Star Rogue. Tom 1. Król złodziei - Evan Currie - ebook
Opis

W świecie bestsellerowej serii Odyssey One rozgrywają się nowe przygody. Po inwazji Drasinów Ziemia staje w obliczu kolejnego przerażającego wyzwania. Ludzie, dotychczas podzieleni na wrogie nacje, muszą współpracować, aby odbudować swój zniszczony świat i przygotować się na możliwy powrót dronów. Nie wiedzą jednak, że nowy, o wiele groźniejszy wróg, inny niż wszystko, z czym ludzkość miała dotychczas do czynienia, szykuje się już do wojny.

 

Kapitan Morgan Passer, dowódca niszczyciela „Autolikosa”, ma przeprowadzić międzygwiezdny zwiad, aby poszukać śladów Drasinów i ich baz oraz zebrać informacje przydatne do wzmocnienia obrony Ziemi. Jednak to, co znajduje ekspedycja, okazuje się bardzo niepokojącą zagadką – odkrycie podważy wiedzę ludzi o roli Ziemi w Galaktyce... i ujawni kolejne przerażające prawdy. Passer i jego załoga szukają odpowiedzi, które pomogą ocalić ludzkość. Przekonają się jednak, że chociaż inwazja już się skończyła, niebezpieczeństwo dopiero nadciąga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Evan Currie

KRÓL ZŁODZIEI

STAR ROGUE

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2015

Tytuł oryginału: King of Thieves

Text copyright © 2015 Evan Currie

All rights reserved.

Cover design by becker&mayer! Books LLC

Cover illustration by Marc Simonetti

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.drageus.com

Druk i oprawa: Drukarnia Dziełowa

e-mail: [email protected]

ISBN ePub: 978-83-64030-62-8

ISBN mobi: 978-83-64030-63-5

Opracowanie wersji elektronicznej:

Rozdział 1

Kapitan Morgan Passer poczuł cały ciężar swojego ciała opierający się na stopach, gdy wylądował w doku stacji kosmicznej Unity 1. Nowa placówka była trzy razy większa od stacji Liberty, której miejsce zajęła, i stanowiła jedną z siedmiu konstrukcji zaplanowanych do budowy po Drasińskim Ludobójstwie. Ponad rok minął od ostatnich strzałów inwazji. Ziemia wciąż odczuwała skutki tamtych wydarzeń – liczbę ofiar szacowano obecnie na setki milionów. Kapitan Passer nie mógł się jednak nadziwić, że tak niewiele zniszczeń widać było z kosmosu.

Krzywizna Ziemi wciąż pozostawała inspirującym i zachwycającym widokiem – tak samo jak mniej więcej dwa wieki wcześniej, a przynajmniej Passer lubił w to wierzyć. Planeta wydawała się niebiesko-biała i czysta. Nietknięta spustoszeniami, których kapitan doświadczył osobiście. A poza tym spokojna.

Morgan skrzywił się i oderwał wzrok od Ziemi. Popatrzył w dal, na czerń kosmosu. Na wysokiej orbicie nad stacją unosił się jeden z okrętów klasy Heros.

„Odyseusz”, król wojowników.

Stanowił prawdopodobnie najbardziej śmiercionośne połączenie technologii militarnych, jakie udało się stworzyć w historii zarówno Ziemi, jak i kolonii Priminae. Każdy z Herosów mógłby zapewne zniszczyć planetę, a nawet gwiazdę, o ile kapitan i załoga mieliby w sobie prawdziwego ducha kamikaze. Zwłaszcza „Odyseusz” wyrobił sobie wyjątkową reputację na Ziemi, a krążyły plotki, że również w koloniach.

Okrętem dowodził człowiek, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinien być dawno martwy. Jego załoga sprostała wyrobionej przy kapitanie opinii i była z niej bardzo dumna.

Jednak nowy okręt Passera różnił się od Herosów.

Kapitan opuścił pokład obserwacyjny i skierował się na odprawę, gdzie już go oczekiwano.

Admirał zerknęła znad biurka, gdy Morgan wszedł, i gestem nakazała, aby usiadł. Nawet w przeszłości Gracen nie przejmowała się formalnościami w stosunkach z podwładnymi, ale ostatnie wydarzenia chyba skłoniły ją do odrzucenia choćby resztek oficjalnego protokołu.

Drugiego mężczyzny w gabinecie nie dało się nie rozpoznać – to był Łazarz we własnej osobie, czyli kapitan Eric Stanton Weston.

Morgan zajął miejsce i zerknął na starszego kapitana. Przypomniał sobie, co o nim wiedział. Sam służył w marynarce od początków kariery, ale Weston zaczynał jako komandos i skakał po formacjach jak przysłowiowy konik polny. Nikt nie kwestionował jego kompetencji ani talentów taktycznych, chociaż Morgan niejeden raz słyszał złoś-liwe lub niechętne komentarze na temat strategii kapitana „Odyseusza”.

Eric na powitanie skinął Morganowi głową, ale nie odezwał się słowem. Passer go nie winił. On też wolał nie przerywać tego, czym zajmowała się właśnie admirał.

Gracen wreszcie podniosła głowę i z rozbawieniem popatrzyła na swoich kapitanów.

– Witam, panowie. Chciałam porozmawiać z wami dwoma, ponieważ w najbliższej przyszłości może się zdarzyć, że będziecie pracować razem.

Morgan wyprostował się, nie całkiem pewny, co to miało oznaczać.

Nie dostał nawet drobnych wskazówek, jakie będzie jego pierwsze zadanie, chociaż wiedział oczywiście, że wkrótce nadejdą w tej sprawie rozkazy. Jego okręt właśnie przeszedł testy i był gotów do lotu, podobnie jak załoga. Wieść o współpracy z Westonem oznaczała natomiast, że raczej nie należało oczekiwać służby przy Sztabie Układu Słonecznego.

„Dostaniemy zadanie w dalekiej przestrzeni kosmicznej”.

Weston na „Odyseuszu” został przydzielony do światów Priminae, miał też patrolować przestrzeń w jeszcze dalszym zasięgu. Stanowił grot włóczni sił zbrojnych, ale zajmował się również eksploracją kosmosu i pełnił rolę ambasadora Ziemi. Krążyły plotki, że „Odyseusz” wkrótce otrzyma długoterminową misję daleko poza przestrzenią zbadaną nawet przez Priminae.

Właśnie o takich zadaniach marzyli chyba wszyscy we flocie kosmicznej.

– O zadaniach „Odyseusza” porozmawiamy później, kapitanie. – Gracen spojrzała na Westona, a ten skinął głową. – W tej chwili skupmy się na „Autolikosie” kapitana Passera.

Niedawno wypuszczony ze stoczni OFK „Autolikos” był najnowszym dzieckiem Morgana, jego jedyną prawdziwą miłością i zapewne najwspanialszym kawałkiem stali we wszechświecie. Niszczyciel klasy Włóczęga był chyba ostatnią jednostką zaprojektowaną i skonstruowaną wyłącznie przez Ziemian, ponieważ Priminae zaproponowali pomoc w budowie nowej stoczni w Układzie Słonecznym w oparciu o własne specyfikacje.

