Stambuł. Gdzie Europa spotyka Azję - Kai Strittmatter - ebook
lub
Opis

Azja i Europa – tę parę wymyślili Grecy. Po tej i tamtej stronie Morza Egejskiego. Sami zaś osiedli na obu lądach, nie troszcząc się zbytnio o dzielące je różnice, w każdym razie dopóki Persowie siedzieli cicho. Splunąć z jednego kontynentu na drugi najwygodniej było w miejscu, które Grecy nazywali Bosforem, a które do dziś zapiera dech podróżnych nieprzygotowanych na jego widok.

„Jednym kluczem otwiera i zamyka dwa światy i dwa morza” – francuski podróżnik Pierre Gilles przed pięciuset laty.

„…” – ja po przylocie, oniemiały.

Autor każdego dnia bezpośrednio doświadcza, jak Wschód i Zachód zazębiają się i jednoczą między osmańskim przepychem i nowoczesnym nocnym życiem. Pokazuje Stambuł rybaków i sprzedawców sezamowych obwarzanków, kierowców dolmuşów i piosenkarzy muzyki arabesk, pisarzy i designerów. Szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego Turcy są tak nieszczęśliwi. Wyjaśnia również, jakie jest idealne zastosowanie tureckiego białego chleba oraz z jakiego powodu nawet zapachy są tutaj polityczne. Prowadzi przez chaos na ulicach i przez rozgałęzienia bizantyńskiej biurokracji. Zabiera nas również na Wyspy Książęce, na których stambulczycy wypoczywają. Zdradza nam różnicę między kauförem i golibrodą, pokazuje, jak wygląda kobiecy piknik w łaźni parowej, i wyjaśnia, skąd się wziął zakaz noszenia wąsów oraz obowiązek zakładania kapeluszy, a także dlaczego Bosfor ratuje życie stambulczykom często cierpiącym na depresję

Kai Strittmatter (ur. 1965) ukończył studia w Monachijskiej Szkole Dziennikarzy, pracuje w „Süddeutsche Zeitung”. Przez osiem lat był korespondentem tej gazety w Pekinie i opublikował cieszącą się dużą popularnością książkę Chiny – instrukcja obsługi. Od 2005 roku mieszka w Stambule jako korespondent „Süddeutsche Zeitung”.

Poetycki, bardzo zmysłowy, pełen anegdot i interesujących obserwacji portret miasta – tak można by skwitować tę książkę... (Bernadetta Darska, Blog krytycznoliteracki -  A to książka właśnie!)                                                                                                                                   

Wybuch zachwytu: autor dosłownie napada na nas swoim entuzjazmem co do Stambułu. Tak sugestywnie, że ma się ochotę natychmiast pojechać tam, do tego miasta wielu nazw... (Katarzyna Zielińska, wp.pl)

Stambuł. Gdzie Europa spotyka Azję to w zasadzie zbiór reportaży, połączonych krótkimi narracjami na temat Bosforu,  o tytułach odzwierciedlających różne odcienie błękitu... (Joanna Bierejszyk, Szauflada.net)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 286


Seria: MUNDUS

Projekt okładki Agnieszka Winciorek

Zdjęcie na okładce: jokerpro/Shutterstock.com

Tytuł oryginału: Gebrauchsanweisung für Istanbul

Copyright © 2010 by Piper Verlag GmbH, München

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wydanie I, Kraków 2014

All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-3628-0

ISBN 978-83-8179-521-0 (e-book)

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663-23-81, 12 663-23-82, fax 12 663-23-83

Dystrybucja: tel. 12 631-01-97, tel./fax 12 631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Dziękuję Beli Sinan, Leandrowi Kai, Selcukowi – bez Was trojga ta książka nie byłaby taka

Lazur

Cóż za szczęście, to miasto. Skrywa ono w swoim wnętrzu brzegi Bosforu, którego azjatyckie i europejskie wybrzeża pasują do siebie jak ząbkowane linie złamanego serca na tatuażu.

Przemiany

Azjai Europa – tę parę wymyślili Grecy. Po tej i tamtej stronie Morza Egejskiego. Sami zaś osiedli na obu lądach, nie troszcząc się zbytnio o dzielące je różnice, w każdym razie dopóki Persowie siedzieli cicho. Splunąć z jednego kontynentu na drugi najwygodniej było w miejscu, które Grecy nazywali Bosforem, a które do dziś zapiera dech podróżnych nieprzygotowanych na jego widok.

„Jednym kluczem otwiera i zamyka dwa światy i dwa morza” – francuski podróżnik Pierre Gilles przed pięciuset laty.

„...” – ja po przylocie, oniemiały.

Przyleciałem z Pekinu, wcześniej sprawdziłem na planie miasta, gdzie się znajdują biuro i mieszkanie:w Yeniköy, na przedmieściu położonym nad Bosforem, około piętnastu kilometrów na północ od centrum. „Aha, nad wodą”, pomyślałem. Kiedy na starym mieście wsiadałem na prom, który miał mnie zawieźć do Yeniköy, byłem przygotowany na wszystko: urządzenia portowe, rafinerie, kilometry murów nabrzeży wysmarowanych ropą i smołą – po ośmiu latach pobytu w Chinach nic by mnie już nie zdziwiło. A potem to: Bosfor późnym latem. Nie zmyślam, niemal zaparło mi dech. Tutaj miałem zamieszkać? Ostatnim razem tyle endorfin wstrzeliło mi się do mózgu przed wieloma laty w Bangkoku. Wtedy przełknąłem pierwszą w życiu łyżeczkę zielonego tajskiego curry, a moje gałki oczne uciekły do tyłu, w czerń, w czerwień.

Eksplozja szczęścia.

Azja. Europa. Kiedy przybyłem do Stambułu, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to powszechne konsumowanie nasion słonecznika, zamiłowanie do wrzawy, a także wąska uliczka, na której dziesięć sklepików, jeden za drugim, oferuje ten sam rodzaj śrub, uliczka, z której na samym końcu wyrasta następna alejka, gdzie z koleiw tuzinie sklepików są sprzedawane takie same deski klozetowe... Handlarz warzyw układający swoje pomidory w piramidę, a artystycznie połączonym rzodkiewkom nakazujący tańczyć na liściach sałaty. Awaria prądu – jak każdego tygodnia. Liczne grupki starych maoistów. Święty założyciel Republiki (tutaj nazywał się Atatürk), którego wyryte w marmurze mądrości zastępowały słowa modlitwy.

„Coś takiego”, pomyślałem. „Zupełnie jakw Pekinie”.

A potem obłoki! Całe wieże, niebo o takiej głębi, jakiej nie widziałem już od ośmiu lat. W Pekinie nie ma obłoków. Na zboczu, niedaleko naszego mieszkania, krzewy leszczyny. W lecie poziomki na poboczu drogi, jesienią pękające kasztany, w zimie pół metra śniegu na ulicy, a na deptaku prażone migdały. Chałka wielkanocna u piekarza. Dźwięk dzwonów kościelnych w niedzielę. Syberyjskie fronty przynoszące zimny deszcz i nieustannie obłoki na niebie! Często czułem się, jakbym był znowu w domu, w Niemczech – tak wiele rzeczy wydawało mi się znajomych.

Kto od strony starego miasta przejeżdża przez jeden z dwóch mostów nad Bosforem, ten na drugim krańcu widzi tablicę z napisem: „Witamy w Azji!”. Potem jednak człowiek odkrywa, że Stambuł w azjatyckich dzielnicach – takich jak Kadıköy i Moda – wygląda dużo bardziej europejsko niż wiele miejsc po stronie europejskiej i że położone akuratw Europie stare miasto stanowi tę właśnie dzielnicę, która wielu zwiedzającym wydaje się orientalna. To ostrzeżenie: Stambuł rozbija stereotypy w pył, i to tak gruntownie, że chce się natychmiast wysłać tam każdego Niemca na przymusowy urlop. Nie tak łatwo rozszyfrować to miasto. Stambuł miesza człowiekowi w głowie. Stambuł uszczęśliwia. Właśnie to, co chaotyczne, gotowe tylko w połowie, wprawia owo miejsce w wibracje. „Tutaj otwierają się twoje pory”, jak uważa nasz przyjaciel Erdoğan. „To tak, jakbyś poszedł do hamam, łaźni parowej, i został wyszorowany. Potem wychodzisz na zewnątrz i twoja skóra znowu może oddychać”.

Z tym miastem jest tak, jak z jego bezdomnymi kundlami, uważa pisarka Perihan Mağden: „Wystarczy jedno spojrzenie i już po tobie”. Dalej od Bosforu Stambuł nie wydaje się już tak wyszczotkowany i wypucowany. Okazuje się pokryty strupami, a w wielu miejscach podupadły. Takiego bękarta chce się raczej omijać szerokim łukiem. Moloch Stambuł. Miejsce, które długo nic sobie nie robiło z reszty kraju, aż pewnego dnia ta reszta powiedziała: w takim razie ja przyjdę do ciebie. Teraz połowa Turcji siedzi w owym mieście oraz „na mieście” i czeka na swoje szczęście, lecz z reguły jest jej przeznaczone jedynie życie tak gorzkie, jak mocna turecka herbata.

Kiedy po raz pierwszy szedłem deptakiem w Beyoğlu, stanąłem z otwartymi ustami i pomyślałem, że znowu jestem w Szanghaju. Potem zacząłem czytać i proszę: żyje tutaj trzynaście, czternaście, piętnaście, siedemnaście milionów; ile dokładnie, nikt nie wie. Jedno z najstarszych miast świata. Jedno z najmłodszych miast Ziemi. Największa metropolia Europy. Największa wieś Europy.

Czy należy teraz mówić: Azji?

Często powtarza się z lubością, że Moskwa to nie Rosja, Pekin to nie Chiny, a Nowy Jork to nie Ameryka – i to się zgadza. Ze Stambułem sprawa ma się jednak inaczej. Stambuł to Turcja. Stambuł jest miniaturą kraju. Mieszka tutaj prawie co czwarty Turek. Właściwie każde tureckie miasto i każda anatolijska wieś mają swoją filę w Stambule. Żyje tu więcej Sivasczyków niż w Sivas, więcej Giresuńczyków niż w Giresun, więcej Ardahańczyków niż w Ardahanie, a do tego Stambuł okazuje się największym miastem kurdyjskim w kraju. Często przedstawiciele wspomnianych regionów odciskają swoje piętno na całych dzielnicach. U nas za górą osiedlili się przybysze z Samsun, w „Lokalu Stowarzyszenia Samsun” spotykają się mężczyźni, piją herbatę, szukają rady. Ludzi z Mardin można znaleźć w staromiejskiej dzielnicy Fatih, tych z Sivasw Gaziosmanpaşa. Wszyscy oni przybyli dopiero w ostatnim półwieczu. I nadal przybywają. Takie części miasta jak grecko-ormiańska niegdyś dzielnica mieszczańska Tarlabaşı, oddalona od wytwornej Beyoğlu tylko o jedną ulicę, stanowią dzisiaj cel coraz to nowych fal bardzo ubogich migrantów z południowego wschodu. Niekiedy też przyprowadzają swoje owce i wypasają je na ulicach. Czy ktoś mógłby brać im za złe ucieczkę z ojczystych stron? Jeżeli pieniądze i fabryki nie przychodzą do Anatolii, to Anatolijczycy wędrują do fabryk. Oficjalnie w Stambule żyje dziś dwanaście i pół miliona ludzi. Każdy jednak wie, że w rzeczywistości jest ich o wiele więcej, ale nawet z tych urzędowo zarejestrowanych mniej niż połowa urodziła się w metropolii.

Stambuł wyprzedza także resztę kraju. Obecnie ponad połowę całego tureckiego eksportu wytwarza się w aglomeracji stambulskiej. Według zestawienia firmy doradczej PricewaterhouseCoopers gospodarka tego miasta wyprzedza sto dwadzieścia siedem państw na całym świecie. Stambuł okazuje się więc nie tylko zwierciadłem kraju, lecz także jego lokomotywą. Ciągnie gospodarkę do przodu, i to w takim tempie, że Europa może dostać zawrotu głowy. Ciągnie ku nowoczesności także naród. To miasto zmienia ludzi, którzy zostali mu powierzeni, samo siebie. Liczby robią wrażenie, ale ta cała koncentracja w jednym miejscu nie wydaje się zdrowa. Kraj stracił równowagę. „Tutejszy dobrobyt ma swoją cenę”, jak mówi Cengiz Aktar z Wydziału Gospodarkii Administracji Uniwersytetu w Bahçeşehir, „a tą ceną jest ruina Stambułu”, od dawna już megamiasta. Bez planu wżera się ono zarówno w Azję, jaki w Europę, zabetonowuje oraz zatyka jeden i drugi kontynent. Zieleni oraz przestrzeni publicznej poza ulicami i parkingami prawie nie widać, wody brakuje już od dawna, podobnie jak pracy. „Proszę się przyjrzeć jakości życia”, mówi Cengiz Aktar. „Założę się, że pod tym względem zaliczamy się do najmarniejszych miast świata. Mamy lumpenproletariat. Niezliczonych ludzi, którzy zarabiają grosze i utrzymują się przy życiu z marnych prac, bez skończonych szkół, bez wyuczonego zawodu”. Rzeczywiście: firma doradcza Mercer ostatnio umieściła Stambuł pod względem jakości życia na 112. miejscu za Brasílią i Bukaresztem. Prawie na równi z Pekinem (114. miejsce).

Potem człowiek siedzi przed taką statystyką, patrzy przez okno i myśli sobie: „Co za bzdury, na równi z Pekinem?”. Za tym oknem rozciąga się Bosfor, z którego opary mgły unoszą się wzdłuż zboczy, woda jak lustro tego ranka, w najlepszym momencie myśli zanurzają się właśnie tam, nie pozostawiając nawet śladu. Dla mnie przeprowadzka z Pekinu do Stambułu była objawieniem. Oczywiście, że należę do szczęśliwców, czyli tych z pracą i z pieniędzmi, których stać na Bosfor za oknem. Spójrz na mapę. W wielkiej Turcji Stambuł to tylko plamka, a w dzisiejszej metropolii stary Stambuł to również plamka, ale za to jaka. To miejsce, które tylko starzy mieszkańcy są gotowi uznać za swój Stambuł. Najpiękniejsza plamka na mapie. Nawet na mapie świata człowiek miałby problemy ze znalezieniem piękniejszej. Miasto może być wprawdzie zeszpecone naroślami, ale nie straciło swojego serca i nigdy nie straci, bo także Stambuł, wieczne miasto, jest tylko gościem nad Bosforem. Jak długo woda płynie przez Bosfor, tak długo można być spokojnym o to miasto.

Tutaj jest światełko.

Jasnoniebieski

Najpiękniejszym słowem świata jest tureckie yakamoz. Tak uważa berlińskie czasopismo kulturalne „Kulturaustausch”. Yakamoz wygrało konkurs zorganizowany przez to pismo. Drugie miejsce zajęło słowo hulu (po chińsku „chrapanie”). Jako że chętnie wychwalam język turecki, uważam, że berlińczycy dokonali niezłego wyboru, chociaż jeżeli chodzi o zwycięskie słowo, nieco się pomylili. Jurorzy wyjaśnili w swoim uzasadnieniu, że ulegli urokowi yakamoz, ponieważ oznacza „odbicie poświaty księżyca w wodzie”. Niezupełnie tak jest.

Poświatę księżyca i jej lustrzane odbicie w wodzie określa się w języku tureckim rzeczownikiem mehtap. To słowo także zasługuje na zwycięstwo, tworzy bowiem tak piękne zestawienia pojęć jak „wycieczka w poświacie księżyca” (mehtaba çıkmak). Chodzi tutaj o nocne eskapady po Bosforze na małych barkach mieszkalnych, na których niegdyś elity stambulskie cieszyły się życiem przy winie i śpiewie. Nie chciałbym jednak twierdzić, że słowu mehtap ukradziono zwycięstwo. Jury bowiem, w akcie błogosławionego zamieszania, nagrodziło słowo yakamoz, które w odczuciu zakochanych w nocy i morzu Turków rzeczywiście ma jeszcze większy urok niż odbicie księżyca: yakamoz to fenomen połyskiwania morza, kiedy nagle w nocy morze zaczyna świecić, raz mlecznie biało, raz zielono, raz niebiesko. Ponieważ światło to powstaje bez wydzielania ciepła, nauka określa je jako luminescencję, zimną poświatę, co jednakże nie do końca odpowiada efektowi, jaki wspomniane zjawisko wywołuje w odczuciach osób upojonych nocną kąpielą. „Yakamoz”, jak zachwycał się mój przyjaciel Sinan, „jest wtedy, gdy zanurzasz się w wodzie i ponownie wynurzasz, a całe twoje ciało połyskuje światłem..., a teraz wyobraź sobie kobietę u swojego boku, której skóra także świeci”. Oboje jak świetlne istoty.

Słowo to Turcy, jak wiele innych rzeczy, zapożyczyli od Greków: yakamoz pochodzi od starogreckiego giakamos. Owo greckie słowo przodek rzeczywiście oznaczało odbicie poświaty księżyca w wodzie. W ten sposób nieco pokrętną drogą rehabilitujemy niemieckich jurorów.

Naukowcy twierdzą, że za świecenie morza są odpowiedzialne małe żyjątka emitujące światło, całe miliardy mikroalg, które reagują na dotknięcie. Czy więc za najpiękniejsze słowo świata powinniśmy podziękować dinoflagellatom? Czy może raczej Kubie Guzikowi i Dzikiej Trzynastce? Te morskie światełka raz już bowiem się zepsuły i wtedy Kuba Guzik1 je zreperował, a było to na Wielkiej Magnetycznej Skale Gurumusch, ale o tym wie doskonale publiczność augsburskiego Teatru Lalek. W przeciwnym razie syrena Sursulapitschi i jej ojciec, król mórz Lormoral, do dziś siedzieliby bez światła w swoim pałacu na dnie oceanu. My zaś, ich potomkowie, nic nie wiedzielibyśmy o cudzie drugiej skóry, kiedy człowiek zanurza się w nocnym morzu, ani o świetle w nasączonym wodą piasku, gdy przesunie się po nim stopa wędrowca.

1 Kuba Guzik (Jim Knopf) – bohater książki dla dzieci z 1960 roku niemieckiego autora Michaela Ende pod tytułem Jim Knopf und Lukas der Lokomotivführer („Kuba Guzik i maszynista Łukasz”) (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

Flirtowanie

Mam nowe ulubione słowo: gürültülü. Proszę powtórzyć je szeptem. Nie czujecie lekkiego łaskotania w kącikach ust? A teraz nieco głośniej: gürültülü. Natychmiast cała chmara szpaków zacznie wesoło ćwierkać pod oknem waszej kuchni. Tak powinno być. Gürültülü znaczy bowiem „hałaś-liwie, z hukiem, głośno”. Ale z porządnym hukiem. Niewiele brakowało, a nigdy nie spotkałbym się z tą wibracją strun głosowych: gdybym nie przeprowadził się do Stambułu i nie zaczął się uczyć tureckiego.

„To obłęd, uczysz się tureckiego?” – taka była reakcja wielu moich przyjaciół, zazwyczaj wymamrotana pod nosem w tonie zabarwionego konsternacją braku zainteresowania. Dopiero wtedy przyszło mi na myśl, że tak naprawdę obłędne było to, że nie miałem dotychczas żadnego krewnego, przyjaciela czy znajomego, który przyswoiłby sobie chociaż jedno tureckie słowo. Znam ludzi mówiących po chińsku, koreańsku i tybetańsku, a nawet kogoś, kto mówi po duńsku. Ale po turecku? Ani jednego, a przecież pochodzę z kraju, w którym żyją trzy miliony Turków. W Niemczech mieszka ponad trzy razy tyle obywateli tureckich, co włoskich, i ponad piętnaście razy tyle, co hiszpańskich. Mimo to moi przyjaciele rzucają się na kursy hiszpańskiego czy greckiego, z taką samą radością zadają gwałt językowi włoskiemu lub portugalskiemu. Gdyby jednak położyć im na kuchennym stole broszurę do nauki tureckiego, spotkałoby się to jedynie z bezradnym grymasem. Na moim kursie tureckiego w Stambule było kilku Niemców, Anglików i Francuzów, ale kiedy pytałem ich, dlaczego się go uczą, otrzymywałem prawie wyłącznie dwie odpowiedzi: z powodu pracy lub z powodu narzeczonego/narzeczonej. Wielu z nich opatrywało to wyznanie głębokim westchnieniem, które miało świadczyć o wielkości ich miłosnego poświęcenia. Uczyć się tureckiego z ciekawości? Nawet dla przyjemności? Nic z tego.

To się musi zmienić i się zmieni.

Dlaczego? Właściwie można by pomyśleć, że powody są oczywiste i widoczne jak na dłoni, zwłaszcza w czasie, gdy niemiecka prasa wzywa do obrony „naszej Turcji”, a więc „germańskiego grillowania”, na Riwierze Tureckiej, przed najazdem hord rosyjskich: rocznie już ponad cztery miliony Niemców wyjeżdża na urlop do Turcji, dwa razy więcej niż do Grecji. I czyż nasi turkolodzy od dziesiątek lat nie ustają w równie niezmordowanych, jak i bezowocnych wysiłkach, wskazując na fakt, że mistrzowskie władanie tureckim daje cenną przewagę przy uczeniu się iguryjskiego, kipczackiego, a nawet gaugaskiego? To wam nie wystarczy? To proszę bardzo, inne powody przychodzą mi od razu do głowy: ponieważ Turcja w Turcji jest zupełnie inna niż w ta w naszych głowach, ponieważ ludzie uznaliby nareszcie, że istnieje jeszcze jedna, druga, trzecia Turcja, i wiele innych, a więc nie tylko tych faszystowskich prokuratorów, którzy najlepsze umysły swojego kraju wloką przed sądy. I nie tylko zakonserwowany w kapsule czasu anachronizm wschodniej Anatolii kształtujący obraz Turków u większości ludzi w Zurychu, Wiedniu i w Berlinie (niestety u nas nie dostrzega się tych wielu nowoczesnych Turków). Ponieważ nie tylko amerykański magazyn „Newsweek” uważa Stambuł za europejskie miasto, które jest „najbardziej cool”. Ponieważ pisarz turecki dostał Nagrodę Nobla. Ponieważ ten kraj ma najszybciej rozwijającą się gospodarkę na całym kontynencie. Ponieważ Turcja być może już niedługo znajdzie się w Europie, i to jako największy naród. „Ponieważ lepiej mieć Turka za przyjaciela niż za wroga” (jak dodaje jeden z tureckich przyjaciół).

A teraz trzy argumenty od fachowca. Mówi Christoph Neumann, tłumacz Śniegu Orhana Pamuka na niemiecki.

Chciałbyś się nauczyć egzotycznego języka, ale takiego pisanego łacińskim alfabetem? Proszę bardzo: masz wybór między albańskim, baskijskim, maltańskim oraz tureckim.

Wyobraź sobie, że jesteś Marsjaninem i lądujesz na Ziemi. Masz tylko czterdzieści osiem godzin, aby się nauczyć jednego języka. Ma on być absolutnie logiczny i ma nim władać co najmniej jeden procent ludności świata. Sprawa jest jasna: Marsjanin wybierze turecki.

Jest to najrzadziej tłumaczony liczący się język literacki. A przecież powieść turecka potrafi być taka śmieszna. Ach, jakie tam są jeszcze skarby do odkrycia.

Skarby. Kto zacznie zadawać się z Turcją, nie tylko stwierdzi, że to ojczyzna najpiękniejszych kobiet Europy, ale również odkryje, że melodia ich języka zupełnie niesłusznie cieszy się złą sławą. Ta mowa płynie z ust pięknej nauczycielki jak wstęga zdobiona szlachetnymi kamieniami. Kto się jej nauczy, ten będzie mógł owym kobietom wyszeptać do ucha w chwili śmiałości:

Moja czarna morweńko, moje najczarniejsze runo, moja Cyganko

Czym mogłabyś być jeszcze dla mnie, moja jedyna

Moja uśmiechnięta pigwo, mój płaczący owocu granatu

Moja niewiasto, moja klaczo, moja żono.

Ten wiersz jest autorstwa malarza i poety Bedriego Rahmiego Eyüboğlu. Wyrecytował go pięćdziesiąt lat temu, płacząc przed swoimi gośćmi. Utwór został poświęcony jego ukochanej, która leżała ciężko chora na zapalenie płuc. Mężczyzna wyprzedał za bezcen swoje obrazy, aby móc jej kupić drogie lekarstwa. Nic nie pomogło, zmarła. Nieco później opuściła go żona, ta poślubiona, i wtedy to ona napisała do niego, że czuje się, jakby ktoś wcisnął jej w krew rozżarzone żelazko.

Być może tureckiego powinno się uczyć, ponieważ po prostu sprawia to przyjemność. Warto już dla samych owych „ö” i „ü”, którymi można zapędzić w kozi róg swoich przeciwników podczas gry w scrabble. Wielbiciele układanych w dzióbek ust przy wymawianiu umlautów poczują się jak w krainie mlekiem i miodem płynącej, a poza tym będą mogli każdego ranka budzić się na odgłos wydawany przez tureckiego koguta: „Ü-ürü-üüü!”. Albo ta karta menu. Nie ma tam po prostu „nadziewanych bakłażanów”, tam można przeczytać że: „Imam popadł w omdlenie”. Turcy spierają się do dziś, czy ten dobry człowiek był tak oburzony, czy sprawiła to ilość drogiej oliwy, czy też tak smakowała mu wspomniana potrawa. (A tak w ogóle, to należałoby wyjaśnić, czy z imion świętych patronujących potrawom można wyciągać wnioski dotyczące jakości dania. Na przykład w Chinach lokale wegetariańskie serwują półmisek warzyw pod nazwą: „Budda skacze przez mur”, przy czym smakuje to całkiem nieźle). Tureckie gazety okazują się zaś najwspanialszą nagrodą: każdego dnia człowiek otrzymuje przy śniadaniowym stole taką masę rzeczy dziwnych i przedziwnych, że rodzi się podejrzenie, iż tureckie czasopisma satyryczne, takie jak „Penguen” czy „LeMan”, umówiły się, z powodu treści zamieszczanych w prasie codziennej, że będą się ukazywały wyłącznie w formie komiksów – inaczej bowiem czytelnicy mogliby nie zauważyć różnicy.

W języku tureckim jest wiele słów, które mogą z miejsca sprawiać radość, chociaż są pozbawione umlautów. Na przykład şakamaka. Wymawia się to „szakamaka” i według słownika znaczy: „Żarty na bok!”, całkowicie wbrew intuicyjnie odczuwanemu znaczeniu. Albo haşhaş. Wymawia się „haszhasz” i oznacza dokładnie „mak”. Albo też vasistas. Proszę to wymówić głośno. Co to jest, to wasistdas2? Wąskie okienko z klapką umieszczone nad normalnym oknem. Nawiasem mówiąc, jest to pośrednie zapożyczenie z francuskiego. Poza tym wszystkie przejęte do tureckiego francuskie słowa (w słowniku można ich naliczyć prawie pięć tysięcy) stanowią niezawodne źródło dobrego humoru. Francuskie sürpriz, sürpriz3 („z” wymawia się jak „s”) Turcy zapisują w o wiele prostszy sposób niż Francuzi. Tutaj w Stambule możecie Państwo pojechać razem ze swoim kuzen4w asansör5 na górę do kuaför6, a później poprosić garson7o kilka milföy8z frambuaz9. Ta sztuka udaje się także, choć rzadziej, z niemieckimi słowami. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego Turcy przyswoili sobie akurat nasz aysberg, haymatlozi marş!10 (wykrzykniki są także wymawiane). Bardziej oczywiste jest to, dlaczego uczestnicy stambulskiego życia nocnego zapraszają na flört11.

Nie da się również ukryć, że nauka języka tureckiego zazwyczaj przychodzi łatwiej Mongołom i Japończykom niż zwyczajnym mieszkańcom Europy Środkowej. Ten język ma przecież swoje źródła w górach Ałtaju, gdzie stykają się dzisiaj Mongolia, Chiny i Rosja. Ludzie mówiący po turecku chętnie zwracają uwagę na to, jak sensownie i logicznie zbudowany jest ich język. „Struktura tureckiego ma to coś w sobie. Elegancję”, tak mówi tłumacz Pamuka Christoph Neumann i zamyśla się nad własnymi słowami, spoglądając z rozczuleniem w dal. „To jest naprawdę coś zupełnie innego”. Zgadza się: coś zupełnie innego. Nawet jeżeli początkującemu często wydaje się, jakby ten język wywalczył sobie własną logikę przez ustanawianie nowej reguły dla każdego wyjątku. Uczyłem się już kiedyś chińskiego i uważam, że turecki to twardszy orzech do zgryzienia.

Turecki jest dla użytkowników języków indogermańskich obcym zwierzęciem. Okiełznanie go oznacza przyswojenie sobie nowego świata. Świata, który dla słowa „honor” ma aż cztery określenia, a dla „serca” dwa (a więc dwukrotnie więcej niż w niemieckim). Język turecki ma swoją formę czasu przeszłego dla rzeczy, których samemu się nie widziało lub świadomie nie przeżyło, a więc – w pewnym sensie – dla przeszłości z drugiej ręki. Ta forma ma szczególny urok, kiedy stosuje się ją do samego siebie: „Miałem wówczas być nieźle pijany...”. Przydaje to często własnym czynom wcale miłego braku ostrości i stanowi nader praktyczną formę dla ludzi lub narodów, którzy chętnie dystansują się od swoich czynów z przeszłości. Podobnie praktyczna forma gramatyczna istnieje także dla teraźniejszości, a mianowicie geniş zaman, „szeroki czas”, mający rzeczywiście taką perspektywę i siłę absorpcji, że niezależnie od prawdziwych zamiarów mówiącego pozostawia przestrzeń dla właściwie każdej nadziei i każdego przypuszczenia ze strony osoby słuchającej. To specjalna forma czasu teraźniejszego, która – co ciekawe – jest używana do dwóch, właściwie sprzecznych z sobą, celów. Wyraża się nią rzeczy ogólnie znane i zawsze obecne, a jednocześnie opisuje się również zjawiska, które są tylko możliwe lub prawdopodobne. Szczególnie chętnie wspomnianej formy tureckiego pod hasłem: „Proszę mnie nie chwytać za słowa”, używają politycy. Pozwala im to bowiem oscylować między tym, co możliwe, a tym, co realne. To retoryczna forma nieoznaczoności Heisenberga: raz słowo jest cząsteczką, raz falą, a prawda znajduje się jedynie w oczach obserwatora. Przy tym światy tego, co zostało powiedziane, i tego, co zostało pomyślane, często ledwo się stykają. W ten sposób Turek znajdujący się w epicentrum zawieruchy może się bez problemów z niej wykręcić odpowiednią wymówką. Świat się wali? Najważniejsze, że nie tracimy dobrego humoru.

Do tego jesteśmy jeszcze owijani dosłownie niekończącymi się łańcuchami przyrostków, w których można się całkowicie pogrążyć i zatopić. W Turcji bowiem nawet najbardziej niewinnym słówkom wyrastają długie ogony z coraz to nowych końcówek. Niestety w tureckim rzeczywiście to ogony machają słowami, a nierzadko także samymi uczniami tego języka.

Zdarzyło się to właśnie mojej ukochanej w trzecim tygodniu kursu. Było późne lato, spaliśmy w pokoju, w którym roiło się od komarów, ona drapała się przez całą noc i w tym mrocznym półśnie miała następującą wizję. Z łokcia, z kolana oraz z dużego palca u nogi – a więc wszędzie tam, gdzie dopadły ją te dokuczliwe owady – wyrastały jej tureckie końcówki, długie, rozrastające się żmije przyrostkowe. Pełna przerażenia stwierdziła, że były to błędne końcówki: na wielkim palcu zagnieździły się tylko same „u”, ale bez żadnych „i”. Na spuchniętym kolanie wisiały natomiast same końcówki z „i”, które nie chciały dopuścić „ü”. Kiedy ją obudziłem, opowiedziała mi bez tchu, że właśnie rozpaczliwie wydrapywała stamtąd „i”, jako że „ü” potrzebujemy przecież do gürültülü.

2Gra słów: Was ist das? (niem.) – Co to jest?

3Sürpiz – franc.surprise (niespodzianka).

4Kuzen – franc. cousin (kuzyn).

5Asansör – franc. ascenseur (winda).

6Kuaför – franc. coiffeur (fryzjer).

7Garson – franc. garçon (chłopak).

8Milföy – franc. mille-feuille (ciastko).

9Frambuaz – franc. framboise (malina).

10Aysberg, haymatloz, marş! – niem. Eisberg (góra lodowa), Heimatlos (pozbawiony ojczyzny), Marsch! (marsz, naprzód).

11Flört (niem.) – flirt.

Pochlebstwa

Turcy to jedna wielka rodzina, stąd też nie ufają sobie za grosz. Jednocześnie mają ogromną potrzebę tworzenia, także w stosunku do obcych, owej atmosfery intymności, jaka zwykle panuje pośród krewnych. Udaje się to przez formę tytułowania. Słowa klucze to abi, starszy brat, i abla, starsza siostra, żadna inna forma nie jest używana częściej. Młode kobiety nie powinny się przy tym czuć urażone, kiedy starsza sprzedawczyni warzyw przywołuje je okrzykiem: „Abla! abla!”. Określenia abi albo abla są używane nie tylko przez młodszych, lecz zasadniczo przez wszystkich, którzy czegoś chcą od człowieka, a głównie przez ulicznych sprzedawców. Od pewnego czasu nawet wśród studentek uchodzi za cool zwracanie się do siebie per abi, jak czynią to chłopcy. Starsze kobiety i mężczyzn, do których chcemy podejść z respektem, ale też po przyjacielsku, nazywamy „ciotką” (teyze) lub „wujkiem” (amca).

Baba, ojciec, był wcześniej formą zwracania się do świętych i mędr-ców mistycznego islamu, a dzisiaj baba to dobrotliwy patriarcha, najlepiej utożsamiany przez Orhana Babę, to znaczy Orhana Gencebaya, ojca chrzestnego muzyki arabesk. Innym znanym baba, idącym w jego ślady, był piosenkarz Müslüm Gürses, pojękujący macho, którego muzyka robiła takie wrażenie na jego fanach, że masowo nacinali sobie brzytwami klatki piersiowe i ramiona (na temat groźnych skutków ubocznych tej muzyki na chwiejne dusze – zob. rozdział Szlochanie). Inne tureckie słowo oznaczające ojca toata, oznaczające także „przodka”, które jednak od pewnego czasu jest zarezerwowane dla tylko jednego człowieka: dla odważnego Mustafy Kemala, który po dokonaniu dzieła założenia Republiki mógł się szczycić mianem Atatürk, czyli „ojca Turków”. W tym przypadku nie chodzi jednak o nazwisko: ustawa nr 2587 z 1934 roku stanowi, że to miano jest zastrzeżone wyłącznie dla niego i nie może przejść nawet na jego liczne adoptowane dzieci, które po jego śmierci, prawie wszystkie, przepadły gdzieś w anonimowości. (Jego najbardziej znaną adoptowaną córką pozostaje Sabiha Gökcen, pierwsza turecka pilotka samolotu bojowego. Na jej cześć nazwano lotnisko w azjatyckiej części Stambułu. Nazwisko zawierające słowo „niebo” – gök – nadał jej sam Atatürk). Przywódca Atatürk zrewanżował się swojemu narodowi przez zwracanie się od tego momentu do swoich podwładnych i obywateli słowem cocuklar, czyli „dzieci” („Powiedz, dziecko, co mogę dla ciebie zrobić?”). Było to przyzwyczajenie, z którym można się jeszcze dzisiaj spotkać u niektórych wyższych oficerów armii tureckiej, nawet jeżeli wśród nich bardziej rozpowszechnione jest, zabarwione groźbą, zawołanie: Arkadaşlar! („Przyjaciele!”).

W ogóle te nazwiska istnieją dopiero od 1934 roku. To także podarunek Atatürka dla własnego narodu, a zatem – tak jak inne jego podarunki – bez możliwości odmowy jego przyjęcia. Ustawa o nazwiskach z 21 czerwca 1934 roku nakazywała Turkom, którzy dotychczas znakomicie sobie radzili, używając imion, przybranie nazwisk jako rodzaju paszportu do nowoczesności. Niektórzy nazwali się „po ojcu”, z tego też powodu wiele nazwisk kończy się sylabą -oğlu (syn): Kahvecioğlu (syn kawiarza) albo Sarıibrahimoğlu (syn blondyna Ibrahima). Chętnie też wybierano nazwiska brzmiące męsko i wojowniczo, jak Ateş (ogień) albo Cengiz (Dżyngis, od Dżyngis-chana) – Turcy od dawien dawna uważają się za bratni naród Mongołów, z którymi razem wywędrowali z Azji Centralnej. Do wojowniczych natur pasują także: Çelik (stal), Demir (żelazo) albo – dla ambitnych – Özdemir (prawdziwe żelazo). Także bardziej wrażliwe osoby znajdowały swój odpowiednik i mog-ły się nazywać od tego czasu Gül (róża), Ay (księżyc) czy Yıldız (gwiazdy). Inni w ogóle nie mieli żadnego pomysłu, a w każdym razie żadnego, który przypadłby do gustu zwierzchności. W przypadku tych osób wyboru dokonywał sekretarz gminy lub miejscowy policjant i prawdopodobnie to był powód nadania takich nazwisk jak Deli (wariat), Kızmaz (ten, co się nigdy nie złości) albo Balyemez (ten, który nie lubi miodu). Poza tym urzędowi chrzciciele są odpowiedzialni za to, że dzisiaj tak zadziwiająco wielu Kurdów nosi nazwiska Türk (Turek), Öztürk (prawdziwy Turek) czy też Türksever (ten, który kocha Turków). Przewodniczącym Stowarzyszenia Praw Człowieka IHD w Ankarze był ostatnio Öztürk Türkdoğan, co oznacza „prawdziwy Turek, urodzony jako Turek”. Rzecz jasna, ten człowiek jest Kurdem. Duch czasu dał jednak pierwszeństwo nazwiskom z Türk: jeden chciał być znany jako „silny Turek” (Güçlütürk), a inny jako „wesoły” (Şentürk).

Nie tylko kurdyjska część narodu nadal nie oswoiła się ze swoimi nazwiskami – podobny problem ma także reszta mieszkańców kraju. W życiu codziennym nazwiska prawie nie są używane. Do dziś ludzie pozostają przy imionach, tak jak jest to w zwyczaju w gronie krewnych. Aby mimo to zachować pewien dystans w stosunku do obcych, dodaje się do imienia zwrot „pan” (bey) albo „pani” (hanım). Ludzie pozdrawiają się więc wyrażeniami „pan Ahmet” (Ahmet bey) albo „pani Ayşe” (Ayşe hanım). Ja w ostatnich latach byłem nazywany zazwyczaj „panem Kai”. Nazwiska używa się tylko w bardzo oficjalnych okolicznościach. Gdy pisze się list do obcych, wówczas przed nazwiskiem stawia się uprzejme słowo „szanowny”, po turecku sayın. Ale uwaga: to niewinnie brzmiące słowo sprawia, że w Turcji ludzie regularnie trafiają przed oblicze sądu – mianowicie wtedy, jeśli ową uprzejmą formę dołączą do nazwiska Öcalan. Okazywanie szacunku Abdullahowi Öcalanowi, przywódcy PKK12, nadal jest tutaj czynem karalnym. Kiedy pod koniec 2009 roku pewna kurdyjska partia została ponownie zlikwidowana na mocy wyroku Trybunału Konstytucyjnego, to jedną z wymienionych w akcie oskarżenia okoliczności świadczących o rzekomej gotowości tej organizacji do używania przemocy był fakt, że jej politycy publicznie nazywali pana Öcalana „szanownym panem Öcalanem”. (Nawiasem mówiąc Öcalan znaczy po niemiecku „mściciel”).

W stosunku do ludzi spotykanych na ulicy nie trzeba się ograniczać do wspomnianego już zwrotu abi. Chętnie słyszane są także: Usta! (Mistrzu!), Şef! (Szefie!) lub Şefim! (Mój szefie!). Kto chciałby okazać prawdziwą uniżoność, może też spróbować zastosować zwrot Müdürüm!: „Mój dyrektorze!”, ale w tym przypadku adresat zwrotu powinien mieć co najmniej krawat, a mówiący te słowa stać ponad wszelkim podejrzeniem o ironię. Mianem hodscha (nauczyciel lub duchowny) nazywa się kogoś, kogo podejrzewa się o posiadanie wyższego wykształcenia albo chce się dać mu do zrozumienia, że robi właśnie takie wrażenie. Młodzi osobnicy uważający się za „twardych” nie obejdą się z kolei ani dnia bez użycia słowa lan. Oznacza to tyle, co „stary!” lub „człowieku!” i jak najbardziej może być wypowiedziane z uznaniem i pochwałą. Lan może jednak oznaczać też: „Dureń!”, na przykład w wyrażeniu: „Zabieraj swoją matkę i spadaj, durniu!”. (Prawa autorskie do tego zdania ma premier, który w ten sposób zganił przed włączonymi kamerami chłopa krytykującego prowadzoną przezeń politykę. Z reguły pan premier w komunikowaniu się z powierzonymi mu obywatelami preferuje formę dzierżawczą: „Mój gubernatorze!”, „Mój burmistrzu!”, „Mój rodaku!”... itd.). Lanw połączeniu z dodatkowym rzeczownikiem staje się zwykłym: „Hej ty!”, na przykład Lan optik („Hej ty, okularniku!”) albo Lan hıyar („Hej, ty ogórasie!”).

Młode kobiety żonglują raczej czułymi słówkami. Do ulubionych należą: „Moja duszko” (canım), „Mój duszku” (ruhum), „Moja droga” (aşkım), „Moje życie” (hayatım) albo „Mój jedyny” (bir tanem) oraz, rzecz jasna, czego należało oczekiwać w tym zwariowanym na punkcie słodyczy kraju: „Mój cukiereczku” (şekerim).

12PKK (Partiya Karkerên Kurdistan) – Partia Pracujących Kurdystanu, organizacja uznawana przez władze Turcji za terrorystyczną.

Turkusowy

Nie wiem, dlaczego moje serce za każdym razem zaczyna bić szybciej, gdy stoję na iskele, czyli na przystani, kiedy syrena zapowiada przybycie promu, na długo przed tym, kiedy ukaże się on za zakrętem Bosforu przed Yeniköy. Może dlatego, że promy na Bosforze przynależą do innego czasu albo do innego świata? One nie przewożą tak po prostu, one porywają człowieka. Gdyby ktoś przybył do Stambułu i miał do dyspozycji tylko kilka godzin, postawiłbym go na jednej z tych starych, żelaznych barek. One nie płyną po prostu w kierunku Morza Czarnego, nie wracają tak sobie do Stambułu – one płyną prosto do nirwany. Człowiek unosi się, popatruje, medytuje i chciałby zamruczeć ze szczęścia. Wydeptane deski pokładu, proste, drewniane ławki, a jedyną ozdobę stanowią szeregi polakierowanych na biało żelaznych nitów wokół poplamionych okien. Za tymi łodziami podążają chmary mew jak niegdyś obłok pary, od którego te promy wzięły swoją nazwę. Jeszcze dzisiaj mówi się na nie vapur; słowo to pochodzi od francuskiego vapeur, parowiec. Karmienie mew to poranny sport pasażerów, którzy z relingu rzucają im kawałki obwarzanków z sezamem. Usłużni marynarze serwują za kilka centów, w małych szklaneczkach w kształcie tulipana, herbatę koloru miedzi, a jeżeli w Kanlıca po azjatyckiej stronie wzięli na pokład zaopatrzenie, to także słynny miejscowy jogurt, któremu nasadzają wcześniej czubek z cukru pudru bielący im dłonie. Czasem z wieży łodzi podwodnej machają marynarze, a kiedy już człowiek wręcz nie może wytrzymać z nadmiaru błogości, wówczas swawolni bogowie wysyłają do zatoki Tarabya grupkę delfinów fikających koziołki. Gdy wielki poeta Nazım Hikmet zobaczył na emigracji w Bułgarii turecką flagę, a tęsknota za Stambułem o mało go nie zabiła, napisał następujące strofy:

Nazım głaszcze Vapur,

jego dłonie płoną.

Vapur to punkty zbiegu tęsknoty także i tych, dla których dzień powszedni jest miejscem wygnania z życia.

Chrzest

Polis

Miasto. To jedyne. Tak właśnie wielu Greków jeszcze dziś nazywa Stambuł. Nazwa określa coś, co wymaga wyróżnienia, ale jeżeli nie ma na ziemi niczego porównywalnego, to po co nazwa? Zwłaszcza że Stambuł jest tutaj dobrym przykładem na to, jak różne określenia kolejnych pokoleń wprowadzały niekiedy niepotrzebnie zamieszanie. Czterech chłopców z Kanady zdawało sobie z tego sprawę i w 1953 roku zaangażowali się na rzecz wprowadzenia tu raz na zawsze jasności. Nazwali się The Four Lads, a ich piosenka wbijała wszystkim do głowy Istanbul, not Constantinople, jak brzmiał jej tytuł.

Istanbul was Constantinople

Now it’s Istanbul, not Constantinople

Been a long time gone, Constantinople

Now it’s Turkish delight on a moonlit night.

Stambuł. Niegdyś Konstantynopol. Jeszcze wcześniej Bizancjum. Miasto zostało założone przez doryckie plemię Greków, całe tysiąclecie wcześniej, zanim cesarz rzymski Konstantyn miał je uczynić Jedynym. Była to helleńska kolonia w kraju barbarzyńców, co z jednej strony wymagało potężnych murów, ale z drugiej posiadało tę zaletę, że żyjący w okolicy barbarzyńscy Trakowie stanowili niewyczerpane źródło niewolników. Bizantyjczycy stosowali się właściwie do zasad Sparty, nie Aten, a mimo to – zwłaszcza ich kupcy – stali się wręcz legendarni jako „pijusy”. Chętnie oddawali bowiem cześć bogom wina oraz miłości, Dionizosowi i Afrodycie, a kiedy pewnego razu poeta Antyfilos chciał opisać zmysł kupiecki swoich rodaków, napisał wiersz pod tytułem Okręt zbudowany z dochodów burdelu.

Even old New York

Was once New Amsterdam

Why they changed it I can’t say

People just liked it better that way.

Miasto

Jest 11 maja 330 roku. Uroczystości trwały przez czterdzieści dni. Ostatniego dnia sam cesarz był obecny na mszy w Hagia Eirene, kościele pod wezwaniem Pokoju Bożego. Tego dnia podczas mszy cesarstwo zostało poświęcone bogu chrześcijan. Rzym stał się chrześcijański, a miasto Bizancjum, zgodnie z wolą cesarza, stało się Nova Roma Constantinopolitana: nowym Rzymem, miastem Konstantyna. Owego 11 maja był poniedziałek, kiedy zostało powołane do życia nowe cesarstwo – a wraz z nim pomieszanie pojęć, które właściwie do dziś tak naprawdę nie doczekało się uregulowania. Cesarstwo bizantyjskie bowiem, podczas tysiąca stu dwudziestu trzech lat i osiemnastu dni swojego trwania, ani razu tak siebie nie nazwało: „bizantyjskim”. Ta etykietka jest wymysłem zachodnioeuropejskich historyków, na czele z augsburskim bibliotekarzem i historykiem Hieronymusem Wolfem. W 1557 roku opublikował on zbiór wschodniorzymskich tekstów źródłowych pod tytułem Corpus Historiae Byzantinaei tym samym stworzył modę, której nie udało się już wytrzebić w tym cechu. Jak zatem nazywali sami siebie nasi Bizantyjczycy? Całkiem prosto: Romai, Rzymianie. Ich cesarstwem było Cesarstwo Rzymskie, nawet jeżeli prawie wszyscy byli Grekami.

So take me back to Constantinople

No, you can’t go back to Constantinople

Been a long time gone, Constantinople.

Cesarz

Brytyjski historyk John Julius Norwich nazywa Konstantyna „poważnym kandydatem do miana najbardziej wpływowego człowieka w historii – z