Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Statek - Stefan Mani

 

Hipnotyzująca, wstrząsająca historia, Statek pełen złoczyńców, koszmar morskiego żywiołu...
Frachtowiec „Per Se" płynie z Islandii do Surinamu. Jego załoga to dziewięciu mężczyzn, z których każdy coś ukrywa, a tylko jeden z nich zna prawdziwą historię statku. Gdy wskutek sabotażu jednostka traci łączność ze światem i zaczyna dryfować, zdani na siebie marynarze muszą podjąć walkę z żywiołem, własnymi słabościami i czającym się straszliwym losem. W konfrontacji ze śmiercią każdy z nich będzie reagował inaczej, rozpaczliwie szukając nadziei na ocalenie. Jak pisał jeden z krytyków, „Statek jest [...] dziełem genialnym dzięki swojej rygorystycznej konstrukcji, językowi, poetyce i następstwie zaskakujących wątków, które się ze sobą splatają".
Thriller Stefána Mániego łączy realistyczny, przekonujący psychologicznie obraz walki o przetrwanie z pełną napięcia fabułą. Czytelnik jakby na własnej skórze odczuwa strach, który towarzyszy bohaterom, i znajduje się w samym środku wydarzeń, które nie zawsze da się logicznie wytłumaczyć.


Ta powieść to koszmar senny, powracający wciąż do tego samego momentu, w którym rozpoczyna się kolejny horror. To niezawodny towarzysz nocy pełnych gorączki i dreszczy.
Ulrich Baron, „Der Spiegel"

Máni zaserwował mieszankę wybuchową, bo połączył tradycję thillera z typowymi wierzeniami i przesądami islandzkimi, ale podał to tak, że nie czuło się zgrzytu, również językowo. Z islandzkiego wyciągnął to, co najlepsze. Ciekawe dialogi, obrazowy język, a przede wszystkim sama historia podróży z jednego piekła do drugiego.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Opinie o ebooku Statek - Stefan Mani

Fragment ebooka Statek - Stefan Mani

STEFÁN MÁNI 

STATEK

przełożył Jacek Godek

Publikacja dofinansowana przez BókmenntasjóSur / The Icelandic Literature Fund.

Bókmenntasjódur

The Itrelanilic Literature: Literature Fund.

Tytuł oryginału: Skipið

Copyright © Stefán Máni,, 2006

Title of the original Icelandic edition: Skipið

Published by arrangement with Forlagið, www.forlagid.is

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I

Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Biografia

Stefan Mani (ur. 1970) – pisarz islandzki, debiutował w 1996 roku prozą Dyrnar a Svórtufjóllum, ostatnio opublikował powieść kryminalną Hyldypi (2009). Pochodzi z miasteczka Ólafsvik w zachodniej Islandii, mieszka w Reykjaviku. Zanim został pisarzem, imał się różnych zajęć, był m.in. robotnikiem, stróżem i cieślą.

Statek to jego siódma książka, opublikowana w 2006 roku, nagrodzona Kroplą Krwi i nominowana do Szklanego Klucza, przyznawanego najlepszemu kryminałowi skandynawskiemu. Thriller został przetłumaczony na angielski, czeski, duński, niemiecki oraz francuski i odniósł międzynarodowy sukces.

Wstęp

Na podwodnych skałach spoczywa zardzewiały kadłub przechylony o trzydzieści stopni do tyłu i pięć na bakburtę; dziób sterczy ukośnie spod lodu, a rufa zwisa ponad ciemną czeluścią szczeliny. Z samego tyłu krzywo pochylona wisi sześciopiętrowa nadbudówka, wyrastając ponad groźną otchłań niczym nawiedzony dom i wpatrując się w nicość pustymi oknami mostka. W świetle dziennym i przy dobrej pogodzie przez lodową pokrywę sączy się niebieskawy blask i widać wtedy, jak w głębinach ciekawskie foki buszują wokół wraku, który od czasu do czasu porusza się, kołysany morskimi prądami. Przeciągle wówczas zgrzyta, ciężko stukocze, pozostawiając na powierzchni gęstą plamę oleju, która w słabiutkim świetle zdaje się zielona, różowa i fioletowa, i w końcu daje nura pod lód niczym zatopiona zorza polarna.

To, co na wieki śpi, nie jest martwe…

I

Poniedziałek, 10 września 2001

Jest wieczór, za cztery ósma. W ciasnej kuchni domu w dzielnicy Thingholt trzyosobowa rodzina je gołąbki z młodymi ziemniakami, okraszonymi stopionym masłem.

Choć za oknem zapadły jesienne ciemności i panuje ziąb, w kuchni młodych ludzi jest jasno i ciepło.

– Wolałabym jednak dać ci coś lepszego do jedzenia, Saeli, kochanie! – mówi jego konkubina, rozdrabniając gotowane nadzienie dla ich trzyletniego synka.

– Laro, przecież ja właśnie tego chciałem! – odzywa się Saeli z uśmiechem, biorąc dokładkę. – Przez następny miesiąc będą mnie karmić wyłącznie stekami, sosami i gęstymi zupami.

– Biedaczek! – Lara uśmiecha się do niego.

– Aj, wiesz, o co mi chodzi! – odpowiada Saeli, szczypiąc ją w bok.

Saeli jest pierwszym majtkiem na frachtowcu, a Lara fryzjerką w 101 Reykjavik.

– Pokazywałam ci już mieszkanie przy Framnesvegur? – pyta Lara, wycierając keczup z twarzy synka. – W dzisiejszej gazecie są zdjęcia.

– Tak, nie… nie widziałem ich – mamrocze Saeli, cicho wzdychając. – Zdaje się, że mieliśmy poczekać z oglądaniem mieszkań?

– No ale chyba można obejrzeć oferty? – oburza się Lara.

– Tak, jasne… tak tylko mi się powiedziało – mruczy Saeli, kładąc swoją prawą dłoń na jej lewej. – Tyle że na razie i tak mamy mnóstwo wydatków i…

– Ale przecież nie będziemy tu mieszkać bez końca. – Lara po matczynemu uśmiecha się do synka popijającego wodę z upapranej szklanki. – Nie po tym, jak… no wiesz.

– Wiem – zgadza się Saeli i chociaż stracił apetyt, je dalej.

– Zastanowimy się nad tym, jak wrócisz, co? – odzywa się Lara o wiele przyjaźniej.

Saeli potakuje i czule patrzy w jej oczy; w oczy kobiety, którą kocha. Lecz kiedy w kieszeni jego marynarki wiszącej w przedpokoju odzywa się komórka, zupełnie go to rozprasza.

– Musisz odbierać?

– Załatwię to raz-dwa – odpowiada Saeli, zrywając się od stołu. Wyławia komórkę z kieszeni i spogląda na wyświetlacz.

Numer zastrzeżony.

– Halo?

– Tu Diabeł.

Saeli nie ma bladego pojęcia, jak się ten człowiek nazywa naprawdę, ale taką właśnie niepokojącą ksywką przedstawił się, kiedy po raz pierwszy zadzwonił do niego kilka dni wcześniej.

– No cześć – odpowiada Saeli, po czym ścisza głos i przerywa swojemu rozmówcy: – Zadzwonię do ciebie później… nie dzwoń już. Zadzwonię, w porządku?

– Posłuchaj – w słuchawce rozbrzmiewa zimny, spokojny męski głos.

– Nie, ty posłuchaj…

– Jestem niedaleko – stanowczo przerywa mu Diabeł. – A może zaprosisz mnie do siebie?

– Nie, ja… – mruczy Saeli i zerka ukradkiem do kuchni, gdzie Lara udaje, że go nie podsłuchuje ani nie podgląda. – Czego chcesz?

Saeli idzie w kierunku drzwi wejściowych, wygląda przez znajdujące się obok nich okno i widzi bordowe bmw 750 zaparkowane do połowy na chodniku po drugiej stronie ulicy. Samochód warczy na niskich obrotach, a za jego kierownicą siedzi młody człowiek o posturze niedźwiedzia brunatnego.

Ciekawe, czy to on? Ten cały Diabeł?

– Szmal wisisz – odzywa się głos w telefonie.

– Tak wiem, wiem – przytakuje Saeli i drapie się po głowie. - i mam zamiar…

– Nikt ci nie kazał grać z tymi typami w pokera – spokojny, mechaniczny głos brzmi równie lodowato jak wcześniej.

– Nie, ja…

– Wypływasz w nocy, co nie? – pyta Diabeł, po czym nie czekając na odpowiedź, mówi: – Mój agent ma kontakty w Kolumbii. Jego ludzie podrzucą ci do portu przesyłkę. Znają planowaną datę przypłynięcia i nazwę statku. I tę paczkę zabierzesz ze sobą do domu. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

– Przemyt? – szepce Saeli do telefonu ochrypłym głosem. Zaschło mu w gardle.

– To pierwsza rata długu – ciągnie Diabeł najspokojniej w świecie.

– Pierwsza rata! – szepce Saeli, rumieniąc się aż po cebulki włosów. – Przecież mogę wylądować w więzieniu! Jak… Gdzie… Co ma być w tej…

– Popłyniesz i przewieziesz paczkę. Kropka – dorzuca Diabeł jeszcze bardziej lodowatym głosem. – Ja zadbam, żeby twojej kobiecie i synkowi nic się nie stało podczas twojej nieobecności. Rozumiesz?

– Jeżeli… ani się waż…

– Wrócisz z paczką – podsumowuje Diabeł tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Ja zaopiekuję się twoją rodziną. Kropka.

– Co… Jak… Halo? – rzuca Saeli, ale nikt go już nie słucha. W słuchawce dzwoni tylko lodowata cisza i dudni echo bicia jego własnego serca. Znów wygląda przez okno przy drzwiach wejściowych i widzi, jak bordowe bmw zjeżdża z chodnika i znika za rogiem, ciągnąc za sobą ogon spalin.

– Ciekawe, ile kosztuje zlecenie morderstwa? – pyta cicho Saeli sam siebie, chowając komórkę do kieszeni marynarki.

