Opis

Włoski ukłon dla Kurta Vonneguta, Jaroslava Haška, Monty Pythona, Witolda Gombrowicza i innych mistrzów krzywego zwierciadła. Paryska bohema, weimarski Berlin, faszystowska Italia, włoski komunizm – urodzony w 1899 roku Nemesio widział wszystko i czerpał z życia garściami. Kochał wiele kobiet, walczył w obydwu wojnach światowych, brał udział w partyzantce, eksperymentował ze wszystkimi ruchami XX-wiecznej awangardy. U progu XXI wieku stuletniego malarza dotyka udar mózgu. Jego syn i imiennik, który od lat nie zamienił z ojcem słowa, przybywa do szpitala. Nie spodziewa się, że ta wizyta zmieni się w szaloną podróż w czasie, podczas której przeżyje całe sto lat życia swojego ojca i pozna świat odległy, lecz wciąż żywy. Na własnej skórze doświadczy wzlotów i upadków nowoczesności. Brawurowa opowieść, w której historia miesza się z wytworami wyobraźni, i w której autor oddał głos namiętnościom całego stulecia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 598

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału: Le cento vite di Nemesio

Copyright © 2006 by Edizioni e/o

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl

Zdjęcia na okładce: schankz/adobestock, Edwin Verin/shutterstock, BokehStore/shutterstock

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz

Książka została wydana dzięki pomocy finansowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Włoskiej udzielonej na przekład.

Questo libro è stato tradotto grazie ad un contributo alla traduzione assegnato dal Ministero degli affari esteri italiano.

ISBN: 978-83-8110-762-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Sarah

Ja zaś zapytywałem siebie o teraźniejszość: jak jest szeroka i głęboka i ile z niej należy do mnie.

KURT VONNEGUT

(Rzeźnia numer pięć, przeł. Lech Jęczmyk)

But, first, are you experienced?

JIMI HENDRIX

Mój ojciec, stulecie

PONIEDZIAŁEK

„Jestem poczęty ze starej spermy”.

Codziennie o świcie, kiedy wybijała godzina, którą wielkie rosyjskie powieści rezerwowały na sceny pojedynków toczonych w majestatycznie sinym wiejskim krajobrazie, nasz główny bohater budził się na nędznie ołowianym przedmieściu z tym samym zdaniem wtłoczonym do głowy.

Każdego dnia z tymi samymi słowami.

Przez całe życie Nemo – niedorzeczny przydomek, ale biada, gdyby nazwać go imieniem Nemesio, pod jakim ojciec zapisał go w urzędzie stanu cywilnego – otwierał oczy i przeżuwał to zdanie, wiercąc się na łóżku ustawionym w kącie kawalerki.

Pod sklepieniem czaszki nie miał już mózgu, lecz wirówkę, która wciąż na nowo międliła te same słowa niczym parę brudnych skarpetek. Były jak drzazga, jak ideé fixe, która napełniała goryczą jego poranki z punktualnością budzika satelitarnego, choć go nie posiadał.

Na dodatek była to prawda.

Czcigodny ojciec, Nemesio Starszy, jego imiennik – którego się wyparł nie tylko w kwestii imienia, ale i w każdej innej, jako że nie odzywali się do siebie od lat – niczym z procy wystrzelił swe niezniszczalne nasienie w kierunku macicy matki w niebagatelnym wieku siedemdziesięciu lat i w epoce – był dokładnie rok 1969 – gdy jedyną dolegliwością kojarzącą się z niebieskimi tabletkami był ból głowy.

Osławiony malarz, któremu nie dość było przeżycia w pierwszym szeregu dwóch wojen światowych, jednej partyzanckiej, jednej zimnej, wszelkiego rodzaju aktów kontestacji, paru ruchów awangardy, pierwszej żony (nieboszczki), pierwszego syna (zmarłego w tajemniczych okolicznościach), tysiąca straconych spraw i wykorzystanych okazji, w siedemdziesiątej wiośnie życia potrafił jeszcze zapłodnić drugą żonę (zmarłą w trakcie dzieła, by tak rzec). Ów cień – mowa o matce – Nemo wlókł za sobą od trzydziestu lat.

W tamtych czasach, medytował nasz bohater przy pierwszym świetle sączącym się przez okiennice – co gorsza na szarym krańcu mediolańskiego hinterlandu zamiast w biednej wiejskiej chacie z samowarem i czułą babuszką – w tamtych czasach więc nie mówiło się o zapłodnieniu wspomaganym medycznie czy o in vitro: jedynym sposobem była modlitwa do swojego boga. W tym konkretnym przypadku w grę wchodził bóg, który przegrał, to znaczy komunizm, albowiem pod jego sztandarem ojciec Nema – malarz niewygodny, Geniusz Przekraczający Dwudzieste Stulecie – walczył przez całe życie. Ponieważ jednak niewiele wcześniej mieszkał w stolicy NRD, bóg go wysłuchał i jajeczko przyjęło robotniczą awangardę.

Nie można było nawet powiedzieć, że to wieloletnia bezczynność lędźwi naciągnęła sprężynę ojcowskiej męskości na ten ostatni skok w pustkę, skoro przez całe swe życie – przynajmniej wedle tego, co wiedział Nemo – rodzic kopulował nadzwyczaj hojnie. Z pewnością przed jego poczęciem, ale z wysokim prawdopodobieństwem także po nim.

Ofiary satyra? Modelki pozujące mu do portretów, pokojówki, damy z Weimaru, poetki emigrantki z despotycznej Grecji, nawet jedna czy druga cudza żona: Mistrz oddawał się wiecznej kobiecości, nie szczędząc sił i nie bacząc na granice. Dogłębnie przebadał burdele na zapleczu frontu austro-węgierskiego i flirtował z tancerkami z Berliner Ensemble, brał udział w bitwie partyzanckiej w Salò i należał do paryskiej bohemy w samym Paryżu, uganiał się za spódniczkami po zimowej Moskwie i zimowym Budapeszcie w samym środku zimnej wojny. Jeżeli istniało coś takiego jak internacjonalistyczny fallus, z pewnością on był jego właścicielem.

Jeden czy drugi dziennikarz piórem zamoczonym w kałamarzu banalności napisałby, że Nemesio Viti zwany Starszym, Artysta Przeciwko Dwudziestowieczu, Gigant Malarstwa, oddawał się  ż y c i u.

Jednak rzeczywistą jakość materii nasiennej, która po śmierci pierworodnego nieoczekiwanie podarowała ojcu późnego syna, Nemo mógł poznać po ubogiej substancji własnych dni. Czego można się było spodziewać po starej, wodnistej anemicznej spermie, która jakimś świeckim cudem i nie z impetem wezbranej rzeki, lecz raczej z gnuśnością ostatniej kropli wyciśniętej z podsuszonej cytryny skapnęła aż do jajeczka?

Plum!

I urodził się on.

Ze skisłego nasienia nie wyrosną kwiaty.

W żaden inny sposób nie dało się wytłumaczyć kosmicznego wysiłku, jaki Nemo wkładał nie tylko w wydźwignięcie ciała spod pierzyny, ale w zmaganie z abuliczną egzystencją darowaną mu przez miękkie jądra seniora.

Był pokonsumpcyjną resztką, żyjącym odpadkiem, odległym echem czyjegoś wcześniejszego życia.

Każdego bożego dnia to zdanie chwytało go na haczyk i wyciągało o świcie z oceanu snu.

Łapał powietrze jak ryba.

Szósta: za wcześnie, żeby iść do pracy. Pozostawało mu rozważanie niewytłumaczalnych powodów, dla których przestał rozmawiać z ojcem i porzucił rodzinny dom. Było jedno szczególne wydarzenie – tak, to się stało któregoś popołudnia – kiedy otworzył drzwi do gabinetu ojca i zobaczył… Co zobaczył? Już nie pamiętał, może nawet nie chciał pamiętać. Wyparcie: jak się do niego dokopać? Jeden znajomy doradzał mu psychoterapię, drugi – ryt transcendentalnej medytacji pudźa, trzeci – rebirthing. Nemo wolał wypalić skręta i oddawać się aktywnemu dziełu zapomnienia poprzez codzienne konsekwentne ignorowanie tej myśli. Poza tym Wielkie Wyparte Wydarzenie było jedynie niewidoczną wisienką na torcie obojętności. Z ojcem nigdy nie miał żadnej więzi, koniec kropka. To po prostu musiała być kropla, która przelała puste od zawsze naczynie.

Nic więcej.

Doszedłszy do powyższych wniosków, uświadomił sobie, że jest już spóźniony.

A jednak ten poranek w życiu Nema nie był podobny do pozostałych.

Choć o tej samej co zwykle godzinie, z punktualnością okrągłej pistoletowej kuli puszkinowskiego pojedynkowicza nasz bohater wymamrotał zdanie wprawiające w ruch codzienną rutynę, tego dnia brzmiało ono inaczej.

Wszedł do wyposażonej w rurę odpływową ciasnej komórki, którą nazywał łazienką, przyjrzał się sobie w lustrze, wyciągnął język, popatrzył w zgasłe źrenice, odkręcił wodę, spróbował zagwizdać jakiś zwycięski motyw.

Jednak trudno było zignorować dzień, w którym największy wróg kończy sto lat, zwłaszcza gdy tym wrogiem jest twój nieśmiertelny ojciec.

Potrzebne było relanium. Lubił wyobrażać je sobie jako komiksowego superbohatera: PsychoTrop przybywający na ratunek Planecie Umysł. Wziął do ręki opakowanie: przeterminowane. Czy to znaczy, że substancja czynna stała się już bierna? Albo co gorzej, zepsuta?

Połknął dwie pastylki, popił kawą i wyszedł.

Pokonywana na skuterze trasa wiodąca do Muzeum Awangardy Awangardy (właśnie tak, dwa razy) skrywała zasadzkę. Na via Galimberti, miazmatycznej arterii prowadzącej z peryferii do centrum, stary Rosynant wyciągał niemal pięćdziesiąt na godzinę i było takie miejsce, gdzie za każdym razem Nemo doświadczał potężnej pokusy, by zignorować zakręt, pognać na złamanie karku i roztrzaskać się o mur.

Gdy panowała mgła, odcinek przed zakrętem przypominał mroczny tunel, na końcu którego pobłyskiwało światełko nakreślone fluorescencyjną farbą w sprayu. Światełko układało się w słowa:

Enrico, przemyśl to jeszcze!!! by Kekko

A pod spodem serduszko narysowane tak, jakby wyszło spod klawiatury komputera. O takie:

<3

Pędzącemu po via Galimberti Nemowi serduszko kojarzyło się raczej z fallusem. No i ten zwrot „przemyśl to jeszcze”: czy to prośba romantycznego Francesca, zdrobniale zwanego Kekko, by Enrica nie wychodziła za innego mężczyznę, czy też może prośba wyuzdanego Francesca, by rozważyła poniżej przedstawione serce/fallusa? A może jedno i drugie?

