Stowarzyszenie cieni - John Scott - ebook

Stowarzyszenie cieni ebook

John Scott

0,0

Opis

To nie do wiary, jak historia lubi się powtarzać! W momencie, gdy zaczynałem pisać powieść, działo się tak dużo ciekawych rzeczy na prawicy, że prawicowy rząd nie wytrzymał ciśnienia, i na własne życzenie — upadł. Teraz też dzieją się dziwne rzeczy… właśnie media podały, że Lech Wałęsa — bohater Solidarności — to szpicel Bolek na usługach SB. Żona Kiszczaka, Maria mówi w tv, że jej mąż  był wielkim patriotą i chronił za wszelką cenę bohatera Solidarności i Nagrody Nobla — Lecha Wałęsę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 324

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



John Scott

STOWARZYSZENIE CIENI

© John Scott, 2016

To nie do wiary, jak historia lubi się powtarzać! W momencie, gdy zaczynałem pisać powieść, działo się tak dużo ciekawych rzeczy na prawicy, że prawicowy rząd nie wytrzymał ciśnienia, i na własne życzenie — upadł. Teraz też dzieją się dziwne rzeczy… właśnie media podały, że Lech Wałęsa — bohater Solidarności — to szpicel Bolek na usługach SB. Żona Kiszczaka Maria mówi w tv, że jej mąż Czesław był wielkim patriotą i chronił za wszelką cenę bohatera Solidarności i Nagrody Nobla — Lecha Wałęsę. JS.

ISBN 978-83-65236-75-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

1

Poseł Marek Akser uniósł się powoli na łóżku. Długie, siwe włosy opadały mu w nieładzie na czoło skutecznie zasłaniając oczy. Potrząsnął nieporadnie głową i spojrzał na zegar. Prawie wpół do trzeciej w nocy. Kto o tej porze, do licha, może dzwonić do drzwi? Podszedł ostrożnie i spojrzał przez wizjer. Młoda dziewczyna w białym kitlu niecierpliwie naciskała przycisk dzwonka.

— Proszę otworzyć, panie pośle! Pana klubowy kolega miał ciężki zawał. Chciałby, zanim dojedziemy do szpitala, coś ważnego panu przekazać…

— Jaki kolega? — Spytał ostrożnie Akser,

— Poseł Figarski — odpowiedziała dziewczyna.

Akser z trudem otworzył zasuwę zamka i uchylił drzwi. Wtedy zobaczył jak zza pleców dziewczyny wyłania się jakaś postać i oddaje do niego strzał z pistoletu.

— Dałem się podejść jak dziecko — przemknęło Akserowi przez myśl i ze zdumieniem poczuł jak mięśnie odmawiają mu posłuszeństwa. Nagle ogarnęła go ciemność…

2

Wzdłuż Wisłostrady, na północ szybko przemykało granatowe BMW. W środku siedziało dwóch mężczyzn. Jeden wysoki i chudy za kierownicą bawił się wyprzedzaniem raz z lewej, raz z prawej wolniej jadących samochodów. Drugi, dziobaty na twarzy, wysportowany, ale jakiś taki wolny w ruchach, bębnił ponuro palcami po tapicerce samochodu.

— Wiesz, co, Hardy — zwrócił się do kierowcy — nie podoba mi się ten cały, pieprzony grubas.

— Gbur, daj spokój. Tobie, nigdy nic się nie podoba! Facet zapłacił z nawiązką!

I więcej takich klientów. A ty …wrzuć na luz… Ja, jeszcze dziś jadę na wieś do Igły, przeczekam, aż gliny trochę odpuszczą, a potem… gdzieś wyskoczę… może do Tajlandii na plażę…

— Hamuj, bo gliny tam stoją!

Obok mostu gdańskiego stał patrol i dwa zatrzymane samochody — sierżant pogroził tylko palcem kierowcy BMW.

— Ty to zawsze, masz szczęście — burknął Gbur.

— Ty też nie narzekaj — pojednawczo odparł Hardy — już dawno powinieneś gnić w pierdlu, a ty… ciągle na wolności, i zawsze na fali… A o grubasa się nie martw. Nie pierwszy raz dla niego pracowałem i nigdy nie było z nim żadnych problemów, żadnych numerów, żadnych kłopotów… Poza tym widziałeś tę jego laskę — rozmarzył się Hardy — zazdrosny jest o nią jak cholera. Nie chciałbym być tym, który ją tknie, grubas takiemu nie popuści…

Ta zazdrość mnie najbardziej wkurza — powoli odparł Gbur — żeby przez to nie było jakiegoś nieszczęścia. Ja, w każdym razie, temu pieprzonemu grubasowi, nie wierzę.

3

Adam Bujak nie był w najlepszym nastroju tego poranka. Podkrążone oczy i nieogolona twarz świadczyły, że został z domu wyrwany nagle. W dodatku parę dni wcześniej jego szef — komisarz Jabłoński przydzielił mu do współpracy nieopierzonego gnojka aspiranta Janka Chudzika. Młody pytał o wszystko i było to strasznie denerwujące.

— Człowieku, gdybym znał odpowiedź tylko na co drugie twoje pytanie byłbym najskuteczniejszym policjantem na świecie. Lepiej rozejrzyj się dokładnie, Chudy — burknął do aspiranta, który klęczał nad zwłokami mężczyzny w gustownej piżamie.

— Robi się, komisarzu…

— Nie o to mi chodzi, Chudzik… tylko zamiast gapić się bez przerwy na denata, poszukałbyś jakiejś kawy, tylko nie neski, do cholery…

Janek Chudzik popatrzył na podkomisarza Bujaka ze zdziwieniem. Przed godziną zastrzelono z pistoletu człowieka, w dodatku znanego polityka Marka Aksera, a temu… kawy się zachciało! Strzelanie do faceta w środku nocy, w spokojnej willowej dzielnicy Warszawy nie należało przecież do zjawisk powszechnych. Chudzik w ogóle nie pamiętał, aby coś takiego miało tutaj miejsce ostatnio… I, w dodatku, zastrzelono ogólnie szanowanego posła, powszechnie lubianego i cenionego za uczciwość — o ile coś takiego w polityce może mieć jeszcze miejsce — cynicznie przemknęło mu przez myśl. Jednak nawyki posłuszeństwa wyrobione w szkole policyjnej wzięły górę, podniósł się szybko, wszedł do obszernej kuchni i rozejrzał się uważnie. Nieskazitelnie czyste płytki i piękny stylowy kredens pośrodku pomieszczenia… Wszystko pachniało świeżością. Janek Chudzik dawno nie widział tak pięknego, stylowego i jednocześnie sterylnego pomieszczenia. Bezbłędnie wyciągnął z kredensu pudełko z mieloną kawą. Za chwilę cudny aromat rozchodził się po całej willi… Ten zapach kawy natychmiast wywołał cały łańcuszek skojarzeń u Chudzika. Młody 26-letni aspirant policji prawie z niedowierzaniem wspominał jak komisarz Jabłoński polecił go kilka dni wcześniej swojemu koledze, doświadczonemu podkomisarzowi Adamowi Bujakowi. Siedzieli wtedy też przy pysznej kawie w gabinecie Jabłońskiego, a ten mówił:

