Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 594 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka STALOWA KURTYNA - Wolff Vladimir

Polskie Leopardy w akcji, a nad nimi natowskie Raptory i szalona historia, której trudno się oprzeć. Po lekturze takiej powieści nie pozostaje nic innego, jak odpalić Call of Duty.

Johny, beta tester gier komputerowych

Zakrojone na wielką skalę manewry wojskowe na Białorusi „Zachód 2009” stały się początkiem inwazji na Polskę. Niespodziewany atak, poprzedzony akcjami dywersyjnymi na gruncie politycznym i wojskowym, stawia naszą armię w równie trudnej sytuacji, jak wojska hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem w 1610 roku. Okazuje się, że słowa słynnego wodza sprzed czterystu lat cały czas są aktualne: Nadzieja w męstwie, ratunek w zwycięstwie!

Vladimir Wolff przedstawił śmiałą wizję współczesnego konfliktu zbrojnego rodem ze sztabowych map zimnowojennych strategów. Z tą tylko różnicą, że teraz Polacy znajdują się po drugiej stronie żelaznej kurtyny…

Opinie o ebooku STALOWA KURTYNA - Wolff Vladimir

Fragment ebooka STALOWA KURTYNA - Wolff Vladimir

VladimirWolff

Stalowa kurtyna

Ustroń 2010

DRAMATIS PERSONAE

POLACY

Siły Zbrojne RP

kpr. Jan Bocian, ps. Góral – żołnierz 1 Pułku Specjalnego

gen. Gralczyk – dowódca lotnictwa

chor. Groński – instruktor skoków spadochronowych

mjr Jan Grot – dowódca obrony Białegostoku

por. Artur Gulbiński – oddział specjalny GROM

płk Mariusz Jaworski – dowódca 16 Brygady Zmechanizowanej

ps. Mecenas – żołnierz 1 Pułku Specjalnego

płk Płoński – szef Agencji Wywiadu

sierż. Rawski – żołnierz 1 Pułku Specjalnego

gen. Mieczysław Rudnicki – zwierzchnik armii

por. Sławczyński – pilot F-16

mjr Adam Sokołowski – pilot F-16

gen. Maurycy Sulik – zastępca Rudnickiego

kpt. Szawłowski – dowódca kompanii przeciwlotniczej

kpr. Tomasz Szczepański, ps. Szczepan – żołnierz 1 Pułku Specjalnego

kpr. Andrzej Wirski – żołnierz 1 Pułku Specjalnego

kpt. Ignacy Wroński – pracownik Agencji Wywiadu

mjr Zatorski – oficer operacyjny 1 Pułku Specjalnego

Jan Bernatowicz – dyrektor Departamentu Polityki Wschodniej w MSZ

Bogdan Czerski – młodszy brat Jarosława, kolega Macieja Kosińskiego

Jarosław Czerski – starszy brat Bogdana, kolega Macieja Kosińskiego

Maciej Kosiński, ps. Tygrys – kolega Andrzeja Wirskiego

Joachim Kurski – zamachowiec

wiceminister Adam Moraczewski – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji

Krystyna Nowicka – koleżanka Agaty Wirskiej, narzeczona Marka Tarnowskiego

Marek Tarnowski – asystent Jana Bernatowicza, kolega Andrzeja Wirskiego

Stanisław Waryński – kolega Macieja Kosińskiego

kom. Janusz Wasilewski – Policja Państwowa

Weronika – koleżanka Agaty Wirskiej, narzeczona Andrzeja Wirskiego

Agata Wirska – siostra Andrzeja Wirskiego

dr Piotr Zaremba – lekarz szpitala wojskowego w Żaganiu

BIAŁORUSINI

Armia Republiki Białorusi

mjr Aksjonow – siły specjalne

kpt. Mykoła Aleksandrow – pilot Mi-24

gen. lejtnant Mychajło Burmak – wojska wewnętrzne RB

gen. Igor Dawydow – szef sztabu

kpt. Daniło Granin – 2 Batalion 5 Brygady Strzelców Zmotoryzowanych

ppłk Greczko – zastępca gen. płk. Konstantina Panina

minister Ignatiew – Ministerstwo Obrony RB

płk Janczyszyn – dowódca 38 Gwardyjskiej Samodzielnej Brygady

Powietrzno-Manewrowej

mjr Kuzniecow – prowadzący klucz uderzeniowy „Albatros” – lotnictwo

gen. płk Konstatin Panin – szef wywiadu wojskowego

płk Tołstoj – dowódca batalionu pancernego 1 Brygady Zmechanizowanej

kpt. Uładzimir Uwarow – siły specjalne

gen. Aleksander Zoszczenko – dowódca 1 Brygady Zmechanizowanej

sierż. Ihor Żeleźniak – dowódca czołgu T-80 z 1 Brygady Zmechanizowanej

mjr Ilja Arbatow – KGB w Mohylewie

Katajew – szef KGB

płk Wasyl Łazarow – dowódca Milicyjnego Oddziału Specjalnego Przeznaczenia „Ałmaz”

dr Iwan Sierow – dyrektor elektrowni w Mohylewie

mjr Borys Wojnowicz – agent KGB

AMERYKANIE

gen. Harold Anderson – szef Kolegium Połączonych Sztabów

kpt. William Ellroy – Siły Powietrzne USA – pilot

płk Agnus MacCoy – Siły Powietrzne USA

kpt. Juan Martinez – Siły Powietrzne USA – pilot

kpt. Bill Romney – Siły Powietrzne USA – pilot

gen. Wilson – Siły Specjalne Armii USA – oficer łącznikowy

Gary Craig – doradca prezydenta Stanów Zjednoczonych ds. bezpieczeństwa narodowego

Larry Osborne – Narodowa Agencja Bezpieczeństwa – analityk wywiadu

ROSJANIE

Wiktor Aleksandrowicz Fadiejew – ambasador Federacji Rosyjskiej na Białorusi

kpt. Fiłatow – Marynarka Wojenna Federacji Rosyjskiej – dowódca okrętu podwodnego „Sankt Petersburg”

PROLOG

Dla doktora Iwana Sierowa miał to być spokojny wieczorny dyżur. Jego stare Żiguli posuwało się wolno w zapadających ciemnościach.

Doktor Sierow nie był bynajmniej doktorem medycyny, ale fizyki i od trzech lat pełnił funkcję naczelnego dyrektora elektrowni pod Mohylewem i przylegającego do niej ośrodka badawczego. Jego obecność na wieczornym dyżurze nie była konieczna, jednak trudności, które trzeba było pokonać przy okazji kolejnej inwestycji, wymagały i od niego większego zaangażowania.

Za dwa tygodnie miano uruchomić dodatkowy blok energetyczny i do tego czasu większość pracowników pozostawała w stałej dyspozycji. Próby, testy i symulacje pochłaniały resztki wolnych godzin, jakie mieli inżynierowie i technicy zajmujący się projektem.

Sierow zatrzymał samochód przed głównym wjazdem na teren elektrowni, czekając, aż umundurowany strażnik podniesie zagradzający drogę szlaban. Kwestie bezpieczeństwa i dyscypliny pracy były na terenie zakładów poważnie traktowane. Ani on, ani jego syn, pełniący funkcję głównego inżyniera, nie musieli zawracać sobie głowy służbowymi formalnościami, za to reszta pracowników przechodziła przez sito kontroli przy każdym wejściu i wyjściu z kombinatu.

Następnym przystankiem na jego drodze był jedyny w okolicy biurowiec. Stalowo-szklana konstrukcja swoje najlepsze dni miała już za sobą. Z zewnątrz nie było jeszcze tak źle, ale za to środek budynku dopraszał się o szybki remont. Jednak pieniędzy na odnowienie, czy chociażby odświeżenie, brakowało. Brakowało ich też na dużo poważniejsze naprawy. Działo się tak w całym kraju. Białoruś izolowana na międzynarodowej scenie politycznej, mająca za partnera jedynie życzliwą jej Rosję, musiała szukać coraz bardziej egzotycznych sojuszników.

Wchodząc po schodach do znajdującego się na pierwszym piętrze gabinetu, pomyślał o Aleksym, swoim synu znajdującym się teraz w centralnej dyspozytorni. Jego zmiana dobiegała końca i lada chwila można się go było spodziewać w dyrektorskim gabinecie.

Zerknąwszy na zegarek, Sierow uśmiechnął się do siebie. Choć Aleksy nie zachowywał się jak chodzący ideał, dla niego był wszystkim. Wcześnie owdowiały ojciec pozwalał mu na wszelkie wybryki i zachcianki. Od poważniejszych wyskoków chronił go swoją wysoką pozycją w lokalnej administracji. Miało to jednak taki skutek, że Aleksy okazywał swoją pogardę ojcu i wszystkim dokoła.

Ciężkie drewniane drzwi otworzył kluczem noszonym stale przy sobie i zagłębił się w czeluściach gabinetu. Drewniane biurko i regały z książkami z jednej strony, biegnące przez całą długość pokoju okno z widokiem na podległą mu placówkę z drugiej strony i prostokątny stół konferencyjny na dziesięć osób dopełniały obrazu jego biura.

Opadł na fotel i sięgnął do szafki. Butelka stolicznej powinna na razie ukoić jego nerwy. Kieliszek stuknął o blat biurka. Prawa dłoń Sierowa chwyciła butelkę, lewa zaczęła odkręcać metalową nakrętkę, kiedy nagła eksplozja rozjaśniła nocne niebo za oknem, cisnęła dyrektorem