Faktem jest, że ten napis ratował mu życie. Codziennie.

Przemyśl to jeszcze.

Nemo przemyśliwał i nie popełniał samobójstwa.

Via Galimberti.

Tego ranka zapisane na murze orędzie skierowane do Enriki przyciągało go z niemal nieodpartą siłą, ale raz jeszcze Nemo pozostał uwikłany w sprzeczność tchórzy i strach przed życiem nie przezwyciężył strachu przed śmiercią.

I choć deszcz stanowił więcej niż sprzyjającą okazję do roztrzaskania się pięknym ślizgiem o mur, Nemo (zapewne w przeciwieństwie do Enriki) przemyślał to jeszcze.

Wziął zakręt i wjechał w ulicę prowadzącą do muzeum.

Thx, Kekko!!! by Nemo

Poranna niepogoda podarowała Nemowi dreszczyk małodusznej satysfakcji: przynajmniej lało. Należy tu bowiem dodać jeszcze jedną ważną informację: tego dnia nie tylko przypadały urodziny jego wielkiego wroga, nie tylko Nemesio Starszy triumfująco opływał boję – sto lat „jako protagonista”, jak z pewnością zatytułują okolicznościową wzmiankę wszystkie dzienniki, których Nemo  n i e   k u p i  – ale na dodatek późnym popołudniem ratusz miał oddać cześć jednemu ze swych znamienitych (i długowiecznych) synów, uroczyście otwierając poświęconą mu wystawę w gmachu Pałacu Królewskiego, dwa kroki od katedry, dokładnie przez ścianę z instytucją, w której Nemo pracował jako opiekun ekspozycji.

Miał to być akt ostatecznej i najwyższej konsekracji. A przynajmniej taką żywiono nadzieję.

Tej retrospektywie wszystkich istotnych etapów olśniewającej kariery dyrektor miejskiego Wydziału Kultury w momencie twórczej hipertrofii nadał tytuł: Na parnasie giganta. Nemesio Viti: życie i dzieło. Wyobraźnia Nema podsunęła mu natychmiast własną wersję: Na kutasie giganta. Po pierwsze, przez starą spermę. Po drugie dlatego, że ojciec i syn się nie znosili.

W ciągu tygodnia przewidziano również spotkanie z grupą partyzantów, zwłaszcza z osławionym komendantem Orzechem, przyjacielem – tam do licha,  t o w a r z y s z e m!  – ojca, który walczył z faszystowskimi bojówkami, nie wyłączając strzelanin. Natomiast wielka wystawa miała pozostać na afiszu przez sześć miesięcy. Sześć miesięcy oglądania plakatów porozklejanych po całym Mediolanie.

Odwagi.

Za parę godzin rozpocznie się wernisaż, który – zgodnie ze swym źródłosłowem nieodparcie przywodzącym na myśl werniks – wydawał się idealnym środkiem przykrywającym zmarszczki sędziwych gości Nemesia Starszego.

– Po wernisażu jakby odmłodniał, zauważyłeś?

Sześć miesięcy później będzie ich czekała sromota finisażu – paskudztwa również pod względem językowym – czyli uroczystego zakończenia wystawy, którego nie wszyscy dożyją.

A pomiędzy jednym a drugim otchłań wystawy.

Stare zrzędy, lampucery, relikty przeszłości: cała ta fauna – albo i flora, gdy wziąć pod uwagę pozostających w stanie wegetatywnym – zbierze się w bardziej niż zwykle adekwatnej do tego Sali Kariatyd, by uczcić upiora, ektoplazmę, cień stulecia.

Trzy obszerne sale z wszystkimi najważniejszymi obrazami, kolekcja fotografii, ręcznie pisane listy od Giancarla Pajetty i Louisa Aragona1, pamiątki, rekwizyty, ciekawostki.

Pogrzeb za życia z udziałem największych osobistości kultury i pięknego świata. Czyli wszystkich z wyjątkiem kochanek, ukochanych oraz dzieci, ponieważ one już były piękne oraz pogrzebane.

I z wyjątkiem Nema, który będzie się trzymał z daleka.

Zaparkował Rosynanta, nie spoglądając nawet na kiosk przy wejściu do muzeum. Wiedział, że gazety będą bardziej perfidne niż zwykle. Niezliczone tytuły w lokalnej prasie, coś tam w ogólnokrajowej, może nawet jakaś wzmianka na pierwszej stronie. STO LAT POD PRĄD albo PEŁNE BUNTU STULECIE PRZY SZTALUGACH czy też STO ŚWIECZEK NA TORCIE MALARZA KOMUNISTY.

Nemo żył poza Czasem i Historią: nie interesowało go, co się stało z chilijskimi górnikami, ile bomb spadło na centrum Wagadugu, jaki los czekał uroczego i niezwykle rzadkiego koalę-bengalskiego-co-potrafi-dłubać-małym-palcem-w-nosie-a-potem-posyłać-całuski. Nawet gdyby ktoś podpalił dom, w którym mieszkał, Nemo wsiadłby na Rosynanta z tą samą co zwykle nonszalancją.

Tak był oderwany, że kiedy na mieście proszono go o wsparcie jakiejś petycji przeciwko czemuś, brał długopis i podpisywał.

Przeszedł przez bramę.

– Usłyszę brbrbr jakieś brbrbr usprawiedliwienie – zaburkotał dyrektor muzeum, powoli przymykając oczy niczym wielki żółw. Z wnętrzności starego bufona cierpiącego na chroniczne zapalenie żołądka niczym przerywnik wydobywały się co chwila odgłosy niesprawnej perystaltyki – w związku z tym brbrbr nie liczę nawet którym brbrbr spóźnieniem?

– Już tłumaczę: jestem poczęty ze starej spermy. Te pół godzinki to ledwie echo czterdziestu lat spóźnienia, z jakim mój ojciec… tak,  o n,  sławny malarz, z którego polecenia, jak sądzę, tu pracuję… no więc to jest echo spóźnienia, z jakim ojciec mnie począł. Jeśli dziś brak mi pędu życiowego Henriego Bergsona, woli życia Arthura Schopenhauera i los cojones Ernesta Hemingwaya, to odpowiedzialność za ten stan ponosi owo spóźnienie. Ale przede wszystkim jest to wina tego, że nie mam kobiety, nie mam przyzwoitej pracy i nie mam nawet życia.

Wielki żółw nie czytał 49 opowiadań ani nie zagłębiał się w meandry filozofii. Nie mógłby tego zrozumieć. Dlatego zazwyczaj Nemo pochylał głowę i przepraszał, obwiniając zepsuty budzik i obiecując, że wieczorem odpracuje stracone minuty.

Wielki żółw jedną ręką gładził się po brzuchu, a drugą protekcjonalnym gestem wskazywał mu wejście.

Raz jeszcze mu wybaczano. I raz jeszcze skazywano na życie.

Na Muzeum Awangardy Awangardy, stworzone w ramach próby odmłodzenia kolekcji, przeznaczono skrzydło Pałacu Królewskiego niezbyt odległe od Sali Kariatyd. Nemo znalazł tam pracę kilka lat wcześniej i nigdy już się stamtąd nie ruszył. Rzucił uniwersytet po zdaniu wszystkich egzaminów z najwyższymi notami. Odpuścił sobie na krok przed szczytem.  S t a r a   s p e r m a,  jak już wspominaliśmy. Teraz znalazł zatrudnienie jako opiekun ekspozycji i nie było pracy, która by mu odpowiadała bardziej: o krok od sztuki i w randze szeregowca.

Był zmyśleniem, człowiekiem duchem, cieniem ojca.

Pustą maską.

– Jeśli Nemesio Starszy był aktywistą, agitatorem, prowodyrem – powiedział sobie przed laty – to w takim razie Nemesio Młodszy zostanie statystą, tumiwisistą, nikim.

I taki był.

Życie Nema charakteryzowało się monotonią zdolną zanudzić nawet jego samego, który przeżywaniem nudy nigdy się nie nudził. Przyjeżdżał, podbijał kartę zegarową i – jak gdyby wibracja karty w urządzeniu była stłumionym strzałem z pistoletu oznajmiającego start w zawodach „kto ostatni na mecie” – Chronos zwalniał gwałtownie aż do końca zmiany.

Między dziewiątą a siedemnastą – z pauzami w postaci porannej połajanki Żółwia, brbrbr, nieświeżej kanapki z tuńczykiem i krewetkami oraz pogawędki z kolegą z pracy, stanowiącymi jedyne przerywniki bezlitosnej ciągłości – Nemo siedział na krześle (dość niewygodnym, prawdę mówiąc) i wpatrywał się w trzy obrazy wystawione w Sali Wakuumistów, niewielkiego prądu artystycznego działającego między lutym a marcem 1974 roku na przedmieściach Varese (mówiąc dokładniej: między via Ceradini a via Bottazzi) w deszczowe popołudnia.

Wakuumizm charakteryzował się usunięciem w cień malarza i fanatycznym oddaniem formie. Nie dość, że artysta miał trzymać na wodzy własną inspirację, to jeszcze dzieło mogło przedstawiać wyłącznie czarny krąg umieszczony na białym tle: symbol, rzecz oczywista, pustej egzystencji, którą wiodą istoty ludzkie. Trzy wystawione dzieła przedstawiały kolejno: czarny krąg na białym tle, dzieło artysty z Varese, twórcy słynącego z czarnych kręgów na białym tle; czarny krąg na białym tle, dzieło artysty z Busto Arsizio, twórcy słynącego z nieznacznego rozmazania czarnego kręgu; czarny krąg na białym tle, dzieło artysty z Saronno, twórcy słynącego z zamordowania żony siekierą i spędzenia reszty życia w więzieniu.

Sala została urządzona przez kuratora zgodnie z kryterium, które odpowiadało „naglącej potrzebie zredefiniowania współczesnej pustki”. Nemo nie miał nic przeciwko temu stwierdzeniu. Sala nie była czymś, o czym miałby wyrażać jakieś sądy: była jego codziennością. Niemal każdą minutę świadomego życia spędzał, siedząc nieruchomo przed tymi trzema obrazami. Z jego punktu widzenia sztuka nie mogła być już bardziej współczesna.

