Starszy brat - Mahir Guven - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Poruszająca historia francusko-syryjskiej rodziny, ojca i syna, usiłujących odnaleźć się w społeczeństwie, które nie daje im za dużo szans.

Starszy brat jest kierowcą, który pracuje w przewozie osób. Zamknięty przez 11 godzin na dobę w samochodzie, wiecznie zasłuchany w radio, zastanawia się nad swoim życiem i światem.

Młodszy brat, który wiele miesięcy wcześniej wyjechał do Syrii z idealistycznych pobudek, by pracować jako pielęgniarz w muzułmańskiej organizacji humanitarnej – nie daje znaku życia.

To milczenie zadręcza jego ojca i brata, wciąż zadających sobie pytanie: dlaczego wyjechał?

Pewnego wieczoru dzwoni domofon. Młodszy brat wrócił.

W 2018 roku książka zdobyła nagrodę Goncourtów za debiut literacki.

Mahir Guven, syn Turczynki i Kurda, przybyłych do Francji jako uchodźcy, urodził się w 1986 w Nantes jako bezpaństwowiec. Dorastał u babci, pomiędzy miastem a winnicami. Pracował w Paryżu i okolicach. Starszy brat to jego pierwsza powieść, która w 2018 roku została nagrodzona m.in.: Nagrodą Goncourtów za debiut literacki, Prix Premièr i Nagrodą Régine Deforges za debiut powieściowy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1

Starszy brat

Jedyną prawdą jest śmierć. Reszta to szczegóły. Niezależnie od tego, co przydarzy ci się w życiu, wszystkie drogi prowadzą do grobu. Gdy raz zdasz sobie z tego sprawę, wystarczy tylko znaleźć powód, aby żyć. Życie? Zakumplowałem się z nim w miarę zbliżania się do śmierci. To jak wtedy, kiedy flirtujesz z jedną, ale myślisz o drugiej. Bez przerwy, odkąd drugi szczeniak, krew z krwi, kość z kości, mój brat, pojechał daleko, do krainy świrów i pomyleńców. Tam, gdzie za palenie byle papierosa mogą ci uciąć głowę. Do Ziemi Świętej. Wielu mówi o tym z obawą. Inni – w sumie kilkoro – z egzaltacją. W świecie normalnych ludzi mówi się: „Do Syrii”, ściszonym głosem i z poważnym spojrzeniem, jakby chodziło o piekło.

Po wyjeździe młodszego brata nasz stary się posypał. Jako dowód mogą posłużyć nowe zmarszczki nad jego zrośniętymi brwiami. Przez całe życie sporo się napocił, żebyśmy nie zeszli na złą drogę. Co rano sadzał tyłek w taksówce i kierował się do Guantanamo albo do kopalni. W żargonie taksówkarzy znaczy to odpowiednio: jechać do Roissy albo do Paryża i wozić klientów po cytadeli. Tej, która jest nie do zdobycia. I noc w noc przynosił torby wypchane banknotami, żeby można było napełnić lodówkę. Brak jedzenia, pusty żołądek, głód? Nieznane uczucie. Nasz szpinak zawsze był z masłem, a czasem nawet ze śmietaną.

Mimo wysiłków ojca, tutaj, w odróżnieniu od Syrii, nie kręci się za bardzo żaden interes. Czasem chciałbym być Bogiem i zbawić świat. Kiedy indziej mam ochotę machnąć na wszystko ręką. Z sobą samym włącznie. Gdyby to było takie proste, wybrałbym drogę przez okno. I skoczył. Albo z wiaduktu nad dworcem kolejki w Bondy. I wylądował pod pociągiem. Dłużej trwa i więcej syfu. Ale mniejsza o to i wali mnie to, bo dzisiaj jest ósmy – dzień, który Bóg wybrał do realizacji swojego planu.

Ósmego września urodziła się Maria Dziewica. Nie siódmego, nie dziewiątego. Ósmego przyszła na świat i ósmego wypełniła swą misję: urodziła Jezusa. 8? Liczba bez końca, jedyna podwójnie okrągła. Doskonałość. Jak raz w nią wejdziesz, to nigdy nie wyjdziesz. 8 – pomieszanie z poplątaniem, przeginka i ściema, jak w historii opowiadanej przez marsylczyka. Tego samego dnia kobieta ze zdjęcia nad kredensem, uśmiechnięta obok mojego ojca, odeszła do Niego, żeby być u Jego boku. Misja zakończona. Śmiercią.

Za każdym razem mi drżą. Wargi. Próbuję się powstrzymać. Jej ramiona, ręce, jej oddech, głos. I jej twarz, jej uśmiechy i delikatne głaskanie nas po włosach. Niełatwo z tym żyć. Przykro mówić, ale się nie wstydzę. Wolałbym żyć bez tego czegoś w sercu. Wstawać rano, wcześnie, nawet przed świtem, z wolną głową, i pić kawę w bistro na bulwarze Belleville, czytając rubrykę sportową wśród hałasu naczyń i krzątających się kelnerów. Trudno umiera się we wrześniu, ósmego. Bo to dzień urodzin Marii. A ona nic od nikogo nie chciała, wylądowała z Jezusem w brzuchu i siłą rzeczy została świętą. W rzeczywistości nikt tego nie rozumiał. Nikt. Ani prorocy, ani kalifowie, ani księża, ani papieże. Bóg nie wybrał Jezusa. Nie: wyznaczył Marię. To ją wybrał, żeby powstał Jezus. Tylko ona otrzymała jego łaskę. Ona jest Bożą wybranką.