— Jeśli Bujak cię zaakceptuje, będziesz miał chłopie wielkie szczęście i wyrośnie z ciebie prawdziwy policjant, jeśli nie… będę cię musiał wsadzić na jakiś peryferyjny komisariat, gdzie do końca życia będziesz łapał złodziei rowerów i drobnych pijaczków za włamania do piwnic — śmiał się komisarz.

Sam Bujak na początku nie był zachwyconym tym pomysłem, ale później, gdy zaczął przyglądać się młodemu aspirantowi szybko przekonał się, że to wyjątkowo inteligentny i energiczny chłopak, i z każdym dniem lubił go coraz bardziej. No, może był zbyt wrażliwy jak na policjanta, nie bardzo lubił widoku krwi i trupów, ale też nie majstrował wiecznie przy broni, jak wielu jego rówieśników i nie był zarozumiały, zwłaszcza przy pracy z komputerami, co do szału doprowadzało starych wyjadaczy policyjnych, natomiast myślał bardzo logicznie i prosto, miał znakomitą pamięć, a był przy tym wszystkim grzecznym i uczynnym, aż do przesady, chłopakiem. Bujak szybko odkrył, że mając Chudego pod ręką nie musi robić żadnych notatek — chłopak wszystko notuje z dokładnością cyfrowej kamery. Zawsze też mógł wysłać go w dowolne miejsce i powierzyć jakieś zadanie, choćby przesłuchanie jakiegoś przeoczonego świadka, dostarczenie pilnego dokumentu, czy choćby przyniesienie czegoś gorącego do jedzenia. Chudy wszystko robił z największą starannością i bez żadnego szemrania. Właściwie, młody aspirant trochę przypominał Bujaka sprzed dobrych 20 lat. No, może nie byłem taki grzeczny — myślał przekornie — i taki uczynny, ale… pamięć też miałem znakomitą — dodawał trochę z zazdrością — podkomisarz.

4

W Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego panował pozorny spokój. Szef ABW pojechał do Pałacu Prezydenckiego zdać sprawozdanie z tego, co już wiadomo na temat śmierci Aksera, a Bolesław Kowalik — urzędnik wysokiej rangi w ABW — mógł nareszcie spokojnie zastanowić się nad wydarzeniami sprzed paru godzin. Właściwie, był zadowolony. Agent do zadań specjalnych, z którym miał kontakt tylko w nadzwyczajnych sprawach znakomicie wywiązał się z powierzonego zadania. Tak sprawny mógłby być tylko były esbek — myślał z uznaniem o swoim agencie Kowalik. No, ale gdyby nawet coś nawaliło, to i tak dyrektor uruchomił swój zapasowy, genialny „plan oczyszczania miasta” jak lubił w myślach nazywać to posunięcie, i lada chwila spodziewał się poufnego meldunku na temat wykonania właśnie tego zadania. Ale, jak na razie — nie wiadomo właściwie, dlaczego — meldunek nie nadchodził.

— Przecież ci moi „czyściciele miasta”, jak w myślach nazywał agentów do zadań specjalnych mających na celu zlikwidowanie niektórych osób uwikłanych w prowokację ABW, nie mogą, tak po prostu wziąć do ręki telefon i do mnie zadzwonić. Jest to w końcu najbardziej konspiracyjna siatka w mieście, tak utajniona, że nie wie o niej ani Prezydent, ani nawet szef ABW. Właśnie, dlatego meldunki dochodziły z kilkugodzinnym opóźnieniem. Coś za coś… Przecież tak też było ostatnim razem — pocieszał się Kowalik włączając komputer obsługujący specjalny program monitorujący pracę niektórych podległych jednostek i… nie tylko podległych. Niewiele osób w całym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych wiedziało o tym najnowszym i wszechpotężnym wynalazku informatyków ABW.

5

Komisarz Andrzej Jabłoński, szpakowaty, ale jeszcze przystojny mężczyzna w sile wieku, wrócił właśnie z narady u Komendanta Głównego Policji.

— Alu — zwrócił się do drobnej kobiety, około czterdziestki — daj mi natychmiast Adasia Bujaka i tego młodego… jak mu tam… Chudego…

— Janka Chudzika!

— No właśnie. Chudzika.

Bujak i Chudzik weszli do komisarza, zajęli miejsce za długim, ciemnym stołem. Sekretarka — pani Ala — podała spore filiżanki do kawy i potężny dzban z aromatyczną cieczą.

— Słuchajcie chłopaki — zaczął spokojnie komisarz — właśnie objąłem śledztwo z polecenia szefa nad tą sprawą… zabójstwa tego posła Aksera, ale nie martw się Adaś, nie zamierzam ci się wtrącać w tę sprawę, chcę tylko, dla świętego spokoju formalnie ją prowadzić… Wierzę w twój policyjny nos — zwrócił się do Bujaka. — Teraz sprawa nabrała większej rangi, interesuje się nią prezydent, wszystkie media, jednym słowem… stała się sprawą polityczną, mamy w związku z tym większe środki, większe możliwości, i niestety także większe kłopoty, choćby dziennikarzy na głowie. Tych ostatnich biorę na siebie, a wy spokojnie róbcie swoje. Rozumiemy się? No, to mówcie, co tam macie — zwrócił się do Bujaka i Chudzika Jabłoński.

— Właściwie to niewiele tego — odparł podkomisarz. — Aksera zastrzelono oddając dwa strzały z pistoletu kaliber 5,7 mm, pierwszy strzał w głowę, załatwiający definitywnie śmierć posła, a drugi — w serce — rutynowy, dobijający denata.

— Wygląda na to, że morderca to zawodowiec — stwierdził Jabłoński.

— Zdecydowanie tak.

— Broń odnaleziono?

— Nie, ale to nie ruska mafia, komisarzu, to oszczędny zawodowiec, ale rutyniarz.

— Jakieś inne ślady?

— Tak, dwa włosy przed drzwiami Aksera, długie, jeden czarny, drugi blond, prawdopodobnie kobiece, w tej chwili poddawane są analizie w laboratorium.

