Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Stara Flota. Tom 4. Niepodległość ebook

Nick Webb  

4.21238938053097 (113)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stara Flota. Tom 4. Niepodległość - Nick Webb

Mieliśmy nadzieję – rozpaczliwą – że przybywają w pokoju. Myliliśmy się. Trzydzieści lat po drugiej wojnie z Rojem w przestrzeń zdewastowanej Ziemi i jej kolonii wdarł się tajemniczy i potężny statek obcych. Pustoszył całe planety, rozbijał w pył księżyce, niszczył jednostki. Admirał Proctor, bohaterka ostatniego starcia w poprzedniej wojnie, została odwołana z emerytury, aby przejąć dowództwo nad najnowszym okrętem ludzkości.

OZF „Niepodległość” to ostatni bastion, jedyny okręt zdolny do obrony Ziemi. I chociaż z pozoru nie ma żadnych szans, jednak musi nas ocalić, mimo że wróg to nie tylko statek obcych, którego nie można powstrzymać, lecz także duch z przeszłości ludzi, który pragnie ich całkowitej zagłady. Jeżeli admirał Proctor i jej załoga poniosą porażkę, my także będziemy straceni. Na zawsze.

Opinie o ebooku Stara Flota. Tom 4. Niepodległość - Nick Webb

Fragment ebooka Stara Flota. Tom 4. Niepodległość - Nick Webb

PrzekładMałgorzata Koczańska

Warszawa 2018

Tytuł oryginału: Independence: Legacy Fleet Book Four

Copyright © Nick Webb 2016All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:Drageus Publishing House Sp. z o.o.ul. Kopernika 5/L600-367 Warszawae-mail:drageus@drageus.comwww.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-70-8 ISBN MOBI: 978-83-65661-71-5

Dla J., L. i C.

PROLOG

Sektor Irigoyen

układ gwiezdny San Martin, pas asteroid

Prywatny frachtowiec „Magdalena Issachar”

Sygnał odebrany: 5/12/2680, 23:48:25

Wiadomość odkodowana:

Już czas.

Koniec wiadomości

W głębokiej przestrzeni kosmicznej Danny czekał na ten sygnał od sześciu dni. Prawie tydzień na wpół siedział, na wpół unosił się nad fotelem – płyty grawitacyjne pracowały z jedną dziesiątą mocy, oszczędzał też paliwo i wodę. Zapasy jedzenia były niemal na wyczerpaniu. Danny miał wrażenie, że zwymiotuje, jeśli będzie musiał zjeść jeszcze jeden stary baton z granulatu. Na dodatek przez tyle czasu musiał znosić sprzeczki załogi.

Na szczęście oboje od kilku godzin spali. Tylko Danny wiedział o nadejściu wiadomości od ich tajemniczego klienta. Musiał ją przepuścić chyba przez dziesięć, jeśli nie więcej, programów deszyfrujących, a potem okazało się, że przekaz to zaledwie dwa słowa. Danny niczego innego się nie spodziewał. „Już czas”. Cholera, klient miał zaawansowaną paranoję. Ta ogromna skrzynia, zamknięta w ładowni, chyba pełna była sztabek platyny. Albo pierzastej koki… Czy to znaczyło, że Danny został dilerem narkotyków? A może w skrzyni ukryto pogrążone w stazie rigelańskie narzeczone na zamówienie? Jakikolwiek by był ten ładunek, na pewno nie mieścił się w granicach prawa. Praworządni obywatele nie wysyłaliby wiadomości zakodowanej hiperskomplikowanym szyfrem do transportowca zaczajonego w pasie asteroid na peryferiach przestrzeni Zjednoczonej Ziemi.

Danny tylko mgliście domyślał się, kim może być ten klient. Zresztą nie miało to znaczenia. Pieniądz nie śmierdzi, a hojna premia od GKL stanowiła tylko wisienkę na torcie. Zlecenie miało najwyższy priorytet i Danny zastanawiał się, czy nie obyło się bez akceptacji sekretarza generalnego we własnej osobie. Galaktyczny Kongres Ludzkości nie posiadał jeszcze dość władzy, aby powstrzymać staruszka od aprobowania standardowych zadań kurierskich.

Miało się to jednak zmienić.

Zresztą w istocie rzeczy nie była to standardowa robota kurierska.

Przy jednej dziesiątej g Danny odepchnął się od siedziska, poszybował przez swoją kabinę i wylądował kilka metrów dalej pod drzwiami. Chociaż w niskiej grawitacji nieustannie go mdliło, uwielbiał się czuć jak superbohater.

Bohater. Czyż nie dlatego właśnie wziął zlecenie od GKL? Czyż nie pragnął przeciwstawić się tyranii, opresji i chciwości oraz całej reszcie tego gówna? Zjednoczona Ziemia uważała, że wolno jej się szarogęsić wszędzie, gdzie zechce, ale nie działało to na ludzi takich jak pieprzony Danny Proctor.

„Licz się ze słowami!” – mawiała jego ciotka.

A może chodziło po prostu o wolność? Miał dopiero dwadzieścia jeden lat i już pilotował własny frachtowiec. Gdyby dał się namówić ciotce i wstąpił do akademii Zjednoczonych Sił Obronnych, gniłby na wykładach jeszcze przez pięć lat. I dostąpiłby awansu tylko wtedy, gdy nauczyłby się całować tyłek przełożonego z należną uniżonością. Zjednoczone Siły Obronne Ziemi rozrosły się bardzo mocno przez trzy dekady po niepewnym zwycięstwie w drugiej wojnie z Rojem, jednak biurokracja pozostała biurokracją, a tam, gdzie istnieje biurokracja, podlizywanie się stanowi normę. Gdyby jednak Danny nie poszedł do wojska, lecz wybrał marynarkę handlową, szorowałby pewnie płyty grawitacyjne pokładów przez kolejne dziesięć lat, zanim ktokolwiek pozwoliłby mu choć popatrzeć na stery.

Jednak to, co zyskał, to była wolność. I życie. Własny statek – choć tak naprawdę Danny nie był jego właścicielem – który mógł pilotować. Tyle mu wystarczało. Przesunął dłonią po ścianach starego korytarza, gdy przemieszczał się długimi susami do sterowni. Ridley i Taggert zapewne spali albo wciąż uprawiali seks… Chyba robili to w każdej wolnej chwili. Gdy przez tydzień krążyło się wokół wielkiej skały z dala od ludzkich szlaków czy kolonii, łatwo było zapomnieć o wszelkich hamulcach, a dwoje załogantów Danny’ego spektakularnie uległo przyziemnym instynktom. Tak czy inaczej, lepiej ich nie budzić. To była jego misja. Jego statek.

To była wolność.

Gdy znalazł się za progiem, skoczył na kilka metrów i poszybował do sterówki. Wylądował na fotelu nawigatora z wprawą nabytą przez wiele miesięcy spędzonych w niskiej grawitacji. Potem Danny wprowadził współrzędne następnego postoju – Sangre de Cristo, czwartej planety w układzie gwiezdnym San Martin. Była to niewielka kolonia. Około miliona fanatyków religijnych zmęczyło się rządami żelaznej ręki Zjednoczonej Ziemi oraz marionetkowym rządem na San Martin i postanowiło się odciąć. Zakłady Shovik-Orion z radością zaopatrzyły kolonistów w kopuły i przyjęły zlecenie na budowę reszty infrastruktury. A GKL miał bardzo bliskie powiązania z Shovik-Orion, więc umowy po każdej dostawie na pewno zasilą wiele portfeli na rozwijającej się kolonii.

Portfel Danny’ego też powinien się napełnić, więc dowódca jednostki nie miał prawa narzekać.

Główny silnik włączył się z ogłuszającym rykiem – denerwująca wada starych frachtowców – a reduktory inercji z trudem poradziły sobie z przyśpieszeniem 3 g. Danny mógłby oczywiście wykonać skok kwantowy i dotrzeć do celu o wiele szybciej, jednak klient jasno stwierdził: żadnych skoków. Nic dziwnego, ponieważ sygnatura skoku kwantowego była widoczna przez pół systemu nawet dla najprostszych detektorów.

