Staroświeccy obywatele - Nikołaj Gogol - ebook

Staroświeccy obywatele ebook

Nikołaj Gogol

0,0
8,48 zł

lub
Opis

Staroświeccy obywatele” to utwór Nikołaja Gogola, rosyjskiego pisarza, poety, dramaturga. Jednego z najbardziej znanych klasyków literatury rosyjskiej.


“ Ale opowieść moja zbliża się do smutnego wydarzenia, które zmieniło tryb życia w tym cichym zakątku.

Zdarzenie to wyda się tembardziej uderzającem, że wywołała je mało znacząca okoliczność. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczności, zawsze małoznaczące przyczyny wywołują wielkie skutki, i naodwrót: wielkie przedsięwzięcia kończą się nic nieznaczącymi wynikami. Nie jeden zdobywca zbiera wszystkie siły państwa, prowadzi wojnę lat kilka; dowódcy jego okrywają się laurami, a w rezultacie kończy się to zagarnięciem kawałka ziemi, na którym niemasz gdzie zasadzić — ziemniaków! Niekiedy zaś przeciwnie: jeden albo drugi kiełbaśnik z dwóch różnych miast posprzeczają się o głupstwo i waśń obejmie oba miasta, następnie wsie i miasteczka, a w końcu: całe państwo... Ale porzućmy te rozmyślania! nie miejsce dla nich! nie lubię rozpraw, gdy pozostają tylko rozprawami.”

 

Fragmenty z książki: Nikołaj Gogol. „Staroświeccy obywatele

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 35




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-142-4
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

STAROŚWIECCY OBYWATELE.