Nikt, nawet sami twórcy tych trzech dzieł, nie mógł twierdzić, że zna je tak dobrze jak on. Gubił się w kolorach, błądził po odcieniach, znał na wskroś każdy niuans i ton. Kontemplował czarny krąg na białym tle i czasem widział w nim słońce, a czasem nadpsutą dynię albo podświadomość pradziadka artysty z Varese. Drugi obraz był dla niego raz fascynujący, kiedy indziej abstrakcyjny, brzydki, odpychający, ekstatyczny: przedstawiał waginę, celownik albo czarny barwnik dostępny w farbiarni w Busto Arsizio. Wpatrując się w trzecie dzieło, dostrzegał niekiedy lucyferyczne usposobienie artysty z Saronno.

Czasem czuł się obserwowany przez troje oczu. Kiedy indziej to on onieśmielał malowidła. Były jego testem Rorschacha. Zwierciadłem jego nicości. Profesją jak każda inna.

Kiedyś zobaczył w gazecie tę fotografię:

Bardzo go poruszyła. Ale poza tym jednym wypadkiem wszystko było nirwaną. Czyli nieobecnością emocji.

Nierzadko zdarzało mu się patrzeć na zwiedzających jak na intruzów: jak śmią patrzeć na ten dysk, zamieniać ze sobą parę słów komentarza i maszerować dalej? Nie czują ręki, która go nakreśliła? Nie oślepia ich blask światła uchwyconego tą cienką mroczną kreską?

Od czasu do czasu ktoś zbliżał się zanadto do eksponatów i aktywował alarm na podczerwień. Przez jedną ulotną chwilę przepraszające spojrzenie zwrócone w kierunku Nema minimalnie poprawiało mu samoocenę, jednak świergot alarmu skutecznie strofował zwiedzającego, który zaraz potem oddalał się małymi kroczkami.

A Nemo powracał do epiki spojrzenia.

O dwunastej trzydzieści wyciągał plecaczek ukryty za zasłoną, a z niego opakowanie z kanapką z tuńczykiem i krewetkami. Kiedy Almiro, kolega na takim samym jak on stanowisku (z którym – wbrew sobie – się zaprzyjaźnił), pytał, dlaczego zawsze je to samo, zniecierpliwiony Nemo odpowiadał:

– Bo wiem, co jest w środku.

Tak trudno to zrozumieć?

Almiro rezydował w sąsiedniej Sali Profuzjonistów, prądu artystycznego działającego w okolicach Vibo Valentia w popołudnia dręczone duchotą i niestrawnością. Ucinali sobie z Nemem pogawędki rzadko, ale jednak ucinali. Kiedy nuda – ależ nie, nie można było mówić o zwykłej nudzie, to była ataraksja, ta sama, którą Demokryt opisywał jako spokój duszy osiągnięty dzięki wyzbyciu się pragnień, ascetyczne yohaku, dryf zmysłów – kiedy więc czas nabierał mitologicznego wymiaru, pierwszy kaszlał po trzykroć a wyraźnie. Drugi odbierał sygnał i przesuwał krzesło do drzwi łączących obie sale.

Wówczas także ten pierwszy nierzucającym się w oczy ruchem przesuwał się o parę centymetrów i mogli rozpocząć rozmowę. Almiro był dzielnym ojcem rodziny z wąsami jak u morsa i prostolinijnym charakterem. Miał żonę przy kości pracującą jako fryzjerka i dwie córki przy kości uczące się na fryzjerki. Mimo to zaczesywał na czoło pożyczkę. Z Nemem rozmawiał o piłce nożnej i pogodzie. Porządny chłop z kościami: bywały dni, kiedy Nemo najchętniej spaliłby go miotaczem płomieni; kiedy indziej z radością dałby się mu adoptować.

Niemniej pogawędka zdarzała im się najwyżej parę razy w miesiącu. I tylko wtedy, gdy dzień był szczególnie posępny: na przykład gdy w hipermarkecie skończyły się kanapki z tuńczykiem i krewetkami i Nemo musiał stawić czoło przerażającym jajkom ze szparagami.

Nic innego nie potrafiło zmącić mu spokoju ducha.

A ów dzień?

Nemo postanowił, że  n i e  zostanie on zaliczony do dni trudnych. Zaś szczególna forma tej dobrowolnej apatii – „boska obojętność” pamięci głuchej jak w poezji Montalego zawdzięczana zapewne relanium, które zaaplikował sobie z rana – stępiała mu zmysły.

Almiro przerwał ciszę trzema kaszlnięciami.

– Co tam? – zapytał Nemo, kiedy usiedli obok siebie.

– Pomyślałem sobie, że może będziesz chciał pogadać.

– Czemu?

– Nemes… Nemo, nie chcę się wtrącać w twoje sprawy, ale nie mów mi, że to nie jest szczególny dzień…

– Ani trochę – zaprzeczył Nemo, kiwając jednocześnie głową.

– Nie idziesz na imprezę twojego starego?

Mógł się tego spodziewać: przez to przeklęte powołanie do czynienia dobra kolega nie zostawiał mu żadnej drogi ucieczki.

– Mojego starego – powtórzył pod nosem Nemo. – Doskonałe wyrażenie, Almiro. Ojciec do kwadratu. Czyli dziadek. A poza tym: na jaką imprezę?

Almiro sarknął.

– Nie zamierzasz się z nim pojednać?

– Żeby się pojednać, najpierw należałoby być w stanie wojny. A on przejawiał wyłącznie obojętność. Poza tym już za późno: w tym wieku pewnie całkiem skretyniał i weźmie mnie za kogoś obcego, to się już raz zdarzyło.

– Od dawna się nie widujecie?

– Ostatni raz to było… parę lat temu, jeśli dobrze pamiętam. Niedługo wcześniej rzuciłem uniwersytet. Zaprosił mnie na kolację i chociaż nie całkiem rozumiałem po co, przyjąłem zaproszenie. Był taki jak zawsze, choć już zniedołężniały: wszechwiedzący uśmieszek, bujne, elegancko uczesane włosy, piękny zadbany starzec. Miał dziewięćdziesiąt lat, a wyglądał wciąż na siedemdziesiąt. Kiedy tylko wszedłem do domu, wziął mnie pod ramię i zaprowadził do pracowni. „Widzisz? ‒ mówi do mnie. ‒ Robię rewizję mojego przekładu czegoś tam…” Ty wiesz, że pośród tysiąca rzeczy, którymi się zajmował, były jeszcze te cholerne tłumaczenia robione w czasie wojny podczas bombardowań? Świat rozpadał się na części, a on co robił? Tłumaczył jakiegoś mrocznego austriackiego poetę, Rilkego czy Trakla, jednego z tych, co to brzmią jak szczęk potrzasku na leśne zwierzęta. W każdym razie miał dziewięćdziesiątkę i jeszcze szlifował przekład. Zaszeleścił mi tymi kartkami przed oczami, jakby chciał powiedzieć: „Wciąż pracuję, nigdy nie przestanę”. Kiedy Pita wychyliła się przez drzwi, żeby zawołać nas do stołu, odwrócił się do mnie i wiesz, co mi powiedział?

– Co ci powiedział?

– „Nie uprawiam już miłości, nawet w rodzinie”.

Almiro parsknął.

– Śmiejesz się.

– Kim jest Pita?

– Maria Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, przez przyjaciół z Cuzco zwana Pitą. Była gospodynią domową.

– A teraz?

– Jest gospodynią domową. Tyle że przeniosła się z pokoju służby do sypialni małżeńskiej.

– Rozumiem.

Pita była ostatnią towarzyszką życia Nemesia Starszego (który zapewne uściśliłby: „Ostatnią wyłącznie w porządku czasowym”), piersiastą, żywiołową i hałaśliwą Peruwianką o zmysłowych wargach. Zaczęła u niego pracować i w jakimś bliżej niesprecyzowanym momencie wspierające ramię pochwyciło starca w miłosny uścisk. Albo interesownie się go uczepiło, jak podejrzewał Nemo. Łowczyni spadków. Na dodatek nieustannie płakała. Nad śmiercią Boga, nad wyprutymi żyłami Ameryki Łacińskiej, nad przeterminowanym jogurtem.

Urodzona i wychowana w Limie, zostawiła w ojczyźnie męża alkoholika i czworo dzieci, każde odpowiadające jednemu dniowi trzeźwości małżonka. Nemo nic więcej o niej nie wiedział, ale wyobrażał sobie, że szczotkowanie codziennie rano włosów ojca nie należało z pewnością do najtrudniejszych momentów jej życia.

– A jak się udał obiad?

– Sprzątnął risotto z talerza jak wygłodniały nastolatek, ale w głowie mu się mąciło. Wiesz, co robił, kiedy przestawał kontaktować?

– No?

– Śpiewał.

– Ś p i e w a ł?

– Już prawie wcale nie mówił, ale lubił śpiewać. Zdjął serwetkę, którą miał zawiniętą pod szyją jak śliniaczek, i zaintonował: „Wiek dziewiętnasty już nie gospodarzy, / już coraz bliżej dwudzieste stulecie. / Nędza nam zmarszczki wyrzyna na twarzy, / lekarstwa na to podać tu nie chcecie”.

– Co to takiego?

– Bo ja wiem?… Pewnie jakaś pieśń emigrantów.

– Twój ojciec to naprawdę jest osobowość… – skomentował Almiro.

– Widzisz? Też cię uwiódł. Wariactwo.

– A co w tym złego?

– Otóż właśnie nic – odparł Nemo. – I jeszcze ta cała ideologia…

– Ale w tamtych czasach to było normalne.

– N o r m a l n e?  Jak byłem dzieckiem, kazał mi zwracać się do siebie per „compadre”. Towarzyszu! Po hiszpańsku, żeby za wszelką cenę uniknąć burżuazyjnego „padre”.

– Słuchaj, a może mi coś o nim opowiesz?

Nemo spojrzał takim wzrokiem, jakby przyjaciel właśnie zażądał od niego, by rozebrał się do naga i przebiegł po korytarzach muzeum (ryzykując, że zostanie wzięty za performera, który narobił zamieszania, przybijając własne jądra do sitodruku przedstawiającego owe jądra).

– Tylko że to jest potwór. Będzie ci się jeszcze śnił po nocach.

– Tyle razy cię o to prosiłem – nalegał Almiro. – Przynajmniej dzisiaj zrobiłbyś wyjątek…

– Bardzo mało o nim wiem.

– Nigdy nie opowiadał ci o swoim życiu?

– Byłem jeszcze mały. Niewiele rozmawialiśmy. A później…

– Co później?

Otwierające się drzwi i… gorycz, decyzja zamknięcia się na świat, depresja.

– Później nic. Zerwaliśmy kontakt. Wyprowadziłem się z domu.

– A on nie wydał swoich wspomnień?

– Wydał. Nie czytałem.

– Dlaczego?

– Muszę jeszcze skończyć Finneganów Tren.

– Nie wstawiaj kitu.

– Nie miałem ochoty, i tyle.