Na szczęście Sangre de Cristo nie znajdowała się daleko od pasa asteroid. Statek dotrze tam za najwyżej cztery godziny, a Ridley i Taggert do tego czasu pewnie nawet się nie obudzą.

Danny zdrzemnął się po tym, jak ustawił komputer nawigacyjny na autopilota. Statek będzie przyśpieszał przez pół drogi, a potem zacznie automatycznie wytracać prędkość. Tylko podczas dokowania pilot musiał być przytomny i czujny – zbliżenie się do planety takim starym, rozklekotanym frachtowcem jak „Magdalena Issachar” przypominało wyciśnięcie po pijaku zniżki od zmutowanej dziwki z Rigela-3 – wymagało skupienia uwagi, ale nie na tyle, żeby uświadomić sobie, co też się wyprawia, do cholery.

Danny’emu zdawało się, że zamknął oczy tylko na chwilę, gdy w sterowni rozległ się alarm. Nie od razu do niego dotarło, co się dzieje, musiał kilka razy potrząsnąć głową, zanim zrozumiał, że to alarm zbliżeniowy. Detektory wykryły coś niedaleko.

Szlag, musiało być naprawdę blisko, skoro włączył się alarm.

Danny zerwał się, żeby włączyć zewnętrzne skanery wizualne i wyświetlić obraz na ekranie.

Frachtowiec dotarł już prawie do celu, Sangre de Cristo lśniła w dole, jej ogromne oceany odbijały promienie dalekiego słońca, które tworzyły bladą błękitną poświatę. Tylko wewnętrzne ciepło płaszcza planety utrzymywało wodę w stanie ciekłym. Ledwie dawało się dostrzec ogromne, wielokilometrowe, przejrzyste kopuły, wyrastające z rdzawego gruntu wschodniej wyspy. Izolowały one miasta od atmosfery składającej się z dwutlenku węgla i wpuszczały dość światła, aby umożliwić fotosyntezę genetycznie zmodyfikowanej roślinności.

Jednak wzrok Danny’ego przyciągnęła jednostka znajdująca się zaledwie o kilometr od „Magdaleny” i zbliżająca się bardzo szybko. Była mniejsza od frachtowca, ale za to uzbrojona po zęby. Danny nie dostrzegł z tej odległości żadnych znaków na kadłubie. Okręt bez wątpienia zbudowali ludzie, dało się to rozpoznać, bo jednostki Dolmasi albo Skiohra wyglądały po prostu obco. Jednak transponder przybysza milczał. Stanowiło to niewybaczalne pogwałcenie prawa Zjednoczonej Ziemi, a także praw Konfederacji Rosyjskiej. Cholera, każdy rząd ludzi wymagał, żeby jednostki latały z włączonymi transponderami. Bez wyjątku, nawet GKL. Niektórzy ze Zjednoczenia uznaliby Galaktyczny Kongres Ludzkości za organizację terrorystyczną.

„Ale my przynajmniej włączamy transpondery”.

– Do niezidentyfikowanego okrętu. Tu „Magdalena Issachar” z Brytanii, z misją kurierską na Sangre de Cristo. Cześć, chłopaki. Odpowiedzcie, proszę. Odbiór.

Danny starał się, żeby jego głos brzmiał spokojnie, choć wcale tak się nie czuł. Inne statki nigdy nie podlatywały tak blisko, że piloci mogliby sobie pomachać przez iluminatory. Chyba że zamierzali połączyć jednostki albo – i tego Danny obawiał się najbardziej – przystąpić do abordażu.

– Do niezidentyfikowanej jednostki, odpowiedzcie.

Nic. Nie dość, że nieznany okręt nie odpowiadał, to na dodatek znajdował się już niebezpiecznie blisko. Danny zaczął się zastanawiać, czy udałoby mu się uciec. Czy obcy przybysz ostrzelałby wtedy „Magdalenę”? Im bliżej intruz podchodził, tym bardziej Danny się niepokoił.

Pochylił się nad konsolą nawigacyjną i zaczął zmieniać kurs frachtowca. Okręt powtórzył jego manewry, a zaraz potem rozbłysnął kolejny alarm.

Nieznana jednostka wymierzyła w „Magdalenę” broń.

– No co wy, chłopaki, nie dajmy się zwariować…

Wiadomość była jasna: Danny miał się nie ruszać albo zginie. Sądząc po smukłej sylwetce kadłuba, ciężkim uzbrojeniu i ogólnym braku zadrapań lub śladów po uderzeniach mikrometeorów, nieznany okręt nie należał do piratów, którzy chcieliby zwyczajnie obrabować frachtowiec.

Ktoś wiedział o tajemniczej skrzyni w ładowni „Magdaleny” i uznał, że za to, co się tam znajduje, warto zestrzelić statek Danny’ego.

Warto zabić.

Z burty nieznanego okrętu wysunął się tunel dokujący. Danny instynktownie zerwał się z fotela, przemknął przez sterownię i wylądował w korytarzu. Bieg przy jednej dziesiątej normalnego ciążenia oznaczał, że wystarczyło robić długie susy. Zanim pilot dotarł do ładowni, dotknął podłogi tylko pięć razy.

Wcisnął się do pomocniczej śluzy powietrznej, gdy przez pokład przetoczył się dobrze znajomy zgrzyt metalu – tunel dokujący właśnie połączył się z głównym gniazdem dokującym na burcie „Magdaleny”. Danny zasunął gródź, zostawił tylko szparę, przez którą widać było jedynie część korytarza okrążającego ładownię.

W samą porę. Śluza gniazda rozsunęła się ze zgrzytem, bez wątpienia podważona. Przez szparę Danny dostrzegł kilka osób w próżniowych skafandrach bojowych. Wyszli ze śluzy z bronią w gotowości. To była duża broń. Jedna z osób wskazała reszcie wielką skrzynię na środku ładowni. Wyznaczony żołnierz przewiesił karabin przez ramię, wyciągnął podręczny terminal i ujął dźwignie sterownicze, podczas gdy pozostałych dwóch stanęło na straży.

– Hej, Danny, co się dzieje, cholera? Wydawało mi się, że sły…

Przez szparę Danny zobaczył, jak Matt Ridley, który chyba niedawno się obudził, wszedł boso na kładkę ciągnącą się wokół ładowni. Wciąż jeszcze przecierał oczy. Miał na sobie tylko koszulkę i slipy, które nie zasłaniały porannej erekcji. Fryzura na irokeza straciła nieco zwykłej sztywności, przypominała bardziej opadający na bok koguci grzebień.

Trzask rozniósł się echem po całej ładowni. Danny przycisnął pięść do ust, gdy dotarło do niego, co się właśnie stało. W czole Ridleya pojawiła się dziura, a z tyłu jego głowy trysnęła różowa mgła. Matt Ridley, nawet kiedy upadł, wciąż patrzył ze zdumieniem i bez zrozumienia.

W jednej dziesiątej g upadek martwego ciała zdawał się trwać wieki.

Danny’emu serce podeszło do gardła, z trudem zwalczył mdłości.

Musiał się stąd wydostać.

Natychmiast.

W szafce przy śluzie pomocniczej znajdował się skafander próżniowy. Wystarczy, że włoży go ostrożnie, nie przyciągając uwagi żołnierzy, a będzie mógł otworzyć zewnętrzną gródź i wyskoczyć. Proste. Da radę.

Musiał się wydostać.

Ale co potem? Nieważne. Ważne, żeby jak najszybciej oddalić się od tych uzbrojonych drani.

Musiał się wydostać.

Przed oczyma wciąż miał różowy rozbryzg krwi. Danny zdusił wspomnienie i falę mdłości, opanował myśli, a potem sięgnął po skafander.

Zasunął gródź wewnętrzną do końca, zablokował ją, a potem pośpiesznie zaczął wciągać kombinezon. Po minucie zatrzasnął już hełm. Na szczęście połączenie z „Magdaleną” działało, więc zgrał obrazy ze skanerów oraz dane z ładowni. Dwaj żołnierze zdjęli frontową ściankę skrzyni, trzeci wyjął coś z plecaka, jakieś urządzenie elektroniczne. Przyczepił je do ładunku w skrzyni przy pomocy magnetycznych uchwytów.

