Stara miłość nie rdzewieje. Cztery wesela. Tom 2 - Denise Grover Swank - ebook
BESTSELLER

Stara miłość nie rdzewieje. Cztery wesela. Tom 2 ebook

Denise Grover Swank

4,2

Opis

Ślub musi być, pozostaje tylko wybrać pana młodego!

Adwokatka rozwodowa Blair Hansen jest przekonana, że małżeństwo powinno być oparte na praktyczności, a nie namiętności. Kiedy czeka na własny ślub, niespodziewanie w jej życiu pojawia się Garrett, kolega ze szkoły prawniczej i jednocześnie jedyny facet, którego naprawdę kochała. Dlaczego właśnie teraz, gdy lada moment ma przysiąc innemu, że będzie z nim aż do śmierci?

Garrett Lowry nie może znaleźć kobiety, która pasowałaby do niego prawie tak dobrze, jak ta, którą kochał i stracił. Złamał jej serce, czego zawsze żałował. Po miesiącach prób skontaktowania się z nią, kiedy dziwny zbieg okoliczności znów stawia przed nim Blair, jest jednak przekonany, że to znak i powinni dać swojej miłości drugą szansę. Do szczęśliwego zakończenia pozostaje jeszcze odczepienie jednego wagonu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 457

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (287 ocen)
118
113
45
10
1
Sortuj według:
podsiadla_1212

Dobrze spędzony czas

Czytając pierwsza część można spodziewać się innego obrotu spraw w przypadku Blair. Ale ten też jest całkiem ciekawy. Momentami upór bohaterki jest irytujący, jednak jest to nadal przyjemna lektura na lato.
00
kati2001

Z braku laku…

męczę tę powieść od bardzo dawna, co jakiś czas próbuję do niej wrócić ale nie udaje mi się dokończyć. Poprzednia książka również męczliwa.
00
Empaga

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka 🔥
00
iCate0

Nie oderwiesz się od lektury

Matko, chyba się zakochałam ❤️
00
MMikus

Dobrze spędzony czas

Szybko się czyta, jednak nie pochłania tak jak 1 cześć..
00

Popularność




Rozdział 1

Blair Hansen zawsze słyszała, że doświadczenia z pogranicza śmierci skłaniają ludzi do przewartościowania swojej egzystencji. Ona sama przez trzydzieści lat była pewna, że wie, czego chce od życia, ale wystarczyły silne turbulencje w boeingu 747, aby zaczęła kwestionować swój światopogląd.

Podniosła szklaneczkę i upiła zdrowy łyk whisky. Nie dla niej jakieś babskie drinki. Przez długi czas wmuszała w siebie szkocką, aż w końcu ją polubiła. To właśnie siła charakteru – i gotowość pokazywania jej innym – przywiodła ją do miejsca, w którym się znajdowała. A obecnie była w hotelowym barze w Phoenix w Arizonie, gdzie czekała na informację, czy będzie tam mogła spędzić noc.

Oczywiście nie powinna teraz być daleko od domu, a już zwłaszcza nie w Phoenix. Za pięć dni wychodzi za mąż i jej szefostwo początkowo się zgodziło, aby zrobiła sobie krótszy, czterodniowy tydzień pracy w ich kancelarii w Kansas City, ale w niedzielę po południu starszy partner zadzwonił do niej z poleceniem, aby wsiadła do samolotu do Los Angeles. I Blair posłuchała – mimo że miała milion jedną rzecz do zrobienia przed ślubem. Robert Sisco senior nie miał ochoty słuchać jej wymówek. Sisco, Sisco i Reece chcieli słyszeć tylko „tak” i widzieć symbole dolara na czekach. Fakt, że Blair miała tego świadomość, stanowił jeden z powodów, dla których była bliska zdobycia w kancelarii stanowiska młodszego partnera. Szefowie nie życzyli sobie, aby przygotowania do wesela przeszkadzały jej w pracy. Nawet jeśli to praca stanowiła główną przyczynę, dla której wychodziła za mąż. Partnerzy zwykle byli po ślubie – pewnie dlatego, że małżeństwo stwarza iluzję stabilizacji i dojrzałości. Wszystko to było kompletnym nonsensem, ale Blair Hansen bardzo, bardzo chciała zostać partnerem.

Upiła kolejny łyk whisky. Ręka drżała jej tak, że w szklance zagrzechotał lód.

Bo do Blair nagle coś dotarło. W tych okropnych minutach turbulencji wyobraziła sobie swoje przyszłe życie i wizja ta zupełnie jej się nie spodobała.

Nie była już taka pewna, czy w ogóle chce wychodzić za mąż.

W teorii doktor Neil Fredrick był dla niej idealnym kandydatem. Wykształcony, przystojny, stateczny. O konserwatywnych poglądach na politykę i finanse. Gorący zwolennik bezpiecznych rozwiązań. A po latach przyglądania się chaotycznemu małżeństwu rodziców – przed rozwodem ojciec wikłał się w kolejne romanse, a potem umarł i rodzina popadła w finansową ruinę – Blair chciała właśnie stabilizacji.

W ostatnim czasie zorientowała się jednak, że pragnie… czegoś więcej.

Obwiniała o to swoją przyjaciółkę Megan, która wzięła ślub dwa miesiące wcześniej – ale nie ze swoim pierwszym narzeczonym. Historia jej nowego związku była cukierkową, uroczą aż do przesady bajką, która nie powinna była się wydarzyć w prawdziwym świecie. Ale w życiu Megan niemożliwe stało się możliwe. W weekend, na który zaplanowany był jej ślub, miała lecieć do domu, aby powiedzieć rodzicom, że rozstała się ze swoim szujowatym, zdradzającym ją facetem. Jednak podczas podróży – po wypiciu kilku drinków i zażyciu sporej dawki leku na chorobę lokomocyjną – straciła przytomność i została wyniesiona z samolotu przez boskiego współpasażera z siedzenia obok, który zdecydował się wcielić w rolę jej narzeczonego. Nim tydzień dobiegł końca, Megan uczyniła z Josha swojego męża i oboje byli tak szczęśliwi, że aż człowieka mdliło.

Ble.

Blair nie mogła jednak zaprzeczyć, że dzika, szalona miłość tych dwojga wyżłobiła rysę na jej przekonaniu, że weszła w idealny układ – rysę, która stopniowo zmieniała się w pajęczynę pęknięć. Neil – podobnie zresztą jak Blair – miał własne mieszkanie, ale choć obecnie więcej czasu spędzał u swojej narzeczonej niż u siebie, to z zaskakującym uporem odmawiał sprzedania apartamentu po ślubie.