Na zdjęciu mój ojciec jest jeszcze dość młody. Chudy jak szczapa. Bez wąsów, ale już z gęstymi zrośniętymi brwiami, przyklejonymi nad cudzoziemskim nochalem. Zahié, stara mojego ojca, moja babka, mówiła, że te brwi to autostrada z Damaszku do Aleppo. Jak gdyby archanioł Gabriel zainstalował mu pośrodku czoła czarny pasek, żeby nie tracić go z oczu. Dla mojego ojca jedna brew, a Marii kazał wrócić do swego boku. Ile lat minęło, odkąd umarła? Z dziesięć, piętnaście…? Może dwadzieścia? Uwielbiała Zidane’a. Wydawał się jej piękny. Drużyna Francji. Niebiescy. Thuram i jego dwa gole. Puchar świata. Osiemnaście lat! To było osiemnaście lat temu, a ja nadal żyję. Dłużej bez niej niż z nią, a jednak rana ciągle boli. Jątrzy się w piersi. Dlaczego my? Przecież wszystko szło dobrze. W sumie tak na pewno to nie wiem, mam tylko takie wrażenie. Może było inaczej. Nigdy się nie dowiemy. I dlaczego stary przez cały ten czas nikogo sobie nie znalazł? Tylko popatrzeć: zgorzkniały, zrzędliwy, za wywołanie u niego uśmiechu powinni dawać Legię Honorową. Co robił poza oglądaniem telewizji, piłki nożnej i programów politycznych? Albo mówieniem o swojej taksówce? Sam już nie wiem, czy to przez robotę, czy przez życie bez żony stał się równie energiczny co upalona ostryga. Pewnie przez jedno i drugie. Ale osiemnaście lat samemu? Tylko z taksówką i mańką grabowską, ja nie mogę. Jedna ręka na kierownicy, a druga na kutasie. Tak naprawdę nie wiadomo, czy trzepie kapucyna, wali konia, choćby po to, żeby nie wyjść z wprawy. Może chodzi na dziwki? Zgrywa kowboja. Zamiast rumaka ma taksę, zamiast giwery – język, usta pełne słów, którymi może splunąć na takich owakich w dupę kopanych, a do tego dwóch synków za pomocników. Jeden pojechał na Wschód, a drugi siedzi przy stole, je zupę i słucha jego ględzenia. Szczerze mówiąc, inaczej byłoby łatwiej.

Zamknął swoje życie w ciupie. W celi lęków i wątpliwości. Wystarczy zajrzeć do jego jaskini i popatrzeć, z jaką pieczołowitością nakrywa do stołu, żeby zacząć się zastanawiać, co on do cholery robi w tym bloku pełnym różnych mętów, w dzielnicy głodnych niedomytych dzieciaków, z pyskiem Pasztuna, zębami Cygana i fachem Gadzia, który skończy, głosując na Marine le Pen. Ludzie myślą, że jest Żydem, wallahlaradim1, bo co piątek ma stół nakryty jak w Pałacu Elizejskim. Ale nic z tych rzeczy, mój stary mówi, że nie jest muzułmaninem, lecz komunistą. A to według niego żadna religia… Tak że tak…

Przy stole – niezależnie, czy siedzą przy nim dwie osoby, czy jest ich dwadzieścia – nic nie zostaje pozostawione przypadkowi, ani rozmieszczenie dań, ani dobór kolorów, talerzy czy sztućców. „Je się najpierw oczami, a potem nosem” – oznajmia mi po arabsku, posypując przyprawami kawior z bakłażana. Gdyby stół mógł podnieść rękę, przysiągłby: „Tak, twój ojciec jest prawie taki jak wszystkie inne kobiety”. Przez połowę czasu, co najmniej. Tego wieczora zaprzągł całą żeńską połowę siebie do przygotowania obiadu. Klejnoty mezedes2 leżą rozrzucone po plastikowej ceracie. Kiedy ją kładzie – oczywiście po to, żeby stół się nie niszczył – język mnie świerzbi, żeby mu przygadać. Po kiego kupować mebel z czereśniowego drewna i przykrywać go jakimś śliniakiem? Co za wieś, słowo daję…!

Miał pięć starszych sióstr i wychowywano go, jakby był szóstą. W pocie czoła, z wysuszonymi rękami i bólem pleców sprzątał, gotował, a nawet precyzyjnie wyszywał. Nie był mężczyzną takim jak inni. Nie miał szans – tysiąclecia obyczajów i wychowania otrzymywanego przez kobiety z jego ojczyzny uczyniły go jedynym w swoim rodzaju. Matka i siostry sformatowały go na młodą Syryjkę, którą od dziecka szykuje się na żonę dla znajomego rodziców z sąsiedniej wsi. I to w najlepszym wypadku, bo przeważnie wydaje się ją za kuzyna, żeby uczynić zadość obietnicy złożonej mu przez ojca dziewczynki przy jej narodzinach.

Taki jest przez połowę czasu. Bo przez drugą połowę jest wąsaczem z ochrypłym, prawie zwyczajnym głosem, który je z otwartymi ustami, próbując sformułować entą teorię na temat wojny na Wschodzie. Z każdym słowem z ust pryskają mu oblepione śliną kawałeczki pożywienia i lądują na wąsach. Następnie włochatą ręką chwyta serwetkę jak gąbkę do mycia kibla i przejeżdża nią sobie po ustach jak murarz, który papierem ściernym zdziera ze ściany stary obraz. Mój stary to niemal dzieło sztuki, które mówi bez przerwy i powtarza w zapętleniu: Asad, Daesz, Amerykanie, Merkelowa, Hollande, Izrael, Damaszek, Aleppo, Kurdowie i Tadmor, jego rodzinna wioska, i tak dalej, i tym podobne, każdy przecinek opatrując pomrukiem, a każdą kropkę – bluzgiem. Ale dobra, to mój ojciec i trzeba jakoś wytrzymać. No co, rodzina. Tak to jest…

Na stole wszystko wygląda jak z książki kucharskiej. Uczta dla kilkunastu osób, tyle że jest nas dwóch. Żona? Zabrała ją kostucha. Matka? W domu opieki. Starszy syn? Przy stole, czeka. Drugi syn? Zniknął, wyjechał daleko, daleko, bardzo daleko, rzecz jasna po to, by opiekować się biedakami. Na pewno jest u tych wariatów, na wojnie, na drodze ku śmierci, może na pustyni, może na cmentarzu, poległy z kałachem w ręce albo jeszcze żywy w kraju swojego ojca. W miejscu znanym z Biblii, telewizji, internetu, u bożych pomyleńców, którzy nienawidzą, nie wiedząc dobrze, o co chodzi. No w Syrii! Na pewno zapomina właśnie o swojej matce tam, wśród skał, na zachód od Tygrysu, na wschód od Eufratu i Morza Śródziemnego, tam, gdzie gdzie można stracić życie za krzywe spojrzenie, za dymek z papierosa, za źle zawiązaną chustę. Skurwysyn. Przepraszam, mamo.

