Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 254 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Star Trek. Rebelia - J.M. Dillard

Powieściowa adaptacja filmu Star Trek. Rebelia w przekładzie znanej tłumaczki literatury fantasy i SF, Pauliny Braiter

Gratka nie tylko dla zagorzałych fanów uniwersum Federacji Zjednoczonych Planet

Wydaniu papierowemu towarzyszyć będzie przygotowana przez Audiotekę wersja audio w interpretacji Jacka Kawalca oraz e-book

Książka odpowiadająca ożywionemu zainteresowaniu kultowym światem Star Trek z okazji premiery kinowej filmu pt. W ciemność. Star Trek.

Kapitan Jean-Luc Picard nie zdawał sobie sprawy, że nadejdzie dzień, w którym będzie musiał złamać rozkazy Federacji w imię „mniejszego dobra”. Jest gotów poświęcić życie swoje i załogi, chroniąc skrywany od pokoleń sekret Ba'ku, spokojnego i pokojowo nastawionego ludu. Okazuje się jednak, że niektórzy zapłacą każdą cenę, by posiąść tajemnicę wiecznej młodości. Załoga statku USS Enterprise staje przed poważnymi dylematami, a Picard musi zdecydować, czy powinien wypełnić swoje obowiązki, czy postąpić zgodnie z sumieniem i podszeptami serca. A czas ucieka...

Opinie o ebooku Star Trek. Rebelia - J.M. Dillard

Fragment ebooka Star Trek. Rebelia - J.M. Dillard

Według scenariusza Michaela Pillera, opartego na pomyśle Ricka Bermana i Michaela Pillera

TYTUŁ ORYGINAŁU: Star Trek: Insurrection

Copyright © 1998 by Paramount Pictures All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2013 Copyright © for the Polish translation by Paulina Braiter

ISBN 978-83-63431-77-8

PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Banachowicz FOTOGRAFIA NA OKŁADCE: © TSuneoMP/Shutterstock REDAKCJA: Sonia Miniewicz KOREKTA: Barbara Sola REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

1

Poranek dnia, nazwanego później Dniem Pioruna, przypominał wszystkie inne wiosenne ranki: rześki chłód stopniowo ustępował miejsca przyjemnemu ciepłu. Anij przystanęła i uniosła wzrok ku górom, surowym i pięknym na tle bezchmurnego nieba. Prastare szczyty, wieczne jak promienie słońca padające na jej okryte samodziałem ramiona, niezmienne niczym poranek i chłodne powietrze krążące w jej płucach, stałe niczym umysł Ba’ku. Co dzień wędrowała do miasta tą szczególną ścieżką; co dzień od – iluż to ranków? Od zawsze, odpowiedziała w duchu; przez całe życie, nie chciała bowiem wspominać Czasu przed tym czasem. Ba’ku mieszkali tu zawsze, lub przynajmniej tak się zdawało; zawsze pławili się w bogactwach żyznej doliny. I co dzień, bez względu na porę roku, wszystko wyglądało tak samo: wyruszała w drogę, oglądając te same widoki – soczystą, zieloną dolinę, pachnącą ziołami i polnymi kwiatami, czarne, zaorane, wiecznie żyzne pola pokryte zdrową, bujną roślinnością, imponujące zbocza gór, czasem brązowozielone, czasem różowe, czasami błękitne bądź fioletowe, w nieustannie zmieniającym się blasku słońca. Nawet opady w porze deszczów były łagodne i wspaniałe, po prostu wspaniałe; nigdy dość obfite, by zatrzymać ją w domu.

I każdego ranka przejmujące piękno świata na nowo zdumiewało ją i przepełniało radością.

Nagle rozległo się beczenie. Anij uniosła wzrok. Na niskich, zielonych wzgórzach pasły się włochate zwierzęta juczne. Kilka z nich poruszyło się, słysząc krzyki bawiących się na pobliskiej farmie dzieci. Podążyła za wzrokiem ciekawskich zwierząt ku grupce wyraźnie czegoś szukającej dzieciarni. Dwóch chłopców uważnie badało wyłożone słomą zagłębienia pomiędzy wzgórkami delikatnych młodych roślin – oczywiście uważając, by nie zdeptać cennych plonów. Kolejna trójka ganiała się ze śmiechem po pobliskim sadzie.

Anij uśmiechnęła się do nich z roztargnieniem – oczywiście znała je wszystkie, jak również ich rodziców – i nadal obserwując dzieci, podjęła swój codzienny spacer. Nagle ze stogu siana wynurzyła się złocista głowa i rozejrzała wokół, szukając ścigających.

– Tam jest! – wrzasnęła jedna z dziewczynek i Anij uśmiechnęła się szerzej, widząc, jak ze stogu wyłaniają się kolejno drobne ramiona, łokcie, kolana i wreszcie całe ciało, otoczone chmurą fruwającej słomy.

To był jej najmłodszy przyjaciel, dwunastoletni Artim, syn nieżyjącej już najdroższej Barel. Po tragicznej i przedwczesnej śmierci przyjaciółki, tuż po narodzinach chłopca, Anij stała się jego przybraną ciotką. Artim okazał się wspaniałym kompanem, mądrym ponad wiek, pogodnym i uroczym jak jego matka; Anij już dawno doszła do wniosku, że z ich dwojga to ona więcej zyskała na tej znajomości.

Zanosząc się śmiechem, chłopak popędził naprzód szlakiem prowadzącym na skaliste wzgórza, wyprzedzając ścigających go kolegów. Spod jego stóp sypał się deszcz kamyków. Anij obserwowała roześmiane dzieci, które puściły się w pogoń, komentując jego ucieczkę słowami pełnymi żartobliwego oburzenia. Ani na moment nie przerwała wędrówki łagodną, krętą dróżką, wiodącą do wioski. Tam ponownie spotka dzieciarnię zdążającą bardziej stromą, trudniejszą ścieżką.