– Chcemy, żeby „Autolikos” został wypróbowany w głębokim kosmosie – wyjaśniła admirał. – Jeżeli spełni nasze oczekiwania, będzie zajmował się zwiadem dalekiego zasięgu. Jak obaj panowie wiedzą, uzbrojenie „Autolikosa” nie dorównuje temu z „Odyseusza”, ale to nie znaczy, że można je lekceważyć.

– Bezwzględnie, admirał Gracen – zapewnił Passer z nieskrywaną dumą.

– Zwłaszcza biorąc pod uwagę, co udało się osiągnąć „Odysei”, która zapewne miała połowę tego, czym wypakowano „Auto” – dodał Weston, wspominając o swoim poprzednim, rozbitym okręcie. – Na pewno nie należę do tych, którzy nie doceniają potencjału Włóczęgów, pani admirał.

– Wiedziałam, że tak będzie – uśmiechnęła się lekko Gracen, po czym przeniosła spojrzenie na Passera i podsunęła mu po blacie kartę. – Pańskie rozkazy, kapitanie.

Morgan podniósł cienkie urządzenie, przycisnął do niego kciuk, żeby czujnik rozpoznał jego dane biometryczne. Rzut oka na streszczenie wystarczył – Passer przenikliwie spojrzał na zwierzchniczkę.

– Pani admirał?

– Dobrze pan przeczytał, kapitanie. W rozkazach jest lista gwiazd – odparła Gracen z powagą. – Obserwując te obiekty przez teleskop Webba, wykryto anomalie. Klasyfikowano je jako błędy, zjawiska naturalne i tym podobne... Ale wziąwszy pod uwagę, czego się dowiedzieliśmy o wrogach i ich umiejętnościach, nie możemy już sobie pozwolić na lekceważenie takich oznak.

– To prawda, pani admirał – mruknął Passer, nie przerywając czytania.

Rozkazy były jasne, nie musiał o nic więcej pytać.

Miał poprowadzić „Auto” na każdą z podejrzanych gwiazd, podejść na tyle blisko, na ile się ośmieli, a potem powrócić z każdą informacją, jaką uda mu się zdobyć. Najistotniejszym zadaniem było oczywiście sprawdzenie, czy dane ciało niebieskie nie stało się przyczółkiem wroga, który dokonał niedawno inwazji na Ziemię. Wszyscy wiedzieli, że Drasinowie gdzieś tam są, choć odkąd ostatni najeźdźcy zostali zniszczeni lub przegnani z Układu Słonecznego, nikt nie znalazł po nich śladu.

Nawet ich jedyna znana baza okazała się zupełnie pusta, pozostały tylko kolektory słoneczne rojące się na orbicie wokół gwiazdy, którą kiedyś zajęli Drasinowie.

Rodziło się zatem oczywiste pytanie, gdzie, do cholery, podział się wróg? Pytanie to zadawał sobie każdy przywódca polityczny na Ziemi... i w koloniach Priminae. Wszyscy też żądali odpowiedzi na wczoraj. Zadanie było zatem najwyższej wagi i Passer od razu zaczął się zastanawiać, dlaczego nie powierzono go zdecydowanie potężniejszemu „Odyseuszowi”, lecz właśnie „Autolikosowi”.

– Pani admirał... – Zerknął na Gracen. – Dlaczego właśnie „Auto”?

Admirał westchnęła, a Morgan zauważył, że Weston lekko zesztywniał. Robiło się interesująco.

– Eric? – Gracen zachęciła starszego kapitana.

Weston skinął głową, ale odezwał się dopiero po namyśle:

– W ostatniej bitwie odkryliśmy dość szybko, że rdzenie mocy Priminae mają jedną podstawową i potencjalnie zabójczą wadę. Owszem, zapewniają nadzwyczajnie wysokie zasoby energii dla uzbrojenia, grawitację i różne inne udogodnienia... ale też zakrzywiają czasoprzestrzeń i są zasilane masami planetarnymi.

Paser skinął głową. Tyle wiedział. Okręty budowane przez Priminae mogły dosłownie latać na czym się dało. Wszystko, co udało się znaleźć, byle miało masę, wrzucało się do rdzenia osobliwości, a ten funkcjonował na radiacji Hawkinga, produkowanej przez naturalne „parowanie” masy w osobliwości. To znaczyło, że jednostka Priminae naprawdę miała do dyspozycji tyle mocy, co społeczeństwo na całej planecie Ziemia, i jeszcze trochę więcej.

– Używanie mas planetarnych jako paliwa sprawia, że są one łatwo wykrywalne przez czujniki rejestrujące zmiany grawitacji – kontynuował Weston. – I, zupełnie jak w przypadku dawnych reaktorów jądrowych na pokładach okrętów morskich, nie da się wyłączyć rdzenia, gdyby trzeba się gdzieś przemknąć.

Morgan od razu zrozumiał, dlaczego niewątpliwie słabo zasilane i raczej przestarzałe okręty klasy Włóczęga nigdy nie zostały wycofane z planów stoczni. Zasilały je o wiele bardziej niestabilne i o wiele mniej wydajne reaktory materii-antymaterii, ale żaden nawet nie zbliżył się do progu wykrywalności jakichkolwiek czujników grawitacji.

– No tak. Jestem zaskoczony, że nie ma tego w moim omówieniu zadań – zauważył z nieskrywaną ciekawością.

– Chcemy, aby ta informacja pozostała ściśle tajna – odparła Gracen. – I właśnie dlatego zamierzamy celowo ograniczyć pańskie kontakty z Priminae.

– Myślałem, że to nasi sojusznicy, pani admirał.

– Owszem, i to dobrzy – przyznała Gracen. – Jednak tajemnicza grupa, która napuściła na nich Drasinów, używała okrętów o specyfikacjach przypominających niemal pod każdym względem sygnatury jednostek Priminae. Nie wiemy, skąd się wzięły takie specyfikacje, kapitanie, i dopóki się nie dowiemy, lepiej, żeby Ziemia zatrzymała parę asów w rękawie.

– Tak jest, pani admirał.

– Gdy tylko ostatnie przeglądy zostaną zakończone, chcę, żeby „Auto” rozpoczął zwiad na podejrzanych gwiazdach. Niech pan będzie dokładny, upewni się, ale nie da się złapać. Nie dostanie pan zbyt wielkiego wsparcia.

– A w ogóle będę miał jakieś wsparcie?

– Właśnie dlatego tu jestem – odezwał się Eric Weston. – „Odyseusz” również dostał zadanie w głębokim kosmosie.

– I będzie pańskim kontaktem w sytuacjach alarmowych – potwierdziła Gracen. – „Odyseusz” ma moc pozwalającą na osiągnięcie pełnego zakresu obustronnej łączności nadświetlnej.

Passer gwizdnął cicho, ponieważ miał świadomość, jakiej mocy wymaga taka komunikacja. Właśnie ta informacja, nie abstrakcyjne porównania, pozwoliła mu oszacować, jak wielką energią dysponują jednostki klasy Heros. Systemy łączności nadświetlnej budowano rzadko, ponieważ nawet na Ziemi trudno było o wymagane ilości energii.

