Stara Flota. Tom 6. Wolność - Nick Webb - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

 

Wojna szaleje w przestrzeni Zjednoczonej Ziemi i niszczy miliony istnień. Rój powrócił, większy i bardziej zajadły, do tego z miażdżącą przewagą technologiczną.

Z Tytana, księżyca Saturna, nadchodzi ostrzeżenie – podobno od samego Tima Grangera – że tym razem wróg może okazać się niepokonany.

Admirał Shelby Proctor, podejrzana o zamordowanie prezydenta Zjednoczonej Ziemi, ucieka. Zmierza na Tytana, bo uważa, że jedyną nadzieją ludzkości jest bohater martwy od trzydziestu lat. Trzeba go odnaleźć, aby raz jeszcze uratował planetę ludzi.

Okręty przygotowują się do walki, rasy jednoczą przeciwko potężnemu wrogowi z innego uniwersum. I potrzebny jest tylko legendarny dowódca, który tę flotę poprowadzi do zwycięstwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Liberty: Legacy Fleet Book Six

Copyright © 2018 Nick Webb

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-97-5

ISBN MOBI: 978-83-65661-98-2

Dla Jenny, L. i C.

PROLOG

Głęboka przestrzeń kosmiczna

Statek pokoleniowy Skiohra „Dobroć”

Wszystko jest inne. Wszystko.

Jarum Krull, dziewiąta matka wielkiego rodu Krull z gatunku Skiohra, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wyczuła to po raz pierwszy wiele tygodni temu, gdy ze świata Sangre de Cristo nadeszło zakłócenie Więzi.

A potem jeszcze przytłaczająco przybrało na sile.

Nic nie było takie, jak powinno. Nic nie było takie, jakie się wydawało. Jarum miała wrażenie, że żyje w cieniu i przygląda się swojej egzystencji przez matową szybę. Przez osiem tysięcy pięćset czternaście lat życia pozostawała w niewiedzy.

Do dziś.

Oddychała płytko, z trudem, gdy biegła korytarzem. Ogromne silniki wspaniałego statku „Dobroć”, który dawał schronienie klanowi Jarum przez minione dwadzieścia tysięcy lat, pulsowały przez ściany, a jej kroki wybijały ten sam równy rytm. Jakby życiodajna krew okrętu zgadzała się i ponaglała Jarum.

„Czas Myśli Nie do Pomyślenia właśnie się skończył”.

„Otwórz drzwi”.

Otwarcie drzwi było zakazane. Nie wolno nawet o tym myśleć. Wiele myśli było zabronionych – nie wolno było myśleć o istnieniu Quiassi i Findiri. Ani o położeniu starożytnego, ojczystego świata Skiohra. Jednak przede wszystkim nie wolno było myśleć o drzwiach.

Nie otwierać drzwi.

Nie zastanawiać się nad otwarciem drzwi.

W ogóle nie myśleć o otwarciu drzwi.

Ponieważ konsekwencje byłyby śmiertelne, a nawet gorsze od śmierci.

Jarum Krull nie miała pojęcia, co by było gorsze, ale matka, Jazma Krull, wpoiła jej tę dziedziczoną wiedzę jeszcze w dzieciństwie, gdy Jarum wciąż wiodła Życie Wewnętrzne w ciele rodzicielki. Właśnie wtedy poznała bardzo dobrze zakaz otwierania drzwi.

Złapała oddech i drgnęła, gdy usłyszała szuranie i szmery. Jej siostry. Znajdowały się tuż za rogiem skrzyżowania korytarzy. Ich głosy wydawały się ściszone. Niewielu chodziło tędy na dziób ich kosmicznego domu, w pobliże miejsca, w które podczas wielkiej wojny sprzed trzydziestu lat wbił się kadłub „Konstytucji”, okrętu ludzi.

Jarum pamiętała grozę tego, co się zdarzyło potem. I… dysonans poznawczy. Może jej niepokój o Myśli Nie do Pomyślenia – tabu dla jej ludu – zaczął się właśnie wtedy, gdy wraz z tysiącami swoich sióstr naprawiała uszkodzenia po przerażającej bitwie. Tysiące matek zginęło, a wraz z nimi miliony ich Dzieci, zarówno te na zewnątrz, jak i wewnątrz. A jednak uszkodzenia statku należało naprawić jak najszybciej, starannie unikając korytarza wiodącego do drzwi. Setki jej Wewnętrznych Dzieci protestowało, gdy Jarum wybierała dłuższą drogę, aby obejść to miejsce. Tysiące innych uciszało narzekania wybuchami obłudnego gniewu. Wszystko dlatego, że unikanie Myśli Nie do Pomyślenia było nie tylko tradycją.

Było uświęconym, niewypowiadanym prawem.

Zostało wpisane w DNA Skiohra, w ich umysły, w ich dusze. Matka Jazma nie musiała uczyć Jarum o Myślach Nie do Pomyślenia, wystarczyło je przypomnieć, bo każdy Skiohra czuł zakaz całym jestestwem.

Głosy ucichły – siostry skręciły w inny korytarz. Jarum biegła, oddychając już nieco lżej. Musiała się śpieszyć. Więź została zerwana, przynajmniej do czasu, gdy działania matkobójczyni staną się przewidywalne lub możliwe do powstrzymania. Tysiące zbuntowanych Wewnętrznych Dzieci nie zdołają przecież wydostać się i ostrzec innych.

Mogły jedynie krzyczeć w Jarum. Z wściekłością i zgrozą. Znały intencje rodzicielki i nienawidziły jej. Żadna matka nie mogłaby sobie wyobrazić większej udręki.

Jarum zamknęła oczy, aby uwolnić się od bólu i zalewających ją fal słusznego gniewu. A potem pobiegła w głąb „Dobroci”, w pobliże korytarza, do którego tylko nieliczni się zapuszczali, ale nikt nie szedł dalej.

Do drzwi.

Nieprzechodnich Drzwi.

Zatrzymała się przy końcu korytarza. Tysiące lat nawyku niemal ją powstrzymały, niemal nie pozwoliły zrobić pierwszego kroku w długie, wąskie przejście. Tysiące Wewnętrznych Dzieci przeklęły ją za to, że w ogóle chciała zrobić ten krok.

I ten pierwszy krok okazał się najtrudniejszy. Kolejne były już łatwiejsze i kiedy wreszcie stanęła pod drzwiami, ledwie słyszała pomruk silników. Zdawało się, że nawet życiodajne światło w korytarzu pociemniało, jakby znalazła się w mrocznym tunelu, z którego było tylko jedno wyjście.

Nieprzechodnie Drzwi.

Jarum zatrzymała się, nogi miała jak sparaliżowane przez toczącą się w jej wnętrzu żarliwą debatę. Słyszała każde ze swoich Dzieci, wszystkie naraz. Jako matka została obdarzona tą zdolnością – mogła słyszeć i rozumieć tysiące wewnątrz siebie, poza ograniczeniami zewnętrznej temporalnej rzeczywistości.

A była to debata, którą śledziła z wielkim zainteresowaniem.

Po co nam to tabu, jeśli nie dla ochrony? To sposób naturalnej selekcji, aby zapewnić przetrwanie naszemu ludowi – stwierdziło jedno z Dzieci.

Szaleństwo, czyste szaleństwo. Naturalna selekcja nie buduje statków. Naturalna selekcja nie może być tak celowa i ukierunkowana, aby zabronić otwarcia określonych drzwi na określonym statku w określonym punkcie czasoprzestrzeni. Zresztą zawsze byłeś słaby z biologii –zaoponowało inne.

Spokojnie, bracia. Fakt pozostaje faktem, niezależnie od pochodzenia tabu, które nas wiąże. Tabu ustalone zostało nie bez powodu. I wszystko wskazuje na to, że to dla naszej ochrony. Jaki inny byłby powód takiego zakazu? –wtrąciło się trzecie.

Drugie poruszyło mikrorzęskami w przód i w tył. Jarum poczuła to w swojej głębi – fizyczne ruchy wewnętrznych Skiohra wskazywały na zwątpienie lub odrzucenie. Z niewiadomego powodu działanie Dziecka właśnie w takiej chwili przywołało wspomnienia matkobójczyni, rozmawiającej z Polrum Krull. Było to zaledwie kilka tygodni wcześniej. Matkobójczyni potrząsała głową zupełnie jak dziecko mikrorzęskami… Jakże lekkomyślnie ta śmiertelniczka marnowała energię tylko po to, aby wyrazić tak prosty i oczywisty koncept jak „nie”.

Twoja logika jest błędna – odpowiedziało drugie Dziecko. Więcej niż błędna. To absurd.

Czwarte zgodziło się z nim.

