­stoj­nych wie­życz­kach jak pu­ste oczo­do­ły. Po­chy­łą kwa­dra­to­wą ko­mo­rę sil­ni­ka przy­kry­wa­ła cięż­ka pan­cer­na pły­ta z rów­ny­mi rzę­da­mi ni­tów oraz sta­lo­wy­mi osło­na­mi, któ­re za­bez­pie­cza­ły chłod­ni­cę przed ogniem wro­ga. Wozy sta­ły dum­nie na me­ta­lo­wych ko­łach z po­tęż­ny­mi gu­mo­wy­mi opo­na­mi. Jake od­czu­wał nut­kę żalu, że to wła­śnie on wy­rwie z nich sil­ni­ki, a na­stęp­nie po­rzu­ci zu­ży­te, acz szla­chet­ne cia­ła.

Te wa­lecz­ne damy nie za­słu­gi­wa­ły na tak non­sza­lanc­kie trak­to­wa­nie. W mło­do­ści prze­go­ni­ły prze­bie­głe­go nie­miec­kie­go do­wód­cę von Let­tow-Vor­bec­ka przez roz­le­głe rów­ni­ny i nie­przy­stęp­ne wzgó­rza Afry­ki Wschod­niej. Dzi­ka ro­ślin­ność wy­ry­ła głę­bo­kie bli­zny na far­bie wszyst­kich pię­ciu aut, a tu i ów­dzie nie­przy­ja­ciel­skie kule po­zo­sta­wi­ły w sta­lo­wych ka­dłu­bach cha­rak­te­ry­stycz­ne wgnie­ce­nia.

To były ich wiel­kie dni – w tu­ma­nach ku­rzu pę­dzi­ły do boju pod ło­po­czą­cy­mi sztan­da­ra­mi, prze­bi­ja­ły się przez wy­kro­ty i wil­cze rowy, zia­ły ogniem, roz­pę­dza­jąc prze­ra­żo­nych nie­miec­kich aska­ri.

Póź­niej ory­gi­nal­ne sil­ni­ki za­stą­pio­no pięk­ny­mi, no­wiut­ki­mi ben­tley­ami o po­jem­no­ści sześć i pół li­tra. Roz­po­czę­ła się po­wol­na dro­ga ku upad­ko­wi. Wozy tra­fi­ły do pa­tro­lu przy­gra­nicz­ne­go, gdzie cza­sem co naj­wy­żej ści­ga­ły zło­dziei by­dła. Bru­tal­ni kie­row­cy do­pro­wa­dzi­li je do ta­kie­go sta­nu, że w koń­cu w upal­nym maju roku pań­skie­go 1935 tra­fi­ły na wy­prze­daż or­ga­ni­zo­wa­ną przez urząd gu­ber­na­to­ra. Jake wie­dział jed­nak, że na­wet be­stial­skie trak­to­wa­nie nie mo­gło­by do­szczęt­nie znisz­czyć mo­to­rów – i wła­śnie one go in­te­re­so­wa­ły.

Pod­wi­nął rę­ka­wy ni­czym chi­rurg przed ope­ra­cją.

– No, dziew­czę­ta – mruk­nął – sta­ry Jake za­raz się do was weź­mie.

Był ro­słym, bar­czy­stym męż­czy­zną i le­d­wie się mie­ścił w cia­snym wnę­trzu wozu opan­ce­rzo­ne­go. Pra­co­wał jed­nak w sku­pie­niu gra­ni­czą­cym z eks­ta­zą i nie zwra­cał uwa­gi na nie­wy­go­dę. Mru­żył oczy w mro­ku, a jego sze­ro­kie, zwy­kle uśmiech­nię­te usta w kół­ko po­gwiz­dy­wa­ły pierw­sze tak­ty Ti­ger Rag.

Pra­co­wał pręd­ko. Spraw­dził usta­wie­nia prze­pust­ni­cy i za­pło­nu na de­sce roz­dziel­czej, zba­dał też, któ­rę­dy bie­gną prze­wo­dy pa­li­wo­we z tyl­ne­go zbior­ni­ka. Gdy zna­lazł za­wo­ry pod fo­te­lem kie­row­cy, stęk­nął za­do­wo­lo­ny. Wy­szedł przez wie­życz­kę i zsu­nął się po wy­so­kim boku po­jaz­du. Przy­sta­nął, by przed­ra­mie­niem obe­trzeć struż­kę potu, któ­ra wy­cie­ka­ła spod gę­stych, krę­co­nych czar­nych wło­sów i spły­wa­ła po po­licz­ku. Na­stęp­nie pod­biegł do pan­cer­nej osło­ny sil­ni­ka, po czym otwo­rzył za­trza­ski bocz­nej kla­py.

– O, pięk­nie! – szep­nął na wi­dok za­ry­su sta­re­go sil­ni­ka Ben­tleya, ukry­te­go pod gru­bą war­stwą ku­rzu i tłu­ste­go bru­du.

Wiel­kie, kan­cia­ste dło­nie Jake’a o sze­ro­kich pal­cach do­tknę­ły go nie­mal z czu­ło­ścią.

– Dra­nie moc­no cię wy­mę­czy­li, złot­ko – szep­nął. – Ale jesz­cze za­śpie­wasz tak pięk­nie jak daw­niej, ja ci to obie­cu­ję.

Wy­cią­gnął ba­gnet z mi­ski ole­jo­wej i roz­tarł mię­dzy pal­ca­mi kro­plę ole­ju.

– Cho­le­ra! – stęk­nął z obrzy­dze­niem, gdy po­czuł szorst­ki osad.

We­tknął mier­nik z po­wro­tem na miej­sce. Za­wo­łał wa­łę­sa­ją­ce­go się Mu­rzy­na, żeby za szy­lin­ga za­krę­cił kor­bą. Sam dło­nią skon­tro­lo­wał sprę­że­nie.

Pręd­ko prze­su­wał się od wozu do wozu, ba­da­jąc, spraw­dza­jąc i te­stu­jąc, a gdy skoń­czył, wie­dział, że trzy ma­szy­ny na pew­no do­pro­wa­dził­by do sta­nu uży­wal­no­ści, a może tak­że i czwar­tą.

Pią­ta była bez­na­dziej­nie znisz­czo­na. W sil­ni­ku znaj­do­wa­ła się szpa­ra ta­kiej wiel­ko­ści, że da­ło­by się prze­je­chać kon­no, a tło­ki się za­sta­ły i kor­ba nie drgnę­ła na­wet pod wspól­nym na­po­rem Jake’a oraz jego po­moc­ni­ka.

W dwóch sa­mo­cho­dach bra­ko­wa­ło gaź­ni­ków, ale je­den moż­na by wy­mon­to­wać z wra­ku. Po­trzeb­ny był więc jesz­cze je­den. Jake czar­no wi­dział per­spek­ty­wę zna­le­zie­nia go w Dar es-Sa­la­am.

Za­tem trzy pew­nia­ki. Po sto dzie­sięć fun­tów za każ­dy, w su­mie trzy­sta trzy­dzie­ści. Je­śli od­jąć wy­da­tek rzę­du stu fun­tów, Jake mógł li­czyć na dwie­ście trzy­dzie­ści fun­tów czy­ste­go zy­sku – bo prze­cież na pew­no za ża­den z tych rzę­chów nie za­pła­ci na au­kcji wię­cej niż dwa­dzie­ścia. Rzu­cił afry­kań­skie­mu po­moc­ni­ko­wi obie­ca­ne­go szy­lin­ga i po­czuł miłą sa­tys­fak­cję. Dwie­ście trzy­dzie­ści fun­tów to kupa for­sy w tych chu­dych cza­sach.

Zer­k­nął na ze­ga­rek, któ­ry no­sił w tyl­nej kie­sze­ni. Do roz­po­czę­cia li­cy­ta­cji zo­sta­ły jesz­cze po­nad dwie go­dzi­ny. Nie mógł się już do­cze­kać pra­cy przy ben­tley­ach – i to nie tyl­ko z po­wo­du pie­nię­dzy. W taką ro­bo­tę wkła­dał całe ser­ce.

Środ­ko­wy wóz był naj­bar­dziej obie­cu­ją­cy. Jake po­sta­wił tor­bę na opan­ce­rzo­nym błot­ni­ku i wy­jął klucz trzy ósme cala. Na­tych­miast po­chło­nę­ła go pra­ca.

Po pół­go­dzi­nie pod­niósł gło­wę znad sil­ni­ka, wy­tarł ręce w ba­weł­nia­ną szma­tę, po czym za­jął się przo­dem po­jaz­du.

Na­piął wy­dat­ne mię­śnie pra­we­go ra­mie­nia i ryt­micz­nie za­krę­cił kor­bą, bez tru­du wpra­wia­jąc w ruch po­tęż­ny sil­nik. Po mi­nu­cie prze­stał nią ob­ra­cać i otarł pot ba­weł­nia­ną szma­tą. Zo­sta­wi­ła mu na po­licz­ku tłu­ste smu­gi. Od­dy­chał pręd­ko, acz lek­ko.

– Wie­dzia­łem, żeś tem­pe­ra­ment­na, gdy tyl­ko cię zo­ba­czy­łem – mruk­nął. – Ale bę­dziesz tań­czyć, jak ja ci każę, ma­leń­ka. Daję sło­wo.

Znów znik­nął aż po ra­mio­na pod osło­ną sil­ni­ka. Przez na­stęp­ne dzie­sięć mi­nut sły­chać było brzęk klu­cza o me­tal oraz lek­ko fał­szo­wa­ny mo­tyw z Ti­ger Rag, po­wta­rza­ny mo­no­ton­nie raz za ra­zem. Po­tem Jake wró­cił do kor­by.

– Bę­dziesz tań­czyć, jak ja ci każę, skar­bie. Na do­da­tek jesz­cze ci się to spodo­ba.

Za­krę­cił kor­bą. Sil­nik za­kasz­lał wście­kle i trza­snął jak ka­ra­bin. Jake’owi wy­rwa­ło uchwyt z taką siłą, że o mało nie stra­cił kciu­ka.

– Chry­ste – szep­nął. – Ależ z cie­bie dia­bli­ca!

Wdra­pał się na wie­życz­kę i się­gnął do de­ski roz­dziel­czej, aby znów włą­czyć za­płon.

Przy na­stęp­nym ru­chu kor­by ma­szy­na szarp­nę­ła i za­dud­ni­ła. Sil­nik za­sko­czył, za­war­czał, a w koń­cu wpadł w rów­ny rytm. Wóz lek­ko po­dry­gi­wał na sztyw­nym za­wie­sze­niu, ale mo­tor nie zgasł.

Jake zro­bił krok do tyłu. Był czer­wo­ny i zla­ny po­tem, lecz jego zie­lo­ne oczy lśni­ły z ra­do­ści.

– Oj, ty ślicz­not­ko – po­wie­dział. – Oj, ty par­szy­wa ślicz­not­ko.

– Bra­wo – roz­legł się z tyłu ja­kiś głos.

Jake, do­szczęt­nie za­ab­sor­bo­wa­ny pra­cą, za­po­mniał, że nie jest je­dy­nym czło­wie­kiem na zie­mi. Te­raz za­wsty­dził się, jak­by przy­ła­pa­no go na in­tym­nej czyn­no­ści. Spoj­rzał spode łba na po­stać opar­tą dys­tyn­go­wa­nie o pień man­gow­ca.

– Wy­bor­ne wi­do­wi­sko – rzekł nie­zna­jo­my.

Jego głos wy­star­czył, żeby Jake’owi zje­ży­ły się wło­sy na kar­ku. Męż­czy­zna mó­wił z szy­kow­nym bry­tol­skim ak­cen­tem.

Miał na so­bie tro­pi­kal­ny gar­ni­tur z kosz­tow­ne­go kre­mo­we­go lnu oraz bia­ło-brą­zo­we buty. Bia­ły słom­ko­wy ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem rzu­cał cień na jego twarz. Jake do­strzegł jed­nak przy­ja­zny uśmiech zna­mio­nu­ją­cy swo­bod­ny spo­sób by­cia. An­glik był kla­sycz­nie przy­stoj­ny – re­gu­lar­ne rysy nie­jed­ną ko­bie­tę mu­sia­ły przy­pra­wić o szyb­sze bi­cie ser­ca. Twarz męż­czy­zny pa­so­wa­ła do jego gło­su. To pew­nie wy­so­ko po­sta­wio­ny urzęd­nik rzą­do­wy, a może ofi­cer któ­re­goś z re­gi­men­tów sta­cjo­nu­ją­cych w Dar es-Sa­la­am. Przed­sta­wi­ciel wyż­szych sfer, o czym świad­czył na­wet kra­wat w wą­skie, uko­śne prąż­ki, któ­ry­mi Bry­tyj­czy­cy sy­gna­li­zo­wa­li, ja­kiej uczel­ni za­wdzię­cza­ją swe wy­kształ­ce­nie oraz szcze­bel dra­bi­ny spo­łecz­nej.

– Pręd­ko ją pan uru­cho­mił.

Męż­czy­zna opie­rał się od nie­chce­nia o pień man­gow­ca. Stał ze skrzy­żo­wa­ny­mi łyd­ka­mi, a rękę trzy­mał w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Znów się uśmiech­nął. Tym ra­zem Jake wy­raź­niej do­strzegł drwi­nę w jego oczach. Źle go oce­nił. To nie pa­pie­ro­wy go­guś. Jego spoj­rze­nie było spoj­rze­niem pi­ra­ta, kpią­cym i wil­czym, groź­nym ni­czym błysk noża w ciem­no­ści.

– Nie wąt­pię, że po­zo­sta­łe ma­szy­ny są w rów­nie do­brym sta­nie. – Ton su­ge­ro­wał nie stwier­dze­nie, lecz py­ta­nie.

– Myli się pan, przy­ja­cie­lu.

Jake był skon­ster­no­wa­ny. Czyż­by ten fir­cyk po­waż­nie in­te­re­so­wał się po­jaz­da­mi? Ab­surd. Choć je­śli rze­czy­wi­ście, to Bar­ton wła­śnie do­bit­nie za­de­mon­stro­wał ich au­ten­tycz­ną war­tość.

– Tyl­ko ta jed­na bę­dzie cho­dzić – rzekł – ale na­wet ona ma spa­pra­ne be­be­chy. Pro­szę tyl­ko po­słu­chać tego stu­ko­tu. Jak zwa­rio­wa­ny sto­larz.

Się­gnął pod ma­skę i zwarł iskrow­nik. Sil­nik zgasł, na­gle na­sta­ła ci­sza.

– Szmelc! – oznaj­mił gło­śno Jake.

Splu­nął na zie­mię obok przed­nie­go koła. Nie na samo koło – nie umiał­by się do tego zmu­sić. Po­tem ze­brał na­rzę­dzia, prze­rzu­cił kurt­kę przez ra­mię, pod­niósł tor­bę i nie pa­trząc na An­gli­ka, po­czła­pał w stro­nę bra­my.

– Nie li­cy­tu­je pan, sta­ry dru­hu?

Nie­zna­jo­my opu­ścił swe miej­sce pod man­gow­cem i zrów­nał się z Ja­kiem.

– Chry­ste, nie! – Bar­ton sta­rał się, aby jego głos za­brzmiał po­gar­dli­wie. – A pan?

– Cóż ja bym zro­bił z pię­cio­ma ze­psu­ty­mi wo­za­mi opan­ce­rzo­ny­mi? – Męż­czy­zna za­śmiał się bez­gło­śnie. – Jan­kes, hę? – spy­tał. – Z Tek­sa­su?

– Czyż­by pan czy­tał moje li­sty?

– In­ży­nier?

– Ro­bię, co mogę.

– Może panu po­sta­wię drin­ka?

– Za­miast tego wo­lał­bym go­tów­kę. Śpie­szę się na po­ciąg.

Ele­gant znów ro­ze­śmiał się przy­jaź­nie.

– No to z Bo­giem, sta­ry dru­hu.

Jake ru­szył przez bra­mę i wy­szedł na za­ku­rzo­ne uli­ce Dar es-Sa­la­am, roz­ża­rzo­ne po­łu­dnio­wym słoń­cem. Ma­sze­ro­wał sta­now­czym kro­kiem, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, aby dać do zro­zu­mie­nia, że już tu nie wró­ci.