Tam też będzie czekał Sojef, ojciec Artima. Sojef, wysoki i poważny, w którego oczach stale kryło się pytanie.

I Anij, odpowiadająca mu bez słów: Jeszcze nie teraz, jeszcze nie…

Zawsze sądziła, że jej odpowiedź opiera się na logicznych podstawach: wciąż jeszcze jest młoda, podobnie jak Sojef; nadal ma czas na zawarcie związku, na dzieci. To prawda, dobry był z niego człowiek – w końcu wybrano go na przywódcę całej społeczności Ba’ku, liczącej sobie sześćset osób i znów powoli rosnącej, mimo utraty tak wielu pobratymców podczas Czasu Smutków. Wiedziała też od nieboszczki Barel, że Sojef był dla niej wspaniałym mężem, najczulszym kochankiem.

Rok po śmierci Barel, w pierwsze urodziny syna, Sojef wyznał Anij swą miłość i poprosił, by zawarła z nim trwały związek. Na zawsze, rzekł.

Anij wiedziała, że zawsze to bardzo, bardzo długo. Nie odmówiła jednak ani się nie zgodziła.

Nie wiem. Daj mi czas, Sojef. Daj mi czas…

Czas, by pogodzić się z myślą, że nie wyjdzie za mąż z miłości, lecz z przyjaźni.

Rzecz jasna Sojef się zgodził; był przecież Ba’ku, zbyt dojrzałym i inteligentnym, by pozwolić dać się ponieść czemuś tak niemądremu jak uczucia. Wraz z Artimem pozostali jej przyjaciółmi i odwiedzali ją co dzień. W wiosce powszechnie sądzono, że któregoś dnia ogłoszą formalne zaręczyny.

Anij odetchnęła głęboko chłodnym, porannym powietrzem, pokonując ostry zakręt; przesłaniająca dotychczas widok góra pozostała z boku, odsłaniając wioskę otoczoną wiosennymi kwiatami, setkami plam żółci, purpury, błękitu i fioletu. Nieważne, że oglądała ten widok tysiące razy, zawsze cieszył jej oczy.

Ile wiosen już przeżyła? Wiele, tak wiele. A choć bujna uroda tej pory roku za każdym razem poruszała jej zmysł piękna, Anij zachowywała rozsądek i opanowanie. Tylko najmłodsze, najbardziej rozpieszczone dzieci swobodnie okazywały emocje.

Ta wiosna jednak była inna; a może to ona, Anij, zmieniła się, zmęczyła odrzucaniem uczuć w imię odpowiedzialności? Zeszłej nocy przyśnił jej się niemądry sen: była wolna od wszelkich zobowiązań, umknęła z wioski niczym ptak i znalazła wymarzoną przystań u boku pozaświatowca, nieznajomego, którego twarzy nie dostrzegała, lecz czuła obejmujące ją mocno silne ramiona. Jego szept budził w niej przemożne pragnienia i emocje, których nigdy dotąd nie doświadczyła.

Ocknęła się z okrzykiem zawodu, odkrywając, że leży samotnie w swoim łóżku; nawet teraz, patrząc na wioskę przycupniętą pomiędzy górami, niebem a srebrzystą rzeką, poczuła ukłucie tęsknoty.

Tęsknota towarzyszyła jej w wędrówce przez pełną kwiatów łąkę, obok stawu, aż do centralnego placu wioski, a Anij spierała się z nią w duchu:

To niemądre myśleć o takich rzeczach. Wiesz, jacy nikczemni i niemoralni są pozaświatowcy; jak mogłaś śnić o tym, że kochasz jednego z nich? Miałabyś zrezygnować z tego wszystkiego?

Uroda i spokój doliny ukoiły ją, jak zawsze. Kiedy po chwili powitała pierwszego przyjaciela z wioski, znów uśmiechała się szczerze. To było jej miejsce – od zawsze – a radość z mieszkania tutaj znacznie przerastała dziecinne pragnienie przeżycia prawdziwej namiętności.

Ludzie zaczęli wypełniać rynek. Pierwsi kupcy rozstawiali już swoje kramy w cieniu skalnej ściany, w miejscu, gdzie góra stykała się z wioską. Układali na nich towary: samodziałowe ubrania, miód, lecznicze zioła.

– Dzień dobry, Gen’a! – zawołała Anij do kobiety dźwigającej przeznaczone na sprzedaż skopki świeżego mleka. Zwracając się do jej ciemnowłosego męża, najstarszego z Pierwszej Grupy, dodała: – Jat’ko, jak się miewasz?

I nagle ujrzała Sojefa. Stał obok kramu, ubrany w prosty samodział. Anij przyglądała mu się z podziwem, odegnawszy chwilowo wszelkie myśli o gorącokrwistym pozaświatowcu; choć Sojef strojem nie wyróżniał się spośród innych, obcy przybysz z łatwością rozpoznałby w nim przywódcę. Nie ze względu na afektowaną mowę czy wyniosłe maniery – Sojef był zawsze spokojny i łagodny, lecz za jego spokojem kryła się siła, o której Anij mogła się przekonać wielokrotnie, zwłaszcza podczas Czasu Smutków, gdy wziął na siebie odpowiedzialność za podjęcie najtrudniejszej decyzji.

Powitała go jak co dzień przez ostatnich jedenaście lat od chwili oświadczyn: lekkim porozumiewawczym uśmieszkiem, jakby ich umowa, że kiedyś się zaręczą, wciąż pozostawała sekretem. On zaś odpowiedział jak zwykle tym samym znaczącym uśmiechem i niepewnym pytaniem w oczach: Czy kochasz mnie tak, jak ja ciebie?