Bracia i siostry. Myślcie. Dopóki nie wydarzyła się katastrofa Więzi, wywołana na Sangre de Cristo, wszyscy akceptowaliśmy tabu jako nieodwołalne i niepodważalne prawo. Jednak tamto zdarzenie zmieniło niektórych z nas. A kolejne kataklizmy zmieniły następnych. Teraz są nas setki, może tysiące, bo przecież wielu jeszcze nie wyraziło swojego zdania. Jednak tamte wydarzenia odmieniły nas fundamentalnie. Wszystko jest inne. To… coś nowego. Nowa era naszego ludu. Wyczuwam to…

Herezja! Mówisz herezje, ty głupia…

Kakofonia głosów zmieniła się w niemal nierozróżnialny miszmasz obelg, argumentów i kłótni.

– Dzieci, proszę – odezwała się na głos Jarum. – Nadszedł czas. Wiecie, że bardzo was kocham, a miłość matki jest wieczna i głęboka. Większość z was nigdy tego nie doświadczy. Szanuję wasze opinie, wasze chęci i pragnienia. Jednak decyzja została podjęta. Ja ją podjęłam. A wy wraz ze mną poniesiecie tego konsekwencje.

Tak samo jak nasz lud, matko – zauważyło pierwsze z Dzieci. Czy masz prawo decydować o jego losie?

Jarum zamknęła oczy. Dziecko powiedziało prawdę i zraniło ją do głębi. Czy podjęła nieodpowiedzialną decyzję? Czy przez ten prosty akt buntu wywoła zamieszki wśród swojego gatunku? Czy ma prawo?

Jednak musiała, po prostu musiała się dowiedzieć. W głębi duszy czuła ponaglenie. Przymus. Wyzwanie. Podobnie wcześniej nie mogła się oprzeć pragnieniu, aby nie myśleć Myśli Nie do Pomyślenia. Teraz identyczna siła skłaniała Jarum do złamania tego zakazu.

Wyciągnęła rękę do starożytnej, mechanicznej klamki. Napis nad drzwiami był ledwie widoczny, skorodowany. Minęły przecież tysiące lat. A jednak Jarum wciąż mogła rozróżnić znaki.

„Otworzyć przed końcem”.

Poniżej znajdowały się symbole – wygrawerowane cztery istoty.

Pod nimi, już na drzwiach, kolejny napis głosił:

„A koniec to początek”.

– Musimy zacząć od nowa – szepnęła Jarum ledwie słyszalnie.

Mechaniczny zamek ustąpił pod dotknięciem jej kciuka. Wcisnęła wyzwalacz i poczuła, że klamka ustępuje.

Jarum ją obróciła.

A drzwi się otworzyły.

Odwróciła oczy – przymus z głębi trzewi nie pozwolił jej zajrzeć do sali, przynajmniej nie dalej niż tuż za próg. Zrobiła krok, potem drugi, wreszcie zamknęła za sobą drzwi z dźwięcznym kliknięciem. Ogarnęło ją złe przeczucie.

Skierowała się do środka pomieszczenia, wciąż patrząc tylko na swoje stopy. Nie ośmieliła się podnieść głowy. Czy to przyzwyczajenie, czy może coś głębszego?

Dla Jarum Krull, dziewiątej wielkiej matki rodu Krull ze Skiohra, nie miało to już znaczenia. Jej czas i czas jej Dzieci dobiegł końca. Żadnych więcej debat. Żadnych dyskusji.

W ułamku sekundy, gdy wciąż jeszcze była przytomna, choć już poczuła szarpnięcie w karku, usłyszała wewnątrz siebie krzyki przerażenia. Chór oskarżycielskich zwolenników tabu natrafił na niedowierzające milczenie tych, którzy wątpili.

Krew odpłynęła jej z głowy i rozbryznęła się spiralą, jakby sala zaczęła się kręcić wokół Jarum. Ciało matki upadło z łomotem, czaszka uderzyła o ścianę.

Bezmyślni, zbuntowani głupcy! – wrzeszczeli zwolennicy tabu na pozostałe Dzieci i matkę, której niewiele już pozostało życia.

W tym ułamku sekundy, zanim jej głowa upadła na podłogę, obok ciała, Jarum popatrzyła na środek pomieszczenia.

I niemal się wzdrygnęła.

Musiała komuś powiedzieć.

Musiała ostrzec Skiohra.

Gorączkowo sięgnęła do Więzi, aby połączyć się z kimś, kimkolwiek w pobliżu… i dopiero wtedy przypomniała sobie, że Więź jest martwa. Tak samo jak ona.

ROZDZIAŁ 1

W pobliżu Brytanii

Sala konferencyjna OZF „Niepodległość”

Kapitan Tyler „Chojrak” Volz z okrętu „Niepodleg­łość” walczył w wielu bitwach podczas dwóch wojen i widział już naprawdę dużo – śmierć, ruinę, wyniszczające starcia myśliwców oraz wielkie kampanie. Był nawet świadkiem ostatecznego pokonania Roju przez legendarnego kapitana Timothy’ego Grangera, który zwabił ocalałe okręty wroga w głąb czarnej dziury i zniszczył je pociskami z ładunkami antymaterii.

Jednak nic nie przygotowało go na to, co właśnie usłyszał.

– Chcesz… chcesz… – Niedowierzanie nie pozwoliło mu dokończyć. – No dobra, powtórz jeszcze raz, bo to, co mi się wydaje, że powiedziałeś, byłoby zbyt szalone, nawet jak na takiego półgłówka jak ty.

Jego syn, porucznik Ethan „Sukinkot” Zivik, skrzywił się.

– Półgłówek? Owszem, jestem szalony, ale nie zwariowałem! Proszę cię, tato, stać cię na bardziej wyszukane obelgi.

– Starałem się ująć rzecz dyplomatycznie.

Zivik musiał ugryźć się w język. Droczyli się i przekomarzali, ale z czasem udało im się pogodzić tak różne temperamenty. Mimo wszystko wciąż w obu pozostało napięcie. Według ojca Ethan zabił matkę, bo koniecznie chciał się popisać. Zdaniem syna ojciec był beznadziejny, bo opuścił rodzinę, a mimo to wciąż miał czelność krytykować postępowanie Ethana.

Jednak groźba zagłady cywilizacji miała zbawienny wpływ na rodzinne konflikty. Zazwyczaj.

– Dobra. Zacznijmy od początku, tato. – Zivik opanował się, aby nie przewrócić oczyma, choć wyraźnie miał na to ochotę. Wziął głębszy oddech i cofnął slajdy prezentacji wyświetlającej się na ścianie sali konferencyjnej. Doskonale wiedział, że ojciec nie znosił, gdy mówił do niego „tato” w obecności innych członków załogi. Teraz też go to poirytowało, chociaż w pomieszczeniu siedziała tylko Rayna Scott, główna mechanik okrętu i najbliższa przyjaciółka kapitana, oraz porucznik Jerusha Whitehorse, która jako dawna narzeczona Zivika praktycznie należała do rodziny.

– Od początku. I najlepiej tym razem bez tych odgłosów obrzydzenia.

– Zrobiłem to tylko raz, tato.

– Dwa razy. Nie żebym celowo liczył.

Porucznik Whitehorse odchrząknęła.

– Panowie – napomniała ojca i syna z uśmiechem.

Kapitan Volz wzruszył ramionami i skinieniem ręki nakazał Zivikowi przejść do prezentacji.

– Jak mówiłem, chodzi o nowe okręty Roju. Są wielkie. Ogromne. Gigantyczne. A do tego poziomem mocy wykraczają poza skalę. Jeden z takich okrętów może bez problemu przeorać powierzchnię Ziemi albo Brytanii w maksimum dziesięć minut. Układy zasilające i uzbrojenie nie odbiegają od normy, a na ile nam wiadomo, podobnie jest z komputerami pokładowymi. Pewnie niewiele się różnią pod tym względem od tych na „Niepodległości”.

– My, roztrzepańcy, będziemy się trzymać razem, prawda, maleństwo? – wyszeptała Rayna Scott do sufitu. Zwracała się do okrętu jak do własnego dziecka. Wszystkie okręty, na których służyła, tak właśnie traktowała.

– Dość powiedzieć, że zniszczenie podobnego monstrum będzie niemożliwe bez pomocy księżyców Grangera. Jednak wziąwszy pod uwagę, że nie możemy ani trochę kontrolować tych księżyców, a co gorsza, musimy polegać na… – Zivik urwał, gdy uświadomił sobie z niedowierzaniem, co zamierza powiedzieć. – Na dawnym kapitanie floty, który liczy sobie trzynaście miliardów lat, bo tylko on po­­trafi sterować tymi księżycami. Chyba trzeba wymyślić, jak możemy się bronić bez… bez jego pomocy. W obecnej sytuacji to chyba najważniejsze.

– Dzięki za wstępne informacje, które wszyscy doskonale znamy. A teraz przejdź do rzeczy. I postaraj się, żeby tym razem nie zabrzmiało to tak głupio jak poprzednio. – Volz niecierpliwie tupnął nogą.

Zivik znowu powstrzymał się od przewrócenia oczami.