2

Młodszy brat

Wiesz, braciszku, w głębi jestem taki jak ty. Jest mnie dwóch. Jeden ja pracował w szpitalu, był poważny i nie robił hałasu, ale kręcił się w kółko. Drugi natomiast chciał zbawić Ziemię. Bo świat wołał do mnie o pomoc. Nocą słyszałem płacz dzieci – palestyńskich, malijskich, sudańskich, somalijskich, syryjskich i wszystkich pozostałych. Na niewinnych ludzi spadał grad bomb, a ja szalałem z bezsilności. Niby żyliśmy w kraju wolności, praw człowieka, ale właśnie to państwo finansowało bombardowania. Długo zastanawiałem się, czemu właściwie wyjechałem. Życie to skomplikowana sprawa. Nasze decyzje i wybór dróg, którymi podążymy, zależą od wewnętrznego dziecka ukrytego głęboko w naszych mózgach. Od tego, jak są one zbudowane. Jak rozwija się dzień po dniu. I od jego stanu ducha w danym momencie. Czasem można zawrócić w pół drogi, a czasem nie da się zmienić trasy. A jeszcze innym razem nie wiadomo, co czeka u celu. Strach przed tym, że coś cię ominie, wabi cię jak kochanka. W razie wątpliwości – ruszasz naprzód.

Wszystko zaczęło się pewnego wrześniowego popołudnia. Ósmego. W dzień śmierci mamy. W szpitalu miałem dwóch kumpli. Turka, prawdziwego, z twarzą Azjaty i potylicą płaską, jakby mu ją ktoś wyprasował. Był synem imigranta, pielęgniarzem, tak samo jak ja. Drugi kumpel to starszy lekarz z Indonezji, już w wieku emerytalnym. Na imię miał Naeem, a wołaliśmy na niego „Guendou”. Na początku myśleliśmy, że jest z Indii, i nazywaliśmy go „Hindus”, aż pod wpływem żartów i wygłupów powstało Guendou. Miał dwudziestopięcioletni staż. Należał do chirurgów, którzy przeprowadzili najwięcej operacji, i to w skali światowej. Inżynier ciała. Umiał naprawić prawie wszystko, co mieściło się w klatce piersiowej: komorę serca, aortę, płuca… Otwierał ciało nie jak rzeźnik, lecz jak artysta, gestem powolnym i spokojnym, zanurzał ręce i narzędzia w tkankach, nacinał, wycinał, oczyszczał, zaszywał, reperował i z powrotem zamykał. Krawiec szyjący z żywych tkanek. Kiedy operował, stałem obok jak giermek i podawałem mu oręż. Oprócz lekarzy podczas specjalizacji tylko on ze mną rozmawiał. A nawet więcej. Tłumaczył mi, co robi. W jego kraju tak wyglądała nauka. Zaczynało się jako pielęgniarz, ale nie trzeba było pozostać nim na zawsze. Można było liczyć na więcej, studiować na pół gwizdka. Z biegiem lat, semestr po semestrze, zdobywało się kolejne gwiazdki na lekarskich pagonach i wolno było samemu machać skalpelem.

Ósmego września był mój pierwszy przeszczep. Będę to pamiętać do końca życia. Tego dnia umarła mama, a jakiemuś biedakowi zwrócono życie. Proponowano mi udział w takiej operacji już wcześniej, ale nie czułem się całkiem gotowy. Przeszczep wymaga koncentracji, wytrwałości, doświadczenia. Przeszczep ciągnie się długo, czasem dziesięć albo piętnaście godzin. Któregoś dnia w trakcie wszczepiania bajpasów Guendou spytał, czy nie chciałbym zrobić z nim transplantacji. Wymienić komuś serce to nie byle co, trzeba korzystać z okazji. Tak to już jest w szpitalu, pracujesz, zyskujesz zaufanie i wyrabiasz sobie opinię.

A więc ósmego września koło szóstej rano wezwano mnie pilnie do szpitala. Odbyłem szkolenia przed tą operacją. Guendou od kilku tygodni truł mi, żebym powtórzył procedury. Przeważnie zaczyna się od biorcy. Przygotowuje się go z wyprzedzeniem do przyjęcia organu. My, zespół operacyjny, przejmujemy od anestezjologów uśpionego pacjenta. Ubrany w specjalną koszulę i w blasku białych świetlówek wygląda jak martwy. Mamy go nareperować i z powrotem odpalić jego silnik. Biorca, mężczyzna, czekał na nowe serce. Arab. Duża głowa. Duże wargi. Krótko ścięte kędzierzawe włosy. W miarę młody, jakieś czterdzieści pięć lat. Moi koledzy krzątali się bez emocji. Ja myślałem o życiu tego typa, jego żonie, dzieciakach, pracy, chacie, ojcu, matce, sąsiadach. Był blady. Myślałem sobie: „Kurwa, kiedy zaszyjemy tego kolesia i on się obudzi, będzie miał nowe serce, może z jakimiś bliznami, ale całkiem nowe. Druga szansa, brachu, będzie warto się modlić do Boga przez całe życie”.

Guendou kazał mi się skupić. Wiedział, że przy pierwszej transplantacji przeżywa się od cholery emocji. Chirurdzy robią minę w stylu „wszystko pod kontrolą” i postępują ze spokojem rzeźnika wycinającego sznycle z tuszy. Trzeba operować dokładnie, sprawnie, ale bez pośpiechu, eliminując zbędne ruchy, bo od momentu pobrania organu do przeszczepu i skierowania go do biorcy na działanie pozostaje zaledwie kilka godzin. Inaczej organ jest do wyrzucenia.

Guendou ciachnął go od szyi po środek brzucha. Następnie przyszedł czas na Pana Złotą Rączkę. Podałem mu piłę, rozciął mostek, a potem szczypcami rozchylił klatkę piersiową. Za każdym razem, gdy to robimy, mam ochotę przywalić pacjentowi. Zawsze kupa tłuszczu. Za dużo żrą. Tracimy tylko czas na wywalanie tego syfu. No dobrze… Podłączyliśmy go do krążenia zewnętrznego. Uwielbiam ten motyw. Tego dnia pomyślałem sobie, że Bogu udało się zainspirować nas do stworzenia maszyny, która zastępuje serce. Do aparatu wpływa krew trafiająca normalnie do mięśnia sercowego, po czym wypływa z urządzenia już natlenowana. To serce i płuca w jednym. Coś obłędnego: życie tego Araba zależało od czegoś, co wygląda jak pompa na stacji benzynowej. Pacjent ma na swoich usługach zewnętrznego DJ-a, który reguluje saturację, szybkość przepływu i wszystko, co konieczne, by utrzymać go przy życiu. Przygotowaliśmy faceta, a potem zostawiliśmy z otwartą klatką, w której biło jego dawne serce w oczekiwaniu na swój zamiennik. Poszliśmy do pokoju socjalnego. Guendou opowiadał historyjki z życia szpitala. Baba z magla, kurwa mać. Kiedy tak przekazywał mi pracowe ploty, ja myślałem o pacjencie, leżącym samotnie na bloku. I o jego rodzinie, która z niepokojem czeka na korytarzu. Najmniejsze potknięcie i facet przejdzie na tamten świat. A my, jak gdyby nigdy nic, pijemy sobie kawkę, na luzie. Życie jest pokręcone.

