Stan podgorączkowy - Renata Chołuj - ebook
Opis

Tomasz Szroniewski, ginekolog-położnik. Oszołomiony zawodowym awansem. Uwikłany w życie rodzinne. Osaczony cudzymi oczekiwaniami. Próbuje łapać wszystkie sroki za ogon i najzwyczajniej w świecie – dać radę. Na własnej skórze sprawdza, jak szybko trzeba biec, aby móc stać w miejscu.

Szroniewski realizuje plan minimum: zwlec się z łóżka i przeżyć kolejny dzień. Życie toczy się chropowato. Ale jednak…

Tą książką można leczyć uporczywe i nawracające stany odrętwienia rzeczywistością.

UWAGA!

Stan podgorączkowy” silnie uzależnia.

Stosować 1 kapsułkę na dobę, ściśle według zaleceń Wydawcy.

U 1 na 10 000 czytelników może wystąpić reakcja paradoksalna: pogorszenie stanu psychicznego.

Zaleca się wówczas przerwać lekturę i skonsultować z psychiatrą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 177

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish Edition

© 2016 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2016 by Renata Chołuj

Copyright photo © SFIO CRACHO/Shutterstock

© zhu difeng/ Shutterstock

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Konik (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Anita Rejch

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Dolina Literek

Projekt layoutu, korekta i skład: Dolina Literek

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-7945-466-2

Druk i oprawa: Lega, Opole

Książkę wydrukowano na papierze Creamy 80 g vol. 2.0 dostarczonym przez Zing Sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Stan podgorączkowy dedykuję sobie, ponieważ chcę mieć pewność, że osoba, którą spotka zaszczyt odebrania dedykacji, nie pozostanie obojętna na świetny styl tej książki.

Kapsułka pierwsza

15 maja

Ranki są najgorsze. Rozkleić powieki. Przyjąć i utrzymać pozycję wyprostowaną. Zignorować potężną siłę, która ciągnie człowieka w stronę kołderki jeszcze ciepłej od niedokończonych snów. Wymacać ekspres, wprowadzić do żołądka dwieście mililitrów czarnej kawy. Zacząć dzień.

Kiedyś zdawało mi się, że to już jest naprawdę ambitny plan jak na wpół do siódmej. Teraz zrozumiałem, że skoordynować te działania z dwiema istotami nieletnimi to jest dopiero wyczyn. Wszyscy w naszej klinice wiedzą, że nie cierpię spóźniania. Fatalny obyczaj. Lekarz powinien być zorganizowany i wiedzieć, ile potrzebuje na dotarcie do roboty. Ginekolog zwłaszcza.

Rodząca nie poczeka, aż rozładuje się korek na moście Poniatowskiego…

Hania ma nowe pryszcze na czole. Tragedia czternastolatki. Nie wyjdzie z domu, nie pokaże się w szkole. To co, że jest klasówka z biologii. Jeszcze ją Kuba zobaczy w TAKIM stanie (Co za Kuba? Muszę zbadać temat, ale nie przed siódmą rano). Dramat, kryzys, koniec świata.

Antoś jest prawie gotów, ale nie ma jednej skarpetki. To znaczy przed chwilą miał, ale nie ma. Bo umilał sobie czas podrzucaniem garderoby, jedna skarpetka zahaczyła o karnisz. Trudno. Nie muszą być do pary. Sam chodziłem kilka razy w różnych. Świat pozostał obojętny. Ale moja żona miała inne zdanie na ten temat.

Biały ser z rzodkiewką z jakichś nieodgadnionych przyczyn nie kwalifikował się na śniadanie. Żadne dziecko nie ruszyło. Zrobiłem całą miskę, to pewnie będę jadł jeszcze na kolację.

Próbuję odpalić silnik i ugasić emocje. Silnik dwa razy gaśnie, emocje – wręcz przeciwnie. Na szczęście jeszcze raz zdarzył się cud i skoda odpaliła. Pojedziemy! Dzięki ci, Boże Łaskawy. Odgrażam się rodzinie, że odjadę sam, jeśli za pół minuty nie wsiądą. Miłka robi co może, pohukuje na Hanię oraz ciągnie młodego za fraki. Hania jakoś się wlecze, humor zdewastowany pryszczami.

Jeszcze przed rondem Waszyngtona Antoś musi natychmiast się dowiedzieć paru istotnych rzeczy: Która jest godzina w Chinach? Czy tarantula puszcza bąki? Jak długo żyje mucha plujka? I paru innych.

Zostawiliśmy dziewczyny na rondzie Waszyngtona. I pognaliśmy dalej przez most, do placówki wychowawczej Żółta Żaba. Na szczęście Antoś, jako dojrzały przedszkolak, radzi sobie znakomicie ze zmianą obuwia i z całym żółtożabim regulaminem. Ale zawsze coś musi się wydarzyć. Dopadła mnie pani przedszkolanka-żabianka, na widok której już od kilku dni mówiłem z narastającym przekonaniem: „Jutro to już na pewno!”. Ale tym razem się nie udało. Można by rzec – nie uszło mi płazem. Bo to dzisiaj właśnie Żabki i Kijanki idą na wycieczkę. Musiałem pójść do sekretariatu, zapłacić, podpisać plik rozmaitych kwitów, że się zgadzam, że alergii pokarmowych nie zgłasza się, że przyjmuję do wiadomości odstępstwo od diety optymalnej na dzisiaj. Oraz tak przy okazji, proszę pana, wysokość deklarowanej kwoty kwartalnego funduszu rodzicielskiego, uregulowanie należności za judo i angielski. Oraz czy byłby pan uprzejmy rozstawić stoły i krzesła na najbliższym jubileuszowym pikniku z okazji dwudziestolecia przedszkola oraz Dnia Ojca, bo każdy rodzic powinien mieć jakiś wkład w przygotowania.

No i się spóźniłem. Odprawa musiała się zacząć co najmniej dziesięć minut temu. Nie znoszę takich sytuacji. Próbowałem bezszelestnie rozewrzeć wrota do Mordoru, za którymi stała docent Iwona Struś oraz cały zespół, ale się nie udało. Stare zawiasy zaskrzypiały przeciągle. Dziesięć par lekarskich oczu popatrzyło wymownie w stronę drzwi. Bezgłośnie skinąłem głową na „dzień dobry”, podpełzłem po ścianie w stronę wieszaka i naciągnąłem na siebie biały fartuch. Ze zdenerwowania nie mogłem dopiąć guzików. Możliwe, że ze stresu tak się nadąłem.

Na koniec odprawy Strusiowa wyraziła życzenie miłego dnia i ruszyliśmy na obchód, a potem każdy do swojej roboty. Nie mogłem uwierzyć. Żadnych uszczypliwości, przytyków, akcji uwalniania jadu. To jakaś wyższa perwersja musi być (a może zaczęła brać hormony?). Wyżyński już w zeszłym tygodniu mi mówił, że z ordynatorową coś się dzieje: tu wesprze, tam pocieszy, psa do serca przytuli. Nie chciałem wierzyć. Ale dalibóg – prawda.

Nie wierzę w resocjalizację ani nagłe nawrócenie. To babsko coś knuje.

Przed piętnastą byłem już po obchodzie i po dwóch cesarkach. Przyszedłem do lekarskiego uzupełnić papiery. Władek Drewnowski kazał mi się pośpieszyć, bo dzisiaj otwierają barek po remoncie. Trzeba przeprowadzić wizję lokalną. Wreszcie znów będzie można coś zjeść bez wychodzenia z gmachu. Uzupełniłem zlecenia w kartach i wypisałem recepty dla pacjentek, które dzisiaj wychodzą. Sięgnąłem do kieszeni po pieczątkę. Natrafiłem na coś nieokreślonego w kolorze seledynowym. Zmrużyłem oczy i obejrzałem pod słońce. Cóż to może być? Opaska uciskowa? Bandaż elastyczny? Musiałem doznać jakiegoś przebłysku świadomości co do seledynowego obiektu, ale nie zdążyłem go dostatecznie szybko schować.

– Bardzo ładne stringi! – grzmotnął Władek, aż prysnął na mnie sok z jabłka, w które właśnie wbijał zęby. – Będziesz przymierzał? Zostałeś, Termos, fetyszystą?

– Nie, dla ciebie przyniosłem. – Posłałem mu buziaczka.

Wszyscy w lekarskim oderwali się od swoich zajęć i podnieśli głowy znad monitorów. Takie akcje są tutaj lubiane najbardziej. Niby ludzie na poziomie, niby wykształceni, a czasem jak dzieci (A Drewnowskiego w stosownym czasie opierdolę. Znowu mówi na mnie Termos przy stażystach). Władek rzęził ze śmiechu jak stary astmatyk z hiperwentylacją. Rzęził i rzęził, aż zadławił się jabłkiem. Walnąłem go między łopatki. Kawałek miąższu wyskoczył na klawiaturę.

– Chodź już do tego barku, Ty Królewno Śnieżko niewydarzona – zachęciłem kolegę.

– Dobra. Tylko zmienię stringi i lecę – wycharczał dowcipny Władzio.

W barku zmieniło się niemal wszystko. Powitała nas duża, częściowo przeszklona ściana z napisem „Café lunchroom Wulkan”. Spodobała mi się dwustronna zawieszka na drzwi: Wulkan czynny w godz. 8.00–17.00/ Wulkan nieczynny w godz. 17.00–8.00. Tym akcentem pozytywne wrażenia się zaczęły i skończyły. Białe płytki z pomarańczowo-czarną obwódką nie bardzo przypadły mi do gustu. Jałowe wnętrze, bez charakteru. No i te plastikowe krzesła, jak w każdym katalogu Ikei. Może i stare thonety faktycznie były wysłużone, ale czy nie ma już innych modeli? Tylko plastikowe siedzisko na drucianych nogach? Przytulnie tu mniej więcej tak jak w prosektorium.

Przestudiowałem wiszące na ścianie menu oraz zawartość witrynowych lodówek. Żadnego normalnego jedzenia. Sushi (nie lubię), panini, tortille oraz zimne przekąski: hummus z sumakiem, ravioli z selera, trójkątne kanapki z łososiem oraz jakieś sprasowane żółtawe jedzenie polane czarną mazią (wygląda jak pokarm dla kosmonautów). Mało i pretensjonalnie, ale za to drogo!

Zza kuchennych drzwi wyłoniła się pani Dziunia, mój gastronomiczny autorytet i żywy symbol smacznego obiadu.

– Dzień dobry, panie doktorze! Widzi pan, co tu się porobiło?

– Dzień dobry. Widzę i się martwię, droga pani. Zdechnąć można na takim wikcie.

– Od rana tłumaczę kierownikowi, że tu zawsze doktory biorą kaszę z sosem, leniwe, kartofelki, kotleta z surówką. A on, że, proszę pana doktora, takie są trendy i że trzeba ten lokal apgrejdować – błysnęła frazą.

– Jeśli o mnie chodzi, to nic dobrego z tego nie wyniknie. – Sięgnąłem po portfel. – Pani Dziuniu, pani pozwoli kawę firmową Wulkan.

Pani Dziunia z wyraźnym skupieniem przystąpiła do obsługi nowego ekspresu.

– Po mojemu to takie jedzenie – kłąb pary buchnął w twarz pani Dziuni – dla tych, no… flamingów czy lemingów by było dobre. Nawet drożdżówek nie ma, tylko jakieś nowomodne tartaletki po trzynaście złotych. A tu jest szpital i ludzie pracują, a nie tam, że po szklanych biurowcach tyłki grzeją.

I tak z Władkiem spędziliśmy kwadrans przy czarnej kawie. A ja wyraźnie zobaczyłem, że moja dietetyczna przyszłość rysuje się marnie. W pracy jakieś modne przekąski zamiast obiadu, w domu – żona wegetarianka.

Albo się przyzwyczaję, albo schudnę.

Musiałem jakoś markotnie wyglądać, bo kolega Władzio przyjrzał mi się z ukosa i zagaił:

– Coś ty, Termos, nie masz tęgiej miny. Trzy miesiące żonaty, powinieneś ćwierkać, a gębę masz zatroskaną, jakbyś się do złotych godów szykował…

– Do złotych godów to ja, człowieku, nie dożyję… Już ledwo ciągnę.

– Co jest? – Władek siorbnął kawę i objął mnie czułym wzrokiem pediatry z powołania.

– Niby nic szczególnego… Zwyczajny atak codzienności. Sprawy potoczyły się szybko. Dzieciaki Miłki muszą przywyknąć do mojej stałej obecności. Z Antosiem idzie łatwiej, od początku się zakumplowaliśmy… Ale Hania jest dużą dziewczyną… Już gimnazjum… Bywa, że daje do wiwatu, testuje… Przypomina mi od czasu do czasu, że nie jestem jej ojcem, a tylko mężem – i to świeżym – jej mamy. Cała ta akcja łączenia rodzin to, kurde, delikatna sprawa. Projekt na lata.

– Nooo. Bo jak sobie zatwardziały stary kawaler bierze kobitę z dziećmi, a ty się Termos ekspresowo uwinąłeś – Władzio z maniakalną dokładnością odmierzał trzecią łyżeczkę cukru do kawy – to jednak jest skok na główkę do pustego basenu…

– Aaale z ciebie ekspert! Jak będą redukcje na ginekologii, to możesz się zatrudnić w poradni małżeńskiej – próbowałem zakpić.

– Żebyś wiedział! Swoje przeżyłem. A ty zawsze byłeś nieprzystosowanym społecznie maminsynkiem i dziwakiem – skomplementował mnie Władzio, niczym mędrzec w natchnieniu uniósłszy palec wskazujący. – A ja od szesnastu lat mam i żonę, i teściową, to już dawno mnie życie przeszargało…

W drzwiach pojawiła się Łucja, nasza ulubiona, seryjnie samotna urolożka. Szykowna jak zawsze.

Władzio natychmiast się wyprężył i poprawił nakrochmalony kołnierz.

– Przypominam ci tylko, że jesteś żonaty, od szesnastu lat… – wycedziłem mu koło ucha.

– Tak, tak… Ale ja unikam fanatyzmu pod każdą postacią! – skonstatował mój kolega i rzucił się odsuwać Łucji krzesło przy naszym stoliku. – Pójdę po kawę dla ciebie. – Cmoknął koleżankę w policzek. – Jaką chcesz?

– Latte na ryżowym mleku.

Nasza koleżanka wbiła we Władzia wzrok, zajrzawszy mu chyba na samo dno oka. I to bez oftalmoskopu.

Nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem i czy chodzi o ryżowe, czy różowe mleko. Ale się nie odezwałem, żeby nie wyjść na większego lamusa, niż jestem. Wszyscy u nas wiedzą, że Łucja w lot łapie wszelkie trendy.

– Wróciłaś z urlopu? Byłaś chyba jakaś bielsza miesiąc temu.

– No pewnie! Tydzień moczyłam się w Oceanie Indyjskim. A potem byłyśmy nad Jeziorem Białym z koleżanką z podstawówki. Mówię ci, Termos, wypiłyśmy chyba całe morze kawy. Rzeka wspomnień.

– Jakieś wodniste te twoje wspomnienia – wyrwało mi się.

– Sam jesteś wodnisty – prychnęła. – Powiedz lepiej, kiedy rodzisz dziecko?

– Nooo… jesteśmy tak w połowie ciąży. Ale Miłka już wygląda, jakby miała urodzić autobus – zeznałem prawdę. – Poza tym stara się o telepracę na najbliższe miesiące. Ale na razie podobno zoo nie może się obyć bez psychologa zwierzęcego. Bez Miłki, zdaje się, małpki kapucynki mogłyby popaść w depresję czy tam inną melancholię…

– Bardziej dbają w tym zoo o małpki niż u nas w szpitalu o pacjenta…

– No – przytaknąłem – i dieta bardziej wyrafinowana.

– Właściwie, Termos, to mi uczyniłeś pewną przykrość. – Łucja szybko ciskała słowami. A ja, zaskoczony zmianą tematu, nadstawiłem uszu w oczekiwaniu na ciąg dalszy. – Kiedy byłeś wolny, to zawsze myślałam, że jeśli nie spotkam kogoś takiego, że wiesz, że tak mnie w krzyżu łupnie, chóry anielskie zaśpiewają… to zawsze mogę się za ciebie wydać!

– Wydała mi drobniakami, sorry. – Władzio sypnął bilonem na stolik.

I postawił przed Łucją kawę w fikuśnym szklanym pucharku.

A ja na kilka długich sekund zostałem z miną wioskowego głupka.

– Słyszałam – Łucja tym razem zwróciła się do Władka, powtórnie zapuszczając w jego źrenice wziernikowe spojrzenie – że macie nowych stażystów. Klara mi mówiła. Podobno takie ciacho chodzi u was po oddziale, że dziewczynom staniki eksplodują.

– No… mamy czworo stażystów. Dwie laski i dwóch gostków. Ale który niby taki piękny? – Władzio podrapał się w czubek głowy i spojrzał na mnie pytająco. – Ten Michał, co ma ze sto trzydzieści centymetrów wzrostu i podskakuje do pisuaru? Czy Rafał?

– Na mnie się nie oglądaj – westchnąłem.

– Ten, ten! Rafał! – Łucja podskoczyła na plastikowym wulkanicznym krzesełku. – Klara mówi o nim Rafaello. Musicie mnie z nim poznać!

Obaj z Władziem umilkliśmy. Że też taki wiotki kolo w opiętych spodenkach i fioletowych trampkach robi furorę na oddziale. Zaspane powieki, wyżelowane włoski, buzia-rózia-cud-malina.

– Jak chcesz – bąknął Władek. – Ale prawdę ci powiem, że ten Rafaello to jakiś taki waginosceptyczny jest…

Poszliśmy, zostawiając Łucję samą przy stoliku. Zdarzył się pretekst, pager mi zapikał, ale i tak zasłużyła, cwaniara jedna. Mnie posadziła na ławce rezerwowych mężów, Władkowi zalotnie zaglądała w ślepia, a wypytywała o trzeciego.

Ech, kobiety…

Kapsułka druga

17 maja

Obudziłem się przed szóstą i zobaczyłem, że Miłka już nie śpi. Stoi niczym biała dama (wersja XXXXL) przed lustrem w szafie i z każdej strony ogląda swój ciążowy brzuch.

– O Boże, jeszcze ciemno. Co się snujesz po nocy? Źle się czujesz? – wymamrotałem zaspany.

– No, zarzygałam dywanik w łazience. I spać jakoś nie mogłam.

– Czekaj, zrobię ci herbaty z imbirem. – Z sukcesem udało mi się trafić lewą nogą w prawą nogawkę. – Działa przeciwwymiotnie.

Potarłem zapuchnięte powieki i przyjrzałem się mojej żonie:

– E, mam wrażenie, że jakoś troszeczkę jest cię więcej niż wczoraj.

– No. Wyglądam jak mirunga.

– Jak co?

– Jak mirunga, inaczej słoń morski. – Miłka spróbowała wyprostować przeciążony kręgosłup. – Samice osiągają wagę dziewięciuset kilogramów.

Spojrzałem na nią krytycznie.

– To jeszcze ze dwieście kilo ci brakuje.

Udało mi się przyporządkować właściwą nogę do właściwej nogawki. A nawet przypomniałem sobie mirungi z książki o dużych ssakach. Czytałem niedawno Antosiowi na dobranoc.

– Dzięki. Ty to wiesz, jak pokrzepić kobietę… – Moja żona bezsilnie opadła na fotel. – I znowu chce mi się rzygać.

– No dobra, dobra. Żartowałem! Nie musisz zaraz rzygać. Zawsze odróżnię cię od słonia morskiego. Bo ty przecież nie masz trąby!

– Samice nie mają, tylko samce.

– A, no to tym bardziej…

Dopiąłem pasek. Miłka przestała się już ze mną droczyć. Ewidentny znak, że naprawdę z nią nietęgo.

– Musisz iść dzisiaj do roboty? Bo wiesz, z męża lekarza taki jest pożytek, że może wystawić zwolnienie…

– No chyba żartujesz. Muszę! Projekt z kapucynkami nie zaczeka. Harmonogram całego zoo jest zrobiony tak, żebym mogła przed czerwcem skończyć część praktyczną. Dyrektor bardzo poszedł mi na rękę.

Poczłapałem do kuchni z myślą, że mój „dyrektor”, czyli niejaka docent Iwona Struś, nic nikomu nie ułatwia, a jedynie utrudnia. Skutecznie rozmontowała zintegrowany kiedyś zespół. Zjawiła się zastępczo, na kilka miesięcy, a najpewniej dotrwa do emerytury. Dobry szef to rzadko występujący w przyrodzie luksus.

Zalałem wrzątkiem herbatę imbirową i resztki zmielonej kawy. Sam poczułem się zmęczony, zmielony i posiekany od środka, ale szósta jedenaście na elektronicznym zegarku w kuchni oznaczała jedno: kierat wzywa.

Zaraz po odprawie dopadła mnie oddziałowa sekretarka, pani Aniela, z wiadomością, abym pilnie udał się do dyrektora, profesora Łatki. Zszedłem na parter, skręciłem we wschodnie skrzydło Szpitala Klinicznego nr 1. Byłem tu może ze trzy razy w ciągu niemal czternastu lat mojej pracy w służbie drugiemu człowiekowi. Jeśli największy generał wzywa pracownika na dywanik, prawdopodobne są tylko dwa przypadki: albo los sypnie kwiatami pod nogi, albo piachem po oczach.

Zatrzymałem się przed witrażem świętego Błażeja, patrona chorób gardła i krwotoków. Czyżby to był jakiś znak? Miałbym położyć szyję pod topór? Tak czy owak trzeba stawić czoła i wyjść przeznaczeniu naprzeciw.

– Siadaj, Tomasz. Przełóż któryś stos papierów. – Łatka piórem wskazał, co i gdzie należy przełożyć. – Zaraz skończę.

Wcale nie miałem ochoty siedzieć. Ale gdyby profesor kazał, tobym się nawet położył (w końcu to nawet zgodne z nazwą mojej specjalizacji: jestem położnikiem). Stałem, w zasadzie już siedziałem, twarzą w twarz z Majestatem, z żywą historią polskiej medycyny. Profesor był stary już wtedy, gdy zaczynałem studia. Teraz ja jestem po czterdziestce, a on, dyrektor szpitala, jest stary jak Matuzalem.

– Kiedy złożysz papiery na habilitację?

– Planowałem w zeszłym roku, ale niedawno założyłem rodzinę i…

– Zbierzesz publikacje i przyjdziesz przed końcem czerwca! – Z ust profesora wybrzmiała radykalna zachęta z nutą pogróżki.

Musiałem się przyoblec trupią bladością. Łatka zahaczył wzrokiem o moją przerażoną twarz i pewne rzeczy wytłumaczył mi jeszcze dosadniej:

– Przestań się certolić. Papiery do czerwca! Życie masz tylko jedno. I to niecałe. – Profesor przetarł szmatką okulary. – O czym ludzie zwykle nie chcą pamiętać.

– Tak jest! – Zasalutowałem jak grzeczny poborowy.

– Spocznij! Ja potrzebuję kogoś z ha-bi-li-ta-cją – popatrzył na mnie wymownie – kto w Klinice Położnictwa i Ginekologii pociągnie ważny projekt. A ty potrzebujesz pieniędzy.

Profesor jest internistą, endokrynologiem i parazytologiem. To wiedziałem. Ale że również jasnowidzem?!

– Wspominałeś coś o małżeństwie, tak? Znaczy potrzebujesz pieniędzy. – Profesor odruchowo poklepał wybrzuszoną kieszeń z wetkniętym portfelem. – Myślenie dywergencyjne. Zresztą, co ja ci będę, Tomaszu, opowiadał. Miałem trzy żony.

– A czym miałbym się zająć, skoro żonę już mam?

– Czekaj, czekaj. – Zaskrzypiała szuflada olbrzymiego biurka. Profesor wydostał opasły skoroszyt z napisem „New technologies in gynecology”. – Weź te papiery na kilka dni. Komisja Europejska za pomocą European Wound Management Association chce wydawać kasę na fizjologię gojenia ran położniczych. W Polsce kilka ośrodków, pod twoją wodzą, będzie analizować wyniki terapii podciśnieniowej. Holendrzy – srebro nanokrystaliczne. A ty masz koordynować całość. Wszystko tam stoi czarno na białym. Pod koniec roku będzie reorganizacja. Dostaniesz stanowisko w zasadzie równorzędne z ordynatorskim. A potem Strusiowa odejdzie na zasłużoną emeryturę i przejmiesz całokształt. Nie pytaj, komu bije dzwon…

Podskoczyłem. Ebonitowy aparat telefoniczny zadzwonił z tak potężną siłą, że zląkłem się jak dziecko. Rozdygotany chciałem już się zbierać do wyjścia, ale profesor pokazał, że mam zostać.

Po paru minutach rozłączył się i wyraźnie zmęczony wsparł głowę na dłoniach.

– Z ministerstwa dzwonili, Termos. Minister chce mnie zaszczycić odznaką „Zasłużony dla polskiej medycyny”. Nie jestem pewien, czy nie powinni zmienić tej laurki na „Zadłużony dla polskiej medycyny”. Bo pieniądze na remont muszę im pazurami… – Profesor jakby się wyłączył na chwilę, a potem nagle uderzył otwartą dłonią o blat biurka. – A na razie pojedziesz na szkolenie.

Wręczył mi zaproszenie na kredowym papierze.

Rozłożyłem bladożółty kartonik.

Metodologia pozyskiwania funduszy pozasystemowych dla stołecznych jednostek lecznictwa publicznego, 11–13 sierpnia, hotel Góralski Folklor, Resort & Spa, Białka Tatrzańska.

– Szkolenie dla „stołecznych jednostek” w Białce Tatrzańskiej?

– Otóż to, Tomasz. Hotele, diety, dojazdy… – Łatka sięgnął po cygaro. Dotychczas samo się tliło. Profesor wprawnie się zaciągnął i zakasłał. – A potem dla szpitala brakuje pieniędzy na witaminę C. Jakby cię interesowało, hotel Góralski Folklor należy do teściowej wiceministra Trufla. A to i tak wierzchołek – nomen omen – góry…

– To nie mam więcej pytań. Taki polski folklor.

Domknąłem cicho drzwi. Zaczęło do mnie docierać, co powiedział Łatka. Czasem, ale nieczęsto, kiedy się denerwuję, mam ochotę zapalić. I jakoś zwykle zwalczałem tę ochotę. Skoro byłem już na parterze, kupiłem w kiosku cienkie, mentolowe papierosy i ze wschodniego skrzydła wyszedłem na dwór, prosto na skwer. Zachłysnąłem się zapachem świeżo skoszonej trawy, żeby po chwili przełamać te aromaty drażniącym tytoniem. Wypaliłem dwa. I próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy propozycja profesora nie wypali mnie… zawodowo. Ja zawsze wolałem stół operacyjny niż biurko. Od pierwszej sekundy kołatała mi się po głowie myśl, że to Patison byłby najlepszy. Zawsze był. Jak go znam, ponad dwadzieścia lat. Największe zaszczyty, najpiękniejsze dziewczyny – wszystko jego. Wszyscy go lubią za cięty jęzor i humor. I dobrze. Byłby świetnym ordynatorem. A ja – nie wiem…

Natomiast wiem, że przysposobiłem dwoje dzieci i będzie trzecie. Do niedawna miałem minimalne potrzeby. Teraz muszę rodzinie zapewnić minimalny standard… Spojrzałem na zegarek i struchlałem – dziesiąta dwadzieścia. Moje rozważana egzystencjalne muszą poczekać.

Wystartowałem przeto truchtem wzdłuż wschodniego skrzydła, potem na skróty przez dziedziniec do głównego wejścia. Dopadłem windę towarową i wyskoczywszy z niej na tyle pośpiesznie, na ile pozwala moja lekarska godność, ruszyłem w stronę bloku operacyjnego. Cały zespół czekał na mnie od niemal trzydziestu minut. Mamy na bazie ciężarówkę do rozładowania. Ciąża bliźniacza, trzydziesty drugi tydzień.

Pracuję dzisiaj z Wincentym, trochę nadpobudliwym anestezjologiem. Nie chcę go drażnić, bo gotów jeszcze mnie samego potraktować tlenkiem azotu czy tam innym halotanem.

Zabieg szedł gładko, zgodnie z planem. Rozciąłem skalpelem kolejne powłoki brzuszne, rozdzieliłem mięśnie proste, odpreparowałem je od otrzewnej. Wszystko szło jak z płatka, działałem automatycznie. A moje myśli już do końca dnia krążyły wokół rozmowy z profesorem.

I nie opuszczało mnie wrażenie, że medycynę mamy na najwyższym poziomie. Absurdu.