– Wiemy, że Rój można zwabić praktycznie do dowolnej lokacji przy pomocy silnego impulsu metaprzestrzennego. Wystarczy wykorzystać obwód wzmacniający i eksplozję ładunku antymaterii albo jądrowego. Można też użyć naszych transmiterów metaprzestrzennych, o ile ustawi się je na moc wyższą niż… wyższą niż należy. Jednak do tej pory wykorzystaliśmy tę metodę tylko raz, na dodatek przez przypadek, więc nie ma pewności, czy można na niej polegać…

– Na razie nie dysponujemy niczym więcej. Mów dalej.

– Jasne. – Zivik odwrócił się do wyświetlonej prezentacji. O niczym innym nie marzył, jak aby tylko wrócić do kokpitu i zająć się strzelaniem do obcych myśliwców, zwłaszcza że chciał pobić rekord ustanowiony przez ojca, który ponad trzydzieści lat temu, podczas drugiej wojny z Rojem, zniszczył w jednej bitwie sto obcych maszyn. Jednak został oddelegowany do opracowania strategii, która pozwoliłaby pokonać ogromne okręty wroga. – Wygląda na to, że im większe jest natężenie impulsu metaprzestrzennego, tym bardziej skuteczne wezwanie. Przynajmniej tak wynika z danych, które udało się uzyskać podczas dwóch takich zdarzeń. Należy zatem założyć, że jeżeli zdetonujemy ładunek antymaterii, a najlepiej dziesięć, i przekierujemy większość energii wybuchu do metaprzestrzeni w krótkim czasie, powiedzmy, na dziesięć nanosekund, powinniśmy przyciągnąć uwagę Roju i zapewne ściągnąć w miejsce eksplozji wszystkie jego okręty.

Volz zaśmiał się chrapliwie.

– Sporo tych „jeżeli”, ale niech będzie.

– No to przejdźmy do tego, co zrobimy. Polecimy na Penumbrę, do tej samej czarnej dziury, do której Granger zwabił Rój trzydzieści lat temu. A potem w zasadzie zrobimy to samo, co on, tylko że tym razem zdetonujemy ładunki z obwodami wzmacniającymi tuż przy horyzoncie zdarzeń, najbliżej jak się uda, i będziemy czekać w nadziei, że wszyscy wrogowie pojawią się dokładnie w wybranej przez nas lokacji.

– A co ich powstrzyma od skoku kwantowego, gdy tylko zorientują się, że zaraz zostaną wciągnięci do czarnej dziury?

– Naszpikujemy ich kadłuby urządzeniami zakłócającymi pole kwantowe. Powinny wystarczyć dwa lub trzy na okręt. Trzeba podlecieć blisko, bardzo blisko, i wystrzelić bloker pola kwantowego tak, aby utkwił w poszyciu, a wtedy: bach! Rój nigdzie nie ucieknie, a czarna dziura wykona za nas brudną robotę.

Volz pogładził się po podbródku.

– Powiem szczerze, poruczniku, że teraz wydaje się to jeszcze głupsze niż poprzednim razem.

Tym razem Zivik przewrócił oczami. Przez chwilę milczał, żeby się opanować.

– Uda się.

– A niby skąd będzie wiadomo, ile okrętów Roju pojawi się w wybranej lokacji? Co się stanie, gdy przygotujemy się na przyjęcie dziesięciu, a pojawi się o wiele więcej, uzbrojonych po zęby i gotowych do walki? Nie ma mowy, żeby udało nam się podłączyć tyle urządzeń zakłócających naraz, więc okaże się, że tylko ściągniemy w pobliże Ziemi kilkadziesiąt okrętów Roju, niemal komicznie ogromnych, i na dodatek je wkurzymy. Idiotyczny pomysł. A nawet gorzej: szalony.

– Robimy, co możemy, z informacjami, jakie mamy, kapitanie. – Zivik zwracał się do ojca per „kapitanie” tylko wtedy, gdy naprawdę był na niego zły.

– Bzdury. Równie dobrze możemy wsadzić sobie w usta pistolet i pociągnąć za spust. I tak będzie to lepsze niż twoja propozycja.

– Dobrze, świetnie. Świetnie! Może trzeba to dopracować, ale przynajmniej mam coś na początek, nie?

Tym razem to Volz przewrócił oczami.

– To raczej jakiś żart.

– Dobra, skoro tak mówisz! – Zivik machnięciem ręki zamknął ekran. – Mam dość. Znajdź sobie lepszego stratega. Lepiej bym sobie poradził, gdybym zaprosił na randkę królową Roju, popełnił głupstwo w pokoju hotelowym, zrobił jej dziecko, wygrał proces o prawa rodzicielskie, a potem zabrał tego bękarta, hybrydę Roju i Sukinkota, do parku rozrywki, w którym przekupiłbym go watą cukrową i kilkoma przejażdżkami na karuzeli, żeby wrócił do swoich i poprosił, aby już więcej nie atakowali Ziemi. Na pewno osiągnąłbym więcej, niż gdybym próbował do czegoś przekonać ciebie, tato!

Ruszył do drzwi tak szybko, że ledwie zdążyły się przed nim rozsunąć. Kiedy się zamknęły, w sali konferencyjnej zapanowała cisza jak makiem zasiał, a troje oficerów floty dopiero zaczynało rozumieć, co Zivik właśnie powiedział.

– Nie… To nie fair. Można mnie przekonać. W zeszłym tygodniu przekonał mnie, że Sokoły Brytanii mają lepszą obronę niż Drapieżcy z Callisto.

Whitehorse pokręciła głową. Rayna zachichotała.

– To było naprawdę dramatyczne i burzliwe wyjście.

– Traktujesz go zbyt surowo. – Whitehorse popatrzyła na Volza z mieszaniną irytacji i desperacji.

Desperacji ostatnio nie brakowało, a Volz doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

– No wiesz… Jeżeli wkrótce czegoś nie wymyślimy, zginiemy. Nie tylko my, ale cała ludzkość. Obie o tym wiecie. Przypominacie sobie, co się stało w zeszłym tygodniu na Nowym Dublinie? Milion ludzi usmażonych w mgnieniu oka. A to dopiero początek. Milion ofiar. Jeżeli chcesz pieścić się z Ethanem, byle nie zranić jego uczuć czy męskości, proszę bardzo, ale beze mnie. I, na litość boską, tak, potrzebujemy nowego stratega, bo jeżeli niczego nie wymyślimy, czeka nas szybka i bolesna śmierć. – Kapitan uderzył pięścią w stół mocniej, niż zamierzał, i zaklął, gdy poczuł ból.

Odpowiedziała mu cisza.

– Jakieś wieści od Shelby? – odezwała się wreszcie Rayna.

Volz spojrzał na nią ponuro.

– Wciąż się nie ujawniła. Władze są przekonane, że zabiła prezydenta Zjednoczonej Ziemi, a to bardzo źle wpływa na reputację. Trudno wtedy znaleźć zaciszną przystań.

– Chojrak, na ile ją znam, Shelby pewnie już coś planuje. Rozwiązuje cholerny problem. Właśnie tym się zawsze zajmowała. Wreszcie się pojawi. A kiedy tak się stanie… nastąpi puf! – Rayna klasnęła radoś­nie.

Volz skinął głową.

– Obyś miała rację, bo nie wiem, co jeszcze można zrobić. Sytuacja w tej chwili nie wygląda za dobrze. Bez floty… księżyców,patrolujących naszą przestrzeń, i bez tajemniczego Jezusa-Grangera u sterów, za kilka tygodni będziemy tylko wspomnieniem.

Ponownie zapadła cisza, gdy we troje zastana­wiali się nad niemal niemożliwym tokiem wydarzeń, w którym martwy kapitan Granger wrócił z czarnej dziury i przekształcił kilkanaście księżyców w potężne stacje bojowe, aby obronić sektor Ziemi przed inwazją Roju.

Przerwał im nerwowy głos z interkomu:

– Kapitanie! Właśnie odebraliśmy wezwanie alarmowe z Brytanii!

Whitehorse pobladła.

– Mój Boże – westchnął Volz. – Rój?

– Tak jest, kapitanie. Trzy okręty Roju wykonały skok kwantowy i kierują się prosto na planetę.

Volz zerwał się na równe nogi i pognał do drzwi.

– Brytania to nasza największa planeta. Ruszajmy! Pora na przedstawienie.

ROZDZIAŁ 2

Sektor 21-G

Kajuta admiralska OZF „Wyzwanie”

– Ma’am, znaleźliśmy go.

Admirał Shelby Proctor spała, ale kiedy usłyszała meldunek – meldunek, na który czekała od dwóch tygodni – praktycznie wyskoczyła z łóżka.

– Na pewno?

– Tak jest, ma’am. To Tytan. Widać nawet rozbity okręt Roju na jego powierzchni. Roztopiona skała w miejscu zderzenia wciąż się żarzy.

– Już idę. – Proctor wstała i przejrzała się w lustrze.

