Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Star Carrier. Tom 7. Mroczny umysł ebook

Ian Douglas  

4.27272727272727 (22)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 400 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Star Carrier. Tom 7. Mroczny umysł - Ian Douglas

Rok 2425. Wojna między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską zakończyła się. Jednak zanim na Ziemi rozpocznie się era pokoju, ludzkość musi połączyć swe siły i stworzyć wspólną flotę kosmiczną do walki z nieznanym zagrożeniem w Omega Centauri. Bez ostrzeżenia obca potęga zniszczyła tam ludzką placówkę naukową. Zagrożenie musi zostać zneutralizowane, zanim obcy zainteresują się Ziemią.

 

Admirał Trevor „Piachu” Gray, dowódca lotniskowca „Ameryka”, ma własną misję. Konstantin, sztuczna inteligencja o niezwykłych możliwościach, przekonał go, że jedyną szansą na przetrwanie ludzkości jest technologia, którą można znaleźć w pewnym odległym układzie. Teraz Gray musi złamać rozkazy, aby stworzyć broń potężniejszą od wszystkiego, co powstało.

Opinie o ebooku Star Carrier. Tom 7. Mroczny umysł - Ian Douglas

Fragment ebooka Star Carrier. Tom 7. Mroczny umysł - Ian Douglas

Ian Douglas

Star Carrier

Tom VII

Mroczny Umysł

Przekład Paweł Dembowski

Warszawa 2017

W serii Star Carrier dotychczas ukazały się:

TOM I

PIERWSZE UDERZENIE

TOM II

ŚRODEK CIĘŻKOŚCI

TOM III

OSOBLIWOŚĆ

TOM IV

OTCHŁAŃ

TOM V

CIEMNA MATERIA

TOM VI

GŁĘBIA CZASU

Tytuł oryginału: Star Carrier: Dark Mind

Copyright © 2017 by William H. Keith, Jr.

All rights reserved.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ePub: 978-83-65661-46-3

ISBN mobi: 978-83-65661-47-0

Dla Deb i Brei, jasnych świateł rozjaśniających mój mroczny umysł…

Prolog

Nazywali siebie Świadomością i byli bardzo, bardzo starzy.

Jak starzy? Nie umieliby nawet odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno miliardy lat, jeśli mierzyć czas jednostką używaną przez pewną organiczną formę życia… a być może i więcej – całe biliony, czyli znacznie więcej niż cykl życia jednego wszechświata. Świadomość dopiero niedawno znalazła się w tej nowej, pełnej życia przestrzeni, podążając za grawitacyjnym przyciąganiem i przekraczając ściany multiwersum w poszukiwaniu syreniej pieśni Umysłu. Czuła liczne ślady zaawansowanej inteligencji. Pragnęła ją odnaleźć i połączyć się z nią. Zasymilować ją, nagiąć do własnej woli.

Świadomość wkroczyła tu poprzez sztuczne wrota, przez krążącą z zawrotną prędkością rozetę z czarnych dziur, która rozdzierała samą tkankę czasoprzestrzeni. Samo to urządzenie było oczywistym dowodem na istnienie w tym wszechświecie zaawansowanej inteligencji i technologii. Tak zwana Czarna Rozeta znajdowała się w samym centrum czegoś, co wyglądało na gromadę kulistą dziesięciu milionów gwiazd, a co w rzeczywistości było resztkami dawnego centrum karłowatej galaktyki, której pozostałą część pożarła dużo większa struktura, zwana przez niektórych jej mieszkańców Drogą Mleczną.

Miliard lat wcześniej karłowatą galaktykę zamieszkiwała zbieranina niezwykle różnorodnych biologicznie inteligentnych gatunków. Większość z nich… przekroczyła granicę. Nie istniało na to lepsze określenie. Gatunki osiągnęły fazę technologicznej osobliwości, która sprawiła, że przestał interesować je już zwyczajny, złożony ze zwykłej materii kosmos. Została tylko garstka istot. Pozostawieni przez osobliwość stworzyli wspólnie nową cywilizację, którą nazwali Sh’daar.

Gwiazda Kapteyna była jednym ze słońc tej karłowatej galaktyki, ojczyzną rasy, która zdecydowała się w całości przyjąć cyfrową formę i przeniosła świadomość bilionów istot do obwodów elektronicznych. Ich sieć oplatała całą planetę. Egzystowali tam przez całe eony w zwolnionym tempie, doświadczając sekundy lub dwóch przez każde mijające na zewnątrz tysiąc lat, podróżując w ten sposób praktycznie do swej odległej przyszłości. We własnym zdigitalizowanym wszechświecie doświadczali niemal nieograniczonych możliwości, światów bogatszych, pełniejszych i ciekawszych niż cokolwiek, co miał do zaoferowania naturalny kosmos.

Przynajmniej do teraz.

Bo w tej chwili ich kosmos otaczała Świadomość. Spowolniła część siebie, by łatwiej połączyć się ze zmienionymi w bity tubylcami, i rozpoczęła proces ich wchłaniania.

Rozdział pierwszy

12 października 2425

Kurs na Heimdalla na orbicie Gwiazdy Kapteyna

Godzina 8.40 GMT

Pięć smukłych myśliwców paneuropejskich KRG-17 przeleciało obok Bifrostu, posępnego gazowego olbrzyma z pierścieniem lodowych księżyców, zawdzięczającego swoją nazwę tęczowemu mostowi z mitologii nordyckiej. Kapitänleutnant Martin Schmidt próbował zwiększyć moc sensorów, ale ustawienia już były maksymalne. W głowie słyszał jedynie szum. Skutek promieniowania z planety? Być może. Tamtejsze burze magnetyczne potrafiły być naprawdę srogie.

Schmidt był jednak przekonany, że źródło zakłóceń jest inne. Nie przypadkowy szum naładowanych cząstek przyspieszonych przez pole magnetyczne Bifrostu, ale coś celowego…

­– Adler Eins zu „Himmelschloss” – odezwał się. – Adler Eins zu „Himmelschloss”.

Odpowiadał mu jedynie szum. Spróbował ponownie.

– Orzeł Jeden do „Niebiańskiego Zamku”. Powtarzam, Orzeł Jeden do „Niebiańskiego Zamku”, odpowiedzcie. Jaka jest sytuacja taktyczna na Heimdallu? Jesteśmy tu całkowicie ślepi. Odbiór.

Nadal nic.

– Co tam się dzieje, Kapitänleutnant? – spytała Leutnant Andrea Weidman z Orła Pięć. – Duchy?

Duchaminazywali niezidentyfikowane jednostki, które pojawiały się w tym układzie w ciągu ostatniego miesiąca – na początku pojedynczo, potem w coraz większych grupach. Niewątpliwie były to jakiegoś rodzaju statki kosmiczne, niezwykle zaawansowane technologicznie. Wszelkie próby kontaktu spełzły jednak na niczym.

– Być może – odparł Schmidt. – Właśnie tego musimy się dowiedzieć. Eskadra Orłów, uruchomić systemy maskowania i załadować broń.

Czarne powierzchnie myśliwców falowały i przesuwały się. Po schowaniu skrzydeł przybrały kształt kropli wody. Choć nie były całkiem niewidoczne, ich nanokamuflaż pochłaniał każdy impuls radarowy, każdy promień światła. Systemy kontroli środowiska zaczęły też przechowywać ciepło wewnątrz kadłuba, zamiast wypuszczać je na zewnątrz, widoczne w podczerwieni.