Odparła bez słów: Daj mi czas…

Skinął głową, kończąc rytuał, i skupił uwagę na kolejnych wędrowcach zmierzających na targ; uważał, że do jego obowiązków należy poznanie zmartwień, nadziei, potrzeb… oraz snów każdego mieszkańca wioski. Zwłaszcza snów.

Anij odwróciła się na pięcie i ruszyła ku kramowi z warzywami. Kupiec układał właśnie na honorowym miejscu pierwsze tej wiosny owoce maj’ra. Gdy się zbliżyła, przerwał pracę, wyjął nóż i zaczął odkrawać kawałek grubej, białej skóry podłużnego owocu, ukazując ukryty wewnątrz soczysty, fiołkowy miąższ.

Odkroił ociekający sokiem kawałek i ponad drewnianym kramem podał go Anij, która z wdzięcznością ugryzła kęs. Czując cierpki smak, skrzywiła się z rozkoszą. Przeszedł ją nagły dreszcz, a wraz z nim powróciło nieproszone, niepokojące wspomnienie Czasu Smutków, chwili, gdy wieczność niemal się skończyła.

Siedzący w głębi skały, skryty za osłonami zapewniającymi mu niewidzialność, Gallatin patrzył, jak kobieta Ba’ku wzdryga się, po czym unosi głowę i patrzy wprost na niego.

Jego serce odruchowo zabiło szybciej. Niemożliwe! Czyżby go wyczuła, może rozpoznała…

Nie, uspokajał się w duchu, jest po prostu rozkojarzona i patrzy gdzieś w przestrzeń… Odnalazło cię to twoje własne niemądre poczucie winy, Gal’na, nie ta kobieta.

Mimo wszystko jednak zerknął na monitor, by upewnić się, że osłony wciąż działają. I oczywiście działały; nie mogła widzieć ani jego, ani kobiety w mundurze Gwiezdnej Floty siedzącej obok, przy konsoli, ani dzielących z nim kryjówkę pozostałych badaczy. Z pewnością nie dostrzegła też krążących po rynku zamaskowanych zwiadowców. Otaczające ich pole siłowe, które Gallatin postrzegał jako jaskrawoczerwoną aurę, sprawiało, że byli niewidzialni. Jeden stał tuż obok niej – tak blisko, że gdyby nagle zaczęła wymachiwać rękami, mogłaby go dotknąć.

Ona jednak, rzecz jasna, tego nie zrobi; to dobrze wychowana Ba’ku i, podobnie jak wszyscy jej pobratymcy, piękna. Wyjątkowo piękna. Ze swymi pojaśniałymi od słońca krótko przystrzyżonymi lokami, okalającymi twarz o delikatnych rysach…

…i tymi przeklętymi, pozbawionymi wieku oczami. Wszyscy Ba’ku je mieli, nawet dzieci, i Gallatin kolejny raz z trudem opanował atak zazdrości i nienawiści.

Spójrzcie tylko na nią, jak niedbałym gestem ściera z podbródka sok owocu maj’ra plamiący miękką, gładką skórę… Gallatin wstrzymał oddech na widok takiej doskonałości. Jakże była przejrzysta, gładka i jędrna, podczas gdy on i jego bracia Son’a zwiędli i zestarzeli się, czekając na zbliżającą się nieubłaganie śmierć. Ich geny zostały uszkodzone do tego stopnia, iż nie mieli szans na spłodzenie potomstwa, synów i córek, którzy przypominaliby rodzicom o pięknie młodości. Wielu Son’a już zmarło. Pozbawieni następców byli tylko starą, ginącą rasą, w ciągu najbliższych dziesięciu, może dwudziestu lat skazaną na zagładę. Sam widok Ba’ku drażnił go, a jednocześnie budził w nim tęsknotę.

Siedząca przy konsoli porucznik Gwiezdnej Floty przemówiła do komunikatora:

– Baza do porucznika McCauleya. Proszę zameldować się w obszarze siódmym i pomóc zespołowi edafologicznemu.

– Przyjąłem. – Stojący obok kobiety Ba’ku lśniąco czerwony obserwator odwrócił się i odszedł.

Gallatin zerknął na siedzącą obok kobietę, Ziemiankę w średnim wieku, na której czole i w kącikach oczu zaczynały pojawiać się już pierwsze drobne zmarszczki. Każdy szanujący się Son’a natychmiast by je usunął, jednakże ludzie i większość innych ras zrzeszonych w Federacji godnie nosili swe zmarszczki, jakby stanowiły one coś naturalnego, a nie obrzydliwy efekt uboczny śmiertelności. I, o dziwo, u nich wyglądały mniej paskudnie – lecz na obliczu Son’a nawet najlżejsze obrzmienie, najmniejsza bruzda stanowiły śmiertelny afront. Skóra na twarzy Gallatina była mocno naciągnięta – jak na zgniłym melonie, który rozpęknie się lada moment, pomyślał z obrzydzeniem. Połączenie codziennych operacji plastycznych i genetycznych skaz sprawiło, że wystąpiły już u niego pierwsze objawy chronicznego rozrostu glonów, postrachu wszystkich Son’a, powodującego wystąpienie brzydkich, ciemnozielonych plam pod skórą. Z czasem glony niszczyły od wewnątrz warstwy delikatnych tkanek.