Ładunek w skrzyni. O kurwa… Był tam tylko jeden przedmiot, spoczywający na palecie.

Wyglądał dokładnie jak atmosferyczny pocisk atomowy. Zwłaszcza z tymi charakterystycznymi kwadratowymi lotkami na ogonie…

Pole grawitacyjne frachtowca zakołysało się łagodnie. Danny domyślił się, że silniki zostały wyłączone, a reduktory inercji wyrównywały wektory rozkładu sił na pokładzie. „Magdalena” dotarła do Sangre.

W samą porę. Danny jedną ręką starał się otworzyć zewnętrzną gródź, a drugą uruchomić połączenie z Taggert. Cisza. Albo wciąż spała, albo…

Zdusił emocje i wprowadził sekwencję odblokowującą śluzę. Powietrze zostało wessane i gródź się otworzyła. Danny wypłynął na zewnątrz.

Sangre de Cristo lśniła w dole, widział nawet jedną z kopuł na przylądku. Przytrzymał się uchwytów na kadłubie i zaczął się wspinać, aby przejść na drugą burtę frachtowca i zniknąć z oczu załodze niezidentyfikowanego okrętu.

I wtedy usłyszał szept.

– Matt? Gdzie jesteś? Matt? Danny? Słyszałam ludzi na korytarzu. Matt? Co…

Danny już miał odpowiedzieć, gdy rozległ się syk rozsuwanych drzwi i zduszone „o Boże”, a potem głośny trzask.

Danny próbował powstrzymać mdłości, ale nie zdołał. Kwaśny smród wypełnił mu nozdrza. Pilot zaklął, bo zawartość jego żołądka rozbryzgała się na szybie hełmu i zasłoniła pole widzenia.

Wyczuł drżenie kadłuba, gdy włączyły się silniki manewrowe frachtowca. Nie zaprogramował żadnych manewrów, więc to intruzi zmieniali kurs. „Magdalena Issachar” powoli zwróciła się dziobem ku planecie. Danny obejrzał się. Nieznany okręt wciągnął już tunel dokujący i odpalił własny napęd.

„Magdalena” przyśpieszała. Inercja omal nie wyrwała Danny’emu uchwytu z ręki.

Żołądek ścisnął mu się boleśnie, gdy uświadomił sobie, że musi dokonać wyboru. Żołnierze, kimkolwiek byli, ustawili frachtowiec na kursie kolizyjnym – miał spaść w atmosferę i rozbić się na Sangre de Cristo. Danny mógł się odepchnąć od kadłuba, mógł też wrócić na pokład, przejąć stery i skorygować kurs. A przynajmniej spróbować.

Na dodatek był jeszcze ten pocisk. Danny nie miał wątpliwości, co nieznani żołnierze chcieli zrobić.

Podjął decyzję, przyciągnął się z powrotem do śluzy pomocniczej. Wciąż miał czas. Dotknął zewnętrznego panelu kontrolnego. Nie działał. Sięgnął do sterowania ręcznego, ale także bez skutku.

Frachtowiec został zablokowany. Żołnierze dysponowali technologią, która pozwoliła im odłączyć nawet awaryjne ręczne sterowanie. Danny sądził, że to niemożliwe.

Pozostało mu zatem tylko jedno. Przykucnął na burcie statku i z wysiłkiem odbił się tak, aby odskoczyć jak najdalej od kadłuba. Statek oddalił się i pomknął naprzeciw zagładzie. Danny, wolny od przyśpieszenia frachtowca, zawisł nad planetą. Zastanawiał się, czy oderwał się w porę, aby utrzymać się na orbicie, czy też spadnie na powierzchnię jak jego statek. Czy spłonie w atmosferze, czy choć przez kilka minut zazna uczucia swobodnego spadku? Czemu w ogóle o tym myślał? Niedawno na jego oczach zamordowano przyjaciela, a potem słyszał, jak zginęła przyjaciółka.

Miał przejebane.

„Danny! Licz się ze słowami!” – ze wspomnień powrócił ostry głos. W innych okolicznościach parsknąłby śmiechem, bo uznałby za absurdalne, że w obliczu śmierci przywołuje napomnienia ciotki.

Czas zdawał się zwalniać, rozciągać tak, że sekundy wydłużały się w minuty. Danny mógłby przysiąc, że przez chwilę spał. A może miał halucynacje? Tak czy inaczej, niewielka płonąca plamka „Magdaleny” zbliżała się coraz szybciej do powierzchni planety. Danny widział, jak odcina się na tle jednej z kopuł habitatów.

– Żegnaj, „Magdo” – szepnął.

I wtedy nastąpiła detonacja głowicy.

Danny odruchowo zamknął oczy i uniósł ręce, aby zasłonić twarz. Jednak mimo zaciśniętych powiek, zbryzganej wymiocinami szyby hełmu i dłoni radioaktywny błysk oślepił go boleśnie.

Niedługo potem nad powierzchnię planety uniósł się grzyb atomowy, a Danny poczuł nacisk na skafander. Wszedł w atmosferę.

Co jednak dziwne, zamiast skupić się na nadchodzącej śmierci, pilot wracał obsesyjnie do ładunku, tajemniczego klienta oraz równie tajemniczych żołnierzy, którzy dokonali abordażu i zabili załogę frachtowca. Zabili też Danny’ego. Jego przyszłość. Gdy nacisk zmienił się w ryk powietrza, a grzyb atomowy urósł w oczach, pilota uderzyła ostatnia myśl.

Kimkolwiek byli ci ludzie, próbowali wywołać wojnę.

ROZDZIAŁ 1

Brytania, Whitehaven

Uniwersytet Oxford Novum

Budynek im. Curie, audytorium numer 201

Profesor Shelby Proctor przerwała wykład, gdy ekran na katedrze błysnął. Pojawił się blok tekstowy, podświetlony na czerwono.

Najwyższy priorytet – Zjednoczone Siły Obronne, CENTCOM.

Najwyższy priorytet? Niech się walą. ZSO mogą chyba poczekać.

„Przeszłam w stan spoczynku dziesięć lat temu. Już nie jestem ich dziewczynką na posyłki”.

Machnięciem dłoni zamknęła wiadomość, a potem odwróciła się do tablicy. Zdaje się, że była jedynym wykładowcą, który używał tablicy – i to jedynym nie tylko na Uniwersytecie Oxford Novum, ale w ogóle na Brytanii. Jednak Shelby Proctor miała sześćdziesiąt osiem lat, była admirał z odznaczeniami, pieprzoną „bohaterką wojenną” i, co najważniejsze, ekspertem od ksenobiologii. Mogła robić, co jej się żywnie podobało.

– Czyli, jak widać, sama obecność struktur mitochondrialnego DNA w ścianach komórek Skiohra wskazuje nie tylko na wzorzec ewolucyjny podobny do gatunków ziemskich, lecz także pozwala przypuszczać, że pierwotne łączenie się komórek prokariotycznych w struktury eukariotyczne jest jedną z podstawowych możliwości rozwijania się form żywych w organizmy wyższe, a może nawet jedyną. Zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę, że podobne struktury pojawiają się w komórkach Dolmasi i we wszystkich pozostałościach wymarłych cywilizacji, na które natykamy się w przestrzeni opuszczonej przez Rój…

– Profesor Proctor, czy to prawda, że walczyła pani z ostatnim krążownikiem Roju dwanaście lat temu? To pani go zniszczyła? Czy to była ostatnia żywa materia Roju w naszej Galaktyce? – przerwał jej jeden ze słuchaczy. Przeklęte dzieciaki.

Proctor odwróciła się od tablicy i spojrzała na licznie zgromadzonych studentów. Z roku na rok wydawali się młodsi. I, jak sądziła, głupsi. A może po prostu odezwała się w niej stara gderliwa admirał floty? Głupsi? Shelby Proctor niemal usłyszała napomnienia swojej matki, która nigdy nie pozwoliła sobie na uchybienie dobrym manierom.