„Może być” – pomyślała. Spała w mundurze – przez ostatnie dni stało się to standardem. Podczas wojny z Rojem, najpierw na pokładzie „Konstytucji”, a potem na „Wojowniku”, Proctor chodziła w tym samym mundurze przez trzy tygodnie. Tylko środki aseptyczne i soniczny spray aromatyczny sprawiały, że nie cuchnęła. A przynajmniej nie za bardzo. Jednak wojna to wojna, więc higiena osobista musiała ustąpić przed obowiązkami.

Nowy okręt, „Wyzwanie”, nie należał do dużych jednostek. Proctor dotarła na mostek w mniej niż minutę po opuszczeniu kajuty. Marine, którego mianowała swoim pierwszym oficerem, ustąpił jej miejsca na fotelu kapitańskim. Proctor usiadła wygodnie.

– Meldować, komandorze Carson.

Chyba się skrzywił, gdy usłyszał swój stopień. Wcześniej był starszym sierżantem, zawodowym żołnierzem. Jednak admiralska szarża we flocie wiązała się z pewnymi przywilejami, a podczas wojny protokoły i procedury przestawały się liczyć. Proctor potrzebowała pierwszego oficera, a pierwszy oficer zawsze nosił stopień komandora, nigdy starszego sierżanta.

– Obiekt znajduje się na orbicie wokół czerwonego karła w sektorze 21-K. Wyśledziliśmy go przy użyciu metody interferometrii wariantywnej pola kwantowego, którą nam pani pokazała. Wykonał skok mniej niż godzinę temu. Podłączyliśmy się do metaprzestrzennego systemu nasłuchu z placówki Zjednoczonej Floty Ziemi. To na pewno Tytan.

– Sonda wykrywa jakieś transmisje albo… cokolwiek? Metaprzestrzenne czy inne?

– Nie wiadomo, ma’am.

– Bardzo dobrze, komandorze. Lećmy tam. Ile skoków musimy wykonać?

– Tylko pięć.

– Świetnie. Ruszajmy.

Komandor Carson skinął głową do marine przy stanowisku nawigacyjnym, który wprowadził współrzędne i uruchomił napęd transkwantowy. W ciągu dziesięciu minut dotarli do celu. Maleńki czerwony karzeł znajdował się zaledwie pięćdziesiąt lat świetlnych od Ziemi, a jego słaby blask pojawił się na jednym z taktycznych wyświetlaczy mostka.

– Gdzie Tytan?

Komandor Carson skinął na żołnierza przy stanowisku taktycznym, który na ten znak powiększył obraz. Ukazała się niewielka kropka tuż obok gwiazdy. Po kolejnym zbliżeniu kropka zmieniła się w kulę jarzącą się słabym czerwonym blaskiem. Tytan.

Tim.

– Mam podlecieć bliżej, ma’am? – zapytał Carson.

– Nie, jeszcze nie. Najpierw proszę wykonać pełny skan metaprzestrzenny. I pełny skan elektromagnetyczny. I pełny… wszystkie skany, jakie się da. Neutrino, tau, neutrony, pełne spektrum fal grawitacyjnych, interferometria pola kwantowego… wszystko.

Marine przy stanowisku taktycznym potrząsnął głową. Davenport. Szeregowy… Nie, teraz już porucznik Davenport.

– Ma’am? Nie… nie umiem zrobić połowy z tych skanów, o których pani mówiła.

Proctor westchnęła, ale podeszła do pulpitu.

– Patrz i ucz się, bo pokażę to jeszcze tylko raz. – Krok po kroku pokazała żołnierzowi menu i kolejne zakładki różnego rodzaju skanów dostępnych dzięki aparaturze i detektorom „Wyzwania”. – Wiesz, czym się różni skanowanie aktywne i pasywne, prawda, poruczniku?

Davenport spojrzał na nią z oburzeniem.

– Oczywiście, ma’am. Aktywne skanowanie polega na wysłaniu sygnału i odebraniu jego odbicia, aby sprawdzić, jak reaguje w kontakcie z celem, podczas gdy pasywne…

– Mnie nie trzeba tego wyjaśniać, poruczniku. Sprawdzam tylko, na czym stoję w twoim przypadku. – Proctor rozwinęła kilka innych zakładek, a potem uruchomiła skanowanie promieniami gamma i rentgena. – Przypatrz się dobrze. Ani na odczytach wysokoenergetycznych, ani na elektromagnetycznych nie ma nic oprócz tła. Można z tego wyciągnąć dwa wnioski. Nie wiadomo, jakie źródło energii wbudował Tim w ten księżyc, ale albo jest nieaktywne, albo tak dobrze osłonięte, że nie możemy go wykryć, ponieważ wszystkie, i mam tu na myśli naprawdę wszystkie, źródła wysokiej energii emitują jakieś promieniowanie albo fale elektromagnetyczne.

– Myśli pani, że zostało uszkodzone przy zderzeniu z okrętem Roju nad Ziemią? – zapytał Carson.

– Możliwe. – Admirał Proctor wróciła na stanowisko dowodzenia i zajęła fotel, a potem potarła się po pod­bródku. – Jednak po kolizji wykonał skok, więc reaktor, czy co tam jest, wtedy jeszcze musiał działać.

Zdawała sobie sprawę, że stale mówi o księżycu, jakby był kierowany przez Grangera. Marines w to nie wierzyli. Trudno. Proctor miała już wystarczające dowody i doskonale wiedziała, kto stoi za sterami Tytana.

Tylko gdzie się podziewał Tim przez minione trzydzieści lat? A może było ich trzynaście miliardów?

– Dobra, przeprowadź pozostałe skany, poruczniku. Jeżeli zrobisz to jak należy, praca nie zajmie więcej niż dwadzieścia minut.

– Tak jest, ma’am. – Porucznik pochylił się nad pulpitem i zaczął przeszukiwać kolejne pasma i częstotliwości. Od czasu do czasu podnosił wzrok, aby zameldować, co się dzieje. Skany nie przynosiły żadnych rezultatów.

„Błagam, żyj, Tim. Błagam. Jesteś nam potrzebny”.

Podczas ataku na Nowy Dublin w zeszłym tygodniu zginęło milion ludzi. Rój pojawił się także nad Ido, Hestią 9 i nad Amperą Rayą. Rozpętał pandemonium i zniknął. Potrzeba było aż trzech księżyców Grangera, aby zniszczyć jeden okręt wroga.

Księżyce Grangera. Wszyscy tak właśnie je nazywali, ale czy naprawdę w nie wierzyli? A Proctor? Czy ona też wierzyła? Wydawało się to absurdalne, ale cóż z tego? Dwanaście księżyców zostało w jakiś sposób zmienionych przy użyciu niewyobrażalnej i niepojętej technologii – i oto stały się ogromnymi działami, które mogły wykonać skok kwantowy i pojawić się w dowolnym obszarze przestrzeni Zjednoczonej Ziemi, aby walczyć z inwazją Roju.

Niestety, księżyce Grangera nie zawsze przybywały na czas, dlatego ludzie ponosili przerażające straty. Milion ofiar oznaczało dziesiątki milionów bliskich pogrążonych w żałobie oraz miliardy przerażonych ludzi, którzy zastanawiali się, czy nie będą następni.

– Żadnych odczytów, ma’am.

– Co ze skanami metaprzestrzeni?

Porucznik Davenport pobladł.

– Przepraszam, zapomniałem. – Pochylił się znowu nad konsolą, a po chwili nerwowo podrapał się w głowę. – Ma’am? To… dziwne. Tak mi się zdaje, nie znam się na metaprzestrzeni.

Proctor znowu wstała z fotela i podeszła, aby przyjrzeć się odczytom na pulpicie taktycznym. A potem pochyliła się, żeby przyjrzeć się dokładniej.

„Naprawdę dziwne”.

– Masz rację, poruczniku, to nie jest normalne. Zdaje się, że ten księżyc działa jak… sferyczny obwód dla większych, ekstremalnie niskich częstotliwości fali metaprzestrzennej.

Komandor Carson podszedł bliżej.

– Co to oznacza?

Proctor odwróciła się do niego z wyrazem zamyślenia na twarzy.

– Nie mam pojęcia. – Wróciła na swój fotel. – Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Nie wiedziałam nawet, że coś podobnego jest w ogóle możliwe. Co to oznacza? Boże! Co to wszystko oznacza?

Marines nie umieli jej odpowiedzieć. Proctor podejrzewała, że nikt w tym wszechświecie nie znał odpowiedzi na jej pytanie.

Oprócz jednego człowieka.

Zerknęła na młodego żołnierza przy stanowisku sterowania.

– Poruczniku Case, podlećmy bliżej.

ROZDZIAŁ 3

Brytania, Whitehaven

Plac zabaw na Podniebnych Tarasach

Sara Watkins miała osiem lat, a jej ulubionym miejscem na placu zabaw były huśtawki. Mogła się huśtać tak wysoko, że prawie dotykała chmur. Wyciągała nogi, a jasne słońce Brytanii grzało jej palce, gdy unosiła się w niebo.