— W domu denata były jakieś kobiety?

— Nie, Akser to zdecydowany kawaler, nawet podejrzewany o homoseksualizm, ale… tego nie jesteśmy pewni… Więcej pewnie dowiemy się od lekarza medycyny sądowej.

— Ktoś coś widział, jakieś ślady, hałasy, samochód?

— Tak, sąsiadka Aksera, starsza kobieta, widziała duży samochód, ale nie pod willą posła, tylko z drugiej strony na rogu, nie pamięta żadnych szczegółów… tyle tylko, że samochód był duży i ciemny; czarny lub granatowy.

— A jacyś ludzie w tym samochodzie?

— Nie, samochód stamtąd właśnie odjeżdżał.

— Panie komisarzu — odezwał się dotychczas milczący Chudzik — po drugiej stronie ulicy, gdzie parkował ten samochód, przy bramie willi jest zamontowana kamera, teraz właśnie trwa obróbka filmu zarejestrowanego przez tę kamerę. Jeżeli to tylko nie jakaś stara atrapa kamery, to może coś więcej będziemy wiedzieć na temat tego samochodu.

— Dobra robota, Chudy… Chudzik — poprawił się komisarz.

— Może być i chudy — uśmiechnął się asystent — przy mojej posturze i takim nazwisku, nigdy już się od tego przezwiska nie uwolnię, ale lepiej być chudy niż… pryszczaty, czy dziobaty…

— A pewnie, pewnie… — skwapliwie potwierdził komisarz.

6

— Słuchaj, ale ty jej aż tak brutalnie nie popychaj!. Skup się na zabraniu jej torebki i w nogi.

— No, właśnie. Całe ramię mam już posiniaczone — skarżyła się młodziutka, śliczna aktoreczka Edyta Mayer.

— To już ostatni raz powtórzmy tę scenę i przerwa — grzmiał reżyser.

Młody chłopak pojawiał się przy Edycie i gdy ta wyjmowała ze zdjętej z ramienia torebki telefon komórkowy, łapał błyskawicznie tę torebkę, popychał dziewczynę i uciekał co sił w nogach w kierunku Agrykoli. Kamera śledziła tę dynamiczną akcję a Edyta nie musiała nawet grać wściekłości. Po prostu była wściekła i zmęczona, a reżyser nareszcie zachwycony był ujęciem.

— Przerwa! — Wrzasnął, i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała ekipa szybko się rozpierzchła. Po trzech minutach nie było już ani śladu, że ktoś w tym miejscu realizował film telewizyjny.

Wtedy podjechał mercedes producenta filmowego Leszka Dejmka i z jego wnętrza wygramolił się roześmiany grubas.

— No i jak dziś było? — Zapytał reżysera.

— Znakomicie, po prostu perfekcyjnie, wreszcie wszystko grało jak należy — zapewniał reżyser.

— Wszystko grało, prócz aktorów? — Śmiał się zaczepnie Dejmek. — Jak tam Edyta, co jesteś taka nie w sosie?

— Z pięć razy ten łobuziak wyrywał mi torebkę z rąk i za każdym razem czułam się taka bezsilna. Taka kradzież to naprawdę okropne przeżycie…

— Pomyśl, jak bardzo stresujący musi być taki napad w rzeczywistości,

— A daj spokój Leszku, lepiej o tym nie mówić. Muszę to jakoś odreagować. Dziś już, na szczęście, mam wolne.

— Zabieram cię do Złotych Tarasów, napijemy się tam dobrej kawy, co ty na to?

— Przyzwoita propozycja, mój ty pogromco smoków — wreszcie uśmiechnęła się Edyta. Teraz dopiero można było zobaczyć jaka to niezwykle przepiękna dziewczyna. Idealnie skrojone usta, równiutkie, białe zęby i te „śmiejące” się oczy. Grubas podał rękę reżyserowi, wgramolił się do auta i mercedes majestatycznie ruszył. Włączyła się konsola audio i lokalne radio nadało komunikat o ostrym starciu w parlamencie opozycji z grupą posłów prawicowo-konserwatywnych związanych z posłem Markiem Akserem.

— Zaczęło się — mruknął Dejmek.

— Co się zaczęło? — Podchwyciła zaniepokojona Edyta.

— E, nic kotku, znowu szykuje się jakieś przetasowanie władzy, ale — uśmiechnął się do niej i puścił szelmowskie oko — co nas to może obchodzić?

7

Bujak razem z Chudzikiem wchodzili do szpitalnego prosektorium, gdzie chłód i blade światło dodatkowo jeszcze odstraszały żywych od tego niezwykle spokojnego przybytku. Ponure korytarze i ciężkie drzwi nadawały niesamowity nastrój temu miejscu. Bujak pchnął jedne z masywnych drzwi i weszli do niewielkiego pomieszczenia, gdzie na potężnym stole leżały zwłoki Marka Aksera. Przy głowie zmarłego stał niewielkiego wzrostu, chudy, z obojętną miną doktor Gustaw Lange. Długie, siwe włosy sprawiały, że Bujakowi skojarzył się z oglądanym kiedyś w dzieciństwie filmem „Akademia Pana Kleksa”. Lange — to trochę pomniejszona wersja Profesora Ambrożego — uśmiechnął się do swoich myśli.

— Czy coś może tutaj pana bawi? — zaskoczył go Lange.

— A uchowaj Boże… w takim miejscu? — odpowiedział podkomisarz, jednak nie poczuł się dotknięty uwagą medyka, wprost przeciwnie, był mu wdzięczny za to, że ten otoczony truposzami zawsze zachowuje świeży umysł i niezmącony spokój.

— Panie doktorze, czy coś szczególnego zwróciło uwagę pana, przy badaniu tego tam… — Chudzik z trwogą patrzył na rozłupaną z tyłu czaszkę byłego posła.

— Coś szczególnego? — powtórzył doktor z rozmysłem… właściwie nie. Na ogół mam do czynienia z denatami po wypadkach samochodowych, gdzie jest znacznie więcej roboty z ustalaniem przyczyny zgonu. Ten tutaj — wskazał oczami — został wzorcowo zastrzelony z pistoletu kaliber 5,7 mm — gdzieś około 4’20 — 4’50 nad ranem. Pocisk, oczywiście pojechał do analizy. Do denata oddano dwa strzały, jeden prosto w twarz — kula przeszła przez prawy oczodół i wyszła z tyłu czaszki rozłupując ją skutecznie — a rozległe uszkodzenie mózgu było bezpośrednią przyczyną natychmiastowego zgonu… Drugi strzał, w żaden sposób nie był już potrzebny… Kula przeszyła lewą komorę serca i wyszła z tyłu, pod łopatką, nie zatrzymując się w ciele denata. Pan Marek Akser — doktor przeczytał nazwisko z kartki przy zwłokach — na pewno już wtedy nie żył.