Wspomnienie rozmowy sprzed kilku miesięcy wdarło się do głowy Blair i zaczęło stukać w rysę na jej wizji przyszłości.

– Moje mieszkanie jest bliżej szpitala – powiedział Neil rzeczowo, sącząc poranną kawę. – Będzie mi tam wygodniej w te noce, gdy muszę być pod telefonem.

Trudno było się spierać z taką logiką – stoicki sposób rozumowania Neila zawsze był jedną z jego najatrakcyjniejszych cech – ale to podejście wydawało się… nie w porządku. Jeśli Neil i jego przyszła żona mieli złączyć swoje drogi w jedną, to po co im dwa mieszkania? Poza tym Blair wiedziała, jak to rozwiązanie będzie wyglądać w oczach innych.

– Ale finansowo…

– Z mojej pensji mogę spokojnie spłacać hipotekę, a okolica zyskuje na popularności – odparł Neil, nie odrywając wzroku od gazety. – Jeśli poczekam jeszcze pięć lat, jest szansa, że mieszkanie podwoi swoją wartość. Opłaca się go nie sprzedawać.

Blair chciała zauważyć, że można je wynająć, a jej apartament znajduje się tylko dwadzieścia minut od szpitala. Neil zdążył się już stanowczo sprzeciwić pomysłowi, aby zamieszkali u niego. Twierdził, że jego apartament jest kawalerską norką, a oni powinni mieć dom, w którym będą mogli podejmować przyjaciół i kolegów z pracy. Nie żeby w gronie swoich znajomych słynęli z urządzania wieczornych przyjęć.

Ale przywoływanie tych faktów zakończyłoby się kłótnią. A jedną z najlepszych rzeczy w związku tej dwójki było to, że rzadko się ze sobą ścierali. Jako prawniczka Blair na co dzień zmagała się ze stresem i z konfliktami, więc w domu pragnęła spokoju. Ponadto jeśli miała być ze sobą zupełnie szczera, to forsowany przez Neila układ poniekąd jej odpowiadał. Teraz, gdy narzeczony bywał u niej regularnie, jego obecność stała się zadziwiająco przytłaczająca, a urocze dotąd dziwactwa – charakterystyczny sposób przeżuwania czy konsekwencja w układaniu pilota na stole w ściśle określonej pozycji – zaczęły irytować ją jak diabli. Ale to normalne. Blair specjalizowała się w sprawach rozwodowych i była zbyt doświadczona, by oczekiwać, że małżeństwo będzie karuzelą ekscytacji.

W zasadzie jeśli czegoś się dzięki swojej pracy dowiedziała, to tej oto prawdy: po zaledwie roku czy dwóch latach od ślubu rozwodzą się zwykle te pary, które w dniu wesela szalały z miłości i rysowały na wszystkim serduszka. Abstrahując od delirycznego błogostanu Megan, prawdziwa miłość nie istniała.

Bo gdyby istniała, Blair wciąż byłaby z Garrettem Lowrym.

Z głośnym brzękiem odstawiła pustą szklankę na blat, aby zwrócić na siebie uwagę barmana.

– Jeszcze raz to samo.

Nalewając alkohol, mężczyzna posłał jej szeroki uśmiech.

– Ciężki poniedziałek?

Blair wyjęła mu szklankę z rąk.

– Nawet nie masz pojęcia – odparła.

Przesłuchanie potrwało dwie godziny za długo i gdy Blair dotarła na lotnisko, jej samolot miał za chwilę startować. Ulga była krótkotrwała; silne turbulencje przekonały ją i większość pozostałych pasażerów, że oto zbliża się moment spotkania ze Stwórcą. Gdy wylądowali w Phoenix, okazało się, że wiele lotów ma opóźnienia, a inne odwołano, i Blair zdała sobie sprawę, iż utknęła na noc w Arizonie. Do hotelu, w którym była obecnie, skierowali ją pracownicy linii lotniczych, ale przy meldowaniu pojawił się jakiś problem.

Wypiła już połowę whisky, kiedy to do niej dotarło. W Kansas City czekało na nią mnóstwo spraw do załatwienia, a było pewne, że zjawi się tam najwcześniej późnym rankiem. Jeśli więc miała dotrzeć na poranne przesłuchanie, to tylko w wielkim pośpiechu. Na domiar złego cholerne linie lotnicze nie potwierdziły jeszcze jej zaplanowanego na szóstą rano lotu. Pracownicy złożyli tylko mglistą obietnicę, że napiszą do niej około czwartej, aby się upewnić, że kupiła bilet.

Teraz młoda prawniczka upijała się w barze hotelu Embassy Suites, pozwalając sobie na kolejną rundkę gry „To jest twoje życie, Blair Anne Myers Hansen”, i nie była zadowolona z wizji, które pojawiały się w jej głowie.

Praktyczna, pragmatyczna Blair chciała miłości, która napełnia brzuch motylkami i zapiera dech w piersiach.

Podczas turbulencji musiała chyba doznać wstrząsu mózgu.

Ale nie mogła zaprzeczyć, że w minionych dwóch miesiącach bardzo często myślała o Garretcie – znacznie częściej, niż ten drań na to zasługiwał. Prawdę mówiąc, był to jedyny mężczyzna, którego w życiu kochała. I proszę, jak to się skończyło. Pięć lat po fakcie Blair była gotowa przyznać się do roli, jaką odegrała w ich rozstaniu, lecz to ani odrobinę nie poprawiało tej beznadziejnej sytuacji.

Rozłam w ich relacji nastąpił owego wieczora, gdy Blair dowiedziała się o śmierci swojego zwaśnionego z rodziną ojca. Kiedy Garrett wpadł do niej z wizytą, to zamiast podzielić się z nim otrzymaną właśnie informacją, zaczęła na niego naskakiwać, wszczynając awanturę z powodu jakiegoś drobiazgu. Złość zawsze była jej ulubioną reakcją i Garrett wytrzymał już niejedną burzę, ale wtedy wybuchnął takim samym ogniem jak ona. Kłótnia wymknęła się spod kontroli i zanim Blair zdążyła się zorientować, jej chłopak zabrał swoje ubrania oraz przybory toaletowe i już go nie było.

Cały kolejny dzień upłynął jej na brodzeniu we mgle konsternacji, żalu i poczucia straty oraz – co jej się nigdy wcześniej nie zdarzało – wagarowaniu. Ale po wielu godzinach pławienia się we wzburzonych emocjach stało się dla niej jasne, że bardzo tęskni za Garrettem. Po raz pierwszy w życiu naprawdę kogoś jej brakowało. Postanowiła schować dumę do kieszeni i iść do ukochanego, gotowa błagać go o przebaczenie i prosić, aby poszedł z nią na pogrzeb jej ojca. W życiu by się nie domyśliła, jakaż to niespodzianka będzie na nią czekać w jego mieszkaniu.