Na huśtawkach grała w gry. Zawsze tylko ze sobą. Miała przyjaciółki, ale czasami nie podobały im się zabawy Sary. Nazywały ją dziwadłem, ale to one były dziwadłami. Sara rozmawiała ze sobą. Kto by nie rozmawiał? Przecież była interesującą osobą!

– A teraz muszę się rozhuśtać. Żeby się rozbujać, najpierw podciągnę pod siebie nogi, a potem wyprostuję do przodu. Właśnie tak. – Zademonstrowała. Oczywiście mówiła do swojej najlepszej przyjaciółki. Nikt inny jej nie widział, ale była tu. Samanta. Sara nazywała ją Sam. Stała tuż obok huśtawki i przyglądała się uważnie. Jasne, że była wymyślona, ale nie wypadało jej tego wypominać, zwłaszcza że była też zabawna.

– Saro, ostrożnie! – zawołała matka ze skraju placu zabaw.

– Dobrze!

Sara podciągnęła nogi, a potem je wyprostowała, jej ciało odchyliło się, gdy huśtawka wyniosła ją w górę po szerokim łuku. Raz po raz dziewczynka kuliła się i prostowała, aby rozbujać się coraz wyżej. Nie było to łatwe, musiała podciągać i prostować nogi oraz zginać ciało we właściwym momencie. Tata Sary był fizyk…owcem? A może fizykistą? Fizykiem? Fizykologiem? Nieważne. W każdym razie używał dziwnych słów, jak moment pędu, kąt… i jakiegoś jeszcze, żeby opisać, co robiła.

Ojcowie byli dziwni. Sara po prostu świetnie się bawiła, to oczywiste.

– Saro, bądź ostrożna! To za wysoko! Spadniesz! – zawołała matka, ale ton jej głosu zdradzał, że nie zwracała na córkę większej uwagi. Była zbyt zajęta rozmową przez telefon. Pewnie dzwoniła jej przyjaciółka. Świetnie. Sara uznała, że dzięki temu zdąży rozbujać się naprawdę wysoko, zanim mama zauważy i naprawdę się zdenerwuje.

Wyżej.

Wyżej.

Dziewczynka wyprężyła się na szczycie łuku, wyciągnęła stopy do słońca i zmrużyła oczy od blasku.

Wyżej.

Wyżej.

Jej mama wrzasnęła.

– Mamo, ale to nie jest tak wysoko! Nic mi nie jest, patrz!

Rozbujała się jeszcze wyżej. Nie zwracała uwagi na ruch w pobliżu, skupiona tylko na tym, aby rozhuśtać się jak najmocniej. Chciała zrobić wrażenie na Sam i na mamie.

Wrzask nie ucichł. Co się stało mamie?

Dopiero wtedy dziewczynka zorientowała się, że wokół zrobiło się ciemniej. Wyprężyła się na szczycie łuku i zmrużyła oczy, aby spojrzeć w słońce.

Słońca nie było.

Zniknęło.

– Sam, zabrałaś słońce? – spytała żartem przyjaciółkę, ale w głębi duszy wiedziała, że to wcale nie jest śmieszne.

Mama wciąż krzyczała. Sarę ogarnął niepokój. Opuściła nogi i popatrzyła w niebo, szukając słońca, które powinno tam świecić. W miejscu słońca znajdowało się coś… jakby cień otoczony oślepiającym blaskiem niczym koroną… Statek?

Dopiero wtedy Sara zrozumiała, czemu matka krzyczy. Rodzicie rozmawiali o tym przyciszonymi głosami, gdy myśleli, że dziewczynka śpi. Coś wróciło. Bój? Słój? Rój. Właśnie, wrócił Rój. Sara słyszała o tym w szkole. Ludzie, którzy to wspominali, wyglądali na zmartwionych, a dziewczynka nie rozumiała dlaczego.

Jednak teraz rozumiała. Ciemność się pogłębiła. Przestraszona Sara znowu spojrzała w niebo. Starała się wypatrzyć to, co rodzice nazywali „księżycami Grangera”. Coś, co miało pomóc. Powiedzieli, że w zeszłym tygodniu księżyce Grangera uratowały ciocię i wujka na Nowym Dublinie. Prawie zginęli, ale w ostatniej chwili pojawiły się księżyce. Wcześ­niej jednak zginęło wielu ludzi. Sara rozglądała się po niebie, kręcąc głową w prawo i w lewo.

Jednak na niebie nie było nic. Oprócz dwóch jeszcze większych statków, które jarzyły się bielą w słońcu. Na pewno były większe i jaśniejsze niż księżyc.

Matka nie przestawała krzyczeć. Sara usłyszała też krzyki innych dorosłych.

Nie miała pojęcia, dlaczego krzyczą, skoro jednak wszyscy to robili, Sara wzięła z nich przykład i też zaczęła krzyczeć.

ROZDZIAŁ 4

W pobliżu Brytanii

Mostek OZF „Niepodległość”

– Meldować o sytuacji. – Kapitan Volz wszedł na mostek, na którym panował najwyższy stopień alarmowy, a wszystkie stanowiska czekały w gotowości bojowej.

– Trzy okręty Roju, konstrukcja mniej więcej taka sama, jak u wszystkich, które widzieliśmy do tej pory – odpowiedział zastępca Whitehorse przy konsoli taktycznej.

– Tyle że teraz latają trójkami. Dobry Boże, będziemy potrzebowali chyba z tuzina księżyców Grangera. – Spojrzał na stanowisko skanów dalekiego zasięgu. – Jakieś wieści?

– Żadnych, kapitanie. I na razie nie widać ani jednego księżyca.

Volz usiadł w fotelu kapitańskim.

– Jeżeli sytuacja się powtórzy, księżyce powinny się pojawić za jakieś pięć minut. Czyli mamy pięć minut, żeby pokręcić się wokół wroga jak upierdliwy giez, zanim zostaniemy zgnieceni, a Rój ruszy na większy i bardziej pożądany cel.

Osiem i pół miliarda ludzi – tyle mieszkało na Brytanii. Po Ziemi ta planeta praktycznie stanowiła centrum galaktycznej cywilizacji ludzi. Volz potarł czoło, przygotowując się na to, co bez wątpienia będzie przerażającą, apokaliptyczną katastrofą.

– No dobrze. Kto obecnie dowodzi obroną Brytanii?

– Wezwano admirała Tillisa z San Martin, kapitanie – odpowiedziała porucznik Whitehorse, która zajęła miejsce swojego zastępcy. – Zbiera właśnie flotę przy stanowisku obronnym Cerber 9.

– Wszystkie platformy obronne są włączone?

– Od Cerbera 1 do 15, tak. Jednak połowa systemów Hydra wciąż pozostaje w naprawie.

– Cholera. – Volz obrócił się w fotelu do konsoli dowodzenia. – Dobrze. Przekaż admirałowi Tillisowi albo jego zastępcy, że ruszamy z misją specjalną.

Na ekranie najbliższy okręt Roju zasłaniał całkowicie księżyc Brytanii i obracał się powoli, aby wymierzyć iglice broni w planetę. Z hangarów, niewidocznych z tej odległości, wylatywały tysiące myśliwców, które grupowały się w eskadry i ruszały do ataku. Przypominało to Volzowi filmy nagrane podczas pierwszej wojny z Rojem ponad sto lat wcześniej.

– Kapitanie, admirał Tillis rozkazuje, żebyśmy dołączyli do jego formacji i stworzyli wspólnie blokadę.

– Blokadę? – Volz miał ochotę uderzyć pięścią, jak zrobił to wcześniej w sali konferencyjnej. – Tillis doskonale wie, że nie zdołamy tak po prostu wysadzić wrogowi napędu, prawda? Nie wiemy nawet, gdzie go ma!

– „Siłacz” podał potencjalne współrzędne obszaru, w którym powinny znajdować się silniki, kapitanie. Podobno po analizie danych detekcyjnych z wcześ­niejszych starć można wyznaczyć w miarę dokładną pozycję napędu wroga. – Whitehorse pokręciła głową. – Ale… nie jestem tego pewna. Współrzędne wskazują punkt na rufie względem naszej pozycji, ale z tego, co już widzieliśmy, te okręty Roju…

– Mów!

– Ich systemy zasilania i komputery, wszystko jest rozłożone w różnych miejscach. Wydaje mi się, że w podobny sposób skonstruowane zostały także ich systemy napędowe. Prawdopodobnie.

– Prawdopodobnie.

Chorąży Riisa nerwowo zerknęła na Volza.

– Kapitanie? Mam wyznaczyć kurs do floty?

Volz zaśmiał się cicho.

– Oczywiście, że nie. Rozpocząć manewr Wredny Chojrak Jeden.

Whitehorse pokręciła głową, ale tym razem z politowaniem.

– Przyjęłam. Rozpoczynamy manewr WC-1. – Ani myślała wypowiadać pełnego kryptonimu.

– I wyceluj działa na podane przez Tillisa współrzędne – dodał Volz. – Nie zaszkodzi. Przekonamy się przynajmniej, czy ten punkt został dobrze wyznaczony, czy raczej potwierdzą się twoje podejrzenia, Jerusho.