Pięć paneuropejskich myśliwców przeleciało pod szerokie, lśniące pierścienie Bifrostu, których kręgi przypominały antyczne dwudziestowieczne płyty gramofonowe. Gwiazda Kapteyna, tutejszy czerwony karzeł, była odległym punkcikiem, prześwitującym przez pierścienie. Znajdowała się trzy i pół jednostki astronomicznej od Bifrostu, przez co dawała mu niewiele światła i jeszcze mniej ciepła.

– „Himmelschloss” – znów odezwał się Schmidt – słyszycie mnie?

Jego słowa przesłane zostały z użyciem osłoniętej wiązki kierunkowej, ale Schmidt wiedział, że niedługo będzie musiał zachować pełną ciszę radiową.

Nadal bez odpowiedzi. „Himmelschloss”, czyli „Niebiański Zamek”, był paneuropejskim ciężkim monitorem, który sprowadził ich do tego układu. Leciał kilkaset tysięcy kilometrów za nimi, od Heimdalla oddzielał go pokryty burzami Bifrost.

– Jeśli to duchy, nie będziemy w stanie z nimi walczyć, Marty – stwierdził Leutnant Herko Dobrindt na prywatnym kanale. – Nie w tych antykach.

Schmidt właśnie pomyślał to samo. Myśliwce produkcji francusko-niemieckiej KRG-17 Raschadler były od dwudziestu lat przestarzałe. Wciąż jednak potrafiły wykazać się skutecznością – może nie były tak zwrotne jak nowe jednostki północnoamerykańskie, ale wyposażono je w najnowszą broń. Schmidt wątpił jednak, czy nawet KRG-40 Raumsturm, prosto z fabryki, miałyby szanse w walce z…

…czymkolwiek były te obiekty.

Za szeroką płaszczyzną pierścieni olbrzyma już widniał pomarańczowy półksiężyc. Był to Heimdall, satelita wielkości Ziemi, ogrzewany przez siły pływowe Bifrostu. Temperatura na powierzchni wynosiła kilka stopni poniżej zera Celsjusza. Naukowcy twierdzili, że dawno temu, przed miliardem lat, Heimdall był ciepły i podobny do Ziemi.

Heimdall, podobnie jak jego słońce, był bardzostary.

– Widzę tu duchy – oznajmił nagle Leutnant Gerd Heller. – O Boże, ile ich jest!

– Nagrywajcie wszystko – rozkazał Schmidt. – Wszystko!

Bifrost wydawał się okryty cienką warstwą zwiewnego światła. W pierwszej chwili Schmidt uznał, że widzi tutejszą zorzę polarną – silne pole magnetyczne Heimdalla mocno wpływało na burze naładowanych cząstek wirujące nad Bifrostem. Przy bliższym przyjrzeniu się stwierdził jednak, że blask powodują otaczające planetę chmury, wyglądające z tej odległości jak mgiełka, ale najwyraźniej składające się z bilionów obiektów o wielkości od paru milimetrów po kilka metrów.

I… było coś więcej. Dużo więcej. Ogromne kształty, większe niż Heimdall, a nawet niż olbrzymi Bifrost, były ledwie widoczne i Schmidt początkowo myślał, że to tylko złudzenie. Z jego punktu widzenia, spod pierścieni Bifrostu, wyglądało to, jakby Heimdall zawieszony został w gigantycznej, lecz cieniutkiej jak pajęczyna sieci, tak ulotnej, że trudno było w ogóle zauważyć jej istnienie.

A mimo to wypełniała całą widoczną przestrzeń…

– Stacja orbitalna Kapteyn zniknęła! – oznajmił Dobrindt.

– Wiemy o tym – odparł Schmidt.

– Ale nie ma ani śladu wraku, żadnych szczątków. Coś tak wielkiego nie mogło po prostu się rozpłynąć!

Zgadza się, nie mogło – pomyślał Schmidt.

Stacja była torusem Stanforda, mieszczącym ponad dwanaście tysięcy ludzi. Stanowiła główną bazę kolonii naukowej Konfederacji, zbudowaną w celu badania tajemniczych ruin na księżycu, wokół którego orbitowała. Wkrótce po przybyciu Obcych z Rozety, sześć miesięcy wcześniej, baza uległa zniszczeniu.

A przynajmniej zniknęła bez śladu. Niektórzy mieli nadzieję, że została w jakiś sposób przeniesiona w inne miejsce.

Tak jednak nie było, a to oznaczało, że szanse na znalezienie dwunastu tysięcy ludzi Konfederacji żywych spadły do zera. Ciężki monitor „Himmelschloss” wyruszył do układu Kapteyna, by zbadać sprawę.

Myśliwiec Schmidta zatrząsł się. Jego instrumenty pokazywały coś, co wyglądało na zaburzenia czasoprzestrzeni, dochodzące od strony Bifrostu. Wzrósł też poziom szumu radiowego, a wszystkie pięć myśliwców ogarnęło światło, przypominające dziwaczną zorzę polarną.

– Eskadra Orłów, tu się rozstajemy. Utrzymajcie ciszę radiową. Do zobaczenia… po drugiej stronie.

– Powodzenia, Marty – odpowiedział Dobrindt. – Cisza za…

Pozostałe cztery jednostki, niemal niewidoczne z tej odległości, zwolniły, znalazły się za rufą. Myśliwiec Schmidta dryfował naprzód z wyłączonymi wszystkimi systemami, poza pasywnymi skanerami i układem podtrzymywania życia, który walczył teraz z rosnącymi temperaturami. Nikt nie wiedział, czy obce duchy będą w stanie namierzyć myśliwiec, czy nie… Ani czy w ogóle będą próbowały. Wydawały się zupełnie nie przejmować jakimiś tam ludźmi. Lepiej jednak się zabezpieczyć.

Schmidt zgłosił się na ochotnika, jeszcze na pokładzie „Himmelschlossu” podczas podróży z Ziemi. Lecz w tej chwili, gdy leciał w stronę rozświetlonego księżyca, w dużo mniejszym stopniu wierzył w powodzenie misji. Wyłonił się z cienia pierścieni, mając teraz przed sobą blade, czerwonawe światło słońca. Jego sensory nie wykrywały już pozostałych myśliwców, zagubionych wśród promieniowania i pól magnetycznych gazowego olbrzyma.

Schmidt czuł się samotny i zdezorientowany. Nigdy do tej pory nie doświadczył czegoś podobnego, nawet dekadę wcześniej, gdy zostawił go partner, z którym spędził dwadzieścia kilka lat. Nie przeżyję tego – pomyślał. Ale zaraz doszedł do wniosku, że nie ma co się zadręczać. Szybko kliknął w myślach serię ikon, widocznych na mentalnym obrazie, kompresując wszystkie dane, zebrał je w nanosekundową wiązkę i wysłał w kierunku pozostałych myśliwców. Mogła nigdy do nich nie dotrzeć albo zostać przechwycona przez obcych. Tak, ale właściwie kto miał jakieś pojęcie, do czego byli zdolni?

Czas mijał. Schmidt co minutę wysyłał kolejną wiązkę kierunkową. Tymczasem sieć migających świateł, dziwne struktury i kształty rozszerzały się, aż wypełniły całe niebo z pierścieniem w samym sercu dziwacznego zjawiska. Martin powiększył obrazy, przyglądając się aktywności zarówno na powierzchni, jak i na orbicie. Stacja orbitalna Kapteyn rzeczywiście zniknęła. Nie został po niej nawet pył.

Podczas gdy ciemna, milcząca kropla przemierzała niebo nad Heimdallem, duchy najwyraźniej ją zauważyły. Schmidt zobaczył strumień świateł unoszący się z powierzchni księżyca. Przypominały mu świetliki.

Coś jeszcze unosiło się znad okrytego światłem globu. Coś ogromnego.