Jake scho­wał się w pierw­szym ba­rze, jaki zna­lazł za ro­giem, pięć mi­nut dro­gi od pla­cu. Piwo mar­ki Tu­sker było dia­blo cie­płe, ale i tak je wy­pił, po­grą­żo­ny w nie­we­so­łych my­ślach. Ten An­glik go nie­po­ko­ił. Zbyt żywo in­te­re­so­wał się ma­szy­na­mi, żeby to była zwy­kła cie­ka­wość. Jake po­dej­rze­wał, że za każ­dy wóz przyj­dzie mu wy­ło­żyć wię­cej niż za­pla­no­wa­ne dwa­dzie­ścia fun­tów. Z we­wnętrz­nej kie­sze­ni kurt­ki wy­jął znisz­czo­ny port­fel ze świń­skiej skó­ry, w któ­rym mie­ścił się cały jego do­cze­sny ma­ją­tek. Scho­wał się za sto­łem i prze­li­czył go­tów­kę.

Pięć­set sie­dem­na­ście fun­tów, trzy­sta dwa­dzie­ścia sie­dem do­la­rów ame­ry­kań­skich oraz czte­ry­sta dzie­więć­dzie­siąt szy­lin­gów wschod­nio­afry­kań­skich to nie­wiel­ka for­tu­na, je­śli chce się kon­ku­ro­wać z an­giel­ski­mi ele­gan­ci­ka­mi. Jake do­pił piwo, za­ci­snął zęby i zno­wu zer­k­nął na ze­ga­rek. Do po­łu­dnia bra­ko­wa­ło pię­ciu mi­nut.

Ma­jor Ga­reth Swa­les był nie­co roz­cza­ro­wa­ny, lecz w ogó­le się nie zdzi­wił, gdy ro­sły Ame­ry­ka­nin znów prze­kro­czył bra­mę pla­cu. Jan­kes naj­wy­raź­niej pró­bo­wał nie rzu­cać się w oczy, lecz wy­glą­da­ło to tak, jak­by Jack Demp­sey pró­bo­wał ci­cha­czem wkraść się na her­bat­kę u star­szych pań.

Ga­reth sie­dział w cie­niu man­gow­ca na od­wró­co­nej tacz­ce, któ­rą okrył je­dwab­ną chust­ką, by nie za­bru­dzić nie­ska­zi­tel­nie czy­ste­go gar­ni­tu­ru. Słom­ko­wy ka­pe­lusz odło­żył na bok. Jego pe­dan­tycz­nie ostrzy­żo­ne i przy­cze­sa­ne wło­sy lśni­ły owym rzad­kim od­cie­niem mię­dzy ru­dym a zło­tym blon­dem. Na skro­niach tu i ów­dzie bły­ska­ła srebr­na si­wi­zna. Wąsy, sta­ran­nie przy­strzy­żo­ne do li­nii gór­nej war­gi, mia­ły ten sam ko­lor co wło­sy. Tro­pi­kal­ne słoń­ce opa­li­ło twarz męż­czy­zny na kasz­ta­no­wy brąz, przez co jego błę­kit­ne oczy zda­wa­ły się osza­ła­mia­ją­co bla­de i świ­dru­ją­ce. Ga­reth po­wiódł wzro­kiem za Ja­kiem Bar­to­nem, któ­ry prze­mie­rzył plac, by do­łą­czyć do gro­ma­dy na­byw­ców cze­ka­ją­cych pod man­gow­ca­mi. An­glik wes­tchnął z re­zy­gna­cją, po czym wró­cił do li­cze­nia fi­nan­sów na zło­żo­nej ko­per­cie.

Na­praw­dę cien­ko prządł. Ostat­nie pół­to­ra roku oka­za­ło się dla nie­go bar­dzo nie­ła­ska­we. Ła­du­nek, któ­ry ja­poń­ska ka­no­nier­ka za­trzy­ma­ła na rze­ce Liao – kil­ka go­dzin przed do­star­cze­niem go do chiń­skie­go do­wód­cy w Muk­de­nie i ode­bra­niem za­pła­ty – po­chło­nął ka­pi­tał gro­ma­dzo­ny przez dzie­sięć lat. Ga­reth tyl­ko dzię­ki wiel­kie­mu spry­to­wi oraz nie­ma­łej ela­stycz­no­ści fi­nan­so­wej zdo­łał zgro­ma­dzić za­war­tość prze­sył­ki, któ­ra obec­nie znaj­do­wa­ła się w ma­ga­zy­nie nu­mer czte­ry przy głów­nym doku por­tu Dar es-Sa­la­am. Na­byw­cy mie­li po nią przy­być za dwa­na­ście dni – pięć sa­mo­cho­dów pan­cer­nych wy­bor­nie uzu­peł­ni­ło­by ofer­tę.

Sa­mo­cho­dy pan­cer­ne! Na Boga, Ga­reth mógł za nie za­żą­dać do­wol­nej sumy. Jego klien­tów bar­dziej ucie­szy­ły­by tyl­ko sa­mo­lo­ty.

Gdy ran­kiem po raz pierw­szy zo­ba­czył po­jaz­dy, nisz­cze­ją­ce i za­nie­dba­ne, cał­kiem je zlek­ce­wa­żył. Już miał odejść, kie­dy do­strzegł dłu­gie, mu­sku­lar­ne nogi wy­sta­ją­ce spod ma­ski wozu i usły­szał le­d­wie roz­po­zna­wal­ne strzę­py me­lo­dii Ti­ger Rag.

Te­raz wie­dział, że przy­najm­niej jed­na ma­szy­na jest na cho­dzie. Wy­star­czy parę li­trów far­by oraz nowy ka­ra­bin Vic­kers na wie­życz­ce, a cała piąt­ka bę­dzie wy­glą­dać zja­wi­sko­wo. Ga­reth za­mie­rzał od­sta­wić je­den ze swych słyn­nych nu­me­rów han­dlo­wych: uru­cho­mić je­dy­ny dzia­ła­ją­cy sil­nik i wy­pa­lić z ka­ra­bi­nu. Na Boga, sta­ry ksią­żę od razu wy­cią­gnie sa­kiew­kę i syp­nie su­we­re­na­mi.

Tyl­ko ten jan­kes! Prze­li­cy­to­wa­nie go mo­gło wy­ma­gać do­dat­ko­wych paru gro­szy, jed­nak­że Ga­reth nie mar­twił się zbyt­nio. Męż­czy­zna wy­glą­dał jak ktoś, kogo le­d­wie stać na piwo.

Ga­reth strą­cił py­łek z rę­ka­wa. Na­ło­żył pa­na­mę i sta­ran­nie po­pra­wił sze­ro­kie ron­do. Wy­jął spo­mię­dzy warg dłu­gie, wą­skie cy­ga­ro, zer­k­nął na po­piół, a po­tem wstał i wol­nym kro­kiem ru­szył ku gro­mad­ce kup­ców.

Au­kcję pro­wa­dził drob­ny sikh z pod­wi­nię­tą bro­dą. Miał na so­bie gar­ni­tur z czar­ne­go je­dwa­biu, na gło­wie zaś spo­ry, olśnie­wa­ją­co bia­ły tur­ban.

Przy­siadł na wie­życz­ce naj­bliż­sze­go wozu opan­ce­rzo­ne­go ni­czym drob­ny czar­ny pta­szek i ode­zwał się ża­ło­snym to­nem.

Ze­bra­ni za­dzie­ra­li gło­wy, pa­trząc na nie­go bez­na­mięt­nie.

– No da­lej, sza­now­ne pany, niech no sły­szę słod­ki głos, co za­wo­ła: „dzie­sięć fun­tów”. Czy usły­szę „dzie­sięć fun­tów” za każ­dy z tych prze­świet­nych we­hi­ku­łów?

Prze­krzy­wił gło­wę wsłu­cha­ny w szum go­rą­ce­go wia­tru w gór­nych ga­łę­ziach man­gow­ca. Nikt nie drgnął, nikt się nie ode­zwał.

– Pięć fun­tów może? Czy któ­ryś ze świa­tłych pa­nów za­pro­po­nu­je mi pięć fun­tów? Sza­now­ne pany, dwa fun­ty i dzie­sięć szy­lin­gów! Mar­ne pięć­dzie­siąt szy­lin­gów za te kró­lew­skie ma­szy­ny, te szla­chet­ne, te prze­pięk­ne… – Urwał, spu­ścił wzrok i uniósł de­li­kat­ną brą­zo­wą dłoń do stro­pio­ne­go czo­ła. – Cena, pa­no­wie. Pro­szę, po­daj­cie ja­kąś cenę.

– Je­den funt! – za­brzmiał głos ze śpiew­ną nutą tek­sa­skich pa­stwisk.

Przez chwi­lę sikh sie­dział nie­ru­cho­mo. W koń­cu dra­ma­tycz­nie wol­nym ru­chem uniósł gło­wę i spoj­rzał na Jake’a, któ­ry gó­ro­wał nad ota­cza­ją­cym go tłu­mem.

– Funt? – szep­nął sikh chra­pli­wie. – Dwa­dzie­ścia szy­lin­gów za każ­dą z tych szla­chet­nych, tych pięk­nych… – Prze­rwał i ze smut­kiem po­krę­cił gło­wą. Po­tem na­gle zmie­nił ton, któ­ry stał się rze­czo­wy i pe­łen we­rwy. – Za­pro­po­no­wa­no fun­ta. Czy sły­szę dwa? Dwa fun­ty? Nikt nie prze­bi­je jed­ne­go fun­ta? Je­den funt po raz pierw­szy!

Ga­reth Swa­les ru­szył przed sie­bie po­su­wi­stym kro­kiem. Tłum od­ru­cho­wo roz­stą­pił się z sza­cun­kiem.

– Dwa fun­ty – po­wie­dział nie­mal szep­tem, ale w pa­nu­ją­cej ci­szy głos brzmiał wy­raź­nie.

Jake ze­sztyw­niał. Po jego kar­ku roz­pły­nął się głę­bo­ki ru­mie­niec. Ame­ry­ka­nin ob­ró­cił się po­wo­li i spoj­rzał na Ga­re­tha, któ­ry do­tarł już do pierw­sze­go rzę­du.

An­glik uśmiech­nął się pro­mie­ni­ście, uno­sząc ron­do pa­na­my w ge­ście po­zdro­wie­nia. W si­khu obu­dził się szczwa­ny han­dlo­wiec. Wy­czuł ry­wa­li­za­cję mię­dzy męż­czy­zna­mi i na­tych­miast się roz­po­go­dził.

– Mam dwa… – za­ćwier­kał.

– Pięć – wark­nął Bar­ton.

– Dzie­sięć – mruk­nął Ga­reth.

W Jake’u za­wrzał dzi­ki, nie­po­ha­mo­wa­ny gniew. Do­brze znał to uczu­cie. Sta­rał się je kon­tro­lo­wać, ale nada­rem­no. Wście­kłość za­la­ła go czer­wo­ną falą i przy­ćmi­ła roz­są­dek.

Tłum za­wrzał z pod­nie­ce­nia. Wszyst­kie gło­wy zwró­ci­ły się w stro­nę ro­słe­go Ame­ry­ka­ni­na.

– Pięt­na­ście – po­wie­dział Jake, a wte­dy wszy­scy spoj­rze­li na szczu­płe­go An­gli­ka.

Ga­reth z wdzię­kiem kiw­nął gło­wą.

– Dwa­dzie­ścia! – za­piał ura­do­wa­ny sikh. – Mam dwa­dzie­ścia.

– I pięć.

Przez opa­ry wście­kło­ści w gło­wie Jake’a prze­bi­ja­ła jed­na myśl: za żad­ne skar­by nie odda że­la­znych dam temu an­go­lo­wi. Je­śli nie zdo­ła ich ku­pić, to je spa­li.

Sikh zwró­cił ku Ga­re­tho­wi swe oczy ga­ze­li.

– Sza­now­ny pan da trzy­dzie­ści?

An­glik uśmiech­nął się swo­bod­nie i ski­nął cy­ga­rem. Za­czy­nał się nie­po­ko­ić. Zdą­ży­li znacz­nie prze­kro­czyć pu­łap, na jaki sza­co­wał jan­ke­sa.

– I jesz­cze pięć.

W mia­rę jak rósł w nim gniew, głos Jake’a sta­wał się co­raz bar­dziej chro­pa­wy. One na­le­ża­ły do nie­go! Mu­siał je mieć, na­wet gdy­by miał za­pła­cić ostat­nie­go szy­lin­ga.

– Czter­dzie­ści.

Uśmiech Ga­re­tha Swa­le­sa nie był już tak swo­bod­ny. An­glik pręd­ko zbli­żał się do gra­ni­cy swych moż­li­wo­ści.

Na au­kcji przyj­mo­wa­no za­pła­tę go­tów­ką lub cze­kiem gwa­ran­to­wa­nym. Ga­reth daw­no wy­czer­pał do cna wszyst­kie do­stęp­ne źró­dła go­tów­ki, na­to­miast każ­dy ban­kier, któ­ry zgo­dził­by się na gwa­ran­cję jego cze­ku, mu­siał­by szu­kać no­wej pra­cy.

– Czter­dzie­ści pięć.

Głos Jake’a był twar­dy i nie­ustę­pli­wy. Jesz­cze tro­chę, a je­dy­ną za­pła­tą za ro­bo­tę bę­dzie sa­tys­fak­cja, że ograł bry­to­la.

– Pięć­dzie­siąt.

– I pięć.

– Sześć­dzie­siąt.

– I jesz­cze pięć.

Jake wła­śnie wy­szedł na zero. Od tej chwi­li za­czy­nał wy­rzu­cać lśnią­ce szy­lin­gi w bło­to.

– Sie­dem­dzie­siąt – za­de­kla­ro­wał prze­cią­gle Ga­reth Swa­les.

Do­bił do swo­jej gra­ni­cy. Z ża­lem po­że­gnał za­tem myśl o ła­twym zdo­by­ciu po­jaz­dów. Trzy­sta pięć­dzie­siąt fun­tów to ca­łość jego płyn­nych środ­ków – nie mógł li­cy­to­wać po­wy­żej tej kwo­ty. No do­brze, nie uda­ło się naj­prost­szą dro­gą, ist­niał jed­nak tu­zin in­nych spo­so­bów, a je­den z nich mu­siał się po­wieść. Na Boga, ksią­żę go­tów był­by za­pła­cić po ty­siąc fun­tów za sztu­kę! Ga­reth nie za­mie­rzał prze­pu­ścić ta­kiej oka­zji tyl­ko dla­te­go, że bra­ko­wa­ło paru nędz­nych stó­wek.

– Sie­dem­dzie­siąt pięć – po­wie­dział Jake.

Tłum mruk­nął i wszyst­kie spoj­rze­nia zwró­ci­ły się na ma­jo­ra Ga­re­tha Swa­le­sa.

– Ach, miłe pany, czyż­bym sły­szał osiem­dzie­siąt? – spy­tał skwa­pli­wie sikh. Do­sta­wał pięć pro­cent pro­wi­zji od każ­dej sprze­da­ży.

Ga­reth uprzej­mie, acz z ża­lem po­krę­cił gło­wą.

– Nie, mój dro­gi chło­pie. To był czy­sty ka­prys. – Pu­ścił Jake’owi uśmiech. – Nie­chaj panu pięk­nie słu­żą – po­wie­dział, po czym od­szedł w stro­nę bra­my.

Nic by nie zy­skał, wda­jąc się w tej chwi­li w roz­mo­wę z Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry wprost wrzał ze zło­ści. Wy­glą­dał na fa­ce­ta, któ­ry zwy­kle daje upust emo­cjom za po­mo­cą pię­ści. Swa­les już daw­no do­szedł do wnio­sku, że biją się tyl­ko głup­cy, a mą­drzy lu­dzie do­star­cza­ją im ku temu po­wo­dów – oczy­wi­ście z zy­skiem.

Min­ę­ły trzy dni, za­nim Jake Bar­ton znów spo­tkał An­gli­ka. W tym cza­sie od­ho­lo­wał że­la­zne damy na skraj mia­sta, gdzie na brze­gu nie­wiel­kie­go stru­mie­nia roz­bił obóz po­śród afry­kań­skich ma­ho­niow­ców.