– To nie tylko całkowicie nie na temat, młody człowieku, lecz także ściśle tajne. Mogłabym odpowiedzieć, ale potem od razu musiałabym cię zabić. – Posłała chłopakowi spojrzenie przenikliwe jak promienie gamma. Mina studenta zdradzała, że nie wiedział, czy wykładowczyni mówi poważnie. – I niech ci się nie wydaje, że żartuję.

Chłopak się zarumienił. Dobrze. Proctor z trudem opanowała złośliwy uśmiech.

– Och, no… To znaczy wszyscy o tym mówią, więc zakładałem… Znaczy pomyślałem, że skoro pani tam była, walczyła z Rojem nad Ziemią, nad Brytanią i w ogóle, to chyba mogłaby pani trochę nam opowiedzieć o… – Głos młodzieńca cichł z każdym słowem.

Proctor wbiła w niego świdrujący wzrok, aż zaczął się wiercić.

– Wiesz, co się dzieje, gdy przyjmuje się założenia? Wychodzi się na głupca. – Pokręciła głową. – Marny ze mnie nauczyciel, skoro jeszcze tego nie zrozumiałeś.

Większość widowni wybuchła śmiechem. Na użytek reszty Proctor dodała:

– Zwykle robienie założeń odbija się na obu stronach, ale dzisiaj uderza to wyłącznie w tego chłopca z ostatniego rzędu.

Studenci znów parsknęli śmiechem, a wskazany chłopak zarumienił się jeszcze bardziej.

– Ale… uch, znaczy… Myślałem tylko, że dobrze będzie porozmawiać o zagładzie Roju i…

– „Błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie czują potrzeby ubrania tego w słowa”. To, że potrafisz otworzyć usta i wypluć jakieś wyrazy, które ledwie składasz w zrozumiałe zdania, nie sprawi, że wrażliwe i tajne informacje, o których tak lekkomyślnie wspomniałeś, staną się przez to jawne. Wróg nie powinien takich wiadomości usłyszeć, bo łatwo wykorzysta je przeciwko nam. Może nie jesteśmy na akademii wojskowej, młody człowieku, ale to nie znaczy, że można tu lekceważyć procedury bezpieczeństwa, zwłaszcza na moich wykładach.

Młodzieniec wyraźnie się zawstydził – twarz mu poczerwieniała, zaczął nerwowo bawić się kilkunastoma chyba kolczykami w uchu. Był jak inne dzieciaki z tego pokolenia, nie miał pojęcia o ofiarach poniesionych, zanim się urodził, ani o poświęceniu, w tym poświęceniu Shelby Proctor. Bezczelnie rzucał takimi słowami jak „zagłada”, choć ledwie rozumiał ich znaczenie. Proctor skrzywiła się, gdy dostrzegła, że chłopak znowu otwiera usta.

– Niech to, pani profesor, tylko zapytałem. Po co te nerwy i…

Nerwy?

Proctor upuściła kredę, która upadła i rozpękła się na kilka kawałków.

– Posłuchaj, młody człowieku. Zdaję sobie sprawę, że słuchanie z pełnym zrozumieniem jest całkowicie poza twoim zasięgiem przez te wszystkie nanowibratory wystające ci z uszu, więc pozwolę sobie powtórzyć jeszcze raz specjalnie dla ciebie. W tej sali nie rozmawiamy o militarnym gównie. Rozmawiamy o nauce. Rozumiesz?

W audytorium zapadła cisza jak w kosmicznej próżni. Student zaczął zbierać swoje rzeczy.

– To była mikroagresja, profesor Proctor. Pani słowa mnie zraniły i zamierzam złożyć skargę do komisji praw studenckich oraz zażądać upomnienia za tak brutalną reakcję na proste pytanie studenta…

– Och, błagam – prychnęła Proctor, po czym podniosła kawałek kredy. – Oboje wiemy, o co ci chodziło. Próbowałeś zasugerować, że zamordowałam z zimną krwią i zadowoleniem ostatnie niedobitki gatunku, który terroryzował naszą cywilizację przez dziesiątki lat. Pozwól, że coś ci powiem, chłopcze. Nie masz pojęcia, jak to było.

Nic nie wiedział. Wszyscy oni nie mieli pojęcia. Bo niby skąd? Jak ktokolwiek mógłby to zrozumieć? Jednak teraz, gdy tama pękła, Proctor ani myślała sobie żałować.

– Nie masz pojęcia, jak to jest, gdy się nie wie, czy kolejne starcie z Rojem będzie już ostatnim. Dlatego jeżeli nie chcesz przekonać się na własnej skórze, co to znaczy makroagresja, doradzam ci czym prędzej zabrać stąd tyłek.

Mina dzieciaka była bezcenna, warta oficjalnego upomnienia od administracji uczelni. Proctor wiedziała, że na pewno je dostanie. Podobnie jak poprzednim razem, gdy straciła nad sobą panowanie i napadła na innego bezradnego, lekkomyślnego studenta. W tamtym przypadku komisja nie przeprowadziła żadnych przesłuchań, tylko rektor wziął Proctor na stronę podczas spotkania kadry naukowej i surowo, ale z szacunkiem udzielił jej reprymendy. Bądź co bądź, była admirałem ZSO, a wcześniej walczyła u boku cholernego Bohatera Ziemi we własnej osobie, czyli kapitana Timothy’ego Grangera.

Dzieciak wstał i wyszedł oburzony, a pozostali studenci patrzyli na Proctor albo z czcią i umiłowaniem, albo ze świętoszkowatą urazą. Proctor jednak była już za stara, aby się przejmować, co ludzie powiedzą. Liczyła się dla niej teraz tylko nauka, wykłady i lampka dobrego caberneta wieczorem.

– Na czym skończyliśmy… A tak, mitochondrialne DNA. Jedna z bardziej ostatnio interesujących obserwacji, wynikająca z wymiany wiedzy na statku pokoleniowym Skiohra, „Dobroć”, udowodniła, że ich struktury komórkowe są…

Drzwi po prawej otworzyły się ze zgrzytem. W progu stanęło dwóch potężnych żandarmów w mundurach polowych ZSO – eskorta szychy z admiralskimi dystynkcjami i twarzą, którą Proctor pamiętała doskonale z dawnych czasów. Admirał wszedł do auli, jakby był u siebie. Biały mundur zalśnił w świetle sufitowych lamp, złote pagony rozbłysły na ramionach.

Skinął głową na powitanie, zerknął na rzędy studentów i oznajmił:

– Admirał Proctor, przykro mi, że przerywam, ale obawiam się, że sprawa jest pilna.

Dupek. Proctor dostrzegła złośliwy uśmieszek, gdy na audytorium rozległy się szmery i szepty. Wszyscy rozpoznali naczelnego dowódcę Zjednoczonych Sił Obronnych, międzygwiezdnej marynarki Zjednoczonej Ziemi. Ten drań zawsze lubił popisywać się przed chętną widownią, kochał przyciągać uwagę i pławić się w uwielbieniu cywilów.

– Koniec wykładu. – Proctor machnięciem ręki odprawiła studentów. Kiedy ostatni zebrał swoje rzeczy i zniknął za drzwiami, odwróciła się do niespodziewanego gościa.

– Admirale Oppenheimer, czemu zawdzięczam tę… przyjemność?

– Shelby. Dobrze cię widzieć. – Oppenheimer wyciągnął rękę.

Proctor udała, że tego nie zauważyła.

