Stary człowiek i morze - Ernest Hemingway - ebook + audiobook + książka

Stary człowiek i morze ebook i audiobook

Ernest Hemingway

4,3

14 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Stary Santiago, po 84 dniach bez udanego połowu postanawia samotnie wypłynąć na dalekie wody, aby spróbować szczęścia i udowodnić, że jeszcze nie jest bezużytecznym rybakiem. Udaje mu się złapać imponującego marlina, największego, jakiego kiedykolwiek widział. To jednak dopiero początek jego zmagań. Ogromna ryba się nie poddaje i starzec – z dala od ludzi, bez żadnego wsparcia – musi rozpocząć dramatyczną walkę na śmierć i życie nie tylko z marlinem, lecz także ze sobą i swoim ciałem.

W oszczędnym, ale przejmującym stylu Hemingway pokazuje realia życia w kubańskiej wiosce i warunki pracy rybaków, jednak Stary człowiek i morze to przede wszystkim ponadczasowa opowieść o mierzeniu się z wyzwaniami, uporze i niezłomnej sile ducha.

Hemingway napisał Starego człowieka w ciągu ośmiu tygodniu, a po skończeniu pracy uznał, że to jego najlepsze dzieło. 1 września 1952 roku tekst został wydrukowany na łamach magazynu „Life”. Przez dwa dni pismo sprzedało się w kilku milionach egzemplarzy. Autor za swoje opowiadanie otrzymał w 1953 roku Nagrodę Pulitzera, znacznie przyczyniło się też ono do przyznania mu Nagrody Nobla w 1954 roku. Było dwukrotnie ekranizowane (w 1958 i 1990 roku).

Najbardziej znane dzieło Hemingwaya, w tłumaczeniu Kai Gucio, otwiera serię wydań amerykańskiego noblisty w nowych przekładach.

To jego najlepsze dzieło. [...] Tym razem odkrył Boga, Stwórcę... Chwała Bogu, który stworzył, pokochał i pożałował Hemingwaya.

William Faulkner po lekturze Starego człowieka i morza

Ernest Hemingway (1899–1961) – amerykański pisarz i reporter. W 1918 roku zgłosił się na ochotnika do oddziałów Czerwonego Krzyża we Francji, został ranny podczas walk we Włoszech. Po powrocie do Stanów rozpoczął pracę dla „Toronto Star”. Wtedy zaczęły się ukazywać jego pierwsze powieści, między innymi Słońce też wschodzi (1926) i Pożegnanie z bronią (1929). W latach trzydziestych jako korespondent relacjonował z Hiszpanii tamtejszą wojnę domową, opisaną także w powieści Komu bije dzwon (1940). W latach czterdziestych osiedlił się na Kubie, gdzie mieszkał do 1959 roku. W tym czasie powstała powieść Za rzekę, w cień drzew (1950) oraz opowiadanie Stary człowiek i morze (1952), uznawane za jedno z jego szczytowych osiągnięć. W 1954 pisarz otrzymał Nagrodę Nobla. Zginął śmiercią samobójczą w 1961 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 107

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 29 min

Lektor: Krzysztof Gosztyła

Oceny
4,3 (176 ocen)
96
44
27
4
5
Sortuj według:
AllaG

Nie oderwiesz się od lektury

Po latach pd przeczytania książki wróciłam do jej treści ale tym razem w postaci audiobooka. Treści oceniac nie będę - klasyk, odniose się natomiast do czytania - jest na najwyższym poziomie. Przejmujące i profesjonalne.
00
anytyna

Dobrze spędzony czas

Po latach doceniłam ją trochę bardziej niż wtedy, gdy czytałam ją jako lekturę szkolną.
00
MagdalenaLukas

Całkiem niezła

dziwne, nie wiem czy mi się podobało
00
b00sti

Dobrze spędzony czas

Czasem chciałoby się popchnąć fabułę do przodu, ale właśnie o tym jest ta książka, o uporze i wytrwałości
00
nulonde