Whitehorse skinęła głową i przekazała rozkazy odpowiednim zespołom.

– Ładownia zgłasza pełną gotowość, kapitanie.

– Paczka od Avery jest stabilna?

– Na ile to możliwe w przypadku dziesięciu kilogramów antymaterii.

W zeszłym tygodniu Volz złożył wizytę byłej prezydent Zjednoczonej Ziemi i zagroził, że przekona naczelnego admirała Oppenheimera, żeby odebrał Avery dostęp do zdemobilizowanego statku „Interstellar One”, którego używała podczas swojej drugiej kadencji. Volz podejrzewał, że Oppenheimer nie miał do tego prawa, a Avery świetnie zdawała sobie z tego sprawę, ale po stosownie wulgarnej dyskusji ustąpiła i ujawniła lokalizację ukrytych ładunków antymaterii wyprodukowanej w projekcie Mars podczas poprzedniej wojny. Volz uznał potem, że byłej prezydent zależało tylko na tej grubiańskiej kłótni i wcale nie chciała się targować. Oddała mu prawie tonę czystej antymaterii, wystarczająco dużo, żeby skonstruować miliony niszczycielskich bomb i pocisków.

Oczywiście produkcja wymagałaby czasu, jednak Volz nie potrzebował do swoich celów bomb ani pocisków. Ładunek wystarczył.

Antymateria sama w sobie stanowiła czystą, niekontrolowaną przemoc.

– Wystrzelić.

Whitehorse przekazała rozkaz i po kilku sekundach skinęła głową znad konsoli.

– Przesyłka poszła, kapitanie.

– Chorąży Riisa?

– Już odlatujemy, kapitanie – zapewniła nawigator.

„Niepodległość” oddaliła się od obracającej się powoli paczki – plątaniny kabli i przewodów oraz części obwodów elektrycznych otaczających zasobnik z antymaterią i magiczny dodatek, to znaczy w pełni sprawny napęd umożliwiający skok kwantowy.

– Lepiej, żeby było warto, sporo zapłaciliśmy za ten napęd.

– Skonfiskowaliśmy go piratom, kapitanie.

Volz wzruszył ramionami.

– Ale straciliśmy pół dnia, żeby ich wytropić, przejąć skradzione łupy i przerobić napęd, żeby pasował do naszego zasobnika, a potem jeszcze namęczyliśmy się z usuwaniem algorytmów autozabezpieczających, bo nie pozwalały na wykonanie manewru Wredny Chojrak Jeden.

Każdy napęd kwantowy miał wmontowane algorytmy zabezpieczające przed przypadkowym skokiem, który mógłby się skończyć katastrofą, na przykład gdyby nawigator omyłkowo wyznaczył skok prosto w środek jądra gwiazdy.

Albo, jak w tym przypadku, do wnętrza okrętu Roju.

– Wysłać paczkę – rozkazał Volz.

Zasobnik z antymaterią zniknął w jasnym rozbłysku.

– Meldować.

Whitehorse przyjrzała się odczytom na swojej konsoli.

– Mamy odczyt. Puszczam nagranie wideo z „Siłacza”, miał lepszy widok niż my.

Obraz na głównym ekranie zmienił się, widok z dziobu zniknął, pojawiła się rufa innego okrętu oddalającego się od rozszerzającej się sfery odłamków. Ogromnych, oprócz…

– Oddal. I przesuń trochę obraz – rozkazał Volz.

Obraz znowu się zmienił, chmura po eksplozji zmniejszyła się do niewielkiej kropki na niewyobrażalnie ogromnym okręcie. Wyglądała jak pryszcz na gigantycznej twarzy.

– Jakieś zmiany w odczycie energii napędu wroga?

Whitehorse pokręciła głową.

– Żadnych, kapitanie. Wciąż lecą kursem prosto na Brytanię, a iglice ich dział kierują się na planetę.

– Świetnie. Operacja Wredny Chojrak Dwa.

Whitehorse wydała rozkazy obsłudze ładowni i niedługo potem kolejny zasobnik opuścił śluzę. Chorąży Riisa wykonała niewielki zwrot, aby „Niepodległość” uniknęła fali uderzeniowej z napędu kwantowego, gdy paczka antymaterii zniknęła w jasnym błysku.

Tym razem Whitehorse uśmiechnęła się z sa­­tys­fakcją.

– Udało się, kapitanie. Iglica broni wygląda na uszkodzoną. – Wytrzeszczyła oczy. – I, jak się zdaje, ogniwa zasilające się rozładowały, bo wszystko migocze jak fajerwerki w Nowy Rok. Punkt dla nas.

– Na ekran.

Natychmiast ukazał się obraz zniszczonej iglicy iskrzącej od wyładowań i rozszerzająca się chmura rozżarzonych odłamków.

– Jedna z głowy. Ile zostało?

Komandor Mumford przy stanowisku naukowym zerknął na Volza znad konsoli.

– Na trzech okrętach? Co najmniej dziewięćdziesiąt iglic podobnych do tej.

– Na dodatek okręt wroga obraca się, aby wymierzyć kolejną iglicę w planetę, kapitanie.

Volz zacisnął palce na podłokietnikach fotela.

– Jak trzeba, będziemy je strącać jedna po drugiej, choćby to miało trwać wieki. Przygotować kolejną paczkę, poruczniku. Będziemy je wysyłać, dopóki zdołamy.

Okrętem wstrząsnęło silne drżenie. Volz omal nie spadł z fotela, ale w ostatniej chwili udało mu się zapiąć pasy.

– Riisa, już! Operacja Wredny Chojrak Trzy!

Nawigator włączyła napęd kwantowy i okręt wykonał skok do punktu, w który wcześniej wysłała pierwszy zasobnik, głęboko wewnątrz okrętu Roju.

Volz uśmiechnął się ponuro.

– Zaczynamy przedstawienie, moi drodzy.

ROZDZIAŁ 5

Sektor 21-K

OZF „Wyzwanie”

I oto był. Tytan. Na jednej półkuli wciąż żarzył się czerwienią po katastrofalnym zderzeniu z okrętem Roju, zaledwie dwa tygodnie wcześniej na orbicie Ziemi. Niemal gołym okiem można było dostrzec wielką burzę kłębiącą się nad powierzchnią, zapewne na skutek ogromnej ilości pyłu wyrzuconego w rzadką atmosferę po kolizji. Rozbłyski tu i ówdzie wskazywały, że była to burza z piorunami.

Żadna forma życia nie przetrwałaby w tym piekielnym kotle.

– Meldować. Jak detekcja pasywna? – Proctor dłużej patrzyła w ekran, aby dać więcej czasu niedoświadczonemu porucznikowi Davenportowi na wykonanie obowiązków. Oby domyślił się, że powinien od razu zacząć skanowanie pasywne – nawet kadeci pierwszego roku wiedzieli, co należy robić. Ale marines zwykle nie przechodzili nawet podstawowego szkolenia dla oficerów pokładowych.

– Nic ciekawego, ma’am. Cisza na wszystkich pasmach, pojawiają się tylko skoki napięcia i wibracje wywołane burzą na powierzchni.

„Nic ciekawegodla ciebie” – pomyślała Proctor.

– Zrób skan elektromagnetyczny. Sprawdźmy, co się dzieje z płaszczem i jądrem Tytana.

Po jakiejś minucie Davenport podniósł na nią wzrok.

– Ma’am? Nie… nie wiem, czego tam szukać.

Proctor nadludzkim wysiłkiem woli zdusiła westchnienie. Sama zdecydowała, że załoga jej mostka składać się będzie z marines, nie z komandor porucznik Whitehorse, Qwerty’ego, Zivika oraz reszty oficerów, których zabrała na pokład „Wyzwania”. Pomoc uciekinierce mogła narazić ich kariery na szwank. Dlatego Proctor odesłała wszystkich na „Niepodległość”. Zakładała, że marines nie dostaną tak poważnych zarzutów jak oficerowie, choć nie miała pewności, że Oppenheimer potraktuje ich łagodnie. Zwłaszcza że marines zgłosili się na ochotnika. W rezultacie jednak admirał została z załogą mostka, która miała dość mgliste pojęcie, jak wypełniać swoje zadania. Na pokładzie „Wyzwania” tylko Proctor umiała sobie poradzić… cóż, w zasadzie ze wszystkim. A przynajmniej z tym, co dotyczyło okrętu.

No, nie tylko ona.

Była jeszcze ta kobieta, nadal zamknięta w areszcie na dolnym pokładzie. To ona zabiła prezydenta Quimby’ego oraz zbuntowanego admirała Mullinsa. Ten drugi był prawdziwym celem Fiony Liu.

– Zajmę się tym. – Machnięciem ręki Proctor odpędziła Davenporta od konsoli i zajęła jego miejsce.

„Dobry Boże, ależ on jest wysoki!” Pochyliła się i obniżyła fotel, aby dosięgnąć stopami podłogi.