Saeli kontaktował się już ze znajomym kuzyna, orientującym się nieco w światku przestępczym, i opowiedział mu o swoich kłopotach, w nadziei, że otrzyma jakieś dobre rady, a nawet licząc na to, że tamten wyciągnie go z tej trudnej sytuacji, ale kiedy ów przyzwoity skądinąd człowiek, który z niejednego pieca chleb jadł, usłyszał ksywkę Diabeł, życzył tylko Saelemu powodzenia i natychmiast się rozłączył.

Co ma teraz zrobić? Co m o ż e zrobić?

Saeli usiłuje przełknąć ślinę, ale w krtani czuje jakby kartofel. A potem, zanim wejdzie do kuchni, do Lary i synka, usiłuje zapomnieć o tym zmartwieniu i przywołać pozytywne myśli.

– Kto…? – pyta Lara, patrząc na swojego partnera wzrokiem kobiety podejrzewającej, że w grę wchodzi ta druga. Nader często Saeli, kiedy nie jest oczywiście na morzu, znika na całe dnie.

I co ona ma myśleć?

– To tylko Runar – uspokaja ją Saeli i chrząka, zajmując na powrót miejsce przy stole. Potem zmusza się do uśmiechu i głaszcze synka po główce, zerkając ukradkiem w oczy konkubiny, która stara się mu uwierzyć.

– Wszystko w porządku? – pyta Lara ostrożnie.

– To nic takiego… – zaczyna Saeli i wzdycha. Wcześniej tego dnia bosman dzwonił do niego i prosił, by spotkał się z nim i trzema innymi członkami załogi, zanim stawią się na pokładzie. – Chciał tylko przypomnieć o tym spotkaniu, o którym ci wspominałem.

– A… tak – mruczy Lara, uśmiechając się bez przekonania.

Nieco ponad pół godziny później Saeli siedzi przy łóżeczku

swojego synka i w świetle lampki nocnej czyta mu bajkę.

– Wiesz, że tatuś dzisiaj wypływa? – mówi, kończąc lekturę.

– W morze? – pyta niepocieszony chłopiec.

– Tak.

– A ja też mogę? – odzywa się dziecko bez przekonania.

– Nie, synku – odpowiada Saeli z uśmiechem maskującym strach i rodzące się już uczucie tęsknoty. – Musisz zaopiekować się mamusią.

– Wiem – odzywa się chłopiec, podciągając kołdrę pod brodę.

– Tatuś będzie o tobie myślał – mówi Saeli i całuje chłopca w czoło, po czym gasi światło. – Tatuś cię kocha.

– Egill kocha tatusia – odzywa się synek w ciemnościach. Saeli trzyma maleńką dłoń, czując ściskanie w gardle, a łzy spływają mu po policzkach niczym krople rosy.

Kiedy chłopiec zasypia, Saeli siada na sofie obok Lary, a ona nakrywa ich kocem i kuli się w objęciach mężczyzny jak zziębnięta kotka.

W saloniku w niszy palą się świeczki. Na stoliku pod telewizorem dymi kadzidełko, a z przenośnego odtwarzacza CD sączy się cichutko muzyka z filmu Fire Walk With Me.

Saeli wpatruje się w nieruchome płomyki świec i zamyślony mierzwi jedwabiste włosy Lary, opadające jej na ramiona.

– Pamiętasz, że muszę spotkać się z Runarem i chłopakami? – mówi cicho Saeli i natychmiast czuje, jak kobieta sztywnieje pod kocem.

– Po co? – pyta oschle Lara.

– Nie mam pojęcia – wzdycha Saeli. – Coś tam z pracą.

– A to nie może poczekać? – docieka rozdrażniona kobieta.

– Z tego, co się zorientowałem, to nie – mamrocze Saeli, oddychając ciężko.

– Tylko nie daj się wciągnąć w jakąś głupotę. – Lara siada i patrzy mu prosto w oczy.

– Nie, nie ma mowy – mruczy Saeli i od razu czuje się jakiś niespokojny i wystraszony. – Musimy po prostu coś obgadać.

– A potem oczywiście wrócisz?

– Nie – odpowiada Saeli niecierpliwie. – Bierzemy taryfę i jedziemy do portu.

– Będzie mi ciebie brakowało – mówi Lara z pustką w oczach. -To znaczy, no wiesz, bardziej niż zwykle… rozumiesz.

– Rozumiem – mówi Saeli i kładzie lewą dłoń na jej brzuchu, gdzie maleńkie życie pluska się w gorącym oceanie. – Może będzie już coś widać, kiedy wrócę?

– Może – uśmiecha się Lara smutno. – Kiedy powiemy o tym Egillowi?

– Jak tylko wrócę – decyduje Saeli. – Wtedy przekażemy mu dobrą nowinę. Razem.

– W porządku – odzywa się Lara cicho z rozmarzoną miną, pochyla się naprzód i całuje swego mężczyznę, który przyciąga ją do siebie i delikatnie przewraca na podłogę.

– Ja jestem tą jedyną? – szepce dziewczyna między pocałunkami.

– Jedną jedyną.

Na zewnątrz zachodni wiatr dmucha coraz mocniej, wydymając od czasu do czasu zasłony; migają płomienie świec, a na ciemnych szybach rozpryskują się ciężkie krople deszczu do taktu z namiętnymi pocałunkami dzikich serc i ponurą muzyką. Płomyki świec syczą, plują woskiem i umierają, żar gaśnie, siwy dym sączy się w ciemność niczym wijąca się ryba i znika w otchłaniach ciemności.

Zło istnieje po wsze czasy, a nic, co dobre, nie trwa bez końca…

II

Podwójny garaż pogrążony jest w mroku, lecz po chwili jedna po drugiej mrugają i zapalają się w nim lampy sufitowe. Młoda kobieta obuta w kozaki na wysokich obcasach szybko przemierza wyłożony gresem korytarz, a jej kroki dudnią głośno między ścianami. Ma na sobie krótką spódniczkę i cienką bluzkę, a na rękach niesie dwuletnią córeczkę.

– Mamusi auto – odzywa się dziewczynka, kiedy kobieta mija dwudrzwiowego kabrioleta marki Mercedes Benz.

– Tatusia auto – mówi po chwili, kiedy jej matka pilotem otwiera srebrnego range rovera vogue.

– Tak, tak, siedź spokojnie – odpowiada zniecierpliwiona matka. Zapina dziewczynkę w dziecięcym foteliku na tylnym siedzeniu terenówki pachnącej skórą, gumą i środkami czyszczącymi. Auto ma zaledwie kilka tygodni.

Ośmiocylindrowy silnik pomrukuje pod maską matowym głosem, drzwi garażu podnoszą się i kobieta wyprowadza samochód na zewnątrz, mija dwa kamienne lwy pełniące wartę na podjeździe i skręca w prawo na ulicę. Garaż znajduje się pod piętrowym domem jednorodzinnym, skąpanym w światłach w tę zimną i ciemną jesienną noc. Okna przypominają rozjarzone oczy podejrzliwego sfinksa. Drzwi garażu zamykają się i range rover znika w ciemnościach jak statek kosmiczny w kształcie kartonowego pudełka. Dzieje się to w dzielnicy Stadahverfi w Grafarvogur, jednej z najrzadziej zaludnionych podmiejskich dzielnic stolicy.

– Dokąd jedziemy? – pyta dziecko z tylnego siedzenia. Ma na sobie piżamę i grube, wełniane skarpety. Zaledwie kilka minut temu dziewczynka spała jeszcze kamiennym snem.

– Do babci – odpowiada oschle matka i dociska pedał gazu.

Po trzyminutowej jeździe samochód zatrzymuje się przed blokiem w dzielnicy Rimahverfi.

– Mogę iść z tobą? – pyta dziewczynka, trąc oczy.

– Nie, poczekaj tu. Zaraz wracam – odpowiada matka, nie oglądając się na tylne siedzenie. Wyskakuje z dżipa, zostawiając go z włączonym silnikiem na nieoświetlonym parkingu.

– Mama – odzywa się mała cichutko i patrzy, jak matka znika w otwartym oknie na parterze.

Stara kobieta budzi się, kiedy ktoś zapala światło w sypialni. Na ciemnej drewnianej półce nad jej łóżkiem stoi siedmioramienny świecznik ze złota, a do krawędzi półki przytwierdzono mosiężną płytkę z następującym napisem: Słysz, Izraelu, jam jest Pan, Bóg twój…!

– Gdzie walizka? – pyta synowa, która stoi przy łóżku w cienkiej bluzeczce, spódniczce i kozakach na wysokim obcasie.

– Lilja? – odzywa się stara kobieta i podnosi się z łóżka. – Co ty tu robisz? Coś się stało? Jak tu weszłaś? Gdzie Jon Karl?

Starsza pani jest szczupła i zdrowo wygląda, ma piwne oczy, oliwkową cerę, porusza się jak młoda balerina i mówi z silnym niemieckim akcentem.

– Gdzie walizka? – pyta Lilja, zgrzytając zębami. – Przysłał mnie tutaj po walizkę. Gdzie ona jest?

– Walizka? Jaka walizka, kochanie? – Starsza pani wyskakuje z łóżka i wkłada szlafrok na koszulę nocną.

– Czerwona walizka. Podróżna – syczy Lilja przez zaciśnięte zęby. – Ta, którą kazał ci przechować.

– Ach, ta – mamrocze stara, przyglądając się bacznie swojej synowej wzrokiem, który uznać by można zarówno za oskarżycielski, jak i nieufny. – Miałam wielką ochotę wywalić ją na wysypisko. Nie lubię przechowywać rzeczy, o których nie wiem, do czego służą.

A na dodatek jeszcze przyjeżdżasz po to w środku nocy! Nie widziałam się z wami ponad tydzień, a teraz budzisz mnie jak jakąś…

– Walizka! Szybko! – syczy Lilja, zaciskając pięści. – Nie będę tu czekać całą noc!

– Tego by jeszcze brakowało – komentuje świekra, otulając się szczelnie szlafrokiem. – Wyrywa się człowieka ze smacznego snu i wylewa nań kubły pomyj…

– Słuchaj no! Tylko bez numerów! – Lilja szarpie starą za ramię. – Sara czeka w samochodzie. A nie chcesz chyba, żeby ją porwano czy coś, co?