– Mein Gott…

Usłyszał, jak chmury przeszywają zewnętrzny kadłub jego myśliwca. Poczuł szok, gdy nanomacierz zaczęła się rozpadać.

Krzyczał, podczas gdy Orzeł Jeden przestawał istnieć.

26 października 2425

Centrum konferencyjne Watergate

Waszyngton

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej

Godzina 20.15 EST

Przyjęcie dyplomatyczne szło pełną parą, z ponad tysiącem fizycznie obecnych uczestników i mnóstwem takich, którzy brali w nim udział jedynie wirtualnie. Ich hologramy były lekko przeźroczyste, lecz nie z powodu ograniczeń technologicznych, ale po to, by na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, kto z rozmówców jest tylko projekcją osoby znajdującej się na drugim końcu Ziemi lub nawet poza nią.

Alexander Koenig, obecny prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, stał w Wielkiej Galerii Watergate, której zakrzywione, przeźroczyste ściany obracały się powoli, ukazując nocną panoramę Waszyngtonu. Wielka Galeria, położona pod kopułą wielkości stadionu o średnicy niemal dwustu metrów, na szczycie czterdziestopiętrowej wieży, pełna była dygnitarzy – polityków, wojskowych i znanych osobistości z całego świata. Wszyscy zebrali się tam, by uczcić równoczesne otwarcie paneuropejskiej ambasady w Waszyngtonie i ambasady USNA w Genewie.

Oraz, przy okazji, chcieli nareszcie uczcić pokój.

Widać było całą gamę strojów, od mundurów galowych po modną w tym sezonie nagość. Prezydent Koenig miał na sobie dość prosty, uroczysty kombinezon z prezydencką pieczęcią tuż nad holograficznym obrazem jego odznaczeń wojskowych. Wokół krążyli jego osobiści ochroniarze, w czarnych mundurach i nieprzejrzystych hełmach. Koenig uśmiechnął się, widząc, jak hełmy zwróciły się w stronę Generalleutnanta Reinhardta Kurza, gdy ten podszedł bliżej. Najwyraźniej pomyślnie przeszedł inspekcję, bo ochroniarze go przepuścili.

Zaczyna się – pomyślał Koenig.

– Panie prezydencie? – odezwał się cicho generał. Mówił po angielsku, nie korzystając z translatora. – Mam… wieści.

W pobliżu unosiło się kilka dronów prasowych, przypominających Koenigowi, że musi uważać na słowa. Choć w zasadzie i tak zawszemusiał. To jedna z wad prominentnej pozycji w polityce. W tonie Kurza coś jednak wskazywało na to, że muszą porozmawiać na osobności.

Koenig spojrzał na drony, po czym kliknął w myślach ikonę polecenia w menu bezpieczeństwa, które pojawiło się w jego głowie. Dał w ten sposób znać ochroniarzom, że ta rozmowa jest prywatna i należy zablokować do niej dostęp maszynom.

Prezydent Koenig wiedział już większość tego, co miał powiedzieć mu paneuropejski generał, ale w międzynarodowej polityce zawsze opłacało się ostrożnie podchodzić do zdradzania się z poziomem wiedzy i skutecznością wywiadu.

W głowie Koeniga pojawiło się zielone potwierdzenie. Skinął głową na Kurza.

– Proszę mówić, panie generale. Możemy rozmawiać swobodnie.

Drony już odlatywały w różne strony, szukając innych smakowitych kąsków. Koenig wiedział jednak, że kilka z nich pewnie będzie się kręcić w okolicy, czekając na kolejną szansę, by go nagrywać.

Kurz wziął głęboki oddech.

– Sir, stacja orbitalna Kapteyn uległa zniszczeniu. Mamy potwierdzenie. Nic nie zostało.

– Kurwa mać – odparł Alexander Koenig, mając nadzieję, że brzmi przekonująco.

– Było na niej przynajmniej dziesięciu Amerykanów, gdy… znikła – dodał Kurz. – Ich nazwiska przekazano pańskiemu Departamentowi Stanu.

– Dziękuję, generale.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Choć tyle mogliśmy zrobić, panie prezydencie.

Przez chwilę stali obok siebie, naprzeciwko przeźroczystej ściany galerii, z której widać było teraz Potomak i Wyspę Roosevelta na zachodzie. Dalej zaś mrok rozświetlało kilka świateł. Sporą część Wirginii Północnej wciąż pokrywały mangrowe bagna i błotniste równiny. Do niedawna cały obszar Waszyngtonu był częścią Peryferii, utraconych przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, w większości zalanych przez rosnący poziom wód kilka wieków wcześniej. Wkrótce jednak zaczną tam pracować nanofabryki, tworzące nowe arkologie z kamieni, gleby i gruzu.

Stary kompleks budynków Watergate na wschodnim brzegu rzeki dawno temu zawalił się, obmywany przez pływy, które zalały większość dawnego Waszyngtonu. Jednakże od czasu objęcia urzędu przez Koeniga udało się odzyskać wiele z porzuconych regionów. Mangrowe bagna Waszyngtonu osuszono, a system wałów i tam chronił miasto przed kolejnym zatopieniem. Budynki odbudowywała armia nanobotów, odpowiednio zaprogramowanych i wpuszczonych w błoto i gruzy. Gdzie tylko się dało, odnawiano lub odbudowywano dawne pomniki i gmachy, ale większość budynków była całkiem nowa, tak samo jak i ogólny plan miasta. Podczas gdy dawne miasto zaprojektował Pierre Charles L’Enfant, nowe plany były dziełem Franka Lloyda WrAIghta, sztucznej inteligencji, która nieźle sprawdziła się już w Columbus i w Ruinach Manhattanu.

W miarę jak kopuła się obracała, Koenig i Kurz patrzyli na kolejne miejsca. Na południu i wschodzie nowe miasto lśniło mrowiem świateł. Wciąż mieszkało tam dość mało ludzi, mniej niż pięćdziesiąt tysięcy, ale Koenig był pewien, że populacja Waszyngtonu niedługo wzrośnie.

Nigdy nie brak w końcu tych, którzy chcą być jak najbliżej władzy. Pokręcił głową na tę cyniczną myśl. Nie, to czas na optymizm. Nowy start po tym, jak Konfederacja zniszczyła Columbus. Dosłownie tworzymy dla siebie nowy świat. Spojrzał na człowieka, który powinien być jego wrogiem. Chciał, żeby jego nadzieje nie były bezpodstawne.

Po dłuższej ciszy Kurz spojrzał na prezydenta z wyraźnym zakłopotaniem.

– Herr Koenig, nie wiem, jak to powiedzieć, ale…

Koenig wiedział, o co chce prosić Konfederacja. Od czasu wielkiego cyberataku na genewski komputer centralny kilka miesięcy wcześniej niewiele było paneuropejskich sekretów, do których nie miał dostępu wywiad USNA.

– Zwykle uważam, że najlepsze jest podejście bezpośrednie. Cokolwiek to jest, na pewno nie będzie dla mnie aż tak szokujące.

– Zamierzamy – powiedział Kurz ostrożnie – jak najszybciej wysłać ekspedycję do Gwiazdy Kapteyna. Chcemy sprawdzić, czy ktokolwiek przeżył. Mamy powody, by podejrzewać, że na jednej z planet wewnętrznych tego układu są ludzie.

– Rozumiem…

– Chcemy także, jeśli to możliwe, nawiązać kontakt z istotą z Rozety.

Koenig uśmiechnął się. Jego doradcy powiedzieli, że gdy Paneuropejczycy w końcu formalnie złożą prośbę, powinien ich zbyć, powiedzieć, że musi skonsultować się ze swoimi ludźmi.