Komandor Carson zajrzał jej przez ramię.

– Coś ciekawego, ma’am?

– Szczerze mówiąc, sporo. Jednak analiza danych wymaga czasu i specjalistów, a ja nie dysponuję ani jednym, ani drugim. Jednak te fluktuacje w polu magnetycznym wskazują, że wewnątrz księżyca dzieje się coś, co odbiega od normy. Pola magnetyczne planet wytwarzane są przez ruchy magmy, która na dodatek przewodzi elektryczność. Zwłaszcza w głębi ciała niebieskiego, w metalicznym jądrze. Ale te tutaj? Dobry Boże. Nie mam pojęcia, co oznaczają te odczyty. Wiem tylko, że Tytan nie zachowuje się normalnie, ale to przecież nic nowego.

– Czyli nie mamy nowych informacji?

– Wręcz przeciwnie. Jak wskazują dane, istnieje spora szansa, że on tu jest. I nadal żyje. Może nawet kontroluje to, co się tutaj dzieje.

W oczach Carsona dostrzegła powątpiewanie. Za­wahał się, jakby próbował ostrożnie dobierać słowa.

– W porządku, komandorze, może pan to powiedzieć. Wiem, że to szaleństwo. Ale jestem też admirałem, więc posiadam szaleńcze przywileje.

Carson uśmiechnął się lekko, zanim odpowiedział.

– Jest pani także poszukiwana, ma’am, więc lepiej niech pani ze mną nie pogrywa. – Uśmiechnął się szerzej. – Z całym szacunkiem.

Proctor parsknęła śmiechem. Trzeba przyznać, że ten marine miał jaja. A wziąwszy pod uwagę obecną trudną sytuację, miała głęboko w nosie etykietę.

Carson był dowcipny. Zupełnie jak chorąży Babu. Nie, kapitan Babu! Jej adiutant, któremu wydała rozkaz, aby poprowadził frachtowiec wyładowany pociskami z ładunkiem antymaterii prosto na okręt Roju.

Dzięki temu Babu ocalił Ziemię. Jednak Proctor przekonała się, że takiego rozkazu nie wydaje się bez konsekwencji. Może wraz z Babu zabiła też cząstkę siebie, a może ożywiła w sobie poczucie, że życie jest niezwykle cenne? Nie potrafiła się zdecydować, co bardziej odpowiada prawdzie.

– Uważaj na słowa – odgryzła się z uśmiechem. Szczerze powiedziawszy, od zniknięcia Tytana pozwalała załodze mostka przeklinać bez ograniczeń. Ostatnio nie przywoływało to już wspomnienia matki krzywiącej się na wulgarny język.

– Słuchajcie wszyscy. Będę szczera. Zasługujecie na to. Nie jestem grangerystką, przysięgam. Ale… on tam jest. Wiem, że tam jest. Słyszałam jego głos, mówił mi o sprawach, o których nikt inny nie wiedział. Powiedział coś, czego nie zdradziłam nikomu na świecie.

Komandor Carson uprzejmie skinął głową.

– Ma’am, to niewiarygodne. Naprawdę. Ale… jeżeli powiedział pani coś, czego pani nigdy nikomu nie zdradziła… czy jest szansa, choćby najmniejsza, że jednak…

Umilkł, bo chyba nie wiedział, jak wyrazić swoje myśli.

– …że jednak oszalałam? Tak. Już to ustaliliśmy, komandorze. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko może się dziać tylko w mojej głowie. Ale mamy nagrania incydentu sprzed dwóch tygodni, dlatego w tej kwestii skłonna jestem zaufać swoim przeczuciom.

– A to przeczucie mówi pani, że kapitan Timothy Granger, Bohater Ziemi, który przed trzydziestu laty wleciał w czarną dziurę i spędził tam trzynaście miliardów lat, niedawno wrócił i zaczął zmieniać księżyce w kosmiczne działa, żeby chronić nas przed nową inwazją Roju?

Proctor otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła.

– Tak. Właśnie tak.

Komandor Carson wyprostował się sztywno, a potem uniósł rękę do czoła w krótkim salucie.

– Pani admirał, chciałbym coś powiedzieć, chyba w imieniu wszystkich tutaj. Z całym szacunkiem oczywiście… To zupełna kupa gówna. Niemożliwe. Ale… wierzymy pani. Wierzymy w panią. Ocaliła pani Ziemię tyle razy, że zasługuje pani na odrobinę poparcia.

Proctor w podzięce pochyliła głowę.

– Dziękuję.

– I jeszcze jedno, ma’am – dodał Carson. – Będziemy z panią do końca. Nawet do końca świata.

Proctor ogarnął podziw dla oddania marines. Odwróciła się czym prędzej do terminala porucznika Davenporta.

– Chyba nadeszła pora, żeby nawiązać kontakt. Za każdym razem, gdy Tim się do mnie zwracał, używał przekazów zakodowanych w pulsowaniu promienia wystrzelonego z jego broni. Należy zatem założyć, że nie może odbierać ani nadawać sygnałów radiowych. Dlatego zamierzam wystrzelić w stronę księżyca wiązkę laserową małej mocy i zakodować w niej mój głos. – Pochyliła się nad konsolą i pracowała przez chwilę w skupieniu. Zdumiewające, że porucznikowi Qwerty’emu przychodziło to tak łatwo.

– Jest pani pewna, że kapitan odczyta sygnał?

– Nie. Ale nic innego nie mamy. – Wydała kilka ostatnich komend. – Dobrze, do dzieła. – Odchrząknęła i włączyła nagrywanie. – Tim, tu Shelby. Przyleciałam. Jesteś ranny? Potrzebujesz pomocy? Odezwij się do mnie, Tim.

Wszystkie oczy wbiły się w ekran główny, jakby załoganci odruchowo przyjęli za pewnik, że jeżeli w ogóle pojawi się jakaś odpowiedź z Tytana, to tylko w formie wizualnej. Minęła minuta, potem druga. Proctor odwróciła się znowu do konsoli.

– Tim, proszę, odezwij się. Powiedz, co mogę zrobić. Pomóż mi pokonać Rój. Znowu. Właśnie dlatego wróciłeś, prawda? Wróciłeś, żeby… żeby nas chronić. I żeby nas znowu ocalić. Mój Boże, Tim… To, co zrobiłeś, zapiera dech w piersi. Aż trudno uwierzyć. Ale… wierzę, Tim. Wierzę, że to ty. I potrzebuję twojej pomocy.

– Ma’am! Coś się dzieje!

Proctor podniosła głowę i popatrzyła na ekran.

– Co się dzieje? Nic nie widzę.

Trzeci z marines, porucznik Case, przycisnął kilka przełączników na swojej konsoli. Ukazało się zbliżenie wybranego wycinka powierzchni, daleko od żarzącej się strefy zderzenia z okrętem Roju.

Otwierał się właz. Gigantyczny otwór w powierzchni księżyca rozchylił się, odłamki skał spadły w ziejącą otchłań.

– Jak… jak to jest duże?

Porucznik Case pochylił się, żeby przyjrzeć się wskaźnikom i wyświetlaczom na konsoli, z którą dopiero zaczynał się lepiej zapoznawać.

– Uch… Niech sprawdzę… O kurde! – Wymamrotał jeszcze kilka przekleństw, nim wreszcie podniósł głowę.

– Pięć i osiem dziesiątych kilometra, ma’am.

Proctor skinęła głową.

– Dobrze. Chce, żebyśmy wlecieli.

Trzej marines popatrzyli na nią wstrząśnięci.

– Ma’am? – odezwał się komandor Carson.

– Słyszeliście, komandorze. Stanowisko broni… ten wielki otwór w powierzchni, z którego strzela promień Tytana, ma tylko kilometr średnicy. Ta dziura prawie sześć. Więcej niż trzeba, żeby zmieścił się w niej okręt. To zaproszenie.

Proctor widziała niedowierzanie i nieufność na twarzach marines, ale trzeba przyznać, że szybko wzięli się w garść i zabrali do pracy. Niedługo potem „Wyzwanie” znalazło się przed ogromnym włazem i zanurzyło się w pole grawitacyjne Tytana. Porucznik Case wskazał na ekran.

– Ma’am, co powinniśmy zrobić, gdyby okazało się, że to kolejne stanowisko broni?

Proctor założyła nogę na nogę i wzruszyła ramionami.

– Unik.

Komandor Carson zdusił śmiech. Wszyscy przyglądali się w napięciu, jak otwór rośnie, dopóki nie wypełnił całego ekranu. W głębi Proctor dostrzegła słabą poświatę, może w odległości dwudziestu lub trzydziestu kilometrów, jednak nie udało się jej wychwycić żadnych szczegółów.

– Ma’am! Odbieram kod czerwony, przekaz metaprzestrzenny, najwyższy priorytet! – zameldował porucznik Davenport.

– Skąd?

– Z Brytanii. Została zaatakowana. Trzy okręty Roju.