– Chciałabym powiedzieć to samo, Christianie. – Miała ochotę odgryźć się bardziej dosadnie, ale nawet na tak dyplomatyczne wyrażenie niechęci admirał się skrzywił. Był następcą Proctor na stanowisku naczelnego dowódcy ZSO i sprawował tę funkcję już od dziesięciu lat, a ich rozstanie nie należało do przyjacielskich. Nie polubili się od pierwszego spotkania podczas sytuacji kryzysowej w drugiej wojnie z Rojem. W jednej z ostatnich krwawych bitew tej wojny poświęcono „Konstytucję”, okręt Starej Floty, zaś „Wojownika” zniszczyły promienie antymaterii. Granger i Proctor przenieśli wtedy ocalałe załogi na pokład „Wiktorii”, na której Oppenheimer służył jako pierwszy oficer. Był wtedy opanowanym i rozsądnym mężczyzną, nie politykiem i pozerem jak obecnie. Jednak wiele w człowieku może się zmienić pod wpływem czasu, alkoholu i nieustannych potyczek z biurokracją, a Oppenheimer musiał się zmagać przynajmniej z dwoma z tych czynników.

– Mamy problem. – Admirał cofnął rękę i zaczął się przechadzać po katedrze. Żandarmi ruszyli za nim krok w krok, jakby zostało to wcześniej ustalone. – W sektorze Irigoyen coś się dzieje. Podobnie jak w sąsiednim, należącym do Dolmasi. Oczywiście Dolmasi niczego nam nie powiedzą, ale dane wywiadu są niepodważalne. Narasta tam napięcie i niepokoje.

Proctor przełknęła nerwowo.

– Rój?

– Nie.

Od razu odrobinę się rozluźniła, chociaż zastanowiła się sama, co oznacza taka reakcja. Proctor była odpowiedzialna za całkowite zniszczenie Roju wiele lat temu, a chociaż potrafiła sobie radzić z agresją studentów, którzy zarzucali jej odpowiedzialność za zagładę obcej rasy… Cóż, częściowo była to prawda. Proctor miała poczucie… winy? Czy była potworem? Nie. Wykonywała tylko rozkazy. Ocaliła Ziemię. Ocaliła cywilizację. I nie spędzało jej to snu z powiek. Jednak w rzeczy samej była to tylko częściowo prawda.

Oppenheimer znowu się odezwał:

– Na ile można stwierdzić, to nie Rój, ale wiadomo niewiele więcej. Sygnatury ataków na pewno nie odpowiadają tym z Roju. To coś innego. – Zatrzymał się i spojrzał Proctor w twarz. – Coś nowego. Coś… dużego.

Proctor wzruszyła ramionami.

– To już nie mój problem, Christianie. Daj starej kobiecie odpocząć na emeryturze. Czemu nie wyślesz tam „Chesapeake’a”? Kapitan Diaz na pewno sobie poradzi z każdym kryzysem. Służył ze mną na „Konstytucji”, „Wojowniku” i „Wiktorii”, a nawet na „Chesapeake’u”, gdy jeszcze nazywaliśmy ten stary wrak „Grangerem”. Przecież to cholerny okręt flagowy. Jeżeli ktoś może zapanować nad trudną sytuacją, to tylko Diaz.

Oppenheimer skinął głową, a potem potarł się po gładko ogolonym policzku.

– Tak by się wydawało. – Westchnął, oparł się o tablicę. Wyglądał, jakby nie miał ochoty mówić dalej. Szlag, Proctor domyśliła się, co chciał powiedzieć, zanim otworzył usta. – Rano dostaliśmy wiadomość, że kapitan Diaz nie żyje. „Chesapeake” został zniszczony.

ROZDZIAŁ 2

Brytania, Whitehaven 

Uniwersytet Oxford Novum

Budynek im. Curie, audytorium numer 201

– Zniszczony? Jak? – Proctor na oślep sięgnęła po krzesło i usiadła ciężko. Diaz był jej starym przyjacielem. Przez wiele lat służył jako jej pierwszy oficer na pokładzie „Chesapeake’a”, zanim opuściła mostek kapitański i przeniosła się do sztabu jako admirał i naczelny dowódca ZSO.

Była to najgorsza decyzja w jej życiu.

– Nad ranem kontakt metaprzestrzenny z „Chesapeakiem” został zerwany. Wcześniej wysłał wiadomość, że napotkał okręt nieznanej konstrukcji i pochodzenia w sektorze Irigoyen. Wysłaliśmy tam zwiadowcę, ale znalazł tylko szczątki i ślady walki. Nieznany okręt zniknął.

Proctor nie wierzyła własnym uszom. Kapitan Diaz był najlepszym oficerem floty, przynajmniej w jej opinii, a „Chesapeake” od dawna służył jako okręt flagowy. We flocie znajdowały się jednostki o wiele nowocześniejsze, lepiej uzbrojone i większe, ale „Chesapeake” był ostatni ze Starej Floty – nielicznych okrętów z grubym, wolframowym pancerzem, zdolnych wytrzymać silny ostrzał i potężne uszkodzenia. Właśnie dzięki okrętom Starej Floty udało się obronić Ziemię przed atakiem Roju nie raz, lecz dwa razy.

A teraz „Chesapeake” przestał istnieć. Ostatni okręt ze Starej Floty. Stracony na zawsze. Epoka wielkich pancerników oficjalnie dobiegła końca.

– Załoga przesłała jakieś dane wizualne?

– Niestety, nie. Po prostu zabrakło czasu. W jednej chwili ruszyli do walki, w następnej okręt został zniszczony. Nie wiadomo dosłownie nic o zagrożeniu, oprócz jednego – ten obcy zniszczył nasz okręt flagowy w pięć minut.

– A co z akcją terrorystów na Sangre de Cristo? Są powiązane? To ten sam sektor.

Oppenheimer pokręcił głową.

– Nie, na ile mogę ocenić. Wciąż nie mamy pojęcia, kto to zrobił. GKL twierdzi, że właśnie oni. Nasz wywiad zapewnia, że to fanatyczni grangeryści. Patriarcha grangerystów ogłosił dziś rano, że podejrzewa Chińczyków, a Chińczycy oczywiście zaprzeczają. Zresztą Chińska DRM też uważa, że to my. Normalnie kurewski bałagan…

– Licz się ze słowami – mruknęła Proctor odruchowo, jednak myślami była gdzie indziej. Zastanawiała się, jak oba te wydarzenia mogą się ze sobą wiązać.

Admirał wzruszył ramionami, lecz ani myślał przepraszać.

– Ten, kto zrzucił bombę, zapłaci za ten czyn. Od tygodnia eskortujemy statki konwojów humanitarnych zmierzające na Sangre. Jedna kopuła została całkowicie zniszczona. Zginęło ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi, a każda z pozostałych kopuł uważa, że będzie następna. Mamy tam pandemonium. Zamieszki, brak jedzenia, zastój prac. Do tego polityczne gówno: wszyscy obwiniają wszystkich, połowa z nich wskazuje na nas. Takie są skutki. I jeszcze ten nieznany okręt. Całkowicie obca konstrukcja, ani ludzka, ani Dolmasi czy Skiohra. Obcy nie odpowiedział na żadne nasze wywołania. A teraz „Chesapeake”… – zamilkł.

Profesor Proctor wstała. Musiała przytrzymać się katedry, żeby odzyskać równowagę. Wieść wywołała w niej wstrząs. Domyślała się, po co Oppenheimer tutaj przyszedł. Biorąc pod uwagę, że miała doświadczenie nie tylko z Rojem, lecz także z wieloma innymi obcymi – choćby z Dolmasi, Skiohra, Quiassi, Findiri oraz sporą liczbą dawno wymarłych cywilizacji zniszczonych przez Rój w jego tysiącletnim pochodzie przez Galaktykę – Oppenheimer chciał zapewne, aby pomogła zidentyfikować to zagrożenie. Miałaby zająć się badaniami i wycisnąć z nich najistotniejsze konkluzje.

– Dobra. Przyślij mi, co masz. Przygotuję rekomendacje dla Zjednoczonego Sztabu, gdy tylko przejrzę materiały. Mogę nawet zebrać zespół naukowy w krótkim czasie, jeżeli uda ci się znaleźć jakieś próbki albo nagrania tego nowego obcego. Domyślam się, że…

– Shelby, nie proszę cię o pomoc w laboratorium. Nie mamy czasu na badania naukowe.

Proctor odwróciła się i spojrzała mężczyźnie w oczy.