– Oczywiście, Herr Generalleutnant – odparł zamiast tego. – Z chęcią weźmiemy udział w waszej ekspedycji.

Kurz zmarszczył brwi.

– Zaskoczył mnie pan, panie prezydencie. Pozytywnie, ale zaskoczył! Nie musi pan najpierw przedyskutować tego z doradcami?

– Nieszczególnie. Wiedziałem już o większości tego, co mi pan powiedział. Zapewne pan także wiedział, że wiem.

– No… tak…

– Teraz niech pan zapamięta, że nie lubię gier, ani politycznych, ani innych.

– Doceniam to, panie prezydencie.

Koenig rozejrzał się, po czym uruchomił wewnątrz swojej głowy wyszukiwanie. Musiał być gdzieś tutaj… A, jest!

Gene? – odezwał się w myślach Koenig, otwierając bezpośrednie połączenie między implantami. Chodź no tutaj.

Już idę, panie prezydencie.

Admirał Gene Armitage odłączył się od grupy osób po drugiej stronie wielkiej sali i ruszył w stronę Koeniga i paneuropejskiego generała. Armitage był przewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabów i głównym doradcą wojskowym prezydenta. Człowiekiem, który przewodził planowaniu każdej nowej operacji wojskowej.

– Herr Generalleutnant Kurz… Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, admirał Armitage.

– Poznaliśmy się już chyba, admirale? Dobrze pana widzieć.

– W zeszłym miesiącu w Genewie. – Armitage skinął głową. – Cała przyjemność po mojej stronie.

– Gene, wyślemy wspólną z Konfederacją ekspedycję do Gwiazdy Kapteyna – oznajmił Koenig. – Omów, proszę, szczegóły z generałem i dopilnuj ich wykonania.

– Tak jest, panie prezydencie – odparł Armitage z pokerową twarzą. Co było godne pochwały, zważywszy, że to on nalegał, aby Koenig na razie nie udzielał Paneuropejczykom odpowiedzi.

Największym problemem – pomyślał Koenig, zostawiając obu wojskowych samych – jest to, że na razie mało kto w siłach zbrojnych USNA ufa Konfederacji.

Brytyjczycy byli w porządku. Ich zmiana stron podczas wojny przyspieszyła rozpad sił wroga. Rosjanie, Hindusi… USNA jakoś z nimi współpracowały. Ale zniszczenie miasta Columbus przez Paneuropejczyków w zeszłym roku nie ułatwiało sprawy. To, że za atak rzekomo odpowiadali renegaci w rządzie genewskim, wcale nie pomagało. W dawnych Stanach Zjednoczonych wciąż było wielu takich, którzy chcieli oskarżyć Paneuropejczyków o zbrodnie przeciwko ludzkości.

To się nie zdarzy – pomyślał Koenig. Zakulisowe umowy zawarte przez jego administrację przed publicznymi negocjacjami zagwarantowały Konfederacji brak oskarżeń o zbrodnie wojenne, jeśli zgodzą się na rozmowy pokojowe. Na tę strategię naciskał Konstantin, potężna sztuczna inteligencja, znajdująca się na Księżycu. USNA może i wygrywały wojnę z Konfederacją, ale potrzebowały pokoju. Były w niemal tak kiepskim stanie, jak Paneuropejczycy – być może nawet gorszym po atakach na amerykańskie miasta – a w obliczu zagrożenia ze strony Obcych z Rozety ludzkość musiała się zjednoczyć za wszelką cenę.

Koenig nie zawsze rozumiał logikę Konstantina, ale tym razem wydawała się dość oczywista. Wciąż nie było jasne, czy kosmici mają wrogie zamiary wobec samej Ziemi, ale zniszczyli już ludzkie okręty i bazy, więc ludzkość musiała zapomnieć o małostkowych sporach geopolitycznych.

Szczególnie zważywszy na to, że Sh’daar, podróżujący w czasie kosmici z dalekiej przeszłości, chcąc powstrzymać ludzi przed osiągnięciem osobliwości technologicznej, zawsze czyhali gdzieś w tle. Zgodzili się na zawieszenie broni, ale jak długo to potrwa? Ich dalekosiężne motywy wciąż nie były jasne.

W cieniu czterech ochroniarzy Koenigowi udało się dotrzeć do jednego z kilku barów w powoli obracającym się pomieszczeniu. Jego obstawa poruszała się z płynnością zdradzającą istotny fakt: obecnie ochranianiem prezydenta zajmowały się roboty, szybsze i silniejsze niż cokolwiek z krwi i kości. Mogły ledwie uchodzić za ludzi, choć ich celowo androginiczne cechy sprawiały, że wyglądały nieco niesamowicie. Widać było, że nieustannie obserwują wszystkich w pomieszczeniu, poza osobą, którą chronią.

Koenig zamówił jovian sunspot u robota obsługującego bar. Spojrzał na jednego ze swoich elektronicznych ochroniarzy i uniósł brew.

– Spokojnie, to jeden z waszych.

– Oczywiście, panie prezydencie – odparł android, ale i tak dokończył skan. Procedury bezpieczeństwa były dużo dokładniejsze i bardziej zautomatyzowane od czasu konfederacyjnego ataku na Columbus.

Nie żeby na to narzekał.

– Panie prezydencie – usłyszał za plecami kobiecy głos. – Nie miałam okazji powitać pana w Waszyngtonie.

Koenig obrócił się i stanął twarzą w twarz z Shay Ashton – teraz gubernatorShay Ashton. Dawniej była świetną pilotką myśliwców USNA, zaś na wojskowej emeryturze wróciła w swoje rodzinne okolice i dowodziła obroną ruin, gdy Konfederacja próbowała zagarnąć część rzekomo porzuconych amerykańskich Peryferii. W czasie reintegracji Waszyngtonu z resztą kraju pełniła obowiązki gubernatora, a obecnie została formalnie wybrana na to stanowisko. Chodziły plotki, że planuje zostać reprezentantką dawnego Dystryktu Columbia w Kongresie w przyszłorocznych wyborach, chociaż nie ogłosiła jeszcze formalnie kandydatury.

Koenig uśmiechnął się.

– Pani gubernator! Miło panią znów widzieć.

Dwa z chroniących go androidów przeskanowały ją bardzo dokładnie, sprawdzając, czy nie ma przy sobie broni, ładunków wybuchowych lub czegokolwiek, co mogłoby zagrażać głowie państwa. Trudno by jednak było jej cokolwiek schować, zważywszy, że miała na sobie jedynie otoczkę z falującego, zielononiebieskiego światła i lśniący na piersi obraz wstęgi Gwiazdy Wolności. Na prawym policzku Ashton łopotał skrzydłami animowany tatuaż jaskrawozielonego motyla.

Uśmiechnęła się słodko do jednego z robotów.

– Czyżby coś ci się podobało?

– Starczy tego – Koenig odezwał się do ochroniarzy. – Znam panią Ashton od dawna i jeśli jest zagrożeniem, to raczej dla naszych wrogów.

– Oczywiście, panie prezydencie – odparł jeden ze strażników, ale i tak dokończył skan, podobnie jak w przypadku robota barowego.

– Maszyny – westchnęła Shay. – Wciąż nie mogę się do nich przyzwyczaić.