Proctor poczuła, że krew odpływa jej z twarzy.

– Nie… – wyszeptała. Tylu ludzi. W zeszłym tygodniu na Nowym Dublinie zginęły miliony. A na Brytanii żyło osiem miliardów. Osiem miliardów mieszkańców czołowego ośrodka kultury, sztuki i handlu czekała tak okrutna śmierć?

Trzeba było coś zrobić. Pomóc. Ludzie liczyli na Proctor.

Ale jak miałaby pomóc? Przecież jeden malutki okręt nic nie poradzi w starciu z trzema monstrami Roju!

– Pani admirał… mam dziwne odczyty z księżyca…

„Wyzwanie” prawie wleciało już w gigantyczny otwór. Znajdowało się zaledwie kilometr od krawędzi. I zdaje się, że Tim podjął decyzję za Proctor – w oślepiającym błysku Tytan zniknął.

Uderzenie pola kwantowego zakołysało okrętem. Znajdował się blisko, gdy księżyc wykonał skok, a rozchodząca się fala wywołała katastrofalną interakcję ze wszystkimi generatorami pola na kadłubie. Wskaźniki na konsoli dowodzenia rozbłysły czerwienią. Wszędzie pojawiło się mnóstwo alarmów. Systemy pokładowe przestały działać. Proctor kilka razy znajdowała się zbyt blisko jednostek, które wykonały skok kwantowy, i skutki zawsze były nieprzyjemne.

Jednak tym razem w przestrzeń kwantową wszedł cały księżyc. Interferencja systemów na taką skalę była niszczycielska, zwłaszcza jeśli generatory pola kwantowego na okręcie znajdowały się w fazie zbliżonej do tych z Tytana.

– Za nim – rozkazała Proctor. Miała jeszcze nadzieję, że nie jest tak źle.

– Ma’am, nigdzie nie ruszymy… i chyba za parę minut będzie po nas.

Popatrzyła na Carsona.

– Co? Dlaczego?

– Wstrząs przeciążył nie tylko generatory pola kwantowego. Niektóre się naładowały i zaiskrzyły, a to przesłało sporo energii do reaktorów i doprowadziło do kaskadowej awarii zabezpieczeń. Systemy chłodzące też zdechły i… cóż, nie jestem specem od antymaterii, ale to mi wygląda na anihilację w toku.

Proctor zerwała się z fotela i podbiegła do wyjścia. Carson stanął przed nią.

– Kurwa, z drogi!

– Pani admirał, zejście tam to pewna śmierć. Trudno określić, jak wysoka radiacja panuje na dole.

– Jeżeli tam nie dotrę, i tak wszyscy zginiemy. Z drogi!

– Pani admirał, nalegam, żebyśmy udali się do kapsuł ratunkowych. – Praktycznie zaczął ją popychać na tył mostka, gdzie znajdowały się cztery włazy, ich jedyna nadzieja na przeżycie.

I właśnie w tym momencie otworzyły się drzwi. W progu ukazała się smukła sylwetka.

Kobieta z bronią wymierzoną prosto w admirał Proctor.

– Nie zamierzałaś chyba wyskoczyć z pokładu beze mnie, prawda? – uśmiechnęła się Fiona Liu. – Och, Shelby, co by sobie Danny pomyślał?

ROZDZIAŁ 6

W pobliżu Brytanii

Wewnątrz jednostki Roju

Mostek OZF „Niepodległość”

„Niepodległością” szarpnęło tak mocno, że kilka paneli sufitowych mostka spadło z hukiem na podłogę. Volz zerknął nerwowo na swoją konsolę.

– Chorąży, dopasuj się lepiej do ich profilu przyśpieszenia!

Riisa zaklęła pod nosem, jednak zbyt cicho, aby usłyszeć poszczególne słowa.

– Staram się, kapitanie.

– Staraj się bardziej, do cholery. Poprzednie zderzenie zmiotło nam baterię dział magnetycznych ze sterburty.

Problem z okrętem lecącym wewnątrz innego polegał na tym, że kiedy zewnętrzna jednostka postanowiła zmienić kurs, ta wewnątrz mogła obić się o ścianę zamkniętej przestrzeni. „Niepodległość” wcześniej uderzyła w wielką wyrwę, którą sama wybiła od środka w pancerzu jednostki Roju. Wyrwa nadal żarzyła się czerwono po niszczycielskiej detonacji ładunku antymaterii.

– Chorąży, podłącz sensory pozycyjne do autotranslatora, a potem przekaż mi sterowanie…

– Co, do kur… – Riisa nie dokończyła.

Volz pochylił się do ekscentrycznego oficera łączności.

– Poruczniku, nie ma czasu. Zadziała? Tak czy nie? Mów.

Qwerty wytrzeszczył oczy, ale zaraz się opanował i wyprostował.

– Tak.

Volz skinął na Riisę.

– Wykonać, chorąży.

Nawigator z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Przyjęłam.

Wydawało się, że palce Qwerty’ego rozmyły się nad klawiaturą. Minęło dziesięć sekund, potem dwadzieścia…

– Poruczniku, jeżeli nic nie możesz zrobić, oddaj stery i spróbujmy jakoś się ustawić…

– Mam! Przekazuję ci wzmocniony sygnał, Riisa. Przełącz go bezpośrednio do napędu.

Riisa znowu wymamrotała pod nosem kilka przekleństw, ale wykonała polecenie, a potem zamrugała.

– Cholera jasna, jak to zrobiłeś?

– Autotranslator ma śliczny, mały algorytm, który ściąga wzorcowy sygnał i używa kolejnego algorytmu, aby przewidzieć, co się stanie. Zaburza sygnał przychodzący, potem go analizuje ponownie, aby…

– Wystarczy, poruczniku. Riisa, udało się? – Volz popatrzył na swoją nawigator. Z twarzy młodej kobiety nie schodził wyraz niedowierzania.

– Yyy… Tak. Nieważne, co robi okręt Roju, nasz dopasowuje się w ciągu, cholera, w ciągu kilku mikrosekund. Czasami nawet dopasowuje się, zanim wróg wykona jakikolwiek manewr. Myślę, że nie grozi nam już kolizja.

Qwerty pokiwał głową z nieskrywaną satysfakcją.

– Oprogramowanie tłumaczące nieźle sobie radzi z przewidywaniem intencji i znaczeń, nawet gdy sygnał nie jest językiem, tylko danymi nawigacyjnymi. Właściwie, gdybyśmy…

– Dziękuję, poruczniku, wystarczy. – Volz obrócił się z fotelem do stanowiska taktycznego i popatrzył na Whitehorse. – Znalazłaś już jedwabny szlak?

Załoga „Niepodległości” właśnie odkryła, że wewnątrz okrętów Roju znajduje się ogromna wolna przestrzeń. Wielkie puste tunele ciągnęły się w jednostce i rozgałęziały do iglic broni, a także w różnych przypadkowych kierunkach, choć nie udało się określić, w jakim celu. Pancerny kadłub okazał się tak nieprzenikliwy, że wykrycie czegokolwiek pod nim nie było możliwe z zewnątrz.

Za to przestrzenie wewnątrz jednostki Roju okazały się wystarczająco duże, aby pomieścić okręt rozmiarów „Niepodległości”.

Whitehorse wreszcie uniosła kciuk.

– Znalazłam. Jest około dwudziestu dwóch kilometrów w głębi tej jednostki, po naszej bakburcie.

– Dwadzieścia dwa kilometry, co? W życiu by nam się nie udało wybić tak głębokiej dziury z zewnątrz. Jerusha, wyznacz kurs. Riisa? Zacznij obliczać współrzędne skoku kwantowego.

– Kapitanie! Nasza flota przegrywa. Okręt admirała Tillisa jest mocno uszkodzony. Rozkazuje nam, żebyśmy udzielili mu wsparcia.

– Jakieś oznaki zbliżania się księżyców Grangera? – zapytał Volz.

– Żadnych, kapitanie. Minęło pięć minut od pojawienia się Roju w układzie. I… – Sprawdziła odczyty na pulpicie. – Dwa okręty wymierzyły już broń w planetę i właśnie ją ładują.

Volzowi wydawało się, że dostrzega w jej oczach łzy, gdy podniosła głowę.

– Brytanii została najwyżej minuta.

Kapitan opanował emocje i spojrzał na ekran.

– Postarajmy się więc, żeby ta minuta miała znaczenie. Chorąży Riisa?

– Gotowa, kapitanie.

– Jerusha? Przygotowałaś operację Wredny Chojrak Cztery?

– Tak jest, kapitanie. Mam potwierdzenie gotowości od Sukinkota.

Volz skinął głową. Chociaż drżał na samą myśl, że może stracić syna, nie miał wyboru.

– Zaczynajmy.

ROZDZIAŁ 7

W pobliżu Brytanii

Kokpit myśliwca

– Ethan, zaczynaj. Operacja Wredny Chojrak Cztery – odezwała się Jerusha Whitehorse z głośnika w szatni pilotów.