Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Star Force. Tom 4. Podbój ebook

B.V. Larson

3.83333333333333 (6)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 388 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Star Force. Tom 4. Podbój - B.V. Larson

Kolejny rozdział bestsellerowej serii B.V. Larsona, króla Amazona. Wielka międzygwiezdna wojna między robotami a istotami żywymi trwa. Siły Gwiezdne ponownie muszą powstrzymać maszynowych najeźdźców – ale jak?

Kyle’owi Riggsowi udało się uwolnić Ziemię od makrosów, jednak za ogromną cenę. Wielkie maszyny już mu dłużej nie ufają. Jak wściekły pies, musi zostać wyeliminowany, a razem z nim Siły Gwiezdne. Jeśli ten plan się powiedzie, ludzkość czeka zagłada.

Opinie o ebooku Star Force. Tom 4. Podbój - B.V. Larson

Fragment ebooka Star Force. Tom 4. Podbój - B.V. Larson

Tytuł oryginału: Star Force #4. Conquest

Copyright © 2011 by Iron Tower Press, Inc.All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Kamila Borto, Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:Drageus Publishing House Sp. z o.o.ul. Kopernika 5/L600-367 Warszawae-mail:drageus@drageus.comwww.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-31-9 ISBN MOBI: 978-83-65661-32-6

Rozdział 1

Obudziłem się około południa pod łopoczącym baldachimem – rodzajem altany, którą postawiliśmy z Sandrą na południowym wybrzeżu wyspy Andros. Sporządziliśmy ją z pomarańczowego winylu, w stu procentach pozbawionego nanitów. Sandra nalegała, abyśmy odcięli się od obcej technologii. Okazało się, że klekotanie i inne dźwięki wywoływane przez nieustające wiatry bardziej mnie uspokajają, niż denerwują.

Głośno ziewając, uniosłem się na łokciu. Spojrzałem na biały piasek i krystaliczne, niebieskie wody Morza Karaibskiego. Sandra i ja wybraliśmy to miejsce na nasze krótkie wakacje między innymi dlatego, że nie było stąd widać żadnej z wież tworzących otaczający wyspę pierścień. Aby je zobaczyć, należało podejść do linii brzegowej i spojrzeć na wschód lub zachód. Kiedy spróbowałem to zrobić, wieże zauważyły mnie natychmiast. Najbliższe znajdowały się w odległości około dziewięciuset metrów, ale lasery zwróciły się w moją stronę, a skanery uważnie mnie studiowały. Czy byłem niegroźny, czy też może stanowiłem część sił przeciwnika starających się przeniknąć na teren wyspy? To dziwne uczucie – być ocenianym przez stworzone przez siebie samego oprogramowanie. Za każdym razem, kiedy pozwalało mi żyć o jedną dobę dłużej, obawiałem się, że następnym razem jego obcy mózg zmieni zdanie.

Dziś było smutno, jako że kończył się nasz krótki, trzydniowy urlop na plaży. Ukradłem dla nas tyle czasu, ile mogłem. My, marines, dotarliśmy w końcu na Ziemię, ale nie mogliśmy mieć pewności, że jesteśmy bezpieczni. Zagłada wciąż nad nami wisiała.

Po powrocie na Ziemię sześć dni spędziłem w szpitalu. Przez sześć długich dni nanity wewnątrz mojego ciała łatały jak mogły, łącząc i naprawiając kości, skórę, tkanki i organy wewnętrzne. Przez cały ten czas odczuwałem lęk. Teraz wiedziałem, jak czuli się ludzie w przeszłości, kiedy oczekiwali na nieuniknione nadejście swojej zguby.

Napoleon podczas ostatnich trzech dni pod Waterloo, Leonidas pod Termopilami… Hitler kryjący się w swoim bunkrze… Którym z nich byłem ja sam? Grałem rolę bohatera na ostatnim posterunku czy obłąkanego złoczyńcy niszczącego w swym szaleństwie wszystko, co kiedykolwiek kochał? Nie znałem odpowiedzi.

To nie ja zacząłem pierwszą wojnę z makrosami, bez względu na to, co mówili niektórzy komentatorzy. Najbardziej obraźliwe, fałszywe filmy wideo ukazywały mnie ściskającego ramię stumetrowemu stalowemu potworowi tuż przed zniszczeniem przez niego budynków, w których mieściły się przedszkole i szkoła. Dziwiłem się ogromowi pracy, jaką twórcy tych filmów włożyli, by ukazać mnie jako demona w pancerzu bojowym. Chciałbym im wszystkim dać po miotaczu, wiaderku nanitów i jednym makrosie, którym mieliby się zajmować. Niech spróbują ustanowić pokój z maszynami, podczas gdy ja będę komentował to z boku i oceniał ich decyzje.

Filmy tak mnie denerwowały, ponieważ choć to nie ja zacząłem wojnę, z całą pewnością przyczyniłem się do tego, jak teraz wyglądała, i temu nie mogłem zaprzeczyć. Krytyki, która boli najbardziej, zawsze należy wysłuchać, ponieważ jest najbliższa prawdy.

Opuściłem szpital tydzień wcześniej, niż zezwolili lekarze. Przez sześć dni leżałem, czytając sprawozdania finansowe i rozmawiając z ludźmi, którzy w mojej obecności stawali się nerwowi. Zupełnie jakby obawiali się zarazić śmiertelną chorobą. Miałem dość zarówno szpitalnego łóżka, jak i gości. Ich ciąg wydawał się nieskończony: celebryci przyjeżdżający z życzeniami, uściskami dłoni i ekipami telewizyjnymi, politycy umawiający się na prywatne spotkanie, na które zabierali kamerzystę, wojskowi pragnący wyciągnąć ze mnie jak najwięcej informacji, zanim mój mózg zmieni się w bezużyteczną papkę. Wiedziałem, że muszę natychmiast zacząć się ruszać. Tak więc zrobiłem.

Każdy dzień po wyjściu przypominał dzisiejszy. Najpierw budziłem się, wywołując tym falę bólu w gojących się żebrach. Potem starałem się o tym bólu zapomnieć. Ile razy mówiłem swoim marines, że ból to dobra rzecz? Dopóki go odczuwałeś, miałeś niepodważalny dowód, że nadal żyjesz.

Sandra przyprowadziła mnie tu, na miejsce naszego wypoczynku, wkrótce po moim wyjściu ze szpitala. Dziś, kiedy wróciła z muszlami zebranymi na plaży, położyła się obok mnie. Pocałowaliśmy się i uśmiechnęliśmy do siebie.

– To już koniec – powiedziałem. – Musimy wracać.

– Wiem, także to czuję – odparła. – Spędziliśmy tu za dużo czasu. Już nie potrafię się tym cieszyć. Nie mogę przestać myśleć o tym, co pod naszą nieobecność dzieje się w bazie.

Bez żadnej kłótni spakowaliśmy sprzęt na łazika i pojechaliśmy na północ, do Fort Pierre i dowództwa Sił Gwiezdnych.

Kiedy jechaliśmy nabrzeżem, a fale lizały opony pojazdu, ja nie mogłem przestać myśleć o makrosach, zastanawiając się, czy mógłbym zrobić coś inaczej. „Co się stało, to się nie odstanie” – powtarzałem sobie. Jeśli zacząłem nową wojnę, to najwyższy czas ją wygrać, a nie użalać się nad sobą i narzekać na sytuację. Nie było czasu na rozpamiętywanie błędów z przeszłości. Należało iść do przodu. Musiałem naprawić, co się dało, i oszukiwać w pozostałych wypadkach, aż do czasu, kiedy sprawy zaczną toczyć się po mojej myśli.

Po drodze do bazy trzymaliśmy się z Sandrą za ręce, ale prawie nie rozmawialiśmy. Oboje pogrążeni byliśmy we własnych rozważaniach. Im bliżej celu się znajdowaliśmy, tym myśli stawały się chmurniejsze.

Na miejsce dotarliśmy bez przygód. Zanim jednak przekroczyłem bramę, skontaktowałem się z pułkownikiem Barrerą[1] i Kwonem. Ten ostatni wrócił do stopnia starszego sierżanta i korpusu podoficerskiego, w którym czuł się jak w domu, nadal jednak pozostawał moją prawą ręką. Sandra znała już moje plany. Nikt się z nimi nie kłócił. Wszyscy wiedzieli, co powinno zostać zrobione.

Gdy spojrzałem na nowy budynek Dowództwa Floty, musiałem sobie przypomnieć, że zbudowałem Siły Gwiezdne prawie z niczego. Każde miejsce na wyspie Andros nosiło odciski moich palców. Począwszy od armii automatycznych wież, celujących z miotaczy laserowych do każdego przechodnia. Kiedy znajdowałem się w bazie, widziałem je zza betonowych ścian, śledzące każdą mewę, pływaka czy samolot. Klasyfikowały, identyfikowały i oceniały wszystko, co znalazło się w ich zasięgu. Zuważyłem kompanię marines ćwiczącą pomiędzy nimi, niezważającą, że wieże ich obserwują i są gotowe podjąć natychmiastowe działanie w stosunku do każdego człowieka, który przekroczyłby cienką linię dzielącą przyjaciela od wroga. Widocznie mieli zaufanie do mojego oprogramowania.

Crow również odcisnął swój ślad na organizacji i tym skrawku ziemi. Jeśli chodzi o pracę z nanitami, zrobił bardzo niewiele. Rzadko także wymyślał jakieś nowe rodzaje broni, by walczyć z makrosami. Za to z upodobaniem ozdabiał swoją kwaterę i biuro, o którym mówiono, że jest ogromne. Teraz, po raz pierwszy od powrotu, miałem wejść do nowego budynku. Tę wizytę odkładałem już zbyt długo.

Do gmachu Dowództwa Floty wszedłem we wtorek o godzinie trzynastej. W dłoniach miałem folder wypełniony sprawozdaniami finansowymi. Wcale nie podobało mi się to, co w nich znalazłem.

W zadziwiający sposób budynek pod moją nieobecność stał się czteropiętrowy. W tym momencie był drugi co do wielkości, po szpitalu. Roiło się tutaj od cywilnych pracowników sztabu. Większość z nich zajmowała się komputerami w swoich boksach. Przeszedłem wzdłuż rzędu takich przegródek, starając się nic po sobie nie pokazywać, ale miałem wrażenie, że nie do końca mi się to udało. Trudno było nie marszczyć brwi. Crow sam nie stworzył niczego. Mogłem sobie jedynie wyobrażać, jakim – wydrenowanym ze wszystkich nacji Ziemi – budżetem obracał.

Sam admirał urzędował w wielkim biurze na czwartym piętrze. Wokół tego pomieszczenia wydzielono mnóstwo pokoików dla armii urzędników. Kiedy wszedłem, zorientowałem się, że różnią się oni od tych na dole. Nie było tu ani jednego mężczyzny. Same zadziwiająco atrakcyjne kobiety, w zdecydowanej większości Azjatki.

Tu i tam stali strażnicy, uzbrojeni w konwencjonalne karabiny zamiast miotaczy. Tak stanowił nowy, wewnętrzny regulamin bazy, wprowadzony przez Crowa. Miotacze zakazane zostały w obecności cywili, nieposiadających ochrony przed blaskiem i promieniowaniem. Nie zgadzałem się z tą zasadą, ponieważ broń balistyczna nie miała prawie żadnego oddziaływania na makrosy ani nawet na naszych własnych marines.

Już wiedziałem, że dyscyplina żołnierzy, którzy pozostali w bazie, przedstawiała się bardzo marnie. Nie zostali wyszkoleni przez doświadczonych weteranów, takich jak starszy sierżant Kwon. Większość strażników siedziała na krawędzi biurek i bezwstydnie flirtowała z umiarkowanie zainteresowanymi urzędniczkami. Reszta zgromadziła się w pobliżu okien i paliła, stukając w ekrany smartfonów.

Doszedłem do drzwi biura Crowa o wymiarach cztery na cztery metry, wykonanych z mahoniu. Złote zatrzaski puściły, zanim zdążyłem ich dotknąć, i drzwi przesunęły się bezgłośnie na rolkach, wpuszczając mnie do środka. Na podłodze gabinetu leżał gruby, miękki, pomarańczowy dywan. Łopaty wentylatorów w kształcie liści palmowych wolno obracały się nad głowami. Centrum pomieszczenia zajmowało wielkie biurko z drzewa różanego.

Na samym środku pomieszczenia czekał na mnie Crow. Jego niebieskie oczy były szeroko otwarte, podobnie jak wyszczerzone w uśmiechu usta. Opalona na czerwono twarz podkreślała biel dużych, kwadratowych zębów.

– Proszę wejść, pułkowniku! – powitał mnie, wykonując zapraszający gest ręką. – Nie spodziewałem się, że tak prędko zakończy pan urlop, ale cieszę się, że pan wrócił.

Kiwnąłem głową, akceptując kłamstwo, i wszedłem do biura. Kilka kruczowłosych urzędniczek w granatowych biznesowych spódnicach cicho zgromadziło się za moimi plecami. Szeptały coś do siebie podekscytowane. Crow odprawił je i zamknął im masywne drzwi przed nosem.

Stałem z rękami na biodrach, podziwiając pomieszczenie.

– Nieźle się tu urządziłeś, Jack – stwierdziłem.

Jego twarz poczerwieniała, ale za chwilę znów zagościł na niej jowialny uśmiech. Wiedziałem, że nie znosił, kiedy ignorowałem jego admiralski stopień, ale nie dbałem o to.

– Fajnie, że wpadłeś. Sam powinieneś postawić sobie lepszy budynek. Znam kilku architektów. Mówią o nich, że są najlepsi na tej półkuli.

– Zauważyłem – powiedziałem. – To właśnie prowadzi nas do przyczyny, dla której tu przyszedłem.

Rzuciłem na ogromny stół plik papierów. Biurko było tak wielkie, że pokaźny folder wyglądał na nim jak płatek śniegu na boisku futbolowym.

Crow spojrzał na papiery i zmarszczył brwi.

– Sprawozdania?

– Tak, finanse. Flota zagarnęła cały budżet. Nie wiem, kiedy ani jak to się zaczęło, ale dziś się skończy.

Crow przez chwilę chciał coś powiedzieć, jednak zmilczał. W końcu jednak złapał wiatr w żagle. Domyśliłem się, że wyszedł z wprawy w obcowaniu ze mną i potrzebował chwili na opanowanie się. Przywykł do tego, że przez całe miesiące wszyscy wokół niego czekali na jedno łaskawe skinięcie.

– Zobaczymy, co da się z tym zrobić, Kyle – powiedział w końcu. – Jestem pewien, że dojdziemy do porozumienia. Być może podwyżka dla marines już jest rozpatrywana. Twoja strona poniosła spore straty. Trzeba ją odbudować.

Patrząc mu w oczy, wolno pokiwałem głową. Nachylił się nad papierami, wziął ołówek i naniósł pewne zmiany. Ołówek lekko skrzypiał.

– Tak… Wykreśliłem prywatny stadion dla oficerów. To wprawdzie projekt podnoszący morale i wielu z moich kolegów będzie niezadowolonych, ale trzeba zachować pewne priorytety.

Pokręciłem głową.

– Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt – powiedziałem.

Spojrzał na mnie i przechylił głowę na bok.

– Nie całkiem rozumiem, co masz na myśli.

– Doskonale rozumiesz. Flota bierze połowę wpływów, a marines drugą połowę. Tyle. Koniec pieśni.

Crow rzucił się naprzód, jak się tego spodziewałem. Oczy wyłaziły mu z orbit niczym gotowane jajka. Nie uderzył, wyprostował tylko palec i dźgnął mnie nim. Mięśnie mojej klatki piersiowej napięły się, ale to jedynie spotęgowało ból w żebrach. Machnąłem ręką, chwyciłem jego nadgarstek i wykręciłem. Admirał upadł na twarz.

Podniósł się natychmiast. Stałem w miejscu, patrząc na niego spod zmrużonych powiek. Usta ściągnęły mi się w cienką linię. Jack krwawił z nosa, prawdopodobnie na skutek dość gwałtownego i niezamierzonego zetknięcia z pomarańczowym dywanem. Ja krwawiłem także – z dziury, którą jego palec zrobił w moich mięśniach.

Skrzyżowałem ramiona. Crow wziął głęboki oddech i powtórzył mój gest. Nagle zaśmiał się głośno.

– Tak jak zawsze między nami – powiedział. – Dwa samce alfa i tylko jedno stado.

– Racja – potwierdziłem. – Ale ty ugryzłeś jako pierwszy.

Crow pokiwał głową.

– W porządku, ziom. Wygrałeś. Siedemdziesiąt – trzydzieści. Dziś to jeszcze wpiszę. Sporo trzeba będzie zmienić. Padnie kilka fajnych projektów, ale flota jakoś przetrwa.

– Pięćdziesiąt – pięćdziesiąt albo sami to sobie weźmiemy.

Zrobił krok w moją stronę i pomyślałem, że tym razem chce mnie uderzyć. Nie byłem jeszcze w najlepszej formie do bójki. Kości nie całkiem się pozrastały. Mimo wszystko pozostawałem w gotowości.

Crow zatrzymał swój zakrwawiony nos kilkanaście centymetrów od mojej twarzy.

– Masz jaja, ziom. Wiesz, że zawsze mi się to w tobie podobało. Ale chyba nie zdajesz sobie sprawy, gdzie się znajdujesz, przyjacielu. Nie zauważyłeś, ilu uzbrojonych ludzi mam w tym budynku?

Jack nakręcał się. Mrugnąłem, zaskoczony. Nie przypuszczałem, że posunie się tak daleko w obronie kilku procent budżetu. Może uważał konflikt między nami za nieunikniony? Doszedłem do tego wniosku, leżąc w szpitalu i czytając sprawozdania. Crow zapewne uznał, że może to zakończyć tu i teraz i na zawsze ustalić, kto rządzi w Siłach Gwiezdnych. Podobało mu się samodzielne zarządzanie Andros pod moją nieobecność. Dla kogoś takiego jak on to było naturalne.

– Mrugnąłeś, Kyle – powiedział, krzywiąc usta. – Tak, widziałem to. Przeszarżowałeś, przychodząc tutaj.

W ciągu kilku lat nauczyłem się rozumieć jego wzorce zachowania. Ten człowiek był całkowicie przewidywalny. Widząc słabość, atakował. Widząc siłę, kładł uszy po sobie. Przyszedł czas na okazanie siły.

Spokojnie wskazałem biurko.

– Na pewno masz jakieś monitory systemu bezpieczeństwa na tym lotniskowcu, prawda?

– Żebyś wiedział.

– Użyj ich. Spójrz w swoje kamery.

Obszedł mebel, cały czas patrząc na mnie. Obaj, dzięki ulepszonym przez nanity ciałom, potrafiliśmy poruszać się bardzo szybko. W ciągu sekundy nieuwagi każdy z nas mógł wyprowadzić nagły atak.

Crow klepnął w blat i jego wierzch zsunął się. Byłem pod wrażeniem. Dałem wprowadzić się w błąd, uważając, że całe biurko jest drewniane. To był jedynie udający drogie drzewo wygaszacz ekranu. Na jego powierzchni ukazał się teraz obraz z kilkunastu kamer. Już wiedziałem, dlaczego mebel jest tak wielki. Stanowił kompletny system obserwacyjny.

Crow syknął, wciągając powietrze przez zaciśnięte zęby. Przez moment nic nie mówił. Spojrzałem na scenki rozgrywające się na ekranach. Na większości z nich któryś z moich marines w pełnym oporządzeniu bojowym stał naprzeciw groteskowych strażników Crowa. Moi ludzie mieli na sobie kombinezony i gogle. Ich miotacze dotykały gardeł ochroniarzy, którzy nie ośmielili się nawet drgnąć. Używanie broni balistycznej przeciw marines nie miało sensu. Tylko by ich wkurzyło, co zakończyłoby się niechybną śmiercią niefortunnego strzelca. Kilku z moich chłopaków machało wesoło w stronę porozmieszczanych w całym budynku kamer.

Wyciągnąłem swój komunikator. Sandra odpowiedziała natychmiast.

– Potrzebujesz mnie wewnątrz?

– Chodź, ale spokojnie.

Sandrze nigdy nie wychodziło branie rzeczy na spokojnie. Sufit nad nami rozpadł się. Masa białego tworzywa, izolacji i przewodów wpadła do środka. Na szczęście był to tylko jeden panel i nie spadł na biurko Jacka. Szkoda byłoby je zniszczyć.

Sandra stała się dziwną kombinacją mojego szefa ochrony i kochanki. Jej ciało zmienione zostało w stopniu większym niż u któregokolwiek z moich ludzi. Krążyły w nim nie tylko nanity, ulepszyła je też rasa inteligentnych mikroorganizmów. Niestety, wszystkie one zginęły tragicznie. W innym przypadku mógłbym w ten sposób wzmocnić wszystkich marines.

Sandra przeskoczyła nad zakurzonymi odłamkami, poruszając się jak błyskawica. Wskoczyła na biurko. Oba jej ramiona już funkcjonowały, choć prawe nadal się leczyło. W końcu straciła je niecały miesiąc wcześniej.

Zamiast pistoletów w obu dłoniach miała noże – bojowe egzemplarze z molekularnymi, węglowymi ostrzami. Tych noży użyła przed chwilą, by wyciąć sobie drogę przez dach. Przez powstałą dziurę wpadały promienie słoneczne, figlując po odłamkach sufitu.

– Czy to dziś jest ten dzień? – spytała i spojrzała na Crowa wzrokiem, jakim ryś patrzy na tłustego indyka.

– Nie jestem jeszcze pewien – powiedziałem i spojrzałem na Jacka, unosząc ze zdziwienia brwi.

Jego oczy były dużo większe niż zazwyczaj. Patrzył to na mnie, to na Sandrę. A w końcu na bezradnych strażników na ekranach. Czekałem, aż w końcu przemówi.

– Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt – powiedział cicho.

– Marines potrzebują nowego dowództwa. Natychmiast.

Policzek Crowa lekko zadrżał.

– Weźcie ten budynek. Zbuduję nowy dla floty.

Crow tak po prostu się wycofał. Zobaczył pokaz siły i w jego obliczu tym razem się cofnął. To nowe porozumienie nie potrwa na wieki, ale przy odrobinie szczęścia nie będzie musiało.

– Stawia pan trudne warunki, admirale – odparłem. – Ale spróbuję je zaakceptować.

Rozdział 2

Pułkownik Barrera był jednym z pierwszych moich oficerów, którzy wprowadzili się do nowego budynku. Śniady, potężnie zbudowany mężczyzna pełnił funkcję mojego zastępcy na wyspie Andros od momentu ogłoszenia niepodległości. Był cichy, efektywny i lojalny, stanowił absolutne przeciwieństwo Crowa.

Barrera niósł pudło pod każdą pachą i miał szeroki uśmiech na twarzy. Przydzieliłem mu jeden z najbardziej reprezentacyjnych pokoi na najwyższym piętrze. Nie mógł się doczekać przeprowadzki. Zobaczywszy prowizoryczny barak, który Crow dał mu uprzednio, nie dziwiłem się radości oficera.

– Dobrze, że już pan jest, sir – stwierdził.

Kiwnąłem głową.

– Też się cieszę, pułkowniku. Proszę ogłosić obowiązkowe zebranie sztabu dziś w południe u mnie.

– Tak jest – powiedział, kładąc pudła na biurku. Natychmiast zabrał się do realizacji polecenia. Jego nowe biuro mogło zaczekać.

Patrzyłem, jak wykonuje kolejne połączenia. Nie zapytał nawet, czego ma dotyczyć odprawa. Nie nalegał na podanie informacji, którą mógłby rozesłać mejlem lub umieścić w wiadomościach. Przyjął po prostu rozkaz i zaczął go wypełniać. Wiedziałem, że każdego, kto nie był dostępny na komunikatorze, znajdzie osobiście. Pomyślałem o kolejnym awansie dla niego. Ale wtedy musiałbym podnieść stopień także sobie samemu. Dawanie awansu samemu sobie byłoby cokolwiek dziwne, tak więc unikałem tego. Może kiedyś…

Szkoda było patrzeć, jak pakują się atrakcyjne urzędniczki Crowa, ale nie miałem dla nich zajęcia. Kiedy przyjrzałem się, co robiły dla admirała, okazało się, że większość zajmowała się zakupami. Nosiły tytuł „agenta handlowego”. Bez wytchnienia pracowały w sieci i na telefonach, wyszukując, kupując i sprowadzając na wyspę Andros rzadkie przedmioty. Na początku dziwnie traktowano wysyłanie na prawie wyludnioną wyspę na Karaibach tak wyspecjalizowanych i luksusowych towarów, lecz wkrótce wśród sprzedawców poniosła się fama, że jesteśmy nafaszerowani rządowymi pieniędzmi. Nasze rachunki zawsze płacone były na czas, więc kupcy z całego świata zaczęli zabiegać o możliwość sprzedawania nam swoich dóbr.

Szczęka opadała mi na widok tego, co Crow zamawiał na co dzień. Oczywiście, wiele z pozycji budżetu było zrozumiałych. Nasze nanofabryki mogły zduplikować prawie wszystko, ale potrzebowały dużej ilości pierwiastków, by sprostać zadaniu. Pallad czy neodym używane były do produkcji generatorów. Erbu wymagały lasery. Te rzadkie minerały schodziły u nas w szokujących ilościach, a z każdym dniem ich ceny rosły w zastraszającym tempie.

Obiekcje miałem do przedmiotów zbytku. Crow zamówił na przykład dużą dostawę komór kompresyjnych. Tych jajowatych maszyn używano w medycynie wysokich ciśnień. Zamknięty w środku pacjent podczas półgodzinnego seansu mógł czytać książkę lub słuchać muzyki. Zgodnie z przeznaczeniem należało używać ich w terapii dekompresyjnej żołnierzy rannych w otwartej przestrzeni. Podczas ostatniej bitwy z makrosami wielu z nich uszkodziło kombinezony i z tego powodu wymagało specjalistycznego leczenia. Jednak zdecydowanie przeciwny byłem zakupowi trzystu osiemdziesięciu takich komór, z których każda kosztowała prawie pół miliona dolarów. Kiedy zapytałem o to agentkę za to odpowiedzialną, wyjaśniła, że system ma oddziaływanie uboczne, poza głównym zastosowaniem. Krążyła opinia, że komory umożliwiały terapię holistyczną, przepełniając użytkownika poczuciem wewnętrznego pokoju.

Spojrzałem na agentkę, Azjatkę nazwiskiem Ping. Szybko zamrugała i nieśmiało się uśmiechnęła. Nie odwzajemniłem uśmiechu. Z całej grupy agentek ta była najmłodsza i zatrudniona jako ostatnia. Miała perfekcyjnie zrobione włosy, a na jej biznesowym kostiumie nie widać było ani śladu zmarszczki. Czarne, długie włosy sięgały jej krańca spódnicy, co świadczyło o długości tych pierwszych i krótkości tej drugiej. Crow ustalił jasny dress code.

– Czy wydaje się pani, że to uzasadniony wydatek? – spytałem, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie.

– Nie, sir – powiedziała. – To strata pieniędzy.

Skinąłem głową. Większość agentek broniła swojej pracy. Może ktoś już rozesłał wieści? Bez względu na urodę wszystkie biurokratki twierdzące, że tego typu zakupy miały sens, były natychmiast eskortowane na statek, który w najbliższym czasie miał je odwieźć na stały ląd.

– Dobra odpowiedź – przyznałem. – Nie potrzebuję marines, których wypełnia wewnętrzny pokój. Chcę zabójców. Proszę wracać do swojego biurka i zacząć oddawać te pieprzone maszyny.

– Mam zwrócić wszystkie, panie pułkowniku?

– Proszę zostawić pięć i umieścić je w szpitalu.

Patrząc za odchodzącą Ping, zastanawiałem się, czy nie jestem zbyt surowy dla tych dziewcząt. Chyba jednak nie. Powinienem zwolnić wszystkie. Sandrze na pewno takie rozwiązanie bardziej by się spodobało. Za każdym razem, kiedy do mojego biura wchodziła młoda kobieta, bardzo ją to irytowało. Zawsze była zazdrosna. Jednak stały strumień zwolnień nieco ją uspokajał. Nawet Sandra nie mogła oskarżyć mnie o flirtowanie, widząc kolumnę niezadowolonych kobiet opuszczających budynek.

Starszy sierżant Kwon wszedł do mnie, zanim zdążyłem wezwać następną wystraszoną urzędniczkę. Kwon był ze mną od lat, w wielu kampaniach. Mogłem na nim polegać, choć nie był mistrzem intelektu. Miał koreańskie korzenie. W pełnym rynsztunku, wypełniony nanitami, musiał ważyć około tony, ale nigdy nie poprosiłem go, by wszedł na wagę. Podłogi w biurze Crowa zostały dobrze wykonane, skoro nie ucierpiały pod ciężarem sierżanta.

Kwon rozejrzał się po pomieszczeniu pełnym odłamków z sufitu. Nie zadawał żadnych pytań, nie wyglądał na zaskoczonego. Aby zaskoczyć jednego z moich weteranów, potrzeba było dużo więcej.

– Pułkowniku – powiedział – strażnicy Crowa opuścili budynek. Flota nie wykonała żadnego agresywnego ruchu.

– Żadnych skarg z ich strony?

– Tego bym nie powiedział. Wiele osób patrzyło na mnie spode łba.

Pokiwałem głową.

– Może być. Co z grawiczołgami?

– Siedem zostało rozmieszczonych wokół dowództwa. Nowe wieże nie zostały jeszcze ustawione, ale będą do jutra.

– Wspaniale. Ufaj, ale sprawdzaj. Proszę o tym pamiętać, sierżancie.

Kwon spojrzał na mnie.

– A o co dokładnie chodzi, sir?

– Chodzi o to, że będę udawał, iż wierzę Crowowi. Przyjmuję, że dotrzyma tego podziału. Ale w tym samym czasie zrobię wszystko, aby nic innego nie przyszło mu do głowy.

– A, rozumiem.

Nie byłem pewien, czy Kwon faktycznie rozumiał, ale nie miało to znaczenia. I nie chciałem dłużej rozwodzić się nad tym, szczególnie przy sierżancie. Walka o władzę na najwyższym szczeblu nigdy nie miała pozytywnego wpływu na morale jednostki.

Kwon wyszedł, a ja wróciłem do zwalniania urzędników. O dziesiątej wykopałem za drzwi ostatnią „operatorkę biurka”. Zamiast wysyłać ją do domu, przydzieliłem kobietę do nowego budynku Crowa, jak o to prosiła. Patrząc, jak wychodziła, skrzywiłem się. Kilkakrotnie mi podziękowała. Kiwnąłem głową i odprawiłem ją gestem dłoni. Miałem nadzieję, że po miesiącu spędzonym ze swoim szefem nadal będzie mi wdzięczna.

W progu pojawił się Barrera. Zapukał w drzwi, które pozostawiłem otwarte.

– Proszę wejść, pułkowniku – powiedziałem.

Energicznie wkroczył i stanął w postawie zasadniczej przed moim biurkiem. Widziałem, jak ukradkiem rozgląda się po moim nowym biurze. Dziura w suficie wpuszczała teraz do środka tropikalny deszcz zamiast kurzu.

– Spocznij – powiedziałem. – O co chodzi?

– Pułkowniku, mamy problem – głos Barrery brzmiał spokojnie, ton pozbawiony był uczuć. Jak zawsze u tego idealnego oficera.

– Wiem, to tylko deszcz – uspokoiłem go, uznając jego słowa za żart. Rozparłem się w fotelu Crowa i wskazałem dziurę, którą Sandra wycięła w suficie. – Nie miałem wolnej chwili, by to naprawić. Ale pomarańczowy dywan i tak mnie denerwuje.

– Nie, sir. Nie mówię o dywanie czy suficie. Otrzymaliśmy meldunki o niewyjaśnionych wyłączeniach.

– Sądzi pan, że Crow coś planuje?

– Nie, sir – jego głos nadal nie zawierał żadnych emocji.

– Nie może więc to poczekać do odprawy w południe?

– Nie, sir.

Zmarszczyłem brwi.

– Co jest wyłączane?

– Miny, sir. Te, które znajdują się w pobliżu pierścienia przy Wenus.

Podniosłem się i nachyliłem nad biurkiem. Dotknąłem go, ale komputer nie reagował. Wymruczałem przekleństwo.

– Czy okręty makrosów przeszły przez pierścień? Co wykryły sondy?

– Żadnych okrętów. Na razie nic, sir. Miny jednak dezaktywują się samoistnie.

– Nie wiem jeszcze, jak posługiwać się tym biurkiem – wyjaśniłem, nadal przebierając palcami po gigantycznym komputerze. Udało mi się dojść do strony logowania, ale nic ponadto. – Czy może pan pokazać sytuację na ekranie?

– Ja także nie wiem, jak się tym posługiwać.

Ze złością stuknąłem w ekran. Interfejs działał inaczej niż ten, którego używaliśmy dotychczas, a w dodatku Crow na wszystko pozakładał hasła.

– Zawołaj tu kilku gryzipiórków. Niech posprzątają i uruchomią to coś. Wezwij major Sarin. Powiadom wszystkich, że odprawa odbędzie się natychmiast.

– Admirała Crowa też?

Wahałem się tylko sekundę.

– Tak, jego też.

Barrera odwrócił się do drzwi i wyszedł. Słuchawkę komunikatora miał w uchu cały czas i już kontaktował się z najważniejszymi osobami w moim sztabie. Wiedziałem, że zdoła ich tu zgromadzić szybciej niż ja.

Wykorzystałem ostatnie chwile spokoju, by przejść się po swoim nowym biurze. Podszedłem do ogromnych okien i wyjrzałem na zewnątrz. Crow kazał je specjalnie wykonać. Miały ponad cztery metry wysokości i łagodnie przechodziły w linię dachu. Zrobiono je z kuloodpornego szkła o grubości kilku centymetrów. Nie chciałem nawet myśleć, ile kosztowały. Zajmowały całą wysokość pomieszczenia. W pewnym sensie były absurdalne, ale zapewniały cudowny widok.

Na zewnątrz zielone liście palm poruszały się pod wpływem wiatru. Łagodna burza odświeżyła powietrze. Przeszedłem na drugą stronę pokoju i spojrzałem na białe piaski zatoki. Mieliśmy z Sandrą nadzieję na randkę na plaży, ale wyglądało na to, że nieprędko znajdziemy czas.

Rzuciłem okiem na bazę i ciemniejące morze. Wiele budynków wykonanych zostało z inteligentnego metalu, stopów utworzonych przez nanity. Miały one wygląd polerowanej stali nierdzewnej i lekki brązowawy nalot. Po roku w przestrzeni dopiero zaczynałem cieszyć się z uczucia powrotu do domu. Spędziłem tu niecałe dwa tygodnie. Tylko tyle zdecydował się dać mi przeciwnik.

Podniosłem wzrok na chmury. Srebrny deszcz lał się z nieba strumieniami. Uświadomiłem sobie, jakie to zjawisko jest piękne. W odróżnieniu od światów, na których byłem w ciągu ostatniego roku, w ziemskich burzach było coś magicznego. Nadal mnie zachwycały.

Nie widziałem gwiazd, ale wiedziałem, że gdzieś tam są, ponad chmurami, zimne białe światełka w przestrzeni. Wydawały się nieskończenie stare i nieśmiertelne w porównaniu z takimi stworzeniami, jak ja sam, które prowadziły swoje śmieszne wojenki.

Miałem pewność, że gdzieś tam gromadzą się makrosy. Wróciły.

Rozdział 3

Dwadzieścia minut po tym, jak wydałem polecenie Barrerze, w moim pokoju czekała już grupa najbliższych współpracowników. Major Sarin, Sandra, Kwon i sam Barrera. Z ważnych graczy brakowało jedynie Crowa, który zapewne siedział przy piwie w klubie oficerskim.

Wielkie biurko było już czyste, ale nadal nie funkcjonowało. Nakazałem major Sarin zmienić oprogramowanie i zdjąć wszystkie hasła.

– Chcę, aby mogło na tym pracować jednocześnie kilka osób – powiedziałem. – Potrzebujemy centrum operacyjnego i urządzimy je tutaj.

– Proszę dać mi kilka minut, sir – odparła Sarin.

Pochyliła się nad stołem. Przywołała wirtualną klawiaturę i wpisywała kolejne polecenia. Od czasu do czasu system potwierdzał przyjęcie komendy sygnałem dźwiękowym.

– Kwon, proszę podać mi urządzenie – powiedziałem, wyciągając rękę.

Wszyscy spojrzeli na nas, zaalarmowani. Ramię Kwona uniosło się. W dłoni trzymał dziwny, gwiaździsty przedmiot. Wyglądał jak kolczatka, kilka ostrzy połączono ze sobą w ten sposób, żeby były skierowane na zewnątrz niezależnie od tego, jak rzuciło się go na ziemię. W dawnych czasach podobnych kawałków żelaza używano do powstrzymywania szarż kawalerii. Jednak kolce tego urządzenia miały około trzydziestu centymetrów, a w jego środku znajdowała się jednostka centralna połączona z mikroładunkiem nuklearnym.

Wszystkie oczy śledziły ruchy Kwona, przekazującego mi urządzenie. Nawet major Sarin przerwała pracę. Podniosłem broń i potrząsnąłem nią.

– Wiecie, że jeśli czymś takim rzucicie w człowieka – stwierdziłem – ostrza go zabiją, nie musi dojść do eksplozji.

Major Sarin otworzyła i zamknęła usta.

– O co chodzi, majorze?

– To coś nie jest uzbrojone, prawda?

– Oczywiście, że jest, ale nie zostało aktywowane. Aby to zrobić, należy wdusić ten przycisk – powiedziałem, kładąc kciuk na niebieskim owalu przy jednym z kolców.

Uśmiechnąłem się, widząc ich zdenerwowanie.

– Nie martwcie się – powiedziałem. – Jeśli wybuchnie, nawet nie poczujecie.

– Zaczynamy spotkanie, sir? – spytał Barrera. – Trzeba zamknąć drzwi.

Potrząsnąłem głową.

– Czekamy na Crowa. Proszę go przyprowadzić.

Pułkownik odwrócił się, ale powstrzymałem go, zanim dotarł do drzwi.

– Z drugiej strony bardziej mi się pan jednak przyda tutaj. Kwon, wyślij zespół marines w pełnym oporządzeniu, by przyprowadzili admirała. Powiedzcie mu, że to sytuacja alarmowa. Makrosy wróciły.

Ostatnie zdanie spowodowało, że wszyscy przenieśli wzrok z mojej dłoni na twarz.

– Tak, to prawda. A to prowadzi nas do tego dziwnego obiektu, jedynej rzeczy, jaka w tej chwili broni naszych granic.

– Pułkowniku – odezwała się major Sarin – ekran już działa. Na razie mamy dane od okrętów i sond Sił Gwiezdnych.

Patrzyliśmy na mapę Układu Słonecznego. Pojawiło się kilkanaście zielonych ikon. Każdej towarzyszyły małe, nieczytelne napisy. Większość z nich znajdowała się w pobliżu Ziemi, kilka przy Księżycu i po dwie przy każdym z pierścieni łączących nas z resztą wszechświata.

– Zakładam, że zielone to nasze jednostki?

– Tak, sir – potwierdziła major Sarin. – A te duże niebieskie struktury to pierścienie.

Pierścienie były gigantycznymi, okrągłymi monolitami o średnicy kilku mil. Wykonane zostały z nieznanego materiału. Podejrzewaliśmy, że to pył gwiezdny. Dwa znajdowały się w Układzie Słonecznym – jeden na powierzchni Wenus, drugi wisiał w Pasie Kuipera. Przenosiły one jednostki kosmiczne do innych systemów gwiezdnych. Jak udało nam się ustalić, czas takiego przelotu był wartością zerową.

Nie wiedzieliśmy, kto zbudował pierścienie, ale nauczyliśmy się ich używać. Podobnie jak z większością obcej technologii, zaadoptowanej przez Ziemian. Potrafiliśmy wykorzystywać te urządzenia, mając nikłe lub wręcz żadne pojęcie o tym, na jakiej zasadzie funkcjonują. Często w myślach porównywałem nas do bandy jaskiniowców mknącej na skuterach wodnych z winchesterami w dłoniach. Nie wiedzieliśmy, co robimy, ale świetnie się przy tym bawiliśmy, a to sprawiało, że staliśmy się niebezpieczni.

Przełożyłem minę do lewej ręki. Wydawało mi się, że słyszę przy tym czyjeś westchnienie. Zignorowałem to i dotknąłem niebieskiego okręgu, reprezentującego na ekranie pierścień Wenus. Tak jak miałem nadzieję, obraz powiększył się, wypełniając cały wyświetlacz.

Pojawiły się dużo mniejsze kontakty, oznaczone na żółto. Były ich setki.

– Miny – wyjaśniłem. – Takie jak ta. Umieściliśmy je przy obu pierścieniach, aby zatrzymały najeźdźców. Teraz, zgodnie z meldunkami, miny w okolicach Wenus dezaktywują się.

W końcu pojawił się Crow. Tuż za nim wparował do pomieszczenia Kwon. Jack był czerwony i miał lekko zamglone oczy. Zanim jeszcze poczułem jego oddech, wiedziałem, że cały ranek pił.

– Admirale – powiedziałem – mamy sytuację alarmową. Wygląda na to, że makrosy ponownie dokonują inwazji.

Crow spojrzał na mnie.

– Nie potrafisz powstrzymać się choćby na kilka miesięcy, co, Riggs?

Zaprosiłem go gestem w pobliże komputera.

– Co to? – zdziwił się. – Rozdzielczość jest skopana.

– Więc ją popraw – powiedziałem, starając się nie tracić zimnej krwi.

Crow skrzywił się i mruknął coś w australijskim slangu o idiotach i żołnierzach piechoty. Dla niego pojęcia te pokrywały się. Wysunął na ekran okno dialogowe i wprowadził kod odblokowujący. Do tej chwili komputer znajdował się w trybie bezpiecznym. Ekran przygasł kilka razy, a system bardzo szybko obudził się do życia.

Byłem pod wrażeniem. Nigdy jeszcze nie widziałem tak szybkiego, współpracującego komputera.

– Ile to kosztowało? – spytałem. – Albo lepiej nie mów.

– Jesteśmy pewni, że to makrosy, Kyle? – spytał Crow.

Ekran powrócił do poprzedniego obrazu, tyle że pokazywał sytuację wokół Wenus dużo dokładniej. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, mała, biała gwiazdka pojawiła się i znikła.

– Tu – wskazała Sarin. – Coś wyłączyło tę minę.

– Została zniszczona czy to uszkodzenie sprzętu? – spytał Crow.

– Niczego nie jesteśmy pewni – odpowiedziałem. – Jednak kto mógłby to być, jeśli nie makrosy? Robale i pozostałe rasy, z którymi mieliśmy do czynienia, dostępne są przez drugi pierścień. Zaś wielka flota makrosów, kiedy przyleciała tu ostatni raz, to właśnie w okolicach Wenus.

Crow potwierdził.

– Pamiętam. Mało się wtedy wszyscy nie posraliśmy. – Przetarł oczy i twarz, próbując się rozbudzić.

– Dajcie admirałowi kawy. Czarnej i mocnej – poprosiłem.

Crow spojrzał na mnie. Był zadowolony, że użyłem jego stopnia. Uznałem, że przynajmniej tyle mogę zrobić. Sił Gwiezdnych nie było teraz stać na walkę o władzę.

– Kwon, chcę, żeby pan sprawdził obronę nowych budynków. Odwołujemy wszystkie urlopy i przepustki. Na najbliższy czas likwidujemy także przerwy wypoczynkowe.

Kwon kiwnął głową i oddalił się. W biurze pozostało nas pięcioro. Gdyby miało tu dojść do jakichś krzyków i płaczów, nie chciałem, aby ktoś z personelu średniego był tego świadkiem i rozsiewał plotki.

– Czego pan ode mnie oczekuje, pułkowniku Riggs? – spytał Crow. – Mam pchnąć moją flotę w zęby tych maszyn? Jeśli o to chodzi, to chyba zna pan odpowiedź.

Nie zareagowałem od razu, ponieważ sam nie do końca wiedziałem, czego od niego chcę. Podrapałem się po policzku. Od wyjazdu na urlop nie goliłem się. Kilkudniowy zarost zachrzęścił pod rękawiczką.

– Jeśli makrosy pojawią się tu w pełnej sile – stwierdziłem – mogą zdmuchnąć nasze siły. Flota nie ma na razie możliwości robić czegokolwiek, prócz nękania przeciwnika.

– Całkowita racja – potwierdził Crow. – Należy się wstrzymać i budować siły.

– Z drugiej jednak strony możemy urządzić na nich zasadzkę, gdy będą przechodzić przez pierścień. Nie chcę tracić takiej możliwości, siedząc na tyłku. Jeśli nasze miny przetrwają ten atak i zniszczą kilka ich okrętów, wykończymy uszkodzone jednostki.

– Spokojnie – powiedział Crow. – To brzmi pięknie, ale się nie wydarzy. Z całą pewnością wiedzą już o minach i w jakiś sposób je usuwają. Nie przejdą na drugą stronę, dopóki nie zyskają pewności, że droga jest czysta.

– Jasne. Nakaż swoim okrętom przy Wenus, by podleciały bliżej. Chciałbym zobaczyć obrazy tych wyłączonych min.

Crow spojrzał uważnie.

– Nie chcę tracić dwóch myśliwców. Mamy ich zbyt mało, w dodatku nie są w pełni uzbrojone. Właśnie miały być rotowane na Ziemię. W najbliższym czasie wyślę maszyny na zmianę, wyładowane minami.

Potrząsnąłem głową.

– Musimy wiedzieć, co oni robią. Nie rozumie pan tego, admirale?

Wszyscy na niego spojrzeli. Crow miał uparty wyraz twarzy. Barrera podał mu kubek z kawą, a on upił łyk, nie odpowiadając. Zaczynałem żałować, że nie poczekałem kilku dni z wykopaniem go z tego biura. Nasza kłótnia mogła mieć tragiczne następstwa.

Crow spojrzał na ekran i wypił kolejny łyk kawy.

– No i? – spytałem.

– Myślę.

Wziął wolny, głęboki oddech. Obaj byliśmy w gorącej wodzie kąpani. Crow dał mi czas, bym rozważył to i owo, podczas gdy on pił kawę. Zastanawiałem się nad przeprosinami, a także zastrzeleniem go na miejscu. Myślałem o samodzielnym wydaniu polecenia okrętom, by zbliżyły się do Wenus, ale nie miałem pewności, czy mnie posłuchają. Flota była lojalna wobec Crowa. Bardzo się o to starał.

– W porządku – warknąłem w końcu, gdy już nie mogłem wytrzymać. – Oddam ci to biuro i naprawię ten pomarańczowy dywan.

Crow spojrzał na mnie. W jego oczach pojawiła się nuta triumfu, za co miałem ochotę mu przyłożyć.

– To wielka hojność z twojej strony. Ale nigdy nie lubiłem pomarańczowego. Jednak ładnie wyglądał w katalogu. Sam jednak wolałbym zielony awokado. Wy, jankesi, lubicie ten kolor, prawda?

– Taaa – mruknąłem przez zaciśnięte zęby.

– W porządku, Siły Gwiezdne wybudują mi więc nowy budynek, z nowym biurem i zielonym dywanem. A wszystko to z części budżetu przeznaczonej dla marines.

Moje pragnienie uderzenia go przerodziło się w konkretną chęć zabójstwa. Myślę, że Sandra i Barrera czuli podobnie.

Wolno kiwnąłem głową. Wyciągnąłem dłoń do uścisku. Crow chwycił ją mocno.

– Pamiętaj jednak, Crow – powiedziałem lodowatym tonem – nigdy więcej nie bierz mojego świata jako zakładnika przy załatwianiu własnej prywaty.

– Nawet o tym nie myślałem, ziom.

Uśmiechnął się.

Rozdział 4

Mijały godziny, w ciągu których rozbrajane były kolejne miny wokół Wenus. Jak dotąd, nikt nie wpadł na jakiekolwiek rozsądne wytłumaczenie. Okręty Crowa podeszły bliżej i dokonały dokładnego sprawdzenia, ale okazało się, że znikające miny znajdowały się wewnątrz atmosfery Wenus, która na pewno nie należała do przyjaznych planet. Górne warstwy atmosfery składały się z gęstych, kawowych chmur kwasu siarkowego. Chmury te gnały wokół planety z prędkością dwustu mil na godzinę. Pod nimi sytuacja przedstawiała się jeszcze gorzej. Temperatura powietrza wynosiła kilkaset stopni, a panujące ciśnienie mogłoby zgnieść okręt podwodny.

Zarządziłem alarm w całej bazie, a do nadzorowania jego realizacji wyznaczyłem pułkownika Barrerę. Wyszedł z pomieszczenia i wkrótce rozległ się przeszywający dźwięk syreny.

Około obiadu nasza grupa zrobiła sobie przerwę. Prawdę mówiąc, do czasu zdobycia większej ilości informacji i tak nie mieliśmy co robić. Siedząc sam w pokoju, dostałem wiadomość od recepcjonistki:

– Jest tu młoda kobieta, która chce się z panem zobaczyć, pułkowniku. – Recepcjonistka nie należała do personelu znanego mi osobiście, ale jej głos brzmiał profesjonalnie.

Nachyliłem się nad interkomem.

– Kto to jest?

– Mówi, że nazywa się Ping. Wygląda na bardzo zdenerwowaną.

Skrzywiłem się, przypominając sobie dziewczynę. Czyżby Crow już zdążył złożyć jej propozycję? Kazałem przysłać ją na górę. Kiedy to zrobiłem, spojrzałem odruchowo we wnękę okienną, w której większość poranka spędziła Sandra. Zniknęła. Wzruszyłem ramionami. Przynajmniej nie musiałem martwić się nieporozumieniami.

Kilka chwil później usłyszałem zamieszanie pod drzwiami. Z dłonią na broni podszedłem do mahoniowych drzwi i otworzyłem je szeroko. Stała tam Sandra, miała dziwny wyraz twarzy. W rękach trzymała coś, co z początku wyglądało jak zepsuta lalka. Po sekundzie rozpoznałem jednak ciało. Cofnąłem się. Sandra zrobiła kilka kroków. Wyglądała na wytrąconą z równowagi.

Za jej plecami urzędniczki, które przetrwały poranną czystkę, kucały pod biurkami i szeptały między sobą. Trzasnąłem drzwiami i zwróciłem się do dziewczyny.

– Coś ty zrobiła? – spytałem cicho.

– Musiałam, Kyle. To okropne. Była taka młoda.

Spojrzałem na Ping. Miała złamany kark, długie czarne włosy zwisały, zamiatając dywan. Przeniosłem wzrok na Sandrę. Przypominała kota, który przyniósł do domu złapanego wróbla, by się nim pochwalić. Ale w jej oczach widać było autentyczny żal, a nie dumę łowcy.

– Sandra? – spytałem, starając się, by mój głos brzmiał łagodnie, choć w środku wszystko mi się gotowało. – Czy ty… czy nie mogłaś się powstrzymać?

– Nie, nic w tym rodzaju. Widzisz to?

Sandra uniosła koszulę dziewczyny. Pod spodem Azjatka miała pas z C4 i zapalnikiem. Wzdrygnąłem się.

– Bez obaw, rozbroiłam – wyjaśniła Sandra. – Nic skomplikowanego.

Patrzyłem na ciało i zapiętą wokół niego bombę.

– Co to, do cholery, jest?

– Nie chciałam jej zabić, ale nie mogłam pozwolić, by weszła do ciebie. Obserwowałam korytarz. Gdy ją zauważyłam, zareagowałam. Nie wiedziałam, czy jest znanityzowana, czy nie. Pierwsze uderzenie ją zabiło. Chciałam tylko zbić ją z nóg.

Oczy Sandry były pełne łez.

– Ping była zabójczynią? – spytałem, starając się ogarnąć całą sytuację. – Ale ja rozmawiałem z nią jeszcze dziś rano. Czy Crow mógł jej to nakazać?

– A kto inny?

Zacząłem przemierzać pokój szybkim krokiem.

– Nie wiem. To mógł być też Kerr, albo chłopcy z Pentagonu wykonali kolejny ruch. W zeszłym roku próbowali przejąć Siły Gwiezdne. Może teraz próbują inaczej. Może uznali, że aby pozbyć się węża, wystarczy odciąć mu głowę.

– Masz rację – stwierdziła Sandra. – To mogło być wiele osób. Skąd Crow miałby wiedzieć, że dziś będziesz chciał przejąć ten budynek? Zapisy wskazują, że dziewczyna została dopiero zatrudniona. Jak mógł tak szybko zrekrutować ją i wysłać przeciw tobie?

– Nie mógłby – powiedziałem. – Takie rzeczy zazwyczaj wymagają szczegółowego planowania. Wydaje mi się, że Ping została zaskoczona naszym porannym osobistym spotkaniem i nie była gotowa do działania. Ale potem założyła bombę i próbowała wykonać zadanie. Musiała mieć wspólników, ktoś ją tu przecież umieścił.

– Może nie chodziło personalnie o ciebie, Kyle. Może miała zabić Crowa albo po prostu tego, kto dowodzi.

Skinąłem głową. Wszystko się we mnie gotowało. Tylko tego było nam dzisiaj brakowało. Kiedy makrosy ponownie dobijają się do naszych drzwi, Ziemia wysyła przeciw nam zabójczynię. I to tak młodą i z pozoru niewinną. Przez chwilę cieszyłem się, że to nie ja musiałem ją zabić. Spojrzałem na Sandrę i zrobiło mi się jej żal. Rozumiałem jej ból. Przeżywałem to samo szarpanie duszy, kiedy zabiłem Esmeraldę, którą Pentagon wysłał do mnie dawno temu.

– W jaki sposób ją wykryłaś?

– Nie wykryłam – odpowiedziała Sandra. – Poczułam na niej… zapach materiałów wybuchowych.

Powstrzymałem chęć natychmiastowej reakcji. Nie zrobiłem nic. Wiedziałem, że zmysły Sandry wyostrzyły się. W tym wypadku pozwoliło jej to znakomicie spełniać funkcję mojego ochroniarza. Moja dziewczyna stała się dziwadłem, ale wolałem o tym nie myśleć. W końcu ja także nim byłem. Różnica między nami polegała jedynie na stopniu.

Wezwałem służby alarmowe, ale okazało się, że ludzie czekają już pod moimi drzwiami. Sprawdzili bombę i stwierdzili, że rzeczywiście została rozbrojona. Potem wynieśli przykryte ciało Ping. Pozwoliłem im rozpowiadać, że załatwiliśmy sprawę szpiega. Wiedziałem, że reszta sztabu się boi, a kiedy ludzie dowiedzą się, że dziewczyna była zabójczynią, która miała podłożyć bombę w budynku, odczują ulgę, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

Przerwa obiadowa dawno już minęła. Poprosiłem, by jedzenie przyniesiono mi do biura, a sam obserwowałem, jak rozwija się sytuacja w pobliżu Wenus. Starałem się pozbyć myśli o Ping, ale bezskutecznie. Ciągle widziałem jej bladą, martwą twarz.