— Czy on mógł być pedałem, znaczy się …homoseksualistą? — poprawił się Bujak.

— No cóż — doktor uważnie spojrzał na podkomisarza — na to pytanie nie mogę w sposób jednoznaczny odpowiedzieć, mogę tylko stwierdzić, że w ciągu ostatniej doby, na pewno nie miał żadnego stosunku — jeszcze raz uważnie spojrzał na policjanta — doodbytniczego.

Pytał pan o coś szczególnego — zwrócił się do Chudzika — wie pan, co mnie zdziwiło?…

Że denat musiał być w chwili śmierci absolutnie zaskoczony, nie wykonał żadnego odruchu obronnego, nie miał nawet grymasu zdziwienia na twarzy. On, po prostu, nie wiedział, że umiera.

8

Dejmek przeglądał prasę. Z satysfakcją stwierdził, że największe gazety choć opublikowały artykuł o morderstwie posła, to zupełnie nie znały szczegółów morderstwa i skrzętnie to ukrywały zapełniając puste miejsca fotografiami posła Marka Aksera. Mniejsze gazety, zwłaszcza te bulwarowe, popisywały się różnego rodzaju domysłami i bzdurami, a przez to ukazały się rano ze sporymi opóźnieniami.

— Na szczęście to już nie moje zmartwienie — pomyślał.

Jego największa miłość i nadzieja na przyszłość — młodziutka gwiazda filmowa Edyta Mayer, z której on uczyni gwiazdę pierwszej wielkości — jeszcze spała, ale po jej kręceniu się w łóżku poznawał, że pomalutku się budzi…

— Leszku, jesteś tam? — zapytała rozespana Edyta,

— Jestem, jestem gołąbeczko — uśmiechnął się szeroko grubas — zaraz dostaniesz pysznej kawy ze śmietanką, moja ślicznotko,

— Dzięki ci, kochaniutki, co ja bym bez ciebie zrobiła — kokietowała z łóżka,

— Och, ty szelmo jedna, wiesz dobrze jak podejść starego szczęśliwca — przytomnie zauważył Dejmek i nagle kątem oka dostrzegł za oknem coś, co całkowicie przykuło jego uwagę…

Dzbanuszek z kawą z hukiem poleciał na posadzkę.

— Co się stało, kochanie? — przymilnie zawołała Edyta i zaniepokojona wyszła w szlafroku z pokoju.

Przerażenie odebrało jej mowę! Leszek Dejmek leżał z otwartymi ustami na podłodze, obok zbitej filiżanki i dzbanuszka do kawy. Oczy grubasa z przerażeniem wpatrywały się w sufit. Nie oddychał, Z jego ust wydobywała się malutka strużka krwi i spływała wolniutko po twarzy i szerokiej szyi, zastygając nieruchomo na podłodze.

9

Hardy podrzucił Gbura na Tarchomin, na ulicę Odkrytą, obok pętli autobusowej.

— No to trzymaj się Gburze — zawołał chłopak i pamiętaj, że jakby co, to nigdy cię nie widziałem — zażartował.

— Odwal się, postrzeleńcu — pożegnał go czule — jakby co, to zawsze możesz na mnie liczyć — mrugnął okiem — spadaj do tej swojej Szpilki…

— Igły, stary sklerotyku, Igły…

Samochód z piskiem opon ruszył w stronę centrum miasta.

Gbur otworzył bramkę, wszedł do klatki, wjechał windą na piąte piętro, otworzył drzwi i wkroczył do wynajmowanego od paru tygodni mieszkania. Włączył telewizor i na kanale informacyjnym zobaczył dziennikarską relację sprzed domu zamordowanego posła. Gbur był doświadczonym zabójcą, i mimo, że nikt nic jeszcze nie wiedział, coś ciągle nie dawało mu spokoju. Ten pieprzony grubas i ta jego dziewczyna. A niech go cholera! Nie mógł pozbierać myśli. Wreszcie złapał się na tym, że odtwarza całe to nocne wydarzenie. Samo zajście poszło jak z płatka. Najbardziej obawiał się, że poseł nie otworzy drzwi, a wtedy bez hałasu trudno byłoby go załatwić. Gbur wiedział, że Akser miał jeszcze w czasach PRL przejścia z agentami SB, a pobity parę razy przez nich zrobił się bardzo ostrożny. Dlatego zdecydował się na stary, gangsterski numer. Biały kitel lekarski na pięknej dziewczynie, zawsze działa… — uśmiechnął się mimo woli.

Tylko ten grubas… Pojechał sprawdzić za nimi, czy dobrze wykonali swoją robotę? Bo, że był tuż po nich na miejscu zbrodni, Gbur za to dałby sobie obciąć rękę. Postanowił napić się wódki. Sięgnął do lodówki, wyciągnął żytnią, ale przyszło mu do głowy, że lepiej będzie jak trochę powęszy obok willi grubasa…

Na parkingu, przy bloku stała jego niewielka honda. Gbur wsiadł do auta i po chwili mknął Wisłostradą na południe Warszawy, w kierunku Wilanowa, gdzie mieszkał ten przeklęty grubas. Starówka, po prawej stronie cała przyjaźnie błyszczała w słońcu. Jeszcze parę kilometrów i Gbur wjechał w malutką uliczkę, i powoli ruszył w kierunku willi grubasa. Przejeżdżał wolniutko koło domu Dejmka, gdy zobaczył, jak przez bardzo wysokie ogrodzenie przeskakuje dobrze wysportowany, choć nie młody już, mężczyzna z pistoletem w dłoni prosto pod koła hondy…

— O kurwa! — Gbur odruchowo, gwałtownie przyhamował. Tamten nagle podniósł rękę i strzelił w kierunku hondy. Gbur raptownie nachylił się, skręcił koła samochodu, i to prawdopodobnie uratowało mu życie. Kula świsnęła mu przed twarzą, a w klejonej szybie hondy powstała dziura wielkości włoskiego orzecha z charakterystyczną pajęczynką odprysków szkła.