– No to po jaką cholerą się tutaj fatygowałeś, Christianie?

– Ponieważ jesteś mi potrzebna we flocie. Chcę, żebyś przejęła okręt i sprawdziła, co to za obcy, zanim nas wszystkich powybijają.

Proctor parsknęła śmiechem.

– Christianie, nie mówisz poważnie. Mam prawie siedemdziesiąt lat. Uczę ksenobiologii i właśnie kupiłam willę przy plaży. Tylko dwadzieścia kilometrów stąd. Wiesz, jak długo na to czekałam? Zdajesz sobie sprawę, jak wygląda rynek nieruchomości na Brytanii? Na nieruchomość przy plaży czeka się co najmniej dziesięć lat, a trudno nawet dostać się na listę oczekujących. Wiesz, ile mnie to kosztowało? To czyste szaleństwo…

– Shelby. – Admirał nie dał się nabrać na jej narzekania i nie pozwolił zmienić tematu. – Potrzebujemy cię.

– Sama się potrzebuję. Mój młodszy brat i jego żona oraz dzieci też mnie potrzebują. I moi studenci.

– Zjednoczona Ziemia cię potrzebuje.

Nie. Shelby Proctor zrobiła już swoje. Była marionetką, odegrała wyznaczoną jej rolę. Pozwoliła, aby jej karierą militarną manipulowali żądni awansu admirałowie, spiskujący generałowie, a co gorsza, pozbawieni skrupułów i chciwi politycy, przejęci bardziej kolejnym kryzysem w swoich kręgach niż prawdziwymi zagrożeniami.

A ten obcy okręt należał do takich właśnie prawdziwych zagrożeń. Galaktyka była niewyobrażalnie wielka, a ludzkość z pewnością nie odkryła wszystkiego, co kryło się wśród gwiazd. Z pewnością powstały tam inne Roje, inne zagrożenia dla cywilizacji. A co administracja i sztab naczelny kazali robić Proctor podczas jej służby jako kapitan okrętu oraz potem, jako admirał floty?

Kazali jej tak manewrować siłami zbrojnymi, żeby osiągnąć jak największe korzyści polityczne. Skierować je przeciw Konfederacji Rosyjskiej, przeciw Kalifatowi, przeciw Chińskiej Demokratycznej Republice Międzygwiezdnej… czy każdemu innemu oponentowi, któremu w danym dniu politycy Zjednoczonej Ziemi zamierzali zaimponować albo którego po prostu chcieli zastraszyć przy pomocy kilku okrętów.

– Zjednoczona Ziemia? Phi! Administracja może się smażyć w piekle…

Admirał Oppenheimer mruknął i pochylił się, aby podnieść kawałek kredy, którego Proctor nie zauważyła.

– Rząd? Nie mówię o rządzie, Shelby. Prezydent Quimby może sobie grzebać nawet palcem w tyłku, mało mnie to obchodzi. Mówię o naszej cywilizacji. Setkach miliardów dzieci, kobiet i mężczyzn, którzy mieszkają na naszych światach. Właśnie ta Zjednoczona Ziemia cię potrzebuje.

Proctor usiadła znowu. Popatrzyła na pusty monitor.

Słyszała to już wcześniej wiele razy. Tę samą przemowę wygłaszał każdy urzędnik administracji i każdy senator, gdy Proctor była admirał naczelną floty.

Jednak odpowiedź pozostawała wciąż ta sama.

– Nie – stwierdziła i wstała. Chwyciła swoją teczkę (nigdy nie nazywała jej torebką) i otworzyła drzwi. – Znajdź sobie innego bohatera, Christianie. Dla mnie te czasy już się skończyły.

– Jest jeszcze jedna sprawa, Shelby.

Proctor zatrzymała się w progu.

– Jaka?

– O ile się orientuję, twój krewniak, syn twojego brata, mieszka na San Martin.

– Owszem?

– San Martin znajduje się w sektorze Irigoyen, Shelby. Podobnie jak Sangre de Cristo. A niecałe dwie godziny temu otrzymałem… raporty.

Proctor poczuła ucisk w piersi. Danny był najstarszym synem jej brata i rok temu rozpoczął naukę w college’u na San Martin.

– Jakiego rodzaju raporty?

– Wywiad floty próbował poskładać informacje o tym… incydencie terrorystycznym.

„Pięćdziesiąt tysięcy ofiar to incydent?” – pomyślała Proctor z oburzeniem.

– Nie mogę ujawniać szczegółów – podjął admirał Oppenheimer. – Twój poziom dostępu uległ znacznym ograniczeniom. Jednak… ostatnio na San Martin zanotowano niepokoje społeczne. Nie takie, aby pojawiły się w wiadomościach sieciowych, rzecz jasna. Niepokoje związane są z GKL.

– Jasne, wiem. Wszyscy to wiedzą.

Oppenheimer wzruszył ramionami.

– Jednak zapewne nie wiesz, że wywiad od prawie roku śledził Danny’ego…

– Śledził Danny’ego? Czemu?

– …a trzy tygodnie temu chłopak zniknął. Rozwiał się jak dym. I mamy powody podejrzewać, że mógł być zaangażowany w incydent na Sangre.

Proctor odwróciła się i zatrzasnęła drzwi.

– Niemożliwe. Danny to dobry dzieciak. Nigdy, przenigdy nie wmieszałby się w nic podobnego. Nigdy.

Oppenheimer pokręcił głową.

– Przekazuję tylko to, co słyszałem. Przemyśl to. „Chesapeake” został zniszczony przez nieznanego wroga, a kapitan Diaz zginął. Zaledwie dwadzieścia lat świetlnych dalej w tym samym sektorze małą kolonię zaatakowali terroryści, którzy spuścili bombę atomową na kopułę, a w tym samym systemie wybuchają coraz większe niepokoje społeczne i polityczne. Wydarzenia najwyraźniej nie są powiązane, ale… no cóż, sama wyciągnij wnioski. W końcu chodzi o twoją rodzinę.

Tak, Danny należał do rodziny. Tak samo jak Diaz. Zanim został kapitanem, był prawą ręką Proctor, jej pierwszym oficerem.

Niech to szlag, Oppenheimer wiedział dokładnie, jak ją wmanewrować.

– Dobra. Ale tylko ten jeden raz. Tylko ta misja. Po jej zakończeniu i uporządkowaniu sprawy odejdę na dobre.

Admirał uśmiechnął się półgębkiem.

– Wiedziałem, że się zgodzisz. Świetnie. – Wyciągnął z kieszeni niewielki komunikator i uderzył palcem w wyświetlacz. Zaraz potem w drzwiach stanęło kilku oficerów. – Mamy dla ciebie okręt, załoga jest już na miejscu… Oczywiście oprócz głównej kadry. Udzieliłem ci przywileju, żebyś sama sobie wybrała współpracowników. Możesz wziąć każdego, kto służy w ZSO.

– A jakiż to stary wrak zarekwirowałeś któremuś z beznadziejnych kapitanów floty?

Oppenheimer wyszczerzył się w promiennym uśmiechu.

– Stary wrak? Nic podobnego. Tym razem, Shelby, nawet ty powinnaś być pod wrażeniem. Obecny tutaj komandor Yarbrough zaprowadzi cię i pokaże „Niepodległość”.

Nazwa okrętu przywołała wspomnienie sprzed lat.

– Dlaczego ta nazwa wydaje mi się znajoma?

– Ponieważ stocznie ZSO przygotowały projekt za twojej kadencji. Było to i nadal jest ściśle tajne przedsięwzięcie.

– Dlaczego?

Oppenheimer ruszył do drzwi.

– Niedługo sama się przekonasz – rzucił przez ramię, zanim wyszedł.

ROZDZIAŁ 3

Brytania, Whitehaven 

Uniwersytet Oxford Novum

Budynek im. Curie, audytorium numer 201

– Pozwoli pani ze mną. – Komandor Yarbrough wskazał drzwi. Proctor popatrzyła na niego z niechęcią, jednak podniosła teczkę i ruszyła do wyjścia. Yarbrough prawie dreptał jej po piętach. Był młody i wydawał się beznadziejnie nadgorliwy. – Myślę, że spodoba się pani to, co zrobiliśmy z konstrukcją okrętów przez ostatnie kilka lat. – Niemal podskakiwał przy każdym kroku, gdy to mówił. Proctor uznała, że to żałosne.