Jak zwykle Naeem zanudzał mnie gadką o studiowaniu medycyny. Odparłem, że tam, skąd pochodzę, pielęgniarz to i tak szczyt marzeń. Żartował, że nie chce mu się odpowiadać na wszystkie moje pytania i że mam wszelkie predyspozycje, by zostać dobrym lekarzem. Że mam do tego odpowiednią mentalność i że jak będę zadawać właściwe pytania, to zajdę daleko. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to „daleko” będzie znaczyło „do Syrii”. Z dyplomem pielęgniarza mogłem wskoczyć na drugi rok medycyny, ale operować zacząłbym dopiero za cztery, pięć lat, a pełnoprawnym chirurgiem został za dziesięć. Bo nie miałem zamiaru iść po linii najmniejszego oporu, żeby wylądować za biurkiem jako durny lekarz rodzinny. Nie moja bajka, zmusiliby mnie do otwarcia praktyki na dzielnicy i użerania się z lokalnymi frajerami i patolami. Głównym problemem na drodze do sukcesu nie był mój poziom, ale brak metody, a zwłaszcza właściwego obycia. Trząsłem gaciami. Gdy tylko odzywał się do mnie jakiś stażysta albo rezydent, dochodziłem do wniosku, że nie znalazłbym tam przyjaciół, że nikt by mnie nie lubił. Doskonale wiedziałem, że łapię szybciej niż młodzi lekarze w moim wieku. I to, że muszę wykonywać polecenia typów dużo mniej ogarniętych, ale z dyplomem w kieszeni, ryło mi mózg. W tym kraju uroki studiowania nie są dla takich jak ja. Nikt takich nie chce. Nikt nam nie powie co i jak. Najgorsze jest to, że kiedy się odzywamy, patrzy się na nas spode łba, kpi się z nas, z naszych fryzur, ubrań, religii, z tego, co oglądamy w telewizji, albo z muzyki, której słuchamy. Ale nie powiedziałem Naeemowi tego wszystkiego, boby nie zrozumiał, wziął mnie za przegrywa i zakapiora.

Było mi przez niego przykro. Kojarzył mi się z moim ojcem. Guendou przyjechał z Indonezji w wieku trzydziestu pięciu lat i od dwudziestu pięciu pracował w szpitalu. Przeprowadzał najbardziej skomplikowane operacje. Szpitalne grube ryby prosiły go o pomoc, a on machał za nich skalpelem za pensję kierowcy. Taki szpitalny Cyrano de Bergerac. Najgorzej było, kiedy niedawno chciał przejść na emeryturę, ale zarząd szpitala odpowiedział, że to niemożliwe ze względów regulaminowych. Skandal.

Cóż, nie wyglądało na to, żeby umierał z głodu, ale kiedy myślałem o tych, którzy wypaśli się na jego pracy, miałem ochotę im wpierdolić. To przez takie akcje ma się ochotę wysadzić ich mamcię – Francję. Od zerówki do klasy maturalnej chrzanią nam o sprawiedliwości i niesprawiedliwości. Oczywiście co do sprawiedliwości wszyscy są zgodni. Wszyscy są za. Kto zdobędzie odpowiednie wykształcenie, może się buntować i z pięściami w górze protestować przeciwko niesprawiedliwości. Aż pewnego dnia dzieje się to: widzisz, jak rozpada się wszystko, w co wierzyłeś. Masz ochotę rozkurwić to wszystko. Zwłaszcza kiedy napotykasz ten typ porządnych wykształconych Francuzów, którzy cały dzień prawią morały na temat dobra i zła, ale wykorzystują biednego imigranta z Indonezji. A to właśnie ich miałeś za obrońców sprawiedliwości.

Kiedy Guendou opowiadał o problemach z emeryturą, usłyszeliśmy wycie syren. Za oknem pojawił się ambulans na sygnale eskortowany przez dwóch policjantów na motorach. Jakby przewozili kryminalistę. Narząd do transplantacji przyjechał ze Szpitala Awicenny. Po powrocie na blok Naeema dopadł stres. Usunęliśmy prawie całość chorego serca. W naczyniu służącym za kosz na śmieci ten kawał zużytego mięśnia leżał jak ktoś, kto zaliczył zgon.

Choć Guendou starał się to ukryć, był na siebie zły, że zmarnował kilka minut na kawę. Tuż obok, w stalowym pojemniku, pływał narząd w zimnym płynie. Najpierw trzeba umieścić nowe serce na fragmentach przedsionków starego. Potem zszywa się żyły i tętnice. Wydaje się to proste, ale zajmuje kupę czasu, stres jest duży, a nie wolno się rozpraszać. Stałem przy Naeemie i dokładnie obserwowałem jego ruchy, starałem się je uprzedzać i kiedy tylko czegoś potrzebował, reagowałem błyskawicznie, żeby nie tracić ani sekundy. Ale nawet jeśli człowiek działa bezbłędnie, zawsze coś się spierdoli i trzeba kombinować, na przykład kiedy rozmiar tętnicy dawcy jest inny niż u biorcy. Operujemy na żywym, delikatnym organizmie, to nie matematyka, trzeba łatać, co się da. Na koniec Guendou spokojnie zamknął klatkę piersiową pacjenta.

Poszliśmy zjeść coś w okolicy, żeby zmienić otoczenie po ośmiu godzinach operacji. Naeem musiał wrócić do szpitala pilnować pacjenta. Nowe serce potrzebowało czasu, żeby się przystosować. Istnieje duże ryzyko odrzucenia przeszczepu, zwłaszcza w pierwszych dniach po transplantacji. Guendou był dla mnie bohaterem, ideałem, imigrantem doskonałym, wykształconym, spokojnym i ofiarnym. Ale zamiast trafić na piedestał, był wykorzystywany do granic możliwości. Powiedziałem mu, że chcę wyjechać z Francji. Myślałem o tym od sześciu miesięcy. Wyjechać, żeby zająć się tymi, którym naprawdę trzeba pomocy. Braćmi i siostrami, którzy nie mogli tak jak ja dorastać w kraju, w którym panuje pokój. Poza tym we Francji jest wszystko, co trzeba, i dość rąk do pracy. Zresztą jakieś tam błahe choroby to nie moja sprawa. W tym momencie Naeem spoważniał. Patrzył na mnie pokrzepiająco, spojrzeniem w stylu „jestem z ciebie dumny”. Obiecał przedstawić mnie komuś, kto mógłby mi pomóc w realizacji moich zamiarów, ponieważ zna ludzi ze świata organizacji humanitarnych. Kiedy to mówił, wydawało się, jakby sam Gandhi podsuwał mu słowa, a on wypowiadał jedno za drugim. Oczy mu błyszczały. Chciałbym, żeby mój ojciec był do niego podobny, żeby był przewodnikiem, a nie dyktatorem. Naeem wrócił do szpitala, a ja poszedłem za nim. Skubaniec żył. Tak, braciszku, prawda jest taka, że człowiek, któremu robi się przeszczep, to skubaniec uratowany przez Boga. Nowe serce biło, jak trzeba, a on oddychał. Inna prawda jest taka, że Bóg zabrał mamę, bo ojciec żył w grzechu. Nic tylko bluźnił. I nawet śmierć mamy nie nauczyła go, żeby trzymał gębę na kłódkę. Tamtego dnia powiedziałem sobie, że tak nie może być. Że moim zadaniem jest postępować jak Guendou. Operować, robić konkretne rzeczy, a nie tylko podawać narzędzia i kompresy. Pomysły muszą przerodzić się w projekty, a następnie projekty muszą się urzeczywistnić. Jak mawiał pewien ksiądz, znajomy naszej babci, Bretonki, matki mojej mamy: „Pomóż sam sobie, a pomoże ci Niebo”.

W metrze powrotnym jak zwykle wszyscy byli szarzy, ale dzięki świetnemu nastrojowi, który mnie przepełniał, wydawali się piękni. Uratowaliśmy kolesia, kurwa jego mać! Przywróciliśmy go do życia, by jeszcze przez jakiś czas mógł pociągnąć, zanim trafi do Boga albo do piekła. To było dziwne. Włożyć anonimowe serce w jakiegoś faceta – to wszystko zmieniało. Możemy naprawiać ciała. Bóg pokierował naszymi krokami tak, abyśmy stworzyli raj na ziemi, życie wieczne. Kiedy bierzesz udział w pierwszym przeszczepie, przestajesz się wahać – totalnie głosujesz na Boga. Życie jest zbyt doskonałe, żeby wymyśliło się samo. Nie można tego pojąć. W nocy nie mogłem spać. Zawinięty w pościel przewracałem się z boku na bok, rzucałem okiem na telefon, przelatywała minuta za minutą, a sen nie nadchodził. Myślałem o kolesiu, któremu przeszczepiliśmy serce. O jego dalszym życiu. Drugiej szansie, która pozwoli mu wszystko zmienić, docenić. Życie jest za krótkie, żeby w wieku dwudziestu pięciu lat wbijać się w fartuch i zamykać w paryskim szpitalu. Chciałem prawdziwej przygody. Bóg wyciągnął do mnie rękę. Następnego dnia rano, zanim jeszcze rozpocząłem dzień pracy, powiedziałem Naeemowi, że dobrze to przemyślałem i naprawdę chcę wyjechać. W czasie przerwy w południe umówił mnie na spotkanie ze swoim znajomym z Lekarzy bez Granic. Organizacja działa na całym świecie, a to budzi szacunek.

Trzy dni później poszedłem do ich biura obok placu Bastylii. W ciemnym pokoju z oknem wychodzącym na podwórze przyjęli mnie pielęgniarz i lekarz. Szybko przedstawiłem się, opowiedziałem o sobie i swoich motywacjach. Lekarz spytał mnie, skąd pochodzę i czy mówię po arabsku. Kiedy odpowiedziałem mu kolejno „Syria” i „tak”, uśmiechnął się. Obiecał, że rozważy moją kandydaturę i niedługo zadzwoni. Pozostawało tylko czekać. Byłem pewny sukcesu, patrzyłem w górę z dłońmi zwróconymi ku niebu i szeptałem modlitwy o to, by na horyzoncie słońce wstało na nowo.

3

Starszy brat

Ma głos tak ochrypły, jakby dochodził z wnętrza Ziemi. Powietrze ucieka mu z płuc, uderza w grube struny głosowe impregnowane tytoniem, by wyrwać z nich dźwięk, który unosi się do gardła, toruje sobie drogę między kęsami ledwo pogryzionego jedzenia, prześlizguje się pod wąsami i wylatuje na zewnątrz, żeby trafić w moje bębenki. Nerw przejmuje sygnał, przekształca go i przenosi informację do góry, między moje czoło a szyję. Między Marsa i Saturna, gdzie dryfuję z płucami wypełnionymi dymem. Wszystko u mnie działa, ale nie mam pojęcia, o czym on mówi. Jest jak stare radio, pasmo AM. Nie da się dostroić, na próżno kręcisz gałką, słychać trzaski, da się zrozumieć jakieś urywki, ale uszy bolą jak od mało czego. Z łokciami na stole, wąsami umaczanymi w herbacie i skórą wilgotną od wysiłku, który kosztowało go zjedzenie tego wszystkiego, co pochłonął. Czoło błyszczy mu od potu przesączającego się przez zrośnięte brwi, by wylądować na starannie ogolonym policzku. Zawsze. Co rano. Obowiązkowo, bo jak nie, to będzie kłuło. Ten mężczyzna jest niesamowicie kudłaty. Wszędzie włosy, które odrastają w szaleńczym tempie. Mój ojciec to najbardziej owłosiony człowiek, jakiego poznałem. Jestem wdzięczny za to, że nie jesteśmy podobni. Od czubka głowy po palce u nóg, jednym ciągiem. Dzika puszcza bez końca, znowu ta ósemka.

Odkłada nóż. Zaraz koniec. Posiłki mojego ojca zawsze przypominają maraton: raz zaczyna i nie przestaje, pędzi naprzód jak wariat. Po czym w którymś momencie odkłada nóż, szybko beka, przełyka cofkę i rozumie, że starczy, że już za dużo. Widelec pozostaje w gotowości, by coś nim jeszcze złowić. Ostatnią oliwkę? Kawałeczek sera? Oczy by jadły, ale lekarz powiedział, że mowy nie ma, bo jak nie, to prosta droga do czterech desek sześć stóp pod ziemią. Widelec wędruje na bok talerza. Koniec. Pora na ciąg dalszy, imprezę czas zacząć. Czuję to. Biorąc pod uwagę strajk taksiarzy w ostatnich dniach, będzie gadał tylko o tym jednym.

– Ciągle robisz dla zdrajców, co?

Ciągle to samo. Tyłek wtłoczony w siedzenie taryfy, a mózg w licencję za dwieście czterdzieści tysięcy euro.

– Wiesz co, sprzedaj swoją licencję i przejdź na emeryturę.

Rzuca kilka słów po arabsku, nie wszystko załapałem, to było coś w stylu „udałeś się jak osioł w kraju lwów”.

– Masz trzydziestą lat, nie? Ogłupili cię. Tuman z ciebie. Bojam się sprzedać ją od razu. Emerytura za dwa lata. A ty z tym swoim Uberem wszystkich nas ukończysz. Ponad dwajścia lat praca. Sam, sam pracowałem. Wstydu nie masz, zdradzać ojca, pracować konkurencji.

Nigdy nie udało mi się pojąć, jak człowiek tak na bakier z francuskim zdołał zrobić we Francji doktorat. Z litości mu dali?

Kiedy mówi o mojej pracy, rozszerzają mu się źrenice, a na białkach oczu pokazują się żyłki. Wpada w coś podobnego do transu, gorszego nawet niż na dźwięk nazwiska Baszszara al-Asada.

– Głupi, głupi, idiota! To przez towarzyszenie tych twoich arabskich przyjaciołów, złodziejów.

– A ty nie jesteś Arabem?

– Jestem człowiekiem, wesh3! Mów, co chcesz, i tak jesteś głupi. Jestem człowiekiem, to ważniejsze niż wszystko. Nawet Bóg nie gada arabskim czy nie arabskim, mówi, że trzeba pięć razy na dzień. Ale to dla kutasów, którzy wierzą w Boga, jakby Boga mogła wypełnić wózek w supermarkecie.

– Starfula4. No dalej, tatku, jesteś Syryjczykiem czy nie?

– Astaghfirullah! Astaghfirullah5! Co ta ma być? Co ty wiesz o religii. Daj se jej spokój. Syryjczyk to nie Arab. To narodowe, nie etniczne. Jestem w połowie Arab, w połowie Kurd, ale przede wszystkim komunista!

„Komunista” to chyba jego ulubione słowo. Wymawia je żarliwie, z ręką na sercu. A to z Kurdem wymyślił sobie ze względu na Kobanî6. Lansował się tym, tak samo jak biali, którzy wymyślają sobie oryginalne pochodzenie. Przedtem byliśmy tylko Syryjczykami. On Syryjczykiem, a my Arabami, Syryjczykami, czasem Francuzami, niekiedy Bretończykami, zależy w czyim towarzystwie. W prawdziwym życiu, przed wojną w Syrii, byliśmy przede wszystkim ludźmi z przedmieścia. Ale teraz wszyscy określają się jako muzułmanie.

– Jak nie pomagasz swoją rodzinę, to normalne po problemie. Jeśli nie zabrałem was jak tamci do więzienia, albo te gnoje albo inni islamiści, jechaj obcinać głowy do Syrii. Bobigny, psia mać.

Sam nie wie, co bredzi. Mówi tak, wciąż powtarza to samo jak zdarta płyta, która kręci się w kółko. Bla, bla, bla. Kiedy się denerwuje, jego francuski się sypie, Francuzi nie rozumieją, co chce powiedzieć. My dajemy radę, bo ten francuski to nasz język ojczysty. Próbowaliśmy go poprawiać, ale nie ma co drążyć, język imigranta zawsze integruje się słabiej niż on sam.

– Pijasz kawę po syryjskiemu?

– Dlaczego nie powiesz „kawę po turecku”?

Macha ręką na moje pytanie. Kolejne jego niezrozumiałe przyzwyczajenie. Nie wolno mówić tak, tylko tak. Pierdoły, strata czasu. Cały ojciec. Nie ma rady.

– Umiesz zrobić kawę po naszemu?

Ostatnio jest milszy niż przedtem. Stary skończył sześćdziesiątkę, z każdym oddechem zbliża się do śmierci, więc dba o bilans. Z tego powodu nagle rzuca coś przesłodkiego, jakby był krupierem miłości. Chyba nie musi już nic udowadniać. Nikomu. Może teraz wyjść z klatki i żyć pełnią życia.

– Wsadzisz łyżkę z kawą w filiżankę, co chcesz ugotować. Potem woda. Na filiżankę kawy filiżankę wodę.

Płyn w miedzianym tygielku zaczął wrzeć. Ojciec zebrał łyżką pianę z kawy i rozlał napój do filiżanek. Całe to jego pieprzenie powoli wyparowało. Zawsze tak jest, kiedy znów poczuje się jak u siebie. Z uwagi na zamieszanie polityczne nigdy nie mógł wrócić do Syrii. Ale podczas posiłków, przy kawie i muzyce, jakby przenosi się do swojej ojczyzny, pielęgnuje wspomnienie domu. Wygnanie nigdy go nie kręciło. Ma w małym palcu historię, politykę i gospodarkę Francji, ale w rzeczywistości w ogóle nie czai tego kraju. Dla niego to miejsce doskonałe, zamieszkane przez samych inteligentnych ludzi. Tyle że najsprawiedliwiej rozdzielonym bogactwem świata jest głupota. O Francji Bóg też nie zapomniał. Nagle w głowie mojego ojca coś przeskakuje, on sam nie wie co, zafiksowuje się na temacie i sam głupieje. Włochatą dłonią odstawia tygielek na ogień, żeby kawa jeszcze raz się spieniła.

– Życie jest jak kawa po tureckiemu, greckiemu, mniej na to. Życie jest jak domowa kawa.

„Mniej na to” miało znaczyć tyle co „mniejsza o to”.

– Żeby wszystko udało, musisz dawkę po dawce. Potem pilnować, cierpliwość, czekaj… Raz spieniło, drugi raz spieniło, i rozlewaj. W końcu pijesz spokojną kawę. Spokojnie. Korzystaj. Kawa po tureckiemu to praca i cierpliwość, potem przyjemno, doceniasz pachnieć. Rozumiesz? Jak to życie. Pracować, a potem bawić, uprzyjemniać. Bardzo ważne. Rozumiesz?

Guzik zrozumiałem. Ojciec odlatywał w wielkie teorie na temat wszystkiego. Można byłoby zrobić z nich serię w stylu „Pierdoły dla Nikogo”. „Wielkie teorie mojego starego a kawa po turecku”. „Wielka teoria, Baszszar al-Asad, praca, taksówka i Uber à la mój stary”. „Uchodźstwo, imigracja, geopolityka i Bobigny à la mój stary”, „Sarkozy, Kaddafi, Karol Marks i Mahomet à la mój stary”. Więcej przybyłoby nam na koncie, gdyby każdy z nas siadł za kółkiem. W końcu – mówię – wożę klienta, który pracuje w wydawnictwie Nathan i powiedział mi, że rynek się schrzanił i książki źle się sprzedają. Kiedy widzę typów, którzy uciekają w studia, a potem nie mają co do garnka włożyć, powtarzam sobie, że jako taksówkarz mam luz. Nie trzeba mieć łba nafaszerowanego jakimś szitem, żeby prowadzić auto i korzystać z GPS-a.

Wypiliśmy kawę, spokojnie, w milczeniu, zerkając czasem na siebie. Z wiekiem jego skóra się rozjaśniła. Gdy był młodszy, nazywaliśmy go Maharadżą, bo miał cerę ciemną jak maharadża. Gdy mój brat wyjechał, twarz ojca pobruździły zmarszczki, zwłaszcza na środku czoła. Nawet jego wąsy komunisty straciły styl. Szczoteczka pod nosem? Lata pracy i ćwiczeń. Może i są już niemodne, ale szacun dla tej sztuki, która przechodzi z ojca na syna. Wolałbym, żeby mnie dla odmiany pominęło. Trudno, będzie się mówić, że kilometry i morza wystarczą, by zmienić wspomnienia i zwyczaje. Kiedy dopiliśmy kawę, ojciec uparł się, żeby powróżyć z fusów. Stare zabobony z jego wioski, zajęcie raczej dla kobiet, ale cóż, w końcu mój stary… Odwracamy filiżankę na spodku i czekamy, aż wystygnie, po czym ją zdejmujemy. W fusach pokazuje się masa kształtów, rzeki, ptaki, mężczyźni, kobiety, wielbłądy, konie. To jak komiks, na podstawie którego jasnowidzący opowiadają, przepraszam, wymyślają historyjki. Zahié, stara, robiła to świetnie. Ludzie przybywali do niej, czasem z daleka, żeby słuchać, jak plecie te bajdy. I mimo że ze swoją kataraktą ledwo widziała na oczy, wszyscy wierzyli w jej opowieści. Niektórzy kopsnęli jej czasem pięćdziesiąt albo sto franków w ramach podziękowania. Wszystko jedno, a potem, jak mawiają muzułmanie, starfula.

Z taką samą mądrą miną jak kiedyś jego matka stary odsunął filiżankę, żeby wyregulować wzrok, bo widział równie słabo jak ona. Zresztą coś takiego jak jego oldskulowe okulary znaleźć można tylko w Marrakeszu. Można by powiedzieć, że w tych swoich koszulach w kratę i sztruksowych spodniach wyglądał jak radziecki szpieg. Zaczął opowiadać, co widzi w filiżance. Drugą ręką gestykulował dla ożywienia narracji. U nas rękami wyraża się tyle samo co ustami. Wypowiedział wróżbę: miałem odnaleźć kogoś ważnego, mężczyznę mojego wzrostu, w moim wieku, podobnego do mnie, a otaczać będzie nas ogień. W duchu tarzałem się ze śmiechu, ale nie dałem nic po sobie poznać, żeby nie spieprzyć mu fazy. Tak się nie robi, stary jest. Kiedyś miałem to w dupie, mówiłem, co mi ślina na język przyniesie, i sprawiałem mu przykrość. Kiedyś wręcz nazwałem go frajerem. Nic nie odpowiedział, skulił się jak bokser i przyjął cios, chyba śmiertelny. Z wilgotnymi oczyma powiedział cicho kilka słów w rodzaju: „Jeszcze zobaczysz, zrozumiesz, jak masz dzieci. To jest ciężkie”. W tamtym czasie wyrosłem już z naprzykrzania się ojcu, żeby kupił mi paczkę ciasteczek, i poczułem się głupi. Potem przez długi czas traktował mnie jak wściekłego psa. Zmiana nadeszła, kiedy mój brat zszedł na złą drogę, a ja z powrotem stałem się cudownym dzieckiem, zwłaszcza że opiekowałem się babcią.

Staruszka Zahié przyjechała z Syrii z powodu wojny. Od tej pory zwariowała, w sensie, wszystko się jej miesza. Bombardowania w Aleppo, walki, ofiary, przez to wszystko biedaczce odbiło. Stary umieścił ją w dobrym domu spokojnej starości. Nie było wyboru, ale nie przyznaliśmy się nikomu z dzielnicy, boby nam jaja urwali. Nie mają pojęcia, co to znaczy być starym i chorym. Zostawiają swoich staruszków w rodzinnej wiosce, zapadłej dziurze w Maghrebie, i pouczają innych. W sumie ludzie zawsze tak robią. Ze starym jest gorzej niż z dzieckiem. Niemowlaka nie wstydzisz się podcierać albo karmić, to nawet bywa fajne. Z tego powodu można się zdecydować na dziecko. Ale z osobą starszą, zwłaszcza z twojej rodziny, z ojcem, matką, jest ciężko. To kwestia godności. Może wręcz honoru. Skoro już muszę wybierać, to wolę, żeby mojego starego podcierali zawodowcy, a nie żeby gnił obok mnie jak warzywo z obsranym tyłkiem. Wiem, że to brzmi kiepsko, ale życie jest ciężkie, wallah7! To nie tak, że stchórzyliśmy, tylko znaleźliśmy rozwiązanie dla babci. Dzięki Bogu, opiekunki dobrze się nią zajmują. Znalazły się nawet ze dwie Arabki, z którymi może pogadać. Muszą podawać się za Jordanki, bo babcia jest trochę rasistką. Taka jest smutna prawda, u nas nie lubi się tych z Maghrebu. Ludzie z Mezopotamii mają się za książęta świata arabskiego. Babcia usłyszała „Jordania” i skwitowała to uśmieszkiem. Arab rasista we Francji – to jednak szczyt wszystkiego.

Ojciec westchnął głęboko, jakby szykował się do kolejnego półgodzinnego monologu.

– Słuchaj, ibni. – W syryjskim dialekcie arabskiego, którym mówi mój stary, to znaczy „synku”. – Robię naprawę samochodu, ty daj mi adresem portugalskiego warsztatu w Bondy.

Do niedawna ojciec zawsze naprawiał swojego nieśmiertelnego szarego mercedesa z wielkim kogutem w salonie firmowym. Z taksówką jak z kochanką – swoją zabierał tylko do gwiazdkowych restauracji. Miał świadomość, że kosztuje go to fortunę, ale czerpał swojego rodzaju dumę z tego, że oddaje tylko kluczyki w recepcji, a potem wypisuje czek na dużą sumę. Dziwne to rozumienie komunizmu, ale dobra. Od jakiegoś czasu przez brak kasy piątkowy stół był mniej zastawiony różnymi mezedes, a samochód musiał trafić do Portugalczyków. Nie powiedział ani słowa, ale to przez konkurencję ze strony Ubera. Podziwiam go, bo gdyby to mój syn zasuwał u konkurencji, tobym się go wyrzekł. Ale ja jestem młody i dotarło do mnie, że z wiekiem ludzie robią się spokojniejsi, mądrzejsi.

Wyjąłem portfel, żeby podać mu kartę kredytową. Kiedy go otworzyłem, ze środka wypadło na stół pismo złożone na cztery. Nieznacznie drgnęła mu twarz. Było to wezwanie na komisariat, które dostałem dwa dni wcześniej. Nie wiem, czy zdążył przeczytać to, co było tam napisane, czy jego uwagę zwrócił sposób, w jaki zgarnąłem świstek i szybko wsunąłem do kieszeni spodni, w każdym razie zrobił się podejrzliwy. Trzeba było uważać. Teraz układało mi się z nim lepiej, ale pamiętam ciężki okres, kiedy wyrzucił mnie za drzwi. Na widok świstka od policji, nie starając się zrozumieć, mógł pomyśleć, że znów wpadłem w złe towarzystwo i skończyłoby się starciem.

Zapalił papierosa. Też miałem ochotę zapalić, ale przy ojcu nie miałem odwagi. Kwestia szacunku. Wciągnął dym do płuc, jakby zamierzał w jednym dmuchnięciu zawrzeć całą mądrość świata. Myślałem, że będzie chciał rozmawiać o wezwaniu. Wypuścił powietrze, robiąc kółka z dymu. Zmienił się, może teraz miał to gdzieś?

– Życie nie skomplikowane. Zgoda, pracujesz aplikacją. Uber, telefon, ecetera. Ale kto właścielem Ubera? Bierzesz udział w niszeniu innym zawodu, taksówkarzowi. Jeśli kiedyś jutro nie ma taksówek, monopol Ubera niedobry…

Dziesięć minut tłumaczenia prostych rzeczy. Ojciec to zaciekły wróg Ubera. Jest szanowanym członkiem związku zawodowego taksówkarzy. Odkąd ruszył Uber i inne platformy, stracili dużo kursów i klientów. Biedni są. Rozumiem, że się wściekają, ale to po części ich wina. Nie akceptowali niektórych kart i nigdy nie byli mili. Chociaż w sumie to nie takie proste. Taksówka to dziadowska robota, nie zarabia się kokosów i jeszcze oczekują, że będziesz miły, jaśnie państwo Arabowie ze swoją kasą, wallah. Tak że tak. Uber to wykorzystał. Łatwo być klientem, łatwo być kierowcą. Rozwaleni jak królowie przed monitorami zrobili aplikację, a potem spokojnie zostawili pracę innym. Nie wiedziałem, że informatyka się opłaca, bo jakbym wiedział, to złapałbym prędzej za klawiaturę niż za kierownicę.

Mój stary ciska się na to wszystko. To go przerasta. W dniu, w którym powiedziałem mu, że dla nich jeżdżę, myślałem, że jestem dla niego skreślony. Przyznaję, że nie zrobiłem tego złośliwie, po prostu się nie zastanowiłem… Cykał się jak nie wiem, że wszystko, co zbudował, pójdzie na marne. Postawił wszystko na tę licencję, z jej sprzedaży miał mieć emeryturę i najbardziej wpieniało go to, że Uber wszedł na rynek bez niej. Jasne, że prawo popytu i podaży zmusza go do obniżenia ceny towaru. Ale miejscami jest to zdrowo pokręcone. Na początku państwo dawało licencje za friko. Po wojnie, w 1947, uchwalili taką ustawę. Słyszałem kiedyś w radiu. Ale ta ustawa była źle pomyślana, bo nie zakazali w niej odsprzedaży licencji. No więc kierowcy zaczęli odsprzedawać licencje i tak dalej i oczywiście, tak jak na rynku nieruchomości, ceny zachowywały się jak na giełdzie. Z czasem ludzie zaczęli brać kredyty na zakup licencji, spłacali pożyczkę, sprzedawali licencję i szli na emeryturę. W sumie działało to całkiem nieźle – aż pojawił się Uber. A teraz się zesrało, taksówkarze się boją, demonstrują i najchętniej daliby sobie z tym wszystkim spokój.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wallahlaradim (arab.) – na Boga Wielkiego [wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza]. [wróć]

Mezedes (gr.) – liczba mnoga od meze – potrawa lub zestaw potraw podanych jako przekąska. [wróć]

Słowo arabskie wyrażające potwierdzenie, wzmocnienie, używane często jak przecinek. [wróć]

Starfula (arab.) – proszę Boga o wybaczenie. Zwrot używany, zanim powie się coś bluźnierczego. [wróć]

Synonim wyrażenia starfula. [wróć]

Kobanî (inaczej Ajn al-Arab) – miasto w regionie Aleppo zamieszkałe głównie przez Kurdów, które odegrało ważną rolę podczas wojny w 2012 roku. [wróć]

Skrócona forma zwrotu wallahlaradim (arab.) – przysięgam na Boga. [wróć]