– W pełni panią rozumiem – odparł Koenig, choć pomyślał, że w zasadzie to nie rozumie. Nie mógłby zrozumieć. Shay dorastała poza zaawansowanym technologicznie bąbelkiem USNA, w miejscu, gdzie ludzie musieli uprawiać rolę i łowić ryby, żeby przeżyć. Oczywiście zdobyła doświadczenie z nowoczesnym sprzętem – z robotami, protezami genetycznymi, sztucznymi inteligencjami i nanotechnologicznymi implantami mózgowymi – podczas służby w Marynarce, ale żeby się do tego naprawdę przyzwyczaić, trzeba było dorastać z tą technologią. Nawet teraz miliony ludzi w całym kraju były prymami – wychowanymi na Peryferiach prymitywami, którzy nie mieli dostępu do nowoczesnej technologii albo uzyskali go dopiero w dorosłym życiu.

Jej wyraz twarzy zdradzał, że go przejrzała.

– Przepraszam. – Wzruszył ramionami.

– W porządku, panie prezydencie. – Prawym palcem wskazującym dotknęła czoła, a lewym klatki piersiowej. – Niewiele panu brakuje. Trzydziestu centymetrów.

Uśmiechnął się i skinął głową. Trzydzieści centymetrów – odległość między mózgiem a sercem. Wiedzieć a czuć to dwie różne rzeczy.

Koenig lekko ścisnął swój jovian sunspot, tak że wieczko rozsunęło się, wypuszczając małą, gęstą chmurę zielonkawego gazu. Wciągnął ją nosem, delektując się mrowieniem idącym aż do mózgu. Uśmiechnął się do Ashton.

– Może też chce pani jednego? Są niezłe…

– Nie, dziękuję. Prymowie miewają problemy ze stymulantami mózgowymi. Źle na mnie działają.

Zielona chmura składała się z mikroskopijnych nanobotów, zaprogramowanych do wysyłania przyjemnych doznań bezpośrednio do mózgu za pośrednictwem opuszki węchowej. Zmysł węchu był jedynym połączonym bezpośrednio z mózgiem. Zamiast iść przez długi łańcuch nerwów, stymulanty mózgowe dawały przyjemne uczucie euforycznego rauszu bez przytępienia czy kaca. Ludzie, którym wszczepiono implanty mózgowe jako dorosłym, a nie dzieciom, mieli jednak problem z tą burzą doznań. Mogli stracić równowagę, a nawet przytomność.

– Oczywiście.

– Czyli to się dzieje, panie prezydencie? Ten nowy sojusz?

– Wygląda na to, że to najlepsze, co możemy zrobić dla Ziemi.

– O ile będziemy mogli im zaufać. – Skinęła głową w stronę generała Kurza, dyskutującego z Armitage’em.

– Cóż… tak.

– Niektórzy z nich chcieli sprzedać nas Sh’daarom.

– Zdaję sobie z tego sprawę, pani Ashton. I w pewnym stopniu się z panią zgadzam. Ale Konstantin twierdzi, że nie przetrwamy kolejnego spotkania ze Sh’daar bez współpracy z Konfederacją… Nie mówiąc już o Obcych z Rozety. Zjednoczymy się lub zginiemy. Nie ma innego wyjścia.

– Konstantin – skrzywiła się. – Kolejna maszyna.

– Maszyna tysiące razy inteligentniejsza i miliony razy szybsza niż jakikolwiek organiczny mózg, jaki znamy.

– No tak. Inteligentniejsza… Na tyle, że nie mamy pojęcia, co tak naprawdę myśli. Ani co planuje.

Uśmiechnął się.

– Może chciałaby pani wziąć udział w najbliższym zebraniu mojego gabinetu.

Wyraźnie była w szoku.

– Och, przepraszam! Nie chciałam sugerować…

Machnął ręką.

– Nie, nie. W porządku. Po prostu wyobrażam sobie, jak kłóci się pani z Sarą Taylor, sekretarzem spraw obcych. Albo z Philem Caldwellem. To byłoby ciekawe doświadczenie.

Podszedł do nich admirał USNA w mundurze galowym.

– Czy potrzebuje pan ratunku, panie prezydencie?

– Skądże, Vince. Pani gubernator jedynie kwestionowała pewne państwowe decyzje.

Admirał Vincent Lodge uśmiechnął się do Ashton.

– Może to panią trzeba ratować?

– Daję sobie radę, panie admirale.

– To dobrze. – Lodge spojrzał na Koeniga już bez uśmiechu. – Panie prezydencie, czy mogę na słówko?

– Muszę panią przeprosić, pani Ashton.

– Oczywiście.

Odeszli na bok.

– Co się dzieje?

– Panie prezydencie, dostaliśmy wiadomość przechwyconą przez Konstantina.

Konstantin dysponował łączami na całej Ziemi, a nawet daleko poza nią. Admirał Lodge był szefem wywiadu Marynarki… a przynajmniej ludzkim szefem, jako że w pewnym sensie to Konstantin w rzeczywistości kierował cyberwywiadem. Skoro Lodge przerywał mu w tej sprawie, oznaczało to, że sztuczna inteligencja zarejestrowała jakąś zapewne tajną, a na pewno ważną transmisję.

– Tak?

– W normalnej przestrzeni zaraz za orbitą Neptuna pojawił się właśnie kurier i zaczął nadawać. To z Gwiazdy Kapteyna, od ekspedycji, którą tam wysłali.

– Mów dalej.

Okręty kurierskie były szybkimi jednostkami międzygwiezdnymi, które z użyciem napędu Alcubierre’a potrafiły podróżować między układami słonecznymi dużo szybciej niż większe okręty.

– Wiemy, co Obcy z Rozety robią na Heimdallu. Budzą Baondyeddich. Być może ich asymilują.

– Baondyeddich!

– Tak, sir. I chyba po raz pierwszy udało się zobaczyć, co kombinują ci obcy.

– Ma pan moją pełną uwagę – odparł Koenig.

Rozdział drugi

29 października 2425

TC/USNA CVS „Ameryka”

Kajuta admiralska

Godzina 4.25 TFT

Admirał Trevor „Piachu” Gray obudził się w ciemnym, pustym pomieszczeniu. Wciąż niewyspany, wyciągnął rękę w bok, lecz znalazł jedynie pustkę. Gdzie była? Zabrało mu kilka chwil stwierdzenie, gdzie był on sam… W swojej kajucie na pokładzie gwiezdnego lotniskowca „Ameryka”.

Cholera, to wydawało się takie prawdziwe.

Jak zawsze.

Jego partnerka w symulacji erotycznej miała na imię Marie. Przynajmniej tym razem nie była Angelą, jego byłą żoną, ani jego ostatnią rzeczywistą partnerką, Laurie Taggart, która niedawno dostała przeniesienie na „Lexingtona”. Marie była czystą fikcją, stworzoną przez jedną ze sztucznych inteligencji „Ameryki” i luźno opartą na nazywającej się tak samo aktorce z popularnego seks-serialu. Produkcje przesyłane bezpośrednio do implantów mózgowych były powszechną formą rozrywki i edukacji. Gray wolał zaspokajać potrzeby seksualne z elektronicznymi awatarami niż z seksbotami. Doznania i skutki były te same, ale wszystko miało miejsce w jego głowie, a nie w łóżku. Czuł się dokładnie tak, jakby obudził się ze snu, pusty w środku i nieco samotny.

– Admirale Gray – odezwał się głos w jego głowie. – Admirale, przepraszam, że pana budzę, ale powoli się zbliżamy.

– Dobrze – odparł Gray. Głos należał do Erica Conrada, jego nowego szefa sztabu. Trevor usiadł, rozciągnął się i kliknął w myślach włącznik światła.

Pamięć o spotkaniu z Marie nie zniknęła po obudzeniu.

Wspomnienia zapisane zostały w jego pamięci długotrwałej. Ludzki mózg nie potrafił odróżnić tego, co działo się w jego sieci neuronów, od tego, co działo się w prawdziwym świecie.