Do rzeczywistości przywołała go obecność jeszcze jednego ciepłego ciała znajdującego się tuż obok. Obrócił się i ujrzał kolejnego oficera Gwiezdnej Floty, tym razem podporucznika, który podał mu padd, mały, przenośny komputer. Gallatin wziął go i pobieżnie sprawdził odczyty, następnie przeniósł wzrok na podporucznika, młodego człowieka rasy białej o zdumiewająco świeżej, różowej skórze. Jak w jego oczach wyglądali Son’a? Zapewne miał ich za istoty groteskowe i dekadenckie, połączenie napiętej, bezkrwistej skóry i pysznych ozdobnych szat, przystrojonych dodatkowo klejnotami. Nie żeby Gallatin uważał swój własny strój za zbyt krzykliwy – to nie wina Son’a, że całej reszcie galaktyki brakowało wyczucia stylu, a projektanci Gwiezdnej Floty uwielbiali nudę i przeciętność. Odrobina latinum, złota i onyksu na ramionach, może duży rubin na pasie, kilka drobnych zmian tu i ówdzie…

Dekadenccy, uznał Gallatin. Za takich właśnie nas uważają, dekadenckich, zgrzybiałych i umierających. I patrząc na podporucznika, na piękną, żywą, pozbawioną ozdób kobietę Ba’ku, wiedział, że mają rację.

Oddał padd młodzieńcowi i warknął:

– Admirał Dougherty czeka na te dane. Proszę je przesłać na statek.

Zanim jeszcze wypowiedział ostatnie słowo, komunikator ustawiony na przekaz dźwiękowy zatrzeszczał głośno i podniecony głos Son’a wykrzyknął:

– Alarm, obszar dwunasty!

Odgłos strzałów. Gallatin patrzył, jak Bak’u i ich niewidzialni obserwatorzy ze zdumieniem odwracają się ku wzgórzom. Słyszał odgłosy bójki, plaśnięcia ciała uderzającego o ciało. Jęk. Głos znów się odezwał, lecz sygnał zaczął słabnąć. Gallatin dosłyszał tylko kilka zniekształconych słów:

– …android… on…

Głośny szum. Gallatin, przerażony świadomością tego, co mogło się stać, rzucił się gwałtownie do najbliższego komunikatora. Pięścią uderzył w przełącznik.

– Meldować!

Znów szumy, głośny oddech. Słowa:

– …nie mogę go uspokoić…

Stojący obok Gallatina różowoskóry podporucznik, podążając za wzrokiem zdumionych Ba’ku, wskazał pobliskie wzgórza.

– Tam!

Niewidzialna dla mieszkańców wioski postać w błyszczącym kombinezonie izolacyjnym biegła po zasypanym kamieniami zboczu z niewiarygodną szybkością i zręcznością.

Gallatin podszedł do głównego ekranu.

– Powiększyć!

Obraz przybliżył się gwałtownie, ukazując wzgórza tak dokładnie, że Gallatin równie dobrze mógłby biec u boku umykającej postaci, która pędziła po stromym zboczu w stronę wioski, poprzedzana i ścigana przez niewielką lawinę kamyków, pyłu i piasku. Dwie inne świecące postaci – sądząc z postury i ruchów, Son’a – uzbrojone w broń plazmową, rzuciły się w pościg. Obok nich biegła grupa dzieci Ba’ku, przerażonych strzałami i całkowicie nieświadomych faktu, iż tuż obok nich podążają niewidoczni przybysze.

Gallatin pojął, że zdarzyło się coś strasznego, i świadomość ta ciążyła mu na sercu. Cała misja została zagrożona. Martwił się, że wspólnicy z Gwiezdnej Floty poznają ich prawdziwe motywy. W przeciwieństwie do otaczających go federacyjnych naukowców Gallatin wiedział, że na przedzie biegnie członek Gwiezdnej Floty, a ścigającymi są Son’a. Wciąż jednak mieli trochę czasu; Ba’ku usłyszeli strzał, ale prawdopodobnie tylko dzieci widziały, co się stało. Jeśli nic nie podsyci ich ciekawości…

Za późno. Jeden ze strażników Son’a ujął broń plazmową i wycelował w uciekającą postać. Smuga oślepiającej jasności minęła cel o włos. Dzieci wrzasnęły, słysząc towarzyszący wystrzałowi grzmot.

Na jednym z komunikatorów, wciąż ukazujących rynek w wiosce, kobieta Ba’ku o kręconych włosach spytała ostro:

– O co chodzi? Co się dzieje?

W jej oczach i głosie pobrzmiewało oburzenie, nie strach.

Anij, przypomniał sobie nagle Gallatin. Nazywasz się Anij i z nich wszystkich ty jesteś najodważniejsza. Przez moment poczuł przemożny wstyd i obrzydzenie do samego siebie.

Wokół niego naukowcy z Federacji zerwali się z miejsc, patrząc z rozpaczą na zbliżający się ku wiosce pościg. Kolejny oślepiający strzał sprawił, że miejscowi rozbiegli się w popłochu.

Spełniły się właśnie najgorsze koszmary Gallatina. Intruz z Gwiezdnej Floty dokonał niepożądanego odkrycia. Logicznie rzec biorąc, Son’a powinni go unicestwić, jeśli jednak pozwoli swoim zabić oficera Gwiezdnej Floty na oczach wszystkich tych naukowców…

– Wstrzymać ogień! – huknął do komunikatora, zwracając się do strażników Son’a. Potem posłał siedzącej obok niego porucznik Gwiezdnej Floty długie, znaczące spojrzenie.

Natychmiast pojęła, o co chodzi; była bystra i inteligentna, podobnie jak cały personel Gwiezdnej Floty, z którym przyszło mu pracować. I to właśnie, pomyślał ponuro, stanowi źródło naszych problemów.

Dotknęła przełącznika.

– Baza do komandora Daty.

Głos, który im odpowiedział, załamywał się i jąkał – lecz nie znać w nim było nawet cienia zmęczenia po szaleńczym biegu.