– Czyli nie przeczytałeś ani linijki autobiografii człowieka, który przeżył stulecie…

– …jako protagonista.

– Otóż to. Mimo że, pomijając wszystko inne, ten człowiek jest twoim ojcem.

– Uwaga, Żółw na horyzoncie…

Dyrektor muzeum przechodził przez sale w towarzystwie jakiegoś wysoko postawionego biurokraty – brbrbr – i odprowadzając go do drzwi, obrzucił nieuważnym spojrzeniem podwładnych siedzących po obu stronach drzwi łączących sale. Potem znikł, zostawiając za sobą wątłe echo kroków.

– Czyli twój ojciec przeżywa całe stulecie na pierwszej linii, a ty nic o tym nie wiesz.

– Coś tam wiem. Wychowywałem się u niego. No i ktoś mi opowiedział parę fragmentów z jego książki. Na przykład ten o wczesnych przejawach geniuszu… – Nemo roześmiał się szyderczo. – Opowiada, jak w wieku dwóch lat zażądał papieru i ołówka. Że w wieku dwunastu narysował dłoń doskonałą. Nie mówiąc już o tym, jak stał w oszołomieniu przed jakimś Rembrandtem.

– Co w tym złego?

– Miał sześć miesięcy.

– Ach.

– To nie tyle autobiografia, co autohagiografia.

– Jaki ma tytuł?

– Czerwone róże, których nie zebrałem.

– Zobaczmy więc… – Wymierzając przyjacielowi cios poniżej pasa, Almiro wyciągnął gazetę. – Tu piszą tak: „Przeżył dwie wojny, walczył w partyzantce, ortodoksyjny komunista i artysta wszechstronny. Dwukrotnie żonaty, spłodził dwóch synów, jednego stracił w straszliwym wypadku, drugiego zaś począł w wieku siedemdziesięciu lat: cud potężnej woli życia…”.

– To o mnie. Jestem cud, niepokalane poczęcie, miło mi poznać. Chciałbym jeszcze być wystarczająco sławny, by napisać własną autobiografię i zatytułować ją Poczęty ze starej spermy, ale robię za stróża w muzeum i nigdy się nie zakochałem.

– A on?

– On zakochiwał się we wszystkim. Czyli w niczym.

– Tu piszą: „symbol całego pokolenia”. A dalej: „głos całego pokolenia”. A niżej: „ojciec całego pokolenia”.

– Tylko jednego? Tych pokoleń to będzie co najmniej sześć! Jestem potomkiem wampira, dzieckiem kanibala.

– „Znał Pabla Picassa i wielu innych…”

– Rzuć jakieś ważne nazwisko, a on na pewno jadł obiad z jego właścicielem. A jeśli nie, to niewiele brakowało. Dom moich dziadków odwiedzały takie osobistości jak Sibilla Aleramo i Cesare Lombroso2. Tyle razy ryzykował życie, że wydłużyło mu się ponad miarę. Pogrzebał wszystkich. Był jak Orfeusz, który się nigdy nie odwraca. – Tu Nemo zrobił pauzę dla większego efektu. –  N i g d y.

– A kto w takim razie był Eurydyką?

– Jeszcze nie zrozumiałeś? – odparł zniecierpliwiony Nemo. – My jesteśmy Eurydyką. My wszyscy. ‒ Nemo wyrwał z ręki Almira gazetę i przyjrzał się fotografii zadowolonego stulatka, który z sardonicznym uśmiechem patrzył w obiektyw. – Przedstawiam ci: oto mój ojciec, całe stulecie.

Almiro odebrał gazetę i przygładził pożyczkę na głowie.

– A co robiłeś po tym, jak rzuciłeś uniwersytet?

– Wyprowadziłem się. Żeby w ogóle przetrwać. Inaczej nie siedziałbym tu i nie opowiadał. Ten człowiek pogrzebał dwie żony i syna, nie mówiąc już o przyjaciołach. Najpierw mieszkaliśmy w tym samym domu, ale oddzielnie. Nie rozmawialiśmy ze sobą.

– Ale coś się wydarzyło?

– Między nami? Nigdy nic. Właśnie w tym rzecz.

Nemo, Nemo: pamiętaj, żeby nie pamiętać.

– Raniła cię jego obojętność?

– Daj spokój.

Właśnie.

– I znalazłeś się od razu tutaj?

– Ogłoszenie z urzędu miasta. Ale myślę, że szepnął komuś słówko.

– Jakby chciał powiedzieć: ja jestem malarzem, a ty będziesz ramą.

– Dzięki, Almiro.

– Przepraszam, chodziło mi o… To znaczy, chciałem tylko powiedzieć…

– Nic się nie stało. Nie sądź, że sam o tym nie myślałem.

– Ale pokłóciliście się?

– Nie, nie w tym rzecz.

– To w czym?

Nemo próbował wyartykułować myśl nienazwaną przez całe życie, ale usłyszał kroki Żółwia wracającego do biura. Wykorzystał je, by oddalić się od Wielkiego Wypartego Wydarzenia, a przy okazji odsunąć krzesło od Almira.

Czwarta po południu. Za godzinę miasto Mediolan w osobie burmistrza Enrica Pastellego będzie z wielką pompą celebrować urodziny Nemesia Vitiego.

Enrico, przemyśl to jeszcze!!! by Kekko & Nemo.

Piętnaście po czwartej działanie relanium zaczęło słabnąć. Nemo był pobudzony. Zrobił co się dało, by ogołocić umysł. Poprzedniego dnia przestudiował nawet podręcznik medytacji napisany przez hinduskiego guru. Mahariśi Gradeś miał sto dziesięć lat, odrodził się czternaście razy (jego przedostatnim pechowym wcieleniem była koza – za to „pełna wdzięku”) i odwiedził dwieście krajów, zdziałał cuda wobec niezliczonej liczby osób. Po trzech godzinach lektury Nemo doszedł do konkluzji, że sekretem pogodnego życia jest głęboki oddech.

Odetchnął głęboko.

Słyszał stłumiony brzęk kieliszków rozstawianych przez pracowników cateringu, szmer przybywających gości, strzelające korki butelek.

Ponownie odetchnął.

Bez skutku.

Pieprzyć w dupę Mahariśiego Gradeśa. I wszystkich stuletnich guru. Czuł się źle.

Może powinien wtargnąć do tamtej sali i skompromitować jubilata.

– Pięknie, sto lat artystycznego giganta, ale emocjonalnego karła!

Zbyt pretensjonalne.

– Ten człowiek pogrzebie was wszystkich!

Zbyt alarmistyczne.

– Jestem poczęty ze starej spermy!

Zbyt osobiste.

Do. Chuja.

Jakimś cudem dotrwał do piątej i zaraz po wyjściu, myśląc o pierwszych oklaskach w Sali Kariatyd, wlał w siebie pintę guinnessa w pubie niedaleko katedry, następnie tą samą co zwykle drogą wrócił do swojego jednopokojowego mieszkania, w którym obok jednodaniowego posiłku i jednoosobowego łóżka czekała na niego – a jakże – jednostajność.

Gdy nad miastem zapadał zmrok, mimo wszystko nie mógł się powstrzymać od pytania, jak się udała impreza. Czy ojciec wygłosił mowę? Niemal niemożliwe. Zaintonował pieśń partyzancką? Być może. Było dzielenie tortu? Prawdopodobnie. Podniósł pięść triumfującą, choć drżącą? Na pewno.

Trochę telewizji i potem lulu, powiedział sobie. Życie toczy się dalej, a raczej dalej stoi w miejscu.

Tymczasem koło dziewiątej zadzwonił telefon.

Spojrzał na wyświetlacz, na którym widniało: Nemesio.

Absurd.

I faktycznie, to nie był on. To była Maria Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, przez przyjaciół z Jaén zwana Pitą.

Trajkotała jak obłąkana. Odróżniał jedynie słowa „ay” i „madre de Dios”, które jednak w przypadku Pity miały wartość przecinka.

Próbując ją uspokoić, Nemo starał się jednocześnie dociec, jaki przebieg miał ów wieczór, który – wszystko na to wskazywało – skończył się katastrofalnie.

Według synkopowanej opowieści gospodyni-towarzyszki wieczór zaczął się tak, jak przewidywano: pojawiło się mnóstwo osób.

– Prawdziwa masa – szlochała Maria Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, przez przyjaciół z Trujillo zwana Pitą. – Twój compadre promieniał y después…

A potem znowu w szloch.

Na ile udało mu się zrozumieć, w sam środek tego tłumu mistrz dotarł, opierając się z jednej strony na lasce, a z drugiej na swej kobiecie, i wszystkich wprawił w oszołomienie: panie – hieratycznym pięknem stulatka, panów – przeszczodrym biustem towarzyszki. Choć nie rozumiał powodów, dla których zebrało się tylu ludzi, Nemesio Starszy uznał to za bardziej niż uzasadniony hołd złożony swemu geniuszowi.

Oni:

– Brawo, mistrzu!

On:

– Brawo wy!

Była to sprawiedliwa rekompensata za przyjazd do centrum o tak niezwykłej porze: o piątej po południu zazwyczaj brał kąpiel i jak wyznał kiedyś któremuś z dziennikarzy (ku nieopisanemu niesmakowi Nema), on i jego towarzyszka „bawili się kaczuszką”. Poza tym spacerowanie w wieku stu lat – na dodatek z nogą nadpsutą od cukrzycy – zasadniczo nie było najlepszym pomysłem.

Z tego samego powodu nie mógł być szczególnie zdumiony, gdy został przyjęty z otwartymi ramionami przez pana z mikrofonem w ręku i trójkolorową szarfą opinającą wydatny brzuch godny zasłużonego polityka, który skierował do niego parę niezrozumiałych zdań.

– A teraz oddaję głos jednemu z najznakomitszych obywateli naszego miasta…

Zgodnie z relacją Nemesio miał zobaczyć wyciągającą się ku niemu rękę z mikrofonem i rozejrzał się wokół z oszołomieniem w oczach. Czego od niego chcą ci sympatyczni państwo? Nie miało to wielkiego znaczenia, zareagował zgodnie ze swym zwyczajem i zaintonował piosenkę:

Wiek dziewiętnasty już nie gospodarzy,

już coraz bliżej dwudzieste stulecie.

Nędza nam zmarszczki wyrzyna na twarzy,

lekarstwa na to podać tu nie chcecie.

To była jego Satisfaction.

Zebrani uznali starczy gulgot za kolejne szyderstwo zatwardziałego anarchisty.

Następnie odbył się hołd poszczególnych delegacji.

