Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 197 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stalowy skok - Per Wahlöö

Komisarz Jensen musi wyjechać za granicę, aby przejść niezbędną operację jamy brzusznej. Trzy miesiące później otrzymuje zagadkowe wezwanie do natychmiastowego powrotu. Niestety, z niewiadomych przyczyn wszelki kontakt pomiędzy krajem a światem zewnętrznym został zerwany, a połączenia lotnicze zawieszone. Jensen dostaje się tam potajemnie helikopterem. Na miejscu okazuje się, że doszło do krwawych zamieszek, masakry ludności oraz wybuchu zagadkowej epidemii. Rząd uciekł, wprowadzono stan wyjątkowy, a władzę przejęli ludzie wrogo nastawieni do państwa. Brakuje prądu i wody w kranach, nie wychodzą gazety, obowiązuje zakaz wychodzenia z domu. Zamiast policji, ulice patrolują karetki pogotowia z uzbrojonymi lekarzami, które podejrzanych o łamanie nowych zarządzeń zabierają do szpitali na detoksykację. Czy wszystko zaczęło się od akcji wyborczej o kryptonimie Stalowy skok? Zdając sobie sprawę, że jest ostatnim żyjącym policjantem na służbie, Jensen zaczyna badać, co doprowadziło kraj do takiego stanu...

Futurystyczny thriller „ojca skandynawskiej powieści kryminalnej”, który według krytyków inspirował wielu późniejszych twórców m.in. Henninga Mankella, Jo Nesbo i Stiega Larssona.

Opinie o ebooku Stalowy skok - Per Wahlöö

Fragment ebooka Stalowy skok - Per Wahlöö

Wydanie elektroniczne

O książce

Akcja futurystycznych thrillerów Pera Wahlöö Morderstwo na 31 piętrze i Stalowy Skok, których bohaterem jest doświadczony życiem komisarz policji Jensen, rozgrywa się w bliżej nieokreślonym kraju rządzonym przez koalicję prawicowych partii. Władza, niemal całkowicie kontrolująca media, zajmuje się głównie propagandą sukcesu i uszczęśliwianiem obywateli na siłę. Pijaństwo (nawet we własnym domu) podlega surowym karom. Wszelkie konflikty są wyciszane, krytyka i przestępczość praktycznie nie istnieją, przyrost naturalny jest ujemny, zaś ludność – w sensie społecznym całkowicie zdezintegrowana – pogrążona w permanentnej depresji. Starsze dzielnice miast, porzucone przez większość mieszkańców, uległy degradacji i zamieniają się w wysypiska. Obie książki przenika ponura atmosfera twórczości George’a Orwella (Roku 1984 w szczególności), Franza Kafki i wczesnych powieści Grahama Greene’a.

Komisarz Jensen musi wyjechać za granicę, aby przejść niezbędną operację jamy brzusznej. Trzy miesiące później otrzymuje zagadkowe wezwanie do natychmiastowego powrotu. Niestety, z niewiadomych przyczyn wszelki kontakt pomiędzy krajem a światem zewnętrznym został zerwany, a połączenia lotnicze zawieszone. Jensen dostaje się tam potajemnie helikopterem. Na miejscu okazuje się, że doszło do krwawych zamieszek, masakry ludności oraz wybuchu zagadkowej epidemii. Rząd uciekł, wprowadzono stan wyjątkowy, a władzę przejęli ludzie wrogo nastawieni do państwa. Brakuje prądu i wody w kranach, nie wychodzą gazety, obowiązuje zakaz wychodzenia z domu. Zamiast policji, ulice patrolują karetki pogotowia z uzbrojonymi lekarzami, które podejrzanych o łamanie nowych zarządzeń zabierają do szpitali na detoksykację. Czy wszystko zaczęło się od akcji wyborczej o kryptonimie Stalowy Skok? Zdając sobie sprawę, że jest ostatnim żyjącym policjantem na służbie, Jensen zaczyna badać, co doprowadziło kraj do takiego stanu…

PER WAHLÖÖ

(1926-1975)

Pisarz i dziennikarz szwedzki uważany przez krytyków za „ojca skandynawskiej powieści kryminalnej” (wśród autorów zainspirowanych jego twórczością wymienia się m.in. Henninga Mankella, Jo Nesbø i Stiega Larssona). Po ukończeniu studiów na Lunds Universitet rozpoczął pracę jako reporter kryminalny; równolegle mocno angażował się w działalność lewicową. Jego debiutem literackim była powieść Himmelsgeten z 1959. Potem powstały m.in. Ciężarówka, Morderstwo na 31 piętrze i Stalowy Skok. Przełożony na 35 języków cykl dziesięciu powieści z komisarzem Martinem Beckiem z wydziału zabójstw sztokholmskiej policji, które w latach 1965-1975 Wahlöö napisał wspólnie z partnerką życiową Maj Sjöwall, przyniósł obojgu światową sławę. Czwarty tytuł z tej serii – Śmiejący się policjant – zdobył prestiżową w tej kategorii literatury Nagrodę Edgara Allana Poego jako najlepsza powieść roku. Twórczość pisarza doczekała się licznych adaptacji filmowych i telewizyjnych.