Nie oderwiesz się od lektury

Najbardziej wciągające pływanie łódką po oceanie;) Czyta się lekko i przyjemnie. Fajny styl.
00

Popularność




Tytuł oryginału The Old Man and the Sea
Przekład KAJA GUCIO
Wydawca KATARZYNA RUDZKA
Redaktor prowadzący ANDRZEJ SZEWCZYK
Redakcja ZOFIA SAWICKA
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, BEATA WÓJCIK
Projekt okładki i stron tytułowych, ilustracje ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
The Old Man and the Sea Copyright © Hemingway Foreign Rights Trust / Hemingway Copyright Owners Copyright © for the translation by Kaja Gucio Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022
Warszawa 2022 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67157-16-2
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 [email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Był stary, pływał w pojedynkę łódką w Golfsztromie i od osiemdziesięciu czterech dni nic nie złowił. Przez pierwsze czterdzieści dni towarzyszył mu chłopiec. Ale po czterdziestu dniach bez choćby jednej ryby rodzice chłopca orzekli, że stary to teraz bezwzględnie i nieodwołalnie salao, największy pechowiec, a syn na ich polecenie zaczął pływać na innej łodzi, która już w pierwszym tygodniu złapała trzy porządne sztuki. Chłopcu smutno się robiło na widok starego, który codziennie wracał tą swoją pustą łódką, więc zawsze pomagał mu dźwigać zwoje lin albo osękę z harpunem i żagiel okręcony dookoła masztu. Żagiel był połatany workami po mące, a zwinięty wyglądał jak sztandar wiecznej klęski.

Stary był chudy i zasuszony, kark miał poorany głębokimi bruzdami. Oba policzki pokrywały mu ciemnobrązowe plamy, oznaki łagodnego nowotworu skóry, częstego w tropikach, gdzie słońce pali blaskiem odbitym od morskich fal. Ręce miał całe w bliznach od wyciągania ciężkich ryb na lince. Świeżych szram jednak nie miał. Wszystkie były stare jak rozpadliny w bezrybnej pustyni.

Wszystko w nim było stare oprócz oczu, a te miały barwę morza i były pogodne i niezłomne.

– Santiago – odezwał się chłopiec, kiedy wspięli się na skarpę nieopodal wyciągniętej na brzeg łódki. – Mógłbym znowu z tobą wypłynąć. Zarobiliśmy trochę grosza.

To stary nauczył chłopca łowić ryby i chłopiec go kochał.

– Nie – odparł stary. – Trafiłeś na szczęśliwą łódź. Zostań tam.

– A pamiętasz, jak kiedyś przez osiemdziesiąt siedem dni nic nie złapałeś, a potem przez trzy tygodnie dzień w dzień łowiliśmy same wielkie?

– Pamiętam – odpowiedział stary. – Wiem, że to nie przez zwątpienie odszedłeś.

– Tata kazał mi odejść. Jestem za młody, muszę go słuchać.

– Wiem – odrzekł stary. – Normalna sprawa.

– On nie bardzo wierzy.

– Nie – powtórzył starzec. – Ale my wierzymy, prawda?

– Tak – stwierdził chłopiec. – Może postawię ci piwo na Tarasie, a potem pomogę zanieść te rzeczy do domu?

– Czemu nie? – odparł stary. – Między rybakami.

Usiedli na Tarasie i wielu rybaków kpiło ze starego, a on przyjmował to spokojnie. Inni, starsi, patrzyli na niego i ogarniał ich smutek. Ale nie dawali tego po sobie poznać i rozmawiali uprzejmie o prądach i o głębokości, na jaką zarzucili linki, o tym, że pogoda ostatnio dopisuje, i o wszystkim, co widzieli. Ci, którym się tego dnia poszczęściło, zdążyli już wrócić, wypatroszyć swoje marliny i zanieść je, rozłożone na dwóch deskach – na obu końcach każdej dwóch ludzi uginało się pod ciężarem – do składnicy, skąd miała je odebrać furgonetka i zawieźć na targ rybny do Hawany. Rybacy, którzy złapali rekiny, zanieśli je do przetwórni po drugiej stronie zatoki, gdzie podciągnięto je na wielokrążkach, wycięto im wątroby, oberżnięto płetwy, oskórowano, a mięso pokrajano na paski do nasolenia.