Drzwi otworzyła jej Jody Stewart, koleżanka z drugiego roku prawa, która nigdy nie ukrywała pociągu do Garretta. Miała na sobie tanią bieliznę z supermarketu. I to w kolorze jaskrawej zieleni.

Blair odwróciła się na pięcie i odeszła, ani razu nie oglądając się za siebie – nawet wtedy, gdy Garrett za nią wybiegł. Pozostała niewzruszona także wówczas, gdy przez godzinę grzmocił w drzwi jej mieszkania, błagając, aby pozwoliła mu wszystko wyjaśnić. I gdy przez kolejne dwa tygodnie dzień w dzień próbował zbliżyć się do niej na zajęciach.

Kiedy potem Garrett zaczął zaliczać wszystkie wolne dziewczyny na studiach – nie wspominając już o kilku tych nie do końca wolnych – Blair nabrała absolutnej pewności, że podjęła dobrą decyzję.

Garrett Lowry był krętaczem.

Może przy niej zrobił sobie krótką przerwę, ale potem szybko wrócił do gry. A Blair było lepiej bez niego.

Mimo to wspomnienia nie dawały jej spokoju.

Zdrada Garretta i występki ojca sprawiły, że nie miała wątpliwości, jaką specjalizację wybrać. W zasadzie to powinna im obu podziękować. Może po powrocie z miesiąca miodowego zaniesie stokrotki na grób ojca. Zawsze ich nienawidził.

Machała do barmana, zamawiając kolejnego drinka, i marzyła, by obsługa hotelu dała jej w końcu ten pieprzony klucz do pokoju, kiedy go zobaczyła. Stał przy wejściu do baru i nie odrywał od niej wzroku. Raz jeszcze rzuciła okiem w jego stronę, pewna, że personel Embassy Suites dosypał jej do drinka środki halucynogenne. Bo w progu baru stał krętacz we własnej osobie. Garrett Lowry.

Blair zatrzymała barmana, który właśnie zabierał jej pustą szklankę po whisky.

– Tym razem podwójną poproszę.

Rozdział 2

Garrett Lowry rozważał, czy powinien się rozwieść ze swoją rodziną. Ale choć w trakcie własnej kariery był świadkiem kilku niezwykłych spraw rozwodowych, to niestety nie widział jeszcze takiej, w której człowiek rozstawałby się nie z partnerem, lecz z matką i ciotką.

A całe to zamieszanie z powodu pieprzonego pierścionka z diamentem o wadze jednej trzeciej karata.

Było niezaprzeczalnym faktem, że prababcia Marie zapisała swój pierścionek zaręczynowy wnuczce. Problem polegał na tym, że nie doprecyzowała której. Ciocia Debra twierdziła, że posiadanie to już niemal prawo własności, a ponieważ pierścionek znajdował się w jej pieczy, to ipso facto należał do niej… A raczej do jej syna. Ofiarowała mu go przed sześcioma miesiącami, aby on dał go swojej obecnej narzeczonej. Matka Garretta miała zgoła odmienne zdanie na temat kwestii własności pierścionka, więc wybuchła karczemna awantura. Garrett nie chciał się spierać ze stanowiskiem ciotki, lecz przypomniało mu się kilka spraw sądowych, których wynik pozwalał zakwestionować jej twierdzenia. Ale nawet gdyby pierścionek – okrągły brylant otoczony mniejszymi diamencikami i zamocowany na złotej obręczy – miał dla niego wartość sentymentalną, to aktualnie i tak nie wiedziałby, co z nim zrobić. W poważnym związku był ostatnio na studiach, kiedy to – w momencie skrajnej głupoty – zerwał z jedyną kobietą, którą naprawdę kochał.

Od tamtej pory przeskakiwał od jednej przelotnej miłostki do drugiej niczym kropla wody na rozgrzanej patelni. Na początku mu się to podobało, ale w minionym roku – widząc na horyzoncie trzydziestkę – przeszedł przemianę. Był gotów założyć z kimś rodzinę, ale żaden z jego związków nie trwał dłużej niż kilka miesięcy.

Problem był prosty, rozwiązanie już niekoniecznie: nikt nie mógł się równać z jego byłą dziewczyną ze studiów, Blair Myers. Łączył go z nią rodzaj porozumienia, którego nie znalazł w relacji z nikim innym i którego – stawało się to dla niego coraz bardziej oczywiste – miał już nigdy nie znaleźć.

Musiał przyznać, że myśl o zbliżającym się ślubie jego kuzyna cholernie go irytowała. Facet był chyba najnudniejszym człowiekiem na całej ziemi, nie wspominając już, że potrafił działać na nerwy jak nikt inny. Garrett powtarzał sobie, że jego narzeczona na pewno jest jakąś rozmemłaną kobietą, która tylko czeka, aby ustatkować się u bokudoktoraNeila Fredricka w domu na przedmieściach i urodzić mu te statystyczne dwoje i pół dziecka. Neil będzie wracał do domu ze szpitala i opowiadał, jaka bakteria spowodowała u kogoś rozwolnienie, a jego małżonka będzie go witać pieczonym mięsem i ziemniakami.

Ale to nie sprawiało bynajmniej, aby Garrett chciał się zaangażować choć odrobinę bardziej w Wojnę o Pierścionek, która teraz – tydzień przed ślubem – osiągnęła punkt kulminacyjny. Pech chciał, że babcia Ruby, matka rodu, przypisała mu rolę rozjemcy. Nie skonsultowawszy tego z nim, w ostatniej chwili zgłosiła go na drużbę pana młodego. A Garrett w ogóle się na ten ślub nie wybierał – gdy tylko otrzymał zaproszenie w kolorze kości słoniowej, od razu wyrzucił je do kosza, wiedząc, że przesłano mu je na życzenie Ruby. Ale babcia nie chciała słuchać wymówek. Chciała tylko wiedzieć, że Garrett pojawi się w Kansas City uśmiechnięty i gotowy stać na straży pokoju.

A babci Ruby się nie odmawia.

– Losy tego wesela zostawiam w twoich rękach, Garretcie Michaelu Lowry – wysyczała do telefonu.

Garrett parsknął śmiechem.

– To ogromna odpowiedzialność, babciu. Jesteś pewna, że chcesz mi ją powierzyć? Gdyby wyleciało ci z głowy, to przypominam, że jestem bardziej wichrzycielem niż rozjemcą.

– A czy twoja prestiżowa robota nie polega na nakłanianiu ludzi, by doszli do jakiegoś porozumienia? Powinieneś wykonywać ją również na rzecz swojej rodziny. – Babcia nie ukrywała, że nie przywiązuje szczególnej wagi do wykształcenia. Urodzona i wychowana na wyżynie Ozark, ukończyła dziewięć klas szkoły powszechnej, a potem doktoryzowała się na Uniwersytecie Prawdziwego Życia, który – jak twierdziła – przynosił więcej pożytku niż te wszystkie nadęte college’e. Garrett zawsze doceniał wyjątkowy urok babci Ruby, więc puszczał mimo uszu serwowane mu przez nią zniewagi. Neil z kolei nie do końca.

– Nie zawsze pomagam ludziom dojść do porozumienia, babciu. Czasami sędzia musi powiedzieć, jak ma być. – Zamilkł na chwilę, a potem znów zachichotał. – Tak jak ty w sporze między mamą a ciocią Debrą.

– Nie próbuj mi tutaj słodzić, diabelski pomiocie – wymruczała Ruby.

– Tobie? Byłbym głupi, gdybym spróbował. Wolisz szklankę octu od całego gara cukru.

– Masz, cholera, rację. A teraz ruszaj tyłek do Kansas City. Lepiej, żebyś zapanował nad sytuacją, zanim sama tam dotrę w środę.

Garrett miał nadzieję, że jego matka jakimś sposobem wybawi go z opresji. Był jej oczkiem w głowie, zwłaszcza odkąd jego siostra zaszła w ciążę, będąc panną. Nieważne, że Kelsey liczyła trzydzieści jeden lat, była dyrektorem wykonawczym do spraw sprzedaży w firmie świadczącej usługi telefonii komórkowej w całym kraju i zarabiała sześciocyfrową sumę rocznie. W oczach matki – i co ważniejsze, w oczach cioci Debry – dziewczyna zbrukała rodzinę Lowrych. Ale jeśli Garrett miał być zupełnie szczery, to jego zdaniem Kelsey uniknęła miny, darując sobie ślub z facetem, z którym ciągle się rozstawała i schodziła. Chłopak nie był w stanie utrzymać stałej pracy, a tymczasem jej matkę i ciotkę obchodziło jedynie, czy ten nieudacznik wcisnął Kelsey pierścionek na palec.

Garrett czuł irytację, że matka przyjęła zacofane poglądy swojej siostry, ale jednocześnie miał na tyle oportunistyczne podejście, by chcieć wykorzystać przejawiane aktualnie przez rodzicielkę pragnienie dbania o jego dobre samopoczucie.

Ta jednak, rzecz jasna, odmówiła mu pomocy, upierając się, że włączenie go do grona drużbów scali rodzinę.

– Niby jak? Przecież przez coś takiego ta cała gówniana burza rozszaleje się jeszcze bardziej.

– Uważaj na słowa, Garrett. Wiesz, że twoja ciotka nie może zdzierżyć przekleństw.

– Widzisz? To kolejny fakt świadczący, że lepiej będzie, jeśli zostanę w domu i nie będę psuł skrupulatnie przygotowywanej imprezy – przekonywał.

– Jeżeli twoja babcia chce cię widzieć na tym weselu, to kim my jesteśmy, żeby kwestionować jej zdanie? Ona wie, co robi. – I to wszystko, co jego matka miała do powiedzenia.

Ewidentnie coś knuła i było jasne jak cholera, że jej intrygi bynajmniej nie ułatwią mu odgrywania roli rozjemcy.

Jedyną pociechę dawało przypuszczenie, że Neil jest jeszcze bardziej zirytowany włączeniem Garretta do grona drużbów niż on sam.

Może ciągłe niesnaski między ciocią Debrą a jej siostrą dolały oliwy do ognia, ale prawdą jest, że Garrett i Neil nigdy za sobą nie przepadali. Garrett uwielbiał dwutygodniowe wakacje spędzane w gospodarstwie swojej owdowiałej babci Ruby, ale towarzystwo Neila kładło się cieniem na całym pobycie. Babcia przekazywała chłopcom wiedzę rolniczą – opowiadała o wszystkim, zaczynając od zwierząt, a na pracach ogrodniczych kończąc – i podczas gdy Garrett chłonął jej słowa jak gąbka, zachwycając się każdą nową wiadomością, Neil tak bardzo jęczał i narzekał, że babcia w końcu się zgodziła, aby zamiast robić rundy po gospodarstwie, zostawał w domu z książką. Ale te coroczne odwiedziny urwały się w szkole średniej, co mogło wynikać z tego, że Garrett wyciął wtedy Neilowi kawał z końskim łajnem w roli głównej. Młody prawnik bynajmniej nie tęsknił za swoim mazgajowatym i fałszywym kuzynem, ale brakowało mu czasu spędzanego sam na sam z babcią. A zatem choć teoretycznie rzecz ujmując, mógł jej się sprzeciwić, to w praktyce za bardzo ją szanował, aby odmówić spełnienia jakiejkolwiek jej prośby. Nie żeby miał się kiedykolwiek do tego przyznać. W poniedziałek poszedł więc do pracy, powiedział starszym partnerom, że ma do załatwienia pilną sprawę rodzinną, i kupił późnopopołudniowy bilet do Kansas City.

Szkoda tylko, że opowiedział też o trochę smutnej, a trochę zabawnej specyfice tej pilnej sprawy rodzinnej, gdyż jego zwierzchnik od razu postanowił wykorzystać sytuację.

Kiedy wczesnym popołudniem Garrett pakował swoją listonoszkę, szef wszedł do jego gabinetu z miną człowieka, który właśnie wygrał na loterii.

– Ponieważ ta twoja pilna sprawa nie jest wcale aż tak pilna, to nic nie stoi na przeszkodzie, abyś podczas wyjazdu trochę popracował.

Garrett poklepał torbę.

– Taki miałem zamiar, Matt.

Szef pokręcił głową. Uśmiechał się przy tym tak szeroko, że aż dziwne, iż jego twarz nie rozpadła się na dwie części.

– Nie o to chodzi. Gratulacje. Będziesz przyjmował zeznania w sprawie Norfolków.

Garrett otworzył usta. Czy mogło być jeszcze gorzej? Pokręcił głową z niesmakiem.

– Nie. Wszystko, tylko nie to.

Szef parsknął śmiechem i rzucił na biurko opasłą teczkę.

– Spójrz na to inaczej: teraz nie musisz brać wolnego.

– Wezmę tydzień bezpłatnego urlopu, żeby tylko się od tego wykręcić.

– Za późno. Ważniak na górze już podjął decyzję. – Matt wskazał palcem na sufit. – Uważa, że poradzisz sobie lepiej niż Lopez. Klient stracił do niego zaufanie, a ty masz opinię krwiożerczego rekina, więc…

Garrett jęknął, wziął teczkę i zaczął przerzucać kolejne kartki.

– Cholera. Dochodzą mnie słuchy, że prawniczka reprezentująca żonę to niezła jędza.

Matt zachichotał.

– Oględnie mówiąc. – Odwróciwszy się przez ramię, spojrzał na drzwi, a potem wrócił wzrokiem do Garretta i zniżył głos. – Plotka głosi, że doprowadziła Lopeza do łez.

Garrett chichotał, dopóki nie zdał sobie sprawy, że teraz to on ma zająć miejsce tego nieszczęśnika.

– Sekretarka Lopeza prześle ci więcej szczegółów, ale materiały z tej teczki wystarczą, abyś się wdrożył. Pierwsze przesłuchanie masz jutro o dziesiątej i tym sposobem tydzień ruszy z kopyta.

– Pierwsze przesłuchanie?

Matt ponownie się roześmiał.

– W tej sprawie zeznaje wiele osób. Żona. Mąż. Kochanki. Kochanki.

– W niedzielę wracam do domu, Matt. A w czwartek i piątek mam uczestniczyć w przygotowaniach do ślubu.

Szef skierował się w stronę drzwi.

– Nie wracaj, dopóki nie skończysz! – zawołał przez ramię.

W obliczu nowych okoliczności wesele zdawało się dziecinną igraszką.

A teraz Garrett utknął na całą noc w Phoenix i choć nie żałował, że ominą go pierwsze przygotowania do ślubu, to nie chciał odwlekać spotkań zawodowych. Nie zamierzał zostawać w Kansas City ani minuty dłużej niż to konieczne, a do tego był pewien, że babcia potraktuje jego pracę jako wymówkę od udziału w obligatoryjnych rodzinnych rozrywkach.

Ale wszystkie te myśli uleciały przez okno, kiedy Garrett zszedł do baru w hotelu, w którym miał zarezerwowany pokój. Bo rozpoznał kobietę siedzącą na jednym z wysokich stołków.

To ona. Ta, przez którą inne dla niego nie istniały.

Blair Myers.

Zamrugał, pewien, że jego umysł dał za wygraną i wpadł w psychozę, ale przebłysk rozpoznania w oczach kobiety przy barze dowodził, że to naprawdę ona.

Wydawała się jeszcze piękniejsza niż w jego wspomnieniach. Nie ścięła długich blond włosów i wciąż nosiła je rozpuszczone. Tego dnia miała je jednak w lekkim nieładzie, co było zupełnie niepodobne do tej uporządkowanej dziewczyny, z którą Garrett spędził niemal rok. Siedziała w czarnej spódnicy i opinającej się na piersiach jasnoszarej bluzce z jedwabiu, z dziesięciocentymetrowymi szpilkami na podnóżku zamontowanym przy barze. Jej błękitne oczy ani na moment nie odrywały się od Garretta.

Potrzebował całych trzech sekund, aby odzyskać rozum, i kilku kolejnych, by zdecydować, co robić. Miał udawać, że jej nie widzi? Przywitać się? Wiedział, na co ma ochotę, ale czego chciała ona?

Koniec końców jego stopy postanowiły za niego. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że idzie w jej stronę. Zatrzymał się zaledwie parę kroków przed nią, czując pulsowanie w skroniach. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak się stresował, a sądząc po tym, jak jej palce zacisnęły się na podanej przez barmana szklance, ona też była zdenerwowana.

Co miał powiedzieć? Do głowy przychodziło mu kilka zdań. „Tęsknię za tobą”. „Dobrze wyglądasz”. „Jesteś szczęśliwa?” „Nie ma dnia, abym nie żałował tego, co zrobiłem”. Ale jedynym słowem, które wypadło z jego ust, było „cześć”.

– Mogę usiąść? – Ruchem ręki wskazał na stołek obok niej.

To pytanie wyrwało ją z oszołomienia. Wzruszyła lekko ramionami, a potem odwróciła się w stronę baru.

– Nie mogę ci zabronić.

Fakt, że nie kopnęła go w jaja, wziął za dobry znak. Usiadł na obitym skórą stołku, a Blair oparła łokcie o blat, leciutko się chwiejąc. Nikt inny by tego kołysania nie zauważył, ale Garrett spędził niemal rok na studiowaniu tej kobiety zamiast książek prawniczych. Blair, którą znał, nigdy się nie upijała.

– Co robisz w Phoenix?

– Jestem tu przejazdem. – Upiła łyk drinka.

Wiedział, że bez dodatkowej odwagi się nie obejdzie. Garrett zatrzymał kelnera.

– Wezmę piwo z beczki. Macie coorsa?

Barman pokiwał głową i poszedł po alkohol, a Blair parsknęła suchym śmiechem.

– Wciąż pijesz to gówno?

– Gówno? – Garrett położył przedramiona na barze. – Do jego produkcji wykorzystuje się czystą wodę źródlaną z gór.

Zaśmiała się szczerze, a jego pierś momentalnie przepełniła tęsknota, której zupełnie się nie spodziewał. Brakowało mu jej, ale teraz, kiedy była obok, czuł to jeszcze mocniej.

Odwróciła się ku niemu i powędrowała wzrokiem do jego twarzy.

– Jesteś żonaty?

Nie mógł uwierzyć, że siedzi obok niej. Może otrzymywał właśnie niezasłużony prezent od wszechświata, a może stawał się ofiarą wyjątkowo podłych tortur. Cokolwiek to było, nie powinien odpuszczać. Musiał jednak stąpać ostrożnie. Chciał powiedzieć Blair, że zachował się jak ostatni idiota, ale nie powinien się spieszyć, bo mógłby ją wystraszyć. Każda chwila spędzona w jej obecności była dla niego darem i nie zamierzał tego zepsuć. Parsknął wymuszonym śmiechem.

– A jak myślisz? – Gdy tylko to powiedział, uświadomił sobie, że popełnił błąd.

– Wciąż wolny jak wiatr w polu, co? – Zamachała szklanką w powietrzu, żeby zaakcentować swoje słowa.

Garrett wziął piwo od barmana.

– Od kiedy ty używasz takich sformułowań?

– Odkąd wypiłam trzy szkockie, w tym dwie podwójne. – Uniosła szklankę w geście toastu i upiła łyk. – A ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

Uśmiechnął się złośliwie, choć w głębi serca wcale nie miał na to ochoty.

– Pewnie, że wolny. A ty? – Rzucił okiem na jej lewą dłoń i serce zmartwiało mu w piersi.

Blair podniosła rękę, żeby jeszcze bardziej go oślepić. Na jej palcu błyszczał złoty pierścionek wysadzany diamentami.

Garrett przełknął gulę rozczarowania i przez moment rozważał opuszczenie baru. Nie wiedział, czy będzie w stanie tam siedzieć i udawać, że cieszy się jej szczęściem, że na jej widok jego umysł wcale nie wskoczył na najwyższy bieg ekscytacji i nadziei. Ale nie wiedział też, czy potrafiłby żyć sam ze sobą, gdyby wyszedł. W końcu to on ją kiedyś zranił. Był jej coś winien.

– Naprawdę, Blair? Nie wyglądasz na dziewczynę skorą do ślubu.

– Ludzie potrafią zaskakiwać. – Uśmiechnęła się, ale w jej głosie zabrzmiała gorzka nuta.

Garrett chciał przeprosić – domagała się tego każda cząsteczka jego duszy. Ale nie potrafił. Wbrew przeświadczeniu Blair znał ją doskonale. Wiedział, że gdy tylko przeprosi, ona skopie mu tyłek – zapewne i werbalnie, i fizycznie – a potem odejdzie na zawsze. Ta kobieta nie trawiła żadnych przejawów słabości, zwłaszcza u siebie samej. Gdyby Garrett pozwolił, aby ta rozmowa zbliżyła się do granicy ckliwości, byłoby po wszystkim.

– To opowiedz mi o tym biednym głupku, u boku którego skończyłaś. – Zmusił się do uśmiechu.

Uniosła brwi.

– Po co? Żebyś mógł się z niego ponabijać?

– To zależy. Znasz mnie. Nabijam się z każdego, kto wierzy w cukierkową miłość rodem z Hallmarku.

Zachichotała.

– Dawniej oboje tacy byliśmy.

A jednak kiedyś go kochała. I choć żadne z nich nigdy nie miało skłonności do popadania w ckliwość, to ich związek był i intensywny, i pełen frajdy.

– Pamiętasz antywalentynki? – zapytała, przyglądając się mu ze śmiechem.

Oddech zamarł mu w piersi. Jego usta znajdowały się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od jej twarzy i ogarnęło go przemożne pragnienie, aby się pochylić i pocałować ją. Ale to by wszystko popsuło. Wziął się w garść.

– Jak mógłbym zapomnieć?

Oboje dołożyli wszelkich starań, żeby uczcić ten dzień dokładnie na odwrót niż wszyscy. Zamiast róż i wina wybrali automaty do gier i paskudną pizzę w tanim barze. Potem Garrett zabrał Blair na dach swojego trzypiętrowego bloku, gdzie ustawił teleskop, żeby pokazać jej gwiazdę, którą dla niej kupił i nazwał Płonąca Supernowa. Kiedy Blair zaczęła się wykłócać, mówiąc, że ten pyłek to nie jest żadna supernowa, Garrett odparł, że na całym niebie i tak nie ma gwiazdy, która błyszczałaby jaśniej niż jego dziewczyna, ale nie omieszkał wygłosić przy tym paru uszczypliwości, żeby nie zrobiło się zbyt sentymentalnie. Poza tym ofiarował Blair wygrany w tanim barze pierścionek z plastiku, zapowiadając, że w przyszłości da jej prawdziwy i że stanie się to dokładnie czwartego sierpnia, bo jest to dzień najbardziej oddalony od walentynek.

Dwa miesiące później wszystko zniszczył.

– Pamiętasz, jak śmialiśmy się z tych idiotów, którzy bili się o ostatnią partię róż w spożywczaku? – Zaśmiała się, dopiła drinka i ruchem ręki przywołała kelnera.

Blair była typem osoby, która pije dla towarzystwa. Zalewała się tylko wtedy, gdy miała zły humor. W tym momencie Garrett zaczął się o nią martwić.

– A twój facet kupuje ci kwiaty?

– Boże, nie. – Zachwiała się na krześle. – Ma zbyt pragmatyczne podejście.

– To co robi?

Zmarszczyła brwi i przez kilka kolejnych sekund intensywnie myślała. Ku jego zaniepokojeniu jej oczy napełniły się łzami.

– Zaprogramował mi pilota.

Garrett poruszył głową w wyrazie udawanego uznania.

– Prezent godny podziwu.

Później jej uwaga przeniosła się gdzieś ponad jego ramię. Kiedy się odwrócił, zobaczył pracownicę hotelu, która zmierzała w ich stronę.

– Przykro mi. – Płochliwa kobietka wyglądała tak, jak gdyby miała zamiar za chwilę dać nogę. – Ani u nas, ani w żadnym innym hotelu w promieniu trzydziestu kilometrów nie ma wolnych pokoi. Sprawdzaliśmy. – Skuliła się. – Dwukrotnie.

Blair mrugnęła. Z trudem skupiała uwagę na kobiecie.

– Nigdzie w okolicy nie ma ani jednego wolnego pokoju?! – Ostatnie słowa zamieniły się w krzyk.

Pracownica aż podskoczyła.

– Nie, proszę dostojnej pani. Przykro mi.

– Proszę dostojnej pani? – Blair zerwała się na równe nogi i wycelowała w kobietę palcem, niemal się przy tym potykając. – Sugerujesz, że jestem stara? Mogę cię za to pozwać!

Garrett zsunął się ze stołka i objąwszy Blair w pasie, przyciągnął ją do siebie.

– Spokojnie, tygrysico – powiedział, a ona spojrzała na niego przez ramię z przerażeniem w oczach.

– Ta kobieta zwraca się do mnie tak, jakbym była jakąś matroną. Jak śmie?

Garrett posłał Blair pełne współczucia spojrzenie.

– Ta biedna kobiecina ewidentnie potrzebuje okularów, ale nie ma sensu ją za to pozywać.

Prawniczka obróciła się w jego ramionach i ich klatki piersiowe stykały się teraz ze sobą. Popatrzyła mu w twarz.

– W tym hotelu nie ma dla mnie miejsca.

Malująca się na jej twarzy powaga kazała mu się roześmiać.

– Nie martw się, Blazer, znajdę ci boks w jakiejś stajni. – Jej stara ksywka wypadła mu z ust, nim zdążył się ugryźć w język, ale Blair na szczęście się tym nie przejęła.

– Nienawidzę koni – wymruczała tylko, kładąc policzek na ramieniu Garretta, który puścił oczko do pracownicy hotelu.

– Z tym pozwem to był tylko żart.

– Nie, nie był – wymamrotała Blair.

Pracownica wytrzeszczyła oczy, a Garrett ruchem ręki dał jej znać, że lepiej będzie, jeśli się natychmiast ulotni.

Gdy sobie poszła, pomógł Blair usiąść na stołku i odsunął przyniesionego jej właśnie drinka, zanim zdążyła go zauważyć.

– Czy mógłbym prosić o dwie szklanki wody i dwa cheeseburgery, w tym jednego z podwójną porcją korniszonów?

Blair położyła głowę na barze.

– Uwielbiam korniszony.

– Wiem. – Cieszył się, że jest zbyt pijana, aby usłyszeć żal w jego głosie.

Nagle oderwała głowę od baru i szeroko otworzyła oczy.

– Muszę sobie znaleźć jakiś nocleg.

– Blair, mam pewien pomysł. Zjedzmy, a potem porozmawiamy.

Położyła głowę na jego ramieniu.

– Dobrze.

Przyglądał się jej przez kilka sekund, myśląc, co ją do tego stopnia wyprowadziło z równowagi. Dotychczas tylko raz widział ją tak pijaną – owego wieczora, gdy dowiedziała się, że jej matka planuje przeprowadzkę z Kansas City do Des Moines. Był wtedy jej kotwicą.

Teraz Blair zupełnie się rozsypała i nie miała się gdzie podziać. Dosłownie. Garrett nie zamierzał jej zostawiać. Mógł przez resztę życia zadręczać się czymś, co zrobił, albo spróbować to naprawić. A jeśli nie liczyć sytuacji z Blair, nie miał tendencji do życia przeszłością i rozpamiętywania błędów. Przyszedł czas działać.

Poprosił barmana, aby przesłał jedzenie do jego pokoju, a potem próbował pomóc Blair wstać ze stołka.

– Chodź, Blazer. Znaleźli ci pokój.

Blair uniosła lekko głowę.

– Serio?

– Tak – odparł. – Ewidentnie zręczna z ciebie adwokatka. Te twoje gadki o składaniu pozwu skłoniły personel do znalezienia ci kwatery. – Wyciągnął ręce w jej stronę. – Chodź, pomogę ci odszukać właściwy numer.

Blair wyprostowała plecy i zaczęła odpychać jego dłonie.

– Nie potrzebuję pomocy. Zwłaszcza od ciebie.

Garrett podniósł ręce w geście kapitulacji.

– Oczywiście, że nie. Ale poprosili mnie, bym cię odprowadził. Żeby po drodze nie pojawiły się kolejne sprawy wymagające złożenia pozwu – wyjaśnił jej.

Zmarszczyła nos. Była wyraźnie zdezorientowana, ale też dostatecznie wstawiona, aby mu uwierzyć. Zsunęła się ze stołka i sięgnęła po swoją torbę podróżną, niemal lądując przy tym na ziemi.

Garrett wziął od niej bagaż i przewiesił sobie jej torebkę przez ramię, na co ona potrząsnęła głową i znów niewiele brakowało, by się potknęła.

– Ta torebka nie pasuje ci do stroju – skwitowała.

Garrett złapał ją za łokieć, aby pomóc jej w utrzymaniu równowagi. Torebka była wykonana z beżowej błyszczącej skóry i ozdobiona złotą sprzączką. Musiała kosztować fortunę. Gdy zobaczył ją na tle swoich dżinsów i błękitnej koszuli pokrytej plamami Krwawej Mary, którą ochlapał go współpasażer podczas turbulencji, na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech.

– Serio? Myślałem, że do dżinsów wszystko pasuje.

Blair podniosła wzrok, szukając jego spojrzenia.

– Czemu wciąż musisz być zabawny? I uroczy? – Uderzyła go w pierś i jej dłoń już na niej została. – Dlaczego nie jesteś gruby i łysy?

– Ponieważ jak oboje wiemy, droga Blair Myers, na świecie nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość. – Starał się, aby jego głos brzmiał lekko i żartobliwie, choć to przypadkowe spotkanie dowodziło, że sprawiedliwość jednak istnieje. Garrett zasługiwał na każdą ociupinkę bólu, jakiej teraz doświadczał. Jego zdaniem to właśnie była sprawiedliwość.

Blair uniosła brodę.

– I tak się z tobą nie prześpię – oznajmiła.

– Wcale o to nie prosiłem – odgryzł się jej.

Wyrwała się z jego objęć i wsparła ręce na biodrach.

– Nie jestem dostatecznie dobra dla wielmożnego Garretta Lowry’ego?

– Znasz mnie, Blazer. Nigdy nie wchodzę dwa razy na to samo pastwisko. – Blair oskarżyła go o to dawno temu. Tuż przed ukończeniem studiów. Zabolało mocniej, niż chciał przyznać.

– Byłam najlepsza w łóżku spośród wszystkich dziewczyn, jakie miałeś.

– To było zbyt wiele lat i zbyt wiele pastwisk temu, Blazer, ale jestem pewny, że weszłabyś do pierwszej piątki. – Gdy Blair nie zripostowała, Garrett wiedział, że jest pijana w sztok. – Chodź, pracownicy hotelu prosili, abym zaprowadził cię do twojego pokoju.

Znów ją objął, wdzięczny, że tym razem go nie odtrąciła, i poprowadził w stronę windy. Martwiło go trochę, że w oczach pracowników hotelu może wyjść na kogoś, kto chce wykorzystać zalaną dziewczynę. Ale pijackie groźby Blair chyba rozpraszały ewentualne niepokoje obsługi. Kiedy dotarli do windy, jego wdzięczność zmieniła się w gniew. Każdy mógł ją wykorzystać. Wiedział jednak, że to nieprawda. Blair Myers nie była głupia – zarówno trzeźwa, jak i pijana. Fakt, że obdarzyła go zaufaniem, mówił mu, że wciąż jej na nim zależy. Przynajmniej w pewnym sensie.

Kiedy dotarli do pokoju, wyjął klucz i otworzył drzwi, wprowadzając Blair do środka.

– Jest tu już czyjś bagaż – powiedziała, zataczając się, i kopniakiem zdjęła szpilki.

– Mój – odparł Garrett, przyglądając się jej. – Przynieśli go tu, gdy prosili, abym cię odprowadził. – Był to zupełny nonsens, ale Blair wypiła dostatecznie dużo, aby go kupić. Gdyby jej zdradził, że pokój należy do niego, na pewno by w nim nie została, pijana czy nie.

– Aha. – Usiadła na brzegu łóżka. – Ale i tak się z tobą nie prześpię. – Machnęła lewą ręką i w diamentach na jej palcu zamigotało światło. – Ja akurat nie zdradzam.

Garrett oparł się pośladkami o komodę.

– Przecież nigdy cię nie zdradziłem, Blair.

Przechyliła głowę, żeby na niego popatrzeć.

– Tak, muszę ci to przyznać. Chyba najpierw mnie zostawiłeś, a dopiero potem się z nią przespałeś. – Garrett wiedział oczywiście, o kim mowa. Tak naprawdę nie przespał się z tamtą dziewczyną, ale to nie był czas na wyjaśnienia. Blair rzuciła okiem na jego walizkę, a potem na niego. – Nie mieszkasz w Phoenix?

– Nie. Wygląda na to, że oboje zabłąkaliśmy się tu przypadkiem.

– To gdzie będziesz spał?

Wzruszył ramionami. Tak daleko w swoim szalonym planie nie zabrnął.

– Gdy zobaczę, że się tu już rozgościłaś na dobre, wrócę na lotnisko – zapewnił ją.

Mocując się i trudząc, rozpięła guziki swojej bluzki. Garrett dojrzał krągłość jej piersi w czarnym staniku i kremową skórę na brzuchu.

Boże, dopomóż, bo zaczynała go podniecać zalana kobieta.

Ale to nie była pierwsza lepsza zalana kobieta. To była Blair. Blair. Ileż to nocy przypominał ją sobie bez ubrania, ileż to razy wyobrażał sobie jej nagie ciało pod swoim, marząc, że się w nim zatapia. Ale wspomnienia jego ciała – i umysłu – nie miały żadnego znaczenia. Garrett nie zamierzał niczego z Blair próbować. Za bardzo ją szanował.

Usiadła na łóżku, podwijając nogi i kładąc stopy przy pośladku, po czym wbiła spojrzenie w sufit.

– Nie możesz teraz jechać na lotnisko. – Oblizała dolną wargę, a potem westchnęła. – Zostań tutaj.

– To twój pokój, Blazer. Poza tym zapowiedziałaś już, że się ze mną nie prześpisz.

Niezgrabnie wyciągnęła rękę i poklepała materac po przeciwnej stronie.

– To duże łóżko, a ja jestem zużytym pastwiskiem. Możesz tu spać.

Garrett chciał z nią zostać, ale biorąc pod uwagę, że nie mógł oderwać wzroku od linii jej bioder i odsłoniętego dekoltu, nie był pewien, czy to aby na pewno dobry pomysł.

– To niezwykle wspaniałomyślne z twojej strony, ale teraz, gdy już się rozgościłaś, chyba będę się zbierał. – Zawsze przecież mógł coś zjeść na lotnisku. Dobry Boże, po takiej ilości wypitej whisky Blair pewnie bez trudu pochłonie oba zamówione burgery.

W tym momencie wyprostowała plecy, a jej oczy napełniły się łzami.

– Znów mnie zostawiasz.

Jakaś nuta w jej głosie rozdarła mu serce na kawałki. Wolałby się podpalić, niż sprawić, aby Blair raz jeszcze poczuła się przez niego opuszczona.

– Nie, Blair – odparł miękko. – Nie zostawiam cię. – Podszedł do łóżka, usiadł obok niej i objął ją ramieniem, przyciągając do siebie. – Jesteś głodna?

– Tak – odparła, ale w tym samym momencie zamknęły jej się oczy.

Siedzieli tak przy sobie przez pięć minut. Blair drzemała, a Garrett tulił ją do piersi. Opuścił powieki i upajał się nią – jej widokiem, zapachem, tak dobrze mu znaną bliskością jej ciała. Blizna na jego sercu się rozeszła, odsłaniając poranioną żywą tkankę.

Blair miała na palcu tylko pierścionek zaręczynowy, co znaczyło, że raczej nie była jeszcze mężatką. Garrett pomyślał, że może rankiem, gdy już wytrzeźwieje, będą mieli okazję porozmawiać i wtedy wszystko jej powie. Że był kompletnym idiotą, że mu bez niej koszmarnie źle, że zrobi wszystko, aby ją odzyskać. Absolutnie wszystko.

Może była dla nich jeszcze jakaś nadzieja.

Obsługa hotelu zapukała do drzwi i Garrett delikatnie położył Blair na łóżku, a potem odebrał cheeseburgery. Zastanawiał się, czy nie obudzić jej na posiłek, ale spała tak spokojnie, że nie miał serca jej przerywać. Jedząc swojego burgera, sprawdził pocztę i zaczął się przygotowywać do porannego spotkania w sprawie Norfolków, od czasu do czasu rzucając Blair ukradkowe spojrzenia. Patrzenie na nią było surrealistycznym doświadczeniem. Nie spodziewał się, że ją jeszcze kiedykolwiek zobaczy, a co dopiero będzie miał w swoim łóżku. Oczywiście wolałby, aby robiła z nim teraz inne rzeczy, lecz fakt, że sama jej obecność napełniała go szczęściem i spokojem, dobitnie świadczył o jego uczuciach.

Wkrótce stało się jasne, że nie da już rady dłużej się jej opierać. Przebrał się w koszulkę oraz sportowe spodenki i ostrożnie położył na kołdrze obok niej. Poruszyła się, a on wbił wzrok w jej twarz. Chłonął każdy szczegół, zapisując go w pamięci na wypadek, gdyby Blair nie chciała go słuchać, co – jak zdawał sobie sprawę – było najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Ta kobieta stanowczo sprzeciwiała się dawaniu drugiej szansy. Kategoryczność, z jaką odcięła się od swojego ojca, dobitnie to potwierdzała.

Westchnęła i znów się poruszyła, przyciskając plecy do jego brzucha, na co on wstrzymał oddech. Czekał, aż się obudzi i zarzuci mu, że próbuje ją wykorzystać. Ale Blair przyciągnęła jego rękę bliżej swojego pępka i zastygła w bezruchu. Wdychając jej zapach, Garrett tonął we wspomnieniach. Wciąż używała tego samego szamponu o zapachu wanilii.

– Tęsknię za tobą, Garrett – wymamrotała, a on zamarł. Gdyby nie padło jego imię, pomyślałby, że Blair mówi o swoim narzeczonym lub mężu. Ale szepnęła „Garrett”. A więc odwzajemniała jego uczucia.

Ogarnęło go przemożne wrażenie, że może jeszcze wszystko naprawić. Znajdzie sposób. Pieprzyć wesele Neila. Pieprzyć spotkania w sprawie Norfolków. Zostanie tutaj tyle, ile będzie trzeba, by przekonać Blair, że powinna dać mu drugą szansę.

Ale kiedy obudził się następnego ranka we wciąż ciemnym pokoju, odkrył z trwogą, że na drugiej połowie łóżka nikogo nie ma.

Blair zniknęła.

Rozdział 3

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Player

(The Wedding Pact #2)

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Małgorzata Święcicka

Redakcja: Adrian Kyć / Rytm pisania

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Joanna Florczak, Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce i wyklejka: © Angelina Bambina / Gettyimages.com

Copyright © 2015 by Denise Grover Swank

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Lucyna Wierzbowska, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66890-34-3

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek