Stambuł był baśnią - Mario Levi - ebook
Opis

Levi opowiada o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Właśnie z tego powodu głównym bohaterem powieści jest Stambuł ze wszystkimi nadziejami, jakie w sobie kryje i jakie niszczy. Przez strumień świadomości powieściowych bohaterów czytelnik śledzi życie tego wspaniałego wielkiego miasta, może je poczuć i doświadczyć. Stambuł był baśnią to pasjonująca historia żydowskiej rodziny na przestrzeni lat 1920–1980, dla których Stambuł jest jedynym domem. Intrygująca opowieść o migracjach, o tych, którzy przybyli z innych krajów, i tych, którzy wyjechali z Turcji. Członkowie owej rodziny, a także jej przyjaciele i sąsiedzi, tworzą bogatą mozaikę postaci, z których każda stara się na swój sposób przetrwać burzliwy XX wiek. Mario Levi – jako świadek, obserwator, a zarazem bohater powieści – pozostaje jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz swojej historii. Dzięki unikalnemu poetyckiemu stylowi Levi uchwyca Stambuł i jego bogatą historię z rzadko spotykaną intymnością, a zarazem z humorem, i oświetla zacienione epizody nowoczesnej historii Turcji. „W najwyższym stopniu literacka i liryczna. Wyrazista i różnorodna, pełna przejmujących motywów”. Jewish Book Council

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1320

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Istanbul Bir Masald

Copyright© 1999 Mario Levi, Kalem Agency

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

This book has been published with the support of the Ministry of Culture and Tourism of Republic of Turkey in the framework of TEDA Project.

Książka opublikowana dzięki wsparciu tureckiego Ministra Kultury w ramach projektu TEDA.

Projekt okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Zdjęcie na okładce: Photochrom Print Collection/ Wikimedia

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Barbara Meisner

ISBN: 978-83-7999-984-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojemu dziadkowi…

Z podziękowaniami dla Attili İlhana, Cema Mumcu, Cevata Çapana, Buket Uzuner, Süzet Levi, Yeldy Karataş i Ragnhild Berstad…

Podobieństwo nazwisk, miejsc i dat „wykorzystanych” w tej powieści do „prawdziwych” to zwykły przypadek.

„Ostrzeżenie” brał pod uwagę zarówno autor, jak i bohaterowie tych historii. Pomimo jednak wszystkiego, co powiedziano lub chciano powiedzieć, zdaniem autora nie ma żadnych przeciwwskazań, by to, co jest tu opowiadane, przypominało to, co zostało „wcześniej” przeżyte lub napisane.

Predykcja,czyli o metodach znajdowania, dostrzegania i odczytywania „tego, co ukryte” w tej książce

Wiem, że to, co jest „tutaj” opowiadane, czy też to, co przeżywane jest jako „pisanie” w tym „długim opowiadaniu”, które bardzo powoli dawało się spisywać, zaniepokoi niektórych ludzi. Takie samo uczucie ogarniało i mnie w te zdające się nie mieć końca noce, kiedy starałem się zrozumieć „moje pisanie”, oddalając się, na ile byłem w stanie, od innych, od tych, którzy chcieli, bym owo „pisanie” zaakceptował. W czasie tych nocy usiłowałem upchnąć to, o czym mnie informowano, w różne zakątki mojego życia… Źródeł tego uczucia mogłem szukać bardzo daleko, w otrzymanym przeze mnie spadku, który czynił mnie mną, który nie zdołał uratować mnie przede mną mimo wszystkich odkrytych zakamarków i intryg, i choć próbowałem dźwigać „moje pisanie” innym głosem, moim wewnętrznym głosem… Oczywiście powinienem był opowiedzieć o tym, jak przeżywałem ów spadek „w moim języku”; powinienem był zobaczyć i pokazać – na tyle, na ile pozwalały moje zdolności, moje „ograniczenia” – przedłużenie tego prawdopodobieństwa w moim życiu, w mieście, w którym urodziłem się i żyłem. Wówczas, z siłą, jaką dała mi ta wiara, mógłbym chodzić po spokojniejszym, bardziej znajomym i bezpieczniejszym „brzegu”. Mógłbym opisać w języku ów „brzeg” znanymi słowami, pozostając na wodach tożsamości, jakiej oczekiwali ode mnie „inni”. Jednakże ta sytuacja, którą uznałem czy też mógłbym uznać za właściwą dla mnie, była tylko jedną z możliwości, które przeżywałem, których pragnąłem się uchwycić. Jedną z możliwości, które przeżywałem, których pragnąłem się uchwycić… Tymczasem w dniach, w których próbowałem pływać po tych spokojnych wodach, wezwały mnie inne głosy. Lęk przed pozostawianiem w jednym miejscu, przed poświęcaniem dla niego całego życia, trochę dlatego, że nie umiałem do końca uwierzyć w tę możliwość, sprowokował mnie do wyruszenia w inne miejsca, w owe miejsca, gdzie nie mogłem długo się zatrzymać, długo żyć. Dlatego pochłonęły mnie tamte marzenia. Dlatego kłamałem, nauczyłem się żyć kłamstwami i zdradzałem tych, których kochałem. Dlatego nie zwracając uwagi na swoją astmę, wypełniałem sobie płuca – tak jak to widzę – dymem „nie tylko spalanego w piecu węgla”, lecz także „wszystkiego, co dym wydziela”. Dlatego chciałem się żenić z piegowatą dziwką o piwnych oczach i włosach w kolorze miodu, która w tych moich mrocznych „szczeniackich” czasach uczyła mnie z całą swoją szczodrością i uporem tych nieznanych mi mrocznych obliczy seksu i która co jakiś czas wspominała, że chce wykładać socjologię na uniwersytecie. Dlatego decydowałem się na czytanie Spinozy w Jom Kippur. Dlatego myślałem o zostaniu alfonsem, dlatego spróbowałem pracy copywritera. Dlatego nienawidziłem „przyzwoitych” kobiet dumnych z tego, że umieją piec i robią dobre faszerowane papryki. Dlatego odczuwałem wstręt także wobec kobiet, które mówiły o „wolności” albo odgrywały ją, ale nie ryzykując sparzenia sobie dłoni – jedynie mówiły o niej i ją odgrywały, a w ostatecznym rozrachunku pozostawały wciąż przywiązane do swoich domów i „spuścizny”, oraz wobec tych, które aby lepiej się chronić czy też móc cały czas pokazywać komuś, że trzymają ten świat w swoich rękach, usiłowały oprzeć pewne „rzeczy” na „naukowych” podstawach, jedynie je definiując i nie potrafiąc zdobyć się na odwagę, by dotknąć, naprawdę dotknąć tych uczuć… Były to oczywiście przejawy mojej samotności, moje gry, to, czego w tamtych latach nikomu nie mogłem powiedzieć. Jednak dziecko, które było we mnie, owo dziecko przekonane, że zostało porzucone, próbujące cały czas pokazać się innym, potrzebowało takiego życia. Owo dziecko przez lata chciało ode mnie tego człowieka. Owo dziecko miało do tego prawo. Miało prawo do wszystkich tych „niegodziwości”… Było może jednym ze sposobów lepszego dostrzeżenia, poznania tych rzeczy… Czy wobec tego tymi wysiłkami poznawczymi próbowałem ponownie podążać ku owej opowieści, którą – jak wierzyłem i wciąż z tej wiary nie umiem zrezygnować – pewnego dnia miałem przeżyć, a raczej odnaleźć we własnym mroku? Być może. W tej sytuacji muszę rzecz jasna raz jeszcze spytać się o siebie w imię owej opowieści, którą próbowałem „zbudować” w sobie, i nigdy nie zapominając o moich urazach, wątpliwościach, zdradach. Moje ówczesne przeżycia nauczyły mnie też bowiem, że powinienem milczeć, zakopać w sobie swój gniew i milczeć. Wszak ja również urodziłem się w klimacie, w którym nie jest łatwo zakłócić czyjś spokój, ukazując mu lustro, czy wezwać kogoś do myślenia z innej perspektywy. „Języki” tego klimatu były moim schronieniem. „Języki” tego klimatu były też moją niewolą…

Tymczasem wtedy, gdy wyruszyłem w drogę, mimo wszystkiego, co przeżyłem, nie miałem na celu budzić w innych niepokoju moim istnieniem i tym, co chciałem powiedzieć, o czym chciałem przypomnieć. W owych dniach miałem baśń, którą też chciałem „opowiedzieć”, tylko „opowiedzieć”. Była to baśń o przeżywaniu pewnego „tekstu”, pewnej podróży w roli „skrzypka” w różnych „krajach” świata. W końcu jak każdy Żyd byłem wędrowcem usiłującym urodzić, przeżyć i odnaleźć „swój kraj”. Jak każdy Żyd byłem z perspektywy niektórych „bezpaństwowcem”… Jak każdy Żyd byłem „zwyczajny”, „nieufny i niegodny zaufania”, „niemy i obcy”… Gdzie, kiedy i dla kogo zaczęła się wobec tego ta opowieść, ta opowieść, którą mógłbym nazwać „naszą opowieścią”? Gdzie, kiedy, dla kogo? Czy ta opowieść także należała do tych, które chronimy, by odkładać na później, przedłużać nadzieję, żyć, żyć wbrew „nim”, pokazywać albo „żyć, opowiadając”, aby po długiej, zdającej się nie mieć końca nocy urodzić zupełnie nowy poranek? Przeszłością jakiego języka, jakich słów była tak naprawdę przeszłość, którą opowiedzieliśmy, a co ważniejsze – sądziliśmy, że opowiedzieliśmy? To wszystko trochę pytania, których zadanie wymaga swojego rodzaju odwagi, a których odpowiedzi mogą prowadzić do drobnych, cichych zbrodni, do zabicia pewnych rzeczy, rzeczy, których w żaden sposób nie potrafimy nazwać. Nie na próżno myśleliśmy, że w tych związkach wyczerpujemy się coraz bardziej z każdym mijającym dniem, w każdym człowieku, zupełnie jak podróżnik tamtej miłości… Być może przez te wszystkie upływające lata związki te były raczej naszą samotnością… Słowa, te słowa, nie były bowiem zawsze naszymi słowami. Słowa nie były zawsze naszymi słowami… Owe słowa mogły stać się naszą nagością, naszym ponownym odkryciem siebie samych, ale byliśmy powoli i skrycie odrywani od naszej „istoty” przez tych, którzy chcieli dawać nam tylko swoje słowa… Czy możemy teraz pytać się wzajemnie, co to były za słowa? Czy możemy prosić się o nie, przypominać je sobie nawzajem? Czy możemy na powrót stać się tymi słowami? Czy możemy na powrót stać się tymi słowami? Czy możemy się stać nami?

Nasze przeżycia w tych związkach nie były oczywiście niczyim „błędem”. Żadna chwila nie była wynikiem żadnej „błędnej” chwili. W zasadzie nic nie było „błędne”. Nic nie było „błędne”… Nic nie było „błędne” ani nic nie było „bezbłędne”… Istniały jedynie przeżycia i to, co chciano komuś poprzez potencjalne przeżycia pozostawić. To, co chciano komuś pozostawić poprzez przeżycia i potencjalne przeżycia… Albo… To, co chciano komuś „pokazać”, aby uwierzyć, że się żyje, uwierzyć choćby na krótką chwilę…

Jeśli podejść do „tego, co jest opowiadane”, z tej perspektywy, ta książka może być w tej sytuacji odczytywana na kilka sposobów. Kto chce, może poprzestać na lekturze kilkustronicowego rozdziału Szpaki na początku książki, by ponownie zobaczyć to, co już wie. Dokonujący tego „wyboru” będą się zaliczali do tych, którzy przeczytali i „zobaczyli” książkę. Taki wysiłek może okazać się wystarczający do zrozumienia innego, innych. W końcu bywało tak i wcześniej, i wcześniej na tym poprzestawano… Obrazy albo tylko to, co widzialne, wystarczało już wcześniej innym… Kończenie w krótkim czasie, a po skończeniu odkładanie na miejsce, w którego słuszność, nienaruszalność się wierzyło, było jednym z tych znanych wyborów ustawiających nas na owych pozycjach, naszych prawdziwych pozycjach… Reszta, czyli strony zawierające wciąż trwające we mnie opowieści, jest zaś jedynie dla tych, których interesują „szczegóły”. Jedynie dla tych, których interesują „szczegóły”… Dla tych, którzy dzięki „szczegółom”, dzięki „utraconym językom” chcą podejść na kilka kroków do kogoś innego… Kto chce, może też posuwać się naprzód po tej książce od pierwszej do ostatniej strony, słuchając, słysząc odgłos własnych kroków, albo „pomijać” różne rozdziały czy stosować „inny” porządek lektury i wartości. Wiem, że ta „propozycja” nie jest „propozycją” nową. W innych klimatach, innych „tekstach” i czasach już wcześniej chciano podążać za tym głosem; wiem. Ja jednak, ryzykując uczynienie czy też przypomnienie mimo wszystkich możliwych reiteracji takiej „propozycji”, myślę chyba najbardziej o owym dotyku „pisania”, który – czy tego chcę, czy nie chcę – nadaje kierunek mojemu życiu. Wykazanie się odwagą zebrania, połączenia „fragmentów” nigdy nie było proste. Ponownie spojrzenie na ten obraz w odpowiednim czasie i umieszczenie w tym obrazie siebie wymagało nie tyle zdolności, ile cierpliwości. Aby móc zobaczyć, naprawdę zobaczyć ten obraz, trzeba było wysiłku, trudu oddania siebie, „samodzielności”. Była to praca serca. Praca serca… Jedynie praca serca… Zupełnie jak w tych związkach, które staraliśmy się żywić, chronić i których próbowaliśmy nie utracić… Zupełnie jak w tym związku, który staraliśmy się żywić, chronić i którego próbowaliśmy nie utracić, do którego wkroczyliśmy naszym „prawdziwym” językiem i który wychowywał nas w nas, pokazywał nam nas być może z najwłaściwszej perspektywy…

Nie mogę oczywiście wiedzieć, kogo, dokąd i jak zaprowadzą te szczegóły. Nie ma potrzeby, bym raz jeszcze na tym etapie powtarzał, że kiedy człowiek podąża ku innemu albo idzie w innym ze wszystkimi tymi dawnymi obrazami w sobie, przeżywa swoją własną przygodę, tylko swoją własną przygodę. Tam, gdzie zbliżałem się do pewnych wskazówek, miałem bohatera opowieści próbującego przez zupełnie inne okno patrzeć na miasto, w którym się urodził, którego morzem oddychał i którego za nic nie potrafił porzucić, a co ważniejsze – bohater ten zaryzykował długą wędrówkę w poszukiwaniu „swojego języka”, „swojego autentycznego języka”. Tajemnica „Kraju” kryła się w tej wędrówce, granice „Kraju” miały zostać wytyczone tym „językiem”. „Kraj” był samym tym „językiem”, horyzontem przez ten „język” otwieranym, marzeniami ofiarowanymi, obudzonymi przez ten „język”, uczuciem, które ten „język” zrodził. Opowieść zaś była bardzo starą opowieścią. Na przykład godzina występująca w niej była „używaną” godziną, „przeżytą” już w innych miejscach, „śmierci” były „znanymi” śmierciami, książka z tej opowieści była książką napisaną cierpliwie, by jednocześnie ukryć się i nie ukryć. W książce był pewien człowiek znający tekst, próbował on opowiedzieć, stworzyć, i tylko jeden „kraj”, w którym mógł się schronić. Człowiek będący zarazem świadkiem, widzem i bohaterem swoich opowieści… Innymi słowy człowiek pozostający, skazany na pozostawanie zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz swoich opowieści… „Mury” były widziane także tam, „mury” także wytyczyły, a co ważniejsze – ukazały granice „tego kraju”… Owe „mury” nie były mi obce… Były moimi murami… Moimi murami… Murami, które chciałem na nowo odnaleźć „w moim języku”, o których opowiedzeniu „w moim języku” marzyłem… Być może ten niepokój dałoby się tak wytłumaczyć, być może tego lęku przed postawieniem niewłaściwego kroku dałoby się szukać w historii tych murów… Ów lęk ukryty był w tych murach… Nie było jednak moją winą, że urodziłem się jako „obcy” na najbliższym „Zachodowi” półwyspie Stambułu. Nie było też moją winą, że przeżywałem Stambuł jak baśń, ani to, że od czasu do czasu chciałem upodobnić się do postaci z innych książek, do bohaterów opowiadań i sztuk z mojego życia, którzy mnie ukształtowali, ani to, że pod wpływem dawnego złudzenia, nie zdając sobie z tego sprawy, używałem słów „innych”, ani też to, że znałem nadzieję nowej podróży, wyzwolenia… Mój Stambuł był ostatecznie baśnią… Mój Stambuł był baśnią… Owa baśń była moją opowieścią… Owa baśń była „ich” opowieścią… Owa baśń była naszą opowieścią… Owa baśń była waszą opowieścią… Owa baśń była opowieścią tych, którzy czuli się obco we własnym mieście… Owa baśń była opowieścią o pragnieniu postrzegania wód Bosforu jako matczynego łona, wbrew wszystkim życiom… Owa baśń była opowieścią o lęku przed pochłonięciem przez jeden z tych prądów, przed zawleczeniem na inne morze po jednym „błędnym” wymachu ręki podczas pływania, po jednym „błędnym” ruchu wiosłem… Owa baśń była po prostu baśnią…

Szpaki

To było pewnego wieczoru… Uśmiechaliście się…

Nie pamiętam teraz gdzie, kiedy i jak po raz pierwszy ją spotkałem. Nie pamiętam już też, jakich ludzi próbowaliśmy rodzić w oczekiwaniu na nowe dnie, nowe poranki… Tymczasem w naszej historii, w naszych odmiennych historiach, które chcąc nie chcąc przynieśliśmy sobie nawzajem od innych, są niezliczone fotografie, o których wiem, że nigdy nie będę w stanie ich zapomnieć, których nigdy nikomu nie będę mógł pokazać, które każdego dnia dają mi odrobinę więcej mnie. Fotografie te zawierały też nasze noce, to, czym nie mogliśmy się dzielić, to, czego nie mogłem opowiedzieć nawet najbliższym, a także moje nadzieje, które wbrew wszystkim moim przeżyciom bez przerwy odnawiałem albo powtarzałem… Mieliśmy na przykład letnie noce patrzące z innego okna na to miasto, w którym żyłem od lat. Byliśmy na balkonie. Zapach kwiatów dziwaczka mieścił w sobie samotność wielu dawnych ogrodów z mojego życia. Zapragnąłem wówczas jeszcze raz dotknąć któregoś z owych ogrodów. Moja matka schwyciła w garść świetlika. W tej ciemności, w cieple tej dłoni owad nie przestawał świecić. Tam, w tym kącie były też inne świetliki. Inne świetliki… Później próbowałem też dzielić się z nią na tamtym balkonie czy w innym pomieszczeniu tamtego domu moimi starymi piosenkami. Wiedziałem bowiem, że piosenki, te naprawdę przeżyte piosenki, nigdy nas nie opuszczą, nie będą mogły nas opuścić. Wiedziałem, że niektóre z nich zostaną prędzej czy później przeniesione, będą chciały być przeniesione do innych czasów, dla innych czasów. W takich chwilach piosenki były nami, naszym językiem, który utraciliśmy i którego za nic nie mogliśmy odnaleźć. Były naszym językiem, którego za nic nie mogliśmy odnaleźć, albo naszymi złudzeniami, które starałem się opisać w innych opowieściach, w imię innych uraz. Zresztą dlatego zachowywaliśmy niektóre nasze przedmioty, upieraliśmy się przy chronieniu ich; niektóre rzeczy częściowo z tego powodu były naszym garbem, który dźwigaliśmy z niektórymi ukochanymi podczas niektórych romansów, tych romansów żywionych jedynie marzeniami…

Chciałem też opowiedzieć, jak bardzo pokonany i porzucony czułem się podczas tych nocy, podczas tych naszych spotkań, w naszym wzajemnym dotyku. Mogłem wówczas oczywiście ponownie uchwycić się pióra i papieru, spróbować na nowo złapać się mojego „pisania”, „pisania”, którego – jak wierzyłem – miałem nigdy nie porzucić. W chwilach gdy pozostawałem z nią sam na sam, zapominałem o innych, o wszystkich moich projektach, tęsknotach, nadziejach na jutro, a co ważniejsze – o mojej prokrastynacji. To, co z nią przeżywałem, było – jeśli można tak powiedzieć – płodną śmiercią. Płodną śmiercią… W tym bowiem, jak mnie dotykała, jak pozwalała mi przeżywać tamte noce do samego końca z całym moim egoizmem, całym moim rozumem i seksualnością, kryło się także całe moje dzieciństwo. Całe moje dzieciństwo, tak… Całe moje dzieciństwo i wszystkie moje dzieciństwa, które w dzieciństwie straciłem… Teraz z tamtego domu, do którego chodziłem w owych czasach, pamiętam najlepiej po latach piosenki, które chcę opowiedzieć, którymi chcę podzielić się z innymi…

Gdy sobie to wszystko przypominam, z trudem przychodzi mi opowiadanie o tym, że wciąż pozostajemy przyjaciółmi, że nie potrafiłem w żaden sposób zdobyć się na rozstanie z nią. Nawet bowiem w momentach, w których próbowałem dzielić się z nią najbardziej wartościowymi fotografiami, słowami z mojego życia, nie umiałem mówić dostatecznie dużo, nie byłem w stanie. Dlaczego jednak żyłem tak z tymi moimi ścianami? Dlaczego, w imię jakich nadziei? Czyżbym bał się przeżywać ją bardziej, do końca, ryzykując wszystkie potencjalności? Być może… Zresztą innych naszych relacji nie umieliśmy odpowiednio udźwignąć z powodu tego samego strachu, ponieważ nie potrafiliśmy oddać się w całości tym, których kochaliśmy… Inne nasze relacje, a także nasze pasje zabiliśmy, gdyż w pewnym momencie zaczynaliśmy zatajać siebie, woleliśmy się zatajać… Sądzę, że ona to wiedziała; wiedziała to, odkąd po raz pierwszy się spotkaliśmy. Od pierwszych chwil, w których się spotkaliśmy, w których próbowaliśmy być czy pozostać z sobą… Ów czas był może czasem, w którym tamto dziecko szukało tamtego domu; w którym wraz z matką chciało utrzymać przy życiu do końca świetlika trzymanego w garści, w cieple dłoni, przynajmniej świetlika…

W tamte noce dzieliliśmy swoją seksualność z wszystkimi ludźmi, z tymi wszystkimi ludźmi odbierającymi nam rzeczy, których być może nigdy nie byliśmy w stanie nazwać… W tamte noce spisaliśmy też nasze historie, których nie będziemy mogli umieścić w żadnej książce… Ona to wiedziała… Wiedziała, dla kogo utrzymuję to przy życiu, że utrzymuję to przy życiu i będę starał się to robić dla pewnego braku, który z każdym mijającym dniem pojmowałem lepiej czy też chciałem wierzyć, że pojmuję go lepiej… Być może chciała mnie dla siebie, tylko dla siebie, właśnie dlatego że to wszystko wiedziała… Dla siebie, tylko dla siebie… Abym mógł być bardziej sobą albo bardziej u siebie…

Dlatego nigdy nie umiałem od niej odejść. Nigdy… Mimo wszystkich moich nadziei, ludzi i murów… Niekiedy nocą patrzymy z okna, przy którym stoimy, na inne noce. Uśmiecham się, ja też uczę się już z nią żyć… Wiem już, że nie zdołam oswobodzić się od tamtych nocy ani od owych ranków wślizgującymi się do mojego pokoju nieoczekiwanymi odgłosami, które uznałem już za zapomniane… Zaczynam już bowiem także rozumieć, z powodu jakich trosk ludzie, którzy kochają się, raniąc się i kalecząc, którzy trwają w miłości ze wszystkimi przeciwnościami i cierpieniami, nie mogą się rozejść mimo wszystkich ucieczek, zdrad i opóźnionych radości…

Miała na imię… Dla mnie miała na imię „Hüzün”… Hüzün… Smutek… To jedyne imię, które na razie umiałem znaleźć dla niej, dla mnie, dla naszego trwającego lata bycia razem… Ona zataiła bowiem przede mną inne imiona, tak samo jak uczyniła to z innymi czasami, uczuciami i domami, które mogła ofiarować naszym przeżywanym razem dniom. Czuję to, potrafię to lepiej zrozumieć po tych opóźnieniach spowodowanych moimi zdradami. Jednakże ten związek, jak wszystkie prawdziwe, prawidłowe związki, wymaga wysiłku, trudu zrozumienia. Dlatego będziemy wciąż trwać razem, będziemy rodzić inne noce dla innych małych nadziei. Będziemy wciąż trwać razem… Czy tego chcemy, czy nie… Nie da się w końcu zrozumieć morza, nie przeżywając go naprawdę. Nie da się zrozumieć ani morza, ani dziwaczków, ani zapachu lip, nie żyjąc z ryzykiem, prawdziwym ryzykiem stracenia ich. Kiedy o tym myślę, mocniej wierzę, że gdy przyjdzie czas, będę mógł poznać jej inne imiona… Może mi do tego wystarczyć nawet jedna fotografia… Zapewne jednak, aby się na niej znaleźć, nie będę mógł nigdy zapomnieć o niektórych innych zdjęciach… Wtedy ponownie się uśmiechnę. Nikt nie będzie wtedy jednak umiał zrozumieć, do kogo, po co uśmiecham się wśród tylu ludzi…

Kto wobec tego pozostał, u kogo i dla kogo?

Nadszedł wieczór… Kobieta spojrzała przez okno. Słuchała odgłosów dochodzących z zewnątrz.

– Szpaki – powiedziała sama do siebie – szpaki są tu i w tym roku… W głosach innych… Zupełnie jak my… Jak my…

Zachciało się jej płakać. Położyła głowę na ramieniu męża, który do niej podszedł. Zamknęła oczy. Tego wieczoru, w tym ogrodzie, w ich ogrodzie, mieli jeszcze raz napić się herbaty… Jeszcze raz byli w nieopowiedzianym opowiadaniu Czechowa. Tamten zegar jeszcze raz wybił tę samą godzinę…

Kto pozostał, u kogo i dla kogo?

OLGA

Granice swojego kraju wytyczyła, trochę tego nie zauważając, w tym swoim małym mieszkaniu w dzielnicy Şişli. Swój brylantowy naszyjnik „nosiła” ze wszystkimi wspomnieniami i tęsknotami, by móc pozostać księżniczką tej baśni, w którą do końca wierzyła. W rzeczywistości była kobietą miłości, które nie mogły zostać odpowiednio przeżyte. Chciała wyjechać do Meksyku.

MADAME ROZA

Miała bezkresne morze rumianku i znajomość nigdy niezapomnianego greckiego, które pochodziły z jej dzieciństwa, z ziemi Tracji. Były to klucze pozwalające jej wchodzić do wielu ukrytych, zakazanych pomieszczeń opowieści. Na życie patrzyła przede wszystkim z wiarą w cnotę cierpliwości i empatii. Nikt nie chciał „dotykać” kwestii relacji, jaką nawiązała z tamtą modystką z ulicy Yüksekkaldırım. Dla wszystkich w rodzinie była prawdziwą przystanią.

MADAME ESTREYA

Swoją miłość wolała zrodzić i „utrzymywać przy życiu” z dala od wszystkich bohaterów tej historii. Nikt nie był w stanie w pełni dowiedzieć się, co przeżyła w tych innych stronach Stambułu. Do rodziny wróciła ze swoim pozbawionym życia ciałem, gdy wszyscy znikali, każdy na swój sposób. Jej spojrzenie przywoływało na myśl głębię morza. Znaczenie owej głębi umiał uchwycić „jak należy” tylko jeden człowiek.

PAN MUHITTIN

Z tymi samymi emocjami i irytacją kochał zarówno rzewne utwory Selahattina Pınara, jak i polonezy Chopina. W opowieści chciał jak gdyby zachować tożsamość bohatera, który nie zdołał dośpiewać swojej piosenki do końca. Życie było dla niego „kiepskim żartem”.

EVA

Była córką bankiera z Rygi. W dniach, gdy postanowiła wyjść za swojego trzeciego kuzyna, obciążyła własną córkę tajemnicą, której nie mogła zdradzić nikomu innemu. Zresztą jej miłościom barwę i znaczenie zawsze nadawały tajemnice. Gdy została zmuszona do wyjazdu z Odessy do Aleksandrii, najbardziej smuciło ją to, że rozstawała się z fortepianem.

SCHWARTZ

Był jednym z „wybitnych” oficerów Armii Austro-Węgier. Do opowieści wszedł z „tożsamością” bohatera, który zagubił się w Stambule i utracił pamięć. Miał własny kraj, o którym nie potrafił opowiadać, lecz jedynie przedstawiał jego obraz. Nigdy nie zapomniał posiadanego w tym kraju gospodarstwa.

YASEF

Ważne było dla niego zarówno „lizusostwo”, jak i znajomość wszystkich dowcipów świata. Wierzył, że nie ma żadnego powodu ufać kobietom, a w ostatnich latach często powtarzał, iż żył dłużej niż powinien. Czy miał świadomość, że swojemu synowi przekazał umiejętności „tego komika”, przynajmniej „tego komika”?

JINET

Urodziła się w środku wojny o wielu historiach, które długo można by opowiadać. Uwierzyła, że dorastała najpierw w klasztorze w pobliżu Paryża, następnie w Stambule, a potem w Hajfie. W innej wojnie straciła bardzo istotną część siebie. Gdy w „nieoczekiwanym czasie” ujawniła się narratorowi w Wiedniu, pogrążona była w melancholii, której nie potrafiła ukryć. Tymczasem chciała się uśmiechać, zawsze chciała się uśmiechać.

ANRIKO

Starszej siostry najbardziej brakowało mu wtedy, gdy wpadał do tej głębokiej studni.

MARSEL ALGRANTE

Był na ścieżce innego boga. Skończył liceum Galatasaray. Uwielbiał Woltera.

ARAB SEDAT

Przez całe życie z dumą nosił swoją „dubeltówkę” i przez lata jeździł po drogach Anatolii furgonetką, którą nazywał „Detektywem”, i sprzedawał pachnidła. Trochę z tego powodu miał w sobie mapy sekretnych dróg nieznanych nikomu i przez nikogo niewidzianych. Posiadał wybitne zdolności naśladowcze. Owa niewielka miejscowość w pobliżu Stambułu była bardzo istotna nie tylko dla niego, lecz także dla innej postaci na krótko „pojawiającej się” w niniejszej opowieści.

HENRI MOSKOVIÇ

Był synem kupca, który zgromadził wielką fortunę w czasach Imperium. To, co przeżył z pewną wiedeńską hrabiną, której imienia nie był w stanie poznać nikt, kto znalazł się w tej długiej opowieści, było dla niego początkiem końca. Według pogłosek miał również krótkie przygody sercowe z najbardziej znanymi piosenkarkami i aktorkami swoich czasów. Ale prawdę mówiąc, miał tylko jedną księżniczkę z baśni.

WUJ KIRKOR

„Niechcący” „podsłuchał” wiele tajnych rozmów. Nieoczekiwany wypadek kazał mu porzucić zajęcie „tokarza” i „pchnął” go w stronę handlu. Był najbardziej zaufanym przyjacielem monsieur Jacques’a. Za jego niezdolnością do poproszenia żony o zrobienie mu faszerowanych małży krył się bardzo znaczący powód.

JÜLYET

Jej największym marzeniem było zagranie „Nory” na „tej scenie”. Bunty wciąż próbowała przeżywać w swoich pięknych fotografiach. Narratorowi chciała się zaprezentować z tożsamością silnej kobiety. Tak naprawdę tańczyła wyłącznie do własnych piosenek. Płakała tylko tego dnia, gdy chowała swoją córkę.

PAN KONSUL FAHRI

Jego dom w dzielnicy Salacak przypominał nieco „pustelnię”. W niektórych miejscach opowieści mówił, że uratował wielu tureckich Żydów z obozów koncentracyjnych.

ANI

Swoje „niedostatki” próbowała zapomnieć przy pomocy wciąż nowych mężczyzn, od których z łatwością odchodziła. Opowieść za bardzo na to nie pozwalała, ale z pewnością powinna była wynaleźć inne sposoby na nawiązanie lepszego, cieplejszego i prawdziwszego porozumienia z ojcem.

ROZI

W swoim milczeniu karmiła wielki bunt. Potrzebowała drobnego „dotyku”, by opowiedzieć o tej burzy, tak jak sobie tego życzyła. Nikt nie był w stanie dowiedzieć się, czy doznała owego „dotyku”.

BERTI

Do licznych podróży po świecie, które odbył w swoim życiu, dodał długie spacery po Stambule. Bardzo lubił też kino. A także pokazywanie, że czyta gazetę „The Guardian”. Wielu jego „znajomych” twierdziło, że „na próżno” studiował w Cambridge. Był zmuszony wierzyć, że jest dobrym ojcem.

NORA

Stojąc w tym deszczu, który dzieliła z matką, opowiadała o niemożliwości powrotu. Udawała się do miejsca, o którym wszyscy marzyli, lecz wciąż „odkładali” podróż do niego. Czy to z tego powodu narrator chciał komuś o niej „opowiedzieć”? Czy to z powodu owej brakującej „rzeczy” nie umiał jej zapomnieć? Z wielkim prawdopodobieństwem pokaże to w innym czasie inna opowieść. Jeśli pomyśleć o „tej sztuce”, jej imię pasowało do jej czynów.

PANI İNCILÂ

Nauczyciele w konserwatorium widzieli w niej przyszłą Seyyan Hanım. Ona jednak, ryzykując całą samotność i wszystkie błędy, zdecydowała się wyjść za Hugona Fridmana i „zniknąć” w Londynie. Do dzielnicy Kanlıca wracała niemal każdego roku dla tego, co pozostawiła w tej swojej starej nadmorskiej rezydencji, aby nie stracić przyjemności picia rakı i jednoczesnego obserwowania morza.

MONSIEUR ROBERT

W tym małym pokoju hotelowym na ulicy Sıraselviler, dokąd „powrót” zaryzykował, znajdowały się fotografie człowieka, który przeżył „inne” życia, a zarazem „nie udało mu się” ich przeżyć. Nie przyszło mu zbyt łatwo zaakceptowanie tego, że „najprawdziwszy” dom znalazł w niewielkim mieszkaniu pani İncili w Londynie. Ani tej nocy w wielkim kasynie w Monte Carlo, kiedy podał ogień księżniczce Sorai. Nie było wiadomo, czy żył w czasie spisywania niniejszej opowieści.

MONSIEUR TAHAR

Swoją elegancją, laską oraz ciemnymi okularami, które zakładał, wychodząc na ulicę, przypominał raczej dawnego szpiega skazanego na życie w jakimś mieście, a nie emerytowanego dziennikarza. Wierzył, że mistycyzm jest „poematem” podarowanym ludzkości i jeszcze nie w pełni odkrytym. Gdyby przyjaciele z ostatnich lat jego życia wiedzieli, co pozostawił w Casablance, mieście dzieciństwa i młodości, lepiej by go może rozumieli.

MONSIEUR ALDO

Czasem bywał arabskim katolikiem urodzonym w Bejrucie, czasami Lewantyńczykiem z Izmiru, innymi razy „saloniczaninem”, to znów aszkenazyjczykiem ze Stambułu. Według niektórych ostatnie lata życia spędził w Barcelonie, a według innych – w Goa. Niektórzy uważali, że umarł na kiłę, inni znów, że zasztyletował go syryjski handlarz bronią. Pod takimi tożsamościami był znany. Oszustwa na międzynarodową skalę przyniosły mu sławę. Podobno miał „znajomych” w każdym zakątku świata.

LOLA

Dzięki temu, co zapewniło jej gruntowne wykształcenie muzyczne i teatralne, jakie otrzymała w Budapeszcie, wychodziła na zupełnie inne sceny w kabaretach Soho. Koniec końców uratowanie się od „obozów śmierci” miało swoją cenę. Czy owo przypadkowe spotkanie z monsieur Robertem pewnego wieczoru „rzeczywiście” odmieniło jej życie?

CARLO

Chełpił się, że „poza jidysz” zna jeszcze trzynaście języków. Uważał, że prawdziwe historie miłosne można przeżyć tylko na morzu. Zapewne z tego przekonania któregoś dnia postanowił, że zostanie pilotem morskim na Bosforze. Gdy jednak decydował się na pozostanie na morzu, chciał przekonać samego siebie, że czeka na kogo innego i będzie musiał na tego kogoś czekać do samego końca.

ŞÜKRAN

Marzyła, że z tego małego, ciemnego i „zatęchłego” mieszkania w tamtej kamienicy przeniesie się w stronę „słońca”. Jej historia mogłaby stać się tematem „zwyczajnego” doniesienia z jakiegoś dziennika.

HÜSNÜ

Nie potrafił odnaleźć się w Stambule, gdyż był „przywiązany do innych wartości”. Przyczyny jego poczucia beznadziei oraz tego, że nie potrafił w najtrudniejszych czasach przytulić córki, moglibyśmy znaleźć w jego wyobcowaniu z nocnych świateł miasta. Należało mieć na uwadze, że do ostatnich dni opowieści nie wypuścił z palców papierosów Bafra, a co ważniejsze – że cały czas przechowywał tamtą gazetę. „To, co usłyszał”, kiedy wracał do siebie na wieś, „nie zostawszy nawet właścicielem mieszkania”, wynikało z tej samej postawy.

ANITA

Był pewien „krok”, który chciała ofiarować, o którym chciała opowiedzieć narratorowi. Ich spotkania nie były przypadkowe; stanowiły tak naprawdę „wymóg” opowieści. Aby jednak „ów krok” mógł zostać uczyniony, należało choć trochę uwierzyć, że na zboczach tamtych gór wyrastają inne kwiaty.

ELENI

Nie zasłużyła na uwięzienie w tamtym domu. Swoją reakcję postanowiła okazać, spacerując nago po pokojach, od których w żaden sposób nie mogła się uwolnić. Mówiono, że gdy była młodą ponętną dziewczyną, w jej życie wkroczył pewien śmiały oficer. „Odnalezienie” owego oficera mogłoby całkowicie odmienić bieg opowieści.

TANAŞ

Kanapki, które przygotowywał w swoim lokalu w dzielnicy Perşembe Pazarı, na całe lata utrwaliły się w pamięci „świadków”, czyli „tamtejszych” sprzedawców i rzemieślników. Sądzono, że żywi skrytą namiętność do córki.

CERI

Wykonał wszystkie plany w celu skonstruowania wielkiej rakiety. Mówiono, że poszedł na Harvard, gdzie pewnego dnia wstąpił do „sekretnej organizacji”. Kiedy pisano tę opowieść, miejsce jego „pobytu” pozostawało nieznane.

MARCELINA

Według niektórych była „prawdziwą kobietą”, a według innych – „jedynie iluzją”. Mogliście na nią wpaść w dowolnym mieście świata w najmniej oczekiwanym momencie.

HARUN

Nigdy nie pojęto, dlaczego porzucił karierę gitarzysty, a potem kierownicze stanowisko w wielkiej firmie, by zająć się prowadzeniem baru z klopsikami. Był jedną z „kluczowych” postaci opowieści, ale z jakiegoś powodu postanowił za bardzo się nie ujawniać.

JOZEF

Nikomu nie zdołał w pełni opowiedzieć o tym, kogo szukał w tamtym „bezkresnym białym kraju”. Czy kiedy w dorożce na „wyspie” wracał w końcu ku „blaskowi” miasta, rozumiał już, że „wszystko jest na swoim miejscu”?

NIKO

Mówił, że w Salonikach ma kochankę, która czeka na niego cierpliwie. Gdyby nie był dobrym krawcem, nie nazywano by go „złodziejskim kamizelkarzem”. Kiedy na skutek „tej niepomyślnej decyzji” został „wygnany” ze Stambułu, przekazał „na przechowanie” „oryginalne płyty HMV”, pozostałe z czasów monsieur Schurra i braci Gesaryan, swojemu bliskiemu przyjacielowi, tak by kiedyś móc po nie wrócić. Po kolekcji ślad jednak zaginął. Nigdy nie została też ustalona tożsamość owego przyjaciela.

YORGO

Był kotem Nika. Mówiono, że dobrze zna grecki, a co ważniejsze, pije rakı jak należy.

CIOTKA TILDA

Marzeniami odnajdywanymi w kinach dzieliła się z niewieloma osobami. Kiedy została zaproszona na tamto wesele, uwierzyła, że przynajmniej na jedną noc stanie się piękna jak Merle Oberon. Tkwił w niej jednak utajony pociąg do „przekraczania tamtej granicy”. Uwidoczniał się w jej przeżyciach zarówno w małżeństwie, jak i we wszystkich jej niewłaściwych, zakazanych relacjach.

MOZES

Tradycja zmusiła go nie tylko, by został krawcem, lecz także by żył w różnych miastach. Ów zegarmistrz z Odessy przekazał mu baśń, która miała trwać przez lata, a co najważniejsze – także w innych ludziach. Absurdem było to, że w Stambule, swoim ostatnim mieście, w dniach, kiedy wykonywał ostatnie szwy, zachorował na zapalenie płuc.

ENRICO WEIZMAN

Był hiszpańskim Żydem, komunistą zmuszonym schronić się we Francji po wielkiej porażce w „wojnie domowej”. Gdyby nie wysłał „tamtego listu” do monsieur Jacques’a, nie mógłby znaleźć się w tej opowieści. W Stambule był dwa razy. Za drugim razem przyjechał najprawdopodobniej po to, by podzielić się „innymi” momentami historii, które wcześniej w żaden sposób nie mogły zostać opowiedziane.

RAHEL

W każdym znanym sobie miejscu czekała na Nesima, kochała go, żyła nim, starała się go zrozumieć. Umiejętność patrzenia na życie z uśmiechem nie wynikała jedynie z jej osobowości. Bardzo żałowała, że zostawiła w Stambule autystycznego brata, który „zgubił busolę życia”, ale wiedziała też doskonale, że nie będzie w stanie oderwać się od rodziny założonej w innym miejscu. Wszystko to miało miejsce przed „obozami koncentracyjnymi”. Czy wiara w spuściznę Eyüpa była możliwa również w „tamtych dniach”?

PAN MUAMMER

Na jego szyi nigdy nie brakowało muszki. Przez całe życie wierzył, że praca przeszkadza w życiu. W czasach kiedy wprowadzono podatek od majątku, miał odegrać ważną, lecz niezauważoną przez wielu ludzi rolę.

MADAME PERLA

Po tym jak straciła światło dnia, dostrzegła miejsca niewidziane przez nikogo, dotknęła miejsc niedotykanych przez innych. Nie mogła wybaczyć mężowi, że umarł, nie poinformowawszy jej o tym. W ostatnich latach syn najchętniej wspominał jej piękno z wieczorów, kiedy wracali z dzielnicy Şehzadebaşı. W owe wieczory mieli łódkę pływającą po Złotym Rogu.

AVRAM EFENDI

Był mężczyzną umiejącym korzystać z życia, a zarazem właścicielem warsztatu naprawiającego stare dywany, wyobrażającym sobie, że wszystko, czego się tknie, staje się dziełem sztuki. Dni, w których przesiadywał ze starym bohaterem opowieści, monsieur Moizem, w kawiarni Sarıadama, oczekując na „główną wygraną” w loterii państwowej, nastąpiły wiele lat po owym pożarze. Czy jego lęk przed nagłą śmiercią na ulicy wiązał się z tym, co „przeżył” podczas pożaru?

MIMIKO

W swoich szklanych kulkach chciał ukryć osobny świat, więcej – rozmaite światła. Gdyby był w stanie zjechać całą tamtą wyspę na rowerze, wielu „znajomych” patrzyłoby na niego inaczej. Być może z tego właśnie powodu posiłki jadane w owej restauracji na Tepebaşı były jego „najprawdziwszymi” posiłkami.

LENA

Była jak żywcem wyjęta z kadrów tych wiadomych filmów. Paliła papierosy przez długą lufkę, powtarzała, że życie zaczyna się dla niej dopiero po północy.

NESIM

Podziw wobec języka niemieckiego nie uchronił go przed uwięzieniem w obozie koncentracyjnym. Pod pewnymi względami był prawdziwym Turkiem osmańskim, który zawsze czuł przywiązanie do Stambułu. Wierzył, że będzie mógł się uratować przed ową podróżą ku śmierci, chroniąc się w swojej tureckości w tamtym mieście na wybrzeżu Atlantyku. W tamtych jednak czasach należało mieć pewne kwestie na uwadze bardziej niż kiedykolwiek indziej.

MONSIEUR JACQUES

Był postawnym, wysokim człowiekiem kontrastów, który zdaniem wielu innych ludzi znajdował w sobie miejsce zarówno dla prawdy, jak i dla fałszu. Gdyby nie on, ta historia nie mogłaby zostać napisana. Gdyby nie on, nie dałoby się zaryzykować tych długich rozważań. W listach pisanych do rodziców z Hiszpanii ukazał się niektórym jako człowiek znający subtelności życia. Były dla niego ważne zarówno baśnie, jak i – w ostatnich dniach życia – wyprawy nad morze. Po mistrzowsku grał w bezika. Był głęboko przywiązany do uczuć, które budziły w nim róże stulistne. Już choćby dzięki temu wszystkiemu mogliśmy lepiej zrozumieć, co czuł tego letniego wieczoru w owej restauracji w dzielnicy Kireçburnu, gdy przepływały przed nim tamte statki.

Baśnie i wspomnienia

Gwiazda Estrei

Z upływem lat człowiek uczył się nosić na różne sposoby ból bycia porzuconym albo nieuniknionego porzucania. Z czasem umiał też odkryć magię chowania się za pewnymi wyobrażeniami… Od czasu do czasu, w chwilach samotności i braku możliwości powrotu potrafił także wyznać swojemu wewnętrznemu ja, co i gdzie pozostawił… Swojemu wewnętrznemu ja… Nawet gdyby mimo wszystkich przypadków „rozmnożenia”, wszystkich związków, czuł się samotny; gdyby mimo posiadania wszystkich tych przestrzeni schronienia i ucieczki czuł się bezbronny; nawet gdyby mimo wszystkich ubrań czuł się nagi… Zresztą aby móc z tymi ludźmi, w swoim czasie i w swojej samotności przeżywać owe nieopowiadalne miejsca, o których wiedział, że nie zdoła do nich dotrzeć, upominając się, tak jak sobie tego życzył, o prawdę, był trochę zmuszony wierzyć w istnienie tej drogi. Mówiąc zwyczajnymi, banalnymi, trochę pustymi już słowami: była to reguła gry. Ponieważ „inni” już tam byli. Inni już tam byli… Jak we wszystkich „znanych” opowieściach… Jak w pochodzących z innych czasów, klimatów, ze światów innych uczuć miastach, których nie dało się przeżywać tak, jak się to sobie wymarzyło… Inni tam byli… Nawet gdyby zmienili miejsce, przenieśli się gdzieś, stali się dla człowieka niewidoczni, i tak tam pozostawali. Nawet gdyby człowiek powędrował gdzie indziej, wyruszył na podbój innych krain, niosąc w sobie swoje wewnętrzne granice, oni pozostaliby przy nim, nie porzuciliby go. Spektakl był waszym spektaklem, a scena – sceną, do której każdy przygotowywał się w osobnym pomiesz­czeniu, gdzie każdy wolał zachować swój pokój dla siebie, gdzie luster chciano zwykle nie dostrzegać, gdzie widzowie byli także aktorami; nie mogli uniknąć bycia nimi. Przygotowania były zawsze czynione u kogoś, dla kogoś. Zawsze u kogoś, na dnie robione jak należy… Na noce pomnażane czy raczej gromadzone na potrzeby spektakli…

Na weekendy, które przeżywaliście, dzieliliście z innymi, poprzestając na krótkich wypadach na łono natury, drobnych wycieczkach, małych spacerach. Dzięki cichej, znanej wszystkim umowie, której jednak nikt nie odważyłby się zakwestionować na głos…

W owych bardzo dawnych dniach także najprawdopodobniej żyło się podobnie. Co zresztą się zmieniło, co mogło się fundamentalnie, tak naprawdę zmienić? Mogliście pomyśleć o obrazach zwycięstw, porażek, uraz, żalów czy rozstań, które powracały do was od czasu do czasu wraz z różnymi śmierciami. Aby jednak lepiej zrozumieć powód, dla którego monsieur Jacques tęsknił w tamtych chwilach za Olgą bardziej niż za kimkolwiek innym i szukał jej bardziej niż kogokolwiek, należało oprócz próbowania wszystkich tych możliwości umieć dotrzeć do granic opowieści dotyczącej oporu, obrony i potwierdzenia tego, co zostało i mogło zostać przeżyte.

Zaryzykować dotarcie do granic albo posuwanie się w czyimś kierunku, choćby niepewnym krokiem… Z wahaniem i trochę w strachu… Właśnie z tego powodu podczas tych długich samotnych nocy nie było mi łatwo jako gościowi, który został przyjęty do ich życia jedynie do pewnego stopnia, jako aktorowi, poznać w pełnym tego słowa znaczeniu, kogo wspominano w jaki sposób, w jakich obrazach, zapachach i głosach, i połączyć jak należy części jednej całości zgodnie z życiem i wolą tych ludzi. Sam również chciałem zapuścić się w te zaułki. Jednakże mimo wszystkich tych wysiłków zmierzających do zrozumienia lub opowiedzenia, ludzie mogli tam również stać się przeszkodami dla siebie, swoimi obserwatorami. Niektóre obrazy i uczucia zajmowały inny obszar owych żywotów. Z czasem ja także miałem pojąć znaczenie tego obszaru. Ja także… Po tym jak nauczyłem się iść naprzód w tych ludziach mimo wszystkich swoich kroków w bok… W tej sytuacji pozostawało jedynie znać wskazówki, umieć je wychwycić, przeżywać opowieści ukryte w nowych, nieoczekiwanych miejscach za nimi albo za jakimiś detalami, a przynajmniej upadać, próbując udawać, że się żyje, ryzykując chodzenie we śnie… Aby wykroczyć poza ten spektakl, jaki chciano wystawić przed innymi, należało podążać tą drogą; dało się to osiągnąć jedynie poprzez sceny, które ukazywano, które dało się ukazać, oraz poprzez dialogi, które dało się usłyszeć. O magii pewnych zbiegów okoliczności mówiłem już wcześniej w innych opowieściach…

Ostatni raz spotkaliśmy się wszyscy razem dla madame Estrei w domu Jülyet. Madame umarła gdzie indziej, po innym życiu, w sposób odpowiedni do drogi, jaką wybrała, przy „innych”, zachowując swoje ostatnie chwile dla siebie, tylko dla siebie. Nikt nie odebrał jej odejścia jak innych znanych nam śmierci, nikt nie miał odczuć jej braku w pełnym tego słowa znaczeniu. Od lat przecież nie było jej w pobliżu… Przez całe lata wiodła przecież inne życie… Mimo to po pogrzebie postanowiliśmy się spotkać na tej tradycyjnej stypie, którą powinniśmy dzielić „całą rodziną”, podczas której od tak dawna podawano te same potrawy. Był to ostatni „obowiązek”. Tego uczucia nikt nie mógł nikomu odebrać. Nikt… nawet… samo życie… Nawet samo życie, nawet owe życia, które pewnym osobom zdawały się zdradą… Spotkanie to było przynajmniej okazją do przeżycia na nowo tych tajemnych, związanych z owymi ludźmi chwil, które nosiliśmy w sobie dla nich, okazją do wciśnięcia ich w ten krótki czas. Można było przynajmniej urzeczywistnić w tamtym czasie ową niewielką ucieczkę dla tego człowieka, z tym człowiekiem. Trochę z tego powodu podczas stypy – jak to zawsze bywa na podobnych przyjęciach – spotkaliśmy też nasze wspomnienia, nasze drobne żale i naszych wcześniejszych zmarłych. Także naszych wcześniejszych zmarłych… Może życia nie zawsze należały do nas, ale zmarli zawsze byli nasi… Było tak również w trakcie ostatniej modlitwy w domu. Należało z szacunkiem pokłonić się wspomnieniom o tych członkach rodziny, o których wiedziano – czy raczej sądzono – że trafili do raju. Rabin wymieniał kolejno imiona „owych zmarłych”, a zgromadzeni zgodnym chórem odpowiadali: „Jest w raju”. Od lat, od wieków tak się żyło, tak chciano żyć, tak… Obrazy owych ludzi w tamtej chwili były waszymi obrazami, waszą prawdą, której nigdy nie mogliście nikomu zdradzić. Mogliście rzecz jasna wrócić do swoich dni z tych miejsc, od tych ludzi, których pozostawiliście w tyle, w innych czasach, a powrót ten mogliście urzeczywistnić, nie dając odczuć innym dookoła, że widzieliście owe miejsca. Te ograniczenia były wasze, lecz spektakl należał do wszystkich…

Pogrzeb odbył się w niewielkiej synagodze na cmentarzu. Madame Estreya nie pozostawiła bowiem ani wystarczającej liczby ludzi, by wypełnić dużą synagogę, ani pieniędzy, które „wymagałyby” pierwszorzędnej ceremonii. Wspominam ją teraz w kilku obrazach z dawnych, bardzo dawnych lat. W całkowicie zatartych obrazach, których wiele szczegółów uległo zapomnieniu. Dlatego nie umiem wejść na tyle, na ile bym chciał, w jej opowieść, w tę długą opowieść, którą – jak wierzę – pozostawiła nieznanym mi ludziom. Niektóre jej elementy wydają się utracone, zagubione na wieczne zatracenie w bardzo odległych miejscach. Tak jakby wiodące do niej drogi, bramy były na zawsze niedostępne, jakby chciano trzymać je zamknięte. Zawsze była obca, była obcą wśród obcych, obcą skazaną, jeśli można tak powiedzieć, na swoją obcość, która od pewnego momentu tej obcości pragnęła. Była obca… Tymczasem madame Estreya była młodszą siostrą madame Rozy, drugą córką w rodzinie, córką, która postanowiła przeżywać życie od trudnej strony, była z tego powodu zmuszona do poniesienia wielkich kosztów, i którą znano, chciano znać w odległych miejscach, choć nigdy nie odrzucano jej jak ciotki Tildy. Mimo całego swojego piękna, mimo schronienia, które dawały, tradycje niosły ze sobą tyle okrucieństwa oraz tyle zwyczajnej, bezgłośnej śmierci. Opowieść była przeznaczona dla tych, którzy umieją poprzestać na kilku szczegółach, dla tych, którym do życia wystarcza jedynie kilka zdań, oraz dla tych, którzy postanawiają pozostać w tych rodzinach, tradycjach; co więcej, była opowieścią, o której nie chce się za długo mówić, o której nie warto mówić. Na tyle, na ile „zdołałem dostrzec”, ze swoimi błękitnymi oczami, prawdopodobnie – jak chciałem wierzyć – odziedziczonymi po dalekich krewnych z Tracji, madame Estreya była najpiękniejszą kobietą w rodzinie. W latach nauki w liceum była podobno zainteresowaną muzyką introwertyczką. Uczyła się w high school, gdzie wszystkie młode dziewczęta wychowywano, chciano wychować na „ladies”. Uwielbiała Dickensa i w swoim bracie, monsieur Robercie, dostrzegała obrazy z jego powieści, które czytała w szkole wciąż na nowo. Pewnego dnia zakochała się w tak samo zamkniętym w sobie jak ona młodzieńcu z liceum Galatasaray. W owych dniach oboje byli jeszcze uczniami. Gdzie, jak, wskutek jakich zbiegów okoliczności madame Estreya poznała tego „wrażliwego chłopca”, który wkroczył w jej późniejsze życie jako pan Muhittin, bliskość, jaką odczuwał wobec piosenek Selahattina Pınara, czuł także do polonezów Chopina, i starał się nie ujawniać przed zbyt wieloma ludźmi swojej miłości do poezji. Dlaczego trwała w tej niebezpiecznej, zakazanej relacji, podążając za różnymi tęsknotami i nadziejami ku przyszłości innej niż jej zalecano? Czy ruszyła w tę stronę z powodu jakichś uczuć, czy dlatego że odczuwała jakiś brak? Nigdy nie zdołałem i nigdy nie zdołam się tego dowiedzieć. Zdawało się, że jest tu jakaś nieciągłość, jakiś okres, który ludzie przeżywający tamte dni chcieli zachować dla siebie, tylko dla siebie. Była to jedna z kwestii, o których nie mówiono za często w rodzinie; odrzucono ją gdzieś, a potem nie chciano już do niej wracać. Z tego jednak co rozumiem, ich przeżycia stanowiły jedną z tych mocno wstrząsających historii miłosnych, których nieuchronność jest ostatecznie akceptowana mimo wszystkich sprzeciwów i przeszkód; którą kochankowie przeżywają do samego końca, ryzykując wszelkie konsekwencje, a według niektórych – doprowadzając się nawzajem do nieszczęścia, wyciągając poza społeczeństwo. Pobrali się, w jakimś chyba stopniu zdając sobie sprawę, że ryzykują tym samym długi, poważny konflikt nie tylko ze swoimi rodzinami, lecz także z samym życiem. Przez jakiś czas mieszkali w dzielnicy Feriköy. Później, jakby kierowani pragnieniem sformalizowania swojego wygnania spośród krewnych, przeprowadzili się w miejsce o wiele odleglejsze, do całkowicie im obcej okolicy Harem. Do owej dzielnicy, która w tamtych czasach wszystkim swoim mieszkańcom wydawała się pod wieloma względami odległa, bardzo odległa, i w której żaden Żyd nie wyobrażał sobie życia. Z tego co udało mi się dowiedzieć, wybór miejsca zamieszkania został podjęty w głównej mierze przez madame Estreyę. Tak, wybór. Wybór dokonywany w imię życia, w imię ustalenia swojego miejsca w życiu, wybór, który być może mógł zostać podjęty tylko raz. Z tęsknotą za nową, całkowicie nową przyszłością… Z tęsknotą za inną przyszłością, jaką miało się poznać, lecz zarazem po to, by opowiedzieć innym o jakimś buncie, miłosnym przywiązaniu, o wezwaniu prawdziwej miłości, czyli innymi słowy – o stanowczej decyzji, by nie wracać… Aby móc nosić ową decyzję ze wszystkimi rozczarowaniami, uczuciami porzucenia i wysiłkami skierowanymi na poznanie siebie, jakie powodowała… Przeprowadzka nie była też łatwa dla pana Muhittina. Przez całe życie czuł się bowiem przynależny do owego „drugiego brzegu” Stambułu. Owo przywiązanie, „przynależność”, udowadniał sobie, przede wszystkim sobie, opowiadając o tym, jak mimo ograniczonych możliwości podczas wrześniowego pogromu udzielił w swoim domu schronienia przyjacielowi z lat dzieciństwa i młodości, Apostolowi, wraz z rodziną; a także prowadząc za rękę wcześnie rano na drugi dzień swojego sześcioletniego bratanka na Beyoğlu, by pokazując mu konsekwencje wydarzeń i „zniszczenia”, jakich dokonano, powiedzieć: „Oto coś, czego nie powinieneś oglądać już nigdy w życiu!”. Tak, chciał to udowodnić przede wszystkim samemu sobie. Lata, całe lata po tym, jak zaryzykował tę miłość; kto wie, być może trochę z nadzieją powrotu do owych straconych dni…

Tęsknoty, rozczarowania, drobne radości… Przeżywali tę miłość w swoim małym świecie, dowiadując się odrobinę lepiej z każdym dniem, co może im dać zakazana miłość albo co może im odebrać. Odrobinę lepiej z każdym dniem… Wierząc, że kosztem wszystkiego, czemu musieli stawić czoło, zasłużyli na tę miłość… Wbrew innym, wbrew tradycjom, wbrew bólowi życia, jakie za sobą pozostawili… Nie chowając się za innymi, za tradycjami, którym nie uczynili zadość… Ich zdecydowanie wystarcza, by wyjaśnić, dlaczego przez długi czas nie mogli widywać się z rodzinami, woleli się z nimi nie widywać. Nie ma też wątpliwości, że aby pewne uczucia i wybory życiowe zostały „należycie” zrozumiane, aby mogły być umiesz­czone we właściwych ramach, musieli jeszcze cierpliwie czekać. Kiedy minęły lata, bardzo długie lata, za odpowiednią sposobność uznali święta. Bojaźliwym krokiem ruszali w odwiedziny. Próbowali zrozumieć i na nowo opowiedzieć sobie te coraz bardziej już inne domy. Ale to wszystko, na tym poprzestali. Wypełnienie tej pustki, która powstawała przez dziesiątki lat, ponowne połączenie dróg, które się rozeszły, okazało się niemożliwe. Więzi, prawdziwe więzi były już dawno zerwane…

Według pewnej pogłoski madame Estreya przeszła na islam. Przyjęła imię Yıldız. Z czasem jednak okazało się, że za ową pogłoską stało pewne kłamstwo. Można było oczekiwać, że podejmie taki wybór, by z większą łatwością sprostać pewnym trudnościom tego ciężkiego życia w odległym miejscu. Co więcej, wybór ten mógłby dać wskazówki kierujące w stronę innych prawd, których należało szukać o wiele głębiej. Taką decyzję mogłaby jednak podjąć wyłącznie madame Estreya – podobnie jak miało to miejsce wtedy, kiedy zaryzykowała wygnanie. Pan Muhittin, jakiego znałem, był bowiem człowiekiem życzliwym i otwartym, umiał słuchać i nawet wobec tych wydarzeń nie zażądałby od madame konwersji.

Gdy był już na emeryturze, od czasu do czasu przychodził do „sklepu” zobaczyć się z monsieur Jacques’em. Było to w czasach, gdy zamknął własny sklepik na bazarze w dzielnicy Kadıköy, spoglądający z oddali i „po wiejsku” na targ rybny na Galatasaray. Pamiętam go właśnie z tamtych dni. O jego odwiedzinach nie miały chyba pojęcia ani madame Roza, ani madame Estreya. Nie mam jednak żadnych konkretnych dowodów na potwierdzenie tej tezy. Innymi słowy, możliwe, że mylę się i w tej obserwacji, że i tu wpadam w pułapkę wyobrażenia, które nic dla nikogo nie znaczy. Najbardziej chcę chyba ponownie uwierzyć w coś nieprawdopodobnego. Ponownie uwierzyć w coś nieprawdopodobnego, by otworzyć sobie drogę ku opowieści, której sekret pewnego dnia być może znów będę pragnął odkryć… To nic złego, gdy pomyśleć o tym, co ryzykujemy w imię owych tęsknot, które odkładamy, wciąż odkładamy na później, w imię owych dni, którym cały czas każemy czekać… Ostatecznie wszystkim z nas było potrzebne przeżycie tego uczucia podążania za okruchami nadziei, tak byśmy mogli ujrzeć nowy dzień, jeszcze jeden dzień…

Poza tym, pomijając już to wszystko, tamte chwile, o których wiedzieliśmy, że są gdzieś ukryte, które wydawały się nam piękne, nieskalane, nietknięte, bo jeszcze ich nie przeżyliśmy, miały swoją magię. Kto wie, być może opowieści nie kończyły się, nie mogły zostać zakończone w jakimś stopniu i z tego powodu…

A jeśli chodzi o prawdy, o to, co umiałem dostrzec, o to, co byłem w stanie przeżyć jako świadek… Pan Muhittin był zdeklarowanym zwolennikiem Republikańskiej Partii Ludowej. Z tego powodu często nie zgadzał się w ocenie codziennych wydarzeń politycznych ze zdeklarowanym demokratą monsieur Jacques’em. Ich dyskusje przeprowadzane w sklepie istniały trochę po to, by nadać życiu nieco barwy i zignorować inne życia. Wszak znane wszystkim i przez wszystkich omawiane oblicze tych codziennych wydarzeń było tarczą, za którą ludzie chowali, taili swoje życia. Było jednak jakieś miejsce, gdzie mimo wszystkich różnic spotykali się z uczuciem, którego nie byłem w stanie nazwać, zdefiniować. Myślę, że dzielili ową przestrzeń w chwilach, gdy ukazywały się im na nowo trudności życia. Z tego względu, dzięki istnieniu tego miejsca nie potrzebowali zbyt wielu słów. Dlatego też być może łącząca ich miłość była głębokim uczuciem, które przeżywali, nie ujawniając się z nim „zbytnio” na zewnątrz… W dni, w które odbywały się te nieczęste odwiedziny, zawsze chodzili na obiad do restauracji Borsa. Raz czy dwa poszedłem z nimi. Monsieur Jacques opowiadał wówczas o zmieniających się czasach i ludziach, o szpetniejącym Stambule. Z każdym dniem stawali się odrobinę bardziej wyalienowani z tego miasta, które zamieszkiwali. Pan Muhittin kilka razy podczas tych obiadów powiedział, że życie to kiepski żart. Życie to kiepski żart… Na pierwszy rzut oka fraza ta brzmiała jak słowa banalnej, łatwej do strawienia piosenki. Kiedy jednak trochę pomyśleć, okazuje się, że takie proste słowa są w stanie najlepiej streścić życie wielu ludzi. Życie to kiepski żart… Monsieur Jacques’owi owo uczucie nie było obce; nie mógłby zdystansować się do kogoś, kto doświadczał go całym swoim istnieniem i umiał w sobie nosić. Jestem pewien, że był taki czas, kiedy nie uznawał męża swojej siostry za „El Turco”, tak jak wielu członków jego rodziny. Sądzę, że był to czas nadający znaczenie temu miejscu, jedynie odczuwalny, taki, którego nie da się nikomu opowiedzieć.

Z tego co zrozumiałem z owych zażartych sklepowych dyskusji, madame Estreya również zaczęła opowiadać się za Partią Ludową. Nie był to łatwy wybór dla Żydówki, która przeżyła „tamten okres” – czas władzy İsmeta Paszy. Z drugiej strony miała tak wiele powodów, by przeciwstawiać się „tamtym życiom”, swojej rodzinie…

Pewnego dnia pod wieczór pan Muhittin umarł nagle, gdy grał na oudzie i śpiewał jedną z piosenek Selahattina Pınara kobiecie, z którą żył tyle lat. Umarł nagle, nie dokończywszy piosenki, opierając głowę na instrumencie i z delikatnym uśmiechem na ustach… To musiał być zawał… To wszystko. Zdawało się, że żartował… Był to najwyraźniej ostatni pokaz pana Muhittina, ostatni pokaz ukazujący jego spojrzenie na życie, jego życiową postawę. Dlatego pewnie nigdy nie zapomniałem jego słów: „Życie to kiepski żart”. Do tego jeszcze nie dokończył piosenki. Ten widok, ta „chwila nieskończoności” tak dobrze pasowała do tego świata… Pogrzebem zajął się monsieur Jacques. Moim zdaniem na ten szczegół warto zwrócić uwagę…

Tak właśnie wyglądała historia Estrei i Muhittina. Nie mieli dzieci. Czy stało się tak z jakiegoś konkretnego powodu? Czy był to ich świadomy wybór? Możliwe. Według madame Rozy ów „wybór” miał powody, które dało się zrozumieć i których można było bronić. Z kolei według monsieur Jacques’a było to jedno z pytań, na które niełatwo znaleźć odpowiedź i na które nikt nie będzie chciał odpowiedzieć. Wydawało się, że dzielił z panem Muhittinem ważny, bardzo ważny sekret w tej kwestii. Sekret, który mógł przynajmniej z jednej perspektywy objaśnić życie, jakie dwoje ludzi starało się wieść w innym miejscu. Ów sekret należał do tych, które miały trafić do grobu wraz ze zmarłymi…

Po śmierci pana Muhittina madame Estreya nie powróciła do rodziny, a nawet nie spróbowała zwiększyć częstotliwości swoich wizyt w tych domach, u tych ludzi, których porzuciła, musiała porzucić tyle lat wcześniej. Drzwi raz zamknięte, zamknięte pozostały. Każdy miał już inne życie. Zresztą z tego co pamiętam, ona sama umarła w ciągu dwóch lat. Nie każąc zbyt długo czekać na siebie temu mężczyźnie, dla którego postanowiła zmienić swoje życie, nie pozostając zmuszona żyć długo w samotności. O jej śmierci poinformował ktoś z sąsiadów. Sąsiedzi mają przecież niekiedy tego typu role w takich opowieściach.

Czasami kiedy myślę o tym wszystkim, o tej historii, pytam samego siebie, dlaczego monsieur Robert i ciotka Tilda nie upomnieli się o swoją starszą siostrę. Nie ulega wątpliwości, że w tych relacjach było wiele problemów, których szczegółów nie byłem w stanie poznać. Chcę wobec tego do końca wierzyć w istnienie dni i nocy, które nie dotarły do mnie i pozostały u innych. Jeśli jednak doszło do jakiegoś zerwania, jeśli ktoś je zapoczątkował, ryzykując wszelkie konsekwencje, by ustawić swoje życie na właściwych torach, w tej opowieści musiała to być madame Estreya. Reszta była z punktu widzenia innych jedynie ucieczką, rezygnacją, rozpaczą. Ona bowiem umiała zamykać drzwi jak należy. W innym wypadku nie dałoby się znaleźć sensu możliwego do obronienia czy wartego obronienia w imię dni przeżywanych podczas tego długiego wygnania.

Madame Estreya (na jej stypie pojawiliśmy się niejako z poczucia „obowiązku”) trwała w moim życiu właśnie w ten sposób: jako kobieta, która wybrała dystans do pewnych miejsc i rzeczy albo została do tego dystansu zmuszona, która wolała przeżyć i zabić długą podróż w sobie, lecz mimo to „zyskała” samotność, której się nie wstydziła i którą kochała, a co ważniejsze – którą nauczyła się przeżywać, dźwigać ze wszystkimi konsekwencjami. Być może zdołam też dzięki temu wyjaśnić, dlaczego kiedy powróciła z miejsca, które wybrała, do tego, które porzuciła, nie było już nikogo, kto by się z nią pożegnał – a raczej z wyobrażeniem pozostawionym przez jej ciało – odrywając kawałek jej bielizny (ten drobny rytuał zawsze mnie fascynował). Tak, nie było już w domu nikogo z tamtych jej krewnych. Madame Roza nie żyła, monsieur Robert był w Londynie, z którego już nigdy miał nie powrócić do Stambułu, a ciotka Tilda nie zjawiła się mimo zaproszenia – twierdziła, że za siostrę pomodli się samotnie w synagodze. Owa ostatnia modlitwa za jej duszę, a nawet „kadisz” nigdy nie zostały odmówione. W tych dniach umiałem już lepiej lub gorzej patrzeć na czas i cierpienie z odrobiną humoru. Nieodmówienie modlitwy oznaczało zatem, że ominął mnie spektakl, którego oglądanie sprawiłoby mi przyjemność. Sytuacja różniła się nieco od wcześniejszych „zbiorowych” modlitw. Ludzie modlili się tam wspólnie setki, tysiące razy, nie rozumiejąc nigdy swoich słów, językiem niewypowiedzianie odległego dla nich świata, tak jak ich nauczono, tak jak „należało”, dla zachowania porządku, aby pokazać, że wszystko przebiega poprawnie, lecz ostatecznie – pozostawali obcy samym sobie. Nigdy nie zapomniałem tych chwil. Byłem pewny, że nie wiedzieli nawet, iż ta modlitwa nie jest po hebrajsku, lecz stanowi wołanie dochodzące z owego dawnego babilońskiego wygnania. Nie mogę oczywiście ignorować wagi tego poczucia bezpieczeństwa zrodzonego z samego bycia razem podczas modlitwy odmawianej tak różnymi, innymi słowami ani tego niewyrażalnego ciepła, które można jedynie przeżyć. W końcu w takim miejscu jak to człowiek, chcąc nie chcąc, odczuwa swoją inność, nie jest w stanie od niej uciec. Pomijając to wszystko, jeśliby zechcieć podążać w kierunku bardziej prywatnego świata, można by pomyśleć, że emocje odczuwane podczas tej modlitwy dałoby się łączyć z uczuciem powiązanym z rozstaniem, z ostatecznym przypomnieniem.

Słowa nabrały znaczeń w innych światach poprzez rozmaite, bardzo specyficzne skojarzenia… Modlitwa nieodmówiona dla madame Estrei była właśnie taką modlitwą. Kiedy pomyśleć o walce o zrozumienie, którą podjęła się prowadzić przez całe życie, sytuacja ta idealnie do niej pasowała. Nawet po śmierci nie chciała pozostawać niezrozumiana przez innych. Jest to bez wątpienia poetycka interpretacja tych wydarzeń; jedynie część roli, którą dla madame znalazłem, którą jej przypisałem. Prawda była rzecz jasna inna. Modlitwa nie została odmówiona, ponieważ aby tak się stało, musiałoby się zebrać co najmniej dziesięciu Żydów po bar micwie. My tymczasem podczas tego spotkania stanowiliśmy jedynie ośmioosobową „rodzinę” złożoną z kobiet i mężczyzn. Rozumiecie, że znów było nas za mało, znów ktoś został w innym, niewłaściwym miejscu. Innymi słowy madame Estreya została porzucona w każdym sensie. Nawet w swojej śmierci… Imię Estreya znaczyło „gwiazda”. Dla wielu jednak jej gwiazda nigdy nie rozbłysła… Dla wielu… Dla tych, którzy wybrali owe przymierza…

Rozumieć, próbować rozumieć… Ta fraza musiała mieć ogromne znaczenie także dla monsieur Jacques’a, który długo i ze szczegółami opowiadał mi nie tylko o wygnaniu babilońskim, lecz także o przeżywanych przez proroka Abrahama, proroka Salomona, przez Józefa i Dawida przygodach, które noszę dziś w sobie niby baśnie. Śmierć pozostawiała człowieka sam na sam z różnymi dojmującymi obliczami samotności. Monsieur Jacques zdawał się tego dnia jakby pogrążony w samotności gdzieś daleko, bardzo daleko poza tym spektaklem, w miejscu, do którego nie zdołałby dotrzeć nikt. Ów jego stan dało się poznać po tym, że po zakończeniu tej drobnej ceremonii wypełnionej modlitwami nie usiadł za stołem, który przez lata tak długie, że starczyłoby ich na kilka żywotów, nie zmienił się ani trochę – czy też nie powinien był się zmieniać – tylko wziął talerz, na który Jülyet nałożyła mu kilka oliwek, kawałek sera, domowe herbatniki z anyżkiem oraz uwielbianą przez niego (wiedziałem, że zachowa ją na koniec) „borekitę”, czyli ów pasztecik mistrzowsko przyrządzany przez madame Rozę (doskonale umiała zwłaszcza uchwycić odpowiednią konsystencję ciasta), który tak często przypominał mi porzucone gdzieś letnie poranki, a następnie usiadł w „swoim kącie” w salonie na jednym z tych przykrytych pokrowcami foteli i prawie się nie odzywając, jadł, nie zapomniawszy też o sączeniu rakı. Mogę go teraz ponownie umieścić na tym obrazie. Przed sobą miał tę inkrustowaną masą perłową ławę, na którą odstawiał kieliszek, a którą po śmierci madame Rozy podarował Bertiemu i Jülyet „na pamiątkę drobnego, ale niezapomnianego wydarzenia”. Przesuwał palcami po zdobieniach na blacie. Wszystko, co zrodziły skojarzenia wywołane przez ten bakłażanowy pasztecik i tę rakı, które spotkały się w tamtej chwili, wszystko, co zrodziły wzory pokrywające stolik i pozostające na nim, lecz wysyłające człowieka w podróż w zupełnie inne miejsca, dawało wskazówki, że gdzie indziej są jakieś inne żywoty – „ich żywoty”. Umarły i madame Roza, i Olga. Istniało więc już miejsce, w którym przeznaczone mu było pozostać, żyć do samego końca. Niewykluczone, że było to miejsce, które po raz pierwszy od tak wielu lat należało do niego. Czas po raz pierwszy był we właściwym punkcie, po raz pierwszy się nie spieszył, nie oszukiwał, nie był opóźniony… Tylko w ten sposób umiałem wytłumaczyć uśmiech, jaki malował się na twarzy monsieur Jacques’a, gdy patrzył długo i z pewną dozą głębokiego smutku na trzymany w kieszeni stary zegarek na łańcuszku. Znałem historię czy raczej historie kryjące się tam, w owym srebrnym zegarku. Tamtymi drogami podążali ludzie z innych klimatów, wierzący w inne czasy… W tym obrazie, w detalach tego zegarka spotykali się ludzie rozmawiający ze sobą całkowicie odmiennym językiem. Uwierzyłem w owe detale. To zaś, czy uda mi się naprawdę wejść do tamtych pokoi, mógł pokazać tylko mój własny czas. Mogłem zatrzymać się w jednym z tych pomieszczeń, chcieć zaszyć się tam i przeżywać swoją ucieczkę. Była to bez wątpienia niebezpieczna droga. Jak miałem jednak inaczej poprosić siebie samego o to, bym mógł się zobaczyć, kiedy patrzyłem na tamtych ludzi…

Zegarmistrz z Odessy

Moim pragnieniem jest podzielić się z kimś po raz nie wiem który opowieścią o tym, że niektóre miłości nigdy się nie kończą, że pomimo rozstań kontynuują w milczeniu swoje trwanie ukryte gdzieś w biegu życia, a niektóre słowa, obrazy i przedmioty z każdym dniem nabierają na tej długiej drodze coraz więcej sensu, a co ważniejsze – coraz bardziej zyskują własne życie. Mam teraz wiele powodów, by wierzyć, że ta droga jest bardzo, bardzo długa. Mogę na przykład pomyśleć o historii tego zegarka, który za każdym razem gdy poruszany był temat czasu, przypominał monsieur Jacques’owi o Oldze, a który swoje znaczenie odnajdywał podczas tych skromnych, zakazanych nocy. Czas miniony dla pewnych ludzi zawierał w sobie niemożliwość oderwania się, odejścia. Ból wynikający z niesłyszenia, z niemożliwości powrotu należało zaś wypowiedzieć, umieć wypowiedzieć tam, gdzie kończyły się słowa, tym, co „wychodziło ze środka”. Każdy starał się dotrzeć w ten czy inny sposób do tego horyzontu, tej nieśmiertelności, które w sobie nosił…

Nie ulega wątpliwości, że z nocą, w którą w życiu monsieur Jacques’a pojawił się ów stary „ukraiński zegarek” z dewizką, związane były pewne momenty, pewne szczegóły, których żadne z nas nigdy nie będzie w stanie należycie pojąć, które pozostaną tajemnicą dwojga ludzi. To jednak, co zostało uchwycone wówczas w nieoczekiwanych chwilach, wśród spojrzeń i wśród prawd, które chciano ukryć za słowami, może – pod warunkiem że weźmiemy pod uwagę ewentualność omyłki – rzucić choćby słabe światło na tę drogę… W tej opowieści udało mi się uchwycić najważniejszą wskazówkę umożliwiającą zbliżenie się do tych tak odległych mi żywotów, a mianowicie fakt, że zegarek został Oldze po ojcu i że łączył życia pewnych ludzi z dawnej, bardzo dawnej Odessy z żywotami innych. Rozmyte wspomnienia ludzi z dzieciństwa, którzy z biegiem lat przechodzą nieodwracalną zmianę i kierują ku nam wciąż nowe oblicza… Ta opowieść zaczęła się pewnie jednego z tych odległych dni, odległych wspomnień. Jednego z tych odległych dni, odległych wspomnień… W nadziei na nadanie sensu różnym życiom w różnych klimatach za pomocą rozmaitych drobnych fantazji, drobnych rozczarowań… Znałem to uczucie. W tej sytuacji podążanie ku nowemu marzeniu, więcej – ku jakiejś tajemnicy, było dla mnie nieuniknione. Aby zaś tam dotrzeć – nawet jeśli przyszło mi to z trudem – potrzebowałem jak zawsze pytań, choć wiedziałem, że pozostaną one bez odpowiedzi. Czyż podążając tą drogą, nie stworzyliśmy dla siebie jakichś opowieści, wbrew innym ludziom, wbrew bohaterom prawdziwym w obrębie tych historii, lecz dalekim dla nas? Czyż nie przeżywaliśmy ich w różnych miejscach, z różnymi emocjami i szczegółami? Czyż owe opowieści nie rozmnożyły się, nie uczyniły nas nami trochę z tego właśnie powodu? Weźmy choćby zegarmistrza, który skonstruował ten zegarek: z kim, z jakimi ludźmi, z jakimi domowymi zapachami przeżył swoje życie, robiąc jakie zegarki, chował się za jakimi marzeniami czy nadziejami, w jakich zakładach, w jakich mechanizmach będących dla niego czasem schronieniem? Co skłoniło ojca Olgi do snucia historii tego zegarka w klimatach różnych od odeskiego? Słowa i obrazy mogące odnowić tamte nadzieje, wartościowe dzięki swoim szczególnym, bardzo szczególnym skojarzeniom, niesione przez rozmaite klimaty, niekończące się godziny, przymusowe podróże, wśród ludzi, którzy nigdy nie zostaną zapomniani… Za zupełnie innym dotykiem opowieść otwarła się na inny czas w tym mieszkaniu Olgi w starej kamienicy na Şişli. Znaczenia przydawane podróżom były już inne, podobnie jak te przypisywane niemożności powrotu… Drobne szczegóły, które w nieoczekiwanych momentach dzięki podróżom nadawały naszym życiom (a zawsze pragnęliśmy wierzyć, że umiemy je przeżywać) nieoczekiwany kierunek… Prezent, który jakiś przyjaciel podarował nam, by nie zostać zapomnianym, by innym sposobem przekształcić rozstanie w bycie razem… Przyjaciel albo… Gdy pomyśleć o tym wszystkim, nikt nie zna zegarmistrza z Odessy. W tej sytuacji pytania, a więc i możliwości, a co za tym idzie, opowieści ulegają rozmnożeniu. Ów zegarek mógł na przykład wcale nie zostać wykonany jedynie dla przyjaciela; jeśli wziąć pod uwagę wrażenie wywierane przez tę młodą kobietę z Rygi, obok przyjaźni mogliśmy tu mieć do czynienia także z jakimś uczuciem wyrażonym w inny sposób, potajemnie i bez użycia słów. Z uczuciem, które jak wiele niespełnionych uczuć czekało na inne miejsce i inny czas, marzyło o nich, chowało je w sobie. Czy nigdy nie przeżyliście albo nie słyszeliście od innych historii o schronieniu się w niewłaściwym miejscu?

Zegarek