Kiedy wiatr wiał od wschodu, przynosił nad przystań smród z przetwórni, dziś jednak zapach ledwo dawało się wyczuć, bo wiało od północy, a potem w ogóle przestało i na Tarasie było przyjemnie i słonecznie.

– Santiago – odezwał się chłopiec.

– Co tam? – zapytał stary. Trzymał szklankę w dłoni i rozmyślał o dawnych czasach.

– Może przyniosę ci sardynek na jutro?

– Nie. Idź pograć w baseball. Jeszcze daję radę wiosłować, a Rogelio zarzuci sieć.

– Ale ja bym bardzo chciał. Skoro nie mogę z tobą łowić, to chciałbym się chociaż na coś przydać.

– Postawiłeś mi piwo – powiedział stary. – Jesteś już mężczyzną.

– Ile miałem lat, jak mnie pierwszy raz zabrałeś na łódź?

– Pięć. I mało brakowało, żebyś zginął, jak za wcześnie wyciągnąłem rybę, a ona prawie rozwaliła łódkę. Pamiętasz?

– Pamiętam, jak się rzucała i biła ogonem i jak połamała ławkę, i ten dźwięk pałki. Pamiętam, jak mnie rzuciłeś na dziób, na mokre liny, i jak czułem, że cała łódź się trzęsie, ten łomot, jak tłukłeś tę rybę pałką, jakbyś drzewo rąbał, i ten słodki zapach krwi.

– Naprawdę to pamiętasz czy słyszałeś ode mnie?

– Pamiętam wszystko, od czasu jak mnie pierwszy raz wziąłeś na łódź.

Stary popatrzył na niego wyblakłymi od słońca, ufnymi, pełnymi czułości oczami.

– Gdybyś był mój, tobym zaryzykował i znowu cię zabrał – rzekł. – Ale ty jesteś ojca i matki i pływasz na szczęśliwej łodzi.

– To może przyniosę ci sardynek? Wiem, skąd wziąć jeszcze cztery przynęty.

– Zostało mi trochę z dzisiaj. Nasoliłem i włożyłem do skrzynki.

– Przyniosę ci cztery świeże.

– Jedną – powiedział stary. Nadzieja i ufność nigdy go nie opuściły. Teraz jednak przybierały na sile, jak nagły podmuch bryzy.

– Dwie – oświadczył chłopiec.

– Dwie – zgodził się stary. – A nie ukradłeś ich przypadkiem?

– Jakby było trzeba, tobym ukradł – odparł chłopiec. – Ale te kupiłem.

– Dziękuję – powiedział stary. Był zbyt prosty, żeby się zastanawiać, kiedy osiągnął pokorę. Wiedział jednak, że ją osiągnął i że nie przynosi mu to ujmy ani nie odbiera prawdziwej dumy.

– Przy takim prądzie jutro pewnie będzie dobry dzień – dodał.

– Dokąd popłyniesz? – zapytał chłopiec.

– Daleko w morze, wrócę, jak się wiatr zmieni. Chcę wyruszyć, zanim się rozwidni.

– Pogadam z tamtym, żeby też wypłynął dalej. Jak weźmie jakaś naprawdę wielka ryba, to będziemy mogli ci pomóc.

– Tamten nie lubi się daleko zapuszczać.

– Nie – odparł chłopiec. – Ale może wypatrzę coś, czego on nie zdoła dojrzeć, na przykład żerującego ptaka, i namówię go, żeby się wybrał na koryfeny.