– Reguluję… mikrohydrauliczne… przekaźniki mocy… przeciążenie… cieplne… – Android na ekranie biegł, potykając się, w stronę rynku.

Zdezorientowany i uszkodzony, zrozumiał nagle Gallatin. Może jednak pozostało im jakieś wyjście. Trzeba go zniszczyć, szybko, nie narażając się przy tym Gwiezdnej Flocie.

– Data, natychmiast zamelduj się w bazie – rozkazała porucznik.

Jeśli nawet android zrozumiał, nie dał tego po sobie znać; mamrotanie zdawało się przeznaczone wyłącznie dla jego uszu.

– Przekazuję… funkcje… matrycy… pozytronowej… uruchamiam… protokoły wtórne…. – Nie przerywając biegu, uniósł dłonie w rękawicach ku szyi kombinezonu.

Podporucznik Gwiezdnej Floty, który podał Gallatinowi padd, krzyknął ze zgrozą:

– On próbuje zdjąć hełm!

Gallatin uruchomił własny komunikator.

– Wszystkie jednostki polowe. Przechwycić robota.

Artim biegł zdyszany przez wioskę w poszukiwaniu ojca – i wyjaśnień. Ojciec wszystko mu wytłumaczy, ukoi jego dziecinne lęki. Sojef był dojrzały, mądry i znał się na wszystkim.

Musiało istnieć proste wytłumaczenie; ono zawsze istnieje. Lecz w tej chwili Artim w żaden sposób nie potrafił odkryć źródła dziwnego grzmotu, który wraz z przyjaciółmi – Jusą, Nalem i dziewczętami – usłyszeli nad jeziorem. To pioruny, uznali, lecz na niebie nie było ani jednej chmurki.

– Czarodziejski piorun – podsunął Nal. Reszta roześmiała się, słysząc tę naiwną teorię. W końcu byli już niemal dorośli, wkrótce wkroczą w czas przemian, gdy dziewczęta, miast drażnić, wzbudzą ich zainteresowanie. (Tak przynajmniej twierdził ojciec, ale w Artimie ta myśl wzbudzała niepokój).

Śmiali się zatem, lecz po chwili jedna z dziewcząt, Je’na, ujrzała kolejne nieprawdopodobne zjawisko: kamyki, pył i kępy trawy zgniatane, jakby biegła ku nim jakaś niewidzialna postać.

– Patrzcie! – krzyknęła. – Patrzcie!

Drobne włoski na karku i rękach Artima zjeżyły się.

Zjawisko ustało, po chwili jednak źdźbła trawy ponownie ugięły się, przydeptane niewidzialną stopą, a w górę znów wzbił się pył – i Artima opuściła odwaga. Wraz z kolegami rzucił się biegiem, byle dalej od hałasu. Duchy, pomyślał w panice, tylko duchy mogły być niewidzialne; ale przecież duchy nie są rzeczywiste, to postacie z bajek dla dzieci.

I wówczas dziwna błyskawica rozszczepiła powietrze obok niego, oślepiając go tak, że zamknął oczy i ujrzał pod powiekami błękitne zygzaki. Dziwna to była błyskawica; nie czuł elektryczności ani zapachu ozonu, a światłu towarzyszył grom tak głośny, iż Artim zaszczękał zębami i wrzasnął jak wystraszony dzieciak. W jego głowie kołatała się tylko jedna myśl.

Znaleźć ojca…

Kolejny błysk, kolejny ryk gromu.

Artim, zdyszany i zlany potem, minął staw i wpadł do wioski. Mijając dorosłych, zerkał przelotnie na ich twarze w nadziei, że odnajdzie w nich pociechę – lecz dostrzegał wyłącznie oszołomienie.

A kiedy wreszcie znalazł Sojefa, który nakazał ludziom zejść z drogi tajemniczemu i groźnemu zjawisku, Artim krzyknął:

– Ojcze…?

Było to pytanie, żądanie odpowiedzi, lecz wyraz twarzy Sojefa nie przyniósł mu ukojenia. Miał taką samą minę jak wtedy, gdy wspominał o dawnych, złych czasach: kiedy jego pobratymcy zabijali się z bronią w ręku. Jak to nazywał? Wojną.

Wówczas twarz Sojefa wyrażała strach.

Tylko Artim dostrzegł go na niej teraz, tylko on dostatecznie dobrze znał swego ojca. W oczach mieszkańców wioski Sojef pozostał spokojnym przywódcą społeczności.

Lecz kiedy chwycił mocno chłopca i przytulił go do siebie, w jego gestach kryła się panika. Wolną ręką poganiał ludzi, wskazując salę spotkań.

– Do środka! Schowajcie się!

Za ich plecami rozległ się donośny plusk, jakby ktoś wskoczył właśnie do stawu.

Artim szarpnął się i uwolnił z objęć ojca. Odwróciwszy się, spojrzał za siebie akurat w chwili, by zobaczyć najbardziej nieprawdopodobny widok:

Głowa i szyja płynącego osobnika były odległe zaledwie o długość ramienia. Nie należały jednak do człowieka, a przynajmniej nie do Ba’ku. Nieznajomy miał bladą, lśniąco złotą skórę, poza miejscem na szyi, gdzie widniała głęboka, paskudna rana – jakby ktoś napiętnował go rozgrzanym do białości pogrzebaczem.

Jego jasne, nienaturalnie złociste oczy patrzyły spokojnie – wprost na Artima.

Chłopiec wrzasnął i cofnął się gwałtownie, po czym runął na ziemię, próbując odwrócić się i uciec. Ojciec kłamał, kłamał, by oszczędzić mu przerażającej prawdy: duchy istnieją, a ten najwyraźniej go ścigał… Mściwy duch łaknął zemsty; może zamordowano go, obcięto mu głowę rozżarzonym pogrzebaczem?