Pomiędzy nostalgikami wzdychającymi za NRD i nostalgikami wzdychającymi za ZSRR wyróżniała się reprezentacja – nostalgiczna, ça va sans dire – nigdy nieujarzmionej partii marksistowsko-leninowskiej, która zaintonowała Bella ciao3 przy akompaniamencie liry korbowej i udekorowała Nemesia „czerwonym gałgankiem” należącym do ostatniego partyzanta z Marzabotto4. Nemesio, cierpiący na chroniczny katar wynikający ze słabowitości podeszłego wieku, przyjął z wdzięcznością chusteczkę, by wysiąkać nos. Towarzysze z szacunku zignorowali ten afront.

Potem: koktajl i finger food, na który rzuciła się nostalgiczna delegacja kubańska przybyła dosłownie przed chwilą z Hawany i wygłodniała niczym delegacja kubańska. W rezultacie szybko skończyło się food, a nawet doznał uszczerbku jeden czy drugi finger pracowników cateringu.

Wieczór upływał tak, jak upływają tego rodzaju wieczory: rozglądano się wokół, by sprawdzić, kto jest, a kogo nie ma, i by samemu dać się zauważyć. Liczyło się tych, którzy dożyli. Ktoś przechadzał się wokół obrazów, ktoś inny wlewał w siebie musujące wino i bekał, młodzi malarze liczyli na to, że zauważy ich jakiś krytyk sztuki, jakiś krytyk sztuki liczył na to, że zauważy go jakaś młoda malarka, młode malarki były w kinie i oglądały fajny film.

Pojawiła się nawet korona z masy papierowej, przygotowana specjalnie na tę okazję przez uczniów szkoły podstawowej z dzielnicy zbombardowanej w czterdziestym czwartym. Wówczas zginęło ponad sto dzieci, a po wojnie Nemesio poświęcił jeden z obrazów ofiarom rzezi. Burmistrz Pastelli podszedł, by nałożyć ją na głowę jubilata, i także tym razem ojciec Nema skłonił głowę bez zmrużenia powiek, jakby publiczne ukoronowanie uważał za najbardziej naturalną rzecz pod słońcem. Kiedy się wyprostował, zebrani nagrodzili go ogłuszającym aplauzem.

Apoteoza.

W tej samej chwili niewielka orkiestra usadowiona w rogu sali zaczęła swingować na motywach Międzynarodówki i zebrani rozproszyli się, by zrobić miejsce dla roju dziennikarzy i fotoreporterów polujących na jak najlepsze ujęcie. Ujrzawszy wolną przestrzeń i straciwszy stabilizujący uścisk towarzyszki, która na chwilę dołączyła do oklasków, Nemesio postąpił kilka kroków w przód i potknął się o kabel mikrofonu, ryzykując upadek. Bliskim cudu wysiłkiem udało mu się zrobić trzy kroczki i utrzymać równowagę, choć chwiał się przy tym jak trzcina, póki opatrznościowa dłoń kochanki-gospodyni nie powróciła, by go podtrzymać.

Wszyscy wzięli niedoszły upadek stulatka za elegancki krok taneczny i wybuchnęli pochwalnymi okrzykami.

– Wciąż fantastyczny tancerz – wydobyło się z płuc megiery, która dzięki licznym retuszom wyglądała jak najprawdziwsza panna z Awinionu.

– Nieprawdaż? – odezwał się echem podstarzały poeta, który chwilę wcześniej bez żalu przeszedł od studium o Arioście do rozprawy o jakości tartinek na mediolańskich przyjęciach.

Gdy już wlano w siebie wszystkie możliwe bąbelki, rozpoczęło się powolne wycofywanie się w stronę wyjścia, na papieroska w obowiązkowym ustniku. Na zewnątrz powietrze było rześkie, a w domu czekały film w telewizji i zamykające dzień ziewnięcie. Potem łóżko, a następnego dnia mediolańska strona w gazecie z informacjami o nowych imprezach z poczęstunkiem poprzedzonych dającymi się znieść debatami.

– Todobyło muypiękne– beczała Pita do telefonu. – Y después…

Y después, kiedy rozpoczęła się procesja pożegnalna do jubilata, wydarzyło się coś, czego można się było spodziewać.

W pierwszej kolejności uroczystość powinien był opuścić burmistrz. Zbliżył się do Nemesia, by mieć już z głowy imprezę, którą w głębi serca uważał za patetyczny relikt ideologii. Myślami był już przy tym, co go czekało następnego dnia: przy irytującym sporze o nowy pas jezdni dla pojazdów uprzywilejowanych na zewnętrznej obwodnicy miasta. Wyciągnął więc rękę i oczekiwał w odpowiedzi bezwładnego dotyku dłoni stulatka. Tymczasem Nemesio chwycił mocno dłoń burmistrza i spojrzał mu prosto w oczy swymi słynnymi błękitnymi i przejrzyście okrutnymi oczami.

– N-najdroższy mistrzu – wybąkał burmistrz Enrico Pastelli – nawet pan nie wie, jak jestem szczęśliwy, że mogłem osobiście otworzyć tę wspaniałą wystawę…

Słowa płynęły z ust oficjanta niczym lepka wydzielina z odwłoku pająka, ale Nemesio wciąż wpatrywał się w oczy pierwszego obywatela miasta bez zmrużenia powieki, przyprawiając go o irytację.

Dlaczego patrzy na niego w taki sposób? Czy to jeden z jego lewackich żartów?

Nie, nie puszczał jego ręki. Udręczony burmistrz zaczął się rozglądać wokoło, nie zmazując z twarzy wyborczego uśmiechu, ale spojrzeniem zapraszając obecnych jeśli nie do interwencji, to przynajmniej do zauważenia ambarasu.

Następnie podniósł drugą dłoń do łokcia Nemesia, próbując oderwać się po dobroci. Nic z tego. Ze wzrokiem wbitym w burmistrza i śliną w kącikach ust stary drań miażdżył mu dłoń, jakby to była ostatnia rzecz zdolna utrzymać go przy życiu.

– Bardzo pana proszę…

Z pustym wzrokiem robota stuletnie obcęgi wciąż ściskały Pastellego, zmusiły go do klęknięcia, aż w końcu przy zgromadzonych, dotąd niepewnych, czy nie uczestniczą w pantomimie dwóch czcigodnych obywateli miasta, ofiara wybuchła:

– Uwolnijcie mnie od tego świra, bo zaraz zmiażdży mi rękę.

Otóż Nemesio doznał ataku apopleksji, który doprowadził do gwałtownego skurczu mięśni. Tak silnego, że nawet przybyli chwilę później ratownicy medyczni nie potrafili rozłączyć dłoni obu dżentelmenów. Zapakowali więc ich razem do jednego ambulansu. Ojcu Nema założyli respirator, po chwili niezdecydowania to samo zrobili z burmistrzem, ponieważ bluźnił w sposób całkowicie niegodny piastowanego stanowiska.

Z tej przyczyny panowie trafili do szpitala, wiadomość do redakcji gazet, a Pina zalała się łzami. (Nie, szlochy byłyby tak czy inaczej). I z tej przyczyny zatelefonowała do jedynego syna i krewnego: Nemesia juniora, Nemesia Młodszego, pariasa.

Zwanego Nemo.

Po zakończeniu rozmowy Nemo zaczął się zastanawiać, jak to możliwe, że nie był przygotowany na taką wiadomość.

To dlatego, że kiedy twój ojciec przekracza dziewięćdziesiątkę, wchodzi w szarą strefę na granicy nieśmiertelności, pomyślał. Odtąd śmierć jest jak kichnięcie.

W jednym z ostatnich wywiadów, które wpadły mu w oczy, ojciec ku radości dziennikarki oznajmił: „Zapomniałem umrzeć”. Aforyzm oczywiście znalazł się w nagłówku.

Tymczasem teraz nagle sobie o tym przypomniał.

Czy Nemo ma iść i pożegnać go na zawsze? Przyznać mu honorową kapitulację? Odłączenie starego od aparatury było nawet kuszące: pożegnać wiek dwudziesty w 1999 roku, przed wszystkimi innymi, któż by o tym nie marzył?

Mało brakowało, a Nemo upadłby i wybuchnął płaczem.

Z radości.

Siedząc na siodełku Rosynanta w zimną mediolańską noc, starał się wyłączyć myślenie. Szybko przejechał obok Enrico, przemyśl to jeszcze!!! i parę minut później był na pogotowiu.

Przed drzwiami OIOM-u siedziała Maria Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, przez przyjaciół z Chimbote zwana Pitą, która raz po raz zalewała się łzami. Gdy tylko go zobaczyła, podbiegła do niego.

– Bliski śmierci! – powtarzała. – Bliski śmierci!

Tylko że bliski śmierci był już od lat: jak mogła tego nie rozumieć?

– Uspokój się – powiedział Nemo. – Opowiedz dokładnie.

Kobieta była zbyt poruszona, by mówić z sensem, ale wśród szlochów zaprowadziła go do oddziałowej. Udar niemal całkowicie zatrzymał dopływ krwi do mózgu, wyjaśniła kobieta.

– Niemal całkowicie – zaszlochał Nemo.

Nie wychwytując w tym szlochu radosnego tonu, oddziałowa uśmiechnęła się do niego ciepło.

– Jego żywotność jest wciąż zaskakująca. Mamy dużą nadzieję, że wybudzi się ze śpiączki. Oczywiście wiek mu nie pomaga, nie mówiąc o cukrzycy – westchnęła. – Ale głowa do góry!

Burmistrzowi założono na przedramieniu ortezę i wypisano go ze szpitala. Maria Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, przez przyjaciół z Ayacucho zwana Pitą, znów zaczęła szlochać, zaś Nemo rozważał paradoksalność sytuacji. Jego ojciec stał się tym, czym w jego myślach był już od wielu lat: niemym ciałem, które upiera się, by oddychać.

Krok po kroku nasz tercet dotarł do drzwi izolatki.

Dziesięć lat pustki, trzydzieści obojętności, sto życia: wszystko to w ciszy spoczywało za progiem.

Oddziałowa podała mu fartuch i maskę na twarz. Nemo położył rękę na klamce i otworzył drzwi.

Ten gest przypomniał mu scenę sprzed lat. Był dzieciakiem. Drzwi do atelier – które ojciec nazywał jednak, co oczywiste, pracownią – były zawsze zamknięte, aby pomóc artyście w koncentracji. Pewnego popołudnia Nemo, radosny z powodu, którego już nie pamiętał, niespodziewanie wtargnął do środka.

A potem?

Mgła.

Jednak od tamtej pory tamten próg stał się czymś więcej niż tylko barierą. Stał się niemal symbolem. Aż w końcu Nemo, jak to się mówi, trzasnął drzwiami i opuścił dom na zawsze.

Podszedł teraz bliżej i stanął obok łóżka. Dwudziesty Wiek sprawiał wrażenie pogrążonego w szczęśliwym śnie.

Mógł coś zrobić albo powiedzieć?