– Załoga „Odyseusza” będzie w stałej gotowości. Odpowiemy najszybciej, jak zdołamy – zapewnił Weston. – Ale niech pan pamięta, że kosmos jest wielki.

Morgan skinął głową.

– Mam nadzieję, że wzywanie was nie będzie konieczne – postarał się, aby w jego głosie zabrzmiała pewność, której wcale nie czuł.

– Dobrze – powiedziała Gracen. – Nie każę panu trzymać się z daleka od przestrzeni Priminae, ale proszę, żeby nie spędzał pan tam za wiele czasu.

– Przyjąłem, pani admirał.

– Chociaż wiem, że ma pan już skompletowaną załogę na pokładzie, doślę jeszcze paru specjalistów, którzy przydadzą się w wyjątkowych sytuacjach.

Eric parsknął, omal się nie roześmiał, a admirał posłała mu ostre spojrzenie. Morgan popatrzył na starszego kapitana z niepokojem. Miał zamiar zapytać, o co chodzi, ale nie był pewien, czy chce wiedzieć.

– Wyrazy współczucia, kapitanie – skrzywił się Weston. – Widziałem nazwiska z tej listy.

– Ci ludzie są najlepsi w tym, co robią – zapewniła Gracen.

– Och, bez wątpienia – zgodził się Eric. – Tyle że czasami to, co robią, może doprowadzić resztę załogi do szaleństwa.

– Cudownie – westchnął Morgan. Miał już do czynienia z tą odmianą gatunku Homo sapiens.

Ekscentryczni geniusze zawsze sprawiali kłopoty i bardzo utrudniali kapitanom życie na każdym okręcie marynarki. Passer musiał kiedyś przyjąć na pokład właśnie takiego osobnika i pozostały mu po tym nie najlepsze wspomnienia. Najtrudniej było właśnie na okrętach podwodnych albo kosmicznych, o wiele gorzej niż na jednostkach otwartych. Tłoczenie się w zamkniętej przestrzeni z kimś, kto nieustannie gra innym załogantom na nerwach, było proszeniem się o lawinę nieszczęść, jednak czasami należało to po prostu znieść.

„»Autolikos« przynajmniej jest większy i bardziej przestronny niż okręty podwodne, którymi dowodziłem” – pomyślał kapitan Passer. „A to już coś”.

– Poradzę sobie – mruknął, potrząsając głową. – Jakie są szanse, że natrafimy na Ul, taki jak ten, który znalazła „Odyseja”?

– Trudno powiedzieć, ale dostanie pan wszelkie skany wykonane przez „Odyseję”, żeby w razie czego można było robić porównania – odpowiedziała Gracen. – Jeżeli znajdzie pan jakiś Ul, może pan robić, co zechce, byle tylko pan przez niego nie przelatywał.

– Pani admirał nie żartuje – dodał Eric. – Okręt zostanienamierzony przez skanery grawitacyjne, niezależnie od tego, jak dobrze się zamaskuje.

Morgan uniósł brew.

Żeby wychwycić okręt rozmiarów „Autolikosa” na skanerach grawitacyjnych, trzeba by dysponować aparaturą skanującą wielkości... Skrzywił się, mrużąc oczy. Och. No właśnie. Aparaturą skanującą wielkości układu gwiezdnego.

– Załapał szybciej niż ja – roześmiał się Weston ponuro.

– Dziękuję za ostrzeżenie – westchnął Morgan. – Pewnie nie wpadłbym na to na polu walki.

– Niech mi pan wierzy, gdy tylko wrogowie zaczną pana namierzać, a pan ma świadomość, że mogą zobaczyć okręt... Od razu by się pan domyślił – zapewnił Weston. – W nieocenzurowanych raportach znajduje się więcej informacji. Już zostały przesłane na „Auto”.

Morgan skinął głową – nie miał nic więcej do dodania.

– Czy to wszystko, pani admirał?

– Tak, kapitanie. Chciałam tylko, żeby się panowie poznali przy okazji przekazania rozkazów. To wszystko, chyba że ma pan pytania.

Morgan pokręcił głową.

– W tej chwili nie, pani admirał.

Wstał, zasalutował Gracen i wyciągnął rękę do Westona. Eric oddał uścisk z uśmiechem.

– Niech pan na siebie uważa w kosmosie – powiedział. – Tam naprawdę są potwory.

– Wiem, kapitanie. Myślę, że teraz wszyscy już to wiemy.

– Nie da się ukryć. – Weston skinął głową, a Morgan się odwrócił.

– Kapitanie Weston, mamy jeszcze parę spraw do omówienia. Kapitanie Passer... powodzenia.

– Dziękuję, pani admirał. – Morgan zasalutował po raz drugi i wyszedł.

 

***

Z rozkazami w ręku Morganowi zrobiło się lżej na sercu, a jego krok stał się bardziej sprężysty, co bynajmniej nie miało nic wspólnego ze sztuczną grawitacją. Spodziewał się, że zostanie oddelegowany do patrolowania zewnętrznych obszarów Układu Słonecznego, czyli po prostu do kręcenia się tu i tam oraz wypatrywania kolejnej inwazji Drasinów. Bez wątpienia byłoby to ważne zadanie, ale śmiertelnie nudne.

Jednak powierzona mu misja spadła niczym przysłowiowy dar niebios, przynajmniej w odczuciu Morgana. Co prawda raczej nie zanosiło się, że zawita po drodze na któryś ze znanych zamieszkanych światów, ale jakoś zniesie to rozczarowanie.

„Autolikos” został przeznaczony do lotów w dalekim kosmosie, Morgan i jego załoga właśnie na takie zadania się pisali.

W przeciwieństwie do starej „Odysei” klasa Włóczęgów nie miała niekształtnego kadłuba. Żadnych bębnów rotacyjnych, żadnych wystających iglic ani odsłoniętych stanowisk. „Autolikos” wyglądał, jakby został zaprojektowany przez zespoły scenarzystów filmowych z dwudziestego wieku – wielokątne płytowe poszycie pancerza, a wszystko chowane i zamykane, żeby nie wystawało. Okręt miał niewielką sekcję radarową, ale obejmującą wszystko, co trzeba. „Auto” mógł się skutecznie ukrywać nawet na dystansie trzech kilometrów od każdego okrętu w Galaktyce. Zapewniały to maskujące płyty poszycia i smukła sylwetka. Oczywiście pod warunkiem, że załoga czegoś nie pokpi albo o czymś nie zapomni.

Co więcej jednak, kształt stanowił też dodatkową zaletę w obronie, ponieważ płyty maskujące mogły również odbijać ataki laserowe pod różnym kątem.

Niewielka wieżyczka rufowa służyła jako pokład obserwacyjny i mostek, ale i jej zaprojektowano możliwość ukrycia się pod wielokątnym pancerzem okrętu, gdy czarny ocean kosmosu okaże się wyjątkowo nieprzyjazny.

Morgan sprężyście kroczył przez port do śluzy łączącej okręt z dokiem. Chciał się nacieszyć ciążeniem po raz ostatni przed odlotem.

Jedyną wadą klasy Włóczęga był brak grawitacji.

Nawet z dodatkową mocą nowych reaktorów materii-antymaterii po prostu nie było dość energii na generatory grawitacji. Co gorsza, w małym kadłubie brakowało też miejsca na rotujące habitaty, co znaczyło, że całą wyprawę załoga spędzi w nieważkości. Początkowo wydawało się to nawet zabawne, ale szybko zaczęło tylko denerwować.

Przy śluzie stał marine. Na widok Morgana zasalutował.

– Sir.

– Powiadom oficera wachtowego, że wróciłem – polecił Morgan, oddawszy salut.

– Tak jest, sir.

Gdy tylko minął czerwoną linię na podłodze i wszedł do tunelu załadunkowego, Morgan poczuł spadek ciążenia. Odbił się i skierował do okrętu, korygując tor ruchu przez odpychanie się od wewnętrznej ściany tuby nogami lub rękami. Pokonanie całej drogi zajęło parę minut ze względu na długość tunelu, trudno też było wykonać gładki ślizg – Morgan musiał pilnować, żeby nie odbijać się o ścianę jak piłka.

Gdy wyszedł na drugim końcu, poleciał do ładowni „Autolikosa” z większą gracją niż w tunelu.

– Witam z powrotem, kapitanie.

– Dziękuję, bosmanie.

Zaraz potem w korytarzu zauważył oficera wachtowego.

– Poruczniku?

– Sir... – Porucznik Burke nie zasalutował. Był to jeden ze zwyczajów, które zarzucili, głównie z powodu właśnie nieważkości. Dlatego porucznik tylko cofnął się, aby zrobić przejście. – Dostałem wiadomość, że pan wraca.

– Wiem. Pozwolenie na wejście na pokład?

– Tak jest, kapitanie – Burke wyszczerzył się w uśmiechu. – Mamy już rozkazy?

– Owszem, poruczniku. Później poinformuję wszystkich na odprawie. – Morgan pozwolił sobie na zadowolony, a nawet, gdyby się dobrze przyjrzeć, przebiegły uśmieszek. – Ale już mogę powiedzieć, że nikt nie będzie rozczarowany.

– Świetnie, sir.

Morgan prześlizgnął się obok porucznika i złapał za uchwyt w głównym korytarzu. Przycisnął biometryczny guzik na rączce i wydał komendę:

– Na mostek.

Uchwyt powoli zaczął nabierać prędkości i ciągnąć Morgana przez długość okrętu. Droga na mostek biegła niemal cały czas prosto, więc tuż za ostrym zakrętem urządzenie rozpędziło się do maksimum.

Inni członkowie załogi przepływali w różnych kierunkach i salutowali powoli, gdy Morgan ich mijał. Ich zachowanie nie wynikało ze słabej dyscypliny, lecz z przystosowania do panujących na pokładzie warunków – okazało się, że nieważkość i ciasnota pomieszczeń na okręcie takim jak „Auto” znacznie utrudniają zachowanie tradycyjnego protokołu. Morgan postanowił zamienić słowo z oficerami, żeby przypomnieli załodze, że salutowanie przestało być obowiązkowe, ale wiedział, że przyzwyczajenie się do nowych zasad zabierze trochę czasu.

Uchwyt zawibrował przy hamowaniu, a Morgana szarpnęło. Stopy poleciały do przodu, gdy wciąż się trzymał rączki. Na mostek prowadziła wielka, ciężka śluza, w tej chwili otwarta na oścież. Metr za nią znajdowała się ściana, która służyła głównie do tego, aby ludzie nie wpadali na mostek z korytarza. Morgan wylądował na ścianie, zamortyzował resztki pędu nogami i przerzucił się na drugą stronę, aby znaleźć się w pomieszczeniu dowodzenia.

– Kapitan na mostku!

– Jak widać – mruknął Morgan i zajął środkowy fotel. Przerzucił pasy przez ramię, ale nie miał zamiaru fatygować się z ich zapięciem.

Wieżyczka „Autolikosa” była wysunięta, więc z mostka roztaczał się panoramiczny widok na przestrzeń okołoziemską, a także na stację na tle Ziemi. Była to spektakularna sceneria, jednak kapitan miał ważniejsze sprawy na głowie.

– Spotkanie z admirał się udało?

Morgan skinął głową, ale na razie musiał się skupić na wprowadzeniu kodów do komputera i załadowaniu danych z raportów dołączonych do rozkazów. Dopiero gdy skończył, podniósł głowę, żeby odpowiedzieć.

– Tak, bardzo dobrze, komandor Li – w jego głosie zabrzmiała satysfakcja.

Komandor Daiyu Li była jego pierwszym oficerem i pomimo początkowych wątpliwości, czy powinno się umieszczać w załodze oficera Bloku, podczas ćwiczeń Morgan nauczył się szanować tę wyjątkową Chinkę. Jeśli chodziło o dyscyplinę, komandor była jeszcze bardziej surowa niż Passer, ale na szczęście doskonale zdawała sobie sprawę, że to, co sprawdzało się poza okrętem, niekoniecznie musiało być dobrym pomysłem na pokładzie „Autolikosa”.

Daiyu Li została przydzielona na okręt jako członek zespołu naukowego, a funkcję pierwszej oficer dostała później. Była chyba jedną z najwyżej ośmiu osób, które naprawdę rozumiały działanie napędu zakrzywiającego przestrzeń, używanego przez okręty nowej klasy.

– Domyślam się, że otrzymał pan rozkazy? – zauważyła.

– Owszem. – Kapitan wcisnął kilka klawiszy, aby otworzyć plik od Gracen na ekranie, po czym przesunął go gestem na ekran pierwszej oficer. – Proszę spojrzeć.

Daiyu zaczęła czytać, więc Morgan zajrzał do raportów „Odysei” o konstrukcie Dysona odkrytym parę lat temu.

Struktura Dysona, dopóki jej nie znaleziono, uważana była za wyłącznie teoretyczną megakonstrukcję, którą można by wybudować wokół gwiazdy, aby wykorzystywać uwalnianą przez nią energię. W teorii taka struktura mogłaby miećkształty od pierścienia po skorupę. Drasinowie nie zbudowali czegoś tak szalonego, chociaż w odczuciu kapitana Passera byli tego bliscy.

Chmura Dysona odkryta przez „Odyseję” była dwupoziomowym, położonym na orbicie wstecznej rojem kolektorów, które wychwytywały szacunkowo dziewięćdziesiąt osiem procent energii emitowanej przez gwiazdę. Do czego byłaby potrzebna tak ogromna moc, pozostało pytaniem, na które nikt nie znał odpowiedzi. Najbardziej prawdopodobna wydawała się hipoteza postawiona w raporcie, że zapewne Drasinowie dysponują jakąś formą systemów konwersji energii w materię, wspomagających multiplikację osobników ich rasy.

Niestety, nie zdobyto żadnych, nawet ogólnych danych, które pozwalałyby wyciągnąć takie wnioski, zatem była to tylko hipoteza.

– Interesujące – odezwała się ze stanowiska obok Li. – Bardzo interesujące.

– Prawda? – uśmiechnął się Morgan. – Spodziewałem się co najwyżej patroli w rejonie naszego układu, ale nie tego.

– Podobnie jak ja. Nawet „Odyseusz” nie dostał pozwolenia na manewry w tak dalekim kosmosie.

Kapitan pokiwał głową.

– Podejrzewam, że dowództwo chce na razie zatrzymać Westona i jego załogę jak najbliżej Priminae. Weston i jego ludzie uważani są tam za bohaterów i zapewne przyczyniają się do uzyskiwania jak największej pomocy od sojuszników. Na Ziemi wciąż trwa odbudowa, więc każda pomoc się liczy. Założę się też, że ambasador uwielbia pokazywać się z załogą „Odyseusza” przy każdej nadarzającej się okazji.

Li skinęła głową, ale jej twarz nieco spochmurniała.

Morgan nie ciągnął tematu, nie próbował nic wyjaśniać. Wiedział, że niewiele by to zmieniło. Osoba kapitana Westona budziła spore kontrowersje, zwłaszcza u oficerów Bloku, którzy walczyli na wojnie. Pozostało wielu, którzy chętnie pozbyliby się gwiazdy sił Konfederacji, wielu także żywiło do kapitana „Odyseusza” osobistą niechęć.

Passer uważał, że Daiyu należy do tej ostatniej grupy, ale nie wiedział, czym było to spowodowane... Jeszcze nie. Teczka personalna komandor została ocenzurowana, nawet dla poziomu dostępu kapitana, co go denerwowało, choć ani trochę nie zaskakiwało, skoro Li należała do oficerów związanych z programem badań napędu nadświetlnego Konfederacji. Dane ludzi pracujących przy projekcie tranzycji nie mogły być przecież powszechnie dostępne.

– Proszę przygotować wytyczne dla porannej zmiany – polecił kapitan. – Przepustki są anulowane. Mamy rozkazy. Opuszczamy przestrzeń okołoziemską jutro wieczorem.

– Tak jest, sir – potwierdziła komandor. – Wszyscy zostali powiadomieni, że w każdej chwili mogą dostać wezwanie na okręt.

– Dobrze. Chcę być gotów jak najszybciej do odlotu.

Żadne z nich nie musiało mówić, co myśli. Lepiej jak najszybciej opuścić Układ Słoneczny, zanim sztab się rozmyśli i anuluje rozkazy. Och, nie było to prawdopodobne, ale i Morgan, i Daiyu woleli czym prędzej odlecieć w daleką przestrzeń i nie wyzywać losu.

– Tak jest, kapitanie – odpowiedziała pierwsza oficer, z lekkim wahaniem używając zachodniej formy wojskowej.

Daiyu wypięła się z fotela i podryfowała swobodnie. Łapała za uchwyty na suficie, gdy przemieszczała się na stanowisko z tyłu, aby porozmawiać z oficerem wachtowym. Morgan rozsiadł się wygodniej i zaczął czytać pakiet informacji załączony do rozkazów.

Od razu stało się dla niego jasne, że „Odyseja” miała nieprawdopodobne szczęście. Pecha również, biorąc pod uwagę konsekwencje jej działań, ale choćby to, że natknęła się tak po prostu na strukturę Dysona i wyszła z tego cało, niemal zniszczyło wiarę Morgana w rozkład statystyczny.

Istnienie struktur Dysona było w ogóle niewiarygodne i nieprawdopodobne z prostego powodu – gdyby cywilizacja osiągnęła możliwość budowy takiej konstrukcji, już by jej nie potrzebowała. Poziom zaawansowania technologicznego wymagany do budowy nawet najprostszej struktury Dysona o niebo przewyższał możliwości ziemskiej technologii czy nawet technologii Priminae. W przekonaniu Morgana każda cywilizacja zdolna do budowy takiej megastruktury powinna rozgnieść „Odyseję” jak robaka.

Kapitana Passera niepokoił również brak odpowiedzi na wiele istotnych pytań dotyczących zarówno Drasinów, jak i tajemniczej rasy, która trzymała drony na smyczy. Wyczuwało się wyraźną różnicę osobowości między oboma gatunkami i Morgan podejrzewał, że poznanie przyczyny tej rozbieżności może być bardzo istotne dla przetrwania Ziemi we wrogiej, jak się okazało, Galaktyce.

 

***

Komandor Li przejechała pętlą na torach wzdłuż osi „Autolikosa” do maszynowni. W jednostkach klasy Włóczęga maszynownia znajdowała się na śródokręciu, głęboko we wnętrzu kadłuba, aby była chroniona przed atakiem albo wypadkami. W odróżnieniu na przykład od okrętów takich jak „Weifang”, których jedyną wadą było właśnie zbyt wyeksponowane położenie maszynowni. Zniszczenie kadłuba przez lasery wroga rozhermetyzowało sporo sekcji i znacznie utrudniło zarówno naprawy, jak i kontrolę uszkodzeń.

Uchwyt transportowy zwolnił i stopy komandor poleciały do przodu. Daiyu była na to przygotowana – wylądowała na „ściance odbojowej”, co bez wątpienia wyglądało zabawnie. Bez trudu wytraciła impet i przeskoczyła przez barierę na pokład.

Maszynownia była zarazem największym i najbardziej zapchanym pomieszczeniem na okręcie. Daiyu nie miała zamiaru wchodzić dalej, niż to konieczne. Nie znała się na maszynach i szczerze powiedziawszy, przerażały ją znajdujące się tutaj urządzenia.

– Komandor Li.

Daiyu podleciała do mężczyzny, skinęła uprzejmie głową, gdy tylko złapała uchwyt i ustawiła się tak, aby twarze jej i rozmówcy znajdowały się naprzeciw siebie.

– Bosmanie – przywitała przysadzistego inżyniera. – Kapitan chce, żeby okręt był gotowy do odlotu jutro na trzeciej wachcie.

Bosman Xiang Feng pokiwał głową.

– Przyjąłem. Poinformuję swojego zastępcę. Będziemy gotowi.

Daiyu wiedziała, że Feng mówi o bosmanie Doohanie, kanadyjskim inżynierze nadzorującym sekcję napędu tranzycyjnego oraz główny reaktor. Xiang był czołowym ekspertem od wykorzystywanych przez Blok równań Alcubierre’a, które zapewniały „Autolikosowi” bezreakcyjny napęd kosmiczny, ale Doohan należał do najlepszych techników Konfederacji i specjalistów od technologii tranzycji, świetnie znał się również na generatorze antymaterii.

„Auto” stanowił właściwie sumę kontrastów. Wielu najlepszych ekspertów z dwóch bardzo różnych kultur znalazło się na jednym pokładzie, aby dokonać czegoś ważnego. Daiyu zamierzała zadbać, aby to się udało.

– Bardzo dobrze, bosmanie.

– To oczywiście znaczy, że dostaliśmy rozkazy – zauważył Xiang.

Daiyu potwierdziła skinieniem głowy.

– Kapitan ogłosi to wkrótce, ale myślę, że nie będzie pan rozczarowany.

Xiang uśmiechnął się szeroko.

– Zatem mam nadzieję, że czeka nas daleki kosmos?

– Kapitan wszystko powie – zapewniła go surowo komandor Li, ale zaraz przewróciła oczami z lekkim uśmiechem.

–Będę niecierpliwie czekał na słowa kapitana – uśmiechnął się Xiang i wcale nie próbował tego ukryć.

Na pokładzie „Auto” nie było chyba nikogo, kto nie wyczekiwałby na pierwsze zadanie. Co prawda nikt nie pisał się na patrolowanie najbliższych obszarów Układu Słonecznego, ale też po inwazji żaden załogant nie narzekałby na takie obowiązki. Jednak chociaż patrole były niewątpliwie konieczne, jedynym powodem, dla którego zaciągano się do Floty Kosmicznej, była szansa wyprawy w daleki kosmos.

 

***

Kapitan Passer skończył pracę późno, ale niechętnie kładł się spać. Nie był dowódcą, którego określa się mianem służbisty, nie należał też pod żadnym względem do leniwych, ale z pewnością nikt nie nazwałby go żywiołowym. Tym razem jednak musiał przyznać, że z trudem panował nad emocjami.

Czuł się tak, jakby po raz pierwszy miał wypłynąć na głębokie morze, chociaż przeżył to przecież wiele lat temu, i jakby po raz pierwszy obejmował dowództwo okrętu. Otwierała się przed nim zupełnie nieznana przyszłość i nieznane możliwości.

Passer skrzywił się, gdy usiadł na wąskiej „pryczy” w swojej równie wąskiej kajucie. Na „Auto” nie było takich wygód, jak na „Odysei” czy „Enterprise”, nie wspominając nawet o bezwstydnym luksusie na „Odyseuszu” i reszcie Herosów. Morgan jednak uważał, że to dobrze – służył przecież w Podwodnej Flocie Pacyfiku. Luksusy miało się na przepustce, nie na służbie.

Do spania w nieważkości trzeba było się przyzwyczaić, ale kiedy już tak się stało, człowiek sypiał lepiej i budził się bardziej wypoczęty, niż można sobie wyobrazić. Oczywiście potem się za to płaciło – kuracją w związku z utratą masy kości i ekstremalnie ciężkim reżimem ćwiczeń fizycznych. Jednak na razie Morgan ułożył się wygodnie jak w prawdziwym łóżku. Z jakiegoś powodu lepiej było ustawić się tak, jakby panowało tu normalne ciążenie.

Z iście herkulesową determinacją – ironiczna metafora wydała mu się zabawna – Morgan zamknął oczy i zasnął.

Rozdział 2

Kapitan Passer przypiął się do fotela przy stanowisku dowodzenia. Tylko częściowo poświęcał uwagę krzątaninie na mostku. Za personelem i wyposażeniem rysowały się ostre kontury stacji Unity na tle krzywizny Ziemi i iskrzące linie montowanej właśnie sieci kontroli pogody.

Jednym z najbardziej dotkliwych skutków ubocznych inwazji okazały się ogromne zmiany w klimacie planety, wywołane przez pył, zanieczyszczenia oraz mnóstwo innych czynników. Nowa sieć satelitów ze zwierciadłami miała, przynajmniej w teorii, umożliwić skierowanie promieni słońca na obszary, które ich najbardziej potrzebowały, oraz zmniejszyć naświetlenie tam, gdzie czyniło szkody.

Passer nie był pewien, czy taka sieć to dobry pomysł, ale miniepoka lodowcowa wywołała chaos na północnych długościach geograficznych, a pozostałości fali upałów z zeszłego wieku mieszały się z co bardziej paskudnymi zanieczyszczeniami niesionymi przez silne sztormy. Bardzo utrudniało to życie na najgęściej zaludnionych terenach na planecie. Zapewne coś z tym należało zrobić. Oby błędy popełnione przy tym nowym systemie okazały się na tyle małe, żeby dało się je łatwo skorygować.

Nie był to problem Morgana. W tej chwili miał własne obowiązki na głowie.

Dokładnie sprawdził odczyty systemów na swoim stanowisku. Z zadowoleniem stwierdził, że wszystkie pozycje z listy podświetlały się na śliczny zielony kolor. Co znaczyło, że okrętowi nie grożą żadne nieprzyjemne niespodzianki, a to z kolei bardzo dobrze wróżyło zbliżającej się wyprawie. Gdyby „Auto” miał teraz poważne opóźnienie, sztab mógłby przydzielić jego zadanie innej jednostce. Na szczęście wszystko było w porządku, więc Morgan wyciągnął z sufitu końcówkę systemu łączności wewnętrznej.

W przeciwieństwie do „Odysei” i „Odyseusza” oraz innych jednostek z symulowaną lub wytwarzaną grawitacją na „Autolikosie” nie można było pozwolić sobie na bezprzewodowe komunikatory czy inne drobne urządzenia, które, gdyby o nich zapomnieć, latałyby swobodnie po okręcie. Końcówka komunikatora była połączona z urządzeniami spiralnym kablem. Wyglądał staroświecko, choć nie było w nim ani grama miedzi – światłowód doskonale utrzymywał połączenie i na dodatek nie ulegał zakłóceniom od promieniowania.

– Do wszystkich, do wszystkich. Mówi kapitan. – Morgan pochylił się do mikrofonu, a jego głos poniósł się po całym okręcie. – Z pewnością większość słyszała już pogłoski o naszych rozkazach, żeby jednak uniknąć wszelkich niejasności, oto one.

Przerwał na chwilę i uśmiechnął się krzywo.

– Kapitan i załoga „Autolikosa” mają polecieć do wybranych gwiazd wskazanych przez astronomów prowadzących obserwacje przez teleskop kosmiczny Jamesa Webba. Naszym zadaniem jest upewnić się, że tych systemów gwiezdnych nie zajęli Drasinowie.

Ponownie zrobił pauzę, aby dać wszystkim czas na przetrawienie informacji.

– Oczywiście rozkazy są bardziej szczegółowe, ale reszta to paplanina. Po tym, co znalazła „Odyseja”, oraz po tym, co nastąpiło w konsekwencji tego odkrycia, nie możemy sobie pozwolić, żeby wredne dranie z kosmosu znowu pałętały się po okolicy. Nie zostaliśmy wysłani do walki. Nie takie jest nasze zadanie. Ale mamy ich wytropić i oznaczyć, a potem wezwać kawalerię.

Członkowie załogi na mostku milczeli, wpatrzeni w dowódcę, a Morgan wiedział, że reszta ludzi na okręcie wygląda i czuje podobnie.

– Nie prosiliśmy o wojnę. Do diabła, nie jestem nawet pewien, czy te... rzeczy... rozumieją, co to jest wojna. Jeżeli jednak nie... – skrzywił się ponuro – nauczymy obcych, co dokładnie oznacza to pojęcie. To wszystko. Passer, bez odbioru.

Wyłączył komunikator i wsunął mikrofon do uchwytu.

– Ładna przemowa.

– Zbyt emocjonalna? – zapytał Morgan ze skrywanym uśmiechem, podczas gdy Daiyu kończyła coś robić na swoim stanowisku.

Wzruszyła ramionami.

– Zastanawiałam się tylko, czy wygłaszał pan podobne przemowy o nas.

– Więcej niż raz – zapewnił szczerze.

– To dobrze. – Komandor skinęła głową.

Morgan popatrzył na nią z rozbawieniem.

– Dobrze?

– To znaczy, że traktował nas pan poważnie.

Kapitan zachichotał.

– Przekonajmy się o tym w drodze.

– Tak, kapitanie. – Daiyu odwróciła się do stanowiska sterowania. – Sternik. Silniki jedna trzecia mocy, kurs dziewięć-dziewięć-osiem-jeden-zero, odchylenie minus trzy stopnie.

– Tak jest, pani komandor. – Młoda porucznik przy sterze skinęła głową i wpisała podane liczby. – Silniki się rozgrzewają, nowy kurs wprowadzony. Pełna gotowość do odlotu.

– Naprzód – rozkazał Morgan. – Jedna trzecia mocy. I żadnej grawitacji.

– Tak jest, kapitanie. Jedna trzecia naprzód, tylko odrzut. Żadnej grawitacji.

„Autolikos” nie zahuczał, co najwyżej zamruczał, gdy odpalił silniki, które powoli oderwały go od Unity. Tak blisko stacji kosmicznej nie można było używać napędu Alcubierre’a – istniało zbyt wielkie ryzyko wytrącenia kompleksu z orbity. Nawet drobne korekty tak dużej konstrukcji jak Unity niosły ze sobą bardzo wysokie koszty.

Dlatego „Auto” opuszczał orbitę Ziemi dosłownie jak ślimak i z mozołem wznosił się ze studni grawitacyjnej planety na bardziej otwartą przestrzeń okołoksiężycową. Po dwudziestu minutach nareszcie wszelkie przeszkody znalazły się daleko. Gdyby istniała dawna sieć satelitów, ten lot trwałby co najmniej godzinę dłużej, jednak sieć orbitalna została zniszczona w pierwszych godzinach inwazji.

– Wiadomość z Unity, kapitanie. Mamy pozwolenie na użycie napędu gwiezdnego.

– Przyjąłem. Proszę przekazać stacji podziękowania, komandor Li – odetchnął Morgan. – Utrzymać kurs, włączyć napęd gwiezdny na jedną czwartą przyśpieszenia i tak trzymać.

– Tak jest, kapitanie. Jedna czwarta i trzymać za pięć... cztery...

Passer nie słuchał odliczania, lecz skupił się na odległym jęku włączającego się reaktora. Reaktor materii-antymaterii był dla Morgana najbardziej przerażającym osiągnięciem technologii. Kapitan odbył podczas szkolenia kilka skoków z napędem tranzycyjnym, a reaktor stanowił jedyny sposób na uzyskanie odpowiedniego poziomu zasilania bez pomocy techniki obcych, z którą ludzie wciąż jeszcze się zmagali.

„Autolikos” dysponował dziesięciokrotnie wyższym poziomem mocy niż „Odyseja”, choć była to zaledwie drobina w porównaniu z Herosami. Jednak za taką moc słono się płaciło, o czym w ostatnich dniach inwazji przekonał się na własnej skórze kapitan Weston.

Rdzenie grawitacyjne jednostek klasy Heros były potężne, to prawda, jednak ich masę mierzyło się w odniesieniu do wielkościplanetarnych.Nawet na wpół ślepy idiota z prymitywnym systemem odczytów grawitacji mógł wykryć każdy z tych okrętów w odległości stu jednostek astronomicznych.

„Autolikos” jednakowoż miał masę co najwyżej małej asteroidy. Nawet gdyby się szukało, nie można było go wykryć, chyba że znajdowałby się dokładnie przed szukającym. I choćby dlatego Morgan wolał swój ciasny okręt. Chociaż od czasu do czasu zazdrościł Herosom grawitacji i przestronności, jednak Włóczęga był taki, jak powinien.

– Zbliżamy się do Księżyca od sterburty, kapitanie.

Morgan spojrzał w prawo przez wielkie pancerne iluminatory, które otaczały mostek. Księżyc wydawał się bliżej, niż można się było spodziewać. Kapitan sprawdził kurs, który wprowadziła pierwsza oficer, i zauważył zaintrygowany, że wybrała bardzo niski przelot nad powierzchnią ziemskiego satelity.

Kapitanowi specjalnie to nie przeszkadzało, jednak chciał zaspokoić ciekawość.

– Dlaczego tak blisko? – zapytał, przekrzywiwszy lekko głowę.

Daiyu wzruszyła ramionami.

– Kiedy dorastałam, bardzo chciałam zobaczyć Księżyc tak, jak pierwsi astronauci. Teraz nadarzyła się okazja, a kurs pozwoli oszczędzić piętnaście procent energii.

Morgan sprawdził ponownie dane i uśmiechnął się lekko, bo kurs wyznaczony przez Daiyu wykorzystywał pole grawitacyjne Księżyca, żeby wystrzelić okręt na trajektorię ucieczki ze studni grawitacyjnej Słońca. Była to porządna robota nawigacyjna, choć zapewne niekonieczna przy nowym napędzie gwiezdnym. Jednak w jednostkach starszych klas taki kurs oszczędziłby przynajmniej kilkaset ton paliwa.

– Zawsze warto poćwiczyć prawidłowe prowadzenie okrętu kosmicznego – zgodził się Morgan. – Proszę podziwiać widoki, skoro jest okazja.

– Dziękuję, kapitanie.

Daiyu odpięła pasy i popłynęła do panoramicznego okna.

„Autolikos” przemknął nisko nad Księżycem, najwyżej kilkadziesiąt kilometrów. Zapewne poruszył lunarny regolit. Morgan wyobraził sobie, że przy przelocie na tak niskim pułapie powietrze łomocze pod kadłubem... Gdyby było jakieś powietrze. Fale grawitacyjne nie potrzebowały jednak atmosfery, żeby się roznosić, więc bez wątpienia okręt wywołał wstrząsy powierzchni nawet w ciszy kosmosu.

„Autolikos” prześlizgnął się nad lunarnym horyzontem i zaczął uciekać w głęboką przestrzeń na zewnątrz Układu Słonecznego. Księżyc i Ziemia zostawały za rufą. Widać je było przez tylny iluminator, ale już gwałtownie malały. Z przodu Morgan nie widział nic, tylko czerń.

– Ruszajmy do heliopauzy, pani porucznik – rozkazał sternikowi. – Cała naprzód.

– Tak jest, kapitanie. Cała naprzód.

 

***

Admirał Gracen stała w kopule obserwacyjnej Unity i patrzyła na malejące światełko wskazujące lokalizację „Autolikosa”. Smukły okręt znikał w czerni kosmosu. Admirał zastanawiała się, czy kapitan albo ktokolwiek z załogi naprawdę zdaje sobie sprawę, jak ważna jest ich misja.

Wątpliwe.

Zdawało się, że nie da się dość mocno podkreślić, jak wielkie zagrożenie stanowią drasińskie struktury Dysona. Admirał ciężko walczyła o choćby jeden okręt, który miałby tylko szukać megastruktur oraz wszystkich możliwych gniazd. Naprawdę nie było to zadanie łatwe.

Zbyt wielu ludzi uznało, że dzięki Herosom i sojuszowi z Priminae będzie można walczyć z Drasinami okręt w okręt. Działa tranzycyjne dawały sporą przewagę Ziemianom, a wielu przywódców było przekonanych, że jest to przewaga nie do przebicia. Eric Weston zamknął im usta jedną demonstracją. Wykorzystując napęd okrętu klasy Heros – „Odyseusza”, naturalnie – zdołał zakłócić reintegrację tachionów, co skutecznie „zabiło” wymierzone w niego ćwiczebne głowice taktyczne, zanim zdążyły się zmaterializować. Drasinowie i nieznani obcy używali tej samej podstawowej technologii co okręty klasy Heros. Eric wykazał, że tę sztuczkę można wykorzystać również do zakłócania napędu tranzycyjnego. I tym... cóż... zmroził admiralicji krew w żyłach. Atut Ziemi wkrótce zostanie przebity, zdaniem Gracen była to tylko kwestia czasu.

Atak stanowił zatem jedyną obronę.

Należało polecieć i sprawdzić, gdzie ukrywają się Drasinowie, a potem przenieść wojnę właśnie tam. Nie pozwolić im ponownie ruszyć na Ziemię. I tak byli tu o jeden raz za dużo – i wystarczy. Ludzkość nie miała prawa przeżyć inwazji – udało jej się tylko cudem.

– Powodzenia – szepnęła Amanda Gracen w ciemność nad głową i do znikającego szybko świetlnego punktu.

Tak wiele się działo, niestety, głównie były to kłopoty. Inwazja pchnęła mieszkańców Ziemi na skraj przepaści. Jeden fałszywy krok i ludzkość spadnie w otchłań – zniknie w mroku i nawet nie będzie miała czasu krzyknąć, żeby zaznaczyć jakoś swój upadek.

Zawrócić się jednak nie dało. Utrzymywanie starych nawyków byłoby równie katastrofalne jak taniec nad przepaścią. Ludzie nie mogli już sobie pozwolić na wojny między sobą i lekceważenie otaczającego ich wszechświata. Nie wolno im było zachowywać się jak niedojrzałe dzieci, które nie chcą się podzielić jakimś znalezionym właśnie żałosnym skarbem.

Nie, Gracen widziała wszechświat w całej jego chwale i grozie, dlatego w tym jednym zgadzała się całkowicie z Erikiem Westonem.

Ludzkość będzie musiała skoczyć w nieznane i cholernie szybko nauczyć się latać.

„A jeżeli nam się nie uda, wtedy obawiam się, że zwycięstwo nad Drasinami będzie ostatnim triumfem naszej rasy”.

 

***

Kiedy „Autolikos” przecinał orbitę Marsa, Morgan właśnie ćwiczył w sali gimnastycznej.

Kapitan nie chciał zobaczyć, co zostało z dawnej Czerwonej Planety. Mars stał się pomnikiem i świadectwem, co by się stało z Ziemią, gdyby ludzie mieli odrobinę mniej szczęścia. Stacja stałej obserwacji sprawdzała niszczejące drony, które zamarzały powoli w próżni po anihilacji planety, zmienionej w nowy pas asteroid.

Drasinowie do zdobycia Marsa użyli swojej standardowej taktyki. Najpierw wylądowało kilka dronów i zaczęło po prostu pożerać planetę, a potem się mnożyć. Nie było tutaj – jak na Ziemi – sił obronnych stacjonujących w pobliżu, a ci nieliczni, którzy próbowali stawić opór... cóż, zostali szybko wyeliminowani. Zanim jeszcze rozpoczęła się inwazja na Ziemię, Mars był już praktycznie stracony.

Utrata Czerwonej Planety przywróciła właściwą perspektywę większości ludzi, czego nie zdołała dokonać nawet inwazja. Za każdym razem, gdy ktokolwiek miał czelność twierdzić, że to przecież już koniec, wystarczyło jedynie pokazać obraz tego, co zostało z Marsa.

Z daleka wciąż wyglądał jak planeta. Dość było się jednak zbliżyć, a okazywało się, że kolor jest nieprawidłowy. Z jeszcze mniejszej odległości można było zobaczyć przerażające pająkowate kształty Drasinów i...

Właśnie to najbardziej mroziło krew w żyłach – nieważne, ile razy się pokazywało ten widok, zawsze zapadała cisza.

A potem wszystkim w głowie pozostawała tylko jedna myśl:

„Nie możemy pozwolić, aby to samo stało się z Ziemią”.

Morgan jednak nie potrzebował przypomnienia. Wolał spędzić trochę czasu, ćwicząc na rotacyjnym młynie, aby zapobiec odwapnieniu kości. Nie zamierzał leżeć sześć miesięcy na kuracji z powodu permanentnego uszkodzenia szkieletu. Miał za wiele do zrobienia.

Bieganie w podwójnym przeciążeniu było dużym wysiłkiem, ale alternatywa nie wchodziła w grę. Każdy członek załogi „Auto” musiał trzymać się ustalonego terminarza ćwiczeń, monitorowanego przez lekarza pokładowego.

Każdy, kto by się nie zastosował, zostałby odesłany na Ziemię przy najbliższej okazji – wydalenie nastąpiłoby po powrocie do domu albo nawet po spotkaniu z okrętem Priminae.

I nawet kapitan nie uniknąłby kary.

Gdy biegł, dostrzegł, jak bosman Doohan dryfuje obok, zaledwie na tyle, aby przypadkowo nie wpaść na biegacza.

– Tak, bosmanie? – Morgan nie zwolnił.

– Kapitanie, o ile wiem, chciał pan dostać raport sytuacyjny z maszynowni.

– Owszem. Jak idzie praca?

Bosman przez chwilę milczał. Wiedział, że jeżeli kapitan pyta o zagadnienia techniczne, jest to sprawa oficjalna. Och, doskonale zdawał sobie sprawę, czego kapitan chce się dowiedzieć, ale Doohan po prostu wolałby o tym nie mówić.

– Bosman Xiang jest... kompetentny.

Morgan prychnął.

– Xiang Feng jest wiodącym ekspertem technicznym od napędu gwiezdnego, bosmanie. Musi się pan bardziej postarać.

– Pewnie działa, kapitanie. Ten człowiek zna się na swojej robocie. – Doohan skrzywił się niechętnie. – Czy właśnie to chciał pan usłyszeć?

Morgan dodał nieco prędkości na kole, przebiegł jeden obrót, po czym odbił się i skoczył. Wystawił rękę i pozwolił, aby bosman przeciągnął go w środowisko nieważkości. Chwyciwszy ręcznik, wytarł się, rozważając, co powiedzieć.

– Bosmanie, wiem, że ma pan powody do niechęci wobec Bloku. – Morgan uniósł rękę. – Do diabła, wiem nawet, że są to uzasadnione powody. Kiedy wziąłem pana do załogi, powiedział pan, że sobie z tym poradzi. Mylił się pan?