Albo, co gorsza, był to pozaświatowiec.

Reszta Ba’ku natychmiast się rozbiegła; ojciec pozostał na miejscu tylko po to, by chwycić Artima za rękę i odciągnąć go, boleśnie zaciskając uchwyt. Dokładnie w tym momencie głowa ducha przemówiła.

– Protokoły wtórne… włączone.

Z pewnością nie to spodziewał się usłyszeć Artim. Pozwolił ojcu odciągnąć się na bok, niepohamowana ciekawość skłaniała go jednak do ciągłego spoglądania przez ramię.

Głowa skrzywiła się i mrugnęła, jakby walczyła z niewidzialnym wrogiem. Po odgłosie, którego Artim nigdy dotąd nie słyszał, chrzęście rozrywanego materiału, czegoś pomiędzy płótnem a metalem, nastąpił czerwony błysk i nagle pojawił się kolejny człowiek, a przynajmniej jego fragment: głowa i tułów w dziwacznym podartym ubraniu, zawieszone w powietrzu obok złotej głowy. Nieznajomy przypominał nieco Ba’ku, lecz niewątpliwie także był pozaświatowcem. Zdradzała to jego napięta, podobna do maski twarz, pokryta paskudnymi, zielonymi wypryskami.

Stojące pośrodku rynku dwa upiory walczyły ze sobą – zielono nakrapiany człowiek miotał się, obejmując częściowo widocznymi rękami niewidzialne ramiona pod złotą głową ducha.

Wewnątrz osłony porucznik Gwiezdnej Floty uniosła się z fotela.

– Oni go widzą!

– Zatrzymaj go! – ryknął Gallatin. W ciągu kilku sekund dziesiątki lat pracy obróciły się wniwecz. Jego marzenia legły w gruzach. – Szybko!

– Komandorze Data, proszę przestać! – krzyknęła porucznik do komunikatora. – To rozkaz! Powtarzam: proszę przestać!

Artim patrzył, jak wrzeszczący, nakrapiany człowiek unosi się w powietrze i pada na ziemię głową naprzód. Legł tam nieprzytomny, a tymczasem do złocistej głowy i przypalonej szyi dołączyły nagle tułów, ramiona i wreszcie ręce i nogi. Pierwszy pozaświatowiec rozsunął powietrze niczym zasłonę i postąpił krok naprzód. Jednym płynnym gestem wyjął z dłoni nieprzytomnego mężczyzny piorunową broń.

Teraz nas zabije, pomyślał Artim; jednak złoty człowiek zwrócił broń ku nagiej skale i wystrzelił.

Odpowiedział mu trzask w głębi kamienia. Nieznajomy wystrzelił ponownie i jeszcze, i jeszcze, za każdym razem wypełniając powietrze grzmotem i światłem.

Skalna ściana zamigotała, jakby miast z kamienia zbudowana była z księżycowych promieni, po czym rozpłynęła się, ukazując widok bardziej niewiarygodny niż wszystko, co Artimowi zdarzyło się do tej pory oglądać.

W miejscu góry pojawił się mały budynek wycięty z kamienia; przednią ścianę zastępowała szklana płyta. Wewnątrz ujrzał niskie, czarne stoły, na których ustawiono dziwne metalowe przyrządy – kwadraty mieniące się kolorami i ukazujące różne obrazki. Za nimi kryli się ludzie. Większość z nich najwyraźniej pospiesznie szukała schronienia. Na oczach Artima i reszty zdumionych Ba’ku nieznajomi podnieśli się powoli z niemądrymi minami.

– Kto to? – szemrali mieszkańcy wioski. – Kto?

Rzeczywiście, kto? – zastanawiał się Artim. Oto kolejny nakrapiany człowiek, przywódca, jeśli sądzić po wyglądzie, odziany w pyszne purpurowo-zielone szaty, ozdobione złotem i lśniącymi kamieniami. Obok niego stała kobieta o brązowej karnacji w skromniejszym kombinezonie; podobne stroje okrywały innych ludzi o różnobarwnych skórach oraz członków odmiennych ras. Niewątpliwie należeli do jednego klanu, a nakrapiani do drugiego.

Wśród Ba’ku, za plecami Artima, rozległ się kolejny szmer i chłopiec, odwróciwszy się, ujrzał następnych pozaświatowców odzianych w grube stroje, takie same jak te, które miał na sobie złoty duch.

A co do samego ducha, to opuściwszy broń, stał bez ruchu, przyglądając się skutkom swego ataku. Na jego twarzy nie było śladu złości, nienawiści czy też innych emocji które powinny targać spragnionym krwi upiorem, uznał Artim. Jeśli już, to można było na niej dostrzec zwykłą satysfakcję.

2

W kwaterze kapitańskiej na pokładzie USS Enterprise Picard westchnął z niesmakiem, gdy po raz dziesiąty nie udało mu się zapiąć wysokiego, ciasnego kołnierza munduru galowego. Beverly Crusher natychmiast odwróciła się do niego, pochwyciła oburącz uparty kołnierz i szarpnęła gwałtownie, jeszcze mocniej podduszając kapitana. Picard spojrzał na nią wrogo, jednak uparta lekarka nie ustawała w wysiłkach; miała zresztą po temu dobry powód: byli spóźnieni.

Troi – podobnie jak pozostała dwójka odziana w oficjalny strój – umilkła, unosząc wzrok znad paddu, lecz uznała, że lepiej powstrzymać się od uśmiechu.

Rozsądnie, pomyślał Picard, bowiem sam nie był wcale w wesołym nastroju. Ostatnich kilka miesięcy wyczerpało go. Stał się zmęczony i poirytowany; nie zauważył tego, póki Beverly nie zmusiła go do poddania się dodatkowym badaniom.