– Aż tak niedowidzi?

– Prawie całkiem oślepł.

– Dziwne – stwierdził stary. – Przecież nie łowił żółwi. Od tego oczy się psują.

– Ty całe lata łowiłeś żółwie na Wybrzeżu Moskitów, a na wzrok nie narzekasz.

– Już taki ze mnie dziwny staruch.

– A starczy ci teraz siły na naprawdę dużą rybę?

– Chyba tak. Poza tym są różne sztuczki.

– Zanieśmy rzeczy do domu – powiedział chłopiec. – Potem wezmę sieć i pójdę po te sardynki.

Wyładowali osprzęt z łodzi. Stary zarzucił sobie maszt na ramię, a chłopiec podniósł drewnianą skrzynię ze zwojami ciasno splecionych brunatnych linek, osękę i harpun z drzewcem. Pudło z przynętami zostało na rufie, razem z pałką do ogłuszania dużych ryb po tym, jak już się je przyholowało do burty. Nikt by starego nie okradł, jednak lepiej było schować żagiel i ciężkie linki, bo rosa im nie służyła, a stary wprawdzie był przekonany, że żaden z miejscowych nic mu nie ukradnie, ale wolał nie kusić losu i zabrać osękę i harpun do domu.

Ruszyli razem drogą do chaty starego i weszli przez otwarte drzwi do środka. Stary oparł maszt ze zwiniętym żaglem o ścianę, a chłopiec postawił obok skrzynię i resztę ekwipunku. Maszt był niemal równie długi jak jedyna izba. Chata, zbudowana z twardych liści palmy królewskiej, na które mówiło się guano, mieściła łóżko, stół i jedno krzesło; do gotowania służyło palenisko na węgiel drzewny, znajdujące się bezpośrednio na klepisku. Na brązowych ścianach ze spłaszczonych, zachodzących na siebie liści łykowatego guano wisiały dwa kolorowe obrazki, jeden przedstawiał Najświętsze Serce Jezusowe, a drugi Matkę Bożą Miłosierdzia z Cobre. Były to pamiątki po żonie starego. Dawniej na ścianie wisiało też podbarwiane zdjęcie żony, ale zdjął je, bo kiedy na nie patrzył, czuł się samotny, dlatego teraz leżało na półce w kącie, pod czystą koszulą.

– Co masz do jedzenia? – zapytał chłopiec.

– Garnek żółtego ryżu z rybą. Chcesz trochę?

– Nie. Zjem później w domu. Rozpalić ci ogień?

– Nie, sam potem rozpalę. Albo zjem ryż na zimno.

– Mogę wziąć sieć?

– Pewnie.

Nie było żadnej sieci i chłopiec pamiętał, kiedy ją sprzedali. Mimo to dzień w dzień odgrywali to samo przedstawienie. Garnka żółtego ryżu z rybą też nie było i o tym chłopiec także wiedział.

– Osiemdziesiąt pięć to szczęśliwa liczba – odezwał się stary. – Co byś powiedział, jakbym wrócił z rybą, która by ważyła pół tony?

– Wezmę sieć i pójdę po sardynki. Posiedzisz w słońcu na progu?

– Tak. Mam wczorajszą gazetę, poczytam sobie o baseballu.

Chłopiec nie był pewien, czy wczorajsza gazeta też nie jest zmyślona. Ale stary wyciągnął ją spod łóżka.

– Dostałem ją od Perica w bodedze – wyjaśnił.

– Wrócę, jak będę miał sardynki. Położę twoje na lodzie razem ze swoimi, a jutro rano się podzielimy. Jak przyjdę, to mi powiesz, co tam słychać w rozgrywkach.

– Jankesi nie mogą przegrać.

– Ale ja się obawiam Indian z Cleveland.

– Trzeba wierzyć w Jankesów, synu. Pomyśl tylko o wielkim Di Maggio.