Bardzo lubię skromne życie tych odosobnionych właścicieli w zapadłych wioseczkach, których w Małorosyi zwykle zowią staroświeckimi, i którzy jak walące się domki na rysunkach, podobają się dla swej prostoty i zupełnego przeciwieństwa z nowym wymuszonym budynkiem, którego ściany jeszcze nie opłókane deszczem, dachy zieloną pleśnią nie pokryte, a pozbawiony tynku mur gankowy nie pokazuje swych cegieł czerwonych. Niekiedy lubię zejść na chwilę w sferę tego niezwykle odosobnionego życia, gdzie ani jedno życzenie nie przekracza granic częstokołu dworku niewielkiego, nie przechodzi płotu ogrodu pełnego jabłek i śliwek, nie sięga za wiejskie chatki, które go otaczają, pokrzywione, wierzbami, bzem i gruszami ocienione. Życie tych właścicieli takie ciche, takie ciche, że zapomnisz się na chwilę i zdaje ci się, że namiętności, żądze niepomiarkowane, dzieci ducha złego, światem wstrząsające, wcale nie istnieją i widziałeś je tylko we śnie błyskotliwym, migocącym.  Widzę stąd malutki domeczek, z okalającą go galeryą, o drewnianych poczerniałych słupkach, by można w czasie niepogody zamknąć okiennice, nie narażając się na ulewę. Za nim pachnące czeremchy, całe rzędy niziutkich drzew owocowych, obciążonych czerwienią wisien i szafirowem morzem śliwek, pokrytych jakby ołowianym matem; klon rozłożysty, w cieniu którego posłano dywan dla odpoczynku, przed domem podwórze przestronne, nizką okryte trawą, z przedeptaną ścieżką od składów do kuchni i stamtąd do pańskich pokojów; długoszyja gęś pijąca wodę, z młodemi jak puch delikatnemi gąsiątkami; częstokół obwieszany wiązkami suszonych gruszek, jabłek i przewietrzającymi się dywanami; wóz pełen harbuzów tuż przy śpichrzu; odprzężony wół leniwie leżący przy nim... — wszystko to ma dla mnie nieopisany urok, stąd może, iż tego nie widzę już dzisiaj, i że nam miłe to wszystko, z czem rozstaliśmy się dawno... Bądźcobądź, dość, że nawet wtedy, gdy bryczką podjeżdżałem do ganeczku owego domu, czułem się nastrojony dziwnie przyjemnie, owładnięty ciszą i spokojem; konie wesoło biegły przed ganek; woźnica najspokojniej złaził z kozła i zapalał fajkę, jak gdyby do własnego domu przyjeżdżał; nawet szczekanie, którem leniwie dawały znać o sobie psy dworskie, przyjemnem było dla mojego ucha. Ale najbardziej podobali mi się właściciele tego skromnego zakątka, staruszkowie, z widocznem zajęciem spotykający mię u progu. Twarze ich i teraz ukazują mi się niekiedy w tłoku i hałasie z pomiędzy modnych fraków, i wówczas to pół-sen mną owłada i śnię o przeszłości. Na ich twarzach wypisana taka dobroć, taka radość serdeczna, że mimowoli wyrzekasz się, przynajmniej na czas jakiś, marzeń zuchwałych i nieznacznie, całem uczuciem skrewniasz się z ową sielanką życiową.  Dotychczas mam w pamięci tę parę staruszków, których niestety! niemasz już dzisiaj; lecz dusza moja do tej chwili pełna jest żałości, i dziwnie mi w uczuć mych świecie, gdy pomyślę, że kiedyś odwiedzę opuszczone dziś mieszkanie staruszków i ujrzę kupę rozwalonych chat, zarośnięty stawek, burzanem okryty dół w miejscu, gdzie domek stał niziutki, — i więcej nic! Smutno!... Smutno mi przed czasem...  Ale przejdźmy do opowieści.  Atanazy Iwanowicz Towstohub i żona jego Pulcherya Iwanówna Towstohubycha — jak mawiali włościanie — byli to staruszkowie, o których wspomniałem. Gdybym był malarzem i pragnął na płótno przenieść Filemona i Baucydę — ich tylko wziąłbym za wzór do malowidła. Atanazy Iwanowicz miał lat sześćdziesiąt; Pulcherya Iwanówna pięćdziesiąt pięć. Atanazy Iwanowicz był wzrostu słusznego, zawsze chodził w baranim tułubku z pokryciem kamlotowem, siedział przygarbiony i prawie zawsze uśmiech miał na ustach, chociażby co opowiadał, albo poprostu słuchał tylko. Pulcherya Iwanówna była nieco poważniejszą, nie śmiała się prawie nigdy; ale w jej oczach i twarzy taką miałeś wypisaną dobroć, taką gotowość uczęstowania cię wszystkiem, co miano w domu najlepszego, że z pewnością uśmiech na tej uczciwej twarzy zaliczyłbyś do rzeczy całkowicie zbędnych. Lekkie zmarszczki na ich twarzach były ułożone tak jakoś nęcąco-przyjemnie, że malarz skradłby je niezawodnie! Zdawało ci się, że z nich wyczytasz całą przeszłość staruszków: życie ich jasne, spokojne, jakiem żyły dawne tutejsze prostoduszne, a przytem dostatnie familie, żywe przeciwieństwa owych podłych Małorosyan, powstałych z dziegciarzów i przekupniów, co jak szarańcza obsiadają izby sądowe i urzędy, ostatni grosz wydzierają od najbliższych swoich współziomków, pieniaczami przepełniają Petersburg, w końcu zdobywają kapitał i do rodzimego nazwiska, kończącego się na o, uroczyście w dodają. Nie! ci tam, jak i wszystkie dawne i rdzenne rody ukraińskie, nie byli podobni do tych nędznych i pożałowania godnych istot.  Niepodobna było z obojętnością patrzyć na wzajemną miłość staruszków. Nigdy ty nie mówili do siebie, ale zawsze wy. Wy Atanazy Iwanowiczu! Wy Pulcheryo Iwanówno!  — To wy nadłamaliście krzesło, Atanazy Iwanowiczu?

— Mała rzecz! Nie gniewajcie się, Pulcheryo Iwanówno! to ja.  Nigdy nie mieli dzieci, i dlatego cała siła ich przywiązania zwróciła się ku nim samym. Ongi, w młodym wieku, Atanazy Iwanowicz służył w kompanijcach