– Jestem idealnie zdrów – upierał się.

– Chcesz powiedzieć, że stałeś się idealnym brutalem – odparła.

Drażliwy, tego słowa użyła; natychmiast wyobraził sobie siebie samego jako starego złośnika – z naciskiem na słowo „stary”. I rzeczywiście, po badaniach przyznała, że Picard jest zdrów jak ryba.

– Ale nie tak młody jak kiedyś. W końcu będziesz musiał wziąć urlop i odpocząć.

Poczuł się urażony. Jego rozdrażnienie i zmęczenie nie miało nic wspólnego z wiekiem; było efektem niezliczonych zadań dyplomatycznych, biurokracji, idiotycznej serii mało ważnych misji, które ostatnio wyznaczała im Gwiezdna Flota. Dowodzenie Enterprise przestało już być przygodą i stało się nerwową harówką. Mnóstwo irytujących szczegółów…

Zresztą nie tylko on odczuwał ostatnio zmęczenie. Beverly także wyglądała dość blado…

Oczywiście słysząc to, natychmiast się oburzyła. Picard dodał ze złośliwą satysfakcją, że być może to ona robi się drażliwa. Istotnie, wszyscy byli zmęczeni i przewrażliwieni.

Tymczasem Troi kontynuowała odprawę.

– Członkowie tej rasy nazywają siebie Evora – powtórzyła, starannie wymawiając ostatnie słowo.

Beverly także miała problemy z zapięciem kołnierzyka. Picard uznał, że jeśli pociągnie jeszcze mocniej, będzie musiała podać mu tlen, by nie udusił się podczas wizyty.

– …populacja trzysta milionów… – ciągnęła monotonnie Troi.

– Powtórz to powitanie – wtrącił Picard. Z jakichś przyczyn jego pamięć stała się ostatnio jeszcze bardziej zawodna.

– Uu-czin-czef-fou – wyrecytowała Troi, zerkając na niego. – Akcent na „czin” i „fou”.

Nagle Beverly cmoknęła z niezadowoleniem.

– Potrzebny ci albo nowy mundur, albo nowa szyja.

Kapitan przejrzał się w wiszącym na ścianie lustrze. Skóra na jego szyi nie była już tak napięta jak kiedyś, jednak by to poprawić, wystarczy wprowadzić drobne korekty do diety i programu ćwiczeń. Nie zmienił się jeszcze, nie aż tak, jak sugeruje Beverly. Nie był jeszcze stary…

Zabrzęczał gong u drzwi; Troi, rada, że może uniknąć dyskusji na niewygodny temat, otworzyła. Picard usłyszał głos Willa Rikera, nie zamierzał jednak puścić płazem kąśliwej uwagi lekarki.

– Uu-czin-czef-fou – zaintonował, po czym warknął: – Od czasu studiów w Akademii noszę dokładnie ten sam rozmiar kołnierzyka.

Beverly cofnęła się i spojrzała na niego z fałszywym uśmiechem.

– Oczywiście.

To rzekłszy, jednym brutalnym ruchem zapięła kołnierzyk. Kapitan gwałtownie wypuścił powietrze.

Riker, w eleganckim galowym mundurze, ze starannie przyciętą brodą, wszedł do kajuty i rozejrzał się z zakłopotaną miną.

– Nasi goście już przybyli. Właśnie zjadają bukiety ze stołów bankietowych.

Crusher uniosła brwi.

– Pewnie nie są zwolennikami koktajli przed obiadem.

Picard odetchnął ostrożnie i stwierdziwszy z ulgą, że kołnierzyk wytrzymał, szybkim krokiem wymaszerował na korytarz.

Pozostali podążyli za nim. Przerażona Troi pospiesznie zaczęła przeglądać informacje w paddzie.

– O Boże, czyżby byli wegetarianami? Nic tu o tym nie piszą…

– Lepiej każcie przygotować kucharzowi lekki sos winegret – polecił Picard. – Coś, co pasuje do chryzantem. Uu-czin-czef-fou…

W tym momencie z głośnika odezwał się kobiecy głos.

– Mostek do kapitana Picarda…

Rozpoznał go natychmiast – a zatem nie tracę jeszcze pamięci. To Kell Perim, młoda trillka, niedawno przydzielona do załogi.

– Tak, poruczniku? – spytał, nie zwalniając kroku.

– Dowództwo chce wiedzieć, kiedy dotrzemy do układu Goren.

Kapitan spojrzał na Rikera, lekko marszcząc brwi. Ostatnio dowództwo bez przerwy zwalało na nich nowe zadania. Oto kolejne, z którym nie zdążyli się nawet jeszcze zapoznać.

– Układ Goren…?

Wprawdzie Riker niczego po sobie nie pokazywał, lecz kiedy przemówił, Picard natychmiast wyczuł dręczącą go frustrację.

– Mamy być mediatorem w sporze terytorialnym.

– Nie możemy przecież opóźnić ekspedycji archeologicznej na Hanorana II – odparował Picard, doskonale świadom faktu, że kieruje swoje argumenty do niewłaściwej osoby i powtarza coś, co Will wiedział aż za dobrze. – Jeszcze trochę, a dotrzemy tam w samym środku pory monsunowej. – Minęli dwóch mechaników naprawiających panel grodzi.

Riker odpowiedział argumentem powtarzanym ostatnio przy każdej okazji:

– Korpus dyplomatyczny jest zajęty negocjacjami z Dominium.

Oczywiście nic nie można było na to poradzić. Picard westchnął.

– Więc to my musimy po raz kolejny ugasić pożar buszu… – urwał, przebiegając wzrokiem po twarzach swego orszaku. – Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy byliśmy badaczami?