– Obawiam się Tygrysów z Detroit i Indian z Cleveland.

– Uważaj, bo zaraz się przestraszysz Czerwonych z Cincinnati i Białych Skarpet z Chicago.

– Poczytaj, to mi opowiesz, jak wrócę.

– Jak myślisz, może kupimy los na loterię z numerem osiemdziesiąt pięć? Bo jutro będzie osiemdziesiąty piąty dzień.

– Możemy – odparł chłopiec. – Ale co z tym twoim wielkim rekordem osiemdziesięciu siedmiu dni?

– Drugi raz się nie powtórzy. Myślisz, że dasz radę znaleźć osiemdziesiątkę piątkę?

– Mogę zamówić.

– Jeden los. To dwa i pół dolara. Mamy od kogo tyle pożyczyć?

– Prosta sprawa. Dwa i pół dolara zawsze skądś pożyczę.

– Ja chyba też bym mógł. Ale staram się nie pożyczać. Najpierw pożyczasz, potem żebrzesz.

– Tylko uważaj, żebyś się nie zaziębił, staruszku – powiedział chłopiec. – Pamiętaj, że mamy wrzesień.

– Miesiąc wielkich ryb – odparł stary. – W maju pierwszy lepszy może być rybakiem.

– Pójdę po te sardynki – oznajmił chłopiec.

Kiedy wrócił, stary spał na krześle, a słońce już zaszło. Chłopiec zdjął z łóżka wysłużony wojskowy koc i okrył nim ramiona staruszka. Dziwne to były ramiona, wciąż jeszcze silne, choć bardzo sędziwe, kark też był mocny, a bruzdy wygładzały się nieco, gdy rybak spał i głowa opadła mu na pierś. Koszulę łatał tyle razy, że wyglądała jak żagiel, a spłowiałe na słońcu łaty mieniły się różnymi odcieniami. Głowę miał jednak bardzo starą, a gdy tak spał z zamkniętymi oczami, w jego twarzy nie było życia. Gazetę trzymał na kolanach, przyciśniętą ręką, żeby nie porwała jej wieczorna bryza. Był boso.

Chłopiec zostawił go, a kiedy później wrócił, stary ciągle jeszcze spał.

– Obudź się, staruszku – powiedział chłopiec i położył mu rękę na kolanie.

Stary otworzył oczy i przez chwilę wracał z bardzo daleka. Potem się uśmiechnął.

– Co tam masz? – zapytał.

– Kolację – odparł chłopiec. – Zaraz zjemy kolację.

– Nie jestem głodny.

– Chodź, zjesz coś. Nie można łowić ryb bez jedzenia.

– Można, można – stwierdził stary, wstając z krzesła i składając gazetę. Następnie zabrał się do składania koca.

– Nie zdejmuj z siebie pledu – powiedział chłopiec. – Dopóki ja żyję, głodny na ryby nie wypłyniesz.

– W takim razie żyj jak najdłużej i dbaj o siebie – rzekł stary. – Co tam mamy do jedzenia?

– Czarną fasolę z ryżem, smażone banany i trochę gulaszu.

Chłopiec przyniósł jedzenie z Tarasu w podwójnej metalowej menażce. W kieszeni miał dwa komplety sztućców, każdy zawinięty w papierową serwetkę.

– Kto ci to dał?

– Martin. Właściciel.

– Muszę mu podziękować.

– Ja już mu podziękowałem – odparł chłopiec. – Ty nie musisz.

– Dam mu mięso z brzucha wielkiej ryby – oznajmił stary. – Nie pierwszy raz to dla nas robi, prawda?

– Chyba tak.

– To muszę mu dać coś więcej niż mięso z brzucha. Bardzo się o nas troszczy.

– Przysłał dwa piwa.

– Najbardziej lubię piwo w puszkach.

– Wiem. Ale to jest butelkowe, Hatuey; odniosę później te butelki.

– Bardzo miło z twojej strony – stwierdził stary. – To co, jemy?