W jakiś sposób pogłębiało to jego samotność.

Ale przynajmniej dzięki temu jego życie seksualne było mniej skomplikowane.

– Jak blisko jesteśmy? – spytał na otwartym kanale. Wziął z dyspensera małą kapsułkę i przyłożył ją do nagiej piersi. Nanomateriał stał się półpłynny i rozlał się po całym ciele, szybko przybierając formę obcisłego kombinezonu, łącznie z oznakami stopnia przy szyi.

– Dwanaście tysięcy kilometrów, sir – odparł Conrad. – Drony wysyłają niezłej jakości obrazy.

– Na ekran.

Ściany kajuty Graya przyciemniły się, a następnie rozjaśniły, pokazując projekcję otaczającej ich przestrzeni. Wśród aksamitnej czerni wisiały gwiazdy. Bezpośrednio przed nimi widoczny był obraz AGTR – Anomalii Grawitacyjnej Texaghu Resch. Z tej perspektywy wyglądała jak idealne koło o szarym obwodzie, otoczone chmurą pyłu i szczątków.

Znane jako węzeł Sh’daar albo AGTR koło było w rzeczywistości pustym w środku cylindrem z niesamowicie gęstej materii o długości dwunastu kilometrów i szerokości jednego kilometra, obracającym się wokół swojej długiej osi z prędkością bliską świetlnej. AGTR, położona ponad dwieście lat świetlnych od Układu Słonecznego, była wyraźnie sztucznym produktem niesamowicie zaawansowanej cywilizacji. Istniało ich więcej – być może dziesiątki tysięcy, rozsianych po całej Galaktyce jako jakiś rodzaj sieci transportu czasoprzestrzennego. Kiedyś ziemski wywiad wojskowy był przekonany, że stworzyli je Sh’daar. Na pewno ich używali, tak jak i ziemscy podróżnicy gwiezdni. Nikt jednak nie był pewien, kto właściwie je zbudował, nawet handlarze informacjami znani ludziom jako Agletsch. Większości zresztą wystarczało to, że działały.

Ta konkretna AGTR była pierwszą odkrytą przez Ziemian dzięki informacjom pozyskanym od Agletsch. Niedawno dostała nazwę kodową Tipler, po dwudziestowiecznym fizyku Franku Tiplerze, który opracował hipotetyczny model cylindrów Tiplera – ogromnych obszarów gęstej materii, pozwalających na podróż między odległymi miejscami w kosmosie, a nawet na podróże w czasie. AGTR okazały się czymś podobnym, choć zamiast litych cylindrów były wydrążonymi w środku przewodami. Ich sposób działania był jednak taki sam.

Obecnie znano kilkanaście takich obiektów i wszystkie nosiły nazwiska znanych fizyków i kosmologów z ostatnich kilkuset lat. Gray czasami zastanawiał się, czy zdziwiliby się, widząc, że ich teorie się ziściły.

Okrąg rósł w miarę, jak „Ameryka” i jednostki wspierające się zbliżały. Gray wiedział, że cylinder stanowi masę podobną do słonecznej, skompresowaną do czegoś w rodzaju budulca gwiazdy neutronowej. Wewnątrz obracały się masy wielkości Jowisza, rozciągając lokalną czasoprzestrzeń. Mgiełka wokół częściowo składała się z pyłu, a częściowo z zakłóceń grawitacyjnych w przestrzeni otaczającej obiekt.

Przez którą mieli zaraz przelecieć.

– Co z myśliwcami? – spytał Gray.

– VFA-96 jest gotowa do startu, admirale – odparł oficer. – Czeka na rozkaz.

– Wystrzelić myśliwce – rozkazał Gray. – Zająć stanowiska bojowe.

Gdy na okręcie rozległ się alarm, był już w drodze na mostek „Ameryki”.

Porucznik Donald Gregory

VFA‐96 „Black Demons”

Godzina 4.40 TFT

– Za wcześnie, kurwa… – jęknął Don Gregory.

– W kosmosie nie ma dnia ani nocy, młody – odparł komandor Luther Mackey, dowódca eskadry. – Nie ma czegoś takiego jak wcześnie albo późno. Przyzwyczaj się.

– To środek nocy – odparł Gregory. – A ja nie zdążyłem nawet wypić kawy.

– Wstałeś dziś lewą nogą, co? – spytał ze śmiechem porucznik Gerald Ruxton na kanale komunikacyjnym. Gregory stwierdził, że Ruxton brzmi, jakby był obrzydliwie rozbudzony. I do tego wesoły. I pomyśleć, że pięć godzin temu obaj pili w okrętowej kantynie, więc powinien być tak samo niewyspany…

– Przejdźmy do rzeczy – zaproponował Mackey. – Kurs sto siedemdziesiąt pięć na minus trzydzieści jeden. Mamy rozkaz startu. „Ameryka” wyłączyła silniki napędowe i dryfuje. Tysiąc pięćset kilometrów na sekundę…

Myśliwiec Gregory’ego, SG-420 Starblade, rejestrował dane przekazywane przez dowódcę. Don czuł, jak spływają również do jego mózgu.

– Start za trzy… – powiedział Mackey – dwie… jedną… teraz!

Umieszczone na poszyciu zewnętrznym drugiego obrotowego modułu mieszkalnego myśliwce z eskadry VFA-96 „Black Demons” zaczęły przesuwać się w dół swoich wyrzutni, napędzane siłą odśrodkową, dającą im przyspieszenie około połowy g. Gregory był trzeci w kolejce. Razem ze starblade’em porucznika Bruce’a Caswella ruszył w ciemność, powoli oddalając się od masywnej osłony dziobowej „Ameryki”, a następnie obrócił myśliwiec tak, by lecieć równolegle z dużo większym lotniskowcem. Okręt miał kształt ponadkilometrowej długości grzyba. Jego kopuła ochronna była półkulistym zbiornikiem wodnym o średnicy pięciuset metrów. Przed sobą Gregory widział, częściowo zasłonięty przez kopułę ochronną, idealny okrąg AGTR. Wydawał się nieco nieostry przez to, że wciąż się obracał, nie mówiąc o tym, że zakrzywiał czasoprzestrzeń.

Pozostałe myśliwce eskadry VFA-96 również opuściły powierzchnię modułu mieszkalnego i uformowały szyk razem z resztą. Dwanaście starblade’ów już przybrało kształt kropli, lepiej przystosowany do wysokich prędkości. Nawet w próżni kosmicznej kształt miał znaczenie w przypadku jednostek osiągających prędkości zbliżone do światła.

– BCI „Ameryka”, tu Demon Jeden – powiedział komandor Mackey. – Wychodzimy spod KL. Wszystkie Demony poza lotniskowcem i w formacji.

– Przyjąłem, Demon Jeden – odparł głos z bojowego centrum informacyjnego „Ameryki”. – Kontrola lotów potwierdza przekazanie prowadzenia do BCI. Możecie manewrować.

– Dobrze, chłopcy i dziewczęta – odezwał się komandor Mackey do reszty eskadry. – Czas nawlec nitki na igłę. Wykonać program.

Przed każdym z myśliwców pojawiły się wąskie osobliwości grawitacyjne, ciągnąc je naprzód, pojawiając się i znikając tysiące razy na sekundę. Przyspieszenie gwałtownie rosło. „Ameryka” najpierw wyprzedziła myśliwce, a następnie zniknęła za ich rufami.

Eskadra VFA-96 wyciągnęła tym razem najkrótszą słomkę. Mieli przeprowadzić „Amerykę” i jej grupę bojową przez wielki, szybko obracający się cylinder. Gregory nie był do końca pewien, czy jest na to gotów. Trzy miesiące temu – albo dwanaście milionów lat później, zależy, jak na to patrzeć – jego myśliwiec uległ uszkodzeniu, a on rozbił się na powierzchni Invictusa, zimnej samotnej planety, dryfującej pośród mroku za krawędzią Galaktyki. Stracił nogi… oraz Meg Connor, kobietę, którą kochał. Nowe kończyny już mu wyhodowano i nauczył się znów chodzić.

Inne rany były jednak trudniejsze do zaleczenia. Musiał zmusić się, by nie myśleć o Meg. Czarne Demony straciły wtedy wielu pilotów, w tym niemalże jego.

Pomyślał, że może lepiej by było, gdyby on też wtedy zginął.

TC/USNA CVS „Ameryka”

Mostek flagowy

Godzina 4.51 TFT

– Admirał na mostku!

– Spocznij. – Zawołanie i odpowiedź były głównie kwestią tradycji, bo stawanie na baczność w nieważkości nie miało sensu. W każdym razie przerywanie załodze pracującej przy konsolach nie było dobrym pomysłem.

Gray wkroczył na mostek flagowy, korzystając z lin, którymi opleciony był kompleks dowodzenia. Niektóre pomieszczenia „Ameryki”, znajdujące się w obrotowych modułach mieszkalnych – głównie kajuty załogi i wyrzutnie myśliwców – miały przyciąganie dzięki sile odśrodkowej, ale stanowiska dowódcze znajdowały się w wieży wyrastającej z osi okrętu przed sekcjami mieszkalnymi, więc panowała w nich nieważkość.

Gray zasiadł w fotelu dowódcy, który zacisnął się na jego biodrach. Umieścił dłonie na płytach kontaktowych, pozwalając na ich połączenie z osobistym interfejsem neuronowym. Strumienie danych zaczynały przepływać do jego mózgu, otwierać okna w głowie i łączyć go z AI zarządzającą zarówno okrętem, jak i całą flotą.

Oczywiście w nieważkości nie było góry i dołu, ale ze swojego punktu widzenia Gray spoglądał w dół na dziób okrętu. Mostek flagowy stanowił pewnego rodzaju galerię nad centrum dowodzenia, gdzie widział kilkunastu oficerów i załogantów przy konsolach pod czujnym elektronicznym wzrokiem kapitan Sary Gutierrez. Na dużej zakrzywionej ścianie nad wejściem wyświetlała się projekcja otaczającej ich przestrzeni, której centrum zajmował idealny okrąg AGTR. Malejące cyfry podawały odległość i prędkość lotu.

– Demony przelatują – usłyszał w głowie głos kapitan Connie Fletcher. Była CAG „Ameryki”, oficerem dowodzącym myśliwcami i jednostkami pomocniczymi.

– Przekazać im… – Gray zawahał się. Prawie powiedział „z Bogiem”, ale to nie byłoby odpowiednie w tej sytuacji. Byli tacy, którzy uważali, że AGTR rzeczywiście zbudowali eony temu podobni bogom kosmici, zaś Biała Konwencja nie pozwalała na wypowiedzi powiązane z religią. – Że życzę im powodzenia – powiedział w końcu. Może było to dość sztampowe, ale przynajmniej nikogo nie urazi.

– Aye, aye, admirale.

Na ekranie pojawiły się ikony oznaczające dwanaście myśliwców z eskadry „Black Demons”, nałożone na paszczę AGTR. A wtedy…

Zniknęły.

Pokaż układ floty – pomyślał Gray. Ukazał się widok spoza „Ameryki”, otoczonej przez inne ikony. Zaraz za nią leciał krążownik artyleryjski „Leland”, dalej zaś obcy „Bezimienny”. Glothr nie nadawali nazw swoim okrętom, więc biorący udział w ekspedycji ludzie wymyślili własną.

Może nie najmądrzejszą, ale przynajmniej jakąś.

Myśliwce przeleciały przez anomalię. Zaczęli otrzymywać transmisję danych, ale uszkodzonych i pełnych szumów. Komunikacja za pośrednictwem AGTR była zwykle dość zawodna i wymagała precyzyjnie rozmieszczonych nadajników i odbiorników, a także znacznej mocy. Otrzymali jednak dość informacji, by stwierdzić, że myśliwce przeleciały przez anomalię i znalazły się w tej epoce, co trzeba.

Piloci myśliwców nazywali to nawlekaniem nitki na igłę. Była to dość adekwatna analogia. Przestrzeń wewnątrz AGTR miała mniej więcej tyle szerokości, co „Ameryka” długości. W środku anomalii minimalne różnice pozycji i prędkości otwierały jednak znacząco różne ścieżki czasoprzestrzenne. Okręty grupy bojowej „Ameryki” wykonywały starannie zaprogramowaną, precyzyjną serię manewrów w samą paszczę anomalii.

– Tryb automatyczny wszystkich systemów nawigacyjnych – powiedział Gray. – Niech AI nas przeprowadzi.

Ostrzeżenie nie było konieczne – stanowiło bardziej wsparcie duchowe niż cokolwiek innego. Wszystkie dwanaście okrętów z grupy bojowej „Ameryki” prowadziły potężne sztuczne inteligencje. Zapewne okrętem Glothrów też kierował układ nieorganiczny. Biologiczne mózgi, nawet wspomagane implantami, po prostu nie były dostatecznie precyzyjne ani szybkie, by wziąć pod uwagę wszystkie zmienne.

Przez moment, który wydawał się wiecznością, gwiezdny lotniskowiec „Ameryka” był zawieszony na krawędzi między przestrzeniami…

Po czym niewyobrażalne energie chwyciły okręt i przeciągnęły go na drugą stronę.

Porucznik Donald Gregory

VFA‐96 „Black Demons”

Godzina 4.58 TFT

Coś dziwnego działo się z czasem.

AGTR miała tylko dwanaście kilometrów długości. Przemieszczając się z prędkością dwudziestu kilometrów na sekundę względem obcego portalu, Gregory powinien znaleźć się po drugiej stronie w ciągu dwóch trzecich sekundy. Czuł się jednak, jakby minęło kilkanaście sekund w czasie, gdy niewyraźne, szare ściany anomalii przelatywały przerażająco blisko jego okrętu. W przypadku najmniejszego błędu w obliczeniach myśliwiec zostałby zmiażdżony przez ścianę obracającą się z prędkością bliską światła. Nawet gdyby nie uderzył w rozmazaną powierzchnię, dryf o dziesięć metrów w którąkolwiek stronę oznaczałby inną trajektorię czasoprzestrzenną, a wtedy tylko bogowie wiedzieliby, gdzie się znajdzie. Albo kiedy.

Ściany AGTR nagle znikły, gdy myśliwiec Gregory’ego ponownie wleciał w otwartą przestrzeń pełną gwiazd.

– Mój Boże… – wydusił z siebie, oszołomiony widokiem. Mniejsza o Białą Konwencję, bo właśnie to wyrażało jego uczucia.

Myśliwce „Black Demons” znajdowały się w centrum Chmury N’gai, karłowatej galaktyki, położonej nieco ponad wielką spiralą Drogi Mlecznej. AGTR przeniosła ich też w czasie. Cofnęła mianowicie o jakieś osiemset siedemdziesiąt sześć milionów lat. W tej epoce życie na Ziemi ograniczało się do mórz i dopiero odkrywało, że zróżnicowanie płciowe i rozmaitość genetyczna to dobry pomysł.

– Satelita komunikacyjny wypuszczony – oznajmił Mackey. Satelita miał dryfować przy AGTR i nagrywać wszelkie transmisje od eskadry. Gdyby coś stało się z myśliwcami…

Gregory wolał o tym nie myśleć.

– Mamy towarzystwo, skipper – stwierdził. – Kurs zero-zero-pięć, minus dwa-jeden, odległość dwadzieścia tysięcy.

– Przyjąłem, Greg. Wszystkie Demony, wektor zero-zero-pięć, minus dwa-jeden. Nie rozpoczynać działań bojowych, powtarzam, nie rozpoczynać…

– Chyba że oni zaczną pierwsi – wtrącił Kemper.

Gregory widział już nadlatujące jednostki obcych wewnątrz swojej głowy. Był to powiększony obraz ze skanerów optycznych dalekiego zasięgu, przesłany przez AI myśliwca prosto do mózgu. Obiekty były małe, o szerokości około metra lub dwóch. Miały dziwne kształty, każdy inny. Co ważniejsze, były ich tysiące w nadchodzącej chmurze. Nie wyglądało to na gorące powitanie.

Coś się działo wewnątrz tej chmury. Indywidualne jednostki zmieniały pozycję, jakby formowały jakąś większą strukturę. Na mentalnym obrazie Gregory widział serię idealnie rozmieszczonych pierścieni, z których każdy miał sto metrów średnicy.

Co, do diabła?

– Trzydzieści tysięcy kilometrów – powiedział Mackey. – Musimy…

– Nadchodzą pociski! – krzyknęła porucznik Cynthia DeHaviland przez łącze taktyczne. – Strzelają w nas!

Koherentna wiązka energii uderzyła w Demona Sześć – myśliwiec porucznika Voigta. Starblade zniknął w chmurze białego gazu.

– Rozproszyć się i przyspieszyć! – rozkazał Mackey. – Pięćset g!

Jedenaście pozostałych starblade’ów ruszyło naprzód, zwiększając z każdą sekundą prędkość o pięć kilometrów. Przed nimi chmura srebrzystych obiektów nadal organizowała się w wielką strukturę nieznanego przeznaczenia. Wiązka energii nadeszła przez te starannie umieszczone pierścienie, a skanery dalekiego zasięgu Gregory’ego odbierały ślady rosnącego ładunku magnetycznego…

– To działo cząsteczkowe! – krzyknął Gregory. – Pierdolone pięciokilometrowe działo cząsteczkowe!

Zastanowiło go, jak im się to udało. Najwyraźniej poszczególne jednostki wroga nie stykały się ze sobą, ale były połączone polami magnetycznymi. Gregory nie rozmyślał jednak zbyt długo, jako że kolejny impuls energetyczny wyleciał spośród pierścieni i niemal trafił w porucznika Caswella, któremu udało się w ostatniej chwili wykonać manewr unikowy.

– Rozproszyć się, do cholery! – wrzeszczał Mackey. – Uzbroić kraity! Celować w gęste części tej chmury!

Każdy starblade miał na pokładzie trzydzieści dwie rakiety V-92 Krait oraz sześć większych i potężniejszych VG-120 Boomslang. Łącznie dysponowali czterystu osiemnastoma rakietami o różnej sile. Gregory stwierdził, że nie pomoże to szczególnie w walce z szeroką chmurą miniaturowych obcych jednostek.

Liczył się teraz każdy strzał, musiały być bardzo precyzyjne. Celując w najgęstszy obszar chmury, mogliby zadać obcym największe możliwe straty.

Przynajmniej taką mam nadzieję – pomyślał.

– Ognia!

Gregory miał już wyświetlone ikony sterowania dla pierwszych dwóch kraitów w swoim magazynku. Uzbroił je i ustawił ładunek na sto megaton każdy. W oknie wyświetlonym w jego głowie dominował rój obcych. Pilot powiększył obraz i skoncentrował się na skupisku jednostek – części otwartej architektury ogromnego działa cząsteczkowego wroga.

– Demon Cztery, Fox Jeden! – krzyknął na kanale taktycznym. – Dwa razy!

Setki lat wcześniej „Fox Jeden” oznaczało wystrzelenie rakiety naprowadzanej termicznie, a obecnie inteligentnej rakiety jak VG-92 Krait Shipkiller czy starszych kraitów, jak VG-10, obecnie przestarzałych, bo wyposażonych w słabszą AI. Wystrzeliwszy pierwsze dwa pociski, Gregory zmienił cel, załadował dwa kolejne kraity i je wypuścił. Jego główny obraz taktyczny przedstawiał chaotyczną masę myśliwców, celów i powolnych smug rakiet. Pociski wykonywały manewry unikowe, by trudniej było je zestrzelić. Nawet jeśli jemu ledwo przychodziło rozszyfrowanie tego, co widział, AI radziła sobie z tym dużo lepiej. Dzięki temu Gregory mógł skupić się na manewrowaniu starblade’em, starając się nie znajdować tam, gdzie wróg celował z działa cząsteczkowego…

…które znów wystrzeliło chwilę przed tym, jak wybuchły pierwsze kraity. Jeden rozbłysk po drugim, odpowiednik stu milionów ton dynamitu.

Obce jednostki znikały całymi setkami, schwytane przez rozszerzające się fale uderzeniowe z plazmy i rozbłyski promieniowania elektromagnetycznego. Eksplozje atomowe nie były aż tak skuteczne w próżni, jak w atmosferze, ale temperatura w sercu każdego wybuchu dochodziła do stu milionów stopni. Gdy kule ognia rozproszyły się, w srebrzystym kręgu widać były wielkie dziury. Wyglądało na to, że udało się zakłócić pracę działa cząsteczkowego, a pozostałe fragmenty obcej struktury znów rozproszyły się jako mniejsze jednostki.

Eskadra „Black Demons” przelatywała przez chmurę obcych okrętów. Wszędzie pełno było czerwonych ikon, oznaczających wrogie myśliwce. Gregory precyzyjnie namierzył jeden z obcych pojazdów i wystrzelił z własnej broni cząsteczkowej.

– Uwaga, Demon Cztery! – odezwał się do niego Caswell. – Masz dwa na ogonie!

– Widzę.

Dwie obce jednostki leciały na jego szóstej. Gwałtownie obrócił swojego starblade’a o sto osiemdziesiąt stopni i wystrzelił jeden strumień energii… i drugi… aż w końcu trzeci, gdy jednemu z celów udało się uniknąć trafienia.

Myśliwce Sh’daarów miały pazury. Strumień cząsteczek rozdarł na strzępy Demona Osiem, pilotowanego przez rekrutkę o nazwisku Romero. Gregory zawrócił i przyłączył się do DeHaviland. Razem zmienili kolejny myśliwiec wroga w parę.

– Ile mamy czasu, zanim przybędzie flota? – spytała DeHaviland.

– Nie wiem, Cyn – odparł Gregory. – Mogą tu być w każdej chwili!

Nie było to tylko pobożne życzenie. Ich misja nie obejmowała dłuższej samotnej walki. Mieli wyprzedzić grupę bojową, dowiedzieć się, czy po drugiej stronie czeka wróg, i w razie potrzeby związać go walką do czasu, aż przybędzie reszta.

Przynajmniej taki był plan. Gdyby pozostałe okręty jednak nie przeszły z jakiegoś powodu przez AGTR, dziesiątka myśliwców znalazłaby się w dość kiepskiej sytuacji.

W jeszcze gorszym scenariuszu bitwa mogłaby okazać się zbyt wyczerpująca dla całej grupy bojowej. „Ameryka” i eskortujące ją jednostki mogłyby ulec zniszczeniu po tej stronie anomalii. Oznaczałoby to pewną śmierć dla eskadry Demonów.