– Na pewno.

Pozwoliła się poprowadzić do promu czekającego na lądowisku i usiadła w fotelu drugiego pilota, obok komandora.

– Lecimy do Scotland Yardu? – Z pozorną obojętnością wskazała w stronę suchych doków stoczni na rogatkach miasta. Obywatele Whitehaven, stolicy Brytanii, słynęli z dość pokrętnego poczucia humoru.

– Nie. Ten okręt jest zbyt tajny, żeby go tam umieścić. Nie życzylibyśmy sobie, żeby każdy w Whitehaven mógł wyjrzeć przez okno i przyjrzeć się naszej ptaszynie, unoszącej się w oddali.

– Ptaszynie?

– Tak przezwaliśmy OZF „Niepodległość”. Główna projektant uznała, że przezwisko pasuje. Niedługo ją pani pozna, będzie głównym mechanikiem w tej misji.

– Myślałam, że sama mogę wybrać załogę mostka? – zdziwiła się Proctor. – Czy to znaczy, że ten przywilej był tylko na papierze? Cholera…

Komandor Yarbrough pokręcił głową, a potem skierował prom na kurs, którym oddalali się od bazy w Whitehaven, niedaleko stoczni Scotland Yard na rogatkach stolicy.

– Nie, pani admirał. Oczywiście, że ma pani prawo wymienić główną mechanik, gdy tylko pani zechce, jednak wydaje mi się, że ze względu na wiedzę o konstrukcji okrętu lepiej będzie ją zatrzymać. Nowe technologie, które zostały zastosowane, są… imponujące, chociaż może to niezbyt adekwatne określenie. Niestety, lepszego nie znam.

Prom wylądował. Proctor i komandor przesiedli się na prom orbitalny, który mógł ich zabrać z powierzchni planety do stoczni Wellington na orbicie Calais, gazowego giganta, znajdującego się za pasem asteroid, zaledwie o skok kwantowy od Brytanii. Gdy Proctor przeszła przez właz, omal nie podskoczyła na tubalny okrzyk, który powitał ją w kabinie.

– Shelby! Cholernie miło znowu cię widzieć.

Na fotelu pilota siedział mężczyzna w średnim wieku. Wyglądał, jakby siłą wepchnięto go w uniform kadeta, który dopiero skończył szkołę. Oprócz przyciasnego kombinezonu pilot nosił wypielęgnowaną kozią bródkę i oczywiście uśmiechał się szeroko.

Proctor odpowiedziała równie serdecznym uśmiechem.

– Ciebie też miło znowu widzieć, Chojrak – zwróciła się do niego starym pseudonimem z czasów, gdy służyli razem na „Konstytucji” i „Wojowniku”. Proctor zaskoczyło, że Tyler „Chojrak” Volz jest tutaj, zamiast dowodzić własną jednostką, dopóki nie przypomniała sobie, że jego okręt został zezłomowany rok temu. – Christian ciebie też w to wciągnął?

– Wciągnął? Cholera, poprosiłem o ten przydział. Zeszłej nocy zaczęły krążyć pogłoski, że Oppenheimer zamierza cię przywrócić do służby. Uznałem, że nie pozwolę, aby jakiś zasmarkany chłoptaś został twoim dowódcą skrzydła myśliwców.

Proctor spojrzała na niego ze zdumieniem. Volz dobiegał sześćdziesiątki, powinien raczej nosić epolety wiceadmirała i siedzieć wygodnie za biurkiem w jakiejś placówce floty blisko plaży.

– Zgłosiłeś się na ochotnika?

– A czy europejscy politycy cuchną jak tanie dziwki? – Obrócił się w fotelu i uśmiechnął złośliwie do komandora Yarbrough, który skrzywił się na to dość wulgarne określenie. – To znaczy tak, synu. Właśnie tak cuchną.

– Ale masz teraz stopień kapitański, Chojrak…

– Dzięki czemu łatwiej mi było pociągnąć za odpowiednie sznurki, żeby się tutaj znaleźć. Trzymajcie się. – Przesunął dźwignię akceleratora do maksimum. Budynki za oknami kabiny rozmyły się w niewyraźne pasma.

– Kapitanie Volz, proszę trzymać się standardowych parametrów przelotu – upomniał go komandor Yarbrough, zacisnąwszy dłonie na podłokietnikach fotela.

– Bez obaw, komandorze, nie puszczą ci zwieracze. Latałem na takich promach, zanim jeszcze się urodziłeś. – Volz uniósł dziób w niebo i prom pomknął przez chmury.

Proctor uśmiechnęła się pod nosem. Chętnie sama wybrałaby do załogi Tylera Volza, gdyby przypuszczała, że się zgodzi. Chociaż miała mieszane uczucia dotyczące tej misji, jednak obecność Chojraka nieco łagodziła niepokój.

– Proszę mi powiedzieć, komandorze Yarbrough, co to za nowe technologie wprowadzono do mojego okrętu? – zagaiła.

Yarbrough nerwowo zacisnął pasy, gdy prom przedzierał się przez atmosferę.

– Bardzo różne, pani admirał, zarówno defensywne, jak i ofensywne, a także nowy, eksperymentalny rodzaj napędu. Nazwaliśmy go technologią skoku transkwantowego. Generalnie pozwala na wykonywanie o wiele dalszych skoków niż standardowe. Można skoczyć prawie pięćdziesiąt razy dalej.

Proctor zatchnęła się z wrażenia.

– Skok na pięć lat świetlnych? Jasna cholera…

Yarbrough z powagą skinął głową.

– W rzeczy samej. Przeprowadzałem wczesne testy z podstawową załogą na pokładzie. Nasza nawigator nazwała te skoki „transowymi” pomimo moich wielokrotnych próśb, żeby tego nie robiła. – Skrzywił się boleśnie. Zdaje się, że był odporny na humor z zeszytów szkolnych, chociaż Proctor musiała się lekko uśmiechnąć. Skoki transowe. Lepiej, żeby Oppenheimer tego nie usłyszał.

– Skoki transowe? – zaśmiał się Chojrak. – Muszę zapamiętać.

Komandor Yarbrough pochylił się nad pulpitem sterowniczym drugiego pilota i przełączył kilka przycisków. Zapewne próbował wyrównać kurs po wykręcających wnętrzności manewrach kapitana Volza. Stary pilot po prostu nie potrafił się powstrzymać przed wyjściem z atmosfery po ciasnej spirali.

– Zastanawiałem się nad tym dość długo. Początkowo sądziłem, że można po prostu nadal mówić skoki kwantowe i nic nie zmieniać, ale potem zacząłem się skłaniać bardziej do określenia „transskoki”. Jednak okazało się, że może to wywołać zamieszanie niewyraźną wymową, zwłaszcza przy używaniu systemów łączności. Rozważałem także skrótową nazwę skoki q-t…

– Skoki kute? – skrzywił się Volz.

Yarbrough wzruszył ramionami.

– Potem uznałem, że potrzebny będzie chyba bardziej formalny termin, więc sporządziłem listę możliwych nazw…

Proctor przewróciła oczami. Ten komandor za bardzo się popisywał.

– Na razie pozostaniemy przy określeniu skoki transkwantowe, komandorze. – Popatrzyła przez iluminator dziobowy na rozrzedzającą się atmosferę.

Yarbrough włączył reduktory inercji. Proctor była przyjemnie zaskoczona – technologia w tej dziedzinie musiała bardzo pójść naprzód, ponieważ prawie nie odczuwało się turbulencji podczas mijania kolejnych warstw atmosfery.

– A w ogóle jak duża jest ta piękność?

Chojrak uśmiechnął się znowu.

– I kto to pyta – parsknął.