– Przecież od dawna cię proszę – odparł łagodnie chłopiec. – Nie chciałem otwierać pojemnika, dopóki nie będziesz gotowy.

– Już jestem gotowy – odrzekł stary. – Potrzebowałem tylko chwili, żeby się umyć.

Gdzie ty się niby umyłeś? – pomyślał chłopiec. Wioskowa pompa była dwie uliczki dalej. Muszę mu przynieść wody, postanowił, i mydło, i porządny ręcznik. Dlaczego nie pomyślałem wcześniej? Muszę mu załatwić drugą koszulę i kurtkę na zimę, i jakieś buty, i jeszcze jeden koc.

– Ten twój gulasz jest znakomity – oświadczył stary.

– Opowiedz mi o baseballu – poprosił go chłopiec.

– Ligę Amerykańską wygrali Jankesi, tak jak mówiłem – odparł radośnie starzec.

– Dzisiaj przegrali – wtrącił chłopiec.

– To nic nie znaczy. Wielki Di Maggio znowu jest w formie.

– Nie on jeden gra w drużynie.

– Oczywiście. Ale to od niego wszystko zależy. W tej drugiej lidze, jak mam wybrać między Brooklynem a Filadelfią, to wybieram Brooklyn. Ale potem mi się przypomina Dick Sisler i te jego wspaniałe uderzenia na starym stadionie.

– Coś niesamowitego. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś wybił piłkę dalej niż on.

– Pamiętasz, jak przychodził tu na Taras? Chciałem go zabrać na ryby, ale nie starczyło mi śmiałości. Później poprosiłem ciebie, żebyś go zapytał, i tobie też zabrakło śmiałości.

– Wiem. To był wielki błąd. Mógł się z nami wybrać. Mielibyśmy co wspominać do końca życia.

– Wielkiego Di Maggio chętnie bym zabrał na ryby – powiedział stary. – Ponoć jego ojciec był rybakiem. Może biedował tak samo jak my i potrafiłby zrozumieć.

– Ojciec wielkiego Sislera ani chwili w życiu nie biedował i grał, w sensie ten ojciec, w pierwszej lidze, jak był w moim wieku.

– Kiedy ja byłem w twoim wieku, służyłem jako majtek na żaglowcu, który pływał do Afryki, i wieczorami oglądałem lwy na plażach.

– Wiem. Opowiadałeś mi.

– Wolisz rozmawiać o Afryce czy o baseballu?

– Chyba o baseballu – odparł chłopiec. – Opowiedz mi o wielkim Johnie J. McGraw. – Inicjał imienia wymówił z hiszpańska, jota.

– On też dawniej przychodził czasem na Taras. Ale był nieokrzesany, szorstki w słowach, a jak popił, to nie szło z nim wytrzymać. Nic tylko baseball i konie mu były w głowie. A przynajmniej zawsze nosił spisy koni w kieszeni i często podawał końskie imiona przez telefon.

– Za to świetnie się sprawdził jako menedżer – powiedział chłopiec. – Ojciec uważa, że lepszego nie było.

– Bo to jego najczęściej tu widywał – stwierdził stary. – Gdyby Durocher dalej tu przyjeżdżał co roku, twój ojciec uznałby, że to on wszystkich przewyższał.

– To kto jest naprawdę najlepszym menedżerem: Luque czy Mike Gonzalez?

– Moim zdaniem są równi.

– A najlepszy rybak to ty.

– Nie. Znam lepszych.

– Qué va! – zawołał chłopiec. – Dużo jest dobrych rybaków i kilku wielkich. Ale nie ma drugiego takiego jak ty.

– Dziękuję. Dobrze to słyszeć. Oby nie trafiła nam się ryba dość wielka, by wyprowadzić nas z błędu.

– Jeśli ciągle jesteś taki silny, jak mówisz, to na całym świecie nie ma takiej ryby.

– Może i nie jestem