Wy­cią­gnął z ma­szyn sil­ni­ki, uży­wa­jąc liny i blocz­ka za­wie­szo­ne­go na ga­łę­zi drze­wa. Co­dzien­nie pra­co­wał nad nimi do póź­nej nocy przy mgli­stym świe­tle lam­py sztor­mo­wej.

Za­kli­nał ma­szy­ny i szep­tał im czu­łe słów­ka, żon­glo­wał ze­psu­ty­mi czę­ścia­mi, wy­mie­niał zu­ży­te, inne pro­sto­wał nad kok­sow­ni­kiem, bez prze­rwy gwiz­dał pod no­sem, klął, po­cił się i kom­bi­no­wał. W koń­cu, nim na­de­szło po­po­łu­dnie trze­cie­go dnia, trzy ben­tleye były już na cho­dzie. Sil­ni­ki usta­wio­ne na pro­wi­zo­rycz­nych drew­nia­nych kloc­kach w czu­łych dło­niach Jake’a od­zy­ska­ły odro­bi­nę daw­nej świet­no­ści.

Trze­cie­go dnia, w usy­pia­ją­cym ża­rze po­po­łu­dnia, Ga­reth Swa­les przy­był do obo­zu Bar­to­na rik­szą cią­gnię­tą przez spo­co­ne­go, pół­na­gie­go Mu­rzy­na. Ko­ły­sał się na mięk­kim sie­dze­niu z gra­cją wy­po­czy­wa­ją­ce­go lam­par­ta. W nie­na­gan­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze ze śnież­no­bia­łe­go płót­na wy­glą­dał szy­kow­nie.

Jake wy­pro­sto­wał się znad sil­ni­ka, któ­ry wła­śnie re­gu­lo­wał. Był nagi do pasa, a ręce aż po łok­cie miał uma­za­ne czar­nym sma­rem. Pot lśnił na ra­mio­nach i tor­sie, jak­by były na­tar­te oli­wą.

– Na­wet się tu nie za­trzy­muj, ko­le­go – po­wie­dział ci­cho. – Jedź da­lej przed sie­bie.

Ga­reth uśmiech­nął się uj­mu­ją­co. Z sie­dze­nia obok uniósł spo­rych roz­mia­rów srebr­ny ku­be­łek do szam­pa­na, cały zro­szo­ny. W środ­ku brzę­czał lód, a znad kra­wę­dzi wy­sta­wa­ły szyj­ki tu­zi­na bu­te­lek piwa mar­ki Tu­sker.

– Za­wrzyj­my po­kój, sta­ry dru­hu – za­pro­po­no­wał.

Jake’a tak moc­no ści­snę­ło w gar­dle, że przez mo­ment nie mógł się ode­zwać.

– Taki pre­zent. Bez zo­bo­wią­zań, co ty na to?

Mimo obrzy­dli­we­go, wil­got­ne­go upa­łu Bar­ton przez ostat­nie dni był tak po­chło­nię­ty pra­cą, że pra­wie nie pił, a już na pew­no nic bla­do­zło­te­go, pie­ni­ste­go i zmro­żo­ne­go. Był tak spra­gnio­ny, że aż łza­wi­ły mu oczy.

Ga­reth wy­siadł z rik­szy i zbli­żył się z ku­beł­kiem pod pa­chą.

– Swa­les – po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc dłoń. – Ma­jor Ga­reth Swa­les.

– Bar­ton. Jake.

Ame­ry­ka­nin uści­snął dłoń go­ścia, ale nie spusz­czał wzro­ku z ku­beł­ka.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Jake sie­dział w że­la­znej wan­nie usta­wio­nej w cie­niu ma­ho­niow­ców, za­nu­rzo­ny po pas w pa­ru­ją­cej wo­dzie. W po­bli­żu sta­ła bu­tel­ka tu­ske­ra. Po­gwiz­dy­wał we­so­ło, roz­cie­ra­jąc spie­nio­ne my­dli­ny pod pa­cha­mi i po sze­ro­kiej klat­ce pier­sio­wej po­kry­tej gę­stym, ciem­nym owło­sie­niem.

– Kło­pot w tym, że nie za­czę­li­śmy zna­jo­mo­ści na do­brej sto­pie – wy­ja­śnił Ga­reth, są­cząc piwo.

Za­cho­wy­wał się tak, jak­by po­pi­jał dom péri­gnon z krysz­ta­ło­we­go kie­lisz­ka. Sie­dział pod dasz­kiem sta­re­go, wy­bla­kłe­go na­mio­tu Jake’a, wy­cią­gnię­ty na płó­cien­nym krze­seł­ku.

– Mój dro­gi, nie­wie­le bra­ko­wa­ło, że­byś tą sto­pą do­stał w ty­łek. – Groź­bie Jake’a, za­ma­ry­no­wa­nej w tu­ske­rze, bra­ko­wa­ło ognia.

– Ro­zu­miem, co czu­łeś – przy­znał Ga­reth. – Lecz prze­cież za­po­wie­dzia­łeś, że nie chcesz li­cy­to­wać. Gdy­byś po­wie­dział praw­dę, do­szli­by­śmy do po­ro­zu­mie­nia.

Jake wy­cią­gnął na­my­dlo­ną dłoń po piwo. Uniósł bu­tel­kę do ust, wy­pił dwa łyki, wes­tchnął i bek­nął ci­cho.

– Na zdro­wie – po­wie­dział Ga­reth, po czym mó­wił da­lej: – Wy­co­fa­łem się, gdy tyl­ko po­ją­łem, że li­cy­tu­jesz na po­waż­nie. Wie­dzia­łem, że póź­niej do­bi­je­my tar­gu ko­rzyst­ne­go dla nas obu. I oto je­stem: pi­je­my piwo i ga­da­my o in­te­re­sach.

– To ty ga­dasz, ja tyl­ko słu­cham – spro­sto­wał Jake.

– W rze­czy sa­mej.

Ga­reth wy­jął pu­deł­ko cy­gar, sta­ran­nie wy­brał jed­no z nich, po czym na­chy­lił się, by wło­żyć je mię­dzy chęt­ne war­gi Jake’a. Od­pa­lił za­pał­kę o po­de­szwę buta, osło­nił pło­mień i przy­pa­lił cy­ga­ro.

– Z pew­no­ścią masz na­byw­cę na te wozy, hę?

– Wciąż słu­cham. – Jake z wy­raź­ną przy­jem­no­ścią wy­dmuch­nął dłu­gą smu­gę dymu.

– Na pew­no już znasz cenę, a ja je­stem go­tów ją prze­bić.

Ame­ry­ka­nin wy­jął z ust cy­ga­ro i po raz pierw­szy spoj­rzał na Ga­re­tha bez emo­cji.

– Za tę cenę chcesz wszyst­kie pięć wo­zów w obec­nym sta­nie?

– Tak.

– A gdy­bym po­wie­dział, że tyl­ko trzy są na cho­dzie, a z dwóch nic nie bę­dzie?

– Nie wpły­nę­ło­by to na moją ofer­tę.

Jake do­pił tu­ske­ra. Ga­reth otwo­rzył dru­gą bu­tel­kę i po­dał mu ją do ręki.

Bar­ton pręd­ko roz­wa­żył pro­po­zy­cję. Miał otwar­ty kon­trakt z An­glo-Tan­ga­nic­ką Kom­pa­nią Cu­kro­wą na do­sta­wę zgnia­ta­rek trzci­ny cu­kro­wej z na­pę­dem ben­zy­no­wym. Sta­ła cena wy­no­si­ła sto dzie­sięć fun­tów za sztu­kę. Z trzech wo­zów pan­cer­nych mógł­by zbu­do­wać trzy ta­kie ma­szy­ny – mak­sy­mal­ny za­ro­bek wy­no­sił więc trzy­sta trzy­dzie­ści fun­tów.

Bry­tol pro­po­no­wał za­kup wszyst­kich pię­ciu po­jaz­dów za nie­usta­lo­ną jesz­cze cenę.

– Po­twor­nie się nad nimi na­ro­bi­łem. – Jake po­sta­no­wił go nie­co uro­bić.

– Wła­śnie wi­dzę.

– Sto pięć­dzie­siąt fun­tów za sztu­kę i bie­rzesz wszyst­kie pięć. W su­mie sie­dem­set pięć­dzie­siąt.

– Mu­siał­byś wło­żyć sil­ni­ki i do­pro­wa­dzić każ­dy wóz do po­rząd­ku.

– Oczy­wi­ście.

– Umo­wa stoi – oznaj­mił Ga­reth. – Wie­dzia­łem, że doj­dzie­my do po­ro­zu­mie­nia. – Obaj męż­czyź­ni uśmiech­nę­li się sze­ro­ko. – Na­tych­miast spo­rzą­dzę akt sprze­da­ży – An­glik wy­jął ksią­żecz­kę cze­ko­wą – i dam ci czek na peł­ną kwo­tę.

– Co mi dasz? – Pro­mien­ny uśmiech na twa­rzy Jake’a przy­gasł.

– Oso­bi­sty czek z domu ban­ko­we­go Co­utts przy Pic­ca­dil­ly.

Ga­reth Swa­les rze­czy­wi­ście miał ra­chu­nek bie­żą­cy w Co­utts.

We­dług ostat­nie­go wy­cią­gu był za­dłu­żo­ny na osiem­na­ście fun­tów, sie­dem­na­ście szy­lin­gów i sześć pen­sów. Kie­row­nik wy­słał mu z tego po­wo­du gniew­ny li­ścik pi­sa­ny czer­wo­nym atra­men­tem.

– Rów­nie pew­ny jak sam Bank An­glii. – Ga­reth po­ma­chał ksią­żecz­ką cze­ko­wą.

Miną trzy ty­go­dnie, za­nim czek do­trze do Lon­dy­nu – i na­tych­miast zo­sta­nie od­rzu­co­ny. Swa­les li­czył na to, że do tej pory bę­dzie już w dro­dze do Ma­dry­tu. W tam­tym re­jo­nie szy­ko­wa­ły się cał­kiem in­trat­ne in­te­re­sy, a on wkrót­ce po­wi­nien mieć dość ka­pi­ta­łu na in­we­sty­cje.

– Za­baw­na spra­wa. – Jake wy­jął cy­ga­ro z ust. – Mam uczu­le­nie na cze­ki. Je­śli nie robi ci to róż­ni­cy, wo­lał­bym sie­dem­set pięć­dzie­siąt fun­tów go­tów­ką.

Ga­reth za­ci­snął usta. No do­brze, czy­li z tym też nie bę­dzie ła­two.

– Wiel­kie nie­ba! – od­rzekł. – Roz­li­cze­nie tro­chę po­trwa.

– Nie ma po­śpie­chu. – Jake uśmiech­nął się sze­ro­ko. – By­le­byś zdą­żył do ju­tra przed­po­łu­dniem. O dwu­na­stej je­stem umó­wio­ny z pier­wot­nym kup­cem. Je­że­li do tego cza­su przy­nie­siesz for­sę, wszyst­kie ma­szy­ny będą two­je.

Gwał­tow­nie pod­niósł się i wy­szedł z wan­ny, ocie­ka­jąc my­dli­na­mi. Czar­ny słu­żą­cy po­dał mu ręcz­nik.

– Ja­kie masz pla­ny na obiad? – spy­tał Ga­reth.

– Abou chy­ba ugo­to­wał gar tej swo­jej zupy, od któ­rej lew by padł.

– A może dasz się za­pro­sić do Roy­alu?

– Pi­łem za dar­mo two­je piwo, więc dla­cze­go nie miał­bym rów­nież zjeść za two­je pie­nią­dze? – od­parł roz­sąd­nie Jake.

Jadal­nia w ho­te­lu Roy­al mia­ła wy­so­ki strop i okna ze szpro­sa­mi prze­sło­nię­te mo­ski­tie­rą. Me­cha­nicz­ne wia­tra­ki za­wie­szo­ne pod su­fi­tem wpra­wia­ły go­rą­ce, wil­got­ne po­wie­trze w nie­mra­wy ruch, ofe­ru­jąc mar­ny sub­sty­tut chło­du. Ga­reth Swa­les był za to zna­ko­mi­tym go­spo­da­rzem.

Nikt nie oparł­by się jego roz­bra­ja­ją­ce­mu uro­ko­wi, a do­bór dań i na­po­jów wpro­wa­dził Jake’a w taki bło­go­stan, że śmia­li się jak sta­rzy zna­jo­mi. Z ra­do­ścią od­kry­li, iż mają wspól­nych zna­jo­mych – głów­nie bar­ma­nów i bur­del­ma­my w róż­nych za­kąt­kach świa­ta – a tak­że zbież­ne do­świad­cze­nia.

Ga­reth ro­bił in­te­re­sy z przy­wód­cą re­wo­lu­cjo­ni­stów w We­ne­zu­eli, pod­czas gdy Jake pra­co­wał tam przy bu­do­wie sie­ci ko­le­jo­wej. Bar­ton był głów­nym in­ży­nie­rem na chiń­skim ka­bo­ta­żow­cu to­wa­rzy­stwa że­glu­go­we­go Bla­ke Line w tym sa­mym cza­sie, kie­dy Swa­les na­wią­zy­wał kon­takt z chiń­ski­mi ko­mu­ni­sta­mi na Żół­tej Rze­ce.

Obaj jed­no­cze­śnie zna­leź­li się też we Fran­cji. Owe­go fa­tal­ne­go dnia w Amiens, kie­dy nie­miec­ki ogień ma­szy­no­wy spo­wo­do­wał awans Ga­re­tha Swa­le­sa z młod­sze­go ofi­ce­ra na ma­jo­ra w cią­gu sze­ściu go­dzin, Jake w stop­niu sier­żan­ta prze­by­wał sześć ki­lo­me­trów da­lej jako kie­row­ca od­de­le­go­wa­ny z Trze­ciej Ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych do Kró­lew­skie­go Kor­pu­su Pan­cer­ne­go.

Oka­za­ło się, że są nie­mal ró­wie­śni­ka­mi. Nie skoń­czy­li jesz­cze czter­dziest­ki, ale zdą­ży­li prze­być ka­wał świa­ta i wie­le prze­żyć.

Od­na­leź­li w so­bie tę samą nie­cier­pli­wość, któ­ra sta­le pcha­ła ich ku no­wej przy­go­dzie, nig­dy nie po­zwa­la­jąc za­pu­ścić ko­rze­ni w jed­nym miej­scu i w jed­nej pra­cy. Nie wią­za­ły ich po­tom­stwo ni ma­ją­tek, żona ni obo­wiąz­ki, z chę­cią wi­ta­li każ­de nowe wy­zwa­nie, by póź­niej po­rzu­cić je bez żalu i skru­pu­łów. Sta­le na­przód – nig­dy nie pa­trząc wstecz.

Kie­dy za­czę­li się ro­zu­mieć, na­bra­li wza­jem­ne­go sza­cun­ku. W po­ło­wie po­sił­ku nie trak­to­wa­li już z po­gar­dą dzie­lą­cych ich róż­nic, nie my­śle­li o so­bie w ka­te­go­riach „bry­to­la” i „jan­ke­sa” – co nie ozna­cza­ło by­najm­niej, że Jake po­sta­no­wił przy­jąć cze­ki, a Ga­reth zre­zy­gno­wał z pla­nów zdo­by­cia pię­ciu wo­zów.

W koń­cu An­glik za­krę­cił ostat­ni­mi kro­pla­mi bran­dy w pę­ka­tym kie­lisz­ku i spoj­rzał na kie­szon­ko­wy ze­ga­rek.

– Dzie­wią­ta. Za wcze­śnie na sen. Co my te­raz zro­bi­my?

– U Ma­da­me Ce­ci­le są dwie nowe dziew­czy­ny – za­su­ge­ro­wał Jake. – Przy­pły­nę­ły stat­kiem pocz­to­wym.

Ga­reth szyb­ko zbył tę pro­po­zy­cję.

– Może póź­niej, nie tak pręd­ko po obie­dzie. Do­stał­bym zga­gi. Nie masz ocho­ty po­grać w kar­ty? W tu­tej­szym klu­bie zwy­kle moż­na tra­fić na po­rząd­ną par­tyj­kę.

– Nie mo­że­my tam iść. Prze­cież nie je­ste­śmy człon­ka­mi.

– Mam re­ko­men­da­cję mo­je­go lon­dyń­skie­go klu­bu, sta­ry dru­hu. Wpro­wa­dzę cię, hę?