– Ty nigdy nie dorośniesz, co? – Proctor zmarszczyła brwi w udawanym oburzeniu. Szczerze powiedziawszy, brakowało jej przekomarzania się, wulgarnych żartów i radości, jaką niosła służba z oficerami, którzy lekceważyli oficjalny protokół, mimo że politycy i najwyższe szarże floty nieustannie przywoływali wszystkich, zwłaszcza Proctor, do porządku. Akademia nigdy jej tego nie dała. Bo niby jak?

– A po cholerę miałbym dorastać?

Komandor Yarbrough wyjął podręczny komunikator, rozłożył go i zaczął czytać z wyświetlacza:

– Okręt ma pięćset jeden metrów długości, zasilany jest reaktorem z bezpośrednim podwójnym wtryskiem fuzyjnym antymaterii, wytwarzającym moc pięćdziesięciu terawatów. Centralny komputer nie posiada jednolitego rdzenia o określonej lokalizacji, lecz jest rozproszony po ścianach i pokładach okrętu. Standardowy napęd zapewnia średnie przyśpieszenie do dziesięciu g i ma poczwórną stabilizację oraz emituje grawitony z przesunięciem fazowym w reduktorach inercji. Konwektory napędu transkwantowego ładują się ponownie w mniej niż minutę i pozwalają na pokonanie odległości ponad trzystu lat świetlnych w godzinę. I ponad pięćdziesiąt…

Proctor przerwała mu uniesieniem ręki.

– Trzysta lat świetlnych w godzinę? W dwie godziny możemy dotrzeć do granic znanej nam przestrzeni!

– Tak jest. Jak powiedziałem, to ściśle tajne. ZSO doskonaliły tę technologię przez prawie trzy lata i raczej nie życzą sobie, aby ta wiedza stała się powszechna. Przynajmniej na razie.

Proctor przeliczyła w pamięci i wyszło jej, że „Niepodległość” może dotrzeć do sektora Irigoyen w mniej niż dziesięć minut.

„Cholera, będę musiała się skupić na misji, gdy tylko zbiorę załogę”.

Jakby czytając jej w myślach, Volz oznajmił:

– Trzymajcie się mocno, chłopcy i dziewczynki. Za chwilę zrobimy skok kwantowy na Calais.

A potem wcisnął guzik inicjatora na panelu i obraz za oknami nagle się zmienił. Zniknęła rozmyta atmosfera Brytanii, a pojawiły się pomarańczowo-czerwone pasma obłoków Calais, jednego z dwóch gazowych olbrzymów w układzie planetarnym Brytanii. Kilkadziesiąt kilometrów dalej unosiła się stocznia Wellington, w której na długich rampach konstrukcyjnych znajdowały się dziesiątki okrętów w różnych stadiach budowy. Stocznia została bardzo mocno zniszczona podczas drugiej wojny z Rojem, ale w okresie powojennej rekonstrukcji nie tylko ją odbudowano, lecz także rozwinięto – w myśl ludzkiej tradycji, że gdy zepsuto zabawkę, należy sprawić sobie kolejną, jeszcze większą.

Ukryty w jednym z niższych doków konstrukcyjnych niczym mały ptak pod skrzydłami matki, unosił się okręt, jakiego Proctor jeszcze nigdy nie widziała. Jednostki Starej Floty, na których służyła przez połowę swojej militarnej kariery, były przysadziste i masywne, przystosowane do znoszenia uszkodzeń w walce, podczas gdy to cacko wyglądało jak dzieło sztuki.

– Oto „Niepodległość”, pani admirał – oznajmił Yarbrough. – Gotowa do wyjścia w przestrzeń pod pani rozkazami.

Volz zagwizdał.

– Rzeczywiście piękność, co tu kryć. W niczym nie przypomina wraków, do których przywykliśmy podczas drugiej wojny. Ale też te wraki ocaliły nam tyłki więcej razy, niż mógłbym zliczyć. Ta ślicznotka na pewno jest gotowa? Jakieś asy w rękawie mamy?

Po prawie godzinie marszczenia brwi, krzywienia się i napominania towarzyszy podróży Yarbrough nareszcie się uśmiechnął.

– Sam pan zobaczy.

ROZDZIAŁ 4

Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, planeta Bolivar

Wysoka orbita stacjonarna

stacja strażnicza Brytan

Porucznik Ethan Zivik wiedział z całą pewnością, że jego stanowisko na pokładzie stacji obronnej Brytan nad peryferyjną kolonią na planecie Bolivar to kara. Odwet za niesubordynację. Przynajmniej w oczach poprzedniej zwierzchniczki, wrednej suki, była to niesubordynacja. A przecież Ethan tylko powiedział prawdę.

„W tym mundurze naprawdę wygląda pani grubo”. Tylko tyle. Co w tym złego? Zapytała, więc odpowiedział. Chciała znać jego uczciwą opinię, zatem ją wyraził.

Jasne, Ethan pojawił się wtedy na służbie podpity, ale chyba połowa oficerów „Farraguta” wcale nie zachowywała się lepiej. Pierwsza była grubą świnią uzależnioną od kokainy, więc zwykle nie zwracała uwagi na uchybienia innych, zwłaszcza że nie chciała wyjść na hipokrytkę. Jednak nie zniosła, gdy niepochlebnie skomentowano jej figurę. Co to, to nie. A przecież wyglądała jak przerośnięta ropucha.

Ethan wcisnął kilka przełączników, aby uruchomić cogodzinny skan detektorami – czujniki miały go ostrzec, gdyby w pobliżu Bolivara pojawił się jakiś nieproszony gość. Ze względu na sytuację alarmową na Sangre de Cristo oraz zniknięcie „Chesapeake’a” zaledwie dziesięć lat świetlnych stąd Zivik ostatnio poświęcał więcej uwagi wynikom skanowania. Wcześniej po prostu układał na komputerze pasjanse, podczas gdy przychodziły raporty ze skanów, potwierdzając cichym piknięciem, że w okolicy planety nie ma żadnego intruza.

Intruza? He-he. Minęły lata, a raczej dekady, odkąd w pobliżu jakiejkolwiek planety ludzi pojawił się intruz. Rój został zgładzony. Konfederacja Rosyjska wycofała się i zachowywała obecnie jak pustelnik zapatrzony we własne wnętrze. W Kalifacie wybrano po raz pierwszy mułłę, który modlił się nie tylko o pokojową koegzystencję, lecz także o współpracę ze światami Zjednoczonej Ziemi, a Chińska Demokratyczna Republika Międzygwiezdna jak zwykle troszczyła się tylko o zyski. Ale przynajmniej chciała je osiągać metodami pokojowymi. A wojna psuła interesy. Chyba że chodziło o uzbrojenie i jednostki militarne, ale w tym Chińczycy osiągali spore zyski także podczas pokoju.

Ethan popatrzył przez iluminator.

I dosłownie spadł z fotela.

Nigdy wcześniej nie zleciał z siedzenia, przynajmniej nie wtedy, gdy był trzeźwy, a jednak tym razem znalazł się na podłodze. Próbował szybko wstać, ale uderzył kolanami w konsolę i znowu się przewrócił.

– Alarm – zawołał, zwróciwszy głowę w stronę autokomu. – Oddziały obronne, pełna gotowość! Zbliża się intruz!

Dlaczego nic nie usłyszał? Gdy skanowanie dawało wynik negatywny, rozlegało się krótkie piknięcie. Gdyby czujniki wykryły obiekt, dyspozytornię wypełniłyby syreny alarmowe – zupełnie jak na ćwiczeniach. Zivik postanowił, że przy najbliższej okazji pogada sobie z ekipą naprawczą.

Kiedy znowu popatrzył na statek, uznał, że nie ma co oglądać. Intruz miał masywny kadłub, ale bez żadnych wyraźnych cech wskazujących na uzbrojenie, poszycie pokrywały tylko małe łuskowate występy. No, ale to jednak był niezapowiedziany gość. Ethan nie dostał od ZSO żadnego powiadomienia, że ma się spodziewać jakiejkolwiek jednostki ziemskiej lub obcej, a to znaczyło, że należy ogłosić alarm.