— Nie daruję skurwysynowi! — Gbur już całkowicie się opanował. Wyjął pistolet, odbezpieczył i ruszył autem w kierunku uciekającego. Tamten skręcił za rogiem w lewo i wskoczył do czarnego passata. Gbur nacisnął przycisk elektrycznego otwierania szyby i zrównując się z volkswagenem wygarnął ze spluwy mierząc najpierw do kierowcy, a potem do tego, który do niego strzelał. Tamci nawet nie zdążyli odpowiedzieć. Gbur zauważył jeszcze, jak głowa kierowcy opada na kierownicę, a ciało drugiego typa — tego, który strzelał do Gbura, osuwa się właśnie między drzwiami passata a zagłówkiem.

— No, teraz to już muszę napić się wódki — pomyślał Gbur i docisnął pedał gazu.

10

Bujak z Chudzikiem wyszli z prosektorium. Marcowe słońce nieśmiało wygrzewało ulice.

— Nareszcie świeże powietrze — z ulgą odetchnął Chudy,

— Tu… w tym syfie spalin? — udał zdziwionego Bujak. Obydwaj zaczęli się głośno śmiać. Zagrał telefon i po chwili na sygnale ruszyli w kierunku Wilanowa, gdzie podobno przed chwilą doszło do ostrej strzelaniny, ale, ani sekretarka komisarza — pani Ala, ani nikt inny — nie znał żadnych szczegółów zajścia.

— Musicie się spieszyć, zanim tłum ciekawskich zatrze wszystkie ślady — usłyszeli od komisarza.

Już z daleka widać było całkiem sporą gromadę ludzi jak na spokojną, willową dzielnicę Warszawy. Na szczęście, znalazł się jakiś rozsądny dzielnicowy, który znakomicie radził sobie ze zbiegowiskiem.

— Dzięki, panie sierżancie — Bujak podał policjantowi rękę na powitanie.

— Obaj nie żyją, dlatego nie wzywałem pogotowia — odpowiedział policjant, ściskając teraz dłoń Chudzikowi, który właśnie wygramolił się z samochodu.

Bujak wezwał ekipę śledczą i delikatnie uchylił drzwi passata.

— Ciekawe, kto ich załatwił?

Uwagę jego zwrócił pocisk, który leżał obok zabitego kierowcy. Na pierwszy rzut oka był identyczny jak ten, od którego zginął Akser.

— To byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe — pomyślał podkomisarz.

Przyjechała ekipa śledcza, policyjny fotograf, spece od medycyny sądowej. Zrobiło się przesadnie tłoczno, błyszczały flesze — ale panowała zadziwiająca cisza… Przechodnie podglądający pracę policjantów byli zszokowani i przerażeni okropnym widokiem zastrzelonych ludzi. Niestrudzony Chudzik poszukiwał naocznych świadków masakry, ale jak się okazało, niewiele osób widziało zajście, mimo to, aspirant zawzięcie wszystko notował w swoim przepastnym notesie.

— Adam, strzały padły z małej hondy albo toyoty — rzucił przechodzącemu obok Bujakowi.

— To już coś — powoli odpowiedział podkomisarz. — A czy ty wiesz, że to są nasi chłopcy? — A widząc zdziwiony wzrok Chudego dodał — nasi z ABW, znałem osobiście tego kierowcę, kiedyś nawet krótko razem pracowaliśmy, później został przeniesiony do ABW… miał jakieś wejścia w ministerstwie, wuja czy stryja — kontynuował Bujak.

— Ładny mi awans — burknął Chudy — a ja myślałem, że to gangi wyrównują porachunki.

— No i niewiele się pomyliłeś — odpalił Bujak. — Jeszcze trochę, jak tak dalej pójdzie i do nas zaczną strzelać — powiedział i głęboko się zamyślił. — Muszę znaleźć gnoja, choćby ze względu na tego chłopaka, zaraz, jak on się nazywał, nie mógł w żaden sposób sobie przypomnieć jego nazwiska, jakieś takie popularne: Nowak, Nowicki, Nowakowski, nie… jakoś jeszcze inaczej…

11

Rano, w Sejmie, było tak, jak gdyby nic się nie stało. Normalny ruch, normalne słowne przepychanki, mimo, że niektóre gazety aż zanosiły się od plotek i domysłów na temat zastrzelenia posła Marka Aksera.

— Czy to, cholera, normalne? Żadnych oznak niepokoju, żadnej paniki, jakby się zupełnie nic nie stało — zastanawiał się sprawozdawca sejmowy, Wojtek Ejsmond. Rozejrzał się jeszcze raz uważnie po sali. Przedpołudniowe obrady sejmu nigdy nie należały do obfitujących w dużą frekwencję, chyba, że chodziło o jakieś kluczowe rozstrzygnięcia dla sejmu czy rządu. Ejsmond popatrzył w kierunku, gdzie jeszcze wczoraj siedział na swoim miejscu poseł Marek Akser. Miejsce było puste. Obok z lewej, i z prawej strony też były miejsca puste. Puste miejsca w tej części sali — to była rzadkość. Bo ta akurat część posłów bardzo aktywnie uczestniczyła w obradach i takie dziury tutaj nie zdarzały się nigdy.

Ejsmond wyjął laptopa, otworzył i kliknął: www.sejm.gov.pl. Poszukał linku z zaznaczonymi miejscami poszczególnych posłów. Przejrzał parę statystyk na temat wystąpień, interpolacji, publikacji reprezentantów narodu. Zdziwiło go tylko to, że poseł Walenty Figarski, sejmowy sąsiad Aksera, który nigdy jeszcze dotąd nie opuścił żadnego posiedzenia sejmu …jest ciągle nieobecny… Sala posiedzeń, o dziwo, zapełniała się. Brakowało, jak zwykle tych posłów, którzy do późna urządzali nocne rausze, tych, którzy dojeżdżając spod Warszawy utknęli w miejskich korkach, i paru starzejących się posłanek, które najwidoczniej mają rano kłopoty z makijażem. Ciągle nie było Figarskiego i najbliższych kolegów — byłego już, posła — Aksera.

Do przystojnego Ejsmonda dosiadła się jak zawsze energiczna, pełna pomysłów i znana z ciętego języka, dziennikarka.

— Cześć Wojtek, można się dosiąść?

— A… Monika… cześć, coś już wyszpiegowałaś? — Bo widzę po twojej minie, że już co nieco wiesz o tym zabójstwie.

— Daj spokój, dopiero, co wstałam, a tu taka wiadomość! Wszyscy snują jakieś domysły, ale tak naprawdę… to nikt nic nie wie. Myślałam, że od ciebie coś ciekawego usłyszę, co Wojtuś — przymilnie zaglądnęła mu w oczy.

— Słuchaj Monia, dowiedziałem się o tym morderstwie pół godziny temu z radia… Tu na sali wszystko jakby po staremu, tylko popatrz, nie ma całej tej kliki, co trzymała z Akserem…

— To ciekawe. — Dziennikarka dopiero teraz dostrzegła wolne ławki.

Ty chyba nie myślisz, że ich też zamordowano…

Zapadła głucha cisza.

No, są wreszcie! Ale mi ulżyło — westchnęła Monika.

Wojtek nie od razu zaskoczył, o co jej chodziło, ale kiedy pokazała wzrokiem drzwi,

a w nich zobaczył całą grupę posłów z Figarskim na czele, także poczuł ulgę. Spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się szeroko.

— Przyznaj się, że pomyślałeś, że oni też zostali zabici — spytała Monika zaczepnie.

— Do głowy by mi to nie przyszło — odrzekł Ejsmond, — ale jestem przekonany, że ty zrobiłabyś z tego największą sensację naszych czasów.

— Och, nie przeceniaj moich możliwości — odrzekła Monika, ale widać było po jej minie, że odebrała to jako niezły komplement.

W kieszeni Wojtka zawibrował telefon. Wyjął go prędko, popatrzył, kto dzwoni,

i szeroko się uśmiechnął,

— Witam cię Edyto — nagle spoważniał, ściszył głos — gdzie to jest? — No, mniej, więcej wiem,… będę za jakieś pół godziny! Nie dzwoń nigdzie, nie ruszaj się stamtąd, nie otwieraj nikomu!

— Brawo, czuję, że wreszcie masz coś poważnego — szepnęła do Wojtkowego ucha Monika — jadę Wojtku z tobą!

Wojtek spojrzał na Monikę z powagą.

— Nie, Monika. Wybacz, ale nie mogę cię zabrać ze sobą. Obiecuję ci jednak, że jak tylko czegoś ciekawego się dowiem, będziesz pierwszą osobą, której przekaże informacje.

— Tatarata — odparła dziennikarka — jednym słowem, Wojtusiu, spuszczasz mnie na drzewo…

— Zrozum, nie mogę inaczej. Wieczorem do ciebie zadzwonię…

Marszałek wszedł na salę by za chwilę rozpocząć obrady sejmu. Nikt nie zwrócił uwagi jak młody sprawozdawca wymyka się z sali obrad. Tym bardziej nikt nie zauważył jak minutkę później młoda dziennikarka przejściem dla prasy opuszcza gmach sejmu.

Ejsmond uruchomił swoje wysłużone volvo i włączył się do ruchu nabierając coraz większej prędkości.

Z drugiej strony ulicy wyjechał czerwony renault megane i pomknął najpierw Ujazdowskimi, później Belwederską w kierunku na Wilanów.

12

Kowalik odłożył słuchawkę telefonu. Teraz już wiedział, że coś poszło nie tak z jego planem. Informacje były sprzeczne i nie odpowiadały na podstawowe pytanie, co z „czyścicielami miasta”. Jeśli obaj zginęli to niewielki kłopot, problem polega tylko na tym, czy przed, czy po wykonaniu zadania. Bo jeżeli przed, to trzeba wszystko zmontować od nowa. Jeśli po wykonaniu zadania — to jeszcze lepiej. Umarli na ogół już nikomu nic nie powiedzą. Niestety, potwierdzenie wykonania zadania ciągle nie przychodziło. — Muszę to załatwić w inny sposób — pomyślał.

Wyszedł tylnymi drzwiami gabinetu, zjechał windą na dół na parking i uruchomił swego prywatnego mercedesa. Brama wyjazdowa uruchomiona pilotem bezszelestnie uniosła się w górę i Kowalik wyjechał na ulicę. — Zabójca Aksera to prawdziwy zawodowiec — rozmyślał dyrektor. — Wykonał zadanie wzorowo. On i ten jego młody wspólnik, były kierowca rajdowy, oczywiście nie mają pojęcia, dlaczego Akser musiał zginąć. Do tego zadania wynajął ich agent ABW, sęk tylko w tym, że Kowalik nie wiedział, kto to był… Właśnie na tym polegała siła Agencji. Procedura dla tego typu akcji przewidywała, że upoważniony zleceniodawca Agencji zlecał zadanie i nie miał zielonego pojęcia, kto je wykona…

Majstersztyk Kowalika polegał na tym, że zlecił dwa zadania. Pierwsze, polegało na wyeliminowaniu człowieka, który posiadł pewną tajemnicę, jakąś wiedzę, informację — coś, co bezpośrednio zagrażało bezpieczeństwu głowy państwa, a więc w rozumieniu prawa zagrażało państwu polskiemu, i drugie zlecenie, na wyeliminowanie człowieka bezpośrednio kontaktującymi się z zabójcami — w celu usunięcia świadków i odrzucenia jakichkolwiek podejrzeń od ABW. Kowalik, oczywiście, miał upoważnienia do wydania obu zleceń, tyle,

że pierwsze wykonywał prawie jawnie na polecenie Agencji, drugiemu zaś nadał zupełnie inny status utajnienia, i nikt — prócz Kowalika — nie miał o tym zadaniu zielonego pojęcia… Upoważnienia, kody dostępu i zlecenia były tak zaszyfrowane, że niemożliwe było odtworzenie, kto co zlecił i tym bardziej niemożliwe odtworzenie, kto zlecenie wykonał. To trochę jak w CIA, tyle że lepiej — śmiali się agenci ABW. Przy takich procedurach bezpieczeństwo agentów było dobrze chronione, natomiast, przepływ informacji zdecydowanie się wydłużał. Coś za coś — jak mawiali doświadczeni pracownicy ministerstwa…

Kowalik nie mógł dłużej czekać. Postanowił spróbować znaleźć człowieka, który wynajął zabójców. Zdawał sobie sprawę, że teoretycznie jest bez szans, zaświtał mu natomiast pewien pomysł. Postanowił zaryzykować. Jeśli wszystko dobrze pójdzie — firma nadal będzie bezpieczna. Jeśli nie, to już nie ma żadnych szans, i wtedy niech się dzieje, co chce… Nie będzie żadnego „oczyszczania miasta” i ryzyko, że kiedyś po latach sprawa wyjdzie na jaw, obciążając wszystkich zleceniodawców, czego tak bardzo bała się Agencja, zdecydowanie wzrośnie. Do tej pory jednak nie było żadnego precedensu. Firma była cholernie solidna. Zmieniali się jej szefowie, w zależności od opcji politycznych, natomiast nie zmieniał się jej podstawowy człon — ludzie, którzy znali swoje powinności, którzy starannie wyselekcjonowani, zawsze byli tak szkoleni, że najważniejsza jest lojalność wobec firmy. Kowalik zamierzał zrobić wszystko żeby tak pozostało.

13

Na biurko komisarza Jabłońskiego spłynęło kolejno kilka meldunków, raportów i analiz dotyczących śmierci posła. Żeby nie tracić czasu wybrał numer Bujaka,

— Adaś, pozwól do mnie, zobaczymy razem, co wynika z dokumentacji śledztwa w sprawie Aksera. Aha, weź ze sobą Chudego…

Po chwili podkomisarz z aspirantem siedzieli w gabinecie Jabłońskiego.

— Po pierwsze, analiza wykazała, jakich pocisków użyto do zabójstwa posła. Posłuchajcie to dość rzadko używana w Polsce broń. Pociski pochodzą z pistoletu Five Seven, belgijskiej firmy FN. Na rynku pojawił się w 1997 roku. To, co odróżnia go od innych pistoletów to amunicja. Według producenta pocisk wystrzelony z FN-57 przebija 30 warstw kewlaru ze 100 m, a ze 150 m przebija na wylot, metalowy hełm. Pistolet ten, mimo dużej pojemności magazynka — fiuu — zagwizdał z podziwem komisarz — zawiera aż dwadzieścia naboi i waży około 750 g.

— Nam by się taki przydał, co Chudy — uśmiechnął się Bujak,

— Daj spokój, po tym, co zobaczyłem w prosektorium, mam wstręt do broni — wzdrygnął się, Chudzik.

Do gabinetu weszła sekretarka. Była jedyną osobą, która mogła w każdej chwili bez pukania wchodzić do szefa, pod warunkiem, że przychodzi z bardzo pilną sprawą. Trzeba przyznać, że pani Ala nigdy nie nadużywała tego przywileju. Jabłoński podniósł wzrok, rzucił okiem na jakieś dokumenty, coś podpisał i przyjął dodatkowy pakiet różnego rodzaju raportów, przekartkował je szybko i na bok odłożył te, które mogły wiązać się ze sprawą zabójstwa Aksera.

— O cholera! — Komisarz nie ukrywał zdziwienia — tych dwóch zastrzelonych w pasacie zabito z tej samej broni, co posła…

— Coś więcej wiadomo o tych zastrzelonych? — Spytał Bujak,

— Jak wynika z raportu, byli to ludzie pracujący dla ABW… Jeden z nich — człowiek do specjalnych poruczeń — to niejaki Zdzisław Napik, 43 lata, były mistrz sportu w strzelaniu z karabinka pneumatycznego, były członek jednostki specjalnej GROM, kawaler, odludek i dziwak — jak wynika z raportu — znawca i koneser win, …drugi, kierowca Dariusz Kowalik …od niedawna w ABW, 27 lat — w Policji od pięciu lat, w wojsku — w misji pokojowej w Libanie, żonaty — dwójka dzieci, zostawił półrocznego Jacka i dwuletnią Agatkę — szkoda chłopaka — mruknął komisarz, — co tam dalej… Napik oddał strzał w kierunku zabójcy z hondy…

— To ciekawe, taki mistrz w strzelaniu i nie trafił tego mordercy? — wtrącił się Bujak,

— A co on robił na ulicy z pistoletem w dłoni? Mam takie zeznanie jednego świadka — krzyknął Chudzik — biegł z pistoletem ulicą, potem wpadł do pasata i wtedy tamten załatwił ich obu!?

— Robi się coraz ciekawiej — wyrwał się z zadumy komisarz. — Musimy sprawdzić, co robili agenci ABW w Wilanowie. Tylko, obawiam się, że nie będzie to takie łatwe…

14

Monika pędziła na złamanie karku swoim autem. Na szczęście ruch nie był nadzwyczajnie duży, i ciągle widziała przed sobą, znanego jej dobrze, volvo Wojtka.

W pewnym momencie zmieniło się światło na skrzyżowaniu z Gagarina, a samochód przed Moniką zaczął gwałtownie hamować.

— O nie, tylko nie to — krzyknęła do siebie dziewczyna — kątem oka zauważyła, że pas po prawej stronie jest wolny, wykonała gwałtowny manewr skrętu, i już praktycznie na czerwonych światłach, przeleciała przez skrzyżowanie.

— Cholera, jeszcze kogoś potrącę — skarciła się w myślach.

Na szczęście, zauważyła przed sobą, że volvo powoli ruszał z falą samochodów ze skrzyżowania z Chełmską i dziennikarka odetchnęła z ulgą. Ruch trochę zagęścił się i samochody jechały wolniej — Monika była chyba po raz pierwszy w życiu z takiej sytuacji zadowolona. Teraz łatwiej było śledzić Ejsmonda, który dodatkowo zajęty rozmową przez telefon, zupełnie nie miał pojęcia, że ktoś jedzie za nim. Jechał teraz Sobieskiego, i w pewnym momencie skręcił w lewo, w jakąś maleńką uliczkę. Monika przejechała prosto i skręciła dopiero w następną uliczkę w lewo. — Tak to jest, jak się człowiek filmów sensacyjnych za dużo naogląda — uśmiechnęła się do własnych myśli. Znała dobrze Wilanów i wiedziała, że Wojtek nie jest w stanie tutaj jej zniknąć, a nie chciała ryzykować, żeby odkrył, że jest przez nią śledzony. Zaparkowała obok obszernej willi i piechotą poszła w najbliższą uliczkę po lewej. Tuż za rogiem stał zaparkowany samochód Wojtka, a on sam rozmawiał przez telefon i właśnie otwierał potężną furtkę. Monika odczekała chwilę i ruszyła przed siebie. Dom ogrodzony był potężnym murem, tak wysokim, że z ulicy nie widać było nic poza okazałym dachem willi Nr 7 — jak przytomnie zauważyła Monika.

— Cholera, jak ja się tam dostanę — pomyślała z rozpaczą.

15

Ejsmond zobaczył jak masywne drzwi wejściowe willi odchylają się i wszedł do środka. W obszernym przedpokoju stała Edyta, ale zupełnie niepodobna do tej pięknej dziewczyny, którą znał do tej pory. Czerwone, podkrążone oczy, cała roztrzęsiona szlochała głośno — widać było po niej, że przeżyła jakiś koszmar. Wojtek musnął ją w policzek, Edyta wzięła go za rękę i poprowadziła do kuchni. Pod oknem leżał na wznak, z szeroko otwartymi oczami i ustami, niemłody już mężczyzna. Jego twarz zastygła w przerażeniu. Wojtek cofnął się o krok, zaskoczony, ale ciekawość zwyciężyła i teraz przyglądał się nieruchomo leżącemu grubasowi — gdzieś widział tę twarz, ale jakoś nie mógł sobie przypomnieć żadnych szczegółów. Oprócz zastygłej strużki krwi z ust do podłogi, nie widać było żadnych zadrapań, śladów walki, nic, co mogłoby wskazywać na dramatyczne chwile śmierci denata. Skąd to przerażenie w jego oczach? Ejsmond wychylił się przez okno. Wysoki mur od ulicy chronił całkowicie dom od wydarzeń z zewnątrz. Kilka sikorek i wesołych wróbli śmigających między gałązkami niewielkich drzewek owocowych nie mogło na śmierć przestraszyć dorosłego człowieka.

W kącie na krześle siedziała bez sił Edyta, blada i nieruchoma, a od czasu do czasu przez ciało dziewczyny przebiegały dreszcze. Bezgłośnie szlochała.

— Myślisz, że to mógłby być wylew, albo zawał? — spokojnie zapytał Wojtek,

— Chyba tak, Leszek brał jakieś lekarstwa na nadciśnienie.

— Dzwoniłaś na pogotowie?

— Nie. On od razu umarł, badałam mu puls, ale nic, żadnego śladu, żadnego oddechu. Jestem tego całkowicie pewna — kontynuowała — niedawno przechodziłam kurs udzielania pierwszej pomocy. Wiem, bo zdawałam miesiąc temu egzamin z prawa jazdy — tłumaczyła się niepewnie …

— Leszek kupił mi w prezencie mercedesa klasy A, ale tak naprawdę boję się jeździć nim po mieście, zwłaszcza zimą, kiedy jest ślisko — zaszlochała — nie czuję się jeszcze pewnie za kierownicą — podniosła wzrok Edyta.

— Trzeba zawiadomić pogotowie niech przyślą lekarza, który wypisze akt zgonu, wtedy zawiadomimy firmę pogrzebową — spokojnie stwierdził Wojtek i wziął komórkę do ręki.

— Nie! Zaczekaj chwilę — zaprotestowała Edyta. — Słuchaj, nie chcę żeby ktoś mnie tutaj zobaczył! Wojtek, ty nie wiesz jak zawistny jest ten światek filmowo-telewizyjny. Zrobią ze mnie szmatę, która doprowadziła Dejmka do śmierci. A przecież… to nie tak…

Był dla mnie jak ojciec… Nigdy nie byliśmy kochankami w tradycyjnym tego słowa znaczeniu… Jemu, po prostu, wystarczało, że mógł ze mną porozmawiać, że mógł na mnie od czasu do czasu popatrzeć, mógł mnie dotknąć — zaczerwieniła się Edyta.

— Rozumiem, jeszcze jeden znerwicowany impotent — mruknął ni to do siebie, ni do Edyty, Ejsmond. — Tak, czy inaczej, musimy coś z nim zrobić…

— Błagam cię, weź to na siebie, albo wymyśl jakiś sposób, żeby mnie w to nie mieszać… Dlatego dzwoniłam do ciebie…

— Właściwie, masz chyba rację… Sam też nie bardzo mam ochotę tłumaczyć się komukolwiek, co tu robię w obecności nieżywego gospodarza…

— Daj mi kilka minut, pozbieram swoje rzeczy — stwierdziła całkiem już opanowana Edyta.

— Dobrze się czuję w obecności tego chłopaka — pomyślała. Jego rozsądek i nie uleganie panice może stanowić prawdziwe oparcie dla mnie, zwłaszcza w tak trudnych chwilach jak dziś.

— Słuchaj — rzekła już całkiem pewnym głosem — pojedźmy, proszę do mnie, mam niewielkie mieszkanie na Mokotowie. Muszę się spokojnie zastanowić nad tym, co się stało, co dalej robić… Wojtek, proszę — zrób to dla mnie.

— No tak, czemu nie — odparł Ejsmond — pakuj się, a co z twoim samochodem?

— Nie martw się. Niech tu zostanie. Zawsze przecież tu stał. Dokumenty są wypisane na mnie. Mam swój klucz do willi, znam kody alarmów, przyjadę tu jak wszystko przycichnie, raczej już po pogrzebie Leszka — stwierdziła ze smutkiem. — Wiesz, do niego nikt ostatnio nie przychodził. Był samotnikiem. Jego żona umarła ze 20 lat temu na raka, syn zrobił doktorat i wykłada gdzieś w Stanach… Z tego, co wiem, mają ze sobą jakiś bardzo luźny kontakt, typu maile na święta, czy urodziny. To wszystko. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby cały ten majątek przepisany był na mnie. On, to znaczy Leszek, podjął kiedyś rozmowę na ten temat, ale wydawało mi się to wtedy tak nierealne, tak odległe,…że zupełnie go nie słuchałam… Teraz dopiero dotarło do mnie, że on mnie naprawdę kochał. Bardziej jak córkę, niż kochankę… naprawdę. Nikt, nigdy… prócz, oczywiście, dziadka… mnie tak jak on nie kochał — westchnęła.

Zrobiło się smutno i cicho. Edyta wyszła i zaczęła cichutko pakować swoje rzeczy. Wojtek przypatrywał się Dejmkowi z ciekawością i jednocześnie ze strachem.

— Czy można umrzeć ze strachu? — myślał. — Może to zawał albo wylew? Tylko skąd ten potężny strach w jego oczach? A może to tylko jakiś skurcz pośmiertny? — pocieszał się Wojtek.

— Jestem gotowa — wyrwał go z zadumy głos Edyty.

— Chodźmy.

Wziął sporą torbę od Edyty i wyszli zostawiając zamki domu otwarte.

— Tu nikt nigdy i tak nie przychodził, a furtka ma samozatrzask — zawyrokowała Edyta. — A z kamer, zainstalowanych w willi będę mogła podglądać obraz domu przez Internet. Leszek, gdy wyjeżdżał na kilka dni, wykombinował taki system monitoringu, że z pierwszej lepszej kawiarenki internetowej mógł zobaczyć, czy nie ma jakiegoś nieproszonego gościa w domu — dodała, widząc zdziwienie Wojtka.

— To ciekawe, mnie by się też przydał taki podgląd — stwierdził zainteresowany nowinką techniczną Ejsmond i uruchomił samochód.

— Gdzie jedziemy, Edyta? — Spytał.

— Na Podchorążych,

— Musimy tylko jeszcze coś załatwić — zauważył Wojtek. — Potrzebna jest mi zwykła budka telefoniczna.

— Będziemy przejeżdżać obok poczty przy Chełmskiej — Edyta czuła, że wreszcie odzyskuje pełną równowagę psychiczną.

Wojtek dobrze na mnie działa — pomyślała.

16