Grali przez pół­to­rej go­dzi­ny. Jake do­brze się ba­wił. Po­do­bał mu się styl tego lo­ka­lu, zwy­kle bo­wiem gry­wał w mniej wy­mu­ska­nych miej­scach – na za­ple­czach ba­rów, za ko­tłem w ma­szy­now­ni na od­wró­co­nych skrzy­niach po owo­cach, w por­to­wych ma­ga­zy­nach.

Te­raz zna­lazł się w ci­chej sali z udra­po­wa­ny­mi, ak­sa­mit­ny­mi za­sło­na­mi i ścia­na­mi wy­ło­żo­ny­mi ciem­nym drew­nem, peł­nej ob­ra­zów olej­nych w sto­no­wa­nych bar­wach oraz tro­fe­ów my­śliw­skich – lwów o ku­dła­tych grzy­wach, a tak­że ba­wo­łów z ogrom­ny­mi gu­zo­wa­ty­mi ro­ga­mi, któ­re zwie­sza­ły się ża­ło­śnie. Zwie­rzę­ta pa­trzy­ły ze ścian szkla­ny­mi ocza­mi.

Od stro­ny trzech sto­łów bi­lar­do­wych do­bie­gał dys­kret­ny stu­kot bil z ko­ści sło­nio­wej. Pół tu­zi­na gra­czy we fra­ko­wych ko­szu­lach i szel­kach, czar­nych musz­kach oraz spodniach – smo­kin­gi zdję­li na czas gry – ko­lej­no po­chy­la­ło się nad cięż­ki­mi sto­ła­mi obi­ty­mi zie­lo­nym suk­nem.

W sali znaj­do­wa­ły się tak­że trzy sto­ły do bry­dża kon­trak­to­we­go. Sły­chać było po­mruk li­cy­ta­cji pro­wa­dzo­nych dys­tyn­go­wa­nym to­nem bry­tyj­skich wyż­szych sfer. Wszy­scy bry­dży­ści przy­po­mi­na­li Jake’owi pin­gwi­ny – wy­twor­ni w czar­no-bia­łych ubio­rach i czar­nych musz­kach.

Po­mię­dzy sto­ła­mi, ni­czym ka­pła­ni sta­ro­żyt­nej re­li­gii, bez­dź­więcz­nie prze­my­ka­li bo­so­no­dzy kel­ne­rzy w fe­zach i bia­łych sza­tach do ko­stek, no­sząc tace z krysz­ta­ło­wy­mi kie­lisz­ka­mi mu­su­ją­cych trun­ków.

W klu­bie był tyl­ko je­den stół do po­ke­ra do­bie­ra­ne­go – ogrom­ny me­bel z drew­na te­ko­we­go z mo­sięż­ny­mi po­piel­nicz­ka­mi wpusz­czo­ny­mi w bla­ty, a tak­że z wgłę­bie­nia­mi na barw­ne że­to­ny i szklan­ki whi­sky. Przy sto­le sie­dzia­ło pię­ciu gra­czy i tyl­ko Jake nie miał na so­bie stro­ju wie­czo­ro­we­go. Trzej po­zo­sta­li na­le­że­li do tego ro­dza­ju po­ke­rzy­stów, któ­rych Bar­ton naj­chęt­niej za­mknął­by pod klu­czem dla wła­snej przy­jem­no­ści.

Był wśród nich po­mniej­szy bry­tyj­ski ary­sto­kra­ta, któ­ry przy­był do Afry­ki z za­mia­rem prze­trze­bie­nia tu­tej­szej zwie­rzy­ny i wła­śnie wró­cił z in­te­rio­ru. Pod­czas po­lo­wa­nia miał u boku bia­łe­go my­śli­we­go, któ­ry po­słusz­nie cze­kał w po­go­to­wiu z cięż­kim ka­ra­bi­nem, pod­czas gdy ary­sto­kra­ta kładł po­ko­tem nie­zli­czo­ne lwy, ba­wo­ły i no­so­roż­ce. Owe­go dżen­tel­me­na drę­czył ner­wo­wy tik: ile­kroć miał na ręku co naj­mniej trój­kę, drgał mu mię­sień pod pra­wym okiem. Mimo wszyst­ko świet­nie szła mu kar­ta, więc przy sto­le wy­gry­wał tyl­ko on oraz Jake.

Ko­lej­nym gra­czem był plan­ta­tor kawy o moc­no opa­lo­nej twa­rzy po­kry­tej zmarszcz­ka­mi. Nie­świa­do­mie sy­czał, ile­kroć im­pro­wi­zo­wał przy do­bra­niu lub gdy tra­fiał mu się do­bry układ.

Na pra­wo od Jake’a sie­dział na­to­miast sta­ry urzęd­nik o rzad­kich wło­sach i żół­ta­wej ce­rze. Ob­le­wał się po­tem, kie­dy czuł, że może wy­grać roz­da­nie – co zresz­tą bar­dzo rzad­ko się spraw­dza­ło.

Po go­dzi­nie ostroż­nej gry Jake wy­grał nie­co po­nad sto fun­tów. Czuł przy­jem­ne cie­pło w sy­tym żo­łąd­ku. Je­dy­nym źró­dłem nie­po­ko­ju był obec­nie jego nowy przy­ja­ciel i spon­sor.

Ga­reth Swa­les za­cho­wy­wał się swo­bod­nie, roz­ma­wiał z ary­sto­kra­tą jak rów­ny z rów­nym, zwra­cał się do plan­ta­to­ra z uprzej­mą wyż­szo­ścią i współ­czuł pe­cho­we­mu urzęd­ni­ko­wi. Nie wy­grał ani nie prze­grał spo­rej sumy, ale ta­so­wał kar­ty z po­dzi­wu god­ną wpra­wą. W jego dłu­gich, wą­skich pal­cach ze sta­ran­nie przy­cię­ty­mi pa­znok­cia­mi kar­to­ni­ki fur­ko­ta­ły i fa­lo­wa­ły, śmi­ga­ły i strze­la­ły z osza­ła­mia­ją­cą pręd­ko­ścią.

Za każ­dym ra­zem, gdy roz­da­ją­cym był ma­jor Ga­reth Swa­les, Jake ob­ser­wo­wał go uważ­nie, lecz tak, by nie rzu­ca­ło się to w oczy. Na­wet naj­zręcz­niej­szy kar­ciarz nie zdo­łał­by oszu­ki­wać przy ta­so­wa­niu, w ogó­le nie spo­glą­da­jąc na kar­ty – tym­cza­sem Ga­reth na­wet na nie nie zer­kał. W ogó­le nie spusz­czał oczu. Cały czas ga­wę­dził, wo­dząc wzro­kiem po twa­rzach in­nych gra­czy. Jake za­czął się od­prę­żać.

Do­stał od plan­ta­to­ra czte­ry kar­ty do ko­lo­ru i do­ło­żył do nich szóst­kę kier. Pod­niósł staw­kę do dwu­dzie­stu fun­tów, a urzęd­nik, kie­ro­wa­ny zgub­ną cie­ka­wo­ścią, spraw­dził jego pod­bi­cie, po czym wes­tchnął i mruk­nął ża­ło­śnie, prze­su­wa­jąc do puli że­to­ny z ko­ści sło­nio­wej. Jake zgar­nął je i usta­wił przed sobą w rów­nych rząd­kach.

– Za­graj­my nową ta­lią – za­pro­po­no­wał z uśmie­chem Ga­reth, po czym uniósł pa­lec, by we­zwać słu­żą­ce­go. – Oby przy­nio­sła panu szczę­ście.

Swa­les po­zwo­lił gra­czom spraw­dzić pie­częć na opa­ko­wa­niu, a na­stęp­nie roz­ciął je pa­znok­ciem. No­wiut­kie kar­ty z wzo­ra­mi kół ro­we­ro­wych roz­ło­żył w wa­chlarz, wy­jął jo­ke­ry i za­czął ta­so­wać. Jed­no­cze­śnie za­ga­ił nie­zwy­kle za­baw­ną, ob­sce­nicz­ną aneg­dot­kę o pew­nym bi­sku­pie, któ­ry przez po­mył­kę wszedł do dam­skiej to­a­le­ty na sta­cji Cha­ring Cross. Opo­wiast­ka trwa­ła mi­nu­tę, może dwie. Przy wtó­rze mę­skie­go śmie­chu Ga­reth za­czął roz­da­wać kar­ty. Su­nę­ły po zie­lo­nym suk­nie i rów­niut­ko ukła­da­ły się przed każ­dym z gra­czy. Tyl­ko Jake za­uwa­żył, że opi­su­jąc wstrzą­sa­ją­ce przy­go­dy bi­sku­pa, An­glik po­mię­dzy ta­so­wa­nia­mi roz­kła­dał kar­ty na dwie kup­ki, a na­stęp­nie uno­sił je i lek­ko ob­ra­cał, by na uła­mek se­kun­dy roz­chy­li­ły się i mógł zo­ba­czyć ich war­tość.

Ba­ron, re­cho­cząc do­no­śnie, pod­niósł swo­je kar­ty i spoj­rzał na nie. Aż się za­krztu­sił, a po­wie­ka za­czę­ła mu drgać tak bar­dzo, jak­by upra­wia­ła mi­łość z jego no­sem. Z prze­ciw­le­głe­go koń­ca sto­łu do­biegł syk wcią­ga­ne­go po­wie­trza – plan­ta­tor szyb­ko zło­żył kar­ty i za­krył je dłoń­mi. Twarz urzęd­ni­ka na pra­wo od Jake’a lśni­ła jak po­le­ro­wa­na żół­ta kość sło­nio­wa. Gdy przy­glą­dał się kar­tom, spod jego rzad­kich wło­sów spły­nę­ła struż­ka potu, ście­kła po no­sie i skap­nę­ła na ko­szu­lę.

Jake roz­chy­lił swo­je kar­ty i zer­k­nął na trzy kró­lo­we. Wes­tchnął i sam za­czął opo­wieść:

– Kie­dy pra­co­wa­łem jako pierw­szy in­ży­nier na sta­rej łaj­bie Ha­rvest Maid przy­cu­mo­wa­nej w Ko­ulu­nie, szy­per spro­wa­dził raz na po­kład jed­ne­go ta­kie­go la­lu­sia i wzię­li­śmy się do gry. Staw­ka cią­gle ro­sła. Tuż po pół­no­cy ów je­go­mość miał nie lada roz­da­nie.

Nikt go chy­ba nie słu­chał. Wszy­scy zbyt­nio byli za­ab­sor­bo­wa­ni swo­imi kar­ta­mi.

– Szy­per do­stał czte­ry kró­le, ja mia­łem czte­ry wa­le­ty, a le­karz po­kła­do­wy czte­ry mar­ne dzie­siąt­ki.

Jake uło­żył kró­lo­we na ręce i prze­rwał opo­wieść, pod­czas gdy Ga­reth Swa­les speł­nił proś­bę urzęd­ni­ka o dwie kar­ty.

– La­luś sam do­brał jed­ną i wszy­scy za­czę­li li­cy­to­wać jak sza­le­ni. Wrzu­ca­li­śmy do puli, co tyl­ko mie­li­śmy. Dzię­ki, przy­ja­cie­lu, ja też po­pro­szę dwie.

Ga­reth pu­ścił kar­ty po sto­le. Za­nim Jake je pod­niósł, od­rzu­cił dwie kar­ty z ręki.

– Jak już mó­wi­łem, pra­wie­śmy ga­cie ścią­ga­li, żeby je tak­że do­rzu­cić do puli. Po­sta­wi­łem nie­co po­nad ty­siąc do­lców.

Jake spoj­rzał na nowe kar­ty – z tru­dem stłu­mił uśmiech. Miał kom­plet pa­nie­nek. Pa­trzy­ły na nie­go wszyst­kie czte­ry damy.

– Wy­pi­sy­wa­li­śmy re­wer­sy, sta­wia­li­śmy na­sze pen­sje… La­luś do­trzy­my­wał nam kro­ku, nie pod­krę­cał li­cy­ta­cji, ale się nie wy­co­fy­wał.

Ga­reth po­dał ba­ro­no­wi jed­ną kar­tę i sam wziął jed­ną. Te­raz słu­cha­li już wszy­scy. Zer­ka­li to na usta Jake’a, to na swo­je kar­ty.

– A kie­dy przy­szło do oka­za­nia, pa­trzy­li­śmy na sie­bie po­nad górą pie­nię­dzy, któ­ra się­ga­ła do su­fi­tu. La­luś za­ła­twił nas po­ke­rem. Pa­mię­tam jak dziś: tre­fle, od trój­ki do ósem­ki. Szy­per i ja do­cho­dzi­li­śmy do sie­bie pół dnia. Po­tem wy­li­czy­li­śmy szan­se na to, żeby coś ta­kie­go zda­rzy­ło się samo z sie­bie. Wy­szło nam szes­na­ście mi­lio­nów do jed­ne­go albo ja­koś tak. Nie wy­glą­da­ło do­brze dla la­lu­sia, więc po­szli­śmy go szu­kać. Sie­dział w sta­rym ho­te­lu Pe­nin­su­la i prze­pusz­czał na­szą cięż­ko za­ro­bio­ną for­sę. Wła­śnie szy­ko­wa­li­śmy się do wyj­ścia w mo­rze, więc ko­tły były jesz­cze zim­ne. Po­sa­dzi­li­śmy go na jed­nym z nich i od­pa­li­li­śmy ogień. Oczy­wi­ście de­li­kwen­ta trze­ba było przy­wią­zać. Po paru go­dzi­nach jaj­ka spie­kły mu się jak kasz­ta­ny.

– Wiel­kie nie­ba! – wy­krzyk­nął ary­sto­kra­ta. – Coś strasz­ne­go!

– Nie in­a­czej – przy­znał Jake. – Za­smro­dził mi całą ma­szy­now­nię.

Nad sto­łem za­wi­sła ner­wo­wa ci­sza. Wszy­scy ro­zu­mie­li, że za­raz coś eks­plo­du­je. Pa­dło oskar­że­nie, ale nie za bar­dzo wie­dzie­li, kto i o co zo­stał oskar­żo­ny. Trzy­ma­li swe kar­ty jak tar­cze ochron­ne, po­dejrz­li­wie wo­dząc wzro­kiem od twa­rzy do twa­rzy. At­mos­fe­ra była tak na­pię­ta, że udzie­li­ła się ca­łej sali. Gra­cze przy in­nych sto­łach wstrzy­ma­li roz­gryw­ki i pod­nie­śli wzrok.

– Wy­da­je mi się – ode­zwał się Ga­reth Swa­les śpiew­nym to­nem, któ­ry do­tarł w każ­dy kąt sali – że pan Bar­ton su­ge­ru­je, iż jest wśród nas oszust.

To sło­wo, wy­po­wie­dzia­ne w tym miej­scu, było tak szo­ku­ją­ce, tak brze­mien­ne w skut­kach, że ro­śli, sil­ni męż­czyź­ni aż po­bla­dli. Oszust? Na Boga, człon­ka klu­bu le­piej już oskar­żyć o cu­dzo­łó­stwo czy po­spo­li­te mor­der­stwo!

– Mu­szę przy­znać, że się z nim zga­dzam – do­dał Swa­les.

W lo­do­wa­tych błę­kit­nych oczach tań­czy­ły wście­kłe ogni­ki, kie­dy utkwił wzrok w oszo­ło­mio­nym człon­ku Izby Lor­dów.

– Sza­now­ny pa­nie, czy był­by pan uprzej­my wy­ja­wić nam wy­so­kość swej wy­gra­nej?

Głos Ga­re­tha był ostry jak brzy­twa. Ary­sto­kra­ta przez chwi­lę pa­trzył na nie­go, nic nie ro­zu­mie­jąc. Po­tem jego twarz za­la­ły pla­my czer­wie­ni i pur­pu­ry i za­gul­go­tał z wście­kło­ści.

– Na Boga, dro­gi pa­nie! Jak pan śmie?! – Ze­rwał się na rów­ne nogi. Z obu­rze­nia aż go za­ty­ka­ło.

– Brać go! – wrza­snął Ga­reth, po czym jed­nym pchnię­ciem obu­rącz wy­wró­cił cięż­ki te­ko­wy stół.

Me­bel przy­gniótł plan­ta­to­ra oraz urzęd­ni­ka. Że­to­ny i kar­ty roz­sy­pa­ły się na pod­ło­gę. Nikt już nie mógł się do­wie­dzieć, ja­kie kar­ty roz­dał so­bie Ga­reth Swa­les.

An­glik wy­cią­gnął się w stro­nę po­wa­lo­nych gra­czy i zdzie­lił ary­sto­kra­tę w lewe ucho.

– Oszust! Ha! Zła­pa­łem cię na oszu­stwie!

Ba­ron ryk­nął jak wście­kły byk i za­mach­nął się pię­ścią, ale Ga­reth zwin­nie unik­nął ata­ku. Cios tra­fił za to mię­dzy oczy se­kre­ta­rza klu­bu, któ­ry chciał wkro­czyć z in­ter­wen­cją.

W sali wy­buchł tu­mult. Ko­lej­ni klu­bo­wi­cze ru­sza­li na po­moc se­kre­ta­rzo­wi.

Jake usi­ło­wał prze­bić się przez wzbu­rzo­ne mo­rze ciał, by do­się­gnąć Ga­re­tha.

– Nie on. Ty! – wrza­snął gniew­nie, wy­cią­ga­jąc ra­mio­na i za­ci­ska­jąc pię­ści.

W sali było czter­dzie­stu męż­czyzn. Tyl­ko je­den z nich nie miał stro­ju świad­czą­ce­go o tym, że tu jest jego miej­sce – Jake w wor­ko­wa­tym mo­le­ski­nie. Tłum ob­ró­cił się więc prze­ciw nie­mu.

– Uwa­żaj, sta­ry dru­hu! Za tobą! – ostrzegł Ga­reth przy­ja­znym to­nem, ła­piąc Jake’a za kla­py kurt­ki.

Ame­ry­ka­nin ob­ró­cił się, by sta­wić czo­ło wście­kłym klu­bo­wi­czom. Pię­ści prze­zna­czo­ne dla ma­jo­ra Swa­le­sa te­raz przy­da­ły się do obro­ny przed szar­żu­ją­cą gru­pą męż­czyzn. Dwóch pa­dło na zie­mię, ale resz­ta na­pie­ra­ła.

– Nie daj się! – we­so­ło za­chę­cał Ga­reth. – I niech dia­bli we­zmą tego, kto pierw­szy krzyk­nie „dość”. – Uzbro­ił się w kij bi­lar­do­wy, któ­ry wy­trza­snął nie wia­do­mo skąd.

Jake’a przy­gwoź­dzi­ła dy­szą­ca góra czar­nych smo­kin­gów. Trzej męż­czyź­ni sie­dzie­li mu na ple­cach, dwaj uwie­si­li się nóg, a po jed­nym tkwi­ło pod pa­cha­mi.

– Nie mnie, głup­cy! Jego! – Usi­ło­wał wska­zać Ga­re­tha, ale obie ręce miał za­ję­te.

– Tak jest – przy­znał mu ra­cję Swa­les. – Par­szy­wy oszust!

Ści­skał kij za węż­szy ko­niec i wy­ma­chi­wał nim z za­ska­ku­ją­cą wpra­wą. Sze­ro­kim koń­cem okła­dał po gło­wach ele­ganc­kich dżen­tel­me­nów, któ­rzy do­sia­da­li Jake’a. Gdy po­spa­da­li na zie­mię, oswo­bo­dzo­ny Ame­ry­ka­nin znów mógł ob­ró­cić się do Swa­le­sa.

– Słu­chaj no! – ryk­nął i ru­szył w jego kie­run­ku mimo lu­dzi u nóg.

– Wła­śnie, słu­chaj! – Ga­reth prze­krzy­wił gło­wę. Roz­legł się głos po­li­cyj­ne­go gwizd­ka, a za po­dwój­ny­mi drzwia­mi mi­gnę­ły mun­du­ry. – Na li­tość bo­ską, gli­nia­rze! Chy­ba po­win­ni­śmy się zmy­wać. Za mną, sta­ry dru­hu.

Kil­ko­ma spraw­ny­mi ude­rze­nia­mi kija wy­bił szy­bę w naj­bliż­szym oknie i nie­spe­szo­ny wy­szedł do ciem­ne­go ogro­du.

Jake ma­sze­ro­wał nie­oświe­tlo­ną ścież­ką pod ja­ka­ran­da­mi. Do­tarł do głów­nej dro­gi, po czym ru­szył w stro­nę swe­go obo­zu nad rze­ką. Krzy­ki obu­rzo­nych lu­dzi i dźwię­ki po­li­cyj­nych gwizd­ków daw­no umil­kły gdzieś w tyle.

Ule­ciał też jego gniew. Za­chi­cho­tał, wspo­mi­na­jąc pur­pu­ro­wą twarz ary­sto­kra­ty i jego oczy wy­ba­łu­szo­ne z obu­rze­nia. Po chwi­li na ciem­nej uli­cy usły­szał za sobą ryt­micz­ne skrzy­pie­nie re­so­rów rik­szy oraz tu­pot bo­sych stóp.

Nie mu­siał się od­wra­cać, by wie­dzieć, kto go do­go­nił.

– Już się ba­łem, że mi się zgu­bi­łeś – ode­zwał się swo­bod­nie Ga­reth Swa­les. Ko­ły­sał się na mięk­kim sie­dze­niu rik­szy, a blask cy­ga­ra oświe­tlał jego wy­ra­zi­ste, szla­chet­ne rysy. – Po­gna­łeś jak chart za suką. Co za pręd­kość! By­łem pod wra­że­niem.

Jake się nie ode­zwał. Ma­sze­ro­wał da­lej w stro­nę obo­zu.

– Chy­ba nie masz za­mia­ru iść spać. – Rik­sza do­trzy­my­wa­ła tem­pa Ame­ry­ka­ni­no­wi. – Noc jesz­cze mło­da. Któż wie, ja­kie pięk­ne my­śli przyj­dą nam jesz­cze do gło­wy i ja­kich nie­zwy­kłych czy­nów do­ko­na­my!

Jake nie zwal­niał kro­ku, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc uśmiech.

– To co, do Ma­da­me Ce­ci­le? – na­ma­wiał An­glik.

– Rze­czy­wi­ście za­le­ży ci na tych wo­zach, praw­da?

– Je­stem ura­żo­ny! Jak mo­żesz tłu­ma­czyć moje przy­ja­zne ge­sty or­dy­nar­nym ma­te­ria­li­zmem?

– Kto pła­ci? – spy­tał Jake.

– Je­steś moim go­ściem.

– No, pi­łem już two­je piwo, ja­dłem two­je żar­cie, więc dla­cze­go miał­bym na tym po­prze­stać? – Za­trzy­mał się i pod­szedł do rik­szy. – Wo­bec tego się po­suń.

Rik­szarz za­to­czył cia­sny łuk i ru­szył z po­wro­tem do mia­sta. Ga­reth wci­snął Jake’owi cy­ga­ro mię­dzy war­gi.

– Ja­kie kar­ty so­bie da­łeś? – spy­tał Ame­ry­ka­nin, py­ka­jąc pach­ną­cym dy­mem. – Ka­re­tę asów? Po­ke­ra?

– Ależ, miły pa­nie! Cóż za obu­rza­ją­ca obe­lga! Od­ma­wiam od­po­wie­dzi.

Przez chwi­lę je­cha­li w mil­cze­niu, aż w koń­cu przy­szła pora, żeby py­ta­nie za­dał Ga­reth.

– Tak na­praw­dę wca­le nie przy­sma­ży­łeś fa­ce­to­wi orzesz­ków, zga­dza się?

– Nie – przy­znał Jake. – Ale le­piej to brzmia­ło.

Do­tar­li przed wej­ście lo­ka­lu Ma­da­me Ce­ci­le, dys­kret­nie po­ło­żo­ne­go w ogród­ku oko­lo­nym mur­kiem. Nad pro­giem pło­nę­ła lam­pa. Ga­reth przy­sta­nął z dło­nią na mo­sięż­nej ko­łat­ce.

– Wiesz co? Niech mnie dia­bli, je­stem ci wi­nien prze­pro­si­ny. Źle cię oce­ni­łem.

– Przy­najm­niej było dużo śmie­chu.

– Chy­ba mu­szę być z tobą szcze­ry.

– Nie wiem, czy znio­sę ten wstrząs.

Obaj uśmiech­nę­li się sze­ro­ko. An­glik szturch­nął Jake’a w ra­mię.

– Ale i tak ja sta­wiam, no nie?

Ma­da­me Ce­ci­le była tak wy­so­ka, chu­da i po­zba­wio­na biu­stu, iż wy­da­wa­ło się, że lada chwi­la pęk­nie jak su­chy pa­tyk. No­si­ła suk­nię z głę­bo­kim roz­cię­ciem, wy­ko­na­ną z ciem­ne­go ma­te­ria­łu nie­okre­ślo­nej bar­wy i za­pię­tą pod szy­ją oraz na nad­garst­kach. Wło­sy, moc­no ścią­gnię­te do tyłu, upię­ła w duży kok. Minę mia­ła mar­so­wą i peł­ną dez­apro­ba­ty. Roz­ch­mu­rzy­ła się nie­co do­pie­ro wte­dy, gdy wpu­ści­ła ich do środ­ka.

– Ma­jor Swa­les! Jak za­wsze miło pana wi­dzieć. I pan Bar­ton, daw­no­śmy się nie wi­dzie­li. Już się ba­łam, że pan wy­je­chał.

– Pro­szę nam przy­nieść bu­tel­kę szam­pa­na, zło­ciut­ka. – Ga­reth po­dał słu­żą­cej swój je­dwab­ny sza­lik. – Skoń­czył wam się pol ro­ger rocz­nik dwu­dzie­sty trze­ci?

– By­najm­niej, pa­nie ma­jo­rze.

– Za­nim spo­tka­my się z mło­dy­mi da­ma­mi, chcie­li­by­śmy przez chwi­lę po­roz­ma­wiać na osob­no­ści. Czy pry­wat­ny sa­lo­nik jest wol­ny?

Ga­reth usiadł wy­god­nie w ogrom­nym fo­te­lu obi­tym skó­rą. W jed­nej dło­ni miał lamp­kę szam­pa­na, a w dru­giej cy­ga­ro.

– Duce za­mie­rza się tu wpa­ko­wać lada chwi­la, cho­ciaż Bóg je­den wie, co chce zy­skać. Wszy­scy twier­dzą, że to naj­bar­dziej nie­przy­ja­zny skra­wek gór i pu­sty­ni, jaki tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić. Ale Mus­so­li­ni i tak ma na nie­go ocho­tę. Może wy­da­je mu się, że to na chwa­łę im­pe­rium. Pew­nie chce być jak Na­po­le­on.

– Skąd to wiesz?

Jake le­żał wy­cią­gnię­ty na pi­ko­wa­nej ka­na­pie. Nie pił szam­pa­na – nie sma­ko­wał mu.

– W moim fa­chu trze­ba orien­to­wać się w ta­kich rze­czach, sta­ry dru­hu. Wy­niu­cham dra­kę, za­nim go­ście w ogó­le na­bio­rą ocho­ty do bit­ki. Duce ob­no­si się z po­ko­jo­wy­mi za­mia­ra­mi, a jed­no­cze­śnie peł­ną parą przy­go­to­wu­je się do woj­ny. Kla­sycz­ny nu­mer. Po­zo­sta­łe po­tę­gi, czy­li Fran­cja, wasi chłop­cy oraz nasi, już dały mu wol­ną rękę. Oczy­wi­ście będą się awan­tu­ro­wać i pro­te­sto­wać na fo­rum Ligi Na­ro­dów, ale nikt nie kiw­nie pal­cem, kie­dy sta­ru­szek Be­ni­to wy­cią­gnie łapę po Etio­pię. Haj­le Sel­la­sje, król kró­lów, świet­nie o tym wie, tak samo jak wszy­scy jego ksią­żę­ta, wo­dzo­wie i cała we­so­ła kom­pa­nia. Dla­te­go roz­pacz­li­wie usi­łu­ją skle­cić ja­kąś obro­nę. I to jest wła­śnie moja oka­zja, mój dro­gi.

– Dla­cze­go mie­li­by ku­po­wać u cie­bie, pła­cąc sumy, o któ­rych mó­wisz? Na pew­no mo­gli­by ro­bić in­te­re­sy bez­po­śred­nio z pro­du­cen­ta­mi.

– Em­bar­go, sta­ry dru­hu. Liga Na­ro­dów na­ło­ży­ła em­bar­go zbro­je­nio­we na całą Ery­treę, So­ma­li i Etio­pię. Nie wol­no im­por­to­wać tam żad­nych ma­te­ria­łów wo­jen­nych. Teo­re­tycz­nie po to, żeby zre­du­ko­wać na­pię­cie, ale oczy­wi­ście efekt jest kom­plet­nie jed­no­stron­ny. Mus­so­li­ni wca­le nie musi ro­bić za­ku­pów. Ma już w Ery­trei tyle bro­ni, sa­mo­lo­tów oraz czoł­gów, ile du­sza za­pra­gnie. Wy­star­czy, że da sy­gnał. Za to w po­czci­wej Etio­pii jest tyl­ko parę sta­rych ka­ra­bi­nów i cała masa dłu­gich obu­ręcz­nych mie­czy. Szy­ku­je się wy­rów­na­ne star­cie. Nie pi­jesz szam­pa­na?

– Chy­ba pój­dę po tu­ske­ra. Za­raz wra­cam.

Jake pod­niósł się i ru­szył do drzwi, a Ga­reth smut­no po­krę­cił gło­wą.

– Do­praw­dy, pod­nie­bie­nie masz szorst­kie jak grzbiet kro­ko­dy­la. Któż by pił tu­ske­ra, kie­dy ja pro­po­nu­ję ga­tun­ko­we­go szam­pa­na?

Wła­ści­wie Jake wy­mknął się do baru nie tyle po piwo, ile żeby prze­my­śleć spra­wę i za­pla­no­wać dal­sze kro­ki. Oparł się o ladę w za­tło­czo­nej sali, po czym na­pręd­ce po­wtó­rzył w my­ślach wszyst­ko, co usły­szał od Ga­re­tha Swa­le­sa. Pró­bo­wał oce­nić, w ja­kim stop­niu to praw­da, a w ja­kim czcza fan­ta­zja. Czy ta sy­tu­acja go do­ty­czy­ła? A je­śli tak, to w jaki spo­sób mógł na niej za­ro­bić?

Już nie­mal po­sta­no­wił nie mie­szać się w han­del, po­nie­waż dro­ga wy­da­wa­ła się na­zbyt cier­ni­sta. Za­mie­rzał po­stą­pić zgod­nie ze swym pier­wot­nym za­mia­rem i sprze­dać sil­ni­ki do zgnia­ta­rek trzci­ny cu­kro­wej – wów­czas jed­nak padł ofia­rą jed­ne­go z owych zbie­gów oko­licz­no­ści tak fi­ne­zyj­nych, że mu­sia­ły być wred­nym żar­tem losu.

Obok nie­go przy ba­rze sta­ło dwóch męż­czyzn w sto­no­wa­nych stro­jach księ­go­wych lub urzęd­ni­ków. Gło­śno roz­ma­wia­li, ob­ma­cu­jąc z roz­tar­gnie­niem to­wa­rzy­szą­ce im dziew­czę­ta. Z po­cząt­ku Jake nie słu­chał, zbyt­nio za­afe­ro­wa­ny wła­sny­mi roz­ter­ka­mi, lecz jego uwa­gę zwró­ci­ła pew­na na­zwa.

– Na mar­gi­ne­sie – rzekł je­den z męż­czyzn – sły­sza­łeś, że An­glo-Tan­ga­nic­ka Kom­pa­nia splaj­to­wa­ła?

– Nie­moż­li­we!

– Ale praw­dzi­we. Sły­sza­łem od sa­me­go prze­wod­ni­czą­ce­go sądu. Po­dob­no mają pół mi­lio­na dłu­gów.

– Do­bry Boże! To już trze­cia duża fir­ma w tym mie­sią­cu.

– Przy­szło nam żyć w cięż­kich cza­sach. Przy oka­zji pad­nie cała masa ma­lucz­kich.

Jake w my­ślach zgo­dził się z tą opi­nią. Na­lał piwo do ku­fla, rzu­cił mo­ne­tę na bar i ru­szył z po­wro­tem do pry­wat­ne­go sa­lo­ni­ku.

Rze­czy­wi­ście na­sta­ły cięż­kie cza­sy, po­my­ślał. W cią­gu ostat­nich dwóch mie­się­cy już dru­gi raz do­świad­czał tego na wła­snej skó­rze.

Frach­to­wiec, na któ­rym przy­był do Dar es-Sa­la­am w cha­rak­te­rze pierw­sze­go in­ży­nie­ra, zo­stał za­trzy­ma­ny jako gwa­ran­cja w po­stę­po­wa­niu upa­dło­ścio­wym. Wła­ści­cie­le w Lon­dy­nie zban­kru­to­wa­li, a sta­tek nie zdo­łał się wy­ku­pić.

Jake zszedł po tra­pie z ca­łym do­cze­snym do­byt­kiem w tor­bie prze­rzu­co­nej przez ra­mię. Po­że­gnał się z pół­rocz­nym za­rob­kiem, a tak­że wszyst­ki­mi oszczęd­no­ścia­mi w fun­du­szu eme­ry­tal­nym upa­dłej fir­my.

Le­d­wie za­czął wy­cho­dzić na swo­je z kon­trak­tem na zgnia­tar­ki, gdy znów uto­nął w fali kry­zy­su za­le­wa­ją­ce­go świat. Wszy­scy ban­kru­to­wa­li – ci duzi i ci mali. Jake Bar­ton stał się wła­ści­cie­lem pię­ciu wo­zów opan­ce­rzo­nych, na któ­re był tyl­ko je­den ku­piec.

Ga­reth stał przy oknie, spo­glą­da­jąc w dół na port. Świa­tła za­ko­twi­czo­nych stat­ków mi­go­ta­ły na ciem­nej wo­dzie. Ob­ró­cił się do Jake’a i kon­ty­nu­ował, jak­by w ogó­le nie prze­rwa­li roz­mo­wy:

– Sko­ro już je­ste­śmy ze sobą obrzy­dli­wie szcze­rzy, mu­szę ci po­wie­dzieć, że Etiop­czy­cy skłon­ni są za­pła­cić za każ­dy z tych wo­zów ja­kieś ty­siąc fun­tów. Oczy­wi­ście trze­ba by je od­pi­co­wać. Przy­da się nowa far­ba i ka­ra­bin na każ­dej wie­życz­ce.

– Wciąż słu­cham. – Jake usiadł na ka­na­pie.

– Ja mam kup­ca, a tak­że ka­ra­bi­ny Vic­kers, bez któ­rych po­jaz­dy są bez­war­to­ścio­we. Ty z ko­lei masz auta i umiesz je na­pra­wić.

Jake do­strzegł w Swa­le­sie cał­kiem in­ne­go czło­wie­ka. Znik­nę­ła le­ni­wa, prze­cią­gła ma­nie­ra w gło­sie, a tak­że fir­cy­ko­wa­ty styl by­cia. An­glik mó­wił te­raz zwięź­le, a w jego oczach znów po­ja­wił się ów błę­kit­ny, pi­rac­ki błysk.

– Nig­dy do­tąd nie pra­co­wa­łem ze wspól­ni­kiem, bo by­łem prze­ko­na­ny, że sam le­piej so­bie po­ra­dzę. Ale mia­łem oka­zję do­brze ci się przyj­rzeć. To może być mój pierw­szy raz. Co ty na to?

– Ga­reth, je­śli mnie oszu­kasz, na­praw­dę przy­sma­żę ci orzesz­ki.

An­glik od­chy­lił gło­wę i ro­ze­śmiał się ra­do­śnie.

– Wie­rzę, że mógł­byś to zro­bić. – Prze­mie­rzył po­kój, by po­dać Jake’owi dłoń. – To co, rów­no­praw­ni wspól­ni­cy? Ty dasz auta, a ja moje dro­bia­zgi i wszyst­ko dzie­li­my po po­ło­wie?

Jake uści­snął wy­cią­gnię­tą rękę.

– Rów­no na pół – zgo­dził się.

– Dość in­te­re­sów na je­den wie­czór. Chodź­my po­znać pa­nie.

Jake za­su­ge­ro­wał, że Ga­reth, jako peł­no­praw­ny wspól­nik, mógł­by asy­sto­wać w mon­ta­żu sil­ni­ków oraz ma­lo­wa­niu ka­ro­se­rii. An­glik zbladł i przy­pa­lił cy­ga­ro.

– Słu­chaj no, sta­ry dru­hu. Nie po­su­waj­my się z tym rów­no­upraw­nie­niem za da­le­ko. Pra­ca fi­zycz­na zu­peł­nie nie jest w moim sty­lu.

– Wo­bec tego będę mu­siał za­trud­nić eki­pę.

– Nie krę­puj się. Za­trud­niaj, kogo tyl­ko chcesz. – Ga­reth wiel­ko­dusz­nie po­ma­chał cy­ga­rem. – Ja mu­szę iść do por­tu. Dać w łapę temu i owe­mu, tego typu spra­wy. A wie­czo­rem jem ko­la­cję u gu­ber­na­to­ra. Za­ła­twię kon­trak­ty ko­rzyst­ne dla nas obu, poj­mu­jesz?

Na­za­jutrz rano Ga­reth rik­szą przy­był do obo­zu pod ma­ho­niow­ca­mi ze srebr­nym ku­beł­kiem peł­nym bu­te­lek tu­ske­ra. Za­stał tam pół tu­zi­na Mu­rzy­nów pra­cu­ją­cych pod okiem Jake’a.

Ame­ry­ka­nin wy­brał so­lid­ną bar­wę okrę­to­wej sza­ro­ści – je­den z wo­zów już po­kry­to pierw­szą war­stwą far­by. Efekt oka­zał się po­ra­ża­ją­cy: po­jazd z za­pusz­czo­ne­go wra­ku zmie­nił się w groź­ną ma­szy­nę bo­jo­wą.

– Na Boga! – wy­krzyk­nął Ga­reth. – Na­wet ja sam je­stem pod wra­że­niem. Etiop­czy­cy osza­le­ją. – Prze­szedł wzdłuż rzę­du aut i za­trzy­mał się na koń­cu. – Ma­lu­jesz tyl­ko trzy. A dwa ostat­nie?

– Już tłu­ma­czy­łem. Tyl­ko trzy są na cho­dzie.

– Słu­chaj no, sta­ry dru­hu. Nie bądź­my tacy wy­bred­ni. Po­ma­luj wszyst­kie, a ja spy­lę ca­łość. W koń­cu nie sprze­da­je­my z gwa­ran­cją, hę? – Ga­reth uśmiech­nął się pro­mien­nie i pu­ścił oko do wspól­ni­ka. – Za­nim zdą­żą się po­skar­żyć, obaj bę­dzie­my już da­le­ko. I nie zo­sta­wi­my ad­re­su do ko­re­spon­den­cji.

Nie zda­wał so­bie spra­wy, że taką su­ge­stią ura­ża rze­mieśl­ni­czą dumę Jake’a. Zro­zu­miał to do­pie­ro wów­czas, gdy do­strzegł, jak znów na­pi­na­ją się jego sze­ro­kie ra­mio­na, a kark czer­wie­nie­je.

Pół go­dzi­ny póź­niej wciąż się sprze­cza­li.

– Mam do­brą re­pu­ta­cję na sied­miu mo­rzach i trzech oce­anach. Nie za­mie­rzam jej zmar­no­wać dla paru po­rdze­wia­łych rzę­chów! – krzyk­nął Jake i kop­nął w koło prze­klę­te­go po­jaz­du. – Nikt nig­dy nie po­wie, że Jake Bar­ton sprze­dał ko­muś szmelc.

Ga­reth już daw­no się zo­rien­to­wał, jak dzia­ła gniew Ame­ry­ka­ni­na. Zda­wał so­bie spra­wę, że lada chwi­la może dojść do fi­zycz­nej prze­mo­cy, więc sta­now­czo zmie­nił po­dej­ście.

– Słu­chaj no, sta­ry dru­hu. Nie krzycz­my tak na sie­bie…

– Ja wca­le nie krzy­czę! – ryk­nął Jake.

– Ależ oczy­wi­ście, że nie. Do­sko­na­le ro­zu­miem twój punkt wi­dze­nia. I masz ra­cję. Na two­im miej­scu czuł­bym to samo.

Jake, tyl­ko odro­bi­nę udo­bru­cha­ny, znów chciał za­pro­te­sto­wać, lecz nim z jego ust zdą­żył się wy­do­być ja­ki­kol­wiek dźwięk, Ga­reth we­tknął w nie cy­ga­ro i pręd­ko przy­pa­lił.

– A te­raz sko­rzy­staj­my z ro­zu­mu, ja­kim ob­da­rzy­ła nas Bo­zia, do­brze? Po­wiedz, dla­cze­go te dwa auta nie chcą dzia­łać i co mu­si­my zro­bić, żeby to zmie­nić.

Kwa­drans póź­niej sie­dzie­li pod dasz­kiem sta­re­go na­mio­tu Jake’a, po­pi­ja­jąc zim­ny tu­sker. Ga­reth zręcz­nie uspo­ko­ił at­mos­fe­rę i znów byli przy­ja­zny­mi wspól­ni­ka­mi.

– Gaź­nik do smi­tha-ben­tleya? – po­wtó­rzył w za­my­śle­niu An­glik.

– Pró­bo­wa­łem już u wszyst­kich moż­li­wych do­staw­ców. Miej­sco­wy agent wy­słał na­wet de­pe­szę do Kapsz­ta­du i Na­iro­bi. Mu­sie­li­by­śmy za­mó­wić z An­glii. Gdy­by nam się po­szczę­ści­ło, do­sta­wa­ła za­ję­ła­by osiem ty­go­dni.

– Słu­chaj no, sta­rusz­ku. W ta­kim ra­zie cze­ka mnie los gor­szy niż śmierć. Ale dla do­bra na­sze­go wspól­ne­go przed­się­wzię­cia je­stem go­tów po­nieść tę ofia­rę.

Guber­na­tor Tan­ga­ni­ki miał trzy­dzie­sto­dwu­let­nią cór­kę. Po­mi­mo znacz­nej for­tu­ny ojca oraz jego po­wa­ża­ne­go ty­tu­łu była sta­rą pan­ną.

Wy­star­czy­ło, że Ga­reth zer­k­nął na nią ką­tem oka, a świet­nie zro­zu­miał przy­czy­nę. Pierw­sze okre­śle­nie, ja­kie przy­szło mu do gło­wy, to: „koń­ska twarz”. Nie było jed­nak do koń­ca traf­ne. Ko­bie­ta wy­glą­da­ła ra­czej jak wiel­błąd. Odu­rzo­ny wiel­błąd, po­my­ślał Ga­reth, chwy­ta­jąc jej za­uro­czo­ne spoj­rze­nie, gdy spo­czę­ła na sie­dze­niu z do­sko­na­łej skó­ry.

– Pysz­nie, że po­zwo­li­łaś mi się prze­je­chać brycz­ką ojca, moja dro­ga.

Sły­sząc cie­płe sło­wa, uśmiech­nę­ła się głu­pa­wo, od­sła­nia­jąc po­żół­kłe zęby pod wy­dat­nym no­sem.

– Kie­dy wró­cę do domu, ko­niecz­nie so­bie taką ku­pię. Nie ma jak ben­tley, hę?

Ga­reth zje­chał dłu­gą, czar­ną li­mu­zy­ną z szu­tro­wej tra­sy i po­mknął gład­ko po wy­jeż­dżo­nej dro­dze grun­to­wej, wio­dą­cej wy­brze­żem na pół­noc wzdłuż drzew pal­mo­wych.

Po­li­cjant aska­ri roz­po­znał fur­ko­czą­cą cho­rą­giew­kę na przed­nim błot­ni­ku – czer­wo­no-nie­bie­sko-zło­tą ze wspię­tym lwem oraz jed­no­roż­cem. Sta­nął na bacz­ność, stuk­nął ob­ca­sa­mi i za­sa­lu­to­wał za­ma­szy­ście. Ga­reth do­tknął ron­da ka­pe­lu­sza, jak na­ka­zy­wa­ły oko­licz­no­ści, po czym zwró­cił się do to­wa­rzysz­ki, któ­ra – od­kąd opu­ści­li te­ren gu­ber­na­tor­skiej re­zy­den­cji – nie od­ry­wa­ła wzro­ku od jego szla­chet­nej, opa­lo­nej twa­rzy.

– Nie­da­le­ko jest świet­ny punkt z pięk­nym wi­do­kiem na ka­nał. Po­my­śla­łem, że mo­że­my się tam na mo­ment za­trzy­mać.

En­tu­zja­stycz­nie po­ki­wa­ła gło­wą, gdyż bała się ode­zwać. Ga­reth po­czuł ulgę, po­nie­waż mia­ła pi­skli­wy szcze­biot, i uśmiech­nął się, żeby oka­zać swą wdzięcz­ność. Bły­snął owym wspa­nia­łym uśmie­chem, któ­re­mu nikt by się nie oparł, a dziew­czy­na ob­la­ła się pur­pu­rą.

Ma ład­ne oczy, wma­wiał so­bie Swa­les. Oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że ko­muś po­do­ba­ją się oczy wiel­błą­da, ogrom­ne, ża­ło­sne spodki o dłu­gich, ma­to­wych rzę­sach. Po­sta­no­wił skon­cen­tro­wać się na oczach i uni­kać pa­trze­nia na zęby. Na­gle się za­nie­po­ko­ił. Mam na­dzie­ję, że nie gry­zie w klu­czo­wym mo­men­cie, po­my­ślał. Tymi ta­sa­ka­mi mo­gła­by wy­rzą­dzić śmier­tel­ną ranę. Przez mo­ment roz­wa­żał re­zy­gna­cję z pla­nu. Za­raz po­tem wy­obra­ził so­bie stos ty­sią­ca su­we­re­nów i od­wa­ga na­tych­miast wró­ci­ła.

Za­ha­mo­wał, by po­szu­kać bocz­nej dro­gi. Była do­brze ukry­ta w za­ro­ślach i z po­cząt­ku jej nie za­uwa­żył, więc mu­siał się cof­nąć.

Wje­chał lśnią­cym ben­tley­em na nie­wiel­ką po­la­nę oto­czo­ną pa­pro­cią oraz kar­ło­wa­ty­mi krze­wa­mi. Od góry przy­kry­wa­ły ją ka­te­dral­ne łuki palm.

– No to je­ste­śmy na miej­scu. – Ga­reth za­cią­gnął ha­mu­lec i zwró­cił się do pa­sa­żer­ki. – Wi­dać stąd ka­nał, je­śli tyl­ko tro­chę się ob­ró­cić.

Na­chy­lił się, by to za­de­mon­stro­wać, a wte­dy cór­ka gu­ber­na­to­ra gwał­tow­nym ru­chem rzu­ci­ła się na nie­go. Ostat­nia świa­do­ma myśl Swa­le­sa brzmia­ła: Mu­szę tyl­ko uwa­żać na zęby.

Jake Bar­ton od­cze­kał, aż ogrom­na, błysz­czą­ca li­mu­zy­na za­cznie ko­ły­sać się na re­so­rach ni­czym sza­lu­pa ra­tun­ko­wa pod­czas sztor­mu. Wów­czas wy­ło­nił się zza pa­pro­ci z tek­styl­ną tor­bą w dło­ni i pod­kradł do ma­ski auta ozdo­bio­nej lśnią­cym sym­bo­lem uskrzy­dlo­ne­go „B” oraz bo­ga­to ha­fto­wa­ną cho­rą­giew­ką.

Rże­nie roz­ko­szy do­bie­ga­ją­ce z wnę­trza auta za­głu­szy­ło ha­łas pod­no­szo­nej kla­py sil­ni­ka. Jake zer­k­nął przez przed­nią szy­bę i uj­rzał coś prze­ra­ża­ją­ce­go: bla­de nogi gu­ber­na­to­rów­ny, dłu­gie, bez­kształt­ne, o ko­la­nach gu­zo­wa­tych jak u wiel­błą­da, wierz­ga­ły w eks­ta­zie i ko­pa­ły w su­fit wozu. Ame­ry­ka­nin pręd­ko scho­wał gło­wę pod ma­skę.

Pra­co­wał żwa­wo, w sku­pie­niu marsz­cząc czo­ło i po­gwiz­du­jąc bez­gło­śnie. Gaź­nik nie­prze­wi­dy­wal­nie pod­ska­ki­wał mu w rę­kach, a jęki roz­ko­szy oraz pi­skli­we okrzy­ki za­chę­ca­ją­ce do zwięk­sze­nia tem­pa oraz zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia wy­sił­ków sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze.

Jake nie czuł już żalu do Ga­re­tha z po­wo­du od­mo­wy po­mo­cy przy ma­lo­wa­niu że­la­znych dam. Te­raz An­glik mu­siał na­pie­rać z peł­ną siłą. Przy jego wy­sił­kach na­wet naj­bar­dziej wy­czer­pu­ją­ca pra­ca fi­zycz­na zda­wa­ła się bła­ha.

Kie­dy Jake wy­mon­to­wał cały gaź­nik i scho­wał go do tor­by, roz­legł się ostat­ni prze­szy­wa­ją­cy krzyk. Ben­tley za­marł w bez­ru­chu, a w gaju pal­mo­wym za­pa­no­wa­ła doj­mu­ją­ca ci­sza.

Ame­ry­ka­nin po ci­chu ru­szył w za­ro­śla, po­zo­sta­wia­jąc oszo­ło­mio­ne­go wspól­ni­ka w plą­ta­ni­nie chu­dych koń­czyn i dro­giej fran­cu­skiej bie­li­zny.

Wierz mi, że przy moim wy­cień­cze­niu to była nie­zwy­kle dłu­ga dro­ga. Na do­da­tek mu­sia­łem prze­ko­nać to­wa­rzysz­kę, że wca­le nie je­ste­śmy za­rę­cze­ni.

– Za­ła­twi­my ci za to ofi­cjal­ną po­chwa­łę – obie­cał Jake, wy­ła­nia­jąc się spod ma­ski wozu opan­ce­rzo­ne­go. – Nie zwa­ża­jąc na swo­je bez­pie­czeń­stwo, ma­jor Ga­reth Swa­les obro­nił prze­łęcz, przy­pu­ścił szturm, sfor­so­wał wro­ta…

– Pie­kiel­nie za­baw­ne – wark­nął Ga­reth. – Ale, po­dob­nie jak ty, ja rów­nież mu­szę dbać o re­pu­ta­cję. Gdy­by ta spra­wa wy­szła na jaw, w pew­nych krę­gach najadł­bym się wsty­du. Za­tem ci­cho sza, hę?

– Daję ci sło­wo ho­no­ru – przy­rzekł Jake z po­wa­gą.

Po­chy­lił się nad kor­bą. Sil­nik za­pa­lił po pierw­szym ob­ro­cie.

Jake wsłu­chi­wał się przez chwi­lę w jego rów­ny rytm, a w koń­cu uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Po­słu­chaj tyl­ko tej cho­ler­nej ślicz­not­ki. Czyż jej słod­ka pieśń nie była war­ta po­świę­ce­nia? – An­glik prze­wró­cił ocza­mi na samą myśl o prze­ra­ża­ją­cym prze­ży­ciu. Jake mó­wił da­lej:

– No to mamy już czte­ry. Czte­ry ślicz­ne, grzecz­ne damy. Cze­go wię­cej chcieć od ży­cia?

– Pią­tej – od­parł nie­zwłocz­nie Ga­reth, a Jake aż się skrzy­wił. – Pią­ta by­ła­by na moje na­zwi­sko. Pod­pi­sał­bym na­wet oświad­cze­nie, żeby chro­nić two­ją re­pu­ta­cję.

Mina Jake’a mu­sia­ła wy­star­czyć za od­po­wiedź.

– Nie? – An­glik wes­tchnął. – Prze­wi­du­ję, że to two­je sen­ty­men­tal­ne, sta­ro­mod­ne na­sta­wie­nie wpę­dzi nas jesz­cze w nie lada kło­po­ty.

– Mo­że­my się roz­stać już te­raz.

– Nie ma mowy, sta­rusz­ku. Zresz­tą wci­ska­nie Etiop­czy­kom tru­pa by­ło­by ry­zy­kow­ne. Oni mają ta­kie wiel­kie mie­cze… I po­dob­no nie tyl­ko gło­wy nimi ob­ci­na­ją. No do­brze, mu­szą nam wy­star­czyć czte­ry.

Dwu­dzie­ste­go dru­gie­go majaDun­not­tar Ca­stle za­ko­twi­czył na re­dzie Dar es-Sa­la­am. Na­tych­miast oto­czył go rój ba­rek i lich­tug. Był to sta­tek fla­go­wy to­wa­rzy­stwa Union Ca­stle Line, kur­su­ją­cy z So­uthamp­ton do Kapsz­ta­du, Dur­ba­nu, Lo­uren­co Ma­rqu­es, Dar es-Sa­la­am i Dżi­bu­ti.

Dwa apar­ta­men­ty oraz dzie­sięć dwu­oso­bo­wych ka­bin pierw­szej kla­sy zaj­mo­wał lydż Mi­ka­el Wa­san Sa­gud ze świ­tą. Był po­tom­kiem kró­lew­skie­go rodu Etio­pii, wy­wo­dzą­ce­go się od kró­la Sa­lo­mo­na i kró­lo­wej Saby. Na­le­żał do ści­słe­go gro­na za­ufa­nych lu­dzi ce­sa­rza. Jego oj­ciec rzą­dził gó­rzy­sto-pu­styn­ną pro­win­cją wiel­ko­ści Szko­cji i Wa­lii w pół­noc­nej czę­ści kra­ju, on zaś peł­nił funk­cję jego za­stęp­cy.

Ksią­żę wra­cał do oj­czy­zny po pół­rocz­nej nie­obec­no­ści. Przez ten czas słał pe­ty­cje do mi­ni­strów spraw za­gra­nicz­nych Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii oraz krą­żył po ko­ry­ta­rzach sie­dzi­by Ligi Na­ro­dów w Ge­ne­wie, za­bie­ga­jąc o po­par­cie w ob­li­czu nad­cią­ga­ją­cej bu­rzy, jaką zwia­sto­wa­ły aspi­ra­cje fa­szy­stow­skich Włoch wo­bec afry­kań­skie­go ce­sar­stwa.

Lydż wra­cał roz­cza­ro­wa­ny. Opu­ścił Dun­not­tar Ca­stle wraz z czwór­ką naj­waż­niej­szych do­rad­ców, po czym na po­kła­dzie lich­tu­gi do­pły­nął do na­brze­ża, gdzie cze­ka­ły dwa ka­brio­le­ty. Wy­na­jął je ma­jor Ga­reth Swa­les i wy­dał kie­row­com od­po­wied­nie wska­zów­ki.

– Po­zwól, że ja się zaj­mę ga­da­niem, sta­ry dru­hu – po­ra­dził An­glik Jake’owi, kie­dy cze­ka­li z nie­po­ko­jem w mrocz­nych cze­lu­ściach ma­ga­zy­nu nu­mer czte­ry. – To moja dział­ka. Wy­star­czy, że ty bę­dziesz wy­glą­dał su­ro­wo i zaj­miesz się pre­zen­ta­cją. Sta­ry Etiop­czyk bę­dzie pod wiel­kim wra­że­niem.

Ga­reth wy­glą­dał olśnie­wa­ją­co, ubra­ny w je­dwab­ną ko­szu­lę oraz bla­do­nie­bie­ski tro­pi­kal­ny gar­ni­tur ze świe­żym bia­łym goź­dzi­kiem w bu­to­nier­ce. Miał tra­dy­cyj­ny kra­wat w uko­śne pasy, wło­sy sta­ran­nie ucze­sał i na­błysz­czył bry­lan­ty­ną, a wąsy przy­strzygł rów­no z sa­me­go rana. Zmie­rzył wspól­ni­ka ukon­ten­to­wa­nym wzro­kiem. Oczy­wi­ście gar­ni­tu­ru Jake’a nie skro­jo­no w Lon­dy­nie na Sa­vi­le Row, ale pa­so­wał na tę oka­zję – był czy­sty i świe­żo upra­so­wa­ny. Ame­ry­ka­nin miał wy­glan­so­wa­ne buty, a buj­ne, zwy­kle nie­sfor­ne loki zmo­czył i ele­ganc­ko przy­gła­dził. Wy­szo­ro­wał też wszyst­kie śla­dy sma­ru z wiel­kich, ko­ści­stych dło­ni oraz spod pa­znok­ci.

– Pew­nie na­wet nie mó­wią po an­giel­sku – za­uwa­żył Ga­reth. – Trze­ba bę­dzie po­ro­zu­mie­wać się na migi. Szko­da, że nie da­łeś mi tego tru­pa. Wci­snę­li­by­śmy go im jak nic. Na pew­no są ła­two­wier­ni. Do­da­ło­by się jesz­cze garść pa­cior­ków i wo­rek soli… – Prze­rwał mu war­kot sil­ni­ków zbli­ża­ją­cych się aut. – To pew­nie oni. Pa­mię­taj, co ci mó­wi­łem.

Dwa ka­brio­le­ty za­trzy­ma­ły się w słoń­cu przed drzwia­mi ma­ga­zy­nu. Wy­sie­dli z nich czte­rej pa­sa­że­ro­wie ubra­ni w dłu­gie bia­łe szam­my, czy­li po­włó­czy­ste sza­ty się­ga­ją­ce do sa­mej zie­mi, prze­wie­szo­ne przez ra­mię jak rzym­skie togi. Na no­gach mie­li czar­ne spodnie jeź­dziec­kie z ga­bar­dy­ny oraz san­da­ły. Byli to star­si męż­czyź­ni, ich gę­ste wło­sy przy­pró­szy­ła si­wi­zna, a ciem­ne twa­rze po­ora­ły zmarszcz­ki. W do­stoj­nym mil­cze­niu ze­bra­li się wo­kół młod­sze­go, wyż­sze­go czło­wie­ka w ciem­nym gar­ni­tu­rze skro­jo­nym na za­chod­nią mo­dłę, a na­stęp­nie wspól­nie wkro­czy­li w chłod­ny mrok ma­ga­zy­nu.

Lydż Mi­ka­el miał po­nad metr osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i lek­ko się gar­bił, przez co tro­chę przy­po­mi­nał uczo­ne­go. Jego skó­ra mia­ła głę­bo­ką bar­wę mio­du, a wło­sy oraz bro­da two­rzy­ły gę­stą, kę­dzie­rza­wą au­re­olę wo­kół de­li­kat­nej twa­rzy o ciem­nych, za­my­ślo­nych oczach i wą­skim, se­mic­kim no­sie. Po­mi­mo zgar­bio­nych ple­ców kro­czył z gra­cją szer­mie­rza, a gdy się uśmie­chał, zęby bły­ska­ły bie­lą, ostro kon­tra­stu­jąc ze śnia­dą kar­na­cją.

– Na Boga! – ode­zwał się lydż, na­der traf­nie imi­tu­jąc prze­cią­gły ak­cent Ga­re­tha. – Czyż to nie Pier­dziuch Swa­les?

Opa­no­wa­nie ma­jo­ra Ga­re­tha Swa­le­sa pry­sło w jed­nej chwi­li. Stru­chlał na dźwięk prze­zwi­ska, któ­re­go nie sły­szał od dwu­dzie­stu lat. Do­ro­bił się go, kie­dy nie­spo­dzie­wa­ny atak ga­zów od­bił się echem od skle­pie­nia i ka­mien­nych ścian zim­nej szkol­nej ka­pli­cy. Fale stłu­mio­ne­go śmie­chu roz­bi­ja­ły się mu nad gło­wą, bo­le­sne ni­czym cio­sy. Ga­reth miał na­dzie­ję, że nig­dy już nie usły­szy tego przy­dom­ka, te­raz zaś ja­skra­wo po­wró­ci­ło wspo­mnie­nie owe­go upo­ko­rze­nia.

Ksią­żę ro­ze­śmiał się i do­tknął wę­zła kra­wa­ta. Jake zo­rien­to­wał się, że uko­śne pasy do­kład­nie od­po­wia­da­ją tym, któ­re no­sił Ga­reth Swa­les.

– Eton, ty­siąc dzie­więć­set pięt­na­sty, Wayn­fle­te Ho­use. By­łem pre­fek­tem. Do­sta­łeś ode mnie karę za pa­le­nie w ki­blu, nie pa­mię­tasz?

– O Boże! – stęk­nął Ga­reth. – Toż to Tof­fi Sa­gud! Nie wiem, co po­wie­dzieć.

– To może spró­buj na migi – za­pro­po­no­wał Jake.

– Za­mknij się, do cho­le­ry – syk­nął An­glik, po czym z wiel­kim tru­dem znów przy­wdział uśmiech, któ­ry roz­świe­tlił mrok ma­ga­zy­nu ni­czym po­ran­ne słoń­ce. – Wa­sza Eks­ce­len­cjo! Tof­fi! Mój dro­gi przy­ja­cie­lu! – Rzu­cił się w stro­nę go­ścia z wy­cią­gnię­tą dło­nią. – Cóż za ogrom­na, nie­ocze­ki­wa­na przy­jem­ność!

Ro­ze­śmia­ni męż­czyź­ni uści­snę­li so­bie ręce. Uśmiech sym­pa­tii roz­po­go­dził na­wet po­waż­ne ciem­no­skó­re twa­rze sta­rych do­rad­ców.

– Niech mi bę­dzie wol­no przed­sta­wić mo­je­go wspól­ni­ka, pana Jake’a Bar­to­na z Tek­sa­su. Pan Bar­ton to ge­nial­ny in­ży­nier i fi­nan­si­sta. Jake, to Jego Eks­ce­len­cja lydż Mi­ka­el Wa­san Sa­gud, wi­ce­gu­ber­na­tor pro­win­cji Szeua i mój dro­gi przy­ja­ciel.

Dłoń księ­cia była wą­ska i chłod­na, a uścisk sta­now­czy.

Męż­czy­zna rzu­cił Jake’owi pręd­kie, prze­szy­wa­ją­ce spoj­rze­nie, a po­tem zno­wu zwró­cił się do Ga­re­tha.

– Kie­dy cię wy­wa­li­li? La­tem ty­siąc dzie­więć­set pięt­na­ste­go, praw­da? Je­śli do­brze pa­mię­tam, zła­pa­li cię na igrasz­kach z po­ko­jów­ką.

– Do­bry Boże, nic z tych rze­czy! – Ga­reth był obu­rzo­ny. – Nig­dy nie za­da­ję się ze służ­bą. To była cór­ka za­rząd­cy bur­sy.

– Zga­dza się, już pa­mię­tam. By­łeś sław­ny. Od­sze­dłeś w bla­sku chwa­ły. O two­im wy­czy­nie mó­wio­no mie­sią­ca­mi. Po­dob­no wy­je­cha­łeś do Fran­cji z Re­gi­men­tem Księ­cia Wel­ling­ton i nie­źle so­bie ra­dzi­łeś.

Ga­reth lek­ce­wa­żą­co mach­nął ręką.

– Cóż po­ra­bia­łeś od tam­tej pory, sta­ry dru­hu? – spy­tał lydż Mi­ka­el.

Szcze­ra od­po­wiedź by­ła­by wiel­ce za­wsty­dza­ją­ca. Ga­reth za­ma­szy­ście po­ma­chał cy­ga­rem.

– Och, to i owo. Ta­kie tam spra­wy. In­te­re­sy. Wiesz, jak jest. Im­port, eks­port, kup­no, sprze­daż.

– I w ten spo­sób do­cho­dzi­my do spraw bie­żą­cych, nie­praw­daż? – spy­tał ła­god­nie ksią­żę.

– W rze­czy sa­mej – przy­znał An­glik, bio­rąc go pod ra­mię. – Te­raz, gdy po­zna­łem kup­ca, jesz­cze bar­dziej się cie­szę, że zdo­ła­łem zgro­ma­dzić to­war tak wy­so­kiej ja­ko­ści.

Drew­nia­ne skrzy­nie usta­wio­no rów­no wzdłuż jed­nej ze ścian ma­ga­zy­nu.

– Czter­na­ście ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych Vic­kers, więk­szość pro­sto z fa­bry­ki. Le­d­wie uży­wa­ne…

Prze­szli wzdłuż rzę­du ar­ty­ku­łów aż do miej­sca, gdzie je­den z ka­ra­bi­nów wy­ję­to ze skrzy­ni i usta­wio­no na ste­la­żu.

– Jak wi­dzisz, sprzęt pierw­sza kla­sa.

Wszy­scy Etiop­czy­cy byli wo­jow­ni­ka­mi wy­wo­dzą­cy­mi się ze sta­rych bo­jo­wych ro­dów. Łą­czy­ła ich mi­łość do wo­jen­ne­go sprzę­tu, więc ocho­czo zgro­ma­dzi­li się wo­kół bro­ni.

Ga­reth pu­ścił oko do Jake’a i mó­wił da­lej:

– Sto czter­dzie­ści czte­ry ka­ra­bi­ny Lee-En­field pro­sto z li­nii pro­duk­cyj­nej… – Sześć sztuk wy­czysz­czo­no i wy­ło­żo­no do wglą­du.

Dla etiop­skich go­ści ma­ga­zyn nu­mer czte­ry był ist­nym el­do­ra­do. Sta­rzy dwo­rza­nie za­po­mnie­li o god­no­ści i rzu­ci­li się na broń jak sta­do wron. Gda­ka­li po am­har­sku, piesz­cząc zim­ną, na­oli­wio­ną stal. Pod­wi­nę­li szam­my, by przy­kuc­nąć za de­mon­stra­cyj­nym eg­zem­pla­rzem vic­ker­sa, z ra­do­ścią ob­ra­ca­li go na ste­la­żu i jak mali chłop­cy na­śla­do­wa­li stu­kot ognia ma­szy­no­we­go, kła­dąc po­ko­tem całe hor­dy zmy­ślo­nych wro­gów.

Na­wet lydż Mi­ka­el po­rzu­cił wy­uczo­ne w Eton ma­nie­ry i do­łą­czył do ra­do­snej in­spek­cji ar­se­na­łu. Ode­pchnął sie­dem­dzie­się­cio­let­nie­go sta­rusz­ka z siwą bro­dą, by za­jąć miej­sce za ka­ra­bi­nem. Wśród jego to­wa­rzy­szy wy­bu­chła ha­ła­śli­wa sprzecz­ka. Ga­reth po­sta­no­wił dy­plo­ma­tycz­nie za­in­ter­we­nio­wać.

– Słu­chaj no, Tof­fi, sta­ry dru­hu. To nie wszyst­ko, co dla cie­bie mam. W żad­nym ra­zie. Ro­dzyn­ki zo­sta­wi­łem na ko­niec.

Jake po­mógł mu ła­god­nie od­go­nić pod­nie­co­ną grup­kę bro­da­tych męż­czyzn od wy­sta­wy bro­ni i skie­ro­wać z po­wro­tem do aut.

Ko­lum­na sa­mo­cho­dów, pro­wa­dzo­na przez Ga­re­tha, Jake’a i księ­cia w pierw­szym ka­brio­le­cie, ru­szy­ła po wy­bo­istej dro­dze grun­to­wej przez ma­ho­nio­wy las. Za­trzy­ma­ła się na po­la­nie przed du­żym pa­sia­stym na­mio­tem, któ­ry za­stą­pił sta­ry, sfa­ty­go­wa­ny.

Na tę oka­zję ho­tel Roy­al za­pew­nił wy­ży­wie­nie, po­mi­mo że Jake nie chciał się zgo­dzić na kosz­ty.

– Damy im po tu­ske­rze i otwo­rzy­my pusz­kę fa­so­li – na­le­gał, ale Ga­reth ze smut­kiem po­krę­cił gło­wą.

– Może to dzi­ku­sy – po­wie­dział – ale z tego po­wo­du nie mu­si­my za­cho­wy­wać się jak bar­ba­rzyń­cy. Odro­bi­na sty­lu, sta­ry dru­hu. Za­wsze trze­ba mieć styl, wła­śnie na tym po­le­ga ży­cie. Styl i wy­czu­cie chwi­li. Na­po­imy ich szam­pa­nem, a po­tem weź­mie­my na spa­ce­rek, hę?

Na po­la­nie krę­ci­li się kel­ne­rzy w bia­łych sza­tach z czer­wo­ny­mi szar­fa­mi. Na gło­wach mie­li fezy. Pod na­mio­tem sta­ły dłu­gie sto­ły na ko­złach za­sta­wio­ne prze­róż­nym je­dze­niem – było tam pie­czo­ne pro­się, całe sto­sy ho­ma­rów, wę­dzo­ny ło­soś, jabł­ka spro­wa­dza­ne z za­gra­ni­cy oraz grusz­ki z Przy­ląd­ka Do­brej Na­dziei, a tak­że nie­zli­czo­ne skrzyn­ki i wia­dra szam­pa­na. Bła­ga­nia Jake’a o oszczęd­ność od­nio­sły tyl­ko taki sku­tek, że Ga­reth za­miast naj­lep­sze­go ga­tun­ku za­mó­wił veu­ve cli­cqu­ot.

Przy­by­ciu księ­cia oraz jego świ­ty to­wa­rzy­szy­ła ka­no­na­da kor­ków. Sta­rzy dwo­rza­nie za­pie­li z za­chwy­tu. Ga­reth zu­peł­nie przy­pad­kiem tra­fił w sed­no, po­nie­waż Etiop­czy­cy uwiel­bia­li uczto­wać i wy­so­ko ce­ni­li go­ścin­ność. An­glik żad­nym in­nym ge­stem rów­nie sku­tecz­nie nie za­skar­bił­by so­bie ich sym­pa­tii.

– Niech mnie, wiel­ce to wspa­nia­ło­myśl­ne z two­jej stro­ny, mój dro­gi Swa­le­sie – rzekł ksią­żę.

Przez wro­dzo­ną uprzej­mość nie użył już wię­cej jego daw­ne­go prze­zwi­ska. Ga­reth był mu za to bar­dzo wdzięcz­ny, a gdy na­peł­nio­no kie­lisz­ki, wzniósł pierw­szy to­ast:

– Zdro­wie Jego Kró­lew­skiej Mo­ści, Ne­gu­sa Na­gast, Kró­la Kró­lów, ce­sa­rza Haj­le Sel­la­sje­go, Lwa Judy.

Go­ście wy­pi­li do dna – naj­wy­raź­niej tak na­ka­zy­wał zwy­czaj, więc Ga­reth i Jake po­stą­pi­li iden­tycz­nie – po czym rzu­ci­li się na je­dze­nie. Dzię­ki temu An­glik mógł szep­nąć do swe­go wspól­ni­ka:

– Wy­myśl wię­cej to­a­stów. Mu­si­my ich po­rząd­nie spić.

Nie­po­trzeb­nie się mar­twił, po­nie­waż ksią­żę ode­zwał się w te sło­wa:

– Zdro­wie Jego Kró­lew­skiej Mo­ści Je­rze­go Pią­te­go, kró­la An­glii i ce­sa­rza In­dii.

Le­d­wie znów na­peł­nio­no na­czy­nia, Etiop­czyk skło­nił się Jake’owi i uniósł kie­li­szek:

– Zdro­wie pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki, pana Fran­kli­na De­la­no Ro­ose­vel­ta.

Nie chcąc zo­stać w tyle, każ­dy z dwo­rzan wzniósł ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły to­ast po am­har­sku, za­pew­ne na cześć księ­cia, jego ojca, mat­ki, cio­tek, wu­jów i bra­ta­nic – po czym wy­chy­lo­no kie­lisz­ki. Kel­ne­rzy pę­dzi­li tam i z po­wro­tem przy wtó­rze strze­la­ją­cych kor­ków.

– Zdro­wie gu­ber­na­to­ra bry­tyj­skiej ko­lo­nii Tan­ga­ni­ka! – za­wo­łał Ga­reth, lek­ko beł­ko­cząc, i uniósł szkło.

– A tak­że jego cór­ki – mruk­nął szy­der­czo Jake.

Go­ście w po­włó­czy­stych sza­tach wznie­śli ko­lej­ną run­dę to­a­stów. Jake i Ga­reth jed­no­cze­śnie zro­zu­mie­li, iż sza­leń­stwem by­ło­by do­trzy­my­wać kro­ku męż­czy­znom wy­cho­wa­nym na ogni­stym etiop­skim te­dżu.

– Jak się czu­jesz? – mruk­nął Ga­reth, odro­bi­nę mru­żąc oczy, by wy­raź­niej wi­dzieć.

– Do­sko­na­le. – Jake uśmiech­nął się bło­go.

– Na Boga, ja­kież oni mają moc­ne łby.

– Wle­waj w nich da­lej, Pier­dziu­chu. Są na do­brej dro­dze. – Pu­stym kie­lisz­kiem wska­zał uśmiech­nię­tych, lecz trzeź­wych dwo­rzan.

– Był­bym wdzięcz­ny, gdy­byś nie uży­wał tego prze­zwi­ska, sta­ry dru­hu. Jest nie­smacz­ne. W kiep­skim sty­lu. – Ga­reth wy­lew­nie klep­nął go po ra­mie­niu, choć o mało nie chy­bił. Na­gle zro­bił za­tro­ska­ną minę. – Jak brzmię?

– Brzmisz tak, jak ja się czu­ję. Le­piej się stąd zmy­waj­my, za­nim nas upi­ją w tru­pa.

– O Boże, on zno­wu za­czy­na – mruk­nął prze­ra­żo­ny Ga­reth, kie­dy ksią­żę uniósł pe­łen kie­li­szek i ro­zej­rzał się ocze­ku­ją­co.

– Na­pij­my się, dro­gi Swa­le­sie! – za­wo­łał na wi­dok Ga­re­tha.

– Ależ z przy­jem­no­ścią.

An­glik nie miał wy­bo­ru – mu­siał opróż­nić kie­li­szek. Na­stęp­nie pręd­ko za­trzy­mał kel­ne­ra, któ­ry rzu­cił się, by na­peł­nić pu­ste na­czy­nie księ­cia.

– Tof­fi, sta­ry dru­hu, mam dla cie­bie pew­ną nie­spo­dzian­kę. – Zła­pał Etiop­czy­ka za ra­mię i wy­rwał mu z dło­ni kie­li­szek. – Chodź­cie wszy­scy. Tędy, moi dro­dzy.

Si­wo­bro­dzi dwo­rza­nie byli nie­sko­rzy do opusz­cze­nia na­mio­tu, Jake mu­siał więc przyjść swe­mu wspól­ni­ko­wi z po­mo­cą. Obaj roz­po­star­li ra­mio­na i po­krzy­ku­jąc jak pa­ste­rze, w koń­cu po­go­ni­li go­ści przez la­sek. Po stu me­trach wy­szli na po­la­nę wiel­ko­ści bo­iska do polo.

Oszo­ło­mie­ni Afry­ka­nie za­mil­kli na wi­dok czte­rech że­la­znych dam. Lśni­ły świe­żą sza­rą far­bą, z otwo­rów strzel­ni­czych ster­cza­ły cięż­kie, chło­dzo­ne wodą lufy vic­ker­sów, na za­dzior­nych wie­życz­kach wid­nia­ły zaś trzy po­zio­me pasy w na­ro­do­wych bar­wach Etio­pii – zie­lo­ny, żół­ty i czer­wo­ny.

Go­ście ni­czym lu­na­ty­cy po­zwo­li­li do­pro­wa­dzić się do krze­seł usta­wio­nych pod pa­ra­so­la­mi. Usie­dli, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od ma­szyn bo­jo­wych. Ga­reth sta­nął przed nimi jak dy­rek­tor szko­ły, ale lek­ko się ki­wał.

– Pa­no­wie, oto jed­ne z naj­wszech­stron­niej­szych sa­mo­cho­dów opan­ce­rzo­nych, ja­kie kie­dy­kol­wiek zna­la­zły się w służ­bie któ­rejś z po­tęg mi­li­tar­nych… – Za­milkł, by ksią­żę mógł prze­tłu­ma­czyć jego sło­wa, i trium­fal­nie uśmiech­nął się do Jake’a. – Od­pal sil­ni­ki, chło­pie.

Gdy pierw­szy sil­nik ożył, sta­rzy dwo­rza­nie ze­rwa­li się na nogi. Za­czę­li wi­wa­to­wać ni­czym pu­blicz­ność na wal­ce bok­ser­skiej.

– Ty­siąc pięć­set za sztu­kę – szep­nął Ga­reth z bły­skiem w oku. – Za­pła­cą po ty­siąc pięć­set.

Lydż Mi­ka­el za­pro­sił ich na ko­la­cję do swe­go apar­ta­men­tu na po­kła­dzie Dun­not­tar Ca­stle. Po­mi­mo pro­te­stów Jake’a we­zwa­no kraw­ca, by w bły­ska­wicz­nym tem­pie przy­go­to­wał zno­śny smo­king pa­su­ją­cy na jego wy­so­ką, smu­kłą syl­wet­kę.

– Wy­glą­dam jak prze­bie­ra­niec – na­rze­kał Bar­ton.

– Wy­glą­dasz jak ksią­żę – za­opo­no­wał Ga­reth. – Ten strój na­da­je ci odro­bi­nę sty­lu. Jake, mój chło­pie, nig­dy nie za­po­mi­naj o sty­lu. Je­śli wy­glą­dasz jak klo­szard, to lu­dzie będą cię trak­to­wać jak klo­szar­da.

Lydż Mi­ka­el Sa­gud wy­stą­pił w cu­dow­nie ha­fto­wa­nej, zło­to-szkar­łat­no-czar­nej sza­cie, spię­tej pod szy­ją ru­bi­nem wiel­ko­ści doj­rza­łe­go orze­cha, w ob­ci­słych spodniach z ak­sa­mi­tu oraz pan­to­flach wy­szy­wa­nych ni­cią z dwu­dzie­stocz­te­ro­ka­ra­to­we­go zło­ta. Ko­la­cja oka­za­ła się wy­bor­na – a ksią­żę był w do­brym na­stro­ju.

– No do­brze, mój dro­gi Swa­le­sie. Cenę za ka­ra­bi­ny i resz­tę uzbro­je­nia usta­li­li­śmy wie­le mie­się­cy temu, ale o wo­zach pan­cer­nych nie było mowy. Ze­chcesz za­su­ge­ro­wać roz­sąd­ną kwo­tę?

– Wa­sza Eks­ce­len­cjo, my­śla­łem o pew­nej sum­ce, za­nim się do­wie­dzia­łem, z kim ro­bię in­te­re­sy. – Ga­reth głę­bo­ko za­cią­gnął się ha­waj­skim cy­ga­rem księ­cia i ze­brał się w so­bie, po­nie­waż za mo­ment za­mie­rzał pod­jąć duże ry­zy­ko. – Te­raz oczy­wi­ście go­tów je­stem je­dy­nie po­kryć kosz­ty i po­dzie­lić się z mym wspól­ni­kiem skrom­nym zy­skiem.

Ksią­żę zbył tę uprzej­mość kur­tu­azyj­nym ge­stem.

– Dwa ty­sią­ce fun­tów za sztu­kę – po­wie­dział Ga­reth po­śpiesz­nie, zle­wa­jąc sło­wa, żeby suma za­brzmia­ła mniej szo­ku­ją­co.

Jake i tak o mało nie za­krztu­sił się ły­kiem whi­sky z wodą so­do­wą. Z ko­lei ksią­żę w za­my­śle­niu po­ki­wał gło­wą.

– Ro­zu­miem – rzekł. – To za­pew­ne pię­cio­krot­ność ich praw­dzi­wej war­to­ści.

Ga­reth przy­brał zszo­ko­wa­ny wy­raz twa­rzy.

– Ależ, Wa­sza Eks­ce­len­cjo!

Ksią­żę uci­szył go, uno­sząc dłoń.

– Przez ostat­nie pół roku spę­dzi­łem wie­le cza­su na in­spek­cji i wy­ce­nie róż­nych ar­ty­ku­łów zbro­je­nio­wych. Pro­te­stu­jąc, mój dro­gi Swa­le­sie, ob­ra­ził­byś nas obu.

Na­stą­pi­ło dłu­gie mil­cze­nie. At­mos­fe­ra w ka­bi­nie była na­pię­ta jak stru­na. W koń­cu ksią­żę wes­tchnął.