Tego autora

MORDERSTWO NA 31 PIĘTRZE

STALOWY SKOK

Tytuł oryginału:

STÅLSPRÅNGET

Copyright © Per Wahlöö 1968

All rights reserved

Published by arrangement with Salomonsson Agency, Sweden

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Wojciech Łygaś 2013

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: dimitris_k/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-195-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Tobie, Maj

1

Jensen dostał list z poranną pocztą.

Wstał wcześnie i spakował torbę, a gdy był już w przedpokoju, ubrany w kapelusz i płaszcz, usłyszał charakterystyczny dźwięk w skrzynce pocztowej zawieszonej na drzwiach. Schylił się i podniósł z podłogi gazetę. Kiedy się wyprostował, poczuł ostry ból po prawej stronie jamy brzusznej, jakby we wnętrzności wkręcało mu się wiertło na dużych obrotach. Jensen był jednak na tyle przyzwyczajony do bólu, że jakoś znosił cierpienie.

Schował list do kieszeni, nawet go nie oglądając. Podniósł torbę, zszedł do samochodu i pojechał do biura.

Tuż przed dziewiątą wjechał przez bramę prowadzącą na dziedziniec szesnastego komisariatu i zaparkował na czworokątnej kopercie z napisem KOMISARZ. Wysiadł z samochodu, wyjął z bagażnika torbę i rozejrzał się po wyasfaltowanym podwórzu. Przy wejściu do budynku, w którym mieściły się cele aresztu, stał biały ambulans z czerwonym krzyżem na otwartych tylnych drzwiach. Dwaj młodzi mężczyźni w białych fartuchach wsuwali do wnętrza nosze. Robili to w sposób nonszalancki i niechlujny. Kilka metrów od nich jeden z policjantów zmywał krwawą plamę z asfaltu. Kobieta leżąca na noszach była młodą blondynką. Wokół szyi miała zakrwawiony bandaż. Jensen spojrzał na nią ukradkiem i odwrócił się do mężczyzny z wężem wodnym.

– Nie żyje?

Policjant zmniejszył strumień wody i zrobił ruch, jakby chciał przyjąć trochę bardziej służbową postawę.

– Tak, panie komisarzu – odparł.

Jensen nie odezwał się, tylko wszedł do dyżurki, skinął głową policjantowi za kontuarem i ruszył w stronę kręconych schodów.

W jego służbowym pokoju na pierwszym piętrze unosił się nieprzyjemny zapach. Pokój był po prostu niewywietrzony. Komisariat policji mieścił się w jednym z najstarszych budynków w mieście. Wzniesiono go przed wielu laty ze stali, szkła i betonu. Kilka lat temu przebudowano areszt, który zajmował teraz więcej miejsca. Niestety, pozostała część budynku czekała na remont. W końcu postanowiono wyburzyć część zabudowań, aby zrobić miejsce pod przyszłą trasę przelotową. Ustalono, że kiedy nowe centrum detoksykacji będzie gotowe, komisariat zostanie zamknięty. Jensena niewiele to obchodziło.

Zdjął płaszcz, powiesił go na wieszaku, uchylił okno i usiadł przy biurku. Przeczytał nocny raport i poprawił go długopisem. Dopiero potem złożył na dole swój podpis. Wsunął dłoń do kieszeni marynarki, wyjął kopertę i spojrzał na nią.

Jensen miał przeciętną sylwetkę, staromodny sposób bycia, krótko ostrzyżone włosy i pozbawioną wyrazu twarz. Niedawno skończył pięćdziesiątkę, co oznaczało, że w szesnastym komisariacie pracował już od dwudziestu dziewięciu lat.

Przyglądał się kopercie, gdy otwarły się drzwi i do pokoju wszedł lekarz policyjny.

– Wypada zapukać – zauważył Jensen.

– Przepraszam. Nie spodziewałem się, że pan tu dzisiaj przyjdzie.

Jensen spojrzał na zegarek.

– Mój zmiennik zaczyna służbę o dziesiątej – powiedział. – Jak przeszła noc?

– Normalnie. Dziś rano zdarzył się wypadek. Nagła śmierć. Kobieta. Raport nie jest jeszcze gotowy.

Jensen skinął głową.

– Lekarz powiedział, że śmierć nastąpiła poza celą, na dziedzińcu. Podcięła sobie gardło, gdy strażnik ją wypuścił. Użyła kawałka szkła z lusterka, które miała w torebce.

– Czyjeś zaniedbanie – rzekł Jensen.

– Nie zawsze da im się wszystko odebrać.

– Naprawdę?

– Poza tym zdążyła już wtedy wytrzeźwieć i dostała zastrzyk. Ci, którzy ją przeszukiwali, nie przypuszczali, że mogła ukryć szkło. Przecież kieszonkowe lusterka są zabronione.

– Nie są zabronione – sprostował Jensen. – Po prostu już się ich nie produkuje.

Lekarz policyjny był barczystym, młodym mężczyzną ostrzyżonym na jeża. Miał rude włosy i kanciaste rysy twarzy. Znał swój fach na wylot i w komendzie uważano go za najlepszego lekarza, jakiego policjanci mieli do dyspozycji w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Jensen go lubił.

– Zaczynam powątpiewać w tę metodę – powiedział lekarz i potrząsnął głową.

– Jaką metodę?

– Tę, która polega na mieszaniu maści z wódką. Że niby powstaje z tego środek stosowany w czasie odwyku. Wprawdzie w ciągu ostatnich dwóch lat pijanych nam nie przybyło, ale…

– Ale co? – spytał Jensen, spoglądając na niego z twarzą pozbawioną wyrazu.

– Ale przybywa nam samobójców. Ludzie cierpią na coraz głębsze depresje.

– Statystyki mówią coś zupełnie innego.

– Wie pan równie dobrze jak ja, ile są warte oficjalne statystyki. Niech pan sobie poczyta policyjne tajne raporty dotyczące nieszczęśliwych wypadków i nagłych zgonów. Weźmy na przykład tę kobietę dziś rano. Nie można tak po prostu przejść nad jej śmiercią do porządku dziennego i udać, że nic się nie stało.

Lekarz wsunął dłonie do kieszeni fartucha i wyjrzał przez okno.

– Słyszał pan ostatnie wieści? Chcą mieszać proszek od bólu głowy i fluor z wodą pitną. Z medycznego punktu widzenia to jakiś obłęd.

– Powinien pan uważać na to, co mówi.

– Może to zrobię – odparł lekarz suchym tonem.

W pokoju zapadła cisza. Jensen spojrzał na białą kopertę, którą dostał wraz z ranną prasą. Ktoś napisał na niej na maszynie jego imię, nazwisko i adres. W środku znalazł kartkę i stalowoniebieski, ząbkowany znaczek, przedstawiający prześwit mostu przerzuconego nad głęboką przepaścią. Na kartce widniał lakoniczny napis: TAK. Komisarz Jensen wysunął z biurka środkową szufladę, wyjął z niej drewnianą linijkę i zmierzył boki kartki. Lekarz, który przyglądał mu się z uwagą, powiedział:

– Po co pan to mierzy?

– Nie wiem – odparł Jensen.

Odłożył linijkę na miejsce i wsunął szufladę.

– Musi być dość stara – zauważył lekarz.

– Drewniana. Ze stalowym brzegiem.

– Tak – potwierdził Jensen. – Mam ją od dwudziestu dziewięciu lat. Tak długo tu pracuję. Takich już nie produkują.

Kartka miała czternaście centymetrów długości i dziesięć szerokości. Na przedniej stronie znajdował się nadrukowany adres, na drugiej przekreślony czworokąt, w którym należało umieścić znaczek. Widniał nad nim następujący tekst:

Czy wierzysz w politykę zgody? Czy jesteś gotów wziąć udział w walce przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym wrogom naszego kraju? Jeśli tak, przyklej znaczek we wskazanym miejscu. Nie zapomnij o podpisie! Uwaga: nie trzeba naklejać na kartkę dodatkowego znaczka pocztowego.

Poniżej przekreślonego czworokąta ciągnęła się punktowana linia, nad którą nadawca miał wpisać swoje nazwisko. Jensen odwrócił kopertę i spojrzał na adres.

Główne Biuro Statystyczne Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Skrzynka pocztowa numer 1000.

– To pewnie jakiś sondaż – powiedział lekarz, wzruszając ramionami. – Chyba wszyscy dostali takie kartki. Oprócz mnie.

Jensen nie odpowiedział.

– A może to jakaś deklaracja lojalności? Przed wyborami.

– Wyborami? – zdziwił się Jensen.

– Tak, za miesiąc. Jeśli tak, to jest to całkiem zbyteczne. Marnotrawienie środków publicznych.

Jensen ponownie wysunął szufladę i wyjął z niej zieloną gąbkę z napisem „Własność policji”. Dotknął jej czubkami palców. Gąbka była sucha. Jensen wstał i wyszedł z pokoju. Poszedł do toalety i zmoczył gąbkę pod kranem.

Gdy wrócił do pokoju, usiadł przy biurku, przyłożył niebieski znaczek do powierzchni gąbki, zwilżył i przykleił w przekreślonym czworokącie. Następnie włożył kartkę do blaszanego korytka na wychodzącą pocztę i odłożył gąbkę na stare miejsce do szuflady biurka. Kiedy ją wsunął, lekarz, który przyglądał mu się ze słabym uśmiechem, powiedział:

– Macie tu naprawdę muzealne wyposażenie.

Potem zerknął szybko na zegar wiszący na ścianie i na spakowaną torbę przy drzwiach.

– No tak, za dwie godziny będziemy siedzieć w samolocie.

– Czy ja umrę? – spytał Jensen.

Lekarz spojrzał na niego badawczo i odparł:

– To całkiem możliwe.

2

– Ma pan oczywiście szansę – kontynuował lekarz.

– Gdyby nie to, ani ja, ani żaden inny odpowiedzialny lekarz nie zalecałby tej podróży. Ci tam znają się na rzeczy.

Jensen skinął głową.

– Powinien pan zabrać się do tej dolegliwości już przed wielu laty. Bardzo boli?

– Tak.

– Teraz też?

– Tak.

– Jednakże kiedyś nie było jak zaradzić takiemu schorzeniu. Metoda inwazyjna wciąż znajduje się w fazie eksperymentalnej. W naszym kraju prawie nie biorą jej pod uwagę. A pan bardzo cierpi.

Jensen skinął głową.

– Ale… jak już mówiłem… szansa jest.

– To znaczy?

– Nie potrafię tego teraz określić. Może dziesięć procent, może tylko pięć. Prawdopodobnie jeszcze mniej.

Jensen ponownie skinął głową.

– Proszę sobie tylko wyobrazić, że w ciągu niecałych pięciu sekund przez wątrobę przepływa cała krew krążąca w organizmie. A wątroba to taka wielka fabryka. Czy można przeprowadzić transplantację? Nie wiem.

– Za kilka dni się przekonamy.

– Tak – potwierdził lekarz i spojrzał w zamyśleniu na Jensena. – Czy chce pan coś na uśmierzenie bólu?

– Nie.

– To będzie długa podróż.

– Wiem.

– Kupił pan bilet w obie strony?

– Nie.

– To bardzo zachęcające – odparł kwaśno lekarz. W jego głosie zabrzmiało zwątpienie. Przez chwilę milczał, aż w końcu Jensen spytał:

– O co chodzi?

– Jest coś, o co już od dawna chciałem pana zapytać.

– Co takiego?

– Podobno nigdy nie sknocił pan żadnego śledztwa. To prawda?

– Tak – potwierdził Jensen.

W tym momencie zadzwonił telefon.

– Szesnasty komisariat. Mówi komisarz, słucham.

– Jensen?

Jensen ostatni raz słyszał głos komendanta policji cztery lata wcześniej. Samego komendanta widywał oczywiście jeszcze rzadziej. Czyżby dzwonił, żeby się pożegnać?

– Tak.

– Wspaniale. Za kilka minut dostanie pan rozkaz na piśmie. Musi być wykonany jak najszybciej.

– Zrozumiałem.

– To dobrze.

Jensen spojrzał na elektryczny zegar ścienny.

– Moje zwolnienie lekarskie zaczyna się za osiemnaście minut – poinformował.

– Co? Jest pan chory?

– Tak.

– Przykro mi to słyszeć. Musi pan znaleźć kogoś, kto pana zastąpi.

– W porządku.

– To niezwykle ważna sprawa. To rozkaz od… z najwyższego szczebla.

– Zrozumiałem.

Komendant zrobił krótką przerwę. Jakby się zawahał. W końcu powiedział:

– No to powodzenia, Jensen.

– Dziękuję.

Jensen odłożył słuchawkę. Komendant mówił poirytowanym, jakby lekko przestraszonym głosem. Może zawsze tak mówi? – pomyślał.

– W ciągu niecałych pięciu sekund – powtórzył lekarz. – Cała krew krążąca w organizmie.

Jensen skinął głową. Po chwili spytał:

– Dokąd pana przeniosą, kiedy komisariat zostanie zamknięty?

– Myślę, że do centrum detoksykacji. A pana?

– Lekarz umilkł nagle. Jednakże po chwili podjął temat.

– Czy widział pan kiedykolwiek takie centrum?

Jensen pokręcił głową.

– Jest ogromny. Wygląda jak ponadwymiarowe więzienie. Największy budynek, jaki kiedykolwiek widziałem. A dokąd pana skierują?

Jensen milczał.

– Proszę wybaczyć – powiedział lekarz.

– Nie ma sprawy – rzekł Jensen.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Do pokoju wszedł policjant w zielonym mundurze. Stanął na baczność i podał komisarzowi czerwoną teczkę z dokumentami. Jensen pokwitował odbiór i policjant wyszedł z pokoju.

– Czerwona – zauważył lekarz. – Wszystko jest teraz opatrzone klauzulą tajności.

Przekrzywił lekko głowę, żeby móc przeczytać kod.

– Co to znaczy: Stalowy Skok?

– Nie wiem – odparł Jensen. – Nigdy nie spotkałem się z takim określeniem.

Złamał pieczęć i wyjął z koperty rozkaz. Był napisany na jednym arkuszu papieru maszynowego.

– Co to takiego?

– Lista aresztowań.

– Naprawdę? – spytał z powątpiewaniem lekarz.

– Przecież w tym kraju nie popełnia się przestępstw.

Jensen przeczytał powoli cały tekst.

– Nie popełnia się przestępstw i nie rodzą się dzieci. Wszyscy mają takie same poglądy. Nikt nie jest zadowolony i nikt nie jest nieszczęśliwy. Z wyjątkiem tych, którzy odbierają sobie życie. – Lekarz przerwał na chwilę i uśmiechnął się z melancholią. – Ma pan rację – powiedział. – Powinienem naprawdę trzymać język za zębami.

– Jest pan impulsywny.

– Tak. Czy taka lista aresztowań to coś ciekawego?

– Z pańskiego punktu widzenia na pewno – odparł Jensen. – Znalazłem na niej pana nazwisko.

– To dobrze – powiedział lekarz. – Istnieją teoretycy, którzy twierdzą, że najważniejszą rzeczą dla pacjenta przed taką operacją są żarty i dobry humor. Świadczą one o jego chęci do życia. Ale teraz muszę już iść. Pan zresztą też, bo inaczej spóźni się pan na samolot.

Powodzenia.

– Dziękuję – odparł Jensen.

Ledwo za lekarzem zamknęły się drzwi, Jensen sięgnął po słuchawkę telefonu, wybrał trzycyfrowy numer i powiedział:

– Mówi Jensen. Schodzi do was lekarz policyjny. Macie go aresztować i umieścić w celi.

– Lekarza policyjnego?

– Tak. To pilne.

Jensen zakończył rozmowę i od razu wybrał kolejny trzycyfrowy numer.

– Mówi Jensen. Przekażcie szefowi wywiadowców, żeby do mnie przyszedł. I zamówcie mi taksówkę.

Zegar na ścianie wskazywał dziewiątą pięćdziesiąt dziewięć. W tej samej chwili do pokoju wszedł szef wywiadowców.

– Od dziesiątej będę już na zwolnieniu lekarskim – powiedział Jensen. – Jak wiesz, będziesz mnie w tym czasie zastępował.

– Dziękuję, panie komisarzu.

– Nie ma za co dziękować. Zdajesz sobie sprawę, że nigdy cię zbyt wysoko nie ceniłem. Nie otrzymałeś tego stanowiska z mojej rekomendacji.

Dowódca otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie.

– To jest lista z nazwiskami czterdziestu trzech osób, które mieszkają albo pracują na naszym terenie. Wszystkie te osoby należy zatrzymać, przeszukać i umieścić w areszcie. Dzisiaj przyjadą tu ludzie z prokuratury generalnej i będą ich przesłuchiwać.

– Naprawdę?

– Tak, a bo co?

– Co oni zrobili?

– Nie wiem – odparł Jensen, spoglądając na zegarek.

– Zresztą to ty jesteś od tej chwili komisarzem. Samochód stoi na kopercie, na parkingu. Klucze są w stojaku na długopisy.

Jensen wstał, włożył kapelusz i płaszcz. Jego tymczasowy następca zaczął studiować listę z nazwiskami. Po chwili powiedział:

– Przecież wszyscy…

Zamilkł w pół zdania.

– Właśnie – przytaknął mu Jensen. – Wszyscy są lekarzami. Do widzenia.

Podniósł z podłogi torbę i wyszedł.

3

Lotnisko znajdowało się na południe od miasta, w dużej odległości od centrum. Na przejazd z komisariatu w szesnastej dzielnicy potrzeba było przynajmniej półtorej godziny. Wcześniej dojazd na lotnisko zabierał o wiele więcej czasu, ale w ciągu ostatnich lat centrum miasta zamieniło się w jeden wielki węzeł komunikacyjny złożony z plątaniny mostów i krzyżujących się ze sobą autostrad. Wyburzono prawie wszystkie stare budynki, aby w ten sposób zyskać nowe tereny pod inwestycje drogowe, co sprawiło, że centrum stało się jedną wielką konstrukcją ze szkła, stali i betonu. Kilkupiętrowe parkingi samochodowe, biurowce i centra handlowe pełne sklepów, kin, stacje benzynowe i błyszczące od chromu fast foody stały wciśnięte między wielopasmowe trasy przelotowe. Wiele lat temu, kiedy powstawał nowy plan zagospodarowania przestrzennego, pojawiły się głosy niezadowolenia. Krytycy twierdzili, że nowy system sprawi, iż miasto stanie się nie do zamieszkania dla ludzi. Eksperci odrzucali tę krytykę. Argumentowali, że nowoczesnego miasta nie można planować z myślą o pieszych i dorożkach konnych, tylko o samochodach. Podobnie jak w wielu innych kwestiach, tak i w tej sprawie ostatecznie się okazało, że obie strony miały rację. Wszystko przebiegało w duchu wzajemnego zrozumienia.

Taksówka przemknęła szybko przez centrum, zjechała do tunelu koło Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i wyjechała w dzielnicy przemysłowej, w odległości ośmiu kilometrów na południe od centralnej części miasta. Przejechała przez most i znalazła się w pasie przedmieść.

Powietrze było chłodne, niebo bezchmurne. Nadeszła wczesna jesień. Beton na autostradzie pokrywały płatki szronu, a szare, wymieszane ze spalinami powietrze wisiało nad ludźmi, samochodami, drogami i domami jak gigantyczny klosz. Eksperci zatrudnieni przez Ministerstwo Zdrowia wyliczyli, że zatruta warstwa powietrza ma grubość około pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu metrów. Zaledwie kilka lat wcześniej uważano, że ma ona tylko piętnaście metrów grubości i średnicę około dwunastu kilometrów. Ostatnie pomiary wykazały, że zewnętrzna powierzchnia powłoki się podwoiła. Było to rutynowe badanie i w ślad za nim nie pojawiły się żadne konkretne działania. Raport opatrzono klauzulą tajności, ponieważ jego treść mogłaby wywołać niepokój wśród niektórych kategorii ludzi. Jednakże wcześniej raport krążył wśród funkcjonariuszy policji wyższego szczebla. Jensen go przeczytał i przekazał dalej bez komentarzy.

Na drogach panował ożywiony ruch, ale samochody przemieszczały się w szybkim tempie. Po obu stronach drogi wisiały liczne plakaty, które przypominały o zbliżających się wyborach. Na wielu z nich znajdowała się fotografia mężczyzny z rzadkimi włosami, brodą w kształcie kalosza i niebieskimi oczami. Na wielu innych plakatach widniała tylko jasnoczerwona litera „S”. Mężczyzna na fotografii kandydował na stanowisko przyszłego premiera rządu. Nikt lepiej od niego nie ucieleśniał symbiozy takich pojęć, jak „dobrobyt”, „bezpieczeństwo” i „zgoda”. Jego żona pochodziła z królewskiej rodziny, on sam stał wcześniej na czele krajowej organizacji związkowej. Obecnie pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych. Zanim powstała wielka koalicja, należał do partii socjaldemokratycznej.

Taksówka zahamowała na znak dany przez policjanta. Znajdowali się na podjeździe prowadzącym do długiego mostu. Utworzył się tu korek i policjanci z drogówki próbowali go jakoś rozładować. Taksówkarz opuścił boczną szybę, wyjął z kieszeni na piersi białą chusteczkę i wytarł nos. Spojrzał obojętnym wzrokiem na szaroczarną plamę na chusteczce, chrząknął i splunął przez okno.

– Znowu jakaś demonstracja – powiedział. – Zaraz nas minie.

Pół minuty później policjant kierujący ruchem dał znak. Kierowca wrzucił jedynkę i ruszył.

– Idioci – mruknął. – Musieli zająć cały pas.

Do ponownego spotkania z pochodem doszło na moście. Demonstrantów nie było zbyt wielu. Jensen z przyzwyczajenia zaczął ich liczyć i wyszło mu, że jest ich od dwóch tysięcy pięciuset do trzech tysięcy. Mniej więcej połowę stanowiły kobiety. Ze zdziwieniem zauważył, że jak na tak duży spadek przyrostu naturalnego w pochodzie szło całkiem dużo dzieci. Niektóre z nich były jeszcze tak małe, że rodzice wieźli je w spacerówkach albo nieśli na rękach. Demonstranci mieli afisze i transparenty. Kiedy taksówka wyprzedzała pochód, Jensen zaczął czytać poszczególne hasła. Część z nich zrozumiał bez trudu. Stanowiły protest przeciwko zatruwaniu powietrza, krytykowały używanie jednorazowych opakowań i wyrażały nieprzychylne treści wobec rządu. Jedno z haseł, które pojawiało się kilkakrotnie, brzmiało: „Zgoda aż do śmierci”. Jednakże większość napisów wydała mu się niezrozumiała. Mówiły o solidarności z innymi rasami i narodami albo o krajach, o których nigdy nie słyszał. Najgorzej było ze skrótami nazw. Niektórzy uczestnicy marszu nieśli podobizny osób o dziwnych nazwiskach. Przypuszczalnie byli to przywódcy obcych państw lub liderzy partii politycznych. Celem demonstracji było prawdopodobnie oddanie hołdu jednym osobom i oskarżenie innych. Jensen zauważył też tablice z bardzo starymi, może nawet anachronicznymi sloganami, jak na przykład: „walka klasowa”, „proletariat”, „kapitalizm”, „imperializm”, „masy pracujące” i „rewolucja światowa”. Na początku i na końcu pochodu szły poczty sztandarowe.

Na ludziach jadących samochodami albo stojących na skraju drogi widok flag i afiszy nie robił wielkiego wrażenia. Wyglądali na zupełnie obojętnych. Mogli być bezdomni, niezadowoleni albo podenerwowani, ale ich reakcje nie miały żadnego związku z pochodem. Jensen wiedział o tym z doświadczenia.

Demonstranci maszerowali czwórkami. Policja spokojnie i z odpowiednim wyprzedzeniem torowała im drogę. Jednocześnie pilnowała, żeby ruch na ulicy odbywał się płynnie. Wszędzie panował spokój, nie działo się nic groźnego.

Kiedy minęli pochód, kierowca taksówki przyspieszył i powiedział, nie okazując żadnego zainteresowania:

– Co to za ludzie? Jacyś socjaliści?

– Nie wiem – odparł Jensen.

Kierowca spojrzał na zegarek.

– W każdym razie zakłócają ruch uliczny. Na moście straciliśmy dobre trzy albo cztery minuty. Dlaczego policja nie usunie ich z jezdni?

Jensen nie odpowiedział. Tym bardziej że nie znał odpowiedzi na to pytanie.

Do podobnych demonstracji dochodziło już od czterech lat. Dotychczas przebiegały w spokojnej atmosferze, ale organizowano je coraz częściej i za każdym razem liczba uczestników rosła. Pochody odbywały się według tego samego wzoru. Ruszały z jakiegoś przedmieścia i kierowały się w stronę centrum, pod ambasadę albo główną siedzibę partii koalicyjnych, gdzie przez mniej więcej pół godziny wykrzykiwano jakieś hasła, po czym następowało samorozwiązanie demonstracji. Nie istniało prawodawstwo zakazujące tego typu pochodów. Teoretycznie policja sama decydowała o tym, jak mają przebiegać. Odpowiednie decyzje podejmowano w zależności od sytuacji. Na samym początku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poleciło, żeby demonstracje po prostu blokować i rozwiązywać, a afisze i transparenty konfiskować i niszczyć, jeśli zawierają treści obraźliwe, nawołują do niepokojów albo komuś uwłaczają. Rozkazy były jasne i wyraźne, a ich celem było chronienie społeczeństwa przed wszystkim, co mogło mieć negatywny wpływ na ludzi lub też budzić w nich niepokój, poczucie zagrożenia.

Jednakże konsekwencje interwencji policji okazały się krańcowo różne od spodziewanych. Próby rozpędzenia demonstracji – chociaż nie były to akcje masowe, a jedynie protesty z udziałem kilkuset osób – kończyły się bijatyką, zamieszaniem i poważnymi utrudnieniami w ruchu ulicznym. Po pewnym czasie policja otrzymała polecenie stosowania innych metod. Niestety, nikt nie potrafił zaproponować konkretnych rozwiązań. Dlatego też komenda policji zaczęła uciekać się do środków, które sama uznała za stosowne. Zatrzymywała na przykład część pochodów i niektórych uczestników poddawała testom na zawartość alkoholu we krwi. Z powodu coraz częstszych przypadków pijaństwa rząd wprowadził kilka lat wcześniej ustawę, na podstawie której upijanie się w miejscach publicznych i w domu stało się karalne. Oznaczało to, że jeśli ktoś pojawi się gdziekolwiek w stanie nietrzeźwym, będzie podlegać karze. Nowa ustawa spowodowała jednak, że policja zaczęła odnotowywać coraz gorsze wyniki w ściganiu zła. Aktem prawnym nie zdołano zlikwidować pijaństwa. Wkrótce okazało się też, że ustawa przestała być pomocna w rozpędzaniu demonstracji, ponieważ uczestnicy marszów nigdy nie byli pod wpływem alkoholu. Zdaniem Jensena to jedyna cecha różniąca demonstrantów od pozostałych ludzi. Dwa lata wcześniej rząd postanowił walczyć z alkoholizmem za pomocą wyższych cen alkoholu i stosowania chemicznych preparatów. Jednocześnie policji nakazano zostawić demonstrantów w spokoju. Rząd uznał, że są nieszkodliwi i że obecność policji ma się ograniczyć do strzeżenia ambasad i kierowania ruchem ulicznym wzdłuż trasy przemarszu. Od tej pory demonstracje przebiegały w spokoju. Jednakże z każdym rokiem przyłączało się do nich coraz więcej ludzi, chociaż ani radio, ani prasa, ani telewizja nigdy ich nie zapowiadały. Pojawiły się pogłoski, że członkowie rządu zaczęli wykazywać pewien niepokój. W czasie ostatnich wyborów liczba głosujących osób znacznie spadła. Nikt nie wiedział dlaczego. Publikowano jedynie gołe liczby i ogólne, nic niemówiące komentarze. Partie koalicyjne nigdy wcześniej nie prowadziły działań agitacyjnych z takim natężeniem jak tego roku. Kampania rozpoczęła się już późną wiosną i zmierzała do punktu kulminacyjnego.

Jensen nie bardzo się orientował, o co chodzi demonstrantom, ale miał wrażenie, że wie, gdzie i jak wszystko się zaczęło.

Ból brzucha pojawił się nagle, w okolicy prawej części przepony. Był silny i bezlitosny. Aż Jensenowi zrobiło się czarno w oczach. Skulił się, pochylił do przodu i zacisnął zęby, żeby nie zawyć jak pies.

Taksówkarz spojrzał na niego podejrzliwie, ale się nie odezwał.

Jensenowi wydawało się, że upłynął bardzo długi czas, zanim ból ustał i w jamie brzusznej pojawił się dawny, tępy ucisk. W rzeczywistości upłynęły nie więcej niż dwie minuty. Jensen oddychał krótko i sapał, chwytał ustami powietrze, na szczęście udało mu się powstrzymać atak kaszlu.

Kiedy ponownie uniósł wzrok, mijali właśnie przedmieście, na którym mieszkał. Taksówka mknęła autostradą z dość dużą prędkością.

– Za pół godziny będziemy na miejscu – powiedział kierowca.

Osiedle, na którym mieszkał Jensen, składało się z trzydziestu sześciu ośmiopiętrowych budynków stojących w czterech równoległych rzędach. Między nimi urządzono parkingi, trawniki i place zabaw dla dzieci, choć dzieci nie było tu wiele. Cały teren sprawiał wrażenie zadbanego i uporządkowanego.

Im dalej na południe, tym bardziej domy wyglądały na zaniedbane i opuszczone. Wiele lat temu rządowi udało się zlikwidować głód mieszkaniowy przez budowę domów podobnych do tego, w którym mieszkał Jensen. Wszystkie takie dzielnice wznoszono według identycznych projektów architektonicznych. Już wtedy starsze budynki, które często znajdowały się w dość dużej odległości od centrum miasta, zaczęły się wyludniać. Najpierw wynieśli się właściciele sklepów, potem właściciele nieruchomości, władze terenowe, a na końcu mieszkańcy. Odbywało się to w tej właśnie kolejności. Do opisanego zjawiska przyczynił się w dużym stopniu malejący przyrost naturalny, a co za tym idzie – spadająca liczba ludności. Pozbawione łączności komunikacyjnej i nieremontowane budynki zostały po pewnym czasie odcięte od wody i prądu, co sprawiło, że całe dzielnice w dość szybkim tempie zamieniły się w slumsy. Większość tych budynków zbudowano bowiem głównie po to, aby grupa przedsiębiorców budowlanych mogła się wzbogacić na boomie mieszkaniowym. Domy miały wady konstrukcyjne, wiele z nich zdążono już wyburzyć, inne zapadły się w ziemi i przypominały ponure kurhany porośnięte gęstą roślinnością. Eksperci z Ministerstwa Pracy i Spraw Socjalnych zaczęli głosić opinie, według których budynki te z czasem opustoszeją, a w końcu całkowicie się rozpadną. Takie przedmieścia nazywano „samooczyszczającymi się dzielnicami”. Zaczęto je traktować jak swego rodzaju wysypiska śmieci. Przewidywania te sprawdziły się z jednym wyjątkiem. W budynkach, które wciąż funkcjonowały, około pięciu procent mieszkań było zamieszkanych. Żyli w nich zgodnie ludzie, którym z różnych względów nie powiodło się w życiu i nie potrafili zadbać o swoje sprawy. Zdarzało się, że domy rozpadały się nagle, grzebiąc w ruinach swych mieszkańców. Jednakże według prawa ani władze, ani właściciele budynków nie ponosili za śmierć tych ludzi żadnej odpowiedzialności, ponieważ wszyscy zostali uprzedzeni, że dalsze zamieszkiwanie w takich miejscach może zagrażać ich zdrowiu lub życiu.

Jensen wyjrzał przez boczną szybę. Po prawej stronie od autostrady ciągnęła się właśnie „samooczyszczająca się dzielnica”. Mniej więcej jedna trzecia domów ziała pustką. Przypominały brudne od sadzy kominy wznoszące się ku błękitnemu niebu. W oddali Jensen ujrzał grupę dzieci bawiących się wśród porzuconych wraków samochodowych oraz górę jednorazowych opakowań, szklanych i plastikowych butelek.

Przyglądał się temu spokojnym wzrokiem. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

Kwadrans później taksówka zatrzymała się przed głównym wejściem lotniska. Jensen zapłacił za kurs i wysiadł. Wciąż dokuczał mu silny ból.

4

W pokoju były dwa okna z cienkimi, jasnoniebieskimi firankami. Ściany miały granatowy kolor, a sufit biały. Także łóżko było białe. Drewniane, pomysłowo skonstruowane.

Jensen leżał na plecach z rękami ułożonymi wzdłuż ciała. Panowała całkowita cisza. Pięć centymetrów od jego prawej ręki znajdował się czerwony guzik alarmowy, w razie gdyby potrzebował nagłej pomocy. Jeśli go naciśnie, w pokoju w ciągu piętnastu sekund zjawi się pielęgniarka. Jednakże Jensen nie nacisnął guzika. Gorączkowo myślał, ale nie mógł sobie przypomnieć, jaki jest dzień. Może pierwszy listopada? Równie dobrze mógł to być drugi albo nawet trzeci listopada. Przypomniał sobie, że leży w tym pokoju już blisko dwa miesiące, ale nie potrafił dokładnie określić, jak długo. I właśnie to go irytowało.

Wiedział też, że żyje. Wcale go to nie dziwiło. Dziwiło go tylko to, że nie jest tym faktem zdziwiony.

Przy drugim oknie stało trzcinowe krzesło. Przez ostatnie dwa tygodnie siadywał na nim dwa razy dziennie, pół godziny rano i pół godziny po południu. Teraz właśnie było popołudnie. Jensen odczuwał coś w rodzaju tęsknoty za chwilą, gdy znowu usiądzie na krześle. Już od wielu lat nie odczuwał niczego podobnego.

Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł mężczyzna ubrany w jasnoszary garnitur. Był szczupły i opalony. Miał ciemnobrązowe oczy, zaczesane do tyłu, kręcone czarne włosy i wąskie, rzadkie wąsy. Skinął Jensenowi głową i na chwilę zatrzymał się w nogach łóżka. Przeglądając kartę choroby wiszącą na ramie, wyjął żółtego papierosa z długim ustnikiem i roztargnionym gestem kilka razy przerzucił go między wargami. W końcu wyjął zapałki i zapalił jedną. Potem ją zgasił, rzucił na podłogę i zrobił trzy szybkie kroki. Nachylił się nad Jensenem i spojrzał mu w oczy.