Nie, nic.

Rozejrzał się. Na krześle spoczywały troskliwie złożone ubrania. Na kanapie leżała torebka Marii Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, przez przyjaciół z Chachapoyas zwanej Pitą. Trochę kwiatów. Nemo przyjrzał się im i zauważył bukiet od partii marksistowsko-leninowskiej. Otworzył dołączony bilecik, na którym napisano: „Czy moglibyśmy dostać z powrotem czerwony gałganek?”.

Jego spojrzenie padło na kosz z papierowymi odpadkami. Coś dziwnego przykuło jego uwagę. Wyglądało jak krążek albo pasek.

Schylił się i wyciągnął to ze środka.

Nie, to była korona z uroczystości, diadem z masy papierowej, którym uczniowie udekorowali głowę mistrza i który później Maria Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, przez przyjaciół z Tarapoto zwana Pitą, w zamieszaniu wyrzuciła do kosza.

Instynktownie wsunął sobie koronę pod marynarkę i wyszedł, nie odzywając się słowem do pogrążonego w śpiączce pacjenta.

Przed salą gospodyni-małżonka patrzyła w próżnię. Gdy tylko go zobaczyła, rozszlochała się znowu.

– Nie ma potrzeby – powiedział.

– ¿Qué?

– Nie ma potrzeby płakać jak fontanna akurat wtedy, kiedy inni patrzą.

Z obrazy, a może po to, aby potwierdzić posłannictwo płaczki, Maria Asunción Consuelo de Guadalupe y Llorentes, zwana Pitą przez Nema (a w związku z tym począwszy od tego miejsca także przez nas), rozryczała się na dobre.

– Co teraz zrobisz? – zapytała Nema.

– Wracam do domu – odpowiedział. – Jutro muszę pracować.

– P r a c o w a ć?

– Trabajo, Pita, trabajo.

– Dla twojegocompadre to była radość.

– I dobrze. A dla mnie to przymus.

– Ale on jest bliski śmierci.

– Rozumiem, Pita, rozumiem! – Westchnął. – Wrócę tu jutro.

Przypadła mu rola skauta, syna marnotrawnego, strażnika czuwającego nad nieobecnymi ojcami. Udręka Nema stawała się z każdą chwilą silniejsza: nie był przygotowany na coś takiego. Na dodatek czuł, jak pod marynarką rozchodzi mu się dokuczliwe ciepło: prawdopodobnie typowa reakcja na odkręcone na pełny regulator szpitalne ogrzewanie, które wysusza śluzówkę i skórę pod pachami.

Pożegnał się z Pitą, a gdy był już na zewnątrz, otulił się marynarką i poszedł do Rosynanta. Rozpiął łańcuch i odwrócił się, by spojrzeć na fasadę szpitala. Próbował się domyślić, które z oświetlonych okien należy do pogrążonego w komie stulecia. Wybrał pierwsze z brzegu i zignorował je.

Wrócił do domu, ściągnął marynarkę i położył koronę na stoliku nocnym. Usiadł i starał się pooglądać telewizję, ale natychmiast się znudził. Z powrotem zaczął się przypatrywać koronie.

Wziął ją i zważył w dłoni. Była dość prosta, ale realistycznie wykonana. Dzieci z podstawówki przyłożyły się do pracy. Na koronie widniał napis: „Jeszcze sto takich królewskich lat!”. Nemo założył ją sobie na głowę, by sprawdzić, czy pasuje.

Idealna, pomyślał z nieco zażenowanym uśmiechem.

Natychmiast ją zdjął. Nigdy dotąd nie zazdrościł ojcu, tym bardziej nie zacznie mu zazdrościć w tej chwili. Poza tym korona odbiła mu dziwny otok na głowie.

Rozmasował skronie. Jego wiarą była monotonia, a ten dzień przeżył jak heretyk.

Tym bardziej należało wsunąć się pod kołdrę i zakończyć go.

Poczuł koszmarne odrętwienie w ciemności, pulsujący ból głowy. To z winy przeterminowanego relanium czy Mahariśiego Gradeśa? Zmęczenia czy wiadomości o ojcu? – zastanawiał się, zasypiając. Może miał gorączkę? Wiercił się na łóżku, zlany zimnym potem. Zaczął zadawać sobie absurdalne pytania: Czy twój ojciec umrze? A może już umarł? Czy nie jest martwy od lat? Nie czujesz, jak biegnie czas? Nie wiesz, kiedy się urodziłeś? Gdzie idziesz, kiedy się rodzisz? W ogóle się urodziłeś?

Urodziłeś

Sie

e

eee

e

1

Siup!

Bez historycznej winy, choć obciążony winą historii, Nemesio gotował się w sosie własnym.

Miał wrażenie, że tonie à rebours. Wody odeszły, odsączone przez wsysający wszystko wir, z niewielką dozą fantazji nazywany „życiem”, i zaczął łapać powietrze. Ta tajemnicza siła  c h c i a ł a  go iwzywała. Na końcu tunelu było światło, ale bardziej niż zaświaty przypominało szary poranek w Mediolanie pod koniec dziewiętnastego stulecia. Ponadto szpara dzieląca go od światła – lepka i przyprawiająca o mdłości, chociaż na resztę szczegółów nie zwracał uwagi – była maleńka: mam się wykluć  p r z e z   t o?

Nemesio wykonał ostatnią próbę wyswobodzenia się z malstromu, który pochłaniał go niczym bohatera przerażającej opowieści morskiej, a potem poddał się oczywistości: wielbłąd przejdzie przez ucho igielne.

Spróbował krzyknąć, ale oddech uwiązł mu w gardle, jak gdyby zakrztusił się całym stuleciem.

Światło.

Nemesio otworzył usta w ogromnym ziewnięciu.

– Proszę pani, nie żyje.

W rzeczywistości był tylko oszołomiony.

Od tej chwili przez jakieś dwa kolejne lata Nemesio nie robił niczego innego poza ziewaniem. Żadnego płaczu. Tylko nuda. Kołysanie, przełykanie: ta rutyna zwyciężyłaby nawet dorosłego, a co dopiero oseska.

I sranie.

Pośród przyczyn otępiałej udręki okazywanej od samego początku przez niemowlę niepoślednią rolę odgrywało to, że stało się swego rodzaju depuratorem na opak. Żegnaj, edeniczna czystości: począwszy od mleka i papek przygotowywanych w starej kuchni rodzinnej rezydencji w Mediolanie, a skończywszy na krystalicznej wodzie pochodzącej z pobliskich Alp, maleńka istotka potrafiła przemienić wszelką piękną rzecz w gówno.

I to w jakie gówno!

Tak dalece przodował w tej dyscyplinie, że przez długi czas miał wrażenie, iż urodził się po to, by pracować jako filtr, jako zaprojektowana przez alchemika z zamiłowaniem do paradoksu maszyna do produkcji kamienia filozoficznego à rebours.

Kiedy nie pochłaniało go gównoróbstwo, Nemesio medytował nad nudą. Przede wszystkim nad tym, że inni są nudni.

Z początku byli zaniepokojeni.

– Wcale nie płacze – niepokoiła się matka, Nora.

– Zmęczony jak nie przymierzając wskrzeszony Łazarz – mruczał ojciec, Augusto.

Później jednak jego ziewnięcie rozszerzyło się niczym koncentryczne fale po plum kamienia wrzuconego do wody – a może po prostu niczym ziewnięcie. Faktem jest, że cały dom zapadł w nieprzezwyciężone odrętwienie.

Rodzina Vitich deklinowała się według dwóch wzorców: Nory i Augusta.

Ona pochodziła ze skromnej miejscowości położonej nad brzegami jeziora Garda, gdzie urodziła się i wychowała w skromnej rodzinie o skromnych korzeniach i gdzie mediolańska rodzina Augusta – bynajmniej nie skromna – posiadała wielką willę, w której lubiła spędzać wakacje. Oboje wpadli na siebie na mieście. Dosłownie wpadli. On spacerował z opuszczonym wzrokiem, ona spacerowała roztargniona, aż w końcu wpadli na siebie. Jeden, dwa, trzy razy – przypadek? – aż wreszcie poczuli się w obowiązku nie tyle zwrócić się do siebie słowem, na to było zbyt wcześnie, ale przynajmniej skinieniem głowy. W przyszłości ich uściski zachowają tę samą cechę: po przypadkowym zetknięciu na środku łóżka będzie następowało mamrotanie przeprosin ze strony Augusta.

Ten milczący zamyślony inżynier zafascynował Norę. Dziewczyna kochała operę, a w Mediolanie była słynna La Scala, tylko parę kroków od domu tego pana. Skłonna do fantazjowania, wyobraziła sobie, że za jego milczeniem kryje się niezwykła wrażliwość albo przynajmniej jakaś tajemnica. Kiedy od skinienia głowy przeszli do rzeczownika, od rzeczownika do czasownika, od czasownika do dopełnienia bliższego, krótko mówiąc, kiedy zaczęli ze sobą rozmawiać, tajemnicę, jeśli to w ogóle możliwe, skrył jeszcze większy mrok, ponieważ Augusto był po prostu lakoniczny. Zbyt późno, wiele lat po ich pierwszym spotkaniu, któregoś fatalnego popołudnia dokonało się fiat lux i Nora zrozumiała, że żadnej tajemnicy nie było, chyba tylko w jej skromnym umyśle skromnej kobiety; jednak w owym czasie zwyciężyła ciekawość. Podczas jednego z tych letnich wpadnięć na siebie duszny upał rozgrzał lędźwie Augusta, który upewniwszy się, że sprawa nie będzie źle widziana przez obie rodziny, dokonał aktu iście heroicznego jak na milczącego i zamkniętego w sobie człowieka, mianowicie poprosił ją nieskromnie o rękę.

W odpowiedzi padło skromne „tak”.

Porzuciwszy jezioro dla tajemnicy, Nora z początku czuła się radośnie pokrzepiona posępnością Augusta, który zdawał się nie żywić żadnych wątpliwości co do świata.

Podczas podróży poślubnej, o wspaniałym zachodzie słońca na sorrentyńskiej riwierze, kiedy Nora odwróciła się do świeżo poślubionego małżonka z nadzieją, że usłyszy od niego jakieś efektowne zdanie, on westchnął, otworzył usta i szepnął, że murek się kruszy, bo dali za mało wapna.

– Widzisz?

Zdanie może nie było poetyczne, ale Nora uznała je za pokrzepiające.

Cogito, ergo non sum: oto było motto Augusta. Świadomość jest nieprzyjaciółką faktów, a fakty były jedyną wiedzą, którą czuł, że posiada. W Mediolanie praca była religią, a zysk zbawieniem. Kiedy nie żył w fabryce, nie żył wcale. Albo żył połowicznie, z sercem nostalgicznie zwróconym ku łoskotowi słyszanemu teraz przez cudze uszy, ku cudzym przygarbionym plecom i osmalonym twarzom.

– Praca to życie – zwykł mówić. Nawet jeśli dla innych była rodzajem śmierci.

Każdego dnia ojciec korzystał z nowo otwartej linii tramwajowej łączącej Mediolan z Monzą i wracał do domu późnym wieczorem, wykręcając się od picia campari w Galerii Wiktora Emmanuela. Był sztywny i mrukliwy. Dorastając, Nemesio będzie poznawał doświadczalnie ojcowską surowość, na przykład wtedy, kiedy wieczorem zostawi chleb na stole i rano znajdzie go na swoim talerzu z cyferką wypisaną na każdym zostawionym okruchu, by mógł je dokładnie policzyć.

Po latach, w odpowiedzi na ten religijny kult rygorystycznej surowości, pełną dewocji cześć wobec faktów, pobożne praktykowanie rzeczologii, Nemesio zacznie nazywać go Ojciec Augusto.

Właśnie owa twardość zarysowała skromną skorupkę Nory. Nie chcąc wskazywać męża jako przyczyny swego niezadowolenia, kobieta skłaniała się do rozładowywania napięcia na zewnątrz: wszystkie przyjaciółki miały już przynajmniej sześcioro dzieci, ona ani jednego. One mówiły po francusku, a jej wyrywały się wciąż słowa w dialekcie. One potrafiły wybrać elegancki kapelusz, a ona zapominała go założyć, kiedy w słoneczne dni wychodziła z domu na spacer do parku Sempione.

– Nie czuję się na siłach – mówiła wieczorem do pochrapywania Augusta.

– Nie zadręczaj się – odpowiadały pochrapywania. – Dziecko się pojawi.

– Wierzysz w to?

– Taaaaak.

Nora przeżyła siedem poronień, dwanaście martwych urodzeń, jedną ciążę urojoną, śmierć dwadzieściorga niemowląt zmarłych przed ukończeniem roku, tudzież jedno straszliwe przeziębienie.

To ostatnie ją zniszczyło.

By rzec szczerze, nie znajdowała pocieszenia nawet w żałobie i po ostatecznej próbie spłodzenia dziecka, nareszcie udanej, obecność Nemesia okazała się tak niedostrzegalna, że w gruncie rzeczy nieistotna.

Nora wolałaby płacze, chaos, homeryckie czkawki. A tymczasem miała rozbrajające milczenie.

Dom zapadł w letarg.

Hipnotyczny gest, którym jego matka poruszała drewnianą kołyską – „Wykonana w 1895 roku” głosił napis wyryty wewnątrz, choć Nora starała się zakryć go brzegiem kołderki, bo przypominał jej dziecko (córkę czy syna? w tej chwili już nie pamiętała) utracone cztery lata wcześniej – był tak skuteczny, że niemal zawsze sama zasypiała, chrapiąc donośnie, a Nemesio zostawał bez towarzystwa.

Kiedy matka posapywała i pocharkiwała, Nemesio wpatrywał się w stiuki na suficie i kryształowe wazony, podziwiał ewolucje kurzu unoszącego się w świetle padającym przez obszerne okna, wypuszczał nosem ogromne bańki. Któregoś popołudnia jedna z jego produkcji oderwała się od nosa i zaczęła unosić się nad kołyską. Musnęła policzek matki, która burczała coś przez sen, wywołując śmiech Nemesia, potem uniosła się do kryształowego żyrandola. Połyskująca powierzchnia śluzowej bańki odbijała sztućce na stole nakrytym do obiadu, świece, obraz przedstawiający dalekiego krewnego, ciężkie zasłony, pogrążony w ciszy obszerny salon. Bańka zawahała się, następnie wykorzystała lekki prąd powietrza, pozwoliła się przenieść do otwartego okna i odbijając promień świała prosto w zamglone oczy Nemesia, wypłynęła na ulice centrum Mediolanu pełne chaotycznego ruchu powozów, dwóch albo trzech zapewne, który wywołał na chodnikach ożywioną dyskusję o ulicznych korkach nie do wytrzymania.

– Jeśli tak dalej pójdzie, czym to się skończy? – dopytywał się znajomy ojca Nemesia wracający z fabryki.

– Szaleństwo – odpowiadał Augusto. – Czy to możliwe, że któregoś dnia wszyscy będziemy mieli własne lando?

Bańka uniosła się nad słomianym kapeluszem ojca Nemesia, znieruchomiała na chwilę na spacerowej lasce starego notariusza mizeroty i pożeglowała nad prześliczny kapelusik przechadzającej się damy.

Wreszcie podmuch pognał ją prosto przed oczy małej dziewczynki: zachwycona wyciągnęła do niej rękę i kiedy zobaczyła, jak bańka pęka, zalała się łzami.

Była to pierwsza kobieta, która płakała przez Nemesia, ale bynajmniej nie ostatnia.

Z wolna malec zaczął dawać znaki jeśli nie żywotności, to przynajmniej życia.

Pierwsza dostrzegła je mamka. I doświadczyła ich na własnej skórze. Dość już posunięta w latach i przyzwyczajona do różnego typu karmienia, odkryła, że nigdy jeszcze nie miała do czynienia z tak żarłoczną buzią.

– Cäl fiulìn non è quieto. Ten synek nie jest wcale spokojny – orzekła w dialekcie pawijskim. – On tylko się nudzi.

Bezczynność ciała – krzepka pogoda ducha, zdrowy spokój – znajdowała rekompensatę we frenetycznej aktywności małych ustek, gdyż mamka po każdym karmieniu padała z wyczerpania.

– Äm cav’äl fià. Brak mi tchu – mówiła wstrząśnięta, poprawiając bluzkę. – To nie są usta, tylko pazury.

Dręczona przez niemowlęce dziąsełka, kobieta postanowiła zakończyć karierę i zachować to, co jeszcze zostało ze zmaltretowanych brodawek. Kiedy się z nim żegnała, ostrożnie gładząc go po głowie, odniosła wrażenie, że niemowlak lubieżnie się oblizuje. Kobieta szybko cofnęła rękę, poprawiła guzik u bluzki i wzięła odprawę.

– Diàul! Diabeł!

Nemesio zaczynał stawiać pierwsze kroki w roli giganta dwudziestego wieku.

Inicjacja #1

Czas biegł i po serii rozmów rekrutacyjnych postanowiono przyjąć nową mamkę, Agnese zwaną Gnesa. Dziewczyna, jowialna Kalabryjka o oliwkowej karnacji, obdarzona ciałem, które Augusto – tak aby Nora nie zrozumiała, co ma na myśli – określił jako „żyzne”, wzięła się do dzieła i udało jej się odstawić małego: od piersi, dzieciństwa i otępienia, ofiarowując mu ognistość, która będzie trwać przez sto długich lat. Dom obudził się do życia: dziewczyna wyglądała tak kwitnąco, że skorzystało na tym również życie Augusta i Nory, rozbudzając to, co miłość małżeńska oraz liczne ciąże uśpiły: wieczorami znów zaczęli czytać z większą niż dotąd żarliwością. On – tygodnik „L’illustrazione italiana”, ona – powieści, którymi zaspokajała swoje pragnienie romantycznej miłości. Już za pierwszym razem, kiedy Nemesio wziął brodawkę do ust, Gnesa zaczęła śmiać się z zadowoleniem, jakby właśnie tam miała łaskotki. Czegoś takiego się nie spodziewała. Odtąd ilekroć małe ustka zamykały się wokół brodawki sutkowej, dziewczyna przewracała oczami i wzdychała, chichocząc. Przyciskała wówczas główkę Nemesia do piersi z takim zdecydowaniem, że nasz niemowlak zaczynał łapać powietrze, bulgotać, szarpać się i wylewać przy tym sporą część mleka kącikami ust. Dłoń mocarna niczym obcęgi cisnęła z siłą proporcjonalną do siły ssącej żuchwy małego, niebezpiecznie zbliżając się do granicy, której przekroczenie zdruzgotałoby mu ciemię. Niekiedy wyglądało to tak, jakby to Nemesio karmił mamkę, a nie na odwrót. Dzięki tej wzajemnej inicjacji dziecko intuicyjnie zrozumiało, że śmiech jest oznaką przyjemności. To na ustach nauczył się, jak cudownym uczuciem jest zaspokajanie kobiety. Rodzice dla przyzwoitości odwracali wzrok.

Przebudzone z refleksyjnego otępienia dziecko zaczęło – zgodnie z oczekiwaniami matki – płakać po nocach i męczyć ją tak, tak że nareszcie mogła użalać się do przyjaciółek i narzekać na macierzyństwo.

– Nie daje mi spokoju ta zaraza.

Potężny cycek mamki zadziałał nie tyle wzmacniająco, ile podniecająco. Zdawało się, że Nemesia posiadł duch nieczysty. Jedynie twarz dziewczyny, kiedy wkładała wtyczkę swojego sutka do gniazdka ust dzieciny, uspokajała jego wściekłość. Doszło do tego, że zaczął odmawiać przyjmowania jakiegokolwiek innego pokarmu. Koniec z pokrojonym jabłuszkiem i ziemniaczanym purée: jego wiarą i wiernością był cycek. Wpływ kalabryjskiej mamki był tak ogromny, że pierwszym wypowiedzianym przez malca słowem było ’nduja5. Kult sutka rozwinął się tak dalece, że zaczął o niego wołać także wtedy, kiedy nie miał apetytu.

Skrajność apatii przeszła w skrajne podniecenie.

– Wielkie nieba, Augusto! – wybuchła w końcu Nora. – Mnie to wygląda na uzależnienie.

Decyzję o oddaleniu Gnesy przyspieszyły także ukradkowe spojrzenia rzucane przez męża na niepokojące uściski dziecka i dziewczyny. Wyobraźnia podpowiadała Norze, że gdyby dziewczynie zostawiono wolną rękę, wykarmiłaby także Augusta, przychodzących z wizytą gości, portiera, dorożkarza, a nawet ją samą.

Matka Nemesia poleciła dziewczynę zaprzyjaźnionemu małżeństwu i pomodliła się za nie.

Jak można było przewidzieć, Nemesio nie przyjął z zadowoleniem odprawienia dziewczyny i ekscesy się wzmogły. Kiedy przyszła w odwiedziny stara ciotka i na jeden przeklęty moment straciła czujność, odwracając się do maleństwa plecami („Jakiż cudny mały aniołek, Noro”), ono natychmiast sfalsyfikowało opinię, zatapiając mleczaki w jej łydce. Następnym narzędziem jego furii stał się dziecięcy bączek. Obiekt sam w sobie pozbawiony wielkiej wartości, został rzucony przez aspirującego procarza z milimetrową precyzją w wazon właśnie dlatego ustawiony wysoko, poza zasięgiem malca, by uchronić go od zniszczenia. Cenne naczynie, owoc egzotycznej podróży Ojca Augusta aż do antykwariatu położonego na drugim końcu Mediolanu, zachybotało na oczach siedzących na kanapie oniemiałych rodziców i z brzękiem rozprysło się na podłodze ku euforycznej radości pociechy. Pozbawionego wszelkiej możliwości wyrządzania dalszych szkód Nemesia matka zastała przy czynności walenia się wielką chochlą po głowie z autoagresywnym impetem.

Tego już było za wiele.

Czy nie należałoby wezwać lekarza?

– Lekarza? To może nie wystarczyć. Niedaleko stąd, w Turynie, mieszka mnóstwo satanistów i uzdrowicieli – skomentował Augusto, przeglądając gazetę. – Czytałem o triumfalnym tournée po całej Europie słynnego medium, niejakiej Eusculapii Pallavino. Gdyby była w okolicy, moglibyśmy zabrać go do niej, żeby otrzymał bezbożne błogosławieństwo.

– Przestań żartować – powiedział Nora, natychmiast gryząc się w język (to się nigdy dotąd nie zdarzyło, dlaczego miałaby go zniechęcać?).

– Z reguły kiedy żartuję, nie mówię poważnie – odparł Augusto, wypowiadając tautologię, która jego pierwszego zdezorientowała. – A tak poza tym, to stryj Minervino zatrzyma się u nas przez jakiś czas.

– À propos bezbożników.

Wynalazca naiwniak, przesądny wyznawca nauki, alchemik samouk, całe życie mieszkający nad jeziorem stryj Minervino miał kłopoty. By rzec całą prawdę, nie był też żadnym stryjem, lecz synem zarządcy posiadłości.

– Jedno skrzydło willi spłonęło – wyjaśnił niewzruszony Augusto. – Pożar wybuchł w jego laboratorium.

– No popatrz – skomentowała Nora nie bez ironii.

– Na razie zostanie w mieście. Przez ten czas zrobimy porządek w domu nad jeziorem.

– Jak długo się zatrzyma?

– Jeszcze nie wiem. Kiedy poruszyłem temat, zapytał, czy jako haruspik ma powróżyć z wnętrzności jedynej kozy, która uratowała się z pożaru. Postanowiłem ją ocalić.

Urodzony na wsi stryj za młodu pasał krowy. Już wtedy, jak utrzymywał, doznał pierwszych epifanii, kojarząc pokarm przeżuwany przez krowy z pojęciem nieskończoności potencjalnej zgłębianym przez filozofów już od czasów Melitosa z Samos. Państwo z Mediolanu wysłali go do szkół, a on zagłębił się w logikę i filozofię, paląc się wręcz do studiów – trudno o trafniejszą charakterystykę człowieka codziennie emitującego z siebie niebywałą wręcz ilość gazów jelitowych – i w niebywałym tempie przechodząc od posady zwykłego nauczyciela do stanowiska kierownika Katedry Filozofii Nauk na mediolańskim uniwersytecie. W końcu zapadł na wyczerpanie nerwowe i poświęcił się dziwacznym eksperymentom. Wrócił do swojej chatyny stojącej obok willi, uganiając się za każdą możliwą ekscentrycznością, jakby była boskim, a raczej darwinistycznym objawieniem.

Nora przyjęła wiadomość z obojętnością, którą zachowywała dla każdego rodzaju nowości. Jej największym strapieniem było dziecko, które kalabryjska mamka otwarła niczym puszkę Pandory. Podczas popołudniowych wyjść do parku, kiedy wściekłość z powodu niezaspokojonej tęsknoty za sutkiem Nemesio przelewał na nieszczęsne jaszczurki, matka z nostalgią wspominała dawniejsze ziewanie noworodka.

A potem zdarzył się cud.

Był późny wieczór, najgorszy moment dnia, godzina, o której agresywność Nemesia, zmieniającego swoje łóżeczko w scenę, a udręczoną matkę w najuważniejszą widownię, przekraczała punkt krytyczny. Jak co dnia niebożę nie chciało słyszeć o zamknięciu powiek. Siedząca przy nim w półmroku sypialni Nora próbowała najpierw uśpić syna bajką, potem zaśpiewała mu wiejską kołysankę, cztery pieśni Schuberta oraz całą arię Madre, pietosa vergine ze sceny piątej aktu drugiego opery Verdiego Moc przeznaczenia.

Na nic.

Przez chwilę rozważała, czy nie byłoby najwłaściwiej włożyć mu w rękę chochlę, którą okładał był się po czerepie, i oddać sprawę w ręce losu, potem jednak przestraszyła się swej nieszczęsnej myśli. Przypomniała sobie, że kiedy była dziewczynką, opowiadano jej różne legendy o potworach, które przyjdą ją porwać, jeśli nie zaśnie. Wtedy mała Nora posłusznie zasypiała ze strachami schowanymi pod poduszką.

Należało spróbować.

Zaczęła opowiadać historię o Babau, potworze o zdeformowanej czaszce i zużytych zębach, który polował na złe dzieci. Nemesio sprawiał wrażenie coraz bardziej zainteresowanego i sama Nora, może wprawiona w nastrój przez panujący półmrok, a może zaczarowana własnym szeptem, poczęła odczuwać lekki dreszcz przerażenia. Gdyby opowiadała tak dalej i z takim samym przekonaniem, mogłaby przyprawić o bezsenność nie tylko syna, ale i samą siebie.

– Babau paskudnie się szczerzy, ma trujący oddech i krzywe pazury… – szeptała Nora, cała w roli. – Przybywa w nocy, zgarbiony i złośliwy, by zaskoczyć od tyłu złe dzieci i… rozerwać je na strzępy!

Autosugestia była tak silna, aż wydało się jej, że dostrzega w blasku świec tajemnicze widziadło. Cień zakrzywionych pazurów i rozwichrzonych włosów migotał na ścianie.

Za plecami poczuła oddech, skrzypnięcie,  c o ś.  Piekielny odór, to na pewno.

Nemesio wyciągnął paluszek i wskazał na to coś za plecami Nory.

– Babau! – zawołał.

Nora odwróciła się i jej oczom ukazał się potwór rodem z piekielnej otchłani.

– Wybacz mi, moja droga – powiedział Augusto, kiedy Nora wróciła do zmysłów po zaaplikowaniu jej soli trzeźwiących. – Sądziłem, że uprzedzałem cię o rychłym przyjeździe stryja.

Niemal całkowicie łysy, jeśli nie liczyć kosmyka włosów, który buntowniczo spływał mu z czoła na twarz – twierdził, że kędzior ma korzenie w przysadce mózgowej i dlatego jest odpowiedzialny za jego równowagę psychiczną (albo jej brak) – stryj Minervino miał gęstą siwą brodę o żółtawym odcieniu, łączącą się z wiankiem włosów okalających łysą czaszkę, tworząc wspólnie z nim rodzaj okropnej kryzy. Rezultatem był w połowie łysy, w połowie owłosiony przedstawiciel zoologii fantastycznej, hircocervus – ćwierć człowiek, ćwierć świnia, ćwierć jeleń, ćwierć osioł – o żółtych zębach, unoszący się nad kołyską z wyciągniętymi dłońmi o długich zakrzywionych paznokciach.

Tego widoku Nora nie wytrzymała.

– Twoja reakcja wydaje mi się przesadzona – upomniał ją potem Augusto.

Należało przyznać, że nie licząc ziemi za paznokciami rosnącymi swobodnie od wielu lat, nie licząc ciężkiego brzucha i gnomowatej statury, nie licząc łysej głowy z przetłuszczonym kosmykiem na czole, nie licząc długiej zmierzwionej brody à la Lew Tołstoj, w której gnieździły się kawałki tego, co pochłaniał przy stole, nie licząc szkieł grubych jak denko musztardówki, nie licząc żółtawej twarzy i orlego nosa, nie licząc spiczastych zębów i rąk jak łopaty, tak zrogowaciałych, że sprawiały wrażenie zrobionych z granitu, nie licząc nieopisanego fetoru wydobywającego się z każdego zakamarka ciała, nie licząc patologicznych wzdęć i gazów, nie licząc zeza, nie licząc czarnej krawatki, w której pozował na anarchistę, i fioletowych skarpetek, które nosił z racji nie wiedzieć jakiego mistycznego znaczenia tego koloru, stryj był uroczym człowiekiem.

Pojawił się z obezwładniającą liczbą bagaży.

– Niestety udało mi się uratować jedynie najpotrzebniejsze rzeczy – przyznał, widząc oszołomione spojrzenia Nory i Augusta. – Przeklęty pożar, nie wiem, jak to się mogło stać.

– Bóg tak chciał? – podsunęła Nora.

– Właśnie. W połączeniu z fenomenem chemicznym silnego utleniania egzotermicznego, które dokonuje się między paliwem a tlenem z towarzyszeniem intensywnej manifestacji świetlnej oraz wydzielaniem ciepła… – odparł stryjek.

I tak oto się rozgościł.

Nazywał się Minervino, ale dla Nemesia pozostał na zawsze stryjem Babau. I niespodzianka: okazał się lekarstwem na swawole dzieciaka.

Nemesio uznał, że jest zabawny.

Ze wzajemnością.

Stryj odsłaniał spiczaste zęby wampira i biegał za nim po mrocznych korytarzach domu. Łazienkę nazywał „jednostką prostatyczną”, a gdy ktoś z niego podrwiwał, pytał: „Robisz mnie w ciało jamiste?”. Przedstawiał nieprawdopodobne koncepcje, jak choćby teorię o przyczynach dojmującego chłodu w Mediolanie: był oto przekonany, że swego czasu Alpy chroniły miasto, zaś Napoleon, otwierając szlak komunikacyjny przez przełęcz Simplon, dał jednocześnie wolną drogę lodowatym wiatrom. Stryj łączył, rozkładał na czynniki pierwsze, kalkulował. I pierdział wniebogłosy, co wywoływało radość przyzwyczajonego do domowej pruderii Nemesia, który przecież swego czasu, jeszcze w pieluchach, był nie byle jakim gównorobem. Za każdym razem gdy stryjek popuszczał bąka, Augusto karał psa (w rezultacie wystarczył jakikolwiek cichy szelest, by stworzenie uciekało ze skowytem). Zabawy się przedłużały, a Nemesio zaczął podejrzewać, że dla stryja Babau spędzanie czasu z bratankiem stanowi całkim wygodne alibi, by uwolnić się od skutków wzdęć bez konieczności zdawania z tego sprawy wobec dorosłych.