Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2015

Star Carrier. Tom VI: Głębia czasu ebook

Ian Douglas  

4 (21)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Star Carrier. Tom VI: Głębia czasu - Ian Douglas

Dwadzieścia lat po wizycie Grupy Bojowej „Ameryka” w Chmurze N’gai ludzkość znowu zetknie się z nieznanym.

Na Ziemi końca dobiega wojna domowa między Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej a Konfederacją Terrańską. Przy udziale myśliwców z „Ameryki” zniszczone zostają ostatnie ogniska oporu, a przywódcy pojmani. W Europie, a także poza jej granicami, znaczenia nabiera pokojowy ruch Światło Gwiazd, a jego przywódca Constantine d’Angelo porywa tłumy swoimi entuzjastycznymi wystąpieniami.

Tymczasem tajemniczy okręt o nieludzkiej technologii opuszcza bazę w Północnych Indiach. W pościg za nim ruszają eskadra „Black Demons”, lotniskowiec gwiezdny „Ameryka” oraz jednostka Straży Kosmicznej. Kto podróżuje zagadkowym okrętem? Czy to nowa, nieznana jeszcze ludziom rasa? A może sami Gwiezdni Bogowie? Niezwykła broń, jaką dysponują obcy, postawi przed ludźmi najtrudniejsze wyzwanie.

W szóstym tomie serii Ian Douglas nie zawodzi – opisy kosmicznych zmagań, niezwykłych technologii, obcych sposobów myślenia splatają się w przyprawiający o zawrót głowy koktajl, od którego nie sposób się oderwać.

Opinie o ebooku Star Carrier. Tom VI: Głębia czasu - Ian Douglas

Fragment ebooka Star Carrier. Tom VI: Głębia czasu - Ian Douglas

Ian Douglas

Star Carrier

Tom VI

Głębia czasu

Przekład Justyn „Vilk" Łyżwa

Warszawa 2015

W serii Star Carrier dotychczas ukazały się:

TOM I

PIERWSZE UDERZENIE

TOM II

ŚRODEK CIĘŻKOŚCI

TOM III

OSOBLIWOŚĆ

TOM IV

OTCHŁAŃ

TOM V

CIEMNA MATERIA

Tytuł oryginału: Star Carrier: Deep Time

Copyright © 2015 by William H. Keith, Jr.

Projekt okładki: Agencja Ilustratorsko-Reklamowa MOTOKO

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN epub: 978-83-64030-56-7

ISBN mobi: 978-83-64030-57-4

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Dla Deb i jak zawsze, dla Brea

Prolog

– Co to, do cholery, jest?

– Nie mam pojęcia, kontrola – odparł głos ze stacji orbitalnej Kapteyn. – To… po prostu pojawiło się na ekranach znikąd. Szybko się zbliża… prawie połowa c. To…

Komandor Gerwin Dressler wzdrygnął się, gdy ekran holograficzny ponad jego stacją roboczą rozświetlił się niebieskobiałym blaskiem. Coś, co poruszało się z połową prędkości światła, uderzyło właśnie w platformę badawczą orbitującą wokół lokalnej gwiazdy, zmieniając pięć tysięcy ton metalu, ceramiki, plastiku oraz ciała załogi w powiększający się obłok gorącej plazmy.

AI bazy zameldowała, że obiekt był w rzeczywistości chmurą cząsteczek. Chmurą mającą rozmiary wielu jednostek astronomicznych i ważącą biliony ton. Było tam jednak coś jeszcze… Enigmatyczne struktury, ledwo widoczne konstrukcje, coś wielkiego i schowanego w tej chmurze.

Wszystko to wkrótce miało dotrzeć do Heimdall.

Klikając w myślach, Dressler uruchomił alarm w bazie.

– O co chodzi? – rozległ się w jego głowie zaskoczony głos kapitana Roesslera. Według czasu lokalnego mogło być południe, ale zegary bazy, ustawione zgodnie z czasem Greenwich i odmierzające dni i noce dostosowane do biologii ludzkiego organizmu, wskazywały wczesną godzinę poranną.

– Straciliśmy właśnie stację Kapteyn, sir – odparł Dressler. – Oto dane…

– Amerykanie?

– Nie, sir. Coś… coś innego.

Coś zupełnie innego.

Oficer poczekał, aż dowódca stacji przejrzy dane przetransmitowane z orbity. Niebo na zewnątrz było takie piękne…

Kopuła mieszcząca dowództwo bazy i centrum kontroli w tym momencie ustawiona została tak, że ukazywała widok na zewnątrz: niebo, którego kolor przechodził od ciemnego błękitu do głębokiego fioletu, zdominowane przez ogromną krzywiznę gazowego giganta, Bifrosta. Gwiazda Kapteyna, będąca czerwonym karłem typu M1.5 o średnicy i masie poniżej jednej trzeciej wymiarów Słońca, świeciła prawie dokładnie nad kopułą. Z odległości trzech i pół jednostki astronomicznej gwiazda była tylko jasnym czerwonym punkcikiem. Dysponując sokolim wzrokiem, można było zobaczyć jej dysk, jednak obecnie wschodnią część nieba dominował znacznie bliższy gazowy gigant. Kolorowe pasy i zawirowania rozciągające się od lodowców na horyzoncie Heimdalla aż do krzywizny Bifrosta były doskonale widoczne. Fantasmagoryczne zorze otaczały bieguny giganta, a towarzyszyły im tańczące kurtyny świetlne na północnym niebie Heimdalla.

Był on księżycem Bifrosta, obiegającym planetę w odległości zaledwie sześciuset tysięcy kilometrów w ciągu trzech dni. Oddziaływanie planety ogrzewało powierzchnię Heimdalla dużo mocniej niż odległe słońce.

Dressler gołym okiem widział błysk, który przyniósł zagładę stacji orbitalnej Kapteyn – rozmazane białe światło, przecięte horyzontem Bifrosta. Automatycznie zlokalizował miejsce eksplozji na tle gwiazd i przeraził się.

– Cokolwiek to jest, kapitanie – powiedział do Roesslera – nadciąga mniej więcej z wektora Omega Centauri.

Personel stacji badawczej został oczywiście zapoznany z wydarzeniami w ogromnej gromadzie kulistej, miejscu, w którym krążyła tajemnicza rozeta czarnych dziur. Ludzie wiedzieli także o Obcych z Rozety. Nie wpływało to dobrze na ich samopoczucie.

Krzywizna Bifrosta zapłonęła nagle błękitem i fioletem, zorze na obu biegunach pojaśniały, a potem rozszerzyły się, obejmując całego gazowego giganta błyskami i impulsami.

– Jest pan pewien, że to nie Amerykanie? – zapytał Roessler. – Może mają jakiś rodzaj masowej broni kinetycznej…

Siły USNA znane były z częstego używania taktyki polegającej na wystrzeliwaniu chmury piasku z prędkością podświetlną. Dressler obserwował jednak obiekt przesuwający się po horyzoncie Bifrosta i częściowo widoczne ogromne kształty za planetą. Niektóre z nich były większe od globu i miały średnicę milionów, a nawet dziesiątek milionów kilometrów.

– Jestem pewien, sir.

– Ale…

– To nie są Amerykanie. Jestem tego całkowicie pewien.

Oficer sprawdził pozycje okrętów Konfederacji na orbicie Heimdalla. Jeden z nich znajdował się właśnie nad antypodami, osłonięty przed obcą chmurą.

– Sugeruję, sir – dodał Dessler – abyśmy wysłali „Kalmara” na Ziemię z kompletnym meldunkiem.

O ile zdążymy – uzupełnił w myślach.

Rozdział pierwszy

29 czerwca 2425

1/5 Marines

Fort Douaumont

Francja, Unia Europejska

Godzina 6.10 GMT

Formacja lądowników z rykiem pojawiła się na wschodnim niebie, świszcząc dyszami manewrowymi. Kierowały się ku starej fortecy. Sierżant sztabowy Marines Gerald Swayze przyglądał się kamiennym murom, używając linku łączącego go ze skanerami croca i modląc się w duchu, by tym razem dane wywiadu się sprawdziły.

CL/BL-5 Crocodile był paskudną maszyną: tęponosą, pękatą, zaopatrzoną w kołnierz dokujący na kwadratowym dziobie, szeroko rozstawione golenie podwozia i parę wieżyczek, które sprawiały, że lądownik podczas wykonywania misji zamieniał się w mobilną fortecę.

W tym przypadku misja polegała na dostarczeniu czterdziestu ciężko opancerzonych i uzbrojonych marines USNA na powierzchnię wrogiej planety.

Planetą tą była Ziemia, a obiektem masywna, kilkusetletnia, kamienna twierdza położona głęboko na terytorium Unii Europejskiej – twierdza ta znana była z kart historii jako Verdun.

– Przygotować się! – W głowach podwładnych rozległ się czysty i ostry głos porucznika Widnera. – Piętnaście sekund!

Swayze próbował doszukać się w nim śladów strachu czy niepewności, ale takowych nie usłyszał. To była pierwsza operacja Widnera w roli dowódcy plutonu, jednak wyglądało na to, że nie dźwigał on typowego dla nowicjusza bagażu arogancji i nadmiernego zaufania do rozwiązań podręcznikowych. Znaczyło to, że młody oficer zwracał uwagę na to, co robią jego starsi podoficerowie, a w szczególności Swayze. Z takim podejściem powinno im się udać przeprowadzić tę operację.

– Hej, małpy, słyszeliście porucznika! – ryknął sierżant na kanale taktycznym kompanii. – Powstań! Zwrot! Kiedy nano wywalą drzwi, chcę widzieć tylko śmigające zielone plamy przemykające się przez kołnierz.

„Zielone plamy” były oczywistym anachronizmem, ale nadal chętnie używanym w Korpusie. Każdy marine z plutonu szturmowego miał na sobie pełny pancerz Mark I – oryginalnie czarne, lecz pokryte nanopowłoką maskującą powierzchnie mieniły się kalejdoskopem kształtów, kolorów i świateł wnętrza transportowca. Nanopowłoka chwytała kolory otoczenia i odbijała je. W polu dawało to praktyczną niewidzialność, jednak we wnętrzu przedziału desantowego powodowało zawrót głowy.

Kadłubem transportowca wstrząsnęło, gdy jego nos zetknął się ze ścianami twierdzy. Zgodnie z planami, które widział Swayze, miały one w tym miejscu dwa metry grubości. Kołnierz desantowy potrzebował kilku sekund, by się przez nie przegryźć.

Coś zadźwięczało na pancerzu, ostro i natarczywie. Swayze słyszał pracę mechanizmów wieżyczek obracających się w lewo, a następnie wycie pomp chłodzących, gdy plunęły gigawatowymi laserami. Na przedzie kołnierz dokujący wydłużał się coraz bardziej, wgryzając się w mury twierdzy, rozbijając beton i stal na atomy i kierując je specjalnymi kanałami na zewnątrz. Podczas operacji w przestrzeni kosmicznej nanokołnierz pozwalał marines przebijać się przez kadłuby wrogich okrętów bez utraty ciśnienia wewnętrznego. Tu ciśnienie nie miało znaczenia. Należało się tylko przebić przez te dwa metry betonu i stali, zanim nieprzyjaciel zareaguje.

Gdy do pokonania zostało kilka ostatnich centymetrów, lądowniki wystrzeliły przez przegrodę grupę sond, mikroskopijnych dronów bojowych, które dostały się do wnętrza twierdzy. Na wewnętrznym wyświetlaczu Swayze zobaczył obraz przekazywany przez miniaturowe maszyny – tuzin ciężko uzbrojonych żołnierzy Konfederacji, schylających się w tunelu z bronią gotową do strzału.

Nie zapowiadało się na łatwą robotę.

– Mamy enpli po obu stronach wejścia – poinformował pozostałych – a także na wprost. Prowadzący zespół ogniowy skupia się na tych przed nami. Ci po bokach będą mieli kłopoty, żeby nie strzelić sobie samobója.

Obrona najwyraźniej zorganizowana została doraźnie, z żołnierzy znajdujących się w pobliżu i skierowanych w okolice punktu przebicia. Ustawienie strzelców po obu stronach naprzeciwko siebie stwarzało wielkie prawdopodobieństwo bratobójczego ognia.

Sierżant nie zazdrościł jednak prowadzącemu zespołowi. Dwóch jego członków wyposażono w ogromne tarcze ochronne, jednak ostrzeliwani mieli być z trzech stron.

– No to zaczynamy! – powiedział Widner.

Wewnętrzna gródź croca opadła i marines rzucili się do natarcia.

– Naprzód! Naprzód! Naprzód! – darł się Swayze.

Pierwsi weszli „dorkikerzy”[1] schowani za tarczami. Te lustrzane powierzchnie, wspomagane przez pochłaniającą energię ceramikę, zapewniały im niezłe zabezpieczenie przed pociskami kinetycznymi i promieniami lasera, jednak nie były tak skuteczne przeciw strumieniom plazmy. Zasłonięty przez pancerne sylwetki, Swayze nie widział, co dzieje się przed nim, wewnętrzny wyświetlacz pokazywał mu rytm bicia serc członków zespołu prowadzącego, ale nie to, co widziały kamery na ich hełmach. Sierżant musiał wiedzieć, co dzieje się z całym plutonem, a skupiać się na wiodącej czwórce.

– Uwaga! Jesteśmy pod ostrzałem! – zameldował kapral Addison z zespołu prowadzącego.

– Gaynor dostał! Ranny!

Z przodu rozległ się huk eksplozji, która zatrzęsła maszyną. Marines parli naprzód, a do wnętrza pojazdu wdzierał się dym. Swayze pochylił się, przechodząc przez rękaw dokujący, i wcisnął się w tunel. Znajdował się w połowie grupy, co znaczyło, że przed nim było dwudziestu żołnierzy, cztery zespoły ogniowe.

Po chwili znalazł się już z drugiej strony, wchodząc w wąskie przejście między ścianami, podłogą i sufitem z kamiennych bloków. Dwaj marines leżeli na podłodze, na szczęście obaj się ruszali. Z przodu i po bokach widać było kilkunastu żołnierzy Konfederacji.

Rozpoczął się szturm twierdzy.

Tymczasowe Prezydenckie Stanowisko Dowodzenia

Toronto

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej

Godzina 00.12 EST

Dla prezydenta Alexandra Koeniga wyglądało to tak, jakby faktycznie przebywał w rejonie działań bojowych.

Sztab przygotował bezpośrednie połączenie i polityk sprzęgnięty był z myślami i odczuciami porucznika Flanklyna K. Widnera poprzez jego kombinezon bojowy Mark I. Te sygnały nerwowe transmitowano do implantu znajdującego się w korze mózgowej Koeniga.

Z punktu widzenia prezydenta znajdował się on w kombinezonie porucznika i poruszał się ciemnymi, kamiennymi korytarzami zgodnie z odczytami elektronicznej mapy, widocznej na wewnętrznym wyświetlaczu. Słyszał pokrzykiwania mężczyzn na kanale taktycznym, rozkazy Widnera i jego przyspieszony oddech, czuł nawet ciężar pancerza i jego odpowiedzi na ruchy mięśni porucznika. Jedyne ograniczenie stanowił zupełny brak kontroli. Prezydent był jedynie „pasażerem”, odbierającym bodźce, bez możliwości choćby odwrócenia głowy, by zobaczyć, co dzieje się za nim.

– Talman! Gonzalez! – krzyczał Widner. – Położyć ogień na to przejście. Na godzinie drugiej!

Przez chwilę Koenig rozważał przejście na obraz transmitowany z któregoś drona bojowego, wolał jednak pozostać przy dowódcy plutonu. Mógł transmitować do niego wiadomości na kanale taktycznym, ale wiedział z własnego doświadczenia, jak frustrujący i często śmiertelny bywa mikromenadżment. Widner nie potrzebował jego pomocy i z całą pewnością nie byłby mu za nią wdzięczny. Koenig pozostawał więc tylko biernym obserwatorem bitwy.

Ponadto akcja, której świadkiem był prezydent, stanowiła tylko niewielki wycinek operacji Fallen Star. Trzy inne plutony kompanii Alfa szturmowały z sąsiednich croców, a za pierwszą falą transportowców posuwała się następna, złożona z potężnych UC-154 Choctaw, w których znajdowało się po dwustu marines. Fallen Star była operacją przestrzenno-lądową, w której brał udział cały batalion: ponad tysiąc żołnierzy plus personel wsparcia.

Koenig nadal zastanawiał się jednak, czy to wystarczające siły. Verdun miało paskudną reputację.

To leżące nad Mozą miasto w północno-wschodniej Francji, które w zamierzchłej przeszłości odparło Attylę, na początku dwudziestego wieku zamienione zostało w kompleks obronny składający się z dwudziestu ośmiu fortów. Krwawa bitwa z 1916 roku kosztowała życie sto pięćdziesiąt tysięcy tysięcy Francuzów i prawie tyluż Niemców. Fort Douaumont był największym z bastionów francuskich, posiadał zewnętrzne mury o długości ponad czterystu metrów, zbudowany został na dwóch podziemnych poziomach i wyposażony w wiele wieżyczek strzeleckich oraz miejsca dla setek żołnierzy. Po wojnie zamieniony został w muzeum i pozostawał nim do 2367 roku, kiedy to wybuchł konflikt ze Sh’daar. Wtedy Unia Europejska powiększyła i umocniła budowlę, dodała silosy rakietowe i wieże z działami plazmowymi, przekształcając starą twierdzę w bazę obrony planetarnej.

Intencją była obrona Unii Europejskiej przed atakiem Sh’daar. Taki scenariusz stał się więcej niż prawdopodobny po tym, jak w 2404 roku Turuschowie przebili się przez zewnętrzny system obronny Ziemi, zrzucając pocisk kinetyczny o ogromnej energii do Oceanu Atlantyckiego. Zdaniem Koeniga nikt nie spodziewał się, że forteca stanie się ostatnim punktem oporu zwolenników generała Janosa Matonyi Korosiego, Rzeźnika Columbus i przywódcy Konfederacji Terrańskiej.

W momencie rozpoczęcia wojny domowej pomiędzy Konfederacją a Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej zapanował powiększający się chaos. Według wywiadu USNA to Korosi był odpowiedzialny za atak nano-D na Columbus DC, byłą stolicę Ameryki. Atak ten uznany został za niewyobrażalną zbrodnię wojenną. Roettgen, prezydent Konfederacji, zniknęła wkrótce potem, uwięziona lub zamordowana przez siepaczy Korosiego. Ze składu Senatu Konfederacji wyznaczony został nowy prezydent, Christian Denoix de Saint Marc, ale według powszechnie panującej opinii był on albo bezwolną marionetką, albo skorumpowanym „rzecznikiem” ugrupowania Korosiego.

Następnie wojskowa placówka komputerowa pod górą Cheyenne przeprowadziła operację Luter, używając nauki o rekombinowanych memach do stworzenia poprzez elektroniczną infrastrukturę Konfederacji nowej religii. Religia ta, nazywana Światłem Gwiazd, rozprzestrzeniała się zadziwiająco szybko, wywołując rewolucję przeciw rządowi, który użył nanotechnologii do fizycznej anihilacji centrum miasta wraz ze znajdującymi się tam ludźmi. Spowodowało to błyskawiczne odsunięcie od władzy Partii Globalistów i prawie zakończyło wojnę domową.

Prawie…

Genewa, stolica Konfederacji, poddała się siłom Światła Gwiazd zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Wykorzystując tylne wejście do systemów elektronicznych Konfederacji, umieszone tam podczas operacji Luter, wywiad USNA usiłować odnaleźć liderów upadłego reżimu, a także Ilse Roettgen. Obecnie podejrzewano, że Denoix i Korosi znajdują się w Douaumont. Istniały także spore szanse, że jeżeli Roettgen żyje, to tam właśnie jest przetrzymywana.

Wystarczyło złapać Korosiego i jego popleczników, aby wojna dobiegła końca.

Z tego powodu Koenig zatwierdził operację Fallen Star, bardzo ryzykowny szturm, którego celem było zabicie bądź aresztowanie Korosiego i Denoix, uwolnienie Ilse Roettgen i zakończenie paskudnego konfliktu.

Po dokonaniu tego pozostanie jeszcze tylko zakończyć wojnę ze Sh’daar, dowiedzieć się, czego chcą Obcy z Rozety, i ustanowić nad połową Ziemi legalny, rozsądny, a przede wszystkim pokojowo nastawiony rząd, który zarówno uzna niepodległość Stanów Zjednoczonych, jak i będzie chciał z nimi współpracować w interesie całej ludzkości.

Nic więcej.

– Koncentracja na dwunastej! Ognia! Ognia!

– Ranny marine! Ranny marine! Medyk naprzód!

– Ruchy, ruchy, ruchy!

– Pierwsza sekcja. – To głos Widnera, rozlegający się zarówno w uszach, jak i wewnątrz głów, na kanale taktycznym. – Za mną!

Przejście przed nimi było zablokowane kamieniami na podłodze i po obu stronach. Coś znajdowało się z przodu, na końcu korytarza, jednak AI hełmu Widnera miała kłopoty z przetworzeniem obrazu. Co to, do cholery, było?

Opancerzone sylwetki wyłoniły się zza obiektu, który okazał się improwizowaną barykadą, złożoną z mebli, bloków betonu i stalowych bębnów.

A dalej…

– Uważaj! Do cholery, uwaga!

Coś uderzyło Koeniga w pierś, odbierając dech. Chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że to nie on został trafiony, a strumień gorącej plazmy smagnął pancerz Widnera. Odczyty parametrów życiowych porucznika zamigotały i spadły do zera. Koenig poczuł się uwięziony, patrząc na jakieś kamienie w suficie korytarza, bez możliwości ruchu, zrobienia czegokolwiek, oprócz leżenia.

Widner nie żył, a jego kombinezon bojowy właśnie wygaszał wszystkie funkcje, przygotowując ciało do transp…

VFA‐96 „Black Demons”

Niska orbita Ziemi

Godzina 00.14 TFT

Porucznik Megan Connor odwróciła swojego nowego starblade’a tak, że oświetlona pierwszymi promieniami Słońca Ziemia zawisła nad jej głową. Przed nią rozciągał się obszar, nad którym wstawał dzień. Na Wschodnim Wybrzeżu USNA minęła dopiero północ, nad Francją i większością Unii Europejskiej było kilka minut po szóstej. „Black Demons” znajdowali się na niskiej orbicie ziemskiej, dryfując dwieście kilometrów nad zachodnią Europą. Pod nimi światła miast rozjaśniały poszarpane chmury nad Anglią. Wschód słońca nad Verdun nastąpił mniej niż trzydzieści minut temu, jednak na tej wysokości Connor widziała dużo więcej dnia niż marines na powierzchni.

Dostroiła wyświetlacz wewnętrzny, mocniej integrując się z dalekosiężnymi zmysłami myśliwca.

Bogowie, ta maszyna to marzenie.

Teoretycznie w procesie nanotworzenia dało się wyprodukować nowy myśliwiec w ciągu godziny, co powinno wyeliminować problem zaopatrzenia floty USNA, pozbycia się starszych modeli takich jak SG-92 Starhawk i SG-101 Velociraptor i zastąpienia ich najnowszą technologią, w tym wypadku SG-420 Starblade. Problemem nie były materiały konieczne do wytworzenia maszyn, lecz przeszkolenie pilotów. Zarówno ich organiczne mózgi, jak i oprogramowanie w implantach zostały przystosowane do kontroli starszych modeli.

Jednak SG-420 używał ulepszonych AI, które były w stanie wykorzystać trening zaliczony na starhawku czy velociraptorze i tylko dodać do niego nowe elementy. Mimo wszystko lotniskowiec gwiezdny „Ameryka” cierpiał na brak pilotów. Kampanie z ostatnich ośmiu miesięcy – Arianrhod, Ozyrys i Vulcan – pozbawiły życia zbyt wielu dobrych myśliwców. Uzupełnienia napływały wciąż z bazy Oceana, ale było ich zbyt mało, by zapewnić pełną gotowość bojową.

Connor czuła przepływ danych od maszyny i siłą powstrzymywała się, by nie krzyczeć z radości. Piękno wschodu słońca eksplodowało wokół niej, oświetlając błękit wód, zieloną mozaikę pól i białą pierzynkę chmur. Przy możliwościach nowego systemu łatwo było zapomnieć, że jest się istotą z krwi i kości wciśniętą w klaustrofobicznie mały kokpit. W zasadzie było się samym myśliwcem. Connor rozprostowała ramię, a maszyna zareagowała natychmiastowym obrotem w osi podłużnej.

– Uważaj, Demon Pięć – odezwał się w głowie Megan komandor Mackey. – Nie daj się ponieść.

– Ciężko będzie, skipper – odpowiedziała. – To jest nieprawdopodobne.

– Być może, ale skup się na misji. Zbliżamy się do Verdun i nie chcemy niczego przegapić, prawda?

– Tak jest.

Przegapienie czegokolwiek nie było zbyt prawdopodobne. Eskadra VFA-96 „Black Demons” dysponowała obecnie pełną siłą bojową, dwunastoma myśliwcami, jednak w tej misji uczestniczyli tylko Mackey, Connor i para innych pilotów. Kontrola przestrzeni oznaczała rozciągnięcie sił na całej orbicie, by w każdym momencie w pobliżu przebywało przynajmniej kilka myśliwców mogących zareagować na ewentualne zagrożenie. Pozostali członkowie eskadry zostali rozmieszczeni na przestrzeni czterech tysięcy kilometrów, a dwie inne eskadry „Ameryki” kryły resztę orbity. Zmiany następowały rotacyjnie, żeby co dziesięć minut nad Verdun znajdowała się czwórka myśliwców.

– A swoją drogą, jak im idzie tam, na dole, skipper? – zapytał porucznik Enrique Martinez, jeden z nowicjuszy przybyłych z bazy Oceana.

– Zgodnie z planem – odparł Mackey. – Pierwsze LC dotarły do ścian twierdzy. Choctaws właśnie lądują.

– Ale kiedy będziemy wiedzieć?

– Gdy tylko ktoś zdecyduje się nam powiedzieć, poruczniku. A do tego czasu oczy dookoła głowy. Buntownicy nie odpuszczą tak łatwo.

„Buntownicy”. Dziwnie brzmiało to słowo w znaczeniu, w jakim użył go Mackey. Do niedawna to siły USNA były rebeliantami, walczącymi o niepodległość. Jednak od momentu, gdy rząd Konfederacji Ziemskiej upadł pod naciskiem, słowo „buntownicy” oznaczało pozostałości poprzedniego rządu, ludzi Korosiego.

– Nie widzę tam nikogo prócz „Pactors” – odpowiedziała Connor, patrząc na wyniki skanowania dalekosiężnego. Sześć myśliwców z VFA-31 „Impactors” ponad godzinę wcześniej zeszło w atmosferę, unieszkodliwiając wielkie wieże obrony planetarnej, zamontowane na szczytach twierdzy. Uderzenie to było drugą fazą operacji Fallen Star, niezbędną, aby transportowce mogły wylądować w miarę spokojnie.

Pierwsza faza, zapoczątkowana w Wirtualnym Centrum Bojowym w Colorado Springs, była elektronicznym atakiem przeprowadzonym przez byłych pilotów podłączonych do sieci operacyjnej Konfederacji przez „tylne wejścia” odkryte lub wręcz stworzone przez super-AI Konstantina.

– Czekajcie sekundę – odezwał się młodszy porucznik Chris Dobbs, kolejny nowicjusz, który w eskadrze był niecałe siedemdziesiąt dwie godziny. – Widzę wielokrotne odpalenia. Dokładnie za nami. Odległość dwa tysiące sześćset kilometrów!

Cholera, młody ma rację!

Odległość wskazywała na Turcję jako miejsce wystrzelenia, a Turcja nadal była członkiem Konfederacji. Te myśliwce mogły należeć do buntowników – sił wspierających Korosiego. Z całą pewnością moment wystrzelenia został idealnie dobrany w stosunku do położenia amerykańskich myśliwców.

Connor pozwoliła na przepływ danych. Ile maszyn? Jakiego typu? Czy ich celem była grupa prowadząca? Czy też czwórka starblade’ów?

– Strzelają! – ostrzegł Mackey.

Osiem myśliwców, todtadlerów Konfederacji, zbliżało się do Connor i jej kolegów z dużym przyspieszeniem. Wystrzeliły właśnie chmurę piasku, która pędziła w stronę czwórki myśliwców jak wystrzał ze starej strzelby.

Bitwa się zaczęła.

Tymczasowe Prezydenckie Stanowisko Dowodzenia

Toronto

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej

Godzina 00.16 EST

Koenig kliknął w myślach ikonę i odzyskał przytomność we własnym ciele, z trudem łapiąc powietrze. Siedział w fotelu w swoim biurze w Toronto, a Marcus Whitney, jego asystent i główny doradca, pochylał się nad nim z zatroskaną twarzą.

– Panie prezydencie?

– Nic mi nie jest.

– Pana parametry życiowe wykonały gwałtowny skok.

– To było nic w porównaniu z parametrami porucznika Widnera.

Dwadzieścia lat wcześniej, jako admirał dowodzący lotniskowcową grupą bojową, Koenig miał zawsze problemy z wydaniem rozkazów, które wysyłały ludzi na pewną śmierć.

Dziś wcale nie było mu łatwiej.

– Wracam tam – powiedział Koenig. – Połączcie mnie z… zobaczmy…

Przebiegł wzrokiem przez listę marines z plutonu Alfa, tych, którzy nadal byli wśród żywych.

– Sierżant sztabowy Gerald Swayze.

Był to pomocnik dowódcy plutonu, który po śmierci Widnera powinien objąć dowodzenie.

– Sir – powiedział zaniepokojony Whitney – przecież nie może mieć pan wpływu na przebieg bitwy. Cholera, flirtuje pan z VRSD.

Akronim, wymawiany jako „ver-sid”, był skrótem od Virtual Reality Stress Disorder – zespół stresu postwirtualnego. W rzeczywistości chodziło o całe spektrum uszkodzeń neurologicznych, uzależnień, patologii. Niektórzy, choć niezbyt często, doświadczali ataku serca, udaru lub wpadali w komę, gdy „umierali” pomimo tego, że ich własne ciało było w doskonałej formie fizycznej.

Koenig zdawał sobie sprawę z ryzyka, ale brał już osobiście udział w bitwach, miał doświadczenie w redukowaniu psychologicznego wpływu nawet najbardziej stresujących przeżyć. Ponadto istniały elektroniczne zabezpieczenia, zaprojektowane tak, by odciąć połączenie, jeśli monitory stanu fizycznego stwierdzą, że jego ciało w Tymczasowym Stanowisku Dowodzenia reaguje zbyt silnie.

– Nie wydaje mi się – odpowiedział prezydent. Podniósł nieco głos. – Monitor zdrowia? Co powiesz?

– Rytm serca wzrósł do stu dwudziestu sześciu – odparła medyczna AI kompleksu prezydenckiego. – Oddech trzydzieści pięć. Oba parametry w granicach tolerancji.

– Widzisz, Marcus? Nic mi nie jest.

– Nadal mi się to nie podoba, panie prezydencie. Mógłby pan kazać ludziom z wywiadu zrelacjonować panu wszystko już po zakończeniu działań. Tak zrobiłby normalny prezydent.

– A tam, cholera. To nudne. Nie wydaje mi się…

Przerwał w połowie zdania. W sieci sztucznych inteligencji nadzorujących bitwę zabrzmiał alarm. Wywołany został przez dane przekazane przez jedną z eskadr lotniskowca „Ameryka”. Osiem myśliwców Konfederacji wystartowało z centralnej Turcji i zaatakowało cztery amerykańskie maszyny na niskiej orbicie. AI odpowiedzialna za rozpoznawcze zabezpieczenie bitwy określiła atakujących jako buntowników Korosiego.

Interesujące.

Nie było możliwości, aby osiem todtadlerów mogło stanowić realne wyzwanie dla trzech eskadr myśliwskich Stanów Zjednoczonych, szczególnie że grawitacja była po stronie Amerykanów. Nawet gdyby atakującym udało się przebić przez myśliwce, pozostawało jeszcze głębokie wsparcie złożone z trzech niszczycieli i czterech fregat. Ziemia była bardzo szczelnie opasana.

Co oni, do diabła, chcą osiągnąć?

– Wyeliminować – nakazał Koenig. – I informować mnie na bieżąco.

Chwilę wcześniej na wewnętrznym wyświetlaczu pojawiła się nowa ikona, oznaczona nazwiskiem sierżanta sztabowego Swayze. Koenig kliknął w nią i otworzył oczy w samym centrum bitwy.

Rozdział drugi

29 czerwca 2425

Tymczasowe Prezydenckie Stanowisko Dowodzenia

Toronto

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej

Godzina 00.18 EST

Koenig ponownie znalazł się w korytarzu. Widok częściowo zasłonięty był przez zmieniające się liczby oznaczające odległości, kąty, poziomy energii oraz czerwony znak celowniczy sprzęgnięty z laserem Swayze’ego. Na drugim końcu korytarza lasery nie mogły sobie poradzić z barykadą.

– Grossmann! Nobunaga! – krzyczał Swayze. – Przytargajcie tu wreszcie dupę! Usmażyć drani!

Koenig rozpoznał slangowy zwrot, którym marines określali DP-80, przenośne działo plazmowe używane jako broń wsparcia plutonu i zdolne do przebicia większości osłon pancernych.

Swayze strzelał ze swojego karabinka laserowego, próbując dosięgnąć przeciwnika na barykadzie. Za jego plecami pojawiły się dwie opancerzone postacie, ustawiające trójnóg ciężkiej broni. Jeden z marines został trafiony strumieniem plazmy, jego hełm wyparował, tak więc sierżant odciągnął ciało Grossmanna na bok i zajął miejsce obok strzelca, podnosząc pokrywę i ciągnąc dźwignię przeładowania. Klepnął w ramię Nobunagę, sygnalizując gotowość do otwarcia ognia.

– Dajesz!

Białoniebieski płomień zabłysnął w korytarzu, oświetlając pociemniałe ze starości kamienie. Barykada eksplodowała, rozsiewając deszcz płynnego metalu, a schowane za nią opancerzone postacie uciekły lub pozostały na podłodze bez ruchu.

Dupa wypaliła ponownie, tworząc dziurę w stalowych drzwiach znajdujących się za resztkami barykady. W chwilę potem Swayze już biegł, strzelając z biodra i wrzeszcząc:

– Naprzód, marines! Ooh-rah!

„Ooh-rah!”, stary okrzyk bojowy Korpusu Marines, rozbrzmiał z tuzina gardeł, jak zew dzikiej furii, niemający żadnego znaczenia, z wyjątkiem oznajmienia otoczeniu, że oto marines USNA właśnie poderwali się do ataku.

Żołnierze przeciwnika zaczęli rzucać broń i unosić ręce.

Koenig widział, jak dwaj marines, Jamison i Arkwright, wyprzedzili sierżanta, który zatrzymał się, by przekazać jeńca podwładnemu. Następnie pobiegł za prowadzącą dwójką, przez stopione resztki barykady do dziury w stalowych drzwiach. Swayze wpadł do kamiennej komory tuż za dwoma marines, którzy zatrzymali się zaraz po wejściu.

Żołnierz w kameleonowym nanopancerzu stał oparty o ścianę, trzymając przed sobą drobną kobietę jak tarczę.

Koenig rozpoznał ją. Ilse Roettgen, była prezydent Senatu Konfederacji Ziemskiej, mając ręce skute za plecami, próbowała się wyrwać żołnierzowi. Mężczyzna przyciskał śmiercionośny pięciomilimetrowy igłowiec do gardła kobiety.

– Stop! – krzyknął, a jego głos wzmocniony został przez kamienne ściany. – Jeśli zależy wam na jej życiu, zatrzymajcie się natychmiast!

Koenig od razu poznał ten głos. Należał do generała Korosiego, Rzeźnika Columbus.

Swayze przepuścił próbkę głosu przez AI kombinezonu i w chwilę później doszedł do tego samego wniosku.

– Proszę odłożyć broń, generale – powiedział spokojnym, zimnym jak lód głosem. – Jeśli ją pan zabije, gwarantuję panu, że żyć pan będzie tylko ułamek sekundy dłużej. Zginie pan tu i teraz.

– A więc… powinienem się poddać, abyście mogli mnie sądzić za zbrodnie wojenne? – zaśmiał się Korosi. Miał paskudny śmiech. W jego angielskim słychać było silny węgierski akcent. – „Zbrodnie przeciwko ludzkości”. Takiego terminu używacie wy, Amerykanie? A potem skażecie mnie na śmierć? Nie wydaje mi się…

– Proszę ją puścić, generale. Jeśli ją pan skrzywdzi, pogorszy pan jeszcze swoją sytuację.

– Nie możecie zagrozić mi niczym gorszym niż to, co mnie spotka, jeśli się poddam. Rozumiesz mnie?

– Mogę obiecać, że nie zostanie pan stracony.

– Abym mógł cieszyć się efektami wymazania pamięci? Ha! To gorsze niż czysta śmierć w bitwie! Nie! Rozegramy to tak, Amerykaninie. Obecna tu wspaniała Ilse pójdzie ze mną jako gwarancja waszego dobrego zachowania. Ty i twoi ludzie wycofacie się. Oczyścicie korytarze! Pozwolicie nam wyjść. Bez przeszkód! Załatwisz, aby na powierzchni czekał na nas grawilot, pilotowany przez AI reagującą na mój głos, mający zasięg przynajmniej dziesięciu tysięcy kilometrów. Grawilot zabierze mnie w miejsce, które wskażę. I tam może wypuszczę Roettgen, jeśli uznam, że mnie nie śledziliście. A teraz odłóżcie broń i cofnijcie się!

Czerwony znak celowniczy znajdował się na środku przyłbicy Korosiego i Koenig zastanawiał się, czy marine zaryzykuje strzał z biodra w głowę. Gdyby generał nie nosił pancerza, Swayze by spróbował, Koenig wiedział to. Jednak odpryski roztopionego kompozytu mogły ciężko poparzyć Roettgen.

Oczywiście Swayze mógł zaakceptować straty uboczne i zranienie zakładnika, jeśli zlikwiduje porywacza. Mógł nawet zaakceptować śmierć zakładnika. Zgodnie z rozkazami operacji Fallen Star znalezienie i uwolnienie Ilse Roettgen miało niższy priorytet niż unieszkodliwienie Korosiego.

Tak więc najprostszym rozwiązaniem było strzelenie teraz do generała, nawet gdyby miało to oznaczać śmierć byłej prezydent Konfederacji. Nie była to opcja, którą wybrałby Koenig, jednak to nie on trzymał palec na spuście.

– Okay, okay – powiedział Swayze po pełnej napięcia chwili. – Wygrał pan.

Czerwony znak znikł, a sierżant powoli odłożył broń na podłogę.

– Proszę nie robić jej krzywdy!

– Reszta! Odłożyć broń!

– Róbcie to, co mówi – powiedział Swayze do podwładnych. Przeszedł na częstotliwość ogólną. – Uwaga, marines! Oczyścić przejście. Korosi wychodzi… z zakładnikiem.

– Transport, sierżancie – przypomniał Korosi. – Zapewnijcie mi lot stąd.

– W porządku. Meteor! Tu Jeden-Pięć Marine! Potrzebuję chippera na dachu tego fortu ASAP!

„Meteor” był sygnałem wywoławczym dowództwa batalionu przeprowadzającego tę operację, zaś „chipper” slangową nazwą automatycznego transportowca C-28 Chippewa, o zasięgu zdecydowanie przekraczającym dziesięć tysięcy kilometrów. Koenig zastanawiał się nad tym warunkiem. Dziesięć tysięcy kilometrów wystarczyło, by dotrzeć do którejkolwiek z wind kosmicznych w Ekwadorze, Kenii czy Singapurze. Ale co później? Korosi musiał zdawać obie sprawę z tego, że będzie śledzony. Bez wątpienia gdzieś czekali na niego wspólnicy.

Koenig zaczął to rozważać. Nie będą czekali w kosmosie. Windy kosmiczne zbyt łatwo zablokować i izolować. Najprawdopodobniejszym scenariuszem było krótkie przyziemienie gdzieś na linii prostej prowadzącej do jednej z wind i skuteczne zniknięcie, podczas gdy transportowiec nadal kontynuowałby lot.

Cholera, imperatywem tej operacji było nie pozwolić Korosiemu uciec. Jeśliby mu się to udało, wojna mogłaby trwać jeszcze lata w formie działań partyzanckich prowadzonych w dżunglach, wioskach i górach od Ameryki Południowej, przez Afrykę, do Azji Południowo-Wschodniej.

Prezydent nie był podłączony bezpośrednio do myśli sierżanta, do jego wewnętrznego monologu. Tego typu elektroniczna telepatia wymagała o wiele bardziej skomplikowanego sprzętu niż dostępny w Toronto. Nie było to jednak potrzebne. Nie mógł pomóc marine w podjęciu decyzji.

Swayze uniósł bezbronne dłonie.

– Panie generale, niech pan weźmie mnie, dobrze? Ona będzie tylko kłopotem. Obiecuję się zachowywać…

Korosi roześmiał się.

– Co, ciebie? Jesteś podoficerem, żołnierzem liniowym! Co niby czyni cię cenniejszym od byłej prezydent Konfederacji Terrańskiej?

Swayze postąpił kilka kroków naprzód, cały czas mając uniesione ręce.

– To proste: znam rozmieszczenie wszystkich sił w tej operacji oraz plany, które zostały stworzone na różne nieprzewidziane okazje. Znam położenie sił naziemnych tutaj i wiem, co Marynarka ma w przestrzeni. Generale Korosi, mogę panu pomóc. Bardzo.

Kolejny ostrożny krok…

– Nie zbliżaj się! – Konfederacki generał wykonał znaczący gest igłowcem.

Wystarczyło.

Od pierwszej połowy dwudziestego pierwszego wieku wyposażenie wojskowe pozwalało użytkownikowi nosić więcej sprzętu niż dawniej. Wspomaganie neuronowe, nowe obwody umieszczane bezpośrednio w mózgu, zapewniały opancerzonemu człowiekowi także krótszy czas reakcji, umożliwiały szybsze ruchy.

Janos Korosi prawie na pewno także był wspomagany… Jednak niewystarczająco.

Ubrana w rękawicę dłoń sierżanta spadła z niewiarygodną prędkością, zamykając się na igłowcu, a jej kciuk zablokował wylot lufy. Dłoń Korosiego szarpnęła się gwałtownie, pistolet wypalił, Swayze krzyknął. Zapas mocy małej broni pozwalał na oddanie ośmiu przerywanych impulsów koherentnego światła lub jednego kilkusekundowego strumienia. Igłowiec Korosiego ustawiony był na strumień i pięciomilimetrowy strumień laserowy w czasie krótszym niż pół sekundy stopił rękawicę i część dłoni sierżanta.

Do tego momentu marine zdążył wykręcić dłoń generała tak, że broń nie była już wymierzona w zakładniczkę. Swayze przesunął się do przodu. Cały czas zaciskając straszliwie pokiereszowaną dłoń na igłowcu, zdołał odepchnąć Roettgen nieco w bok i wcisnąć się między nią a generała. Cały czas kontynuował zaciskanie, z ciśnieniem, na jakie pozwalała rękawica, unieruchamiając plastikowy korpus igłowca, pomimo że roztopiony metal i kompozyt wżerały się w jego ciało. Wewnętrzne odczyty monitora zdrowotnego najpierw podskoczyły, ze względu na ból, jaki musiał znosić, a potem opadły. Swayze albo zmusił mózg do ignorowania bodźców, albo zakończenia nerwowe spaliły się.

Korosi szarpnął się. Laser zawiódł, prawdopodobnie ze względu na wyczerpanie energii, i sierżantowi udało się powalić Korosiego na podłogę. Kilku innych marines doskoczyło natychmiast i unieruchomiło Węgrowi ręce i nogi.

– Nem! Nem! Nem! Engedj el! – krzyczał Korosi w swoim ojczystym języku, co w głowie Swayze’ego natychmiast zostało przetłumaczone na: „Nie! Nie! Nie! Puść mnie!”. Swayze w końcu unieruchomił mężczyznę, siadając mu na klatce piersiowej. Kołysał uszkodzoną dłonią, w której system medyczny kombinezonu już zaczynał procesy lecznicze.

W tym momencie Koenig wiedział, że bitwa o Fort Douaumont praktycznie się zakończyła.

VFA‐96 „Black Demons”

NOZ

Godzina 00.19 TFT

Porucznik Connor przekręciła starblade’a ostro w lewo i uruchomiła przedni projektor grawitacyjny. Gwałtowne przyspieszenie wynoszące dwadzieścia tysięcy g spowodowało, że po chwili znalazła się w pobliżu pocisków, których kilka zdążyło już wyparować, gdy smagnięte zostały zawiniętą przestrzenią przed myśliwcem. Dwa todtadlery wykonały zwrot, by wyjść jej naprzeciw, ale uchwyciła jednego z nich w celownik PBP-8 i poczęstowała strumieniem wysokoenergetycznych cząsteczek, powodując jego zniknięcie.

Europejskie todtadlery były bardzo zaawansowanymi współczesnymi myśliwcami. Z łatwością dotrzymywały kroku maszynom takim jak amerykański SG-101 Velociraptor, ale nie były równorzędnymi przeciwnikami dla starblade’ów.

Connor czuła, jak jej umysł przenika każdy skrawek świadomości maszyny, systemy uzbrojenia, moc, ciąg stanowiły jeden spójny taniec. Myśliwcem wstrząsnęło, gdy przez jedno z tymczasowych skrzydeł przeszedł pocisk kinetyczny, ale nanolaminatowa powłoka od razu zamknęła otwór i skierowała pocisk tak, że ominął kokpit i ważne elementy, po czym wyszedł z drugiej strony maszyny. Connor nie musiała nawet obracać myśliwca. Po prostu przeformowała go, biorąc na cel kolejnego przeciwnika i niszcząc strumieniem plazmy.

– Demon Pięć – zameldowała na kanale taktycznym – dwa trafienia!

– Demon Siedem! Zaznaczcie mi jednego!

Myśliwce kontynuowały taniec ognia i zniszczenia.

Tymczasowe Prezydenckie Stanowisko Dowodzenia

Toronto

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej

Godzina 00.20 EST

Koenig wynurzył się z rzeczywistości wirtualnej. Chór pokrzykiwań wypełniał stanowisko dowodzenia, pomieszczenie pełne było oficerów, cywilnych urzędników, doradców i techników podskakujących, obejmujących się i poklepujących po plecach, gratulujących sobie wzajemnie. W małym pomieszczeniu obok głównego stanowiska kontroli prezydent zmrużył oczy, chroniąc się przed nagłym blaskiem.

– O co chodzi? Co to za hałasy? – spytał.

– Ludzie nieco powariowali, sir – odparł Whitney. – Złapali Korosiego!

– Wiem – powiedział Koenig, siadając. – Byłem tam. I to Jeden-Pięć Marines dorwał drania, nie my.

– To był wysiłek zespołowy, panie prezydencie. Oni znaleźli Korosiego – sekretarz wskazał sztab ludzi – i śledzili go aż do Verdun. A pan wydał rozkaz.

– A marines go wyciągnęli i uratowali Roettgen. Proszę im powiedzieć, aby się uspokoili i wracali do roboty. Musimy wycofać naszych.

– Tak jest.

Podjęta przez Whitneya próba rozszerzenia liczby ojców sukcesu zirytowała prezydenta. Koenig miał wyjątkowo mało szacunku dla przywódców narodowych, którzy przypisywali sobie sukcesy własnych sił zbrojnych. JA nakazałem… JA wydałem rozkaz… Gówno prawda! To ludzie w terenie, na teatrze działań, ci, którzy ginęli i podejmowali ryzyko, powinni być uważani za twórców sukcesu, a nie przeklęci sztabole, poklepujący się po plecach przy monitorach.

Admirał Eugene Armitage, szef Połączonego Kolegium Szefów Sztabów, uśmiechnął się do niego.

– Ale rzeczywiście dorwaliśmy drania, panie prezydencie.

– Tak – zgodził się Koenig, siadając i przecierając oczy. – Dorwaliśmy.

Whitney pokiwał głową.

– Co więcej, panie prezydencie, bo może to panu umknęło: mamy jeszcze jeden meldunek. Złapali także Denoix, gdy próbował uciekać taksówką powietrzną.

Prezydent uśmiechnął się. Jego główny doradca delikatnie go upominał, przekazując informację, która przyszła oficjalnym kanałem meldunkowym tak samo szybko, jakby Koenig uzyskał ją z bezpośredniego łącza.

– Świetnie, Marcus.

Uśmiechnął się do Armitage’a.

– Admirale, proszę pogratulować Meteorowi ode mnie osobiście.

Oficer pokiwał głową.

– Jak pan sobie życzy, panie prezydencie.

– Jest… jeszcze coś. Jeden… nierozwiązany problem – powiedział Whitney.

– Wycofanie, wiem. Zakładam, że transportowce są już w drodze.

– Tak, sir. Ale nie o to chodzi.

– A więc o co?

– Kilka minut temu z południowej Turcji, z miasta Adana, wystrzelono osiem todtadlerów.

– Adana? A co oni tam mają?

– To jedno z większych tureckich miast, sir. Posiada mały port kosmiczny, Incirlik.

Koenig przeglądał dane na swoim wyświetlaczu.

– Mam.

Kiedyś, jeszcze w czasach starego NATO, Incirlik był wspólną turecko-amerykańską bazą wojskową. W połowie dwudziestego drugiego wieku, na początku istnienia PaxConfoederata, urządzenia zostały zamienione w lokalny port kosmiczny, pracujący dla celów górnictwa asteroidalnego. Turcja, leżąca na granicy Europy i Azji, była idealnym ekonomicznie miejscem do rozwoju tego typu przedsiębiorczości. Jednak wybudowanie wind kosmicznych, najpierw SupraQuito, a potem w Kenii i Singapurze, spowodowało upadek takich miejsc jak narodowe porty kosmiczne. W Incirlik niewiele pozostało, poza małą bazą wojskową.

Czemu atakują myśliwce USNA na NOZ?

Przez chwilę Koenig przeglądał dane dotyczące rozmieszczenia myśliwców na niskiej orbicie. To „dlaczego” stawało się coraz ważniejszym pytaniem. Po zniszczeniu obrony w Verdun przestrzenna dominacja Amerykanów stała się niepodważalna.

Chyba że…

Prezydent przywołał mapę holograficzną, ukazującą dominację myśliwców „Ameryki” nad Bałkanami, Turcją, Półwyspem Arabskim i Oceanem Indyjskim. Czerwony migający punkt oznaczał Incirlik. Cztery amerykańskie myśliwce zestrzeliły ostatniego todtadlera, cztery kolejne były cztery tysiące kilometrów z przodu, nad Południowymi Indiami.

– Drugi start, panie prezydencie – zameldował Armitage.

– Ile?

– Pięć, sir. Nie… sześć.

– Skąd?

– Surat, panie prezydencie. Północne Indie. Również todtadlery.

– Coraz ciekawiej – powiedział Koenig, zamyślony.

Surat było dużym miastem na północno-wschodnim wybrzeżu.

– Wydaje mi się, że te chcą wybić dziurę w naszej eskadrze orbitalnej.

– Ale po co, sir? – spytał Whitney.

– By móc uciec. Admirale Armitage?

– Sir!

– Sugeruję, by „Elliot” i „Hawes” się temu przyjrzały.

– Już się robi, sir.

„Elliot” był niszczycielem o masie ośmiu tysięcy ton, zaś „Hawes” małą fregatą eskortową ważącą trzy tysiące ton. Para ta została ostatnio przydzielona do grupy bojowej „Ameryki” i znajdowała się obecnie na wysokiej orbicie ziemskiej, około trzydziestu tysięcy kilometrów nad powierzchnią.

– Kto mógłby próbować uciekać, panie prezydencie? – spytał Whitney. – Jeśli mamy zarówno Korosiego, jak i Denoix…

– Może ktoś ze sztabu Korosiego – odpowiedział Koenig. – A może prawdziwi architekci Columbus.

– Prawdziwi architekci? – potrząsnął głową Whitney. – Przecież wiemy, że stał za tym Korosi.

– Nie, Marcus, nie wiemy. To paskudny osobnik, przyznaję, ale Konfederacja nie miała powodów, by zjeść całe miasto, nie w momencie, gdy było to dla nich ogromnym ciosem propagandowym.

Tak jak zauważył Koenig, atak przeprowadzony przez konfederacki okręt „Estremadura”, przy całej swojej grozie, na dłuższą metę więcej szkody uczynił Konfederacji niż Ameryce. Państwa, które dotychczas trzymały się na uboczu szybko rozwijającej się wojny domowej, takie jak Hegemonia Chińska czy Teokracja Islamska, aktywnie przyłączyły się do działań przeciwko Konfederacji. Być może równie istotny był fakt, że członkowie Konfederacji tacy jak Rosja, Północne Indie i Anglia natychmiast się z niej wycofały.

Jednak niektóre zagrania polityczne pozostały niejasne. Jednym z konfederackich okrętów osłaniających „Estremadurę” w jej śmiercionośnej misji był północnoindyjski ciężki krążownik „Brahmaputra”. Z całą pewnością ktoś w rządzie Indii wiedział o naturze ataku, który zniszczył Columbus, i zgodził się na to. Jeśli myśliwce startowały z Surat, mogły być pilotowane przez oficerów nadal lojalnych wobec Korosiego, nawet jeśli New Delhi oficjalnie się od niego odcięło.

Ujawnienie prawdy miało teraz pierwszorzędne znaczenie. Koenig zdawał sobie sprawę z tego, że po zajęciu największej twierdzy i aresztowaniu Korosiego zadziałanie we właściwym momencie mogło zakończyć wojnę. Pozostawało jednak pytanie: kto, do cholery, próbował wymknąć się pod nosem USNA?

VFA‐96 „Black Demons”

NOZ

Godzina 00.19 TFT

Megan Connor kliknęła ikonę, wysyłając dwie rakiety VG-10 Krait w stronę ostatniego myśliwca Konfederacji. Przy odległości zaledwie dwustu kilometrów rakiety prawie natychmiast eksplodowały oślepiającym blaskiem, a todtadler zamienił się w koziołkujące stopione fragmenty.

W innych częściach nieba rozszerzające się obłoki gorącej plazmy i odłamków znaczyły koniec pozostałych myśliwców, jeden wszedł powtórnie w atmosferę, gnając ku błękitowi Oceanu Indyjskiego.

Przez link komunikacyjny Connor słyszała rozmowy pilotów ze swojej eskadry.

– Ładny strzał, Piątka! To się nazywa trafienie!

– Przynajmniej jedno. I nie straciliśmy ani jednej maszyny.

Zdaniem Connor to było spektakularne zwycięstwo. Osiem myśliwców wystrzelonych z Turcji, a potem sześć z Północnych Indii. Razem czternaście maszyn przeciw czterem starblade’om, z których żaden nie został strącony. To było naprawdę warte odnotowania.

– Hej, skipper? Tu Demon Sześć. Moje skanery nie wykrywały w tych maszynach obecności ludzi!

– Potwierdzam, Sześć. To samo mówi S-2 „Ameryki”. Wszystkie pilotowane były przez AI.

Od wieków trwała dyskusja nad tym, czy obecność ludzi w kokpitach myśliwców nadal była konieczna. Bez wątpienia sztuczne inteligencje były szybsze, dokładniejsze, czujniejsze i pewniejsze w ocenie danych, jednak ludzie wydawali się wnosić do tej mieszanki pewien pierwiastek kreatywności i improwizacji. Jak na razie, za najlepsze rozwiązanie taktyczne uchodziło pozostawienie ludzi, cybernetycznie sprzęgniętych z kontrolowanym przez AI myśliwcem.

Wygrana w stosunku czternaście do zera wydawała się doskonałym potwierdzeniem takiego podejścia. Potwierdzała także, że starblade’y pozostawiały daleko w tyle najnowocześniejsze konstrukcje Konfederacji. Może jednak wynik wcale nie powinien dziwić, skoro było to starcie ulepszonych ludzi z maszynami.

Szczególnie jeśli maszyny działały zgodnie z wcześniej wpisanym programem.

– Skipper? – powiedziała Connor, patrząc na odczyty z sensorów. – Widzi pan to, tam na północy?

– Co jest, do cholery?