– Zostawiłaś dziecko w samochodzie? – dziwi się starsza pani, łapiąc oddech. – Czyś ty zmysły postradała, kobieto? Co to za wycieczki z dzieckiem w środku nocy sobie urządzasz? Dlaczego nie wzięłaś jej ze sobą do mnie? Coś się stało? Gdzie Jon Karl?

– GDZIE JEST, KURWA, WALIZKA?! – wrzeszczy Lilja i szarpie staruszkę za ramię z taką siłą, że odrywa rękaw szlafroka.

– W pralni. Nie… – odzywa się stara słabym głosem i milknie, kiedy synowa ją puszcza.

– Gdzie? – pyta Lilja po zapaleniu światła w pralni.

– Pod stołem. Za koszem z brudami – odpowiada stara kobieta, która z sypialni przyszła tu za nią.

– O, jest – mamrocze Lilja i wyciąga czerwoną walizkę. Usiłuje ją otworzyć, ale nie zna szyfru.

– Gdzie Jon Karl? – pyta starsza pani, podążając za synową w kierunku drzwi wejściowych. – Gdzie jest mój syn? Ma jakieś kłopoty?

– Nie interesuj się tym, co ciebie nie dotyczy – odpowiada Lilja i wychodzi w mrok, oburącz taszcząc walizkę za uchwyt.

Otwiera bagażnik range rovera, wkłada walizkę do środka, mocuje ją i zamyka klapę.

– Babcia! – woła Sara z wnętrza samochodu.

– Moja kochana dziewczynka! – mówi starsza pani łamiącym się głosem i drżącym palcem puka w szybę, za którą majaczy twarz dziecka.

– Spierdalaj! – warczy Lilja, popychając staruszkę na kwietnik, po czym wsiada do dżipa. Szybko cofa z miejsca parkingowego, gwałtownie hamuje i rusza z piskiem opon.

– Gdzie babcia? – pyta dziecko na tylnym siedzeniu.

– Położyła się spać – oschle odzywa się matka, zapalając papierosa.

– Mamusiu, nie możesz palić w…

– Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy – wyrzuca z siebie matka, opuszczając odrobinę szybę po stronie kierowcy.

Po nieco ponad dwóch minutach znów są w Stadahverfi, gdzie zza szyb mknącego w ciemnościach dżipa wszystkie domy wydają się jednakowe.

Przy podjeździe do domu kamienne lwy pełnią wieczną wartę, a niskie okna świecą się niczym oczy bestii, która nie jest ani stara, ani młoda, ani rzeczywista, ani wymyślona.

Lilja parkuje range rovera, zajmując połowę chodnika przed schodami prowadzącymi do wejścia, wrzuca jałowy bieg i zastanawia się, czy nacisnąć klakson. Ale noc jest zbyt nabrzmiała ciszą. Nie naciska.

– Mamusiu…

– Cicho! – syczy matka i obserwuje dom. Zamyślona zagryza dolną wargę i strzepuje popiół przez otwarte okno.

Potem szybko spogląda na zegar na desce rozdzielczej: 01:13.

Nagle, w jednej chwili, dom pogrąża się w ciemnościach. I w niecałe piętnaście sekund później trzy wybuchy przerywają kruchą ciszę. Błyski rozświetlają dom niczym pochodnie, jedna z szyb w salonie rozbija się w drobny mak, a odłamki szkła rozsypują się po całym podjeździe.

Dziewczynka na tylnym siedzeniu krzyczy, Lilja wyrzuca niedopałek przez okno, wrzuca automat na drive i wciska gaz do dechy. Range rover zrywa się z miejsca, zjeżdża z chodnika i z hukiem silnika znika w mroku.

– Mamusiu – łka dziewczynka, kiedy są już w połowie drogi do Mosfellsbae. – Dokąd jedziemy?

– Do domku letniskowego – bąka matka, zapalając papierosa drżącą ręką. Na przednią szybę spada kilka kropli deszczu, więc włącza wycieraczki.

Ruch panuje niewielki, a ciemna obwodnica zachodnia zlewa się z zimną nocą.

– A gdzie tatuś? – pyta mała, wyglądając przez szybę.

– Później dojedzie – mruczy matka i posyła wymuszony uśmiech do wstecznego lusterka. – Postaraj się zasnąć, kochanie.

– Tak – odpowiada dziewczynka i patrzy na światła za oknem, kiedy samochód grubo ponad sto na godzinę mknie przez Mos-fellsbae.

Niedaleko zjazdu na Thingvellir w dżipa coś ciężko uderza. Na mokrej powierzchni szosy autem rzuca to w lewo, to w prawo, lecz w końcu Lilji udaje się znów nad nim zapanować.

– Mamusiu? – pyta dziewczynka przebudzona z lekkiej drzemki.

– To nic takiego – mówi matka i zaciska szczupłe palce na kierownicy.

Prawy reflektor jest stłuczony, przednia szyba pęknięta, cała pomazana brunatną krwią.

Lilja pryska szybę cytrynowym płynem i nastawia wycieraczki na maksymalną szybkość, a one mieszają krew z deszczem i rozmazują ją na powierzchni szyby. W końcu krew znika.

– Dobry Boże – szepce Lilja i mruga oczami pełnymi łez, ale zamiast zwolnić i zatrzymać samochód, przyspiesza. Pędzi prawie dwieście na godzinę w mokrą od deszczu noc.

Patrzy przed siebie niczym zahipnotyzowana, ale jedyne, co widzi, to twarz mężczyzny, którego przejechała. Stężałą w mgnieniu oka. Tuż po tym, jak mężczyzna pojawił się w świetle reflektorów, tuż przed tym, jak dżip na niego najechał. Twarz popielatą. Jak cieniuteńki papier.

Maska piekielna.

Wygrawerowana w jej pamięci…

III

Poprzez ciężkie dźwięki bluesa, gwar i gorzkie opary dymu dobiegają głośne uderzenia w dzwon, jakby dochodzące ze statku zabłąkanego we mgle u brzegu nieznanego lądu.

Dźwięk, który wywołuje zmarszczki na ciemnej powierzchni podświadomości stałych bywalców i zimny pot na ich plecach.

Deja vu.

– Za piętnaście minut zamykamy! – woła barman, puszczając linkę, która zwisa smutno z serca starego dzwonu odlanego z brązu, niegdyś pełniącego wachtę na holenderskim handlowcu.

Na parterze lokalu przy stolikach siedzą mężczyźni, paląc i pijąc, niektórzy grają w szachy lub wista, inni gawędzą z sąsiadami, a jeszcze inni tkwią samotnie przy barze, skupieni na własnej niedoli, tonący w alkoholowym zapomnieniu.

Jak choćby ten w spodniach i w kurtce z dżinsu, który rozgorączkowanym wzrokiem spogląda na ostatni łyk piwa w upaćkanej szklance, po czym zerka na zegarek i stwierdza, że jest wtorek, za piętnaście pierwsza w nocy.

Wypija ostatni łyk piwa, gasi na wpół wypalonego papierosa i zstępuje z wysokiego barowego stołka. Następnie zatacza się w kierunku okrągłego stolika, przy którym skupiło się pięciu popijających mężczyzn, i poklepuje po plecach dwóch siedzących najbliżej niego. Nachyla się do nich i uśmiecha się lizusowsko spod rozwichrzonego zarostu.

– Możecie mi pożyczyć dychę, chłopaki? – pyta i chrząka. – Muszę zatelefonować w jedno miejsce, a nie mam drobnych.

– Człowieku, daj nam spokój! – odzywa się jeden z tych, nad którymi pochylił się intruz. Uderza go łokciem w podbrzusze i odpycha od stolika.

Pijaczyna cofa się dwa kroki, zatrzymuje, łapie równowagę, sztywnieje i patrzy przed siebie niczym w transie.

Zupełnie jakby jego dusza zasnęła, a jaźń opuściła pijane ciało. Oczy ciemnieją i zapadają się w oczodoły, usta zastygają uchylone. Przez chwilę w trupio bladej twarzy nie widać życia, z tym że ta twarz to w zasadzie tylko pokryta skórą czaszka. Facet jest nieprzytomny, zamienił się w ducha albo w zombi, ale tylko na tę jedną, krótką chwilę. A potem jakby niewidzialna ręka pochwyciła srebrną nić w mrocznym śnie…

Płuca znów zasysają powietrze, oczy pojawiają się na powierzchni, palce się poruszają, a w otwartych ustach zaczyna obracać się język.

Dusza się zbudziła, serce bije, a na dnie błyszczących oczu coś mruga figlarnie niczym płomień świecy.

– Pięć, pięć, pięć… statków – bełkoce pijany, chwiejąc się na drewnianej podłodze, a po chwili chwyta się poręczy schodów i wspina na pięterko baru.

– Pewno nie wie, że już zszedł na ląd – komentuje ten, który pchnął odzianego w dżins. Jego towarzysze wybuchają śmiechem. Ale ten śmiech nie jest ani głośny, ani nie trwa długo. Roztrząsają bowiem poważne zagadnienia. I nie mają na to całej nocy.

– To wracajmy do tych kapitalistów – odzywa się jeden z nich, zaciskając potężną pięść na małym kieliszku whisky. – Wiem z pewnego źródła w firmie, że mają zerwać umowę bezzałogowej dzierżawy naszej jednostki.

Wypowiadający te słowa to ich samozwańczy przywódca, socjalista Johann „Wielkolud” Petursson, pierwszy mechanik na ogromnym frachtowcu wybudowanym przed dziesięciu laty w Chinach, będącym własnością funduszu inwestycyjnego w Malezji, zarejestrowanym w Monrowii i przez ostatnie pięć lat wynajmowanym przez islandzkiego spedytora Polarskip.

– A co to jest ta dzierżawa bezzałogowa? – pyta kuk Asi, zapalając papierosa.

– Polega na tym, że dzierżawiący wszystko opłaca – odpowiada mu Runar Hallgrimsson.

– Ubezpieczenie, utrzymanie i wszystko? – nie dowierza Asi.

– Właśnie to powiedziałem – mówi bosman Runar, ten, który odepchnął pijanego od stolika.

– I co teraz? – drąży temat Arsaell Saeli Egilsson.

– Wydzierżawią sobie nowy statek, książęta kapitalizmu – odzywa się Wielkolud, mrużąc oczy niczym śpiący niedźwiedź. -I nową załogę.

– Przestań już z tym kapitalizmem! – ucisza go Jon Prezydent Sigurdsson, pierwszy oficer, jedyny spośród zgromadzonej przy stoliku piątki należący do „góry”, czyli do mostku kapitańskiego. -Ta sprawa nie ma nic wspólnego z polityką ani z partiami politycznymi.

– Jaką załogę? – pyta majtek Saeli, któremu zaschło już w ustach i którego rozbolała głowa od tych wszystkich wydarzeń w jego dotąd nieskomplikowanym życiu.

– Nowy statek ma być dzierżawiony razem z załogą – odpowiada ze spokojem Johann Wielkolud.

– Jakimiś ryżożernymi murzynami na rocznych kontraktach – dodaje Jon Prezydent, palcami prawej ręki obracając na serdecznym palcu lewej dłoni solidny, nieco zbyt luźny, sygnet ze znakiem wolnomularzy. – Których po roku zamienią inni z tej samej stajni.

– Ktoś kiedyś słyszał coś podobnego? – pyta bosman Runar i lekko uderza pięścią w blat stolika.

– Jesteśmy wymierającą klasą, chłopcy. – Johann Wielkolud wypija resztkę whisky z kieliszka. – Rzadkimi okazami morskich wyrobników.

– Najsłuszniej byłoby… – wzdycha Saeli.

– Dzisiaj w nocy powinniśmy solidarnie odmówić wypłynięcia! – odzywa się kuk Asi i zamaszyście gasi papierosa. – Niech ci biurokraci to poczują!

– Co ty nie powiesz – wyrywa się Saelemu.

– Nie. Im właśnie o to chodzi – mówi Johann Wielkolud, owa niewzruszona skała Gibraltaru. – Wtedy będą mieć powód, żeby nas wszystkich wylać na zbity pysk i zaoszczędzić sobie na okresie wypowiedzenia. Nie mówiąc już o tym, że moglibyśmy stracić w ten sposób wszelkie prawa pracownicze.

– To co proponujesz? – pyta kuk i wkłada zapałkę do ust.

– Po co chciałeś się z nami spotkać? – zaciekawia się majtek Saeli. – I dlaczego tylko z nami?

– Pozostałym czterem nie ufam – mówi Johann Wielkolud, pochylając się nad stolikiem. – Proste.

– Myśmy się już wcześniej spotkali, Johann, Runar i ja – informuje ich Jon Prezydent. – I uznaliśmy, że możemy na was liczyć.

– Mnie się wydaje, że można by też zaufać sternikowi Jonasowi – odzywa się Asi.

Saeli zgadza się z kucharzem i kiwa głową.

– Nie będę ryzykował. Moim zdaniem Jonasowi nie można ufać do końca. I nie zapominajmy, że nowy majtek to jego szwagier – mówi Johann Wielkolud. – A o tym człowieku nie wiemy nic.

– Co racja, to racja – stwierdza Saeli.

– O ile dobrze pamiętam, to przez te wszystkie lata Jonas trzymał stronę tych Judejczyków, choćby wtedy, kiedy postanowili zredukować załogę o cztery osoby – mówi Jon Prezydent. – Zapomnieliście już o tym?

– Nie – wtórują sobie nawzajem Saeli i Asi.

– Zawsze lizał staremu dupę i robił wszystko, co tylko ten mu kazał. On jest jedynie tubą propagandową, powtarzającą wszystkie rozkazy firmy – tłumaczy Jon Wielkolud. – Czy już mu o tym powiedzieli i obiecali nową robotę, tego nie wiem. Ale za to wiem, że stary wie o wszystkim, co oni knują tam w biurze, i dlatego będzie próbował mieć na pokładzie większość po swojej stronie, na wypadek gdyby pojawiły się jakieś pogłoski o imperialistycznych zamiarach dyrekcji.

– Tylko bez polityki! – strofuje go Jon Prezydent, wymachując władczo palcem wskazującym.

– Chyba że wam, prawicowcom, ona akurat pasuje, co nie? – mówi Johann Wielkolud, a brodata twarz promienieje mu czerwienią Rewolucji. – Cholerne faszystowskie gadanie!

– A o czym dopiero co mówiliśmy? – Bosman wali pięścią w stół. – Żadnych kłótni! Razem stoimy, solidarni!

– A Palacz? – pyta Asi, zerkając ukradkiem na Johanna Wielkoluda i gryząc zapałkę.

Ten, którego nazywają Palaczem, zwie się Oli Johnsen i jest podwładnym Johanna Wielkoluda.

– Palacz pali wyłącznie w piecu Szatana – odpowiada Johann Wielkolud, uśmiechając się tajemniczo. Koledzy wtórują mu śmiechem. – Ale dopóki to ja jestem pierwszym, nie ma znaczenia, co robi drugi, o ile robi to, co ja każę mu robić.

– Tak jest – popiera go kuk, miażdżąc zapałkę między zepsutymi zębami.

– Jest nas pięciu, dokładnie tylu, ile palców w zaciśniętej pięści – zauważa majtek Saeli. – I stanowimy większość dziewięcioosobowej załogi.

– No właśnie. – Johann Wielkolud uśmiecha się ponuro do wszystkich zebranych. – Wreszcie będą musieli wypić to piwo, którego sobie nawarzyli, kiedy redukowali zatrudnienie.

– Jak nie zechcą po dobroci, to przemocą. – Bosman Runar chrząka, dając Wielkoludowi kuksańca w bok.

– Spokojnie – temperuje ich Prezydent. Niemal niezauważalnie poklepuje swoją torbę.

– Co proponujesz, co mamy zrobić? – Asi kieruje swoje pytanie do Johanna Wielkoluda.

– Mów, stary – pogania go zniecierpliwiony Saeli. – Zegar tyka, a ja, zanim podniesiemy cumy, chciałbym dowiedzieć się wszystkiego. Co z naszym protestem?

– Na lądzie jesteśmy bezradni. – Johann Wielkolud zaciska wielkie dłonie na stoliku. – Jeśli zdradzimy się, zanim statek wypłynie z portu, przegonią nas po prostu na cztery wiatry i zastąpią innymi. Mało to na tej wyspie bezrobotnych marynarzy? Ale za to na pełnym morzu wszystkie atuty znajdą się w naszych rękach. Znaczy się, będziemy panować nad maszynownią i sterem. Po tygodniu znajdziemy się równie daleko od domu, co od celu. Wtedy dla starego będzie już za późno na powrót albo na wzywanie pomocy. I proponuję, żebyśmy właśnie wtedy zaczęli działać.

– Czyli co? – szepce majtek Saeli. – Żeby wszystko było jasne: nie mam zamiaru brać udziału w żadnym buncie.

– Tu niezupełnie chodzi o bunt – poucza go Johann Wielkolud i bierze głęboki oddech. – Ale silnik mógłby na przykład się zepsuć.

– I co dalej? – pyta Asi.

– Moglibyśmy dać staremu do zrozumienia, że nic go na powrót nie uruchomi, poza faksem od zarządu, w którym czarno na białym obiecają, że rezygnują z wszelkich zamiarów wypowiedzenia bezzałogowej umowy dzierżawnej i co za tym idzie, zbiorowego zwolnienia załogi – objaśnia Johann Wielkolud. – Podpisanym przez wszystkich członków zarządu i przez dyrektora.

– Masz łeb. – Asi wypluwa niewielką resztkę przeżutej zapałki.

– Johann, ale to właśnie jest bunt – usiłuje protestować Saeli. -A ja po prostu…

– I tak, i nie – odpowiada mu Wielkolud i zapala cygaro. – Ale te planowane działania armatora to przecież nic innego, jak nadużywanie władzy, pogarda dla człowieka i atak na całe środowisko islandzkich ludzi morza.

– Tak jest – zgadza się bosman Runar. – Wchodzę w to. Chłopaki, to całkiem dobry pomysł.

– A myślisz, że to coś da? – powątpiewa Asi.

– No przecież właśnie to mówię – tłumaczy Runar. – Zrobią wszystko, żeby statek płynął zgodnie z planem. Ostatnie, czego by chcieli, to sprawić zawód tym tam baronom aluminiowym. Jeśli nie będzie surówki na czas, stracą kontrakt na fracht.

– Właśnie. – Johann ze spokojem delektuje się cygarem.

– To jest po prostu kwestia niezależności – mówi Jon Prezydent. – Tu chodzi o nasze prawo, jako jednostek, do…

– Wspólnej pracy na rzecz zbiorowości – kończy za niego zdanie Johann Wielkolud i wybucha głębokim śmiechem.

– Jesteście okropni – mamrocze majtek Saeli, kręcąc głową. – Nie potraficie nawet wyobrazić sobie, co będzie się działo na mostku, kiedy już te zamiary wprowadzimy w życie. Jon?

– Mostek to mój problem – odpowiada mu Prezydent, powoli przeczesując palcami jasne, dobrze utrzymane włosy. – Wy się martwcie o wasze odcinki, a ja o mój. Tylko w ten sposób utrzymamy stan posiadania.

– Chcecie powiedzieć, że nie mamy innego wyboru, co? – Saeli patrzy na każdego ze swoich towarzyszy po kolei. – Nie wiem, jak wy, ale ja w tej chwili nie mogę sobie pozwolić na utratę pracy. A muszę też wrócić z tego rejsu i…

– Musimy podjąć decyzję tu i teraz. – Johann odkłada cygaro. -W imieniu maszynowni jestem za.

– Kambuz też jest za, jeśli Runar jest za. – Asi patrzy pytająco na bosmana.

– Bosman bierze odpowiedzialność za majtków – odzywa się Runar, szef dwóch majtków, pokładowy inżynier i łącznik między załogą a mostkiem. – Jesteśmy za.

– Trudno – mruczy pod nosem Saeli.

– No to zostaje nam tylko mostek. – Johann Wielkolud spogląda na Jona Prezydenta.

– Po pierwsze niezależność! – deklaruje Prezydent, prostując długie plecy. – Ja nie należę do tych, którzy odwracają się od swoich kolegów!

– Świetnie. – Runar klepie go po barkach.

– To dobrze. – Johann Wielkolud uśmiecha sięłagodnie. – Może na razie więcej o tym nie mówmy i postarajmy się spotkać przy okazji, kiedy już wypłyniemy z portu.

– Zgoda. – Bosman dopija swoje piwo. – To co, zamawiamy taryfę i jedziemy na keję?

Wszyscy zgromadzeni przy stoliku się na to zgadzają i Jon Prezydent wyciąga komórkę. Dzwoni po taksówkę.

– Ostatni dzwonek. Zaraz zamykam! – woła barman, uderzając trzykrotnie w stary mosiężny dzwon. Metaliczny dźwięk wypełnia przesycony dymem bar.

Kilka minut później cała piątka zabiera z sobą marynarskie worki i torby i wsiada do siedmioosobowej taksówki zaparkowanej przy bocznej ulicy w centrum Reykjaviku.

– Dokąd jedziemy? – pyta taksówkarz, kiedy wszyscy zajęli już miejsca.

– Do Grundartangi – podaje adres Jon Prezydent, zajmując fotel obok kierowcy.

– Grundartangi – powtarza kierowca i wolno rusza.

Jeśli nie liczyć symfonicznego jazgotu w radiu nastawionym na program pierwszy, w taksówce panuje cisza. Cała piątka siedzi bez ruchu, gapiąc się przez szyby na mijane samochody, domy i światła miasta. Już za kilka godzin z okien frachtowca oglądać będą jedynie bezkres oceanu i tak przez najbliższe pół miesiąca. Wiedzą o tym doskonale i dlatego łapczywie chłoną każdy widok pojawiający się za szybami auta w drodze na keję. Gromadzą zwyczajne doznania, które z pewnością okażą się jeszcze dla nich cenne. Małe odblaski światła, przypominające ziemię ojczystą i bliskich czekających w domu.

Kiedy jadą przez Mosfellsbae, zaczyna padać. Z początku na przedniej szybie taksówki lądują pojedyncze krople, następnie opad gęstnieje, a kiedy przejeżdżają przez ostatnie rondo, dudnienie deszczu staje się regularne i szybkie.

– Zobaczcie – odzywa się nagle Jon Prezydent, pokazując przez przednią szybę ubranego na ciemno mężczyznę, idącego tyłem po poboczu drogi i wystawiającego kciuk, by złapać okazję. – Czy to czasem nie jest ten z baru?

– Ten, co chciał wyłudzić drobne? – pyta Asi z tylnego siedzenia.

– Tak – odpowiada Prezydent, przyglądając się przez chwilę przemoczonemu mężczyźnie w bocznej szybie. Samochód go mija. – Może powinniśmy go gdzieś podrzucić?

– Co? – Kierowca zwalnia.

– Nie, mowy nie ma – decyduje bosman Runar i gestem nakazuje kierowcy jechać dalej. – To jakiś cholerny żul. Tylko biedy może nam napytać.

– Jak to on powiedział? – zastanawia się Saeli, obserwując go przez tylną szybę. – Coś o statku. Pięciu facetów na statku. Jak to było?

– Pijaczyna jakiś – mruczy rozdrażniony Runar.

– Tak, dajmy sobie z nim spokój – kończy temat Jon Prezydent, spoglądając przez boczną szybę. Widzi jedynie mokre pobocze pogrążone w mroku.

Powoli światła stają się coraz rzadsze, podobnie jak zabudowania. Kiedy dojeżdżają nad brzeg fiordu Hvalfjordur, otacza ich już tylko ciemna noc.

– Jedź tunelem, towarzyszu – rzuca Johann Wielkolud, szturchając kierowcę pięścią w prawy bark. – Zapłacimy za przejazd.

– Tak, oczywiście – przytakuje taksówkarz.

Z radia dobiegają ciche dźwięki A-dur z poetyckiego fragmentu Adagio cantabile ósmej sonaty fortepianowej „Patetycznej” Beethovena. Kiedy taksówka wjeżdża w głęboki tunel pod fiordem Hvalfjordur, dźwięki sonaty zlewają się w jednostajny szum…

IV

W holu domu Jonasa Bjarniego Jonassona, sternika na statku frachtowym „Per Se”, odzywa się czarny telefon stojący na niedużym stoliku przykrytym haftowanym bieżnikiem. Jonas mieszka w nowym bliźniaku w Landar w Mosfellsbae. Jest za dziesięć pierwsza w nocy i dzwonek dźwięczy dość natrętnie. W większości pokoi palą się światła, okna są szczelnie zasłonięte.

Jonas stoi bez ruchu w samych gaciach, wgapiony pustym wzrokiem w telefon, zupełnie jakby nie wiedział, czy aparat naprawdę dzwoni, czy to może tylko urojenie.

Po upływie prawie minuty mężczyzna odkłada na stolik lepki młotek i zakrwawionymi palcami sięga po słuchawkę.

– Halo?

– Jonas, to ty? – słyszy głos w słuchawce. Głos bełkotliwy, dobiegający z miejsca, w którym ciężka muzyka odbija się od podłogi i ścian i miesza z ludzkim gwarem.

– Kto mówi? – Jonas jest wyraźnie zaskoczony.

– Karl, twój szwagier – odzywa się głos w telefonie.

– Czego chcesz? – pyta Jonas cicho.

– Słuchaj, nie podrzuciłbyś mnie? – Karl wyjawia cel rozmowy.

– Nie. Nie możesz po prostu pojechać taryfą? – Jonas ogląda swoje odbicie w lustrze nad telefonem. Jest cały we krwi, od piersi po łydki. Nie swojej krwi. Krwi, która zdążyła już ściemnieć i zaczyna zastygać.

– Nie mam tyle szmalu – tłumaczy szwagier w słuchawce. -A nie mogę po prostu wziąć do ciebie taryfy i potem się z tobą zabrać, co?

– Jakby mnie już nie było, to złapiesz jakąś okazję. W porządku? – proponuje Jonas.

– Zestresowany jakiś jesteś, czy co? – pyta Karl.

– Nie. – Jonas chrząka. – Muszę już kończyć.

– A gdzie moja siostra? – beztrosko docieka szwagier.

– Ona… położyła się… leży – tłumaczy cicho Jonas.

– Rozumiem! Słuchaj, ja… – zaczyna szwagier, lecz Jonas odkłada słuchawkę na widełki, nim ten zdąży dokończyć zdanie.

Po chwili Jonas podnosi słuchawkę, chwilę się zastanawia, a następnie wybiera numer.

– Mama? Jonas mówi – odzywa się, kiedy jego leciwa matka podnosi słuchawkę.

– Jonni, kochanie, wszystko w porządku? – pyta matka słabym głosem.

– Przepraszam mamo, nie chciałem cię budzić – tłumaczy się Jonas i chrząka. – Chciałem ci tylko powiedzieć, że Maria jutro nie da rady odebrać dzieci.

– Tak? – dziwi się matka. – A dlaczego nie?

– Wynikła taka drobna sprawa. – Jonas wciąga głęboko powietrze. – Nie będzie jej przez kilka dni. Może nawet i tydzień.

– Tydzień? – matka nie kryje zdumienia. – Ale my z tatą za trzy dni wylatujemy na Kanary. Nie możemy…

– Mamo! Już jestem spóźniony! Nie mogę dłużej rozmawiać – głos Jonasa drży. – Wytłumaczę to później. Ja… nie mogę…

Mężczyzna odkłada słuchawkę i wyrywa kabel ze ściany. Ociera pot z czoła, mażąc je jednocześnie krwią.

Na podłodze w sypialni na rozłożonym tropiku namiotu spoczywają nagie zwłoki Marii. Leżą na plecach w kałuży lepkiej krwi z pustym wzrokiem wbitym w sufit.

Jonas ściąga zakrwawioną pościel z łóżka i nakrywa nią stygnące ciało żony. Na materacu po jej stronie posłania widnieje plama

krwi wielkości talerza. Spała, kiedy zadawał jej ciosy młotkiem w głowę. Jonas idzie po czysty ręcznik i nakrywa nim krwawą plamę. Później zawija zwłoki w tropik i poszwę i związuje to wszystko razem linkami przytroczonymi do tropiku, wyposażonymi w specjalne pętle na śledzie.

Po spłukaniu z siebie krwi pod gorącym natryskiem i dokładnym wytarciu się od stóp do głów obleka kołdrę i poduszki w nowe poszwy. Ścieli małżeńskie łóżko. Następnie zbiera wszystko, co mogło mieć jakikolwiek kontakt z krwią zamordowanej małżonki, do jednego plastikowego worka; młotek, telefon, haftowany bieżnik spod telefonu, mydło spod prysznica i ręcznik, w który się wycierał. Zwilża ścierkę w gorącej wodzie i wyciera niewidoczne odciski palców z klamek, framug, ścian i podłogi, stolików nocnych, oparć łóżka. Potem ścierka ląduje w worku razem z młotkiem i pozostałymi przedmiotami. Zawiązuje worek w węzeł i wkłada go do kolejnego worka, który także zawiązuje. Wkłada spodnie, koszulę i lekką kurtkę, po czym taszczy zwłoki do dżipa.

Ten dżip to dziesięcioletni cherokee, biały, z dodatkowymi reflektorami z przodu i z bagażnikiem na narty na dachu. Jonas cofa wóz z miejsca parkingowego przeznaczonego dla mieszkańców swojej połówki bliźniaka, w skupieniu rozglądając się po spokojnym otoczeniu. W oknach nie ma świateł, wszyscy zdają się spać, nie widać spacerowiczów. Wrzuca automat na drive i spokojnie wyjeżdża na ulicę. Na lusterku wstecznym wisi różaniec z czarnym, drewnianym krucyfiksem. Kołysze się miarowo w przód i w tył.

Czy aby na pewno pogasił wszystkie światła w domu?

Tak. We wszystkich oknach za zasłonami panują ciemności. Ale czy pamiętał, żeby zamknąć drzwi na klucz? Do diabła, a jakie to ma znaczenie? Jonas wzdycha i wciska gaz do dechy, skręca raz w lewo i dwa razy w prawo i już jest na zachodniej obwodnicy, na drodze numer jeden. Kiedy tylko mija zjazd na Mosfellsdalur i Thingvellir, zaczyna padać. Z początku jedynie pojedyncze krople lądują na brudnej przedniej szybie, ale potem deszcz stopniowo się wzmaga. Jonas włącza wycieraczki, których sfatygowane pióra mieszają krople deszczu z brudem nagromadzonym na szybie. Usiłuje spryskać szyby płynem, ale zbiornik okazuje się pusty. Wówczas wzrok Jonasa zatrzymuje się na wskaźniku poziomu paliwa stulitrowego zbiornika. Wskazówka stanęła na czerwonej kresce u dołu skali, lecz Jonas z doświadczenia wie, że te jakieś dwadzieścia litrów w baku powinno starczyć do końca fiordu Hvalfjordur, a nawet dalej. Kiedy wrzuca kierunkowskaz w prawo i skręca na wschód wzdłuż fiordu, leje już jak z cebra. Wycieraczki stukają w przednią szybę, a ciężki, zimny deszcz zdążył zmyć z niej większość brudu. Mężczyzna zaciska dłonie na kierownicy, silnik warczy pod maską, wycieraczki wystukują szybki rytm, klima wieje ciepłem, a senne oczy wpatrują się w ciemność, która pochłania dżipa niczym czarna dziura.

Wjeżdża dzięki napędowi na cztery koła na sam brzeg przy starej stacji wielorybniczej, wyciąga łopatę z auta i w świetle reflektorów wykopuje swojej żonie wilgotny grób w czarnym piachu. Para unosi się nad Jonasem, ścigającym się z przesypującym się piaskiem i wlewającą się do dołu wodą. W oddali, przewracając drobne kamyki i wodorosty, ciężko huczą fale. Za kilka godzin zaleją ten wolno pogłębiający się grób, napełniający się szybko morzem i deszczem. Jonas odrzuca łopatę i biegnie do auta po zwłoki. Ciało jest ciężkie i trudno je nieść, a z każdym krokiem zdaje się coraz więcej ważyć. Stopy Jonasa zatapiają się w miękki piach, a deszcz bębni o zwinięty tropik. Kiedy w końcu Jonas spuszcza ciężar do grobu, woda rozbryzguje się na wszystkie strony. Na zwłoki rzuca wygładzone przez fale kamienie, po czym zasypuje je piaskiem. Przerośnięte krewetki machają kończynami i mackami na mokrej plaży. Blade, półprzezroczyste stonogi żywiące się padliną. Zagłodzone potomstwo milionów morskich stworzeń, które żyły na Islandii w czasach połowów wielorybniczych.

Mężczyzna opiera się o łopatę i rzyga na płytki grób ciepłym piwem i zielonymi kwasami żołądkowymi. Następnie przemoknięty odchodzi do dżipa, który mruczy pozostawiony na jałowym biegu na skraju plaży.

Gdy dojeżdża do zjazdu na nabrzeże Grundartangi po północnej stronie fiordu, jest za siedem trzecia. Wrzuca kierunkowskaz w lewo i skręca w drogę prowadzącą w dół zbocza, a wtedy na desce rozdzielczej zaczyna mrugać kontrolka paliwa. Nawiguje więc dżipem niczym niedużą łódką wzdłuż rzeki, która kończy się szerokim ujściem.

Kiedy dojeżdża do kei, gdzie stoi rozświetlony statek, bosman Runar i majtek Saeli czekają przy trapie i machają do niego.

– Coś się stało? – pyta Jonas, spuściwszy szybę po stronie kierowcy. Serce wali mu w piersiach, a pozbawione dopływu krwi dłonie zaciskają się na kierownicy.

– Szwagier z tobą nie przyjechał? – pyta bosman.

– Karl? Nie – odpowiada Jonas i chrząka, żeby pobudzić ślinianki do działania. – A co, jeszcze go nie ma?

– Nie – warczy Runar z wściekłością. – Inaczej nas by tu nie było.

– Pewno złapał jakąś okazję – mamrocze Jonas, mrugając oczami.

– No to musisz jechać i go znaleźć! – krzyczy Runar, pstrykając żarzącym się niedopałkiem w ciemność. – Za pięć minut zwalniamy cumy, niezależnie od tego, czy się tu zjawi, czy nie!

– Ja muszę iść na mostek. Mam wachtę o czwartej. – Jonas wrzuca jałowy bieg, zabiera różaniec z krzyżem z lusterka wstecznego, po czym wysiada z dżipa. – A ty nie możesz pojechać się za nim rozejrzeć? Jestem przekonany, że już tu idzie do nas piechotą od zjazdu.

– W porządku – mruczy Runar i wsiada do dżipa. – A gdzie mam potem zaparkować gablotę?

– Gdziekolwiek. – Jonas wzrusza ramionami. – Mnie tam wszystko jedno.

– Okej – zgadza się Runar i wciska gaz do dechy w samochodzie prawie bez paliwa.

– Stary już przyjechał? – pyta zamyślony Jonas, zasuwając zamek kurtki pod szyję. Deszcz przestał padać, ale noc wciąż jest zimna i wilgotna.

Saeli, stojąc z rękoma w kieszeniach i w czapce spuszczonej na oczy, woła Jonasa.

Z samej góry trapu Jonas odwraca się do niego:

– Tak, a o co chodzi?

– Nie zabrałeś z sobą jakiegoś bagażu, choćby marynarskiego worka? – pyta Saeli, poruszając ramionami w przepastnej kurtce. -No wiesz. Ciuchy, fajki i tak dalej.

– Nie – krótko odpowiada Jonas zapatrzony w czarne niebo, jakby spodziewał się stamtąd jakiejś pomocy. – Po prostu… zapomniałem.

– Zapomniałeś…!? – Saeli nie wierzy własnym uszom.

– No – odpowiada Jonas matowym głosem i wchodzi na pokład.

– Twoja broszka! To nara! – woła za nim Saeli. Sternik znika za nadbudówką. Saeli ma wachtę od trzeciej do szóstej w nocy. A więc będzie towarzyszył Jonasowi do samego rana.

Zachodni wiatr coraz bardziej się nasila, potężna bryła statku wolno tańczy, napinając regularnie oporne cumy, które zaciskają się wokół stalowych pachołków. Świeża deszczówka zmieszana z morską wodą spływa z przesiąkniętych lin.

Wygląda to, jakby ten długi na sto metrów, ważący cztery tysiące ton frachtowiec próbował uwolnić się z pęt…

V

Poprzez ciężkie dźwięki bluesa, gwar i gorzkie opary dymu dobiegają głośne uderzenia dzwonu, jakby dochodzące ze statku zabłąkanego we mgle u brzegu nieznanego lądu.

– Za piętnaście minut zamykamy! – woła barman, puszczając linkę, która zwisa smutno z serca starego dzwonu odlanego z brązu, niegdyś pełniącego wachtę na holenderskim handlowcu.

Przy barze siedzi brodacz w dżinsowej kurtce i takich samych spodniach. Błyszczącymi oczyma spogląda na ostatni łyk piwa w upaćkanej szklance, po czym zerka na zegarek, który mówi mu, że jest za piętnaście pierwsza w nocy jedenastego dnia miesiąca. To Karl Gudjonsson, bezrobotny czterdziestoletni stolarz, którego czeka pierwszy w życiu rejs w charakterze drugiego majtka na frachtowcu przycumowanym teraz do kei w porcie w Grundartangi. Statek jest gotowy do opuszczenia portu po dwudniowym postoju rozładunkowym, podczas którego towar został wydobyty z ładowni za pomocą specjalnej dyszy ssącej.

Za piętnaście minut zamykamy.

Na wieki wieków.

Deja vu.

Wypija ostatni łyk piwa, gasi na wpół wypalonego papierosa i zstępuje z wysokiego barowego stołka. Następnie zatacza się w kierunku okrągłego stolika, przy którym skupiło się pięciu popijających mężczyzn, i poklepuje po plecach dwóch siedzących najbliżej niego. Nachyla się do nich i uśmiecha lizusowsko spod rozwichrzonego zarostu.

– Możecie mi pożyczyć dychę, chłopaki? – pyta i chrząka. – Muszę zatelefonować w jedno miejsce, a nie mam drobnych.

– Człowieku, daj nam spokój! – odzywa się jeden z tych, nad którymi pochylił się intruz. Uderza go łokciem w podbrzusze i odpycha od stolika.

Karl cofa się dwa kroki i zastyga w bezruchu, łapiąc równowagę, którą w końcu odzyskuje.

Ogarnia go mrok i cisza, w głowie szumią zimne wiatry i przez chwilę czuje się zupełnie, jakby zapadł w głęboki sen. Sen czarny niczym noc zapomnienia, ciężki niczym śmiertelny trans i zimny niczym wieczna zima.

Pusty jak echo basowego bębna:

Bom, bom, bom…

Przez chwilę tylko, potem już jest po wszystkim.

– Pięć, pięć, pięć… statków – mamroce Karl, chwiejąc się na drewnianej podłodze. Po chwili chwyta za poręcz schodów i wspina się na pięterko baru, gdzie młodzi muzycy grają ciężkawego bluesa dla tłumu ponurych, zgorzkniałych i przesiąkniętych smutkiem pijaków, siedzących przy stolikach, stojących wzdłuż ścian i przy barze, na poły niezauważalnych w gęstych oparach dymu.

Muszę się dostać na pokład statku…

Po rzewnym solo gitarowym w leniwym rytmie wybijanym przez pałkera kapela jakby straciła lotność. Zanim jednak muzycy zdążą się zupełnie pogubić, perkusiście udaje się odnaleźć rytm. Bije leciutko w werbel, bas łapie takt, gitara znów zaczyna łkać, a wokalista z długą brodą wydobywa poetycki tekst z łzawych zakątków duszy: Before I sink into the big sleep, I want to hear the scream of the butterfly…

Karl wyciąga pożółkłe od nikotyny palce po pięćdziesiątaka błyszczącego w czarnej kałuży, ociera zeń błoto i wrzuca do szpary w automacie telefonicznym przy końcu baru.

Wyjmuje z kieszeni na piersiach dżinsowej kurtki pomięty skrawek papieru i odczytuje napisany odręcznie numer telefonu: 555-7547.

Następnie wystukuje numer na tarczy i przyciska słuchawkę do prawego ucha, a lewą dłoń do lewego.

– Halo? – odzywa się nieufnie ktoś po drugiej stronie linii.

– Jonas, to ty? – pyta Karl nazbyt głośno, przyciskając mocniej do ucha słuchawkę. Opiera czoło o ścianę obok automatu telefonicznego i choć niemal krzyczy, jego głos tonie w jazgocie dźwięków kapeli.

Po tym, jak Jonas nagle kończy rozmowę, Karl staje naprzeciwko automatu wrzutowego i wysupłuje z tylnej kieszeni dżinsów chudawy portfel, otwiera go niczym kopertę i sprawdza nędzną zawartość. Jeden banknot tysiąckoronowy. I jeden pięćsetkoronowy. Razem tysiąc pięćset koron.

– Jeszcze coś podać? – pyta barman, kiedy Karl z powrotem sadowi się na barowym stołku, na którym przesiedział cały wieczór.

Barman jest wielkim, grubym gościem w rozpiętej koszuli z podwiniętymi rękawami. Na zarośniętej klatce dynda mu łańcuszek ze złotym krzyżem. Gładko ogolona twarz jest czerwona i wilgotna od potu, oczy zapadły się już dawno w napęczniałe ciało, a resztkę ciemnych włosów ich posiadacz precyzyjnie zaczesał na kark.

– Tak. Może jedną whisky – odzywa się Karl i wyjmuje zmiętą paczkę, z której wyciąga papierosa trzeciego od końca. – I camele.

– Się robi – oznajmia barman, napełniając ciężką szklaneczkę najtańszą whisky.

Karl zapala papierosa i przyciąga do siebie brudną popielniczkę.

– To może byś zapłacił? – pyta barman, zrywając celofan i sreberko z nowej paczki cameli.

– A ile to będzie? – pyta Karl najspokojniej w świecie.

– To… – Barman dopisuje ostatnią pozycję do rachunku, po czym podsumowuje koszt zamówień Karla. – Razem to będzie siedem tysięcy dziewięćset koron.

– A nie mogę wziąć tego u ciebie na krechę? – pyta Karl, z namaszczeniem popijając whisky.

– Do kiedy? – pyta barman, mrużąc przekrwione oczy.

– Dziś w nocy wypływam w morze i wracam za pół miesiąca. – Karl głęboko zaciąga się dymem, który potem wypuszcza przez nos.

– Wolałbym, żebyś uregulował należność teraz – stwierdza barman i opiera się o bar przed Karlem przedramieniem, umięśnionym przedramieniem naznaczonym głęboką blizną od łokcia po nadgarstek i ozdobionym przedstawiającym kotwicę niebieskim tatuażem, który już dawno spłowiał na smaganej wiatrami skórze.

– Rozumiem – mruczy Karl, strząsając popiół z papierosa i przyglądając się trzem zdjęciom w ramkach, wiszących jedno pod drugim na ścianie pod dzwonem okrętowym.

Fotografia na samym dole przedstawia pierwszy m/s „Dettifoss” kompanii Eimskip, który zakupiono w roku 1930 i który później został zatopiony przez niemiecką łódź podwodną u brzegów Irlandii w lutym 1945. Razem ze statkiem zatonęła piętnastoosobowa załoga.

Na środkowym zdjęciu widnieje kolejny m/s „Dettifoss” kompanii Eimskip, który spłynął z pochylni w 1949 i dwadzieścia lat później został sprzedany za granicę.

Górne zdjęcie ukazuje trzeci m/ s „Dettifoss”, który po raz pierwszy zawitał do portu w 1970 i służył kompanii Eimskip przez dziewiętnaście lat, aż do dnia, kiedy go sprzedano w 1989 roku.

– Pływałeś na „Dettifossie”? – pyta Karl, wskazując głową w kierunku czarno-białych zdjęć.

– Tak. A bo co? – odzywa się podejrzliwie barman.

– Na trzecim, co nie? – Karl wydaje się zainteresowany.

– Byłem sternikiem na trzecim, tak – odpowiada mu barman, szybko zerkając na najwyższe zdjęcie. – Przez długi czas drugim sternikiem, ale zanim go sprzedali awansowałem na pierwszego.

– I co? – pyta Karl, mocząc usta w whisky. – Przestałeś pływać?

– Co to w ogóle za pytania? – pyta barman, spoglądając prowokacyjnie na Karla, który niewinnie wzrusza ramionami.

– Mój stary też był marynarzem – odzywa się Karl po chwili. -Sternikiem, tak jak ty. Głównie na rybakach. Potem w 1970 zrezygnował z morza. Kupił udziały u armatora i zaczął pracować na lądzie.

– To dobrze – mruczy barman, strzepując mokrą ścierką kurz z baru. – Może byś jednak uregulował rachunek, koleś, zanim zamknę?

– Ale robota na lądzie mu nie służyła – kontynuuje Karl zamyślony, szybko zaciągając się papierosem. – I na początku 1973 znów poszedł pływać, kiedy ten cały armator prawie że już zbankrutował.

– Słuchaj, koleś! – Barman opiera zaciśnięte pięści o wewnętrzny kant baru. – Nie mam czasu wysłuchiwać życiorysu twojego tatusia! Nie teraz!

– Statek, na który się zamustrował – ciągnie Karl i spokojnie gasi papierosa w popielniczce – to „Siódma Gwiazda” z Keflaviku.

– „Siódma Gwiazda”? – barman natychmiast zamienia się w słuch. – W którym roku, mówiłeś? Tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim?

– No – Karl ze spokojem kiwa głową.

– Był na pokładzie, kiedy…? – Barman pochyla się w kierunku Karla.

– Kiedy wypłynęli z Wysp Owczych 11 lutego 1973 roku? – odpowiada Karl i patrzy nieobecnym wzrokiem w nieokreślony punkt za plecami rozmówcy. – Tak. Był wtedy na pokładzie. Statek był w remoncie i zależało im, żeby szybko wypłynąć na łowiska.

– Ja byłem w tym samym czasie na „Dettifossie”! – zmęczone źrenice barmana rozszerzają się ze zdziwienia. – Wracaliśmy z Leith w Szkocji. Byłem na mostku, kiedy kapitan Erlendur usłyszał sygnał alarmowy. „Siódma Gwiazda” właśnie zatonęła, a załoga znalazła się w łodziach ratunkowych.

– Mówisz serio? – pyta Karl i wlepia pytający wzrok w oczy barmana, który wyciera pot z czoła.

– Tak. – Człowiek za barem zapala papierosa. – Po dwudziestu minutach ponownie usłyszeliśmy wezwanie, ale nie zrozumieliśmy słów. Usiłowaliśmy namierzyć rozbitków, ale tej nocy pogoda była fatalna. Sztorm, a tu dziesięć ludzkich istnień śmiertelnie zagrożonych. Tej nocy nigdy nie zapomnę. Nigdy.

– Znaleziono tylko jednego człowieka – wzdycha Karl. – To znaczy jedno ciało.

– Tak – mamrocze barman i nalewa sobie whisky, po czym po czubek napełnia szkło Karla. – Dziewiętnaście dni później. Po największej akcji poszukiwawczej w historii wypadków morskich. To był może…?

– Tata? Nie – mówi Karl, kręcąc głową. – Nigdy go nie znaleziono. Panie, świeć nad jego duszą.

– Zdrowie, przyjacielu! – Barman podnosi swoją szklaneczkę. -Za pamięć o twoim tacie.

– Tak. Zdrowie! – Karl uśmiecha się niemrawo, po czym obaj stukają się szklankami i piją. Karl się oblizuje. Ma nadzieję, że barman nie będzie dalej wypytywał o tę słynną katastrofę morską, którą Karl zna jedynie z opowieści, jakimi raczył go jego szwagier Jonas podczas częstych w ostatnim czasie pijatyk.

– I sam też pływasz? – pyta barman, zaciągając się papierosem.

– Tak, pływam – mruczy Karl, kiwając głową jak gdyby nigdy nic. – Wbrew woli starego, który nigdy już nie chciał wracać na morze.

– Tak to już jest – mamrocze pod nosem barman, dając jakiemuś zniecierpliwionemu klientowi znak, by poczekał. – Słuchaj. Odłożę rachunek, przyjacielu. Zapłacisz mi, jak wrócisz z rejsu. W porządku?

– Dzięki – uśmiecha się Karl pod nosem, chowając paczkę cameli do wewnętrznej kieszeni dżinsowej kurtki. – Nie mógłbyś mi zamówić taksówki?

Barman traktuje tę prośbę jako coś oczywistego i macha Karlowi na pożegnanie owłosioną ręką, po czym odwraca się w kierunku ostatnich tego wieczoru klientów.

Karl idzie do wyjścia, zapina kurtkę i podnosi kołnierz. Wychodzi w ciemną noc.

– Ostatni dzwonek. Zaraz zamykam – woła barman, bijąc trzy razy w stary mosiężny dzwon. Metaliczny dźwięk wypełnia zadymiony bar. Drzwi zamykają się za Karlem, a głośny rwetes natychmiast zamienia się w stłumiony gwar podobny do odległego ptasiego świergotu.

Po chwili przyjeżdża taksówka. Karl siada na tylnym siedzeniu i prosi kierowcę, by go zawiózł do Mosfellsbae.

– Mówiłeś Hjadarland? – upewnia się taksiarz po chwili.

– Co? Tak – potwierdza Karl i otwiera oczy. Zasnął na miękkim siedzeniu z głową opadającą na ramię. W taksówce jest gorąco i wybudzonego ze snu Karla zaczyna mdlić.

– A jaki numer? – pyta taksówkarz, nieco zwalniając.

– Może być tutaj. Wysiadam – odzywa się Karl, kiedy wygląda przez samochodową szybę i zauważa dom szwagra po drugiej stronie ulicy.

– Proszę. – Taksówkarz zatrzymuje samochód i zapala światło w kabinie. – To będzie razem tysiąc czterysta koron.

– Zatrzymaj resztę. – Karl wręcza taryfiarzowi wszystkie swoje pieniądze.

– Dzięki. – Taksówkarz bierze wymięte banknoty. – Dobranoc.

Karl życzy taksówkarzowi dobrej nocy i zamyka za sobą drzwi

auta.

Dom jego siostry Marii tonie w mroku, a kiedy Karl naciska dzwonek, nikt nie podchodzi do drzwi. Nawet Maria. W garażu też panują ciemności i, jak się zdaje, brak w nim Jonasowego dżipa.

– Kurwa mać – cicho klnie Karl i schodzi z taczki, którą postawił wywróconą przy ścianie garażu, żeby zajrzeć przez okno.

Przy drzwiach leży biały worek ze śmieciami, który Karl podnosi i upycha do śmietnika, po czym pieszo rusza w kierunku drogi krajowej numer jeden.

Ruch panuje niewielki. Z czarnych jak węgiel niebios spadają lodowate krople deszczu. Karl nie zdążył zatrzymać dwóch samochodów dostawczych, a przez te dwie minuty, kiedy tkwił na poboczu, minęły go dwa samochody osobowe, nawet nie zwalniając. Deszcz pada coraz gęstszy, zimne krople wlewają mu się za kołnierz dżinsowej kurtki, która powoli przemaka. Karl rusza pieszo na wschód. Widząc zbliżające się światła samochodu lub słysząc warkot silnika, odwraca się plecami do kierunku marszu i wyciąga kciuk.

Siedmioosobowa taksówka mknie szybko, ale kiedy go mija, zdaje się zwalniać. Karl przyspiesza kroku i macha za samochodem, rozświetlającym ciemności koło zjazdu na Thingvellir czerwonymi światłami wstecznymi. Przez szybę boczną po stronie pasażera dostrzega twarz mężczyzny. Twarz, którą jakby gdzieś już widział. I zdaje mu się także, że pasażer też jakoś go kojarzy. Nie ma pojęcia, skąd mogą się znać, ale to nieważne. Rusza biegiem za taksówką, która jednak nagle przyspiesza i rozpływa się w czarnym, deszczowym mroku.

Karl zatrzymuje się i przemoknięty, zziębnięty, ciężko dyszy, czując kłucie w piersiach po ogromnym wysiłku fizycznym.

Bar. Ten facet wcześniej, tego wieczoru, był w barze. Ten w taksówce. Twarz w bocznej szybie.

– To nieważne – mruczy Karl. Stoi skulony pod znakiem drogowym wskazującym kierunek do Thingvellir, oparłszy dłonie o przemoknięte kolana. W ustach czuje gorzki posmak krwi.

To już koniec, myśli. Nie zdążę do Grundartangi na czas. Statek odpłynie beze mnie.

Wtedy na mokrym asfalcie zauważa biały snop światła i coraz wyraźniej słyszy basowy warkot silnika. Szerokie opony radialne rozbryzgują deszcz spod srebrnego range rovera vogue.

Karl prostuje się, robi dwa kroki w kierunku asfaltu, odwraca się, wyciąga prawe ramię i wystawia sinobiały kciuk w stronę nieba.

Futurystyczne ksenonowe światła oślepiają go przez moment, i wtedy dżip składa pocałunek na jego policzku. Zimny pocałunek. Łamie kości, rwie ciało i miażdży wnętrzności. Wszystko w ułamku sekundy. I odrzuca go na pobocze, turlając do przydrożnego rowu.

Tam Karl dostaje drgawek, unurzany w błocie i brunatnej deszczówce. Porażony strachem. Nieprzytomny.

A dżip, powarkujący znika z zawrotną prędkością w mroku nocy, ze stłuczonym reflektorem, pękniętą przednią szybą i krwawym pasem, ciągnącym się od prawej strony maski aż po dach z lewej.

Żadnego światła poza kremowożółtą poświatą latarni. Żadnego dźwięku poza szumem deszczu.

Nie widać nic poza ludzkim kształtem w rowie.

Butem na poboczu.

I kroplami krwi na mokrym asfalcie.

VI

W pozbawionym okien pomieszczeniu piwnicznym na wyściełanej skórą ławeczce leży nagi mężczyzna i zaciska dłonie na stalowym drążku, spoczywającym w żelaznych widełkach jakieś pół metra nad jego twarzą. Napina klatkę piersiową i plecy i dociska stopy do podłogi. Kiedy pośladkami ledwie dotyka ławki, podrywa drążek z widełek. Jego skupiony wzrok skierowany jest na środek drążka. Mężczyzna nabiera powietrza w płuca i zatrzymuje je, opuszczając jednocześnie sztangę na piersi. Kiedy zimna stal dotyka napiętych mięśni, znowu podnosi ciężar, tym razem wydychając powietrze. Czynność tę powtarza jeszcze cztery razy, wolno i z opanowaniem, choć z coraz większym trudem, podwyższając sobie ciśnienie krwi i skracając oddech.

Z każdą mijającą minutą rośnie temperatura w pomieszczeniu. Ciężkie powietrze trąci kwaśnym potem i gorzkim testosteronem, przypominającym zapachem koci mocz.

Mężczyzna siada na ławeczce, przymyka błękitne oczy i kręci głową, najpierw zgodnie z ruchem wskazówek zegara, potem w kierunku przeciwnym, wyrównując jednocześnie oddech. Jeśli nie liczyć gotyckiej litery K na prawej piersi, na jego opalonym ciele nie ma tatuaży, są natomiast blizny wszelkiej maści i rozmiarów. Jest ich tak wiele, że nikt by ich nie zliczył. To samo można powiedzieć o zadrapaniach, starych bliznach po oparzeniach i zarośniętych śladach potrądzikowych. Większość tych okaleczeń to pamiątki po urazach doznanych w wypadkach motocyklowych i samochodowych, choć również niekonwencjonalne sporty, niezliczone bójki, w tym kilka na noże, oraz strzelaniny pozostawiły swój znak na skórze. Poza śladami na powierzchni ciała można by także znaleźć mnóstwo zrostów, pęknięć i guzów znaczących jego szkielet, posztukowany tuzinem stalowych gwoździ, drutami i dwoma sztucznymi stawami. Większość owłosienia została usunięta z ciała przy użyciu kremów i wosku, poza włosami łonowymi, które skrócono do trzech milimetrów. Na głowie zaś mężczyzna ma włosy proste, długie, sięgające pleców, ufarbowane na kruczoczarno i przyozdobione czerwonymi i niebieskimi pasemkami. Człowiek ten nie nosi ozdób na palcach ani na szyi, za to w jego uszach tkwią grube kolczyki z inkrustowanego srebra w kształcie węży złączonych w ten sposób, że ich ogony znikają w otwartych paszczach. Te ręcznie wykonane ozdoby nadają męskiej i skądinąd wzbudzającej zaufanie twarzy groźny wyraz.

Człowiekiem tym jest Jon Karl Esrason, dwudziestosześcioletni syn marynarza, zajmujący się lewymi interesami i różnego rodzaju nielegalną działalnością. Dość długa historia jego spraw sądowych sięga ponad dziesięciu lat wstecz, a składa się na nią z górą trzydzieści aktów oskarżeń i tuzin wyroków. To jego curriculum vitae.

– Lilja? – woła Jon Karl, krocząc boso po wyłożonym miękką wykładziną korytarzu, nie spodziewając się jednak odpowiedzi. On wie, że ona jest w domu. A ona wie, że on wie, że ona jest w domu. Dlatego mu nie odpowiada.

Ubrał się w czarne sportowe spodenki i gumką ściągnął włosy do tyłu.

W przestronnej, jasnej kuchni duży mikser miesza mleko, banany i odżywkę proteinową z białkiem serwatkowym o smaku truskawkowym. Mężczyzna chwyta garść witamin i suplementów dietetycznych, po czym popija je smacznym koktajlem.

Odkręca gorącą wodę w kranie nad zlewem, podkłada pod strumień opróżniony pojemnik z miksera i podczas gdy leje się doń woda, wygląda przez okno. Przy końcu ulicy znajduje się szkoła podstawowa, a obok niej ogrodzone boisko do koszykówki, na którym codziennie, dopóki nie zrobi się ciemno, pryszczaci młodzieńcy rzucają piłką do kosza pozbawionego siatki. Ale teraz jest noc i boisko zamarło. Żadnego ruchu. Tylko mrok. I malutki żar za przednią szybą zaparkowanego samochodu. Zupełnie jakby ktoś siedzący na miejscu kierowcy palił papierosa.

Jon Karl porusza się szybko i zdecydowanie, zakręca gorącą wodę i gasi światło w kuchni. Jego źrenice się rozszerzają, podobnie jak tętnice, mięśnie klatki piersiowej i nozdrza. Pochyla się nad zlewem, przykładając prawy policzek do zimnej szyby, a lewy do zasłony. W ten sposób z ukosa patrzy bez ruchu przez okno, niczym lew wystawiający pysk za granicę roślinności sawanny. Teraz lepiej rozróżnia kształty majaczące poza zasięgiem światła latarni ulicznych w zimnej jesiennej czarnej nocy. Na drugim końcu boiska do koszykówki stoi czarny dostawczak, do połowy zaparkowany na chodniku. Oczywiście może równie dobrze być brązowy, granatowy lub ciemnozielony, lecz w ciemnościach wygląda na czarny. Ale wewnątrz nie widać już żadnego żaru, żadnego ruchu, niczego. Czyżby mu się zdawało, czy może kierowca zgasił papierosa, kiedy on sam wyłączał światło? Czy ktoś obserwuje dom? A może to sam Jon Karl zaczyna ulegać manii prześladowczej?

Ciszę na zewnątrz przerywa śmiech dwóch nastolatek. Poruszając się z lekkością, wchodzą w zasięg wzroku Jona Karla i suną chodnikiem po drugiej stronie ulicy, zmuszając tym samym mężczyznę do oderwania spojrzenia od czarnego dostawczaka i skierowania swojej samczej uwagi na jędrne pośladki, młodzieńcze ruchy i szczupłe nogi.