Wydawca: Czarno na białym Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 332 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stefania. Szczęśliwy powrót Trędowatej - Anna Rohóczanka

Opowieść o niszczącej sile zdrady, oszustwa, nienawiści i... triumfie miłości. Pierwsza część sagi rodu Michorowskich – kontynuacja TRĘDOWATEJ Heleny Mniszkówny.

Autorka (dziennikarka i pisarka) Anna Rohóczanka podczas pobytu na Ukrainie natrafiła na tajemniczy pamiętnik... Poznała prawdziwą historię miłości Stefci Rudeckiej i Waldemara Michorowskiego, bohaterów uwiecznionych na kartach romansu wszech czasów „Trędowata” Heleny Mniszkówny. Znana wszystkim tragiczna i przejmująca historia ordynata i guwernantki ma inne – zaskakujące zakończenie.

Opinie o ebooku Stefania. Szczęśliwy powrót Trędowatej - Anna Rohóczanka

Fragment ebooka Stefania. Szczęśliwy powrót Trędowatej - Anna Rohóczanka

Redaktor prowadzący: LONGINA STASIAK
Redakcja: BEATA MRÓZ
Korekta: HALINA OTCETEN
Koncepcja graficzna: DONATA CIEŚLIK
Skład i łamanie: ANDRZEJ GUMULAK
Zdjęcie na okładce: shutterstock.com
Copyright © by Anna Rohóczanka, 2013 Copyright © by Wydawnictwo Czarno na białym, Warszawa 2013
Wydanie pierwsze elektroniczne
Warszawa 2013
ISBN 978-83-64374-04-3
Wydawnictwo Czarno na białym ul. 1 Sierpnia 28/48, 02-134 Warszawa e-mail: redakcja@wydawnictwocnb.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwocnb.pl
Konwersja: eLitera s.c.
O Autorce

Anna Rohóczanka – to pseudonim literacki Ewy Gronowskiej, publicystki i reporterki. Urodziła się w 1950 roku w Warszawie. Jest absolwentką germanistyki na UW. Pracowała w tygodnikach „Na przełaj”, „Kobieta i Życie”, „Halo”, „Pani domu” a także w Polskiej Agencji Interpress. Kilka lat tam spędzonych sprawiło, że jest lekko uzależniona od wszelkich programów informacyjnych. Mimo to twierdzi: „Jestem w stanie wyobrazić sobie życie bez radia i telewizji”. Bez książek nie: czyta zwykle dwie, trzy naraz, najchętniej fantasy, biografie i pamiętniki. Kocha konie oraz muzykę lat 60. i 70. Lubi kino. Ulubione filmy: „Rydwany ognia” i „Sugar Man”.

Foto: Agnieszka Paszyńska

Prolog

Śniła, że jest na balu. To był tamten bal w Głębowiczach i była przebrana za damę z czasów Dyrektoriatu. W różowej sukni, czarnym kapeluszu, z wielkimi strusimi piórami. Wyglądała ślicznie i wytwornie! Bujna fala loków w kolorze starego złota spływała jej na plecy. Waldemar trzymał ją w ramionach i płynęli po sali. Czuła się bezgranicznie szczęśliwa...

To jednak nie był tamten bal, bo przecież na jej palcu już lśnił zaręczynowy pierścionek. Tak, wkrótce miał się odbyć ich ślub i bal był pierwszym po pamiętnym wyjściu do opery wspólnym ich wystąpieniem w nowej roli narzeczonych. Paliły ją niemal zawistne spojrzenia upokorzonych wyborem Waldemara arystokratek. Czuła oczy nienawistne, coraz bardziej otaczający ją wzrok wzgardy. Czy zniesie to wszystko, czy pokona kiedykolwiek opór tej wyniosłej klasy, do której za sprawą miłości wtargnęła z impetem, jakiego się nie spodziewano? Zwykle bowiem takie romanse nie kończyły się w kościele, a jeśli nawet dochodziło już do związku, to nie było w nim tyle ostentacji. Siejąca zgorszenie para wyjeżdżała za granicę, gdzie ślub brała raczej po kryjomu i albo zostawała już tam na stałe, albo wracała po wielu latach, gdy skandal dawno przycichł, a towarzystwo zajęte było innymi sensacjami i aferami.

Nie o tym jednak w tej chwili śniła, to dopowiadała sobie wiele miesięcy później, na jawie, bo teraz – nadal we śnie – rozglądała się za Waldemarem. Ukochany nagle zniknął, ją otoczyły pięknie ubrane, ale krzywo uśmiechnięte damy, wśród nich hrabianka Barska, która jako jedyna nie próbowała nawet udawać, że się uśmiecha. Niepokój ścisnął jej serce. Znane od dawna twarze zaczęły się przemieniać w sępie dzioby, a upierścienione ręce – w pazury. Tylko twarz hrabianki nie uległa przerażającej przemianie, za to wykrzywiła się złośliwie.

Sępy rzuciły się na nią i zaczęły zrywać z niej sukienkę. Ręka hrabianki wyciągnęła się w stronę zaręczynowego pierścionka z brylantem, schwyciła go i zaczęła ściągać z palca.

– Nie, tylko nie pierścionek – chciała krzyknąć, ale głos odmówił posłuszeństwa. Szamotały się obie pośród damskiego kręgu, który zaciskał się wokół niej coraz bardziej dławiącą obręczą. Czuła już na sobie przyśpieszone
oddechy wszystkich wielkich pań z towarzystwa, stopniowo zamieniających się w nienawistne, żądne krwi zwierzęta gotowe rozerwać ją na strzępy, byleby tylko opuściła jak najprędzej ich stado. Już, już dosięgały szyi, gardła, ust i oczu, gdy z oddali usłyszała podniesiony głos Waldemara:

– A cóż to się tam u was dzieje, drogie panie?

Krąg dam rozstąpił się tak nagle, jak się zawiązał, a ona, na wpół zemdlona, wpadła w wyciągnięte, powstrzymujące ją przed upadkiem ręce ordynata.

...Obudziła się przerażona i zlana potem. Odruchowo podniosła dłoń do oczu. Pierścionek zniknął. Nie, to musi być sen. Gdzie w ogóle jest? Dlaczego tak tu ciemno? Oczy i głowa bolą. Z trudem może skupić myśli. To nie jest przecież jej panieński pokój w domu rodziców... Zaraz... ten dziwny ciasny pokoik z maleńkim zakratowanym okienkiem jest jej skądś znany...

Anna...

Tak, przyjechała do Anny. Chciała się z nią widzieć jeszcze przed ślubem.

Właściwie wezwała ją przełożona. Napisała, że jest źle. Anna zdaje się tracić zmysły, często nie wie, kim jest. Mówi o ślubie i narzeczonym.

Biedne dziecko – pisała zakonnica – tak bardzo tęskni za światem.

Tęskni za światem? Anna nigdy przed nią z tym się nie zdradziła. A przecież były sobie bliskie. Już jako małe dziewczynki przyrzekały, że nic ich nie rozdzieli.

Po raz pierwszy pozwolono jej wtedy wejść do celi Anny. Podczas wcześniejszych wizyt siedziały zwykle w rozmównicy lub spacerowały po ogrodzie. Dobrze, że nikt nie mógł słyszeć, jak świeckie były ich rozmowy. Anna wypytywała o wszystko, jej jednej mogła zwierzyć się z nadziei i niepokojów targających sercem.

Boże, jak się Anna ucieszyła, gdy usłyszała, że rodzina Waldemara, zmuszona przez niego, wyraziła wreszcie zgodę na ślub! Z jakim zachwytem czytała list babki Waldemara do rodziców.

Wtedy, gdy weszła do celi, Anna siedziała przy oknie, a słońce rozświetlało wspaniałe włosy. Dawno już nie widziała jej z odkrytą głową. Wyglądała ślicznie i pogodnie. Była taka jak zawsze. Tylko w oczach miała dziwny, trudny do określenia wyraz. Złośliwość i radość jednocześnie. Nie, to musiało się przewidzieć. Anna jest przecież taka dobra...

Piły ziołową herbatę, którą przełożona przysłała Annie na wzmocnienie. Potem... Dziewczyna wzdrygnęła się. Co było potem? Dlaczego leży tu, na łóżku Anny?

Sięgnęła ręką do czoła i dotknęła kompresu.

Czyżby zemdlała? Ale gdzie jest Anna?

– Anno – wyszeptała.

W odpowiedzi coś poruszyło się w kącie celi. Jakaś postać zbliżyła się do łóżka. Postać w habicie. Ale to nie była Anna, lecz nieznana starsza zakonnica.

– Potrzebujesz czegoś, moje dziecko? – spytała cichym, łagodnym głosem. – Może podać wody? Jak to dobrze, że nareszcie oprzytomniałaś. Matka przełożona i wszystkie siostry bardzo się o ciebie martwiły. Codziennie modlą się w twojej intencji – z serdecznym uśmiechem ciągnęła staruszka.

– Anna! Gdzie jest Anna?

– O kogo pytasz moje dziecko? Nie było tu żadnej Anny.

– Ach, tak? Myślałam o siostrze Małgorzacie! Gdzie ona jest?

Zakonnica patrzyła na nią w milczeniu. W oczach odmalował się niepokój, a potem żal i współczucie. Zdjęła ciepły już kompres i delikatnie położyła rękę na jej czole.

– Oprzytomnij, dziecko! Rozejrzyj się. Nie poznajesz swojej celi? A mnie? Przecież byłam dla ciebie jak matka... Siostra Anzelma. Nie pamiętasz?

Głos starej zakonnicy się dziwnie załamał, wargi poczęły szybko drgać, tak jakby za chwilę miała wybuchnąć cichym szlochem. Widać było, że jest bardzo przerażona i swoim prostym umysłem nie może pojąć, co też się stało.

Dziewczyna tymczasem patrzyła na nią coraz bardziej zdziwiona i na jej twarzy również zaczęło malować się przerażenie. Dopiero teraz zobaczyła, że ma na sobie szary habit. Dotknęła szyi. Perły – pierwszy podarunek Waldemara – zniknęły. W całym ciele poczuła dziwną słabość, myśli szaleńczo zawirowały, a potem ogarnął ją mrok. Nie słyszała już dzwonka, którym przerażona siostra Anzelma próbowała wezwać kogoś na pomoc...

Rozdział I

Głębowicze tonęły w światłach, a wokół rozlegały się dźwięki muzyki. Było wspaniale, jak za najlepszych czasów. Nawet drzewa w ogrodzie ozdobiono kolorowymi lampionami, stwarzając egzotyczny nastrój, który podniecał i poruszał zmysły wszystkich gości. Pomysł z lampionami i tlącymi się w rogach sali hinduskimi pachnidłami przywiózł z Indii daleki krewny Waldemara i choć był w majątku tylko raz, zostawił jednak tym pobytem tak niezatarte wrażenie, iż żaden miejscowy bal nie mógł się odbyć bez owej orientalnej oprawy. Szczególną zaś zwolenniczką pachnideł była oczywiście Lucia, jak gąbka chłonąca wszelkie nowinki ze świata, nic więc dziwnego, że prezentowane były teraz w olbrzymim wymiarze. Na dodatek zamówiono jeszcze ognie bengalskie, a poza tym całą moc rac świetlnych, które miały stanowić kulminację przyjęcia. Prawdę powiedziawszy, Lucia nie mogła się na nie doczekać, skrywała jednak niecierpliwość; nie wypadało przecież ujawniać niepoważnych dziewczyńskich zachcianek – ten bal czynił z niej panią domu, ordynatową ze wszech miar dorosłą i nie należało robić niczego, co nasunęłoby przypuszczenie, że jeszcze do dzisiejszego wydarzenia nie dojrzała.

Był to bowiem pierwszy bal wydawany przez młodego ordynata i jego świeżo poślubioną żonę. Czekali więc tego balu wszyscy, którzy mieli pewność, że zostaną zaproszeni. Arystokracja przybyła tłumnie, bo chciała zobaczyć, jak też sobie poradzi młoda gospodyni – córka baronowej Elzonowskiej, ciotki Waldemara, czyli – Lucia. Zwłaszcza że przyjaciele rodziny od dawna się o nią martwili. Panienka z takiego domu, z jej urodą i majątkiem, nie powinna tak stronić od mężczyzn. Po kątach salonów szeptano, że melancholia Luci jest spowodowana śmiercią panny Rudeckiej, narzeczonej byłego ordynata, o której nigdy nie zapomniał. I właśnie dlatego, że nie zamierzał się ożenić, przekazał ordynację kuzynowi. No i w sumie – jak plotkowano po salonach – Luci opłacała się ta nieprzystępność; została ordynatową.

A ten kuzyn... Oczy wszystkich obecnych odrywały się od niego tylko wtedy, gdy zwracały się na Waldemara. Obaj, choć na pierwszy rzut oka różni, byli jednak w nieuchwytny sposób podobni. Może to ten sam wyraz twarzy i ta sama pewność ruchów odznaczających się niedbałą elegancją, właściwą ludziom, którzy mają pewność, że są poza wszelkimi ocenami. Nie dbają o opinię ogółu, a i tak są tego ogółu bożyszczami. Arystokratyczne pochodzenie, majątek i energia sprawiają, że wszędzie tam, gdzie się pojawią, zajmują natychmiast i bez wysiłku z ich strony pierwsze miejsce. Ale przecież ten nowy kuzyn do niedawna żył niemal w ubóstwie, był karciarzem i hulaką. To Waldemar wyciągnął go z tego bagna, przywrócił nazwisku Michorowskich należną pozycję. Młody człowiek przystosował się jednak zadziwiająco szybko. Ot, co znaczy stara, dobra krew...

Waldemar miał świadomość, że goście bombardują Bohdana gradem krytycznych spojrzeń. On sam też zresztą często kierował wzrok w jego stronę, niespokojny, czy Bodzio poradzi sobie w nowej dla niego roli pana domu. Patrząc na smukłego, jasnowłosego kuzyna bez zarzutu prezentującego się w jasnym fraku, po raz pierwszy od dawna Waldemar poczuł radość i dumę. Widać było wyraźnie, że młody człowiek nie czuje się onieśmielony tłumem utytułowanych gości.

Waldemar przeniósł wzrok na Lucię. Dziewczyna w wydekoltowanej różowej sukni wyglądała przepięknie, a szczęście malujące się na twarzy dodawało jej jeszcze uroku.

Już nie wygląda jak westalka – pomyślał Waldemar i uśmiechnął się do siebie z lekkim odcieniem złośliwości, który szybko ustąpił miejsca uldze. Wreszcie był o nią spokojny. Jej nieopanowane, nieprzytomne niemal uczucie do niego minęło bez śladu. I całe szczęście! Nie mógł go przecież, mimo jej urody, odwzajemnić, wiedząc, że rana w jego sercu nigdy się nie zabliźni. W duszy jednak nadal sobie wyrzucał tę jedną, jedyną chwilę słabości, kiedy zmysły wzięły górę nad rozsądkiem i upojony pięknem letniej nocy, zapachem kwiatów i ciała Luci przycisnął usta do jej ust. Był moment, kiedy myślał, iż honor nakazuje mu prosić o jej rękę, choć miał świadomość, że nie kocha tej kobiety i że ten związek byłby dla niej tragedią. Bodzio potrafił jej to wytłumaczyć, pomógł zrozumieć, że uczucie do Waldemara było raczej pensjonarskim uwielbieniem kogoś, kto uosabiał bohatera ze snów, niż miłością...

Wzrok Waldemara znów spoczął na młodej parze wirującej teraz w rytm walca. Na smukłej szyi młodej ordynatowej lśnił naszyjnik z brylantów i szafirów. Waldemar poczuł nagły ból. Znów przypomniał sobie jeden ze szczęśliwszych dni w swoim życiu, gdy księżna Podhorecka zaprosiła Stefcię do siebie.

Oboje bali się tej wizyty, choć Waldemar nie przyznawał się narzeczonej do tego niepokoju – babka najdłużej sprzeciwiała się przecież ich małżeństwu. Waldemar obawiał się, że teraz będzie się starała wyszukać w Stefci nieistniejące wady. Stało się jednak inaczej. Urok Stefci całkowicie podbił serce księżnej. Nie znalazła w niej prawie nic do poprawienia, zrozumiała, że wybranka ukochanego wnuka potrafi sprostać nowemu stanowisku.

Któregoś dnia postanowiła pokazać dziewczynie rodzinne precjoza Michorowskich. Waldemar zaskoczył je w chwili, gdy staruszka wyciągała z szuflad właśnie brylanty ze szmaragdami, ulubione klejnoty matki Waldemara. Bawili się potem we troje, przymierzając Stefci coraz to inne drogocenne świecidełka, a on podarował jej dwa wspaniałe sznury pereł. Nie zważając na obecność babki, która udawała, że nic nie widzi, chwycił nagle Stefcię w ramiona i zaczął całować.

Zaczął całować...

Dziś czuł przy sobie jej ciało tak samo jak tamtego dnia. Czy to możliwe, żeby ktoś, kogo obecność tak bardzo przy sobie czujemy, nie żył?

Wtedy wyrwała mu się spłoszona i drżąca...

Jakże żywa jest w nim jeszcze ta miłość! Jej siła nie zmniejszyła się ani trochę. Postać Stefci, twarz, usta, niemal bez przerwy stoją mu przed oczami, dręczą po nocach. Czuje jej oddech, zapach włosów, przyśpieszone bicie serca. Tak bardzo realne są te sny... Czuje, że trzyma ją w ramionach, czuje smak pocałunków, czuje, że pogrążają się w sobie bez opamiętania, tak bliska jest ta chwila szczęścia. I nagle budzi się z rękami wypełnionymi pustką, niespełnionym sennym marzeniem. Samotność staje się niemal fizycznym bólem. Czuje się w życiu przegrany, choć przecież wokół jest tyle panien, które pragną dać mu to samo ciepło i miłosne ukojenie. Ale on odrzuca każdą możliwość, gdyż tamto uczucie było zbyt silne, tak wiele kosztowało ich oboje i tak wielką okazało się przegraną...

Rozmowa dobiegająca z zamkowej oranżerii przylegającej do sali balowej przykuła uwagę ordynata i brutalnie przerwała wspomnienia.

– Chciała ordynata i ma ordynata – usłyszał damski głos.

