Star Force. Tom 11. Zagubieni - B.V. Larson, David VanDyke - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Zagubiona, odcięta od Ziemi załoga Nieustraszonego szuka drogi powrotnej.

W jedenastym tomie serii Star Force Cody Riggs stawia czoła niepojętej potędze Pradawnych, dla których ludzie stanowią jedynie ciekawostkę.

Cody’ego nękają duchy przeszłości i demony teraźniejszości. Odwracają się od niego wszyscy – dziewczyna, załoga, a nawet jego własny okręt. Musi poradzić sobie sam w zimnej pustce kosmosu. Wykazuje się jednak typową dla Riggsów siłą charakteru i wraca do gry, krzyżując plany zarówno wrogom, jak i sojusznikom. Pozostaje pytanie: czy przetrwa dość długo, by tego pożałować?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 480

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


t

Tytuł oryginału: Star Force #11. Exile

Copyright © 2014 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:Drageus Publishing House Sp. z o.o.ul. Kopernika 5/L600-367 Warszawae-mail:[email protected]

ISBN EPUB: 978-83-66375-03-1ISBN MOBI: 978-83-66375-04-8

Rozdział 1

Ze snu wyrwał mnie ryk syren. Wstałem. Było ciemno.

– Włącz przytłumione światła – poleciłem mózgowi Nieustraszonego. Włożyłem mundur, po czym wybiegłem z sypialni, zostawiając Adrienne, która usiadła na łóżku, trąc oczy.

– Co się, do cholery, dzieje? – zapytałem po dotarciu na mostek.

Wachtę pełnił mój oficer wykonawczy i prawa ręka, starszy chorąży Hansen. Jego łysina odbijała światło ekranów. Wskazał holowyświetlacz.

– Coś, albo raczej trzy cosie wyskoczyły z jednego z okien i ścigają Marvina.

Oknami nazwaliśmy otwory w licznych powierzchniach Kwadratu – dziwacznej konstrukcji, którą zostawili po sobie Pradawni. Nasz okręt stał nieco ponad kilometr od niej. Niektóre z okien działały jak pierścienie, czyli portale do innych miejsc. Pozostałe powodowały różne dziwne zjawiska, jak choćby zaginanie czasoprzestrzeni. Marvin i nasi naukowcy badali je od kilkunastu tygodni, ale wciąż nie odkryli nawet jednej setnej ich tajemnic.

– „Cosie”? Konkretniej, proszę.

Spojrzałem na wyświetlacz, ale nie zobaczyłem tam nic nowego, z wyjątkiem czterech ikon, z których jedna oznaczała mojego ulubionego szalonego robota.

Hansen skrzywił się.

– Duże istoty biologiczne, które próbują zjeść Marvina.

– Przecież tu nie ma atmosfery. Jak oddychają?

– Może je pan o to zapytać. Brak powietrza im chyba nie przeszkadza.

– Na zewnątrz przebywa ktoś jeszcze?

– Nie. Jest środek nocy – odpowiedział Hansen z nutą sarkazmu w głosie.

Zignorowałem jego ton i zrobiłem zbliżenie na trzy nieznane ikony.

– Wyświetlić podgląd.

Moim oczom ukazały się stworzenia jakby żywcem wyjęte z koszmarnego snu. Miały po osiem nóg i najeżone kolcami pancerze. Przypominały skrzyżowanie owada z pancernikiem i mierzyły po trzydzieści metrów długości. Marvin uciekał przed nimi, przebierając rojem ruchliwych macek. Zmierzał w stronę Charta, niewielkiego statku, który stał nieco dalej, jednak stwory najwyraźniej wyczuły zamiary robota i odcięły mu drogę. Polowały na Marvina niczym sfora wilków i, co gorsza, były od niego szybsze.

– Niech to szlag – syknąłem. Puściłem się biegiem w stronę drzwi, wołając: – Hansen, zostawiam panu okręt. Nieustraszony, niech Kwon i wszyscy marines na służbie wskoczą w zbroje i chwytają za broń przeciwpancerną. I zrób mi przejście!

Pędziłem korytarzami, mijając wewnętrzne drzwi i włazy, aż dotarłem na pokład marines, gdzie jak najszybciej wcisnąłem się w pancerz.

– Witaj, Cody Riggs – odezwał się mózg zbroi, gdy tylko wyczuł moje dane biometryczne.

– Uszczelnij się i przygotuj na misję bojową. Profil uzbrojenia: bliski zasięg.

Gdy tylko wokół mnie zamknął się trzytonowy pancerz wspomagany, poszedłem do zbrojowni, tupiąc donośnie.

Starszy sierżant Kwon na mnie czekał i wręczył mi ciężki laser. Odrosły mu już nogi, oczywiście dzięki nanitom.

– Co się dzieje? – zapytał z szerokim uśmiechem, rozdając broń podchodzącym kolejno marines.

– Polowanie na potwory – wyjaśniłem. – Jakieś owadopodobne istoty wypełzły z okna i próbują zjeść Marvina.

Kwon roześmiał się głośno.

– Dobrze mu tak. Na pewno nie chce pan zaczekać, aż go nadgryzą? Chyba nie stanie się tragedia, jeśli straci parę macek. Może trochę znormalnieje.

Sprawdziłem emiter wiązek i przewiesiłem go przez ramię.

– Kusząca perspektywa, ale obaj wiemy, że Marvin jest zbyt przydatny, a one mogłyby go połknąć w całości. Proszę zadbać, żeby nie zabrakło nam rakiet przeciwpancernych. Tamte stwory wyglądają na twarde.

– Tak jest – powiedział, a potem odwrócił się w stronę marines i ryknął: – No dobra, Ryje, kończcie się brandzlować, bo robota czeka! Mamy kilka robali do upolowania!

Pobiegliśmy do śluzy szturmowej, którą zainstalowano niedawno na moje polecenie. Pozwalała opuścić okręt ponad trzydziestce żołnierzy w pancerzach jednocześnie. Miała rozmiary połowy kortu tenisowego i posiadała specjalne, szybko działające wrota. Nie wpisywano w jej oprogramowanie żadnych protokołów bezpieczeństwa, więc jeśli ktoś by wszedł do niej bez kombinezonu albo pancerza, czekał go przyspieszony kurs oddychania w próżni.

Gdy tylko przekroczyliśmy próg śluzy, zatrzasnęły się za nami drzwi, a przed nami otworzyły wrota z inteligentnego metalu. Ciepłe powietrze uleciało na zewnątrz. W ten sposób traciliśmy nieco tlenu, ale za to prawie nie musieliśmy zwalniać. Wyskoczyliśmy na pozbawioną atmosfery, kamienistą powierzchnię Orna-6.

– Lecimy na repulsorach, ale lądujemy przed granicą Kwadratu – zarządziłem. Przekonaliśmy się już, że urządzenia kontrolujące grawitację stają się tam nieprzewidywalne i niebezpieczne.

– Ale jazda! – zawołał kapral Fuller, wzbijając się na kilkanaście metrów w górę. Pozostali poszli w jego ślady. Korzystanie z repulsorów sprawiało radochę, ale przy tym narażało marines na ataki. Nie bez powodu nazywano ich trepami – mieli chodzić, a nie latać. Przy ziemi jest bezpieczniej, bo w razie czego zawsze można paść płasko. Uznałem jednak, że skoro stwory nie posiadają broni zasięgowej, nie zaszkodzi skorzystać z możliwości latania.

I cholernie się pomyliłem. Byliśmy już blisko i właśnie mieliśmy lądować, gdy Fullerem szarpnęło do tyłu, a potem spadł na kamieniste podłoże.

– Coś go trafiło! – zawołałem przez komunikator. – Wszyscy na ziemię, nie wychylać się.

Zbliżyłem się do Fullera. Chciałem wiedzieć, z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Kapral stanął o własnych siłach na nogi i zrobił szybki przegląd systemów.

– Nic mi nie jest – oznajmił.

– Tak, ale proszę spojrzeć na to wgniecenie. – Wskazałem na jego rękę. – Gdyby to coś trafiło w twarz, mógłby pan już nie żyć. – Osłony twarzy były wzmocnione, ale nie tak wytrzymałe, jak reszta pancerza. – Nie zgrywajcie bohaterów, ludzie – powiedziałem na kanale lokalnym. – Trzymajcie się nisko i miejcie oczy dookoła głowy. Rozproszyć się i strzelać do wszystkiego oprócz Marvina.

Ruszyliśmy ostrożnie naprzód szeroką linią, a Nieustraszony wysyłał do mojego wyświetlacza informacje z krążącego nad okolicą drona.

– Bradley, słyszy mnie pan? – wywołałem swojego DGL-a, czyli dowódcę grupy lotniczej.

– Tak, sir.

– Dałoby radę ostrzelać te stwory parą dronów?

– Nie, sir. Pamięta pan, co się stało ostatnim razem, kiedy podlecieliśmy nimi do Kwadratu? – Odbiło im. Jeden zaczął się miotać i koziołkować, aż zniknął za horyzontem, a drugi strzelał we wszystkich kierunkach, aż w końcu się rozbił. – Próbowaliśmy strzelać z daleka, ale coś zakłóca działanie systemów namierzania.

– Do harmonogramu ćwiczeń trzeba chyba dodać ostrzał w trybie manualnym.

– Bez obaw, sir – wtrącił się Kwon. – Poradzimy sobie sami.

Nie wątpiłem w to, ale wolałbym załatwić sprawę na odległość.

– Jeden stwór jest tuż za rogiem.

Wyłoniliśmy się zza krawędzi jednego z niezliczonych sześcianów, trzymając w gotowości ciężkie emitery wiązek. Po raz pierwszy zobaczyliśmy intruza na własne oczy i natychmiast otworzyliśmy ogień. Lasery trafiły stworzenie w pancerz.

Z bliska przypominało chrząszcza rohatyńca z podzielonym na segmenty cielskiem i podobną do rogu wypustką na łbie. Potwór podskoczył, czując palące wiązki, a potem odwrócił się w naszą stronę i wystrzelił. Tak, „wystrzelił” to chyba dobre słowo, bo z rurowatej wypustki buchnęło coś, co wzbiło tumany kurzu i obsypało nas gradem kamieni. Nie stanowiło to żadnego zagrożenia dla naszych pancerzy, lecz nagle oślepliśmy.

– Wycofać się i przełączyć na aktywne czujniki – rozkazałem, włączając niewielki radar zamontowany w mojej zbroi. Nie przerywając ostrzału, opuściliśmy chmurę kurzu. Obawiałem się, że stworzenie zaszarżuje i kogoś stratuje, a my nie dostrzeżemy w porę zagrożenia. Tu i ówdzie trafiały inne pociski wroga, sypiąc kamykami i kryjąc stworzenie za zasłoną pyłu. Musiało stosować ogień zaporowy jako taktykę obronną.

Niestety, radar nie pomagał. Mój HUD przypominał kubistyczne płótno Picassa. Pewnie za sprawą interferencji Kwadratu.

– Przełączyć się na pasywne czujniki termiczne – poleciłem i zobaczyłem termowizyjne zarysy pobliskich sześcianów.

Potwór zniknął, a bombardowanie ustało. Sprawdziłem sytuację taktyczną. Marvin bawił się w chowanego z dwójką stworów, podczas gdy trzeci zachodził nas od prawej.

– Paskuda na godzinie trzeciej – zawołałem. – Nieustraszony, zacznij tworzyć kompozytowy obraz na podstawie danych ze wszystkich czujników, tych na dronach też, i ślij go na bieżąco do wszystkich marines.

Po kilku chwilach na wyświetlaczach hełmów pojawiły się zarysy stworów i robota. W ten sposób przynajmniej nie mogły nas zaskoczyć, choć obraz nie był na tyle szczegółowy, żeby skutecznie celować.

– Do dupy – zrzędził Kwon. – Nie można latać, nic nie widać, nie ma wsparcia z powietrza.

– Witamy w Korpusie Marines Sił Gwiezdnych. Mięknie pan na starość – powiedziałem z szerokim uśmiechem. – Lepiej było w południowoamerykańskiej dżungli, bez pancerza i z pięćdziesięciokilowym generatorem na plecach?

– Co racja, to racja – odpowiedział. – O, tam jest! – Wypalił z lasera. – Dalej, marines, oskrzydlić drania! – krzyknął i ruszył naprzód, strzelając prawie na oślep do opancerzonego potwora, który majaczył między złotymi sześcianami.

Trzymałem się blisko Kwona i strzelałem, gdy tylko wyłaniał się cel. Parliśmy naprzód, spychając jednego ze stworów w głąb Kwadratu. Musiał wyjść z któregoś z większych okien. Było kilka otworów, przez które przecisnąłby się robal tych rozmiarów. Czyżby próbował wrócić do domu? To bez znaczenia. Ci obcy zaatakowali nas pierwsi i teraz za to zapłacą.

Zapędziliśmy jednego w róg między dwoma przecinającymi się sześcianami. Pozbawiony drogi ucieczki, stanął na tylnych nogach i spróbował wspiąć się po gładkiej, złotej ścianie. Jednak powierzchnie Kwadratu były śliskie, niemal pozbawione tarcia.

– Rakiety! – ryknął Kwon, a wtedy kilku marines uzbrojonych w pociski przeciwpancerne strzeliło w grzbiet istoty. Posypiały się odłamki skorupy, bryz­nęła brązowa posoka. Gęsta ciecz spłynęła po ścianach jak surowe jajka, zbierając się w kałuże.

A jednak chrząszcz przeżył. Bez ostrzeżenia odwrócił się i skoczył na najbliższego z marines, kroczącego na szpicy kaprala Fullera. Sześć albo siedem oślepiających, zielonych wiązek skupiło się na skorupie stworzenia, tnąc jego pancerz. To jednak nie powstrzymało go od nadepnięcia Fullera pazurzastą, ciężką jak u słonia nogą. Ikona żołnierza zamrugała na podglądzie taktycznym, gdy potwór uwalił się na niego całym ciężarem swojego martwego, kilkusettonowego cielska.

– Jasna cholera! – krzyknąłem. – Rozetnijcie tego skurwiela! – Zacząłem metodycznie przepalać pancerz istoty. – Rozrywajcie go po kawałku.

Po kilku chwilach spod maziowatych flaków wyłoniła się stopa. Kwon zauważył ją w tej samej chwili, więc rzucił broń i chwycił Fullera za kończynę. Wyciągnął go spod truchła, położył na ziemi i zaczął zeskrobywać z niego breję. Pancerz na piersi kaprala był wgnieciony, ale nie pękł.

Podszedłem bliżej i dotknąłem przycisków zwalniających napierśnik.

– Zostawcie kogoś, żeby mnie osłaniał, a reszta niech idzie zabić pozostałe dwa dranie – rozkazałem Kwonowi.

– Sierżant Moranian, weźmie pani oddział i zapoluje na robale. Ja zostanę z kapitanem – powiedział Kwon.

Kobieta zasalutowała.

– Tak jest, starszy sierżancie. Marines, za mną! Ruchy!

Oddaliła się, podskakując w niskiej grawitacji. Kwon podniósł laser i stanął na straży.

– Szefie, nie można go tu otworzyć. Tu nie ma powietrza.

Zamiast go słuchać, zwolniłem blokadę napierśnika.

– Bez powietrza przetrwa minutę albo dwie. Ale nie przeżyje z sercem i płucami przyciśniętymi do kręgosłupa. – Zdjąłem wgnieciony napierśnik. – Ma pod spodem kombinezon, więc od razu nie zamarz­nie. Niech pan schowa rękawice, zrobi mu masaż serca i każe zbroi wpompować trochę powietrza do płuc przez hełm.

Wiedziałem, że Kwon wykona polecenie najlepiej, jak potrafi, więc skupiłem się na napierśniku. Położyłem go na ziemi wnętrzem do góry, a potem z całej siły nadepnąłem, wkładając w to cały ciężar pancerza. Po kilku uderzeniach fragment zbroi zaczął odzyskiwać pierwotny kształt. Podniosłem go, położyłem Fullerowi na piersi i zacisnąłem zaczepy. Inteligentny metal wypełnił szczeliny.

– Pancerz, przejmij kontrolę nad zbroją kaprala Fullera. Niech przejdzie w tryb resuscytacji.

Teraz już nic nie miażdżyło piersi mężczyzny, więc mógł zacząć oddychać, a jego serce wznowić pracę – o ile jeszcze żył.

Po dłuższej chwili i kilku impulsach defibrylatora Fullerowi wrócił oddech i puls. Sprawdziłem sytuację taktyczną. Reszta oddziału właśnie doganiała drugiego stwora, więc już tylko jeden wytrwale ścigał Marvina.

Robot wciąż unikał schwytania, korzystając z lepszej znajomości terenu. Dzięki swoim elastycznym mackom wspinał się po niższych sześcianach i przeciskał się wąskimi przejściami, niedostępnymi dla chrząszcza. Mimo wszystko nie mógł uciekać w nieskończoność. Musieliśmy mu pomóc.

– Jeśli mamy uratować Marvina, będzie trzeba zostawić tu Fullera i mieć nadzieję, że pancerz i nanity utrzymają go przy życiu – oznajmiłem.

– Chrzanić Marvina – odpowiedział Kwon. – Musimy zanieść Fullera do automatu medycznego.

– No to kompromis: ja lecę ratować robota, a pan zaniesie Fullera na pokład.

– Mowy nie ma, sir. Obiecałem pańskiemu ojcu, że będę mieć oko na jego syna, i zamierzam dotrzymać słowa.

– Niby kiedy to było?

– Tuż przed pańskim przybyciem na Nieustraszonego przyszło prywatne, zaszyfrowane połączenie od pułkownika Riggsa… O cholera, zapomniałem. Miałem nie mówić. Przykro mi, szefie.

– Nieważne. Nie powinno mnie dziwić, że on pierwszy domyślił się, dokąd lecę.

Ta niespodziewana informacja kazała mi się zastanowić, co się działo na Ziemi. Czyżby ojciec zawiesił emeryturę i znów zaangażował się w sprawy publiczne? Przez ostatnie dwadzieścia trzy lata odrzucał wszystkie propozycje o charakterze politycznym i wojskowym, z uporem tkwiąc na naszej farmie jako szary obywatel, ale czasem odnosiłem wrażenie, że tęskni za ogniem walki.

Wysiłkiem woli wróciłem do rzeczywistości. Wstałem.

– No dobra, wielkoludzie, pora zasłużyć na krokiewki sierżanta. Marvin jest moim podwładnym, tak samo jak pan albo Fuller. Uratuję go, podobnie jak uratowałbym któregoś z was. Może pan albo zabrać swojego marine na okręt i pomóc go ocalić, albo pójść za mną i mnie osłaniać. Jest pan już dużym chłopcem i może sam podejmować decyzje. – Po tych słowach chwyciłem karabin i pobiegłem.

Na kanale bliskiego zasięgu usłyszałem, jak Kwon klnie, ale nie miałem czasu na psychoanalizę, więc pozwoliłem, żeby sam zdecydował, co należy zrobić. Dla mnie to oczywiste: Fuller miałby większe szanse na przeżycie, gdyby znalazł się w automacie medycznym, za to Marvinowi groziła śmierć, jeśli nikt mu nie pomoże. Skoro chcieliśmy osiągnąć dwa różne cele, należało się rozdzielić. Choć mój przerośnięty opiekun gorąco pragnął mnie chronić, w gruncie rzeczy byłem trudniejszy do zabicia niż on, więc wziąłem na siebie bardziej niebezpieczne zadanie.

Na wyświetlaczu taktycznym zobaczyłem, że ikony Kwona i Fullera przesuwają się razem w stronę okrętu. Świetnie. To upraszczało sprawę. Skupiłem uwagę na Marvinie, który zaraz miał dać się zapędzić na ogrodzony wysokimi ścianami dziedziniec. Ciekawiło mnie, czy robot postępuje umyślnie, czy też popełnił błąd. Mógłbym przysiąc, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy sporządził szczegółową mapę całego obszaru. A skoro tak, to czemu wybrał tę drogę?

– Marvin, biegnę ci pomóc. Nie zatrzymuj się! – zawołałem w nadziei, że odbierze sygnał.

Wyłoniłem się zza ostatniego zakrętu w samą porę, żeby zobaczyć, jak potwór rzuca się na robota, który nie miał dokąd uciekać. A przynajmniej tak mi się zdawało. Nagle Marvin skoczył i dwiema mackami uczepił się parapetu niewielkiego okna. Jednym gładkim ruchem podciągnął się i zniknął w atramentowej czerni.

– Marvin! – wrzasnąłem na całe gardło. Nie mog­łem w to uwierzyć. Uciekł przez okno, choć zawsze powtarzał, że to śmiertelnie niebezpieczne. Może kłamał? A może, co bardziej prawdopodobne, w akcie desperacji postanowił zaryzykować?

Przyjąłem pozycję, wycelowałem, pociągnąłem za spust i przytrzymałem. Karabin robił się coraz gorętszy, aż wreszcie system zabezpieczający odciął zasilanie, żeby nie dopuścić do uszkodzenia.

Niestety, wiązka nie zabiła chrząszcza, tylko go rozzłościła. Zaszarżował na mnie. Wskoczyłem na pobliski niewysoki sześcian, odbiłem się niezgrabnie od jego śliskiego dachu, po czym spadłem po drugiej stronie. Zerknąwszy na HUD, zmieniłem kierunek, żeby zbliżyć się do oddziału.

– Pomóżcie, marines. To coś chce mnie zeżreć.

– Robi się, sir! – usłyszałem śpiewny głos sierżant Moranian, a po chwili zobaczyłem osiem albo dziewięć sylwetek. – Niech pan się schowa za nami, sir! – powiedziała.

Pędziłem na złamanie karku i zwolniłem dopiero za linią ludzi. W tym samym momencie otworzyli ogień do ścigającej mnie istoty.

Wyhamowałem i uniosłem broń, aby im pomóc. Dziesięć wiązek skupiło się na celu, pozbawiając owada równowagi, odcinając odnóża i wypalając dziury w pancerzu. Skoczył w naszą stronę, ale nie wytrzymał zmasowanego ostrzału i padł na ziemię.

– Dzięki, Ryje – powiedziałem. Podeszliśmy do wielkiego jak wieloryb trupa. Odciąłem laserem metrowy fragment rogu i chwyciłem go, kiedy spadł. – Trofeum do powieszenia w świetlicy. – Rzuciłem go Moranian.

– Świetny pomysł, sir – powiedziała, łapiąc róg i obracając w dłoniach.

– Rozproszyć się i szukać Marvina – rozkazałem. – Wszedł do tamtego okna. Podejrzewam, że nie zrobiłby tego, gdyby nie wierzył, że zdoła wrócić. Portal musi dokądś prowadzić.

Moranian zasalutowała.

– Tak jest. Dobra, ludziska, rozdzielić się, przeczesujemy teren dwójkami.

Ośmioro marines udało się w cztery strony świata.

– Bradley – nadałem na kanale Nieustraszonego – pomóżcie nam szukać Marvina dronami zwiadowczymi.

– Przyjąłem, sir – odpowiedział mój DGL.

Razem z Moranian niespiesznym krokiem udaliśmy się do „laboratorium” Marvina, czyli sporego placu, gdzie robot trzymał swój sprzęt badawczy. Logicznie rzecz ujmując, powinien pójść albo tam, albo na pokład Charta. Oczywiście najpierw spróbowałby się z nami skontaktować, ale w Kwadracie nie zawsze dało się polegać na łączności radiowej.

Wkrótce dołączył do nas Kwon. Zameldował, że Fuller jest w automacie medycznym i powinien się wylizać.

– Prosił, żebym panu podziękował za uratowanie życia, sir.

Roześmiałem się.

– Nieprawda, ty wielki kłamczuchu. Pancerz nafaszerował go taką dawką prochów, że z pewnością nawet się nie obudził.

Kwon zarechotał z zażenowaniem.

– Pewnie tak powie, gdy się obudzi. Dobry z niego chłopak i ma przed sobą świetlaną przyszłość w Siłach Gwiezdnych, jeśli kiedykolwiek wrócimy do domu.

Pacnąłem go w ramię, aż rozbolała mnie dłoń.

– Kiedy wrócimy, starszy sierżancie, wszystkich nas czeka wspaniała kariera… albo, w pańskim przypadku, jeszcze wspanialsza niż dotychczas. Panią również, Moranian. Odwaliła dziś pani kawał dobrej roboty.

– Z tak dobrym kapitanem to żaden problem, sir – odpowiedziała, a w jej głosie rozbrzmiała niemożliwa do przeoczenia nutka uwielbienia.

„To chyba nic złego” – pomyślałem.

Wszyscy dziś zachowaliśmy się jak bohaterowie… Nawet Marvin, jeśli instynkt samozachowawczy uznać za przejaw heroizmu.

– Widział ktoś robota? – zawołałem na kanale ogólnym. Wszyscy zaprzeczyli.

Razem z Ryjami spędziliśmy następnych sześć godzin na poszukiwaniach, aż poziom energii w pancerzach zbliżył się do zera, a ja zacząłem czuć smród własnego potu. Nadal nie natrafiliśmy na ślady Marvina.

Kazałem Sakurze, szefowej działu inżynieryjnego, przysłać nam kilkanaście standardowych pakietów zasilających. Były to zapasowe baterie dające się podłączyć do dowolnego urządzenia, w tym Marvina. Dwa z nich wrzuciłem do tego samego okna, w którym zniknął robot, dwa zostawiłem na placu-laboratorium, a resztę kazałem rozmieścić w różnych punktach Kwadratu, oznaczone radiolatarniami.

A potem wróciliśmy na okręt. Co jeszcze mogliśmy zrobić? Nie zamierzałem iść za robotem ani nikogo wysyłać do portalu.

Kazałem Nieustraszonemu patrolować okolicę za pomocą drona, kierując jego kamery i czujniki na Kwadrat. Obecnie mogliśmy zrobić tylko tyle. I mieć nadzieję, że Marvin wróci.

Próbowałem nie okazywać niepokoju przed załogą, ale martwiłem się. Nie tylko o Marvina – o nas wszystkich. Robot był najbardziej kluczowym członkiem załogi. Wątpiłem, czy bez jego umiejętności inżynieryjnych jeszcze kiedykolwiek zobaczymy Ziemię.

Dach mojej kajuty wyposażono w okno, które mog­łem odsłaniać, by przyglądać się światu na zewnątrz. Tak właśnie zrobiłem, leżąc na łóżku.

Wpatrywałem się w twardy, zimny blask gwiazd i próbowałem odgadnąć, do jakiego punktu czasoprzestrzeni portal przeniósł Marvina.

– A niech cię, robocie – westchnąłem i zapadłem w sen.

Rozdział 2

– Kolejny dzień w raju z kapitanem Codym „Odkrywcą” Riggsem – powiedziała z ironią Adrienne, po czym przesunęła się na moją stronę łóżka i pocałowała mnie. Potem westchnęła i zapytała: – Jak długo zamierzamy czekać na Marvina?

Splotłem dłonie pod głową i odpowiedziałem żartobliwym tonem:

– Jeszcze się zastanowię, panno Turnbull. Dziś po raz pierwszy nie zerwałem się bladym świtem na poszukiwania. Minął prawie tydzień i podekscytowanie zaczyna mijać. Ludzie robią się opryskliwi i mają żal do Marvina. Nie możemy czekać wiecznie.

– Chętnie bym stąd odleciała – powiedziała, nachylając się bliżej.

– Na pewno? – zapytałem i przeczesałem jej długie, złociste włosy, wpatrzony w lazurowe oczy. – Bez Marvina będziemy błądzić po omacku. I znowu wpakujemy się w kłopoty. Będzie trzeba zabijać, ktoś może umrzeć.

Adrienne wzdrygnęła się.

– Nikt z nas tego nie lubi… No, chyba że marines. A ty po prostu uwielbiasz stawać oko w oko ze wszechświatem i wygrywać. – Zdjęła sobie z głowy moją dłoń i ścisnęła ją mocno. – Przegraną znosisz znacznie gorzej.

– Nigdy nie przywyknę do porażek. Ale je udźwig­nę, jeśli o to się martwisz.

Pokręciła głową. Kaskada włosów spłynęła mi na twarz, gdy z uśmiechem przetoczyła się i przygniotła mnie swoim nagim ciałem.

– A mnie udźwigniesz?

Zaczęliśmy się kochać i było fantastycznie, jak zawsze. Plusami tkwienia nieruchomo na względnie bezpiecznej planecie była spora ilość wolnego czasu oraz poczucie braku zagrożeń. Poza tym obniżona grawitacja uprzyjemniała pewne sprawy.

Kochanie się z Adrienne miało jedną ciemną stronę. Przez większość czasu pamiętałem, z kim mam do czynienia, ale czasami oczyma duszy widziałem twarz jej nieżyjącej siostry, Olivii.

Na szczęście tego dnia nic takiego się nie stało.

Rozmawialiśmy później przy śniadaniu.

– Za niecały tydzień skończymy naprawiać Nieustraszonego – powiedziała Adrienne. – Później pozostanie nam tylko czekać.

– Świetna robota, kochanie – pochwaliłem ją. – Pójdę na krótką inspekcję.

Przewróciła oczami.

– Że też ci się chce. Wszystko gładko funkcjonuje, ludzie wiedzą, co mają robić. Zrób sobie przerwę.

– Właśnie w takich momentach wszystko się sypie: kiedy szef zaczyna się obijać. Zresztą lepiej, żeby wiedzieli, że mam na nich oko.

Wzruszyła ramionami i przeciągnęła się jak kocica.

– Na pewno nie masz ochoty zostać ze mną jeszcze godzinkę?

Niespiesznie odrzuciła włosy do tyłu i rzuciła mi sugestywne spojrzenie.

– Bardzo bym chciał, ale obowiązki wzywają.

Dokończyłem kawę, pocałowałem mocno Adrienne i poszedłem ocenić postępy prac.

Upłynęły trzy miesiące, odkąd Nieustraszony wylądował na powierzchni Orna-6 w pobliżu miasta złotych sześcianów, które nazwaliśmy Kwadratem. Marvin próbował zrozumieć to miejsce i, jeśli mu wierzyć, poczynił pewne postępy, choć nie potrafił tego przekonująco udowodnić. Wyciągał z okien różne rzeczy, ale nie zdobył żadnej technologii obcych, która pomogłaby nam wrócić do domu albo obronić się przed niebezpieczeństwami wszechświata. Co tydzień wysłuchiwałem jego sprawozdań i za każdym razem odchodziłem coraz bardziej poirytowany.

Jedyna namacalna korzyść, jaką dał nam Kwadrat, to nowa wersja popularnej w Siłach Gwiezdnych gry w bilard. Urządziliśmy sobie salę bilardową, wznosząc tymczasową budowlę wewnątrz Kwadratu. Na pomysł wpadły Ryje, nie Marvin. Metaliczne ściany odbijały bilę bez strat prędkości, a tak się złożyło, że kilka pobliskich okien było ze sobą połączonych, co pozwalało na zagrywki niemożliwe do odtworzenia gdziekolwiek indziej. Wystarczyło zrobić prowizoryczny dach i zakryć część okien, żeby bila nie uciekała. Powstał nawet drużynowy wariant gry, będący hybrydą lacrosse i dwóch ogni.

Potrzebowałem sali bilardowej, żeby moi ludzie mieli gdzie spuścić parę. Dzięki niej Ryje nie pozabijały się z nudów. Dbałem o to, żeby nie brakowało im roboty w oddalonej o półtora kilometra kopalni, gdzie wydobywali rudę, a potem przywozili ją specjalnie skonstruowanymi transporterami, ale nawet mimo podwójnych zmian starczało im sił, by sprawiać kłopoty. Kwon coraz częściej musiał ich przywoływać do porządku. Miałem świadomość, że jeśli wkrótce nie wystartujemy, zaczną się poważne problemy z dyscypliną. Pojawienie się potworów i poszukiwania Marvina zapewniły ludziom jedynie tymczasową odskocznię.

Na szczęście znaleźliśmy spore ilości ziem rzadkich i rud metali promieniotwórczych, dzięki czemu mog­liśmy odbudować Nieustraszonego, dostosowując go do własnych potrzeb. Postawiłem na połączenie pancernika i lotniskowca dronów. Tak oto krążownik liniowy przerodził się w „lotniskowiec liniowy”.

Przy podejmowaniu tej decyzji kierowałem się doświadczeniem. Kruchość fregat była dla mnie nauczką. Fabrykator potrafił wyprodukować sprzęt i sztuczne mózgi, ale nie ludzi. Nie mogłem sobie pozwolić na utratę pilotów, tak więc mniejsze jednostki odpadały. Nowa strategia nasuwała się więc sama – ryzykować utratę maszyn, nie ludzi. W tym sensie sprzeciw Hansena wobec mojej starej strategii był uzasadniony, nawet jeśli pilot mylił się co do moich pobudek.

Przez krótki czas rozważałem, czy nie pozwolić na wyklucie się kolejnych dzieci Hoona i nie wyszkolić ich na członków załogi – mogłem się założyć, że profesor zostawił sobie część jaj – ale młode Skorupiaki potrzebowałyby kilku lat na osiągnięcie dojrzałości, a poza tym wymagałoby to tylu modyfikacji okrętu, że całe przedsięwzięcie stałoby się nieopłacalne. Nie, tego ograniczenia nie dało się obejść w prosty sposób. Musieliśmy chronić życie członków załogi z chorob­liwą wręcz pieczołowitością. Każdy z nich był bezcenny.

Właśnie dlatego w ścisłej współpracy ze swoimi najważniejszymi ludźmi – Hansenem, Adrienne, Sakurą, Kwonem i Bradleyem – skrzętnie zajmowałem się rekonfiguracją Nieustraszonego. Okręt nadal przypominał grubą płaszczkę, tyle że większą. Obecnie mógł się poszczycić czterema ciężkimi laserami i czterema emiterami wiązek antyprotonowych, a także dwoma tuzinami par uzbrojenia dodatkowego. Miał też dwukrotnie więcej niewielkich par emiterów obrony punktowej, które w razie potrzeby cofały się tak, że niemal muskały kadłub. Dzięki temu byliśmy w stanie obronić się przed próbami abordażu.

Dzięki kombinacji uzbrojenia, dronów, cięższego pancerza i systemu wielowarstwowych, konfigurowalnych tarcz magnetycznych Nieustraszony był tak wytrzymały i wielozadaniowy, jak tylko mógł.

Rzecz jasna, wszystko miało swoją cenę. Nowy Nieustraszony był bardziej ślamazarny niż kiedyś i jeszcze wolniejszy niż w pierwotnej wersji, zanim wessało nas przez pierścień do układu Pand. Poza tym, niezależnie od konfiguracji, zawsze brakowało mu energii. Choć zainstalowaliśmy cztery razy więcej generatorów i akumulatorów, Nieustraszony potrafił pochłonąć co najmniej dziesięciokrotnie więcej energii niż w swojej dawnej postaci krążownika liniowego, a gdy korzystaliśmy ze wszystkich systemów jednocześnie, żłopał paliwo jak amerykański muscle car z kochającym prędkość nastolatkiem za kierownicą.

Pierwszym przystankiem na trasie obchodu był mostek. Dowódca grupy lotniczej, chorąży Bradley, był na służbie i nadzorował techników instalujących ostatnie z ulepszonych stanowisk kontrolerów. Dwóch wachtowych monitorowało loty nowych dronów klasy Sztylet, które patrolowały niebo nad nami.

– Jak sytuacja? – zapytałem.

– Wszystko w porządku, sir. – Bradley zyskał sporo pewności siebie i obecnie, czując się coraz swobodniej na swoim nowym stanowisku, przeprowadzał manewry z kontrolerami dronów. – Sztylety to świetne maszyny.

– A co z pańskimi ludźmi?

– Palą się do walki, sir.

– To właśnie lubię słyszeć.

Rzecz jasna, łatwo palić się do walki, gdy to maszyny mają ginąć, ale nigdy bym tego nie powiedział na głos.

– Przykro mi, że nie znaleźliśmy robota – dodał Bradley.

Westchnąłem.

– To nie wasza wina. Próbowaliśmy wysyłać przez okno czujniki i pakiety komunikacyjne, a nawet małe, latające sondy, które zmajstrowali mózgowcy. I nic. Naukowcy nadal próbują, ale nie zamierzam nikogo narażać i wysyłać za Marvinem.

– Rozumiem, sir. Żaden robot nie jest wart tyle, co istota ludzka.

Tego również nie skomentowałem. Bradley wyrażał pogląd typowy dla przeciętnego załoganta, ale dowódca powinien patrzeć na sprawy z szerszej perspektywy. Marvin był myślącym obywatelem i nie mogłem stawiać go niżej w hierarchii tylko dlatego, że miał obwody zamiast organicznego mózgu. Abstrahując już od faktu, że zwiększał nasze ogólne szanse na przetrwanie bardziej niż którykolwiek inny członek załogi.

Zabrałem Bradleya ze sobą i wspólnie odwiedziliśmy nowy pokład startowy na szczycie okrętu. Wychodziły z niego dwie tuby, służące do wystrzeliwania dronów. Miały wyloty po rufowej stronie skrzydeł „płaszczki”. Byliśmy w stanie składować na pokładzie sześćdziesiąt cztery sztylety i serwisować osiem z nich jednocześnie.

Wewnętrzne luki były w dużym stopniu zautomatyzowane i potrzebowały tylko jednego kontrolera do nadzoru półautonomicznych systemów, które naprawiały drony oraz uzupełniały paliwo i amunicję. Z sufitu zwisały czarne nanitowe macki do przenoszenia dronów i uzbrojenia. Bradley był bardzo dumny z ostatnich ulepszeń. Z aprobatą spoglądałem na to wszystko, machając kontrolerce siedzącej w budce z inteligentnego szkła. Wszystko zdawało się w porządku. Właśnie ładowała kolejnego drona do wyrzutni i zaraz wystrzeliła go na patrol bojowy po pozbawionym atmosfery niebie nad Ornem-6. Bezustannie wyglądaliśmy Jastrzębi i mieliśmy oko na strzeżony przez nie pierścień po przeciwnej stronie planety, a przy okazji szukaliśmy Marvina.

Załadowany do wyrzutni sztylet był modelem zwiadowczym. Poleciłem moim specjalistkom od inżynierii, Adrienne i Sakurze, opracować i zbudować specjalne warianty dronów do misji takich jak rekonesans, ratownictwo czy atak samobójczy. Ostatnio zaprojektowany model był skonstruowany modułowo, dzięki czemu bez problemu dało się – na przykład – zdemontować laser i umieścić zamiast niego pakiet czujników.

W następnej kolejności udałem się na najniższy poziom, pokład artyleryjski, skąd mieliśmy dostęp do większości wieżyczek z emiterami. W przeciwieństwie do Jastrzębi, które umieszczały główne uzbrojenie na zaostrzonych dziobach okrętów, a całą obronę punktową montowały na rufie, my zainstalowaliśmy ciężkie emitery na zakrzywionej dolnej części kadłuba, a obrona punktowa została rozmieszczona równomiernie. Podczas bitwy mieliśmy zamiar unieść lekko dziób Nieustraszonego, kierując w stronę wroga ciężkie uzbrojenie i chroniąc przy tym znacznie delikatniejszy pokład startowy. W przypadku ucieczki zachowalibyśmy się odwrotnie – opuszczenie dziobu pozwoliłoby na ostrzał do tyłu.

Wieżyczki również były częściowo zautomatyzowane, bo każdą wyposażono w mózg bojowy. Z tego pokładu technicy mogli zatrzasnąć jak małżę zewnętrzny pancerz pojedynczej wieżyczki i nawet w czasie bitwy dokonywać napraw we względnie bezpiecznych warunkach.

Wkroczyłem do pomieszczenia i dałem technikom znak, żeby nie wstawali. Najwyraźniej robili sobie przerwę, bo siedzieli przy stole. Parujące kubki ze sztuczną kawą walczyły o miejsce na blacie z tacami pełnymi równie sztucznych pączków. Większość żywności syntetyzowaliśmy w fabryce. Chociaż pożywna, to w smaku zawsze było z nią coś nie tak. Mimo wszystko szło przywyknąć.

– Wszystko wygląda świetnie – powiedziałem do starszej sierżant Cornelius, rzeczowej babki z wiecznie zmarszczonym czołem i chmurnym spojrzeniem. Serwisowanie ciężkiego sprzętu sprawiło, że była muskularna i wysportowana, a mówiła z lekkim austriackim akcentem. I zdecydowanie miała czym oddychać. Pozwoliłem sobie na jedno dłuższe spojrzenie, ale potem trzymałem wzrok z dala od jej klatki piersiowej.

– Dzięki, kapitanie – odpowiedziała z nagłym błyskiem w oku. Jakimś sposobem wyglądała jednocześ­nie na rozbawioną i ponurą. – Następnym razem damy wrogowi popalić.

– Jasne, że tak, sierżancie. Lepsze uzbrojenie, lepszy pancerz… Z waszą pomocą stary Nieustraszony poradzi sobie ze wszystkim.

Ukradłem im ze stołu pączka, podniosłem do ust i ugryzłem. Paskudztwo. Dobrze, że wciąż zostało mi trochę zapasów po zmarłym kapitanie, w tym szafka z przyprawami. Takie luksusy czyniły życie na pokładzie znośnym dla mnie i Adrienne.

Technicy wznieśli toast kawą, a wtedy poczułem nutkę alkoholu. Omiotłem ich spojrzeniem, ale nikt nie wyglądał na pijanego, więc im odpuściłem. Zanotowałem w pamięci, żeby kazać Sakurze sprawdzić system programem diagnostycznym. Wciąż pamiętałem niektóre ze swoich libacji alkoholowych, więc nie mogłem mieć ludziom za złe, że potrzebowali klina na rozruch – pod warunkiem, że to nie odbijało się na pracy.

Następnym punktem programu była wizyta w dziale inżynieryjnym. Stanowił serce okrętu i obejmował maszynownię oraz salę fabryczną. Maszynownia była bardzo długim, wąskim pomieszczeniem. Wzdłuż ścian stały reaktory fuzyjne, akumulatory i ogromne regulatory przepływu. O ile sztuczne mózgi zbliżyły miniaturyzację komputerów do granic możliwości, o tyle niektóre rzeczy zwyczajnie musiały być wielkie. Przepuszczanie terawatów energii przez kable i magistrale wymagało mnóstwa ciężkich stopów z domieszką egzotycznych pierwiastków, nie wspominając o grubej izolacji i ekranowaniu.

Moja inżynier, starsza chorąży Sakura, wstała i powitała mnie tuż za progiem. Sprawiała ostatnio wrażenie trochę bardziej odprężonej. Od jakiegoś czasu byli z Hansenem parą, więc najwyraźniej regularny seks faktycznie obniża poziom stresu. W każdym razie tak działał na mnie. Tak czy inaczej, byłem zadowolony z efektów pracy Sakury.

– Co dobrego mi pani powie? – zapytałem.

Twarz kobiety była jak zwykle nieodgadniona, ale to i tak bez znaczenia, bo jej nastawienie rzadko się zmieniało. Zawsze pozostawała poważna i rzeczowa.

– Zdarzają się typowe usterki, ale nic poważnego – powiedziała.

– Jest pani przekonana, że Nieustraszony w nowej odsłonie się sprawdzi?

– Jestem, ale powinniśmy wystartować i przeprowadzić testy, gdy tylko stanie się to możliwe.

– Czyli…

Zacisnęła wargi.

– Cztery dni, może pięć.

Kiwnąłem głową.

– Powinienem wiedzieć o czymś jeszcze?

– Nie, sir.

– Świetnie. Proszę kontynuować.

Ruszyłem do sali fabrycznej. Maszyneria terkotała i wydawała inne, trudne do nazwania dźwięki, wypluwając niezbędne podzespoły. Jeśli ludzkość miałaby podziękować nanitom za jedną rzecz, to właśnie za te uniwersalne fabrykatory. Bez nich mielibyśmy przerąbane po całości.

Usiadłem i przyjrzałem się ustawieniom oraz skryptom, próbując rozgryźć, czym zajmuje się w tej chwili fabryka. Wyglądało to jak kanalizacja.

– Ach, młody Riggs. – Poczułem na ramieniu dotyk. Odwróciłem się i zobaczyłem jedno ze słupkowych oczu należących do profesora Hoona. Skorupiak nauczył się już, że nie należy mnie szturchać szczypcami. Niestety, nazywanie mnie „kapitanem” nadal przychodziło mu z trudem. Może kiedy ma się kilkaset lat i tuzin tytułów naukowych, wszyscy wokół wydają się młodzieńcami.

– Tak, profesorze?

– Widzę, że doglądasz modernizacji mojej kajuty.

– Więc o to tu chodzi? – Przekrzywiałem głowę raz w lewo, raz w prawo, próbując coś zrozumieć z wyświetlanych przez konsolę schematów. – Przydzielono ci więcej miejsca?

– Warunki nadal pozostawiają wiele do życzenia, ale zniosę je z przyjemnością, jeśli taka jest cena wiedzy.

– Mogłeś zostać na tamtym lodowym księżycu i osobiście wychowywać potomstwo. Miałbyś dla siebie cały ocean.

– Och, na Wielką Osobliwość, wy macie doprawdy radykalne pomysły. Właśnie czegoś takiego spodziewałbym się po gatunku, który nie pozwala swobodnie działać selekcji naturalnej. Nic dziwnego, że ludzie nie są tak rozwinięci jak my. – Jego oczy zakołysały się w skorupiaczym odpowiedniku kręcenia głową, a translator Hoona wydał chrapliwy dźwięk. Nie umiałem stwierdzić, czy się śmiał, czy też wzdychał. Może robił jedno i drugie.

– Gdybyśmy pozwolili swobodnie działać selekcji naturalnej, cały wasz gatunek by wymarł – zauważyłem obcesowo. – Poza tym na twoim miejscu uważałbym z taką gadką w obecności naszych kobiet. One traktują temat potomstwa bardzo poważnie.

– Ach tak. Ty i twoja samica realizujecie protokoły prokreacyjne?

Uśmiechnąłem się półgębkiem.

– Powiedzmy, że ostro ćwiczymy i dogłębnie badamy tę możliwość. – Wstałem zza konsoli, bo właśnie podeszła Adrienne. Zastanowiłem się, jaki jest sens gadać z homarem, który nie zrozumie moich aluzji.

– Coś mnie ominęło? – zapytała dziewczyna, fig­larnie odpychając mnie pupą i siadając w fotelu.

– Hoon opowiada o przebudowie kajuty. Zostawię was, omówcie to – rzuciłem luźnym tonem. ­Adrienne spojrzała na mnie z wyrzutem.

W normalnych warunkach byłby to czas na sprawozdanie Marvina. Robot opowiadałby mi i moim podwładnym o postępach – albo raczej ich braku – w badaniach nad technologią Kwadratu.

Było na tyle blisko przerwy obiadowej, że wypadało łyknąć piwa. Zadowoliłem się jedną butelką fabrycznego. Zaniosłem ją do swojej – przepraszam, naszej – kajuty kapitańskiej, która rozmiarami i wyposażeniem biła na głowę wszystkie inne kwatery.

– Nieustraszony, odtwórz nagranie zeszłotygodniowej odprawy Marvina. Daj je na główny ekran.

Rozsiadłem się w fotelu, upiłem łyk piwa i zacząłem oglądać, żywiąc nieracjonalną nadzieję, że nagranie zawiera jakąś wskazówkę na temat tego, co się wydarzyło.

***

Litościwie zmuszałem do wysłuchiwania sprawozdań jak najmniejszą grupę ludzi. Upierałem się też, żeby Marvin prezentował swoje odkrycia osobiście, na pokładzie Nieustraszonego, co miało powstrzymać go przed dalszym zwiększaniem swoich rozmiarów. Dzięki temu poprzestał na zaledwie dwóch tonach masy ciała i nie był bardziej ociężały niż drużyna marines w pancerzach wspomaganych.

Przez pierwszych kilka minut paplał o wysoce specjalistycznych rzeczach. Choćbym nie wiadomo ile razy go prosił, robot nie umiał ograniczyć się do prostego omówienia tematu, więc musiałem się wtrącić.

– Marvin, proszę cię. Czy jest coś naprawdę nowego, co możesz nam powiedzieć o tym miejscu? Czy któryś z gratów, które znalazłeś, jest dla nas przy­datny?

– Gdybyśmy drastycznie zwiększyli rozmiary Nieustraszonego, dałoby się wyprodukować broń grawitacyjną opartą na modelach z Fobosa – powiedział, odnosząc się do drednota, którego odebraliśmy dziwacznej rasie Niebieskich zamieszkującej gazowego olbrzyma. – Dzięki wiedzy, jaką wyniosłem z tutejszych badań, z pewnością byłbym w stanie znacznie poprawić i zminiaturyzować ten sprzęt.

Potarłem czoło.

– Marvin, już to przerabialiśmy. Stworzenie tych systemów zajęłoby ponad rok, a jeszcze więcej trwałoby namierzenie odpowiedniej asteroidy, bo przecież Nieustraszony ma za małą masę, żeby montować na nim broń grawitacyjną. Nie chcę lecieć do domu drednotem. Jest za wolny i stanowi zbyt duży cel. Poza tym byłby niezwykle podatny na szablony litosów, chyba że znaleźlibyśmy planetoidę z litego metalu. A nie znaleźliśmy, prawda?

– Nie – przyznał Marvin.

– Myślę, że grasz na czas. Nie chcesz, żebyśmy odlatywali. Wolałbyś tu siedzieć i całymi dekadami badać Kwadrat.

Marvin nie odpowiedział. Siedział względnie nieruchomo, co z reguły oznaczało, że czeka na moją reakcję i boi się odezwać.

– No cóż, przykro mi, ale twoje życzenie się nie spełni. Za parę tygodni odlatujemy. Próby w kosmosie zaczynają się za dziesięć do dwunastu dni, a to znaczy, że musisz tymczasowo zawiesić badania i zrobić dla mnie kilka rzeczy. Zbyt długo odwlekaliśmy sprawdzenie, co leży po drugiej stronie pierścienia.

– Ale Jastrzębie zakazały nam wysyłania sond, a same nie chcą udzielić żadnych informacji – zaprotestował Marvin.

Odkąd połowa populacji Jastrzębi uległa zagładzie, mieliśmy z ich rządem kruchy sojusz. Przywódcy wojskowi rozumieli, że pomogliśmy ocalić miliardy istnień, ale cywile, zarówno rządzący, jak i obywatele, uwierzyli w wygodne kłamstwo, że to my pokpiliśmy sprawę. Najwyraźniej każda rasa miała swoje teorie spiskowe. Wcześniej miałem nadzieję, że zawrzemy sojusz z Jastrzębiami, ale teraz mogłem o tym tylko pomarzyć. Szkoda. Ci obcy mieli wiele pozytywnych cech.

– Brak przyzwolenia jakoś nigdy cię nie powstrzymywał, Marvinie. Poza tym mam zamiar twardo postawić sprawę – powiedziałem. – Pogadam ze starszym dyrektorem Shirrem i złożę mu propozycję nie do odrzucenia.

– A co to może być? – zapytał zaintrygowany Marvin.

– Wymiana informacji. Nadal jest kilka technologii, które ich wojsko bardzo chciałoby mieć. Im są silniejsi, tym łatwiej odeprą zagrożenie ze strony litosów.

– A jeśli odmówi?

Uśmiechnąłem się.

– Mam parę innych asów w rękawie. A skoro już tu jesteś, muszę zapytać, czy zamierzasz z nami lecieć.

Kamery i macki robota poruszyły się bez wyraźnego celu.

– Jeszcze nie jestem pewien.

– No to pozwól, że pomogę ci podjąć decyzję. Chcę, żebyś poleciał. Bardzo nam się przydajesz, kiedy akurat nie jesteś wrzodem na dupie. Ale jeśli postanowisz inaczej, pozwalam ci wymontować z Charta mikrofabrykę, a potem masz doprowadzić jednostkę do stanu używalności.

– Przecież go używam, więc chyba nadaje się do użytku.

– Nie jako statek. Zresztą teraz prawie nie przypomina statku, prawda? Poza tym miałem na myśli „zadowalający stan techniczny”. To takie wyrażenie, sprawdź sobie w słowniku.

– Idiomy obniżają moją szybkość przetwarzania informacji.

– A moją zwiększają – zaripostowałem.

Nagle do Marvina dotarło znaczenie moich słów.

– Wymontować fabrykę? Doprowadzić Charta do stanu używalności? – Teraz wszystkie kamery robota przyglądały mi się pod każdym możliwym kątem.

Pokiwałem głową z udawanym smutkiem.

– Niestety, tak. To jednostka Sił Gwiezdnych, więc naturalnie zabieramy go ze sobą. Ale nie przejmuj się. Dzięki fabryce zbudujesz sobie nowy statek, choć potrwa to pewnie kilka lat. Aha, i będziesz musiał zrzec się stopnia. Dopilnuję, żeby twój zaległy żołd wpłacono na fundusz powierniczy.

Miałem nadzieję, że te argumenty przekonają go do zabrania się z nami. Marvin bywał nieprzewidywalny, ale potrafił przeważyć szalę zwycięstwa w beznadziejnej sytuacji.

– Chyba muszę przeanalizować te informacje.

– Nie spiesz się, ale tak czy inaczej, potrzebuję twojej pomocy w przygotowaniach do startu. Gdy odlecimy, ruszymy ostro bez oglądania się za siebie. – Rozejrzałem się po sali, a potem uderzyłem dłonią w stół. – Koniec zebrania. Widzimy się za tydzień, Marvinie.

Rozdział 3

Nagranie ani trochę nie zbliżyło mnie do odpowiedzi na palące pytania o Marvina i Kwadrat, ale przypomniało o czymś, co wyleciało mi z głowy w ostatnich dniach poszukiwań. Wrzuciłem pustą butelkę do wlotu układu recyklingowego, wpadłem na chwilę do mesy na szybki lunch, a potem udałem się na mostek.

Podczas rozbudowy Nieustraszonego kazałem umieścić tuż przy mostku niewielkie pomieszczenie – miejsce, gdzie oficer dyżurny może odbyć prywatną rozmowę, będąc jednocześnie cały czas pod ręką. Pomachałem do Bradleya, po czym wślizgnąłem się tam, zamknąłem drzwi i usiadłem przed ekranem.

– Nieustraszony, połącz mnie ze starszym dyrektorem Shirrem.

Shirr był łącznikiem przydzielonym mi przez wojsko Jastrzębi. Całkiem przyzwoity facet. Z nikim innym nie rozmawiałem, odkąd pokonałem w pojedynku admirała Kleeda, gdy ten wtargnął na pokład Nieustraszonego, żeby wykraść nam fabrykę. Niezależnie od tego, gdzie kierowaliśmy transmisję, albo otrzymywaliśmy automatyczną odpowiedź, albo zgłaszał się Shirr.

Tym razem otrzymałem od komputera odpowiedź, że moja prośba o rozmowę zostanie przekazana dalej i Shirr sam się do mnie odezwie. Bez cienia wątp­liwości dla jastrzębiego rządu byłem persona non grata. Stare przysłowie, że „żaden dobry uczynek nie pozostanie bez kary”, obowiązywało również w kosmosie.

Gdy wróciłem na mostek, Bradley dał znak, żebym podszedł.

– Sir, skierował pan nasz sprzęt komunikacyjny na planetę Jastrzębi?

Zmarszczyłem brwi. Nie przywykłem do tego, że ktoś poddaje ocenie moje działania.

– Tak – odpowiedziałem sztywno.

– Zmiana kierunku wpłynęła również na czujniki dalekiego zasięgu. Wykryliśmy w sporej odległości nowy kontakt. Jednostkę lecącą w stronę Orna-3.

Była to bardziej oddalona z dwóch głównych kolonii Jastrzębi. Orn-1 był ich rodzinną planetą.

– O jakiej jednostce mowa?

– Wygląda na transport wojskowy. Lekkie uzbrojenie. Nie stwarza zagrożenia, o ile będziemy mieć oczy szeroko otwarte.

– Ile zostało czasu?

– Dwadzieścia godzin.

Kiwnąłem głową.

– Dzięki. Powiadomcie mnie, jeśli zaczną nadawać albo jeżeli sytuacja ulegnie zmianie. – Pomyślałem, że można by wysłać wiadomość w stronę statku, ale drażniło mnie, że to ja zawsze muszę wykonywać pierwszy ruch w kontaktach z tymi upartymi kosmitami.

Wychodząc z mostka, wpadłem na sierżant Moranian. Przylgnęła do ściany, a okolona krótkimi, rudymi włosami twarz zarumieniła się. Nie umknęło mojej uwadze, jak ciasno mundur marines opina jej bujne, kobiece kształty. To musiało być celowe, gdyż inteligentną tkaninę cechowała ogromna rozciągliwość. Dotarło do mnie, że wpadałem na nią – czy może raczej ona na mnie – co najmniej raz dziennie, odkąd uporaliśmy się z potworami. Stwierdziłem, że widziała we mnie idola. Nie mogłem tego dłużej ignorować, ale też nie chciałem, żeby się załamała odrzuceniem. Oficerowie nie powinni wchodzić w tego rodzaju relacje z innymi wojskowymi, zwłaszcza na tej samej jednostce. A już szczególnie kapitan, który pozostaje w związku z piękną, ale zazdrosną kobietą.

„Opanuj się” – nakazałem sobie w myślach.

– Sierżancie. – Skinąłem jej głową, przepychając się obok i uciekając wzrokiem.

– Sir…

– Tak? – zapytałem, nie odwracając się.

Minęła chwila.

– Nic.

Oddaliła się pospiesznie, a ja odetchnąłem z ulgą. Nie potrzebowałem takich komplikacji.

Odszukałem Kwona w siłowni, ze sztangą obciążoną dwustoma kilogramami. Wziąłem go na stronę.

– Kwon, mam prośbę. Niech sierżant Moranian będzie na służbie, kiedy ja mam wolne, i odwrotnie. Proszę jej dać dowodzenie nad czymś i powiedzieć, że to nagroda, ale chcę mieć ją z głowy.

Kwon zarechotał.

– Ona ma na pana ochotę, szefie!

Świetnie. Więc nie tylko ja zauważyłem.

– A gdybym tak powiedział pańskiej dziewczynie, tamtej Steiner, że Moranian ma ochotę na pana?

Kwon uniósł otwarte dłonie w udawanym geście kapitulacji.

– Dobra, zajmę się tym.

– Dzięki.

W tym momencie pisnął interkom.

– Kapitan proszony na mostek!

Zostawiłem Kwona, żeby w spokoju dokończył serię, a sam popędziłem z powrotem. Na miejscu zastałem Bradleya i Hansena wpatrzonych w holowyświetlacz.

– Co jest?

– Marvin wrócił – powiedział Hansen bez słowa wstępu. – Z kolegą.

– Z innym robotem? Czy jakimś kosmitą?

– Mnie on wygląda na człowieka.

Hansen zrobił zbliżenie. Holowyświetlacz wypełniło rozedrgane ujęcie, na którym Marvin przemierzał Kwadrat. Obok niego stąpała z trudem jakaś postać w skafandrze.

– W tym kombinezonie jest coś dziwnego… – Pomajstrowałem przy ustawieniach wyświetlacza, ale nie zdołałem uzyskać lepszego obrazu. – Nieustraszony, wywołaj Marvina.

– Już próbowałem, sir – wtrącił się Bradley. – Nie odpowiedział.

– Może to przez zakłócenia. Musimy zwyczajnie poczekać. Najwyraźniej prowadzi do nas tę… osobę. – Przez chwilę analizowałem sytuację. – Wyślijcie tam duży łazik z paroma marines, a Kwon niech rozstawi drużynę na powierzchni. I aktywujcie lasery obrony punktowej.

– Dla jednego faceta? – prychnął Hansen.

– Jednego faceta, który bez zapowiedzi wyszedł z tajemniczego artefaktu zbudowanego przez Pradawnych. Cholera wie, co knuje Marvin. Może go przeprogramowano? Za wiele w tym niewiadomych. Nie wiemy nawet, czego nie wiemy. – Po tych słowach spoglądałem przez moment na Hansena, aż ten skinął głową i przekazał moje rozkazy dyżurnemu.

Po kilku chwilach Kwon rozstawił się z niewielkim oddziałem w cieniu naszego lotniskowca. Eskortowany przez marines łazik – transporter ładunkowy z hermetycznie zamykaną kabiną – zbliżył się do Marvina i jego towarzysza. Na naszych oczach robot i człowiek w kombinezonie wkroczyli na tył ciężarówki.

Włożyłem kombinezon i wyszedłem im na spotkanie do ładowni. Gdy wjechali po rampie, wrota zamknęły się za pojazdem, a kiedy pomieszczenie znów wypełniło się powietrzem, zdjąłem hełm i gestem nakłoniłem gościa do tego samego. Mężczyzna – bo nie dostrzegałem u niego kobiecych kształtów – nosił staromodny kombinezon, wykonany w całości z inteligentnego metalu, z wyjątkiem szklanej osłony hełmu. Wyglądał jak żywcem wyjęty z nagrań z czasów floty nanitów, która była Siłami Gwiezdnymi tylko z nazwy.

Nie nosił oznaczeń wojskowych, a gdy odsłonił twarz, zobaczyłem, że faktycznie jest człowiekiem. Brodaty, mocno zbudowany i czarnowłosy, wyglądał na pięćdziesiąt parę lat. Jego brwi przypominały włochate gąsienice, a oczy miał wąskie, ciemne i paciorkowate. Nieprzyjemne pierwsze wrażenie potęgował niemiły zapach. Facet pewnie przebywał w kombinezonie od dłuższego czasu.

Mógłbym przysiąc, że gdzieś widziałem tę twarz.

– Kim jesteś i co tu robisz? – zapytałem neutralnym tonem.

– Jestem generał Sokołow – odpowiedział ze zmarszczonym czołem i słowiańskim akcentem. – A ty to kto, do cholery?

– Nazywam się Riggs – rzuciłem chłodno. – Kapitan Riggs.

Już go nie lubiłem, choć trudno stwierdzić czemu.

– Kyle Riggs? – Teraz w jego głosie słyszałem zdumienie. – Niemożliwe. Masz nie więcej niż dwadzieścia pięć lat.

– Jestem Cody Riggs, syn Kyle’a.

– To niemożliwe! – powtórzył Sokołow. Najwyraźniej nie wykazywał się elastycznością myślenia. – Rodzina pułkownika Riggsa zginęła w dniu, kiedy przyleciały nanity. A przynajmniej tak mówił. – Zmrużył podejrzliwie oczy.

– Słuchaj, nie jestem w nastroju na wysłuchiwanie oskarżeń o kłamstwo. Nie na moim własnym okręcie. A teraz to ja zacznę zadawać pytania i może ustalimy parę faktów. Podobno jesteś generałem. Generałem czego?

– Sił Gwiezdnych. A przynajmniej tak je nazywano, zanim mnie uprowadzono.

Omal nie opadła mi szczęka, bo nagle uświadomiłem sobie, gdzie widziałem podobiznę tego mężczyzny – na nagraniach z początków wojen z makrosami. Sokołow był jednym z kumpli admirała Crowa. Okręt Alamo, należący do mojego ojca, porwał Sokołowa i zabrał Bóg wie gdzie, odlatując wraz z resztą floty nanitów. Od tamtej pory słuch o nim zaginął.

Dotarło do mnie, że właśnie stanąłem przed dylematem, który mógł doprowadzić do kryzysu. Czy powinienem uznać stopień i zwierzchnictwo Sokołowa? Na przestrzeni lat Siły Gwiezdne zmieniły się tak bardzo, że praktycznie były już zupełnie inną organizacją. Poza tym, o ile mnie pamięć nie myliła, Crow nadał mu stopień całkiem arbitralnie, pewnie za wazeliniarstwo. Choć, z drugiej strony, stopień mojego ojca również był dość arbitralny…

Postanowiłem odwlec decyzję i dać sobie czas do namysłu.

– Będę pana nazywał generałem, ale tylko z grzeczności, bo nie obejmie pan dowództwa bez potwierdzenia ze strony Sił Gwiezdnych. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat. Czemu nagle wyrósł pan jak spod ziemi?

Na te słowa zamarł, osłupiały. Nagle odkryłem w sobie odrobinę współczucia.

– Sądziłem, że minął tylko rok albo dwa – powiedział, ale zaraz wyprostował się i opanował. – Rozumiem, kapitanie Riggs. Nie będę sprawiał problemów. Byłbym wdzięczny za prysznic i prawdziwy posiłek. Żyłem bez wygód przez bardzo długi czas.

– Gorący prysznic i koję da się załatwić. Jeśli chodzi o prawdziwe jedzenie… cóż, przynajmniej będzie pożywne. – Zmusiłem się do uśmiechu. Tyle dobrego, że facet sprawiał wrażenie rozsądnego. – Prysznic nie ucieknie, najpierw musimy pana dokładnie zbadać. Kwon, proszę wziąć paru marines i zaprowadzić generała Sokołowa do ambulatorium.

Gdy zniknęli, zwróciłem się do Marvina:

– Ty. Mam do ciebie masę pytań. Nie ruszaj się stąd.

Nie zareagował. Włączyłem słuchawki i kazałem Nieustraszonemu połączyć mnie z doktor Kalu. Wprawdzie nie była tak naprawdę lekarzem medycyny, ale miała doktorat z biologii. Wyłuszczyłem jej sytuację i kazałem pobrać próbki krwi i tkanek Sokołowa, a potem przeprowadzić szczegółowe testy. Sprawiała wrażenie poirytowanej tym zadaniem, dopóki nie wspomniałem, że chodzi o generała. Od razu się rozchmurzyła. Zawsze przepadała za oficerami, a na pokładzie Nieustraszonego było ich za mało, jak na jej gust.

Kiedy wróciłem do Marvina, zauważyłem, że robot stoi nienaturalnie spokojnie. Spodziewałbym się po nim raczej nerwowych ruchów.

– Nie jesteś zadowolony z mojej akcji ratunkowej? – zapytał, obserwując mnie wszystkimi kamerami.

– A, tak, dobrze zrobiłeś. Obecnie każdy członek Sił Gwiezdnych jest bezcenny. Chciałem…

– A czy nie cieszysz się, że zdołałem uniknąć pożarcia przez obcego drapieżnika? – przerwał.

– No dobrze, muszę przyznać…

– Postanowiłem polecieć z wami.

Wcale mnie to nie zdziwiło. Niedawno odkrył, że Kwadrat jest bardziej niebezpieczny, niż sądził.

– Świetnie – powiedziałem. – A teraz…

– Co więcej…

– Zamknij się i daj mi mówić! – ryknąłem.

– Nie ma powodu, by ulegać emocjom.

Wbiłem w niego gniewne spojrzenie, czekając na choćby jeszcze jedno słowo. Nawet nie pisnął.

– Marvin – powiedziałem ciszej – wyjaśnij, proszę, w jaki sposób znalazłeś Sokołowa. Zacznij od tego, jak tydzień temu uciekłeś przed chrząszczem.

– Tydzień temu? Mój wewnętrzny chronometr wskazuje, że minęło zaledwie trzydzieści siedem minut. Powinienem był wydedukować różnicę w upływie czasu z opóźnienia sondy, którą wysłałem przed kilkoma tygodniami. Może gdybym…

– Marvin? Skup się na Sokołowie.

– Znalazłem człowieka podającego się za Sokołowa. Wędrował po wielowymiarowym labiryncie, do wnętrza którego prowadzą okna. Na szczęście dysponował kombinezonem ciśnieniowym, bo inaczej musiałbym go tam zostawić. Czy to byłaby właściwa decyzja? A może raczej powinienem był zaakceptować fakt, że zginie po wyjściu z okna? Rzecz jasna, czysto hipotetycznie.

– Podjąłeś słuszną decyzję. Nie spodobałoby mi się, gdybyś zabił Sokołowa, próbując go uratować.

Marvin przekrzywił kilka kamer.

– Zabić a pozwolić umrzeć to dwie różne rzeczy.

– Nie wtedy, gdy sam zapoczątkujesz ciąg zdarzeń, który doprowadzi do nieuniknionego rezultatu. Jeśli potrącisz pierwszą kostkę domina i wiesz, dokąd prowadzi szereg, jesteś odpowiedzialny również za upadek ostatniej.

– Chętnie podyskutowałbym z tobą na tematy filozoficzne, kapitanie Riggs, ale po tygodniu moje ogniwa są na skraju rozładowania.

– Przed chwilą wspomniałeś, że z twojego puntu widzenia minęło trzydzieści siedem minut!

– Niczego takiego nie powiedziałem. Mówiłem, że mój wewnętrzny chronometr wskazuje na upływ trzydziestu siedmiu minut. A jednak ogniwa elektryczne mam rozładowane w takim stopniu, jakby minął co najmniej tydzień.

– To niemożliwe! – wykrzyknąłem, poirytowany.

– Teraz brzmisz jak Sokołow. Zdaje się, że w tym wielowymiarowym labiryncie rzeczy niemożliwe są na porządku dziennym.

Wydałem coś między westchnieniem a warknięciem.

– Wracaj do swoich zajęć, ale proszę, nie sprawiaj więcej kłopotów.

– Nawet by mi to przez myśl nie przeszło, sir – powiedział Marvin. Chyba cieszył się, że pozwoliłem mu odejść.

Czasem miałem dość jego knucia i pyskowania. Spróbowałem skupić się na zaletach robota. Na pewno utrzymywał moje ego na sensownym poziomie, bo był genialny i kompletnie nie przejmował się moimi uczuciami. Ignorował też mój stopień i pozycję, chyba że takie postępowanie stanowiło zagrożenie dla jego celów. Może przy ojcu pełnił podobną rolę krytykanta? Założę się, że tato trzymał go przy sobie między innymi z tego powodu. Tylko głupiec chce, żeby otaczali go przytakiwacze, choć łatwo o tym zapomnieć, będąc dowódcą.

Trochę wbrew sobie zawróciłem i znów poszukałem Marvina w nadziei, że usłyszę odpowiedzi na kilka pytań. Zastałem go w dziale inżynieryjnym, gdzie rozmawiał z Sakurą.

– Marvin, jak wyglądało miejsce po drugiej stronie okna? – zapytałem.

– Jeśli słusznie domyślam się, o co dokładnie pytasz, odpowiedź brzmi „bardzo dezorientująco”. Człowiekowi niezwykle trudno byłoby nie zgubić się w tym wielowymiarowym labiryncie. Mnie udało się to tylko dzięki licznym czujnikom. Wykorzystałem całą moc obliczeniową, by scalić ich odczyty w…

– Tak, nie wątpię, że wykazałeś się ponadprzeciętnym intelektem. A do czego, twoim zdaniem, służy ten labirynt?

– Co prawda nie sposób odgadnąć pierwotnych zamiarów Pradawnych, ale obecnie działa jak router, przynajmniej częściowo.

– Router. Jak w sieci komputerowej?

– Tak. Sądzę, że jeśli odkryję odpowiednie komendy, mógłbym uzyskać dzięki niemu dostęp do całej sieci pierścieni i nie tylko. Prawdę mówiąc, wysłałem krótką wiadomość w formie samoreplikującego się wirusa w nadziei, że dotrze do Sił Gwiezdnych.

Szczęka mi opadła.

– Zaraz, zaraz. Napisałeś i uwolniłeś wirusa, przebywając wewnątrz zbudowanego przez Pradawnych wielowymiarowego labiryntu, którego działanie ledwo rozumiesz? Umieściłeś malware w cybernetycznym systemie obcych? Oszalałeś?

– Biologiczne formy życia mogą tak sądzić. W każdym razie skrypt wyłącznie się powiela i rozprzestrzenia, próbując dotrzeć do jakiegoś odbiorcy. Nie robi nic więcej.

– I podałeś w tej wiadomości informacje o naszej pozycji? Współrzędne układu gwiezdnego albo inne namiary?

Macki Marvina zakołysały się trochę niespokojnie.

– Zawarcie tych danych było niezbędne do osiąg­nięcia zamierzonych celów.

– Więc każdy odbiorca wiadomości będzie wiedział, gdzie się znajdujemy, nie tylko ci z Sił Gwiezdnych. Napisałeś coś jeszcze?

Teraz kamery i macki Marvina wiły się, co jasno świadczyło o tym, że zbliżam się do niewygodnego sedna sprawy.

– Zaszyfrowany pakiet danych zawierający podsumowanie naszej sytuacji – powiedział.

Pacnąłem się dłonią w czubek głowy.

– Czyli właśnie wysłałeś dane wywiadowcze na temat naszej misji i obecnego statusu do obcego systemu komputerowego, który być może ciągnie się przez całą Galaktykę. Nie dostrzegasz tu pewnego problemu?

– Na przyszłość mogę zaostrzyć kryteria swojego systemu ewaluacji ryzyka. Ale dane są dobrze zaszyfrowane.

– A czy ty potrafiłbyś przełamać takie zabezpieczenia?

– Oczywiście. Gdybym miał dość czasu.

– Czyli ile?

– Może miesiąc, gdybym wykorzystał wszystkie swoje obwody. Szyfrowanie było bardzo silne.

– A kiedy wysłałeś wiadomość?

– Krótko po przejściu przez okno.

Myślałem gorączkowo. Choć Marvin był niesamowicie zdolny, potrafiłem wyobrazić sobie znacznie potężniejsze sztuczne inteligencje. Od nadania wiadomości upłynął w przybliżeniu tydzień. Możliwe, że został nam mniej niż miesiąc, zanim ktoś na nią zareaguje. Choć z drugiej strony, odbiorca wiadomości mógł być niesamowicie daleko. Albo bardzo blisko. Lepiej nie ryzykować. Połączyłem się z Hansenem.

– Proszę przekazać rozkazy: stan podwyższonej gotowości, podwójne obsady zmian. Niewykluczone, że Marvin zdradził naszą pozycję nie wiadomo komu. – Następnie zwróciłem się do Sakury, która w milczeniu słuchała niepokojącej rozmowy. – Musimy przyspieszyć prace. Niech inżynierowie pracują po dwadzieścia cztery godziny na dobę, zezwalam na użycie stymulantów. Mamy być jak najszybciej gotowi.

– Tak jest – odpowiedziała, po czym zaczęła wyszczekiwać rozkazy.

Gdybym miał do czynienia z innym podwładnym, ustaliłbym dla podkręcenia tempa niemożliwy termin zakończenia prac, ale znałem Sakurę i wiedziałem, że bez żadnych gierek zrobi wszystko, co w jej mocy.

– Jeszcze jedno pytanie – powiedziałem do robota. – Skąd się wzięły tamte robale?

– W samej tylko Drodze Mlecznej są miliardy planet, więc nie potrafię…

– Nie bierz wszystkiego tak dosłownie. Powiedz w skrócie, czemu cię zaatakowały. Wlazłeś im do gniazda? Co nimi kierowało?

– Pierwszy raz zobaczyłem te istoty, gdy zaatakowały mnie w labiryncie. Możliwe, że któryś z eksperymentów je rozdrażnił. A może przyciągnął je atrakcyjny wygląd mojego korpusu?

– Ta, jasne. Dobra robota, Marvin.

– Wykrywam sarkazm.

– Przyzwyczaj się.

W tym momencie odezwał się Hansen:

– Kapitanie, wiadomość ze statku Jastrzębi.

– Już biegnę. – Wymierzyłem w Marvina palec wskazujący. – Potrzebuję potwierdzenia, tu i teraz. Zostajesz czy lecisz z nami, kapitanie Marvinie?

– Będę wam towarzyszył. To oczywiste, że bardzo mnie potrzebujecie.

– Nawet nie wiesz, jak mocno tego żałuję. Wracaj do swojego laboratorium i rozmontuj cały sprzęt, który mógłby zdradzić, że tu byliśmy. Załaduj wszystko na Charta i szykuj go do odlotu. Właśnie wymalowałeś nam na czołach wielką tarczę strzelniczą, a zwłaszcza na sobie. Czy to dotarło do twoich łańcuchów neuronalnych? Możliwe, że znów coś po ciebie idzie. Coś straszniejszego niż trzy przerośnięte owady.

– Ewentualność warta rozważenia, kapitanie ­Riggs – rzucił przez tylny głośnik, krocząc pospiesznie w kierunku najbliższej śluzy.

Nic nie motywowało Marvina silniej niż instynkt samozachowawczy, a ja wykorzystywałem ten fakt najlepiej jak umiałem. Robot bez wątpienia ucieknie przed potencjalnym zagrożeniem szybciej od nas, a w tej chwili dokładnie na to liczyłem.

Rozdział 4

– Dajcie wiadomość od Jastrzębi na główny ekran – rzuciłem, pędząc na mostek. Na razie nie miałem powodu, by odtwarzać ją na osobności.

Nagranie zaczęło się od symbolu wojskowego: stylizowanego ogona z kolcami. Jednostka znajdowała się co najmniej godzinę świetlną od nas, więc usiadłem i rozluźniłem się, wiedząc, że to nie będzie rozmowa. Po chwili na ekranie pojawił się Jastrząb, samiec w wojskowym mundurze przyozdobionym kilkoma odznaczeniami w formie kolorowych sznurków i piór, które tamci najwyraźniej lubili. Nabrałem wprawy w rozpoznawaniu twarzy obcych i byłem przekonany, że gdzieś go już widziałem, choć nie umiałbym stwierdzić, kto to jest.

– Witaj, komodorze Riggs – powiedział Jastrząb przez oprogramowanie tłumaczeniowe. W przeszłości kazałem im nazywać mnie komodorem, żeby poważniej mnie traktowali, i tak już zostało. – Jestem Kreel, syn Kleeda.

Rozjaśniło mi się w głowie. To on wniósł na pokład Nieustraszonego ładunek jądrowy, gdy jego ojciec próbował wykraść nam fabrykę, i to on postanowił nie wysadzić się w samobójczym ataku, za co byłem mu wdzięczny. Koniec końców zabiłem Kleeda w uczciwym pojedynku, więc byliśmy kwita. Słuchałem z zaintrygowaniem, co ma do powiedzenia.

– Czyny mego ojca skazały moją matkę oraz siostry na utratę pozycji i ostracyzm. Stanąłem więc na rozdrożu. Jedna ze ścieżek prowadzi do zakonu. To oznaczałoby koniec mojego rodu, ale matce i siostrom wolno byłoby przyjąć inne nazwisko. Druga ścieżka to wygnanie. Ta sama, którą ty obrałeś, komodorze Riggs.

Ciekawe, że widział we mnie banitę. Skąd jego zdaniem zostałem wygnany? Z własnego ludu? Z układu Pand albo litosów? A może to Jastrzębie mnie nieoficjalnie wygnały? Albo i oficjalnie. Nie śledziłem zbyt uważnie wytworów ich nieskończenie złożonej biurokracji. Obejrzałem wystarczająco wiele transmisji obcych, by przekonać się, że ich społeczeństwo jest stare i zepsute oraz, pomimo ciągłego gadania o honorze, pełne bizantyjskich zdrad i wewnętrznych rozgrywek. Większość tych ptaków używała słowa „honor” raczej z przyzwyczajenia. Często znaczyło ono tyle co „dziecinna duma”.

Nieliczni, jak choćby Klak, naprawdę wierzyli w ideę honoru. Ciekawe, czy Kreel również się do nich zaliczał.

– Ja i moi towarzysze wybraliśmy ścieżkę wygnania – kontynuował Kreel na nagraniu. – Mówi się, że wkrótce opuścisz układ przez zabójczy pierścień. Proszę o pozwolenie na zabranie się z tobą, komodorze Riggs. Zachowamy się honorowo. Przysięgniemy ci wierność i posłusznie usłuchamy twych rozkazów, choćbyś nawet posyłał nas na śmierć. – Uniósł dłonie i ogon w jastrzębim salucie. – Chwała Riggsowi. – Po tych słowach wiadomość się skończyła.

Zmarszczyłem w zadumie czoło, a tymczasem obsada mostka stukała w ekrany i zerkała na mnie raz po raz. Propozycja mogła być szczera, choć mogła też okazać się próbą pomszczenia ojca. Kto wie, może miał jeszcze trzecią opcję, czyli odzyskanie dobrego imienia rodu dzięki udanemu zamachowi na moje życie. Ktoś mógł poddać go praniu mózgu albo przymusić. Mimo wszystko przeczucie podpowiadało, że Kreel mówi szczerze.

Hansen uniósł brew, a ja odpowiedziałem tym samym. Ruchem głowy wskazałem na prywatną salkę przy mostku. Weszliśmy do środka, zamknąłem drzwi za oficerem, a potem usiadłem przy stoliku.

– Co pan myśli?

– To ma sens – odpowiedział.

– Spodziewałem się podejrzliwości.

Kąciki ust Hansena drgnęły.

– Może próbuję pana podejść? Gdybym był przeciw, tym chętniej wpuściłby ich pan na pokład. – Zaśmiał się pod nosem. – Ale w tym przypadku naprawdę jestem za. Przyda się nam każda pomoc, zwłaszcza ze strony obcego, fanatycznie posłusznego mięsa armatniego.

Pokręciłem głową z mieszanką ponurego podziwu i makabrycznego rozbawienia.

– Robi się z pana na starość oziębły sukinsyn, zauważył pan?

– Za to mi płacą. Przecież miałem się z panem nie zgadzać. Jestem prostym facetem, kapitanie. Musi istnieć jakaś hierarchia. My, ludzie, znajdujemy się na jej szczycie. Potem są nasi starzy sojusznicy, tacy jak Hoon czy Marvin. Jeśli o mnie chodzi, nowo spotkani kosmici znajdują się na samym dole. Skoro chcą walczyć i umierać za boga-króla Riggsa, czemu miałbym im zabraniać? Niech to oni ponoszą straty.

Instynkt podpowiadał mi, żeby go upomnieć, ale powstrzymałem się, bo mówił z sensem. Nie zamierzałem posyłać Jastrzębi na pewną śmierć, ale w razie czego priorytet musieli mieć członkowie Sił Gwiezdnych. Jako dowódca byłem za nich odpowiedzialny w większym stopniu niż za jastrzębich ochotników.

Hansen miał rację również w kwestii tego, co nas czeka. Wiedział, że przyjmę Kreela do służby, bo on i jego podwładni mogli się okazać cholernie przydatni. Nie wolno przegapić okazji do powiększenia zasobów.

– W sumie chyba ma pan rację – powiedziałem wreszcie, rozkoszując się zdziwieniem na jego twarzy. – Ale uważajmy na wszelkie oznaki zdrady. Proszę dopilnować, żeby Nieustraszony przeskanował naszych nowych sojuszników pod kątem czegokolwiek groźniejszego niż broń osobista. Jak choćby tamten ładunek jądrowy.

Hansen przytaknął. Wróciliśmy na mostek.

– Nieustraszony, nagraj wiadomość – odezwałem się do okrętu. Nie mówiłem do mikrofonu, ale nasze inteligentne jednostki zawsze nas słuchały.

– Nagrywam.