Nikt nie odpowiedział. W milczeniu weszli do turbowindy.

– Pokład dziesiąty – polecił Riker.

Picard usiłował skoncentrować się na najbliższym zadaniu, przywołać resztki swojego dyplomatycznego uroku.

– Uu-czin-czef-fou.

Jakby na dany sygnał Troi ponownie spojrzała na swój padd i podjęła wykład.

– Pamiętajcie, Evora są znacznie mniej rozwinięci technologicznie niż my. Zaledwie w zeszłym roku zbudowali napęd warp.

– Rok temu? – spytała z wyraźnym niedowierzaniem Crusher. – I Rada Federacji postanowiła już uczynić z nich protektorat?

– W obliczu strat poniesionych w walce z Borgiem i Dominium – wtrącił Picard – Rada uważa, że potrzebujemy dziś wszystkich możliwych sojuszników.

Drzwi turbowindy rozsunęły się gwałtownie, a oni stanęli przed tylnym wejściem do sali recepcyjnej. Personel pomocniczy krzątał się wokół, donosząc świeże chryzantemy i szampana. Tu i ówdzie przemykali oficerowie w galowych mundurach. Z samej sali recepcyjnej dobiegały dźwięki skrzypiec, śmiechy i szmer rozmów.

Picard natychmiast zmusił mięśnie twarzy do ułożenia się w przyjemny uśmiech i wyszedł z windy. Troi maszerowała u jego boku, wciąż zasypując go radami.

– Musi pan zatańczyć z regentką Cuzar.

– Ale czy ona zna mambo? – wtrąciła Beverly ze złośliwym uśmieszkiem.

– Bardzo zabawne – warknął Picard, wciąż z dyplomatycznym uśmiechem na ustach. Staranie unikał pytających spojrzeń Rikera i Troi.

– Wasz kapitan był kiedyś świetnym tancerzem – zaczęła wyjaśniać Beverly, na szczęście jednak przerwała jej młoda pani podporucznik, która dostrzegła zbliżającą się grupkę.

– Kapitan na pokładzie!

Tłum oficerów zmierzających w stronę sali recepcyjnej rozstąpił się przed nimi. W komunikatorze Picarda odezwał się kolejny głos:

– La Forge do Picarda. Kapitanie, muszę z panem pomówić przed przyjęciem.

Picard zaczerpnął powietrza, by odpowiedzieć…

I wypuścił je gwałtownie, widząc przed sobą komandora Worfa.

– Kapitanie – pozdrowił go Klingon donośnym basem.

Nieźle wygląda, pomyślał Picard. Choć od ich ostatniego spotkania, gdy stanęli razem do rozpaczliwej walki z królową Borga, minęły dwa lata, Worf zupełnie się nie zmienił. Standardowy mundur i klingońska szarfa (a także marsowa mina) wyróżniały go z uroczyście odzianego tłumu. Wciąż nosił długie włosy związane na karku; Picardowi wydało się, że urosły o kilkanaście centymetrów.

– Worf! – wykrzyknął kapitan, jednocześnie zaskoczony i ucieszony. – Co tu, u licha, robisz? Słyszałem, że wciąż służysz na stacji Deep Space 9.

Surowe oblicze Klingona rozjaśniło się odrobinę; u Worfa oznaczało to szeroki uśmiech.

– Przebywałem właśnie w kolonii Manzar, nadzorując instalację nowej sieci obronnej, gdy usłyszałem, że Enterprise przylatuje do tego sektora.

Słuchając Worfa, Picard zdawał sobie sprawę, że tuż obok jego pierwszy oficer rozmawia z głównym mechanikiem.

– Jesteśmy już spóźnieni, Geordi. Czy to nie może zaczekać? – nalegał Riker.

– Nie sądzę, komandorze – odparł stanowczo La Forge.

Wciąż nie zwalniając kroku, Picard zwrócił się do Rikera:

– Powiedz mu, że już jestem. Możemy porozmawiać, kiedy tylko się zjawi.

Riker skinął głową.

– Kapitan chce, żebyś przyszedł.

Picard tymczasem z powrotem odwrócił się do Worfa. Nie mieli czasu na miłe słówka; to będzie musiało zaczekać.

– Chciałbym przedyskutować z panem kilka pomysłów dotyczących ochrony Manzaru.

Picard chętnie skorzystałby z dowolnego pretekstu, by pomówić ze swoim byłym szefem ochrony. Klingon skłonił się i przeprosił go. Zbliżając się do sali bankietowej, kapitan wciąż słyszał głos La Forge’a dochodzący z komunikatora Rikera:

– Już idę. Powiedz mu, że otrzymaliśmy wiadomość od admirała Dougherty’ego.

Dougherty’ego? – powtórzył w duchu Picard. Dougherty miał koło siedemdziesiątki, był niskiej rangi admirałem z dowództwa, doglądającym misji u Ba’ku. Błagam, tylko nie kolejne zadanie. Spodziewają się, że umiem być w trzech miejscach jednocześnie?

Szybko jednak porzucił tę myśl. Wiedział, że musi skoncentrować się na tym, co dzieje się tu i teraz. Raz jeszcze sprawdził w myślach swój wyraz twarzy, przygładził tunikę, walcząc z pokusą wsunięcia palca pomiędzy nieznośnie ciasny kołnierz i swoją biedną zgniecioną szyję. Z miłym uśmiechem, w otoczeniu świty, wszedł do sali recepcyjnej, gdzie kwartet smyczkowy rozpoczął właśnie żwawego walca. Połączenie muzyki i paplaniny licznych głosów należących do Terran, Bajoran, Bolian i Trillów sprawiło, że nie usłyszał ostatnich słów Geordiego:

– Chodzi o Datę.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.