– Wszyscy widzieli, jak za nim szalała. Odrzucała najlepsze partie – dodał po francusku drugi głos.

W cieniu palm siedziały na kanapie dwie, znane Waldemarowi tylko z widzenia, damy. Zapewne z któregoś z sąsiednich dworów szlacheckich, bo na ten bal nowy ordynat zaprosił nie tylko karmazynów, ale i najbliższych sąsiadów.

Zmęczone tańcem dalej rozmawiały, nie widząc Waldemara, który już zamierzał zwrócić na siebie uwagę, gdy nagle do jego uszu doszło imię Melanii i to przykuło go do miejsca.

– Ona też widziała już siebie w roli ordynatowej – mówił inny damski głos. – Podobno tylko na złość ordynatowi przyjęła księcia Znanieckiego.

– Toteż właśnie z nim się rozwiodła. Znów jest wolna i ordynat wolny...

– Już nie ordynat!

– I tego, co mu zostało po odstąpieniu majątków ordynackich, dla takiej Barskiej wystarczy! A Waldemar Michorowski pewnie niedługo pomyśli o ślubie. Już pięć lat minęło przecież od śmierci panny Rudeckiej...

– Po cóż by odstępował ordynację, gdyby zamierzał się żenić? Eee, nie uda się hrabiance i tym razem, nawet gdyby ośmieliła się próbować...

– Ośmieliła? Może i ten jej tytuł hrabiowski jest trochę za nowy, ale dla Waldemara nie ma to chyba znaczenia. Ta Rudecka była tylko córką obywatela z Królestwa, tyle że piękna i dystyngowana jak księżniczka. No, ale i hrabiankę Melanię uważają za piękną.

– Tylko że to uroda demoniczna, a ordynat nie lubi demonicznych kobiet. Zresztą, nie słyszała pani, co opowiadają? To anonimy ponoć wywołały chorobę, która zabiła Rudecką, a anonimy te podobno pisali hrabianka i jej ojciec. Ordynat nie pozwoli jej przekroczyć progu swego domu.

– Baronowa Elzonowska jest teraz hrabiną Barską, a to przecież matka obecnej ordynatowej, która na pewno nie zabroni im wizyt w Głębowiczach, choć dzisiaj ich jakoś nie widać...

Waldemarowi pot wystąpił na czoło. Barscy! Mógł się tego spodziewać. Lucia wprawdzie nie wybaczyła matce tego małżeństwa, ale przecież jej nie odepchnie, a tym samym musi też przystać na spotkanie z Barskim i Melanią. Czy to możliwe, żeby Melania nadal miała wobec niego jakieś zamiary? Teraz, gdy nie jest już ordynatem?

Cóż – pomyślał – jak słusznie zauważyły obie panie, nadal jeszcze mam pieniądze, mimo że nie mam tytułu. – Uśmiechnął się szyderczo. – Niech hrabianka popróbuje!

Nie mógł opanować wyobraźni. Widział Melanię, jak czołga się u jego stóp, jak – zalewając się łzami – błaga przynajmniej o jedną minutę sam na sam, a on – wyniosły i nieprzystępny – udziela kolejnej odprawy. W tym jest i zemsta za odrzucenie Stefci, i chęć dokuczenia tej wyniosłej pannie, która nade wszystko ceni blask złota i pochodzenia, kieruje się niezmiennie zimnym wyrachowaniem, nie wie i nic wiedzieć nie chce o uczuciach.

Ta chwila zemsty w wyobraźni dała mu odrobinę satysfakcji. Szybko jednak o niej zapomniał, poczuł bowiem na sobie czyjś uważny wzrok. W jego stronę zmierzał Bodzio. Był zmieszany i niepewny.

– Wuju – zaczął i przerwał, jakby nie wiedział, co chce powiedzieć. – Wuju, lokaj zaanonsował, że przyjechali Barscy. Lucia nie wie, co robić... Melania jest z nimi. – Bohdan z obawą spojrzał w zesztywniałą twarz Waldemara. – Powiedz słowo, wuju, a pokażemy im drzwi!

– To wasz pierwszy występ w roli państwa na zamku w Głębowiczach. Jesteście u siebie. Nie możecie robić skandalu. Ciotka Idalia jest matką Luci. Musicie ich przyjąć. Na szczęście to teraz wasze zadanie, nie moje.

Waldemar był jeszcze blady, ale znów panował nad sobą. Ileż to zresztą razy przeżywał podobne chwile... Podstawowa zasada ich klasy: w takich jak ta sytuacjach – wznieść się ponad urazy. Dom rodzinny nie powinien być miejscem gorszących scen. Kiedyś tego nie rozumiał, ponoszony emocjami. Teraz już wie: chwilowy upust złości daje tylko krótkotrwałą satysfakcję zainteresowanemu, natomiast wszystkim pozostałym uciechę i temat do plotek na wiele miesięcy. A nie ma nic gorszego, niż dostać się na złośliwe języki jego sfery. Doświadczył tego na własnej skórze już niejeden raz. Jego środowisko ma bowiem zasady, i owszem, ale wśród wielu pięknych i wzniosłych posiada również i tę – rozniesie na językach w proch i pył nieostrożnego gospodarza, który dopuści do scysji publicznej w intymnych sprawach. Te sprawy załatwia się bowiem w cztery oczy, bez świadków i w białych rękawiczkach. Wówczas często i zemsta bywa piękniejsza.

Ordynat Michorowski nie miał najmniejszych wątpliwości, że przyjdzie i ten moment w jego kontaktach z Barskimi. Widać musiała się ta nadzieja wyrazić w obliczu dawnego ordynata w szczególny sposób, ponieważ Bohdan popatrzył na stryja, rozumiejąc, choć ze smutkiem, że nie jest to odpowiednia chwila na wyrażanie i analizowanie uczuć. Zaczynał już pojmować, jakie więzy nakłada etykieta. Czuł, że ulżyłoby mu, gdyby mógł zrzucić Barskiego ze schodów... Ale to on przecież jest teraz ordynatem.

Skinął głową w stronę lokaja. I nie zauważył już, że na ustach Waldemara po raz kolejny pojawił się ten dziwny, zagadkowy uśmiech...

Właśnie zameldowano hrabiostwo Barskich. Na sali zrobiło się cicho. Cisza była z pewnością znacząca. Przecież każdy gość znał wszystkie rodzinne zaszłości; kto wie, czy nie lepiej niż sam Waldemar, który plotkom nadstawiał niechętnie ucha. I ta cisza trwała dość długo, nabrzmiała, wyczekująca, aż wreszcie przekroczyła próg wytrzymałości obecnych... I właśnie wtedy – świadoma tego – pojawiła się, wsparta na ramieniu męża, pani Idalia. Z Melanią u boku. Ona też znała reguły gry, której w części próbowała być reżyserem.

Cisza z wolna tajała, zmieniając się w lekki szmerek nagłych uwag wymienianych szeptem, a potem w coraz wyraźniejszy szum balowy, taki jak tuż przed tym niespodziewanym entrée.

Duma i buta na twarzy hrabiego niespiesznie ustępowały pomieszaniu. Ów szum na sali nie wydawał mu się szczególnie przyjaznym. Niepewnie więc rozglądał się wokół, jakby bał się, że osunie się na niego sufit lub któraś ze ścian. Barski nie miał zbyt dużej wyobraźni, nie odznaczał się też nigdy lotnym umysłem, ale zaczęło mu świtać w głowie, że przyjazd do Michorowskich jest raczej nietaktem, którego towarzystwo nie zapomni – i tak niektórzy uważali go tylko za bogatego parweniusza. Zaczął więc lekko dygotać. I dlatego żona ścisnęła mocniej jego ramię.

– Opanuj się – syknęła. – Wszyscy na nas patrzą!

Rzeczywiście się nie myliła. Patrzył też na nich Bohdan, który w ten sposób dostawał lekcję poglądową satysfakcji płynącej z zaniechania awantury. I kto wie, czy ten rodzaj zemsty – milcząca dezaprobata ogółu – nie był najciekawszy i najlepszy, bo bez słowa właśnie, a tak przecież jednoznaczny...

Ujął więc Lucię pod ramię i środkiem sali, która była pusta, ruszył z nią w stronę nowych gości. Gdyby mógł siebie zobaczyć niczym w lustrze, z pewnością zauważyłby identyczny uśmiech jak ten, który przed chwilą gościł na twarzy jego wuja.

Lucia chłodno pocałowała matkę w policzek i obojętnie podała rękę hrabiemu.

– O, i ty tutaj, Melanio – powiedziała, jakby teraz dopiero zauważyła hrabiankę, która czuła się równie niepewnie, co ojciec, choć lepiej potrafiła to ukryć. – A gdzież to książę? – Lucia rozejrzała się, udając, że nie wie o tym, o czym wiedzieli wszyscy.

– Książę Znaniecki bawi we Włoszech – wyjaśniła szybko hrabianka, podczas gdy pani Idalia patrzyła na córkę z nieukrywaną złością. – Rozwód ma być orzeczony lada dzień i nie pokazujemy się już razem.

W tych krótkich słowach dokonał się pierwszy akt niewypowiedzianej zemsty i wszyscy, którzy słyszeli tę krótką wymianę zdań, dobrze o tym wiedzieli. Mieli tym samym atrakcję, na jaką czeka się na każdym z balów, a jednocześnie nie zostało wypowiedziane ani jedno słowo, które pozwalałoby to zdarzenie określić mianem skandalu.

Skandalu nie było, była natomiast ogólna ekscytacja. Bal uznano przez to za udany. Zebrani skupili się teraz na uważnym oglądaniu przybyłych. I konstatowali: wspaniała uroda Melanii nie straciła nic ze swego blasku. Wręcz przeciwnie – dojrzała. Kremowa jedwabna suknia podkreślała posągowe kształty i pięknie odbijała od lekko śniadej skóry. Oczy były jeszcze czarniejsze niż zwykle i migotały w nich teraz złe błyski. Przy pastelowej, platynowej i niebieskookiej Luci Melania wyglądała jak piękna Cyganka.

Barski przyszedł trochę do siebie – zresztą krąg wokół nich lekko się rozluźnił, dając więcej swobody na sali – i ciekawie przyglądał się młodemu człowiekowi, który objął w posiadanie zamek, gdzie on, hrabia Barski, tak bardzo życzył sobie niegdyś zostać teściem. W ciemnoszarych, jak u wszystkich Michorowskich, oczach zobaczył jednak tyle pogardy, że twarz nabiegła mu krwią.

– A gdzież to Waldemar? – zagadnęła pani Idalia, ze złoś- liwą radością zauważając wyraz przykrości na twarzy córki.

Pani Idalia nie była w gruncie rzeczy złą matką, była tylko matką nierówną. Niekiedy okazywała Luci niezwykłą czułość, innym razem – zupełnie nieuzasadniony chłód. Melanię zawsze lubiła i marzyła o tym, żeby hrabianka poślubiła Waldemara. Poczuła się osobiście dotknięta w swej arystokratycznej dumie, gdy ordynat wzgardził hrabianką i wybrał tę nikomu nieznaną dziewczynę, nawet miłą i z obyciem, ale tylko Rudecką. Podziw Luci dla odwagi i zdecydowania Waldemara wprowadził poważny rozdźwięk między matką a córką. Pani Idalia była na tyle inteligentna, aby pojąć, że dla Luci, kochającej niegdyś Stefcię Rudecką, a potem mistycznie niemal wielbiącej Waldemara, jej ślub z Barskim był prawdziwym ciosem. Chciała pojednania, ale – jak zwykle – zabrała się do tego ze złej strony.

Lucia teraz przyjęła jej pytanie jak wyzwanie. Zbladła, a potem poczerwieniała. Nim jednak zdążyła odpowiedzieć, do grupy rozmawiających zbliżył się Waldemar, jak zwykle nieskazitelny i spokojny. Melania zadrżała, a Barski cofnął się o krok. Nie doceniali jednak jego klasy...

Starszy Michorowski obojętnie ucałował rękę ciotki, niedbałym skinieniem głowy powitał hrabiego, wreszcie skłonił głowę przed oniemiałą hrabianką.

– Witam, księżno – powiedział z lekkim uśmiechem.

Hrabianka przygryzła purpurowe wargi, ale nie zdobyła się na powtórne wygłoszenie wyjaśnienia. W nagłym przebłysku zrozumienia pojęła, że nikt tu nie zrobi im otwartego afrontu. Ci ludzie byli na to za dobrze wychowani. Nie sposób jednak walczyć z ukrytą w każdym zdaniu impertynencją...

I hrabianka poczuła strach, że z tej rozgrywki może wyjść pokonana. Nie potrafiła ukryć irytacji, bo do tej pory nikt nigdy nie próbował, ba, nie odważył się, jej lekceważyć. Z wyjątkiem ordynata, rzecz jasna! Odrzucił jej rękę, żeby ożenić się z tamtą, nic nieznaczącą dziewczyną. Duma Melanii została wtedy dotkliwie zraniona, ale – pojawiając się dziś na balu – hrabianka była już gotowa o tym zapomnieć, bo tylko Waldemar nadal wywoływał przyspieszone bicie jej serca. Złość jednak i tym razem zwyciężyła.

– Głębowicze nareszcie doczekały się pani... – Melania nie starała się nawet złagodzić uśmiechem tego szyderstwa. – Brakowało tu kobiecej ręki, à propos, jak mamy się właściwie teraz zwracać do pana, byłego ordynata?

– Och, to przecież nieistotne. Okoliczni chłopi nazywają mnie co prawda kniaziem, ale rodzina Michorowskich dawno już zrezygnowała z dodatku ,,de”. Nigdy nie przywiązywaliśmy wagi do tytułów – odpowiedział z nieporuszoną twarzą Waldemar.

Pani Idalia przerwała tę wymianę zdań, zwracając się do bratanka z wymówką w głosie:

– Nie życzyłeś nam jeszcze szczęścia, Waldi...

Nawet Barski zmienił się na twarzy, słysząc słowa świeżo poślubionej małżonki. Tylko Waldemar zachował niczym niezachwiany spokój.

– Droga ciociu – odpowiedział z uśmiechem, który zmroził mało przejmującą się uczuciami innych panią Idalię. – Nie życzysz sobie chyba, abym powiedział coś, czego przez wzgląd na ciebie powiedzieć bym nie chciał?

Mówiąc to, podał ciotce ramię, na którym wsparła się po chwili wahania, i poprowadził ją do miejsca, gdzie w towarzystwie księżnej Podhoreckiej siedział Maciej Michorowski. Hrabia Barski był zmuszony podać ramię córce, co obojgu nie dodało pewności siebie. Główna część z zainteresowaniem obserwowanego przez gości spektaklu dobiegła końca. Bal – rzec można – rozpoczął się na nowo.

Księżna i Maciej Michorowski przywitali wprawdzie owych gości równie chłodno jak Waldemar, ale z nie mniejszą uprzejmością. Melania mimo to czuła się dziwnie. Przyjechała przecież do Głębowicz nastawiona na walkę, ba, zdecydowana na bezlitosną walkę, tymczasem jasne się stało, że została pokonana, zanim do jakiejkolwiek walki doszło. Nie spodziewała się tego, nie doceniała siły milczącej dezaprobaty i chłodnego słowa. Nie była do tego przyzwyczajona. Piękna i posażna jedynaczka hrabiego Barskiego, zawsze otoczona tłumem wielbicieli gdziekolwiek się pojawiła, tym razem została zignorowana. Dopóki Waldemar nie podprowadził Barskich do dziadków, nikt inny nie zbliżył się z powitaniem.

Potraktowali nas jak trędowatych – pomyślała Melania i wzdrygnęła się. Trędowata! To tak jej ojciec nazwał kiedyś tę Stefcię Rudecką, która miała, na szczęście, tyle taktu, że... umarła, zanim Waldemar zdążył się z nią ożenić.

Rozejrzała się uważnie po sali, chcąc odpędzić złe myśli, jednak skojarzenie, które przed chwilą się nasunęło, wyprowadziło ją jeszcze bardziej z równowagi. Przecież – jeśli tak dobrze się zastanowić – właśnie Barscy, i właśnie tutaj doświadczyli podobnego ostracyzmu jak niegdyś nieszczęsna Stefcia.

Nieszczęsna? Boże, ależ tak, tak właśnie nazwała ją przed chwilą w myślach. To już naprawdę zaczynało być nieznośne, niezrozumiałe dla niej, niewygodne...

Boże, co ja tu robię? – myślała w coraz większym popłochu, zarówno z powodu tych ludzi nastawionych w najlepszym razie niechętnie, jak też z powodu własnych porównań, które nasilały się w miarę jak chciała się ich pozbyć. Jej sytuacja tutaj, w jej sferze przecież, zaczynała przypominać nie takie dawne znowu perypetie Stefci Rudeckiej.

Gdyby mogła, gdyby nie to miejsce, splunęłaby po trzykroć przez lewe ramię, aby odpędzić zły urok i złe myśli, które opętywały ją coraz gwałtowniej. I może właśnie ich natręctwo spowodowała, iż Melania zaczęła spokojniej myśleć o tej sytuacji, w którą zabrnęła z powodu afektu do Waldemara, coraz bardziej niezrozumiałego dla niej samej, ale żywego, istniejącego i – mimo odrzucenia – dręczącego ją każdego dnia od tylu już przecież lat. Czymże sobie zasłużyła na tę niedolę? Prawdziwym, czystym uczuciem, którego pozbyć się nie mogła, choć przecież tyle razy w samotności, przed sobą samą, uznawała je za niedorzeczne i nierokujące przyszłości. Spalające ją i wyniszczające jak najgorsza choroba. A jednak nie mogła się wyzbyć tych wiecznych snów o Waldemarze, tych pragnień upojnych pocałunków, którymi nigdy jej nie obdarzył, tej nocnej duszności, która zapiera dech w piersi, gdy po tysiąckroć wzywa jego imię w nadziei, iż los się odwróci, a on spojrzy na nią łaskawie. Pewnego razu, gdy już wytrzymać nie mogła ciśnienia rozpaczy, pobiegła w las, do chaty pustelnika, którego ojciec przygarnął po którejś z wojen. Pustelnik był człowiekiem mądrym i oczytanym. Melania podejrzewała go o świadomą ucieczkę od zgiełku światowego życia – widziała w nim raczej uczonego profesora niż steranego życiem żołnierza. Zresztą umiejętności pustelnika zdawały się o tym świadczyć. Znał się na chorobach; leczył nie tylko ludzi, ale i zwierzęta, a już ze szczególnym upodobaniem poświęcał się chłopskim dzieciom.

– Czemuż pan to robi? – pytała Melania, nie bardzo rozumiejąc jego zainteresowania.

– Widzisz, moja panno – odpowiadał pustelnik – z nimi czuję się najlepiej. Najczystsze to dusze, rzadko kiedy kłamią, więc i diagnozę postawić łatwiej, a i wdzięczniejsze są, gdy zdrowie wraca. O dorosłych nie można tego powiedzieć...

Wówczas i ona się odważyła; powiedziała o swojej „chorobie”, która niszczy ją całą i życiu odbiera radość.

– Zajrzyj, dziecko, w swoje serce – usłyszała wówczas. – Zobacz, jakie ono jest naprawdę, kogo kocha: innych czy może siebie? Czego pragnie? Pięknej zdobyczy czy prawdziwego uczucia? Triumfu wobec innych czy triumfu miłości? A może ten twój afekt to tylko ułuda, moja Melu?

Pustelnik więcej słów wprawdzie nie wypowiedział, ale ona od tego dnia próbuje zajrzeć w swoje serce, aby uzyskać odpowiedź. Bo przecież gdyby ktoś stwierdził, że jest osobą bez serca, szczerze by się zdziwiła. Potrafiła współczuć ludziom w nieszczęściu. Kiedyś pokojówka Anetka powiedziała, że żona kucharza zmarła w połogu. Melania natychmiast wybrała dwa, trochę passé, ale zupełnie jeszcze niezniszczone żakiety papy, i kazała wręczyć je kucharzowi. Jeden z nich był bardzo odpowiedni na pogrzeb i Anetka doniosła później, że kucharz prawie płakał z radości. Tak, ale tego rodzaju uczucia były odpowiednie dla plebsu, a nie dla dobrze urodzonych.

Nigdy też nie przyszłoby Melanii do głowy, że ona i ojciec ponoszą jakąkolwiek odpowiedzialność za śmierć Stefci. No tak... Te anonimy to była nieprzyjemna sprawa, właściwie nawet kompromitująca, taka... gminna! Nigdy jeszcze Melania nie dała się tak ponieść uczuciom, z wyjątkiem...

Nie, o tym nie chciała myśleć. I tak nikt nigdy się nie dowie. Książę z całą pewnością nie powie ani słowa przez wzgląd na własną opinię. Nikt nie pozna prawdziwej przyczyny rozwodu, który właściwie jest szczęśliwym zrządzeniem losu. Miała świadomość, choć do tego by się nawet na mękach nie przyznała – że przyjęła księcia bez miłości, na złość Waldemarowi. Czy o tym właśnie mówił pustelnik, każąc Melanii głęboko wejrzeć w serce? Czy od odpowiedzi na to pytanie, od uświadomienia sobie całej tej gry ma zależeć jej przyszłość? No, przecież uświadamia sobie, rozumie swoje czyny!

– Tylko czy je usprawiedliwiasz? – prawie słyszała głos pustelnika. – Czy też potępiasz? Odrzucasz je, czy akceptujesz?

Nie była gotowa na odpowiedź, choć coraz częściej to pytanie wracało do niej w sytuacjach najbardziej niespodziewanych, jak choćby tutaj, gdzie przecież spodziewała się uzyskać odpowiedź na inne pytania. Inne...?

Waldemar... Jej udręka i ekstaza. Jej miłość i nienawiść. Jej marzenie i porażka. Jej nadzieja i rozczarowanie.

Spojrzała nieznacznie w jego stronę i napotkała jego wzrok. Nie potrafiła jednak odczytać, co też ten wzrok wyrażał. Nie były to ani podziw, ani gniew, ani pożądanie, ani wzgarda. Raczej lodowata obojętność i coś jeszcze... coś, co przejęło ją nagłym dreszczem.

W tym właśnie momencie rozmyślania Melanii przerwał męski głos:

– Hrabianko, czy pozwoli pani poprosić się do mazura?

Stanął przed nią hrabia Brochwicz, przyjaciel Waldemara. Niemal nie myśląc, położyła rękę na jego ramieniu i zmieszali się z tłumem tańczących.

Ten mazur z Brochwiczem był jakby przełamaniem lodów. Melanię natychmiast otoczył rój czarnych fraków. Panowie dobijali się o tańce. Do większości z nich doszła już wiadomość o przeprowadzonym rozwodzie, więc hrabianka znów była jedną z najlepszych partii w kraju. I choć wcześ- niejsza niechęć nadal obowiązywała, to jednak teraz zdecydowanie bardziej zależało na podtrzymaniu tego stanu kobietom i żonatym mężczyznom niż całej kawalerskiej części towarzystwa, dla której bal to również okazja zrobienia dobrego małżeńskiego interesu.

– Wszystkie restrykcje towarzyskie – zdawali się mówić konkurenci do prawie już wolnej hrabianki – małżeństwo wyczyści, że i śladu po nich nie zostanie...

Mimo tego nagłego powodzenia Melanii nie opuszczał dziwny niepokój. Coś tu było nie w porządku. Nie była głupia ani ograniczona, więc doskonale rozumiała, że to powodzenie zawdzięcza tylko Waldemarowi. Gdyby on ją zignorował, zrobiłaby to również większość jego przyjaciół i znajomych.

Czyżby wreszcie zwrócił na mnie uwagę? – i na tę myśl poczuła gorąco rozlewające się po całym ciele.

Była już świadoma miłości cielesnej i choć niekochany mąż nie umiał rozbudzić w niej kobiety, to jednak pozwolił zrozumieć, że urokowi jej ciała rzadko który mężczyzna jest w stanie się oprzeć.

Wygięła pogardliwie usta, przypominając sobie te noce, kiedy mąż błagał ją, aby otworzyła drzwi sypialni, a ona udawała, że śpi. Podświadomie czuła, że z Waldemarem mogłaby odkryć wreszcie, co to jest prawdziwa miłość, prawdziwe oddanie.

Czy to możliwe, żeby i on czuł to samo? Mimo głębokiej wiary w siłę swoich wdzięków Melania nie odważyła się odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. O co mu więc chodzi, gdy obserwuje ją z nieodgadnionym wyrazem twarzy?

Jeszcze raz przypomniała sobie pustelnika z rodzinnych włości. On też miał coś podobnego w spojrzeniu. Kiedy patrzył na nią, przez jej ciało przepływały zawsze dziwne dreszcze, a ich rodzaj i temperatura bardzo przypominały owe szalone napięcia w trakcie myślenia o Waldemarze.

Pamięta, tego wieczoru, gdy była w pustelniczej chatce, w lesie nieustająco hukała sowa, przydając spotkaniu dziwnego kolorytu, który wzbudzał dodatkowy strach i trwogę.

– Mój panie – prosiła go błagalnie, przymuszona niewymownym cierpieniem, do którego przed nikim innym by się nie przyznała – daj receptę, błagam. Przywróć mnie życiu, tak jak przywróciłeś tylu innych. Wynagrodzę ci to po tysiąckroć.

Pustelnik uśmiechnął się wówczas tak smutno, że jej rozpacz rozpaliła się jeszcze większym płomieniem, a potem kładąc łagodne ciepłe dłonie na jej ramionach, powiedział to, co już raz słyszała:

– Wejrzyj w swe serce! Żadnej innej recepty dać ci nie mogę. A kiedy już to zrobisz i zrozumiesz, przyjdź znowu, wówczas coś obmyślimy. Pamiętaj, dziecko moje, przychylny ci jestem jak pewno niewielu. Ojcu twemu zawdzięczam ratunek. Ojca twego szanuję, choć też wiele krzywdy wyrządził wokół.

– Krzywdy? Wyrządził? O czym mówisz?

Pytała bez specjalnego przekonania, raczej dlatego, że jeszcze nie zdjęła maski, myśląc, że oszuka. Kogo właściwie? Siebie samą? Pustelnika? I po co? Po co? A kiedy ten upragniony dzień spełnienia nie nadchodził, była coraz pewniejsza, że wróci tam, do lasu, do krytej mchem chatki i powie wreszcie:

– Tak, to ja zbłądziłam, jam niewarta jest tej miłości, zrozumiałam wreszcie.

Ale czy na pewno? Czy chęć zdobycia recepty na zjednanie Waldemara, a więc w gruncie rzeczy – pycha, nie podsuwają jej słów?

O, Boże, jakież trudne jest życie! – myślała, tańcząc bez radości z kolejnym po Brochwiczu kawalerem. I coraz bardziej upewniała się, iż będzie musiała raz jeszcze wrócić do pustelnika, gdzie spodziewała się odnaleźć nie tylko spokój, ale i siebie samą. – Tak, pogubiłam się i póki żyć będę tak, jak do tej pory, smutek mnie nigdy nie opuści, będę się pogrążać w coraz bardziej przerażającej otchłani!

Podobne egzystencjalne myśli zaprzątały też głowy księżnej i pana Macieja. Księżna, która kochała wprawdzie Waldemara, ale tak naprawdę niewiele go znała, była skłonna uwierzyć – a bardzo tego chciała – że Waldemar pomału wraca do życia.

Może przekona się do Melanii? – myślała. – To piękna kobieta. Zawsze mi się wydawało, że Melania ma do niego słabość, i to nie tylko ze względu na jego pieniądze i pozycję ordynata.

Zupełnie inaczej widział sprawy stary książę. Był pewien, że wnuk nie potrafi zapomnieć Stefci. Wyraźnie robił jednak Melanii awanse. Czyżby myślał o zemście? Ale jakiej? Z jego pozycją było to nie do pomyślenia! Nie można bezkarnie skompromitować kobiety z towarzystwa, a Waldemar na pewno nie zamierza żenić się z Melanią...

Do stojącego na uboczu Waldemara zbliżył się Brochwicz:

– Cóż to, mój drogi, czyżby znów był aktualny problem towarzyski sprzed lat: kto zwycięży w wyścigu do ręki hrabianki?

– Odpowiem ci tak jak przed laty: ja w tym wyścigu nie startuję – w głosie Waldemara zabrzmiała dziwnie obca nuta, której Brochwicz jednak nie zauważył.

– Ja może spróbuję... Muszę przyznać, że małżeństwo dobrze Melanii zrobiło. Złagodniała i wypiękniała, choć pod tym względem i przedtem niczego jej nie brakowało. I podobno oddaje się medytacjom w lesie, z pustelnikiem, którego jej ojciec przyjął z łaski, gdy wrócił poraniony z bitwy. Mój sługa widział ją w tej kurzej chatce. Wyobraź sobie, Waldemarze, szlochała nawet, a starzec odprawiał nad nią jakieś czary. Czy jesteś w stanie sobie to wyobrazić, patrząc na tę zimną pannę? Ja nie. Ale wierzę swojemu słudze i dlatego zaczyna mnie ona, pomimo chłodu, ekscytować coraz bardziej. Bo to jednak maska, mój kochany, wyłącznie maska... – I podniecony swoim zamiarem zajrzał Waldemarowi prosto w oczy, potrząsając go jednocześnie za ramiona. – Co mi więc radzisz? Odezwij się wreszcie.

Tym razem Waldemar uważniej przyjrzał się przyjacielowi. Zauważył jego błyszczące oczy i rozognioną twarz.

– Aż tak na ciebie działa? Na twoim miejscu wstrzymałbym się przez jakiś czas. Bo ja w takie nagłe metamorfozy nie wierzę.

Brochwicz wbił w niego badawcze spojrzenie.

– Waldemarze, czy te słowa nie są podyktowane tym, że i ty zamierzasz stanąć w szranki? Czy tak? Powiedz jak przyjacielowi, bo nie chciałbym się ośmieszać. W konkurencji z tobą nie wygram!

– Jeśli stanę w szranki, to nie w tej konkurencji, o której myślisz – odpowiedział spokojnie Waldemar, odwrócił się i odszedł, zostawiając Brochwicza osłupiałego i nic nierozumiejącego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki