Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Star Force. Tom 1. Rój ebook

B.V. Larson

3.28571428571429 (14)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 362 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Star Force. Tom 1. Rój - B.V. Larson

Owdowiały wykładowca akademicki Kyle Riggs mieszka z dwójką dzieci na kalifornijskiej farmie. Pewnej nocy jego spokojne życie przerywa przybycie okrętu obcych, który porywa i morduje jego dzieci, a następnie zabiera na pokład samego Kyle’a. Bohater przechodzi serię testów, po których statek, najwyraźniej obdarzony inteligencją, czyni go swoim dowódcą. Jest też zła wiadomość – obcy, którzy wysłali jednostkę, walczą z kimś o wiele groźniejszym, kimś, kto wkrótce znajdzie się w pobliżu Ziemi.

Rasa ludzka, zamieszkująca galaktyczny zaścianek i dysponująca prymitywną technologią, trafia w sam środek wojny między dwoma potężnymi gatunkami obcych.

 

„Rój” to pierwszy tom bestsellerowej serii Star Force.

Opinie o ebooku Star Force. Tom 1. Rój - B.V. Larson

Fragment ebooka Star Force. Tom 1. Rój - B.V. Larson

Tytuł oryginału: Star Force # 1. Swarm

Copyright © 2011 by B.V. Larson.All rights reserved

Wydanie II

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Ewa Białołęcka

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:Drageus Publishing House Sp. z o.o.ul. Kopernika 5/L600-367 Warszawae-mail:drageus@drageus.comwww.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-19-7 ISBN MOBI: 978-83-65661-20-3

Rozdział 1

W noc przed inwazją niebo wyglądało nie tak, jak powinno. Problem tkwił chyba w barwie: fioletowej, a nie niebieskiej albo chociaż czarnej. Zupełnie jakby tej nocy słońce nie zaszło do końca, tylko zmieniło kolor na brunatnoczerwony i zaczaiło się tuż pod dolną krawędzią świata, zaledwie go podświetlając. Nad wschodnim horyzontem, nad Sierra Nevada, wisiało kilka nędznych strzępków chmur, każdy ciemnoczerwony jak mokra rdza albo sucha krew.

Poza tym niezwykłym niebem wszystko było typowe dla środkowej Kalifornii późną wiosną. Na burzę się nie zanosiło, ale w miarę jak wieczór zmieniał się w noc, zimny wiatr od gór stawał się coraz silniejszy. Na polach szeleściły tysiące łodyg dojrzałej kukurydzy.

Jake, mój najstarszy, na pytanie, czy zrobił wszystko, co musiał dziś zrobić, jak zwykle tylko wzruszył ramionami. Jego krótkie czarne włosy lśniły jak skrzydło kruka, oczy zaś miał niebieskie i przenikliwe. Był do mnie podobny do tego stopnia, że jego siostra nazywała go moim bliźniakiem. Tym złym bliźniakiem.

Zabrałem go do stajni, żeby mu udowodnić, że nie uprzątnął boksów. Konie były niespokojne, płoszyły się, cofały, potrząsały łbami i przewracały wielkimi oczami z wyraźnie widocznymi białymi obwódkami, nie uciekały jednak przed moją wyciągniętą ręką. Wydało mi się to dziwne. Pomogłem Jake’owi, całą brudną robotę wykonaliśmy wspólnie. Patrzył na mnie zdziwiony, że mu pomagam w pracy, której nie znosił. Prawdę mówiąc, nie chciałem zostawiać go samego.

Kiedy wyszliśmy, księżyc już wschodził. Pola szumiały, w powietrzu wisiał ciężki aromat świeżo ściętej lucerny. Po drodze do domu parę razy oglądałem się przez ramię, na to dziwne niebo. Kupiliśmy farmę, Donna i ja, przede wszystkim po to, żeby spełnić marzenie o „powrocie na rolę”. Koledzy nazywali mnie „dżentelmenem farmerem”. Zastanawiali się, czy codziennie, jadąc na uniwersytet, muszę przedzierać się przez korki z krów. Ale ja kocham to miejsce i nawet po śmierci Donny nie chciałem przeprowadzić się z powrotem do miasta. Z tym że przez wszystkie spędzone tu lata nigdy nie widziałem takiego nieba.

Jake ignorował wszystko, co tej nocy mogło źle wyglądać. Od razu poszedł do siebie, na górę. Wieczór spędzi pewnie, surfując po Internecie, poprawiając słuchawki i w ogóle udając, że odrabia pracę domową. Moje drugie dziecko, córka Kristine, poznała, że coś nie gra, gdy tylko mnie zobaczyła. Z nich dwojga to ona miała intuicję.

– O co chodzi, tato? – spytała, podnosząc głowę znad algebry. Miała trzynaście lat i w tym roku jej ciało zmieniło się w sposób zakłócający mi święty spokój. Wyglądała całkiem jak jej matka, tylko chuda i z aparatem na zębach. Dla mnie była ideałem.

Potrząsnąłem głową i postukałem palcem w podręcznik.

– O nic, Kris. Nie przeszkadzaj sobie.

Wróciła do pracy, a ja do przyglądania się przez okno dziwnemu, fioletowemu niebu. Nie zmieniało się, więc w końcu zasiadłem w gabinecie, przed komputerem. Miałem do oceny sporo prac – na szczęście tego rodzaju rzeczy dziś załatwia się online. Zalogowałem się na stronie uniwersytetu, zacząłem odpowiadać na mejle i oceniać projekty laboratoryjne.

Nauczanie przez Internet nie jest takie łatwe, jak to się może wydawać na pierwszy rzut oka. Studenci informatyki zadają profesorom trudne pytania, a wpisywanie komentarzy sprawia na ogół więcej kłopotów niż przedyskutowanie sprawy w cztery oczy. Często brakuje mi prostoty pióra i papieru. Nawet bazgranie notatek na marginesach wydruku jest lepsze niż wklepywanie ich z klawiatury. Czerwone kółeczka i iksy były cudami międzyludzkiej komunikacji. Niestety, gdzieś je zagubiliśmy.

Kilka godzin później zagoniłem dzieciaki do łóżek, a potem sam położyłem się i zasnąłem. Śniła mi się moja żona Donna. Nie żyła od prawie dziesięciu lat. Wypadek samochodowy. Przebiliśmy ogrodzenie z siatki, która złapała nas jak w pułapkę, a jeden wyrwany stalowy słup zatoczył łuk i wpadł do samochodu, tłukąc tylną szybę. Przebił Donnę na wylot.

Patrzyła na mnie z siedzenia pasażera. We śnie widziałem jej oczy. Poruszała ustami, próbowała mi coś powiedzieć, ale oczy miała martwe.

To ich wyraz mnie obudził. Usiadłem, z trudem chwytając oddech.

Już zawsze będę się zastanawiał, co też chciała mi powiedzieć. Gdybym spał tylko minutę dłużej, czy usłyszałbym jej głos? Jeśli tak… może wszystko ułożyłoby się inaczej?

Rozdział 2

Druga noc, ta naprawdę zła, zaczęła się całkiem przyjemnie. Dzieciakom humory dopisywały. Był dopiero wtorek, ale w przyszłym tygodniu kończyła się szkoła, więc wakacyjny nastrój już wywierał na nie swój wpływ. Poszliśmy spać późno, po filmie i popcornie. To jedna z dobrych stron dorastania bez matki: nikt nie przypomina tacie, że jutro jest szkoła.

Statek zawisł nad moją małą farmą zaraz po północy. Najpierw złapał Jake’a. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że miał pokój z oknem od wschodniej strony? Później dowiedziałem się, że przylecieli właśnie z tamtego kierunku, żeglując na fali przesuwającej się po powierzchni Ziemi ciemności.

Spałem, kiedy statek się pojawił. Ściany zadrżały, w moim pokoju telewizor zleciał z szafki nad biurkiem. To mnie właśnie obudziło. Telewizor wyrżnął w podłogę, a ja wyskoczyłem z łóżka pewny, że to trzęsienie ziemi. Krzyknąłem na dzieciaki, kazałem im uciekać z domu. Wyglądało na to, że sprawa może być poważna.

W filmach kosmici przychodzą po ciebie w promieniach jaskrawego światła, bijącego z nieba wprost w okna domu. W moim przypadku nie było żadnego światła, wręcz przeciwnie, farma pogrążyła się w głębokiej ciemności. „No jasne – pomyślałem, mijając okno w końcu korytarza, ubrany jedynie w bokserki i podkoszulek – to ma sens”. Przecież nad domem unosi się wielki statek kosmiczny. Zasłania to dziwne, fioletowe niebo. Widziałem, jak wisi, nie wydając żadnego dźwięku. Miał chyba ze sto metrów wysokości, z pięćdziesiąt szerokości i był absolutnie czarny. Nie widziałem ani iskierki światła, nie miał także widocznych silników. Czarny jak dno studni – mawiała moja babka. Zatrzymałem się, przez parę chwil patrzyłem na niego, zdumiony.

Usłyszałem kolejny trzask, tym razem w pokoju Jake’a. Pobiegłem korytarzem, wykrzykując imię syna. Nie doczekałem się odpowiedzi. Zajrzałem do jego pokoju, zobaczyłem puste łóżko. Okno było wybite, a podłogę zasypały odłamki szkła i resztki czarnych żaluzji. O ile wiem, Jake nawet nie krzyknął.

Wyjrzałem na zewnątrz. Przez sekundę, może dwie, nie byłem nawet w stanie myśleć.

Mojego syna nie porwał żaden magiczny promień. Nie, z łóżka wyciągnęło go wysunięte ze statku potężne, wielosegmentowe, przeszło półmetrowe w przekroju ramię, przypominające gruby przewód albo czarne, giętkie cielsko węża. Czy był tam w górze ktoś, kto nim sterował? Zbierał próbki? To była moja pierwsza zdumiona reakcja. Pomyślałem, że dla nich jesteśmy pewnie czymś, co kryje się pod kamieniami, pełza po dnie morza. Że są jak naukowcy, którzy przybyli na Ziemię, żeby zakłócać nasze nic nieznaczące istnienie.

Kiedy już opanowałem się przynajmniej na tyle, że odzyskałem zdolność ruchu, wybiegłem z domu. Na ganku dołączyła do mnie Kristine. Razem przyglądaliśmy się statkowi i jego wężowemu ramieniu, trzymającemu Jake’a. Nadal nie krzyczał, ale widziałem, że się szamocze, więc wtedy jeszcze żył. Na naszych oczach znikł wewnątrz okrętu.

Kris patrzyła na to z otwartą buzią, w której błyszczał aparat na zęby. Mrugała nieprzytomnie. Była przerażona.

– Co robić, tatusiu? – spytała.

– Wsiadaj do samochodu – poleciłem jej.

– Ale Jake…

– Wszystko będzie dobrze, ja to załatwię – obiecałem. Nie miałem pojęcia, jak zrobić taki cud, ale zamierzałem przynajmniej spróbować. Wbiegłem do domu, zabrałem z niego kluczyki i remingtona dwunastkę wraz z pudełkiem nabojów. Miałem zamiar odstrzelić wysięgnik albo w ostateczności ostrzelać sam statek. Co innego mogłem zrobić?

Nim udało mi się wrócić przed dom, musiałem jeszcze wybić siatkowe drzwi, które same się zatrzasnęły. Po prostu walnąłem w nie pięścią, a słaby aluminiowy zatrzask oderwał się od futryny z jękiem pękającego drewna. Kristine siedziała w samochodzie. Wyglądała przez okno od strony pasażera i strasznie się bała. „Jake byłby wściekły, gdyby dowiedział się, że jego siostra usiadła z przodu” – pomyślałem. W takich chwilach różne myśli przelatują człowiekowi przez głowę. Był starszy, a tradycja rodzinna, pielęgnowana od niepamiętnych czasów, nakazywała, by z przodu, obok taty, zasiadało zawsze najstarsze dziecko.

Załadowałem remingtona. Wyszedłem na żwirowy podjazd, zadarłem głowę, spojrzałem na statek. Jake i trzymające go ramię znikły, mimo to nie przerwałem ładowania. Okręt nie poruszył się, więc może zdołam jakoś skłonić jego załogę, żeby mi zwróciła syna. Nic innego nie potrafiłem wymyślić.

Podniosłem broń do ramienia. W tej samej chwili w kadłubie od spodu pojawiła się plama. Zobaczyłem najpierw ją, a potem wypadającego przez nią Jake’a. Wylądował w poidle dla koni, a raczej na pół w poidle, na pół poza nim. Upadek złamał mu kręgosłup, ale chyba nie żył już, kiedy go wyrzucano. Podbiegłem do niego, dławiąc się szlochem. Kristine krzyczała cienko. Słyszałem jej wrzask, stłumiony przez zamknięte drzwi i okna samochodu.

Mój chłopiec… Mój chłopiec leżał bezwładnie, patrząc na mnie spod wody. Ciało miał wygięte pod nieprawdopodobnym kątem, przełamane na stalowej krawędzi koryta. Krew była dosłownie wszędzie. Wypatroszono go, a potem wypchnięto ze statku.

Strzeliłem w górę. Nie było to szczególnie mądre, ale nic mnie to już nie obchodziło. Zostawiłem Jake’a i potykając się, podbiegłem do samochodu. Najwyższy czas uciekać.

To właśnie wtedy po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć sobie dokładnie to wężowe ramię. Znów ześlizgnęło się w dół, ku ziemi, przebiło okno samochodu od strony pasażera i złapało moją córkę. Walczyła, próbowała się oswobodzić. Udało się jej otworzyć drzwi kierowcy, przepełzła po siedzeniu, ale ramię owinęło ją w pasie i pociągnęło z powrotem.

Wymierzyłem w czarną mackę. Strzeliłem po raz drugi. Zobaczyłem kilka pomarańczowych iskierek, jakbym trafił w metal. Poza tym nic, żadnego widocznego efektu.

Biegłem ratować córkę, ale nie zdążyłem.

Kristine czepiała się kierownicy z rozpaczliwą siłą. Tej siły starczyło jej jednak może na sekundę. Została dosłownie wyrwana z samochodu. Krzyczała przeraźliwie, unoszona do statku.

Widziałem tę plamę – miejsce, w którym znikła. Obejrzałem spód kadłuba, jak szalony obiegłem dom, pomyślałem, że mogę strzelać, ale zaraz uświadomiłem sobie, że przecież mogę trafić swoje dziecko. Pewnie udałoby mi się wskoczyć do samochodu albo pobiec na pole kukurydzy, ale myśl o ucieczce nawet nie postała mi w głowie.

Zresztą zaraz przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Ciało Kristine wypadło z otworu, koziołkując w powietrzu, i uderzyło w dach domu. Od razu wiedziałem, że siła upadku zmiażdżyła ją, że moja córeczka nie żyje, ale i tak się do niej wspiąłem. Wlazłem na pojemniki na śmieci, stamtąd na chwiejne ogrodzenie… Donna kazała mi je naprawić, męczyła mnie o to aż do dnia śmierci, ale jakoś nie mogłem się za to zabrać… Z ogrodzenia miałem już tylko jeden krok na dach.

Podbiegłem po dachówkach. Twarz miałem mokrą, może od łez, a może od krwi? Nie jestem pewien. W tamtej chwili już orałem sobie skórę na twarzy paznokciami, więc mogła to być krew.

Kris leżała z otwartymi oczami, w których zastygł wyraz przerażenia. Nigdy nie zapomnę jej twarzy. Uczyniło mnie to mentalnie tak twardym jak nic innego w całym moim życiu.

Wtedy wężowe ramię dopadło również mnie. Zakradło się z tyłu, uniosło w powietrze. Nic mnie to nie obchodziło. Myślałem tylko o tym, żeby nie wypuścić broni, i to mi się udało. Zgubiłem jednak amunicję, prawdopodobnie kiedy biegłem do Jake’a.

Miałem broń, ale z niej nie korzystałem. Moją jedyną nadzieją było zrobienie dziury w czymś miększym od stali.

Znalazłem się w cichym pomieszczeniu, rozmiarów sypialni albo gabinetu lekarskiego. Nie za dobrze mi się wówczas myślało, obracałem się tylko, mierząc w ściany. Nie próbowałem znaleźć wyjścia. Ostatnie, co mnie wtedy obchodziło, to ucieczka. Wolność nie mogła mi się na nic przydać. To, na czym mi naprawdę zależało, odeszło na zawsze. Myślałem wyłącznie o zemście. Nie powiem, żebym był spokojny, nic z tych rzeczy, ale zimny w środku – owszem, to tak.

Kiedy teraz o tym myślę, wiem, że takie niezwykłe zachowanie uratowało mi życie. Część ściany znikła, jakby się po prostu rozpłynęła. Obca istota zrobiła pół kroku w przód.

Kosmita. Czegoś takiego na Ziemi nigdy nie było, o ile wiem. Gdyby odkryto coś podobnego w jakimś zapadłym kącie naszego globu, można by z tego zrobić interesujący film przyrodniczy. Obcy miał nieco ponad metr wzrostu. Cztery nogi zakończone racicami. Ale też ramiona i dłonie. No, może niedokładnie dłonie, raczej trzy przeciwstawne palce – to o wiele lepszy opis. Taka dłoń wyglądała jak trójnóg z kciuków. I jeszcze brzeszczoty, ale naturalne, wyrastające z głowy. Wyobraźcie sobie jelenia z nożami w miejsce rogów i dwiema dłońmi o trzech kciukach każda. Przypomniały mi istoty z greckiej mitologii… jak im było? Centaury? Pół ludzie, pół zwierzęta. Tylko że ten centaur wyglądał prawie całkiem jak zwierzę z dziwacznymi rękami.

Przyjrzał mi się oczami, w których czaiło się coś w rodzaju inteligencji. Mogłem się tylko modlić, by był jednym z tych, co prowadzą okręt, bo przecież chciałem się zemścić. Ruszył w moją stronę, może oczekiwał, że się cofnę? Nie wiem. W każdym razie nie byłem w nastroju do współpracy. Na jego rogach widziałem ślady krwi. Podejrzewałem, że była to krew moich dzieci.

Zrobił drugi, zdecydowany krok. Opuścił rogi, mierząc nimi prosto we mnie. Dalej się nie posunął, bo go załatwiłem. Już nie miałem wątpliwości co do krwi, bo ta na rogach była całkiem świeża. Okazało się, że najtrudniejsze to przestać strzelać, nawet po tym, kiedy „centaur” wreszcie padł. Zdołał mnie drasnąć, owszem – tylko raz, był szybszy i twardszy, niż na to wyglądał – ale nawet nie poczułem skaleczenia.

Przestałem strzelać. Usłyszałem coś, obróciłem się szybko. Aaaa… Pojawił się jeszcze jeden. Nie czekał nie wiadomo na co. Nacisnąłem spust, kiedy tylko zaszarżował, strzał oderwał mu jedną z dziwnych trzypalczastych dłoni, a potem usłyszałem kliknięcie. Opróżniłem magazynek. Centaur czy coś pozbierał się, nie miał zamiaru odpuścić.

Przyłożyłem mu kolbą w łeb.

Walka trwała dłuższą chwilę, a pod koniec zrobiła się nieprzyjemna. Waliłem tego stwora po oczach i głowie, a on nie chciał zdechnąć – choć w końcu nie miał innego wyjścia. Ramiona miałem pocięte jego rogami, w paru miejscach mocno krwawiły, ale wygrałem. Wrzasnąłem nad trupem z triumfalną wściekłością. Miałem nadzieję, że ten też przyczynił się do śmierci moich dzieci.

W tym momencie zaświtało mi w głowie, że mogę spodziewać się kolejnych gości. Nie dadzą za wygraną po zaledwie dwóch próbach. Musiało ich być tutaj więcej.

Jakaś część mojego mózgu upierająca się, by mimo wszystko myśleć, zauważyła, że te stwory wydają się jakoś niedostatecznie technologiczne. Czy ktoś taki mógł zbudować statek kosmiczny? No, mieli jakieś tam ręce, ale po co ryzykować, atakując mnie bez broni? Oba centaury były samcami. Wybrali się na polowanie? Jakiś plemienny obyczaj? Rytuał męskości?

Uznałem, że teraz jedynie dopilnuję, żebym to ja żył, a tamci ginęli. Zająłem się swoimi ranami. Nie znalazłem niczego poważnego – ot, sińce, skaleczenia. Porwałem podkoszulek, pomagając sobie zębami, obwiązałem strzępami najgorsze rany.

Stałem, dyszałem i czekałem na kolejny atak. Byłem prawie pewien, że trzeci centaur mnie załatwi. Byłem zmęczony, nie miałem broni. Jako pałka remington spisał się całkiem nieźle, ale kolejnej walki za mnie nie wygra.

Wpadłem na pewien pomysł. Złapałem powalonego stwora za jeden z rogów – miał dobre trzydzieści centymetrów długości. Gdyby udało mi się go odłamać, mógłbym posłużyć się nim jak nożem. Spodobał mi się ten pomysł: wypatroszyć kolejnego potwora narzędziem, od którego zginęły moje dzieciaki.

Rozdział 3

Raptem ktoś się odezwał. Wstrząsnęło mną to, bo do tej pory na statku było cicho. Oczywiście coś tam gdzieś szumiało, a walka z centaurami też narobiła sporo hałasu.

– Demonstracja agresji – Głos jak gdyby kobiecy, ale bez żadnych wyraźnych cech szczególnych. Komputer tłumaczący…?

Ten komentarz dotyczył prawdopodobnie mnie. „Miło z ich strony – pomyślałem, że tak otwarcie mówią mi, jak się sprawuję”.

I znów przejście otworzyło się w ścianie, która jeszcze przed chwilą wydawała się absolutnie gładka. Miałem już w ręku ostry róg, odłamany jednemu z centaurów. Wyprostowałem się, wyszczerzyłem zęby, choć nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę, że to robię. Pomyślałem, że odpowiednio sprowokowani aż zbyt łatwo zmieniamy się w zwierzęta.

Za drzwiami nie czekał na mnie bynajmniej trzeci przedstawiciel gatunku centaurów, za to znów pojawiło się wężowe ramię. Owinęło się wokół mojej pierwszej ofiary, zaczęło ją wywlekać z pokoju. Może zamierzało wrzucić trupa w moją kukurydzę? Postanowiłem to sprawdzić.

Macka była za gruba, żeby się koło niej przecisnąć, poza tym bałem się, że drzwi znikną, gdy tylko się cofnie, więc dosiadłem jej i tak przejechałem do kolejnego sześciennego pokoju, niczym nieróżniącego się od poprzedniego.

– Demonstracja inicjatywy – powiedział głos.

– Kim jesteś? – spytałem gniewnie. Rozejrzałem się, ale nie dostrzegłem żadnych kamer, mikrofonów, głośników. Nic, tylko gładkie ciemne ściany.

Ramię strząsnęło mnie i cofnęło się, ciągle wlokąc trupa, tak szybko, że nie zdążyłem znowu na nie wleźć. Odprowadziłem je wzrokiem. Niewykorzystana szansa? Udało mi się zmarnować okazję do ucieczki? Serce waliło mi jak oszalałe.

Pomyślałem o drzwiach za plecami. Pozbierałem się, obejrzałem za siebie. Opuszczony tak niedawno pokój znikał, odgrodzony ścianą, wyrastającą dosłownie znikąd. Miałem zaledwie tyle czasu, żeby zobaczyć, jak zalane krwią ciało centaura, które tam zostało, leci w przepaść z nie wiadomo jakiej wysokości. Przyjrzałem się temu, mrugając ze zdumienia. Gdybym tam został, mnie też by wyrzucili, żebym spokojnie zginął w wyniku upadku?

– Czego ode mnie chcecie?! – spytałem, rozglądając się.

Odpowiedzi naturalnie nie było, ale zaraz potem otworzyło się dwoje drzwi. Dlaczego dwoje? Sprawdziłem obie drogi, ostrożnie postukując stopą w podłogę. Przy pierwszej próbie podłoże znikło, a przez powstałą dziurę zobaczyłem uciekającą, ciemną ziemię. Musieliśmy lecieć na wysokości prawie dwóch kilometrów! Zaskoczyło mnie to, bo nie czułem, żebyśmy się wznosili. Ani śladu przeciążenia! Przecież musiałbym poczuć się jak w ruszającej do góry szybkiej windzie. Przyglądałem się nocnemu pejzażowi, upstrzonemu mrugającymi światełkami. To musiała być droga dziewięćdziesiąt dziewięć z jej pomarańczowymi lampami jarzeniowymi, biegnąca na osi północ – południe.

Cofnąłem się do miejsca, z którego wyruszyłem.

– Demonstracja ostrożności – oznajmił głos.

Dwoje drzwi zamknęło się, za to otworzyły trzecie. Zastanawiające. Czy upadek miał mnie zabić, gdybym poszedł w którąś stronę, obojętnie którą? Czekałem. Po co w ogóle mam się ruszać, skoro chcą mnie zabić tak czy owak?

Po minucie, nie więcej, wydało mi się, że podłoga pod stopami zrobiła się jakby cieplejsza, po dwóch minutach przestępowałem już z nogi na nogę. Coś do mnie dotarło. Poszedłem trzecią drogą. Bardzo ostrożnie.

Wydawało się jasne, że przechodzę test. No i dobrze, ja też miałem zamiar przetestować moich gospodarzy nie z tego świata. Nie potrzebowałem niczego przesadnie skomplikowanego, żeby sprawdzić, jakiego koloru jest ich mózg, kiedy go wystawić na świeże powietrze. Próbowałem nie myśleć o dzieciach, bo to mogłoby mnie tylko sparaliżować, usztywnić, uczynić niezdolnym do zrobienia czegokolwiek sensownego. Żałoba musiała trochę poczekać.

Miałem już szczerze dość tych wszystkich gierek. Ale musiałem robić, co każą… albo wyskoczyć ze statku. Nawet o tym myślałem, ale krótko. Być może to był ich sposób na rozrywkę? Może siedzieli gdzieś, śmiali się i zakładali między sobą, jak daleko ten tępy prymityw zajdzie przez ich labirynt? Z którymi sztuczkami sobie poradzi, a z którymi nie? Owszem, miałem dość tej tortury, ale pragnienie zemsty było silniejsze i to ono trzymało mnie przy życiu. Chciałem rozwalić jeszcze jakiś nieziemski łeb, a najlepiej kilka łbów. Przed własną śmiercią.

Jeszcze nie skończyłem.

W trzecim pokoju znowu odezwał się głos:

– Obiekt podda się przesłuchaniu.

Zastanawiałem się nad tym przez chwilę. Czego mogli ode mnie chcieć, PIN-u do karty bankomatowej? Czy wiem coś, co może zainteresować tego rodzaju stworzenia? Domyślałem się, że wcale nie zależy im na informacjach. Po prostu chcą mnie sprawdzić. Czekało na mnie kolejne ogniwo w łańcuchu zaplanowanych prób. Na tym to wszystko polegało. Czy moje dzieci też zdawały u nich egzamin? I oblały? Podejrzewałem, że tak. Podłoga otworzyła się pod nimi i zleciały na ziemię, ponosząc karę za niepowodzenie.

To wzbudziło we mnie zupełnie nowe uczucie: gniew. Do gniewu doprowadzała mnie już nie tylko żądza zemsty, ale też myśl o tym, jak ja sam jestem tu traktowany. Jak szczur laboratoryjny – i co, miało mi się to podobać? Więc dobrze, przeciwstawię moją głowę ich łbom. Zrobię, co mogę. Może pojawi się szansa, żeby im się „odwdzięczyć”, a nawet jeśli nie, to przynajmniej tym tchórzom zaimponuję. Oczami wyobraźni widziałem facetów z wielkimi czaszkami, w powiewających białych kitlach.

Mogłem myśleć tylko dzięki temu, że nic a nic się nie bałem. Sądzę, że większość ludzi na moim miejscu trzęsłaby się ze strachu jak osika, ale ja, po stracie dzieci, po walce na śmierć i życie, nie czułem nic. Jakby wypuszczono ze mnie powietrze. Na strach po prostu brakowało miejsca. Nie byłem podniecony. Kalkulowałem. Nazwijcie to wadą osobowości, ale tak właśnie było i już.

– Obiekt podda się przesłuchaniu – usłyszałem powtórnie.

Przyszło mi do głowy, że mogę przecież powiedzieć „nie” albo w ogóle nic nie mówić, ale wydawało się oczywiste, że wtedy znów podgrzeją podłogę. Mogę zdjąć ubranie, owinąć nim stopy, stanąć na karabinie? Może, ale nie o to przecież im chodziło w tych testach, przynajmniej do tej pory. Poukładałem sobie w głowie: najpierw przeszedłem sprawdzian umiejętności walki wręcz, potem sprawdzian na inicjatywę i jeszcze ten trzeci, na ostrożność. Przyszedł czas na czwarty. Prawdziwa układanka. Jak brzmi odpowiedź?

Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej zastanawiało mnie, dlaczego głos wyjaśniał mi naturę testu. Dlaczego powiedział „demonstracja agresji” w doskonale zrozumiałej angielszczyźnie? To musiały być jakieś wskazówki. Dawane z pełną premedytacją. Gdyby tajemniczy testerzy zwyczajnie sprawdzali reakcje obiektu nieświadomego, że podlega obserwacji, to przecież nie informowaliby go o postępach!

Myślałem i myślałem, a przez ten czas podłoga podgrzała się o parę ładnych stopni. Mogą mnie, cholernicy, zmusić do współpracy przez podgotowanie.

– Zgodzę się pod warunkiem, że mogę zadać jedno pytanie na każde pytanie zadane przez ciebie.

– Demonstracja zdolności negocjacyjnych – ozwał się głos.

Otworzyły się kolejne drzwi. Uniosłem brwi.

– Więc to tak? – spytałem głośno. Zdaje się, że zdałem kolejny egzamin. Zdałem go, próbując targów. Nikt mnie o nic nie zapytał, nie wymieniliśmy się informacjami. Wszystko to razem było jednym wielkim egzaminem.

Ostrożnie dotknąłem podłogi w następnym pokoju mocno obolałą stopą. Tam gdzie stałem, zrobiła się chłodniejsza, owszem, ale i tak uznałem, że najwyższy czas ruszyć się z miejsca. Każda próba prowadziła mnie dalej, a miejsce, które opuszczałem, znikało. Kara za pozostanie wydawała się oczywista: wyrzucenie ze statku i półtorakilometrowy lot ku ziemi. Więc poszedłem dalej, spojrzałem przed siebie, na boki, w górę…

– Kim jesteś? – rozległo się za moimi plecami.

Odwróciłem się na pięcie, instynktownie podnosząc lufę remingtona, ale nie wymierzyłem bezpośrednio. Na szczęście. Jakaś dziewczyna mierzyła do mnie z broni, a ponieważ moja strzelba i tak była nienaładowana, wypuściłem ją z rąk.

– Mądre posunięcie – powiedziała dziewczyna, wpatrując się we mnie nieruchomym, pełnym napięcia wzrokiem. Nawet nie mrugała. – Omal cię nie rozwaliłam.

Na niej też przeprowadzali jakieś testy. Można to było poznać po jej oczach – pięknych, ale i przerażonych. Przyjrzałem się jej. Dzieciństwo zostawiła za sobą już jakiś czas temu. Dwadzieścia parę lat, raczej bliżej trzydziestki. Z dziesięć lat młodsza ode mnie. Wyglądała na półkrwi Latynoskę, w Kalifornii nie było to nic niezwykłego. Zgrabna dziewczyna, bardzo atrakcyjna. Za atrakcyjne uznałem nawet jej potargane, posklejane krwią włosy sięgające do połowy pleców.

Opuściłem wzrok, nic nie mogłem na to poradzić. To, co poniżej talii, wydawało się co najmniej równie interesujące jak to, co widziałem powyżej… tylko że prezentowało się bez osłonek. Miała mały tatuaż, zdaje się zielonego motyla. Ubrana była wyłącznie w podarty biały T-shirt. W kalifornijskiej Central Valley noce bywają gorące, a ją pewnie wyciągnięto wprost z łóżka. Tak samo jak mnie.

– Wiesz coś? – spytałem. Zmusiłem się do podniesienia wzroku, spojrzenia jej w oczy. Szybko zadane pytanie to stara profesorska sztuczka. Na konsultacje przychodzi bardzo wiele atrakcyjnych młodych dziewczyn. W ten sposób można uniknąć niezręcznej sytuacji, kiedy człowiekowi zdarza się zagapić na to, na co nie powinien się gapić.

– O czym? – odpowiedziała pytaniem.

Zauważyłem, że lufa czegoś, co sklasyfikowałem jako rewolwer trzydziestkęósemkę, nawet nie drgnęła. Przełknąłem z wysiłkiem. Mogłem tylko mieć nadzieję, że nie byłem elementem próby tej dziewczyny, bo jeśli miałaby mnie rozwalić, żeby wyjść na swoje…

– O testach.

Zamrugała. Opuściła lufę. Nieznacznie. Przeprowadziłem amatorską triangulację. Jej wynik mi się nie spodobał. Mogłem jej oczywiście powiedzieć, żeby dała sobie spokój, ale w tych okolicznościach miała wszelkie prawo mierzyć w moje czułe miejsce, o czym rzecz jasna wiedzieliśmy oboje. Tu akurat na zaufanie trzeba zarobić ciężką pracą.

– Testach? Masz na myśli całe to gówno z robieniem, co ci statek każe, żeby przejść do kolejnego pokoju i przeżyć?

– Dokładnie – potwierdziłem, kiwając głową.

Lufa opadła jeszcze odrobinę. Teraz drgnięciem palca mogła rozwalić mi kolano. Miałem nadzieję, że trzydziestkaósemka w końcu okaże się dla niej za ciężka, ale dziewczyna wyglądała tak, jakby regularnie chodziła na siłownię. Rewolwer trzymała prawidłowo, podpierając prawą rękę lewą dłonią. Na strzelnicę też chodziła.

Potrząsnęła głową.

– Wiem tylko, że gdybym nie miała tej zabawki na stoliku przy łóżku, już bym nie żyła… jak koleżanka z pokoju.

– Koleżanka… Jesteś studentką?

– Tak.

Skinąłem głową.

– Uczę na Merced – przedstawiłem się.

Jej oczy nagle się zwęziły. Lufa powędrowała w górę, wyżej niż poprzednio. Mierzyła mi w pierś.

– Za długo to trwa. Jakieś drzwi powinny się już otworzyć albo coś. Masz gadane, nie, człowieku? Masz mnie opóźnić, odwrócić moją uwagę? Jeśli cię załatwię, przejdę do następnego pokoju, nie?

Odrobinę podniosłem ręce z otwartymi dłońmi skierowanymi do góry.

– Zaczekaj z tym. U mnie też sporo się dziś zdarzyło. Ten statek zabił mi dzieci, syna i córkę. Nie mam amunicji. Gdybym miał, być może strzelalibyśmy do siebie, i owszem, może statek tego właśnie chce, ale ja nie zabijam dziś ludzi. Tylko obcych.

Dziewczyna patrzyła na mnie przez bardzo długą chwilę, a potem westchnęła i wymierzyła w sufit. Nadal trzymała rewolwer w obu dłoniach, ale oboje odetchnęliśmy z ulgą.

– Jak się nazywasz, profesorze? – spytała.

W tym momencie otworzyło się dwoje drzwi. Oboje najpierw znieruchomieliśmy, a potem odwróciliśmy się jak na komendę. Oba pokoje były puste. Z przeciwległej ściany tego po lewej biło światło, pojedynczy promień, jakby ktoś wywiercił w kadłubie dziurę na wylot, a na zewnątrz świeciło jaskrawe słońce. Nie mogło świecić, chyba że przelecieliśmy na drugą stronę naszego globu. Natychmiast zrobiłem się podejrzliwy.

– Kolejny test – powiedziałem.

– Tak myślisz?

Spojrzałem na dziewczynę.

– A skoro już spytałaś, nazywam się Kyle Riggs.

– Profesor Kyle Riggs?

Skinąłem głową.

– Ja mam na imię Alessandra. Możesz mi mówić Sandra. Czego uczysz? – Wydawała się naprawdę zainteresowana.

– Informatyki.

Pokiwała głową i… roześmiała się. Jej śmiech zabrzmiał dziwnie. Wydawał się tutaj kompletnie nie na miejscu.

– O co ci chodzi?

– Zapisałam się na twoje zajęcia. Od jesieni.

– Och! Miejmy nadzieję, że oboje wrócimy do szkoły.

– Jasne. To w którą stronę, profesorze?

– Powiedziałbym, że byle dalej od światła. Moim zdaniem to jakaś sztuczka. Na zewnątrz nie może być jasno. Nie pojmuję zasad tego testu, ale dokądś przecież musimy pójść.

– Właśnie. Już podgrzewają podłogę.

Teraz, kiedy o tym wspomniała, ja też poczułem ciepło pod stopami. Różnica nie była wielka, ale odczuwalna. Musieliśmy wybierać.

Zrobiłem krok do pokoju po prawej, tego ciemnego. Sandra szła tuż za mną… ale niewystarczająco szybko.

Podłoga pokoju, w którym się spotkaliśmy, uciekła jej spod stóp. Udało mi się chwycić dziewczynę, nim spadła, ale to nie był dobry chwyt, trzymałem ją za palce. Upuściła rewolwer. Poleciał, wirując, w dół i znikł mi z oczu.

Zobaczyłem, że lecimy nad oceanem. Ochłodziło się, przynajmniej takie miałem wrażenie. Zapach morza uderzył mnie z niemal fizyczną siłą, bardzo silny i bardzo nagły. Przelecieliśmy daleko na północ? Morze było ciemne i wcale nie takie znów dalekie, od jego powierzchni dzieliło nas może sto metrów, trudno powiedzieć dokładnie. W każdym razie kiedy spada się z większej wysokości, upadek do wody zabija, jakby uderzyło się w beton.

Widziałem wpatrzoną we mnie twarz Sandry. Usta miała otwarte, ale nic nie powiedziała, nawet nie krzyknęła. Wolną ręką i palcami stóp szukała oparcia na gładkim korpusie statku.

Na twarzy czułem podmuchy słonego morskiego wiatru. Jeszcze mogło nam się udać. Klęczałem, zapierając się z całej siły na krawędzi przepaści. Nie mogłem dać się teraz ściągnąć Sandrze do morza. Problem polegał na tym, że nie miałem się czego chwycić. Nie było tu żadnego progu, żadnej futryny drzwiowej, nawet wykładziny, po której przynajmniej bym się nie ślizgał – jedynie metal, zmieniający kształt gładko jak płyn.

– Trzymaj się, Sandra! – krzyknąłem. – Damy sobie radę!

Miałem plan. Naprawdę miałem plan. Położę się, złapię ją za obie ręce, a ona sama się na mnie wciągnie. Wydawała mi się wystarczająco silna, żeby dać sobie radę. Z moją pomocą. Ułożyłem się odpowiednio, a wtedy…

Drzwi znikły. Metal zwarł się błyskawicznie, jak już kilka razy poprzednio. W jednej sekundzie były, w następnej jakby nigdy ich nie było.

Ale nie to było najgorsze. Najgorsze nastąpiło, kiedy spojrzałem na własną garść, w której ciągle ściskałem cztery palce dziewczyny. Na jednym z nich był pierścionek ze szmaragdem. Krwawiły, ucięte równo jak nożem.

Usiadłem. Przez chwilę gładziłem palce Sandry, a potem ułożyłem je w mały stosik na podłodze. Prawie nic nie widziałem, oczy mnie szczypały. Wydawałem z siebie dziwne, przeciągłe dźwięki, jak wycie.

– Demonstracja zdolności przywódczych – powiedział chłodny głos. Przedtem długo nie miał nic do powiedzenia.

Rozdział 4

– Zdolności przywódcze?! – wrzasnąłem do ścian. – O to wam chodziło? Nazywacie to zdolnościami przywódczymi?

Ściany milczały.

– A co z przesłuchaniem? Nie usłyszałem nawet jednego pytania!

Czułem się trochę jak filmowy szaleniec, wrzeszczący do pustych ścian, wymyślający Bogu i diabłu albo głosom we własnej głowie. Chyba rzeczywiście byłem wówczas szalony.

Szalony z rozpaczy.

A jednak, niestety, ciągle myślałem, jak rozwiązać tę zagadkę. Nic nie mogłem na to poradzić. Jestem facetem od komputerów, jak również farmerem. Oba te zawody wymagają uwielbienia dla rozwiązywania problemów. Zdałem test na zdolności przywódcze. Co to niby miało znaczyć? Wyprowadziłem Sandrę z pokoju. Zdecydowałem, gdzie idziemy. A ona poszła za mną.

Poszła za mną, oblewając przez to egzamin. Gdyby poszła do tego drugiego pokoju, czy pozwoliliby jej żyć? Czy poddano by ją kolejnym sprawdzianom, czy też uznano, że oboje nie jesteśmy potencjalnymi przywódcami, ponieważ żadne nas nie poprowadziło tego drugiego?

– Czego chcecie, do diabła? – spytałem milczących ścian. Byłem bliski załamania. Stało się jakoś tak, że śmierć dzieci tylko mnie wzmocniła, ale podjęcie nieświadomej decyzji prowadzącej do śmierci Sandry… to było coś zupełnie innego. Prawdopodobnie chodziło o poczucie winy. Nie miałem żadnego logicznego powodu, by winić się za los Jake’a i Kris. Zrobiłem przecież wszystko, co mogłem, żeby ich ocalić. Biorąc pod uwagę okoliczności.

Z Sandrą było inaczej. Zawiodłem ją. Nie zrozumiałem, na czym polega próba. Powinienem zorientować się, przecież nakazywała to prosta logika, że wychodząc z pokoju, stajemy twarzą w twarz ze śmiercią. Moją uwagę odwróciła uroda dziewczyny. I jej nagość. Spotkanie innego człowieka zmieniło reguły gry. Nie myślałem o tym w ten sposób, a powinienem, bo tak właśnie było. Opuściłem gardę. Ona też. Myśleliśmy, że może pobijemy statek, działając wspólnie, że razem jesteśmy silniejsi.

Ale statek miał inne plany. Nienawiść do tej potwornej maszyny zapłonęła we mnie jeszcze intensywniej. Miałem szczerą nadzieję, że dostanę szansę uduszenia własnymi rękami złowrogich stworzeń, które stworzyły ją i wymyśliły tak okrutne testy.

Statek milczał, drzwi pozostawały zamknięte. Siedziałem w nagiej metalowej kostce niczym w klatce i nie obchodziło mnie, co się ze mną stanie. Czy statek pozostawił mnie na trochę sam na sam z mym żalem? Czy był zaprogramowany tak, by dawać chwilę wytchnienia obiektom po wyjątkowo ciężkim wstrząsie? Nagle uświadomiłem sobie, że przecież nie po raz pierwszy zwleka. Pozwolił mi obandażować rany. Pozwolił mi porozmawiać z Sandrą. Odczekał, aż staniemy się zespołem.

Pomyślałem też o centaurach. Już od jakiegoś czasu podejrzewałem, że to nie one stoją za tym wszystkim, lecz jakieś inne stworzenia. Ktoś inny tak właśnie zaaranżował sprawy. Inaczej nie miałoby to żadnego sensu, przecież załoga nie wystawiałaby na niebezpieczeństwo sama siebie! Może miałem do czynienia z tresowanymi zwierzętami? Jak, powiedzmy, bojowe psy? Albo może jeńcami porwanymi ze swojego świata, tak jak ja byłem jeńcem z Ziemi? Skąd miałem wiedzieć, czy drugi centaur nie był krewnym pierwszego, czy z ich punktu widzenia nie jestem jakąś żądną krwi małpą, zabijającą okrutnie w morderczych atakach?

Zemdliło mnie. Po raz pierwszy poczułem, że opuszcza mnie determinacja.

– Obiekt podda się przesłuchaniu – oznajmił głos po długiej chwili milczenia. Słowa zostały wypowiedziane dokładnie takim samym tonem jak przedtem. To też dawało do myślenia. Interesujące, choć niezbyt konkretne. Idealna powtarzalność… czyż nie jest to cecha właśnie komputerów? Jako informatyk z praktyką wyczuwałem już, że mogę mieć do czynienia ze sztuczną inteligencją. Niezbyt pocieszająca myśl. Komputery nie słyną z miłosierdzia.

Bez słowa gapiłem się w podłogę. Już zaczynała się rozgrzewać.

– Powiedziałem już, że odpowiem na pytania, jeśli sam będę miał prawo pytać.

Chwila ciszy i…

– Demonstracja nieustępliwości.

Otworzyły się drzwi. Westchnąłem, wstałem z wysiłkiem. Ile jeszcze tych testów mnie czekało?

Poszedłem, bardzo ostrożnie. Ten pokój nie był już sześcienną kostką, tylko znacznie większym pomieszczeniem nakrytym kopułą. Każdy jego centymetr kwadratowy wydawał mi się podejrzany. Obszedłem tę moją nową klatkę, gotów uskoczyć przy najmniejszym sygnale niebezpieczeństwa.

– Testy ukończone. Obiekt wybrany do przejścia na następny poziom.

– Cudownie – powiedziałem.

– Możesz wydawać nam rozkazy.

Zamarłem. Kolejny test?

– Mogę wydawać wam rozkazy?

– Tak.

Otrzymywałem odpowiedzi na pytania. Byłem w pokoju innym niż wszystkie poprzednie. Ale i przedtem dawałem się oszukiwać. Warto o tym pamiętać. Co, jeśli mogę wydać tylko jeden rozkaz? Co, jeśli to test, sprawdzenie, co zrobiłbym w takiej sytuacji? Czego chcę? Do tej pory nie gawędziłem sobie w ten sposób z potworami. Niechętnie przyznałem się do tego sam przed sobą, ale zaszła zmiana, z którą wiązałem pewne nadzieje. Chociaż w głębi duszy i tak byłem prawie pewien, że to kolejny test. Że podłoga gotowa jest lada chwila zniknąć.

Pomyślałem, że mogę przecież rozkazać, żeby mnie wypuścili. To wydawało się proste. Tylko muszę uważać, bo kto im zabroni wywalić mnie z dwóch kilometrów wprost na jakieś skały? Albo na Antarktydę? Ilekroć miałem okazję spojrzeć w dół, widziałem całkiem inny kawałek świata.

Musiałem zastanowić się też nad tym, jak długo mam zwlekać, żeby wyjść na beznadziejny przypadek. Pewnie powinienem wydać jakiś rozkaz. Obojętnie jaki, byle uszczęśliwić statek. Tylko co mam rozkazać?

I nagle coś mi przyszło do głowy. Dlaczego nie postawić wszystkiego na jedną kartę?

– Rozkazuję ci wracać, zabrać moje dzieci i ożywić je – powiedziałem.

Szaleństwo? Zgoda, ale kto wie, jak bardzo są technologicznie zaawansowani? Może… może jednak nawet te istoty wiedzą, co to litość, może nie jest im obce pojęcie honoru, choćby nie wiem jak było dziwne? Może każdemu zwycięzcy dają prawo do jednego życzenia w nagrodę za to, że wytrwał do końca?

Płonne nadzieje? Pewnie tak, ale na nadzieję nic nie mogłem poradzić.

– Doprecyzowanie.

– Doprecyzowanie? – powtórzyłem. – Co to właściwie ma znaczyć: „doprecyzowanie”?

– Kto to twoje dzieci?

– Istoty, które zabiliście. Zostawiliście za sobą. Wyrzuciłaś je ze statku, ty cholerna kupo latającego gówna.

– Odwrócenie kursu – powiedział kobiecy głos.

Mój gniew nikogo tu nie poruszał. Spróbowałem jakoś go kontrolować. Jeśli uda mi się odzyskać dzieciaki, będzie wspaniale, ale przecież nadal nie potrafiłem myśleć całkowicie jasno. Odetchnąłem głęboko kilka razy, musiałem się przecież uspokoić. Musiałem poradzić sobie z sytuacją, nie dopuszczając do najdrobniejszej nawet wpadki. Byłem roztrzęsiony, a nie mogłem pozwolić sobie na błąd. Stawką mogło być życie moich dzieci.

Całkiem możliwe, pomyślałem, że chodzi też o życie innych ludzi. Czy na statku są inni ludzie, w tej właśnie chwili oblewający testy i ginący? A może nikt nie dotarł tak daleko? Może byłem pierwszy?

Myślałem o tysiącu możliwych rozkazów. Mogłem zażądać widoku Ziemi, nad którą lecieliśmy w całkowitej ciszy. Mogłem też zadać dziesiątki nurtujących mnie pytań, ale nie ośmieliłem się. Jeszcze nie. Bo co, jeśli pytanie zostanie sklasyfikowane jako polecenie udzielenia informacji? Co, jeśli wolno mi rozkazać tylko raz? Może też istnieć jakieś ograniczenie czasowe, drugie pytanie może znieść pierwsze? Nie mogłem pozwolić sobie na igraszki ze statkiem, póki nie poznam zasad. Grałem w śmiertelnie niebezpieczną grę, nie znając jej reguł. Mogłem grać, jak grałem wcześniej… ale z paranoiczną wręcz ostrożnością.

Czekałem na reakcję przez dobrą minutę, ale się nie doczekałem. Nie działo się nic nowego, a statek nic do mnie nie mówił. Mogłem tylko stać w milczeniu, zastanawiając się, co się, do diabła, dzieje. Przyglądałem się podejrzliwie każdej ścianie po kolei, oczy mi biegały.

Wydało mi się, że poczułem drżenie. Coś się zmieniło. Zatrzymaliśmy się?

Przejście otworzyło się mniej więcej w miejscu, przez które poprzednio wszedłem. Jak zawsze tutaj była to po prostu dziura w metalowej ścianie – to pojawiająca się, to znikająca. Teraz, kiedy przyjrzałem mu się bliżej, zjawisko wydawało mi się niepokojące. Kimkolwiek byli ci obcy, technologicznie byli znacznie bardziej rozwinięci od nas. Jak to powiedział Arthur C. Clarke? Że każda odpowiednio rozwinięta technologia będzie dla nas nieodróżnialna od magii? No więc właśnie teraz statek był dla mnie magiczny. Jak odrzutowiec dla wodza barbarzyńskiego plemienia.

W pomieszczeniu, do którego teraz zaglądałem, zobaczyłem znajome wężowate ramię. A właściwie tylko jego górny zwój, reszta pogrążona była w ciemności poniżej. Na moich oczach poruszyło się, zaczęło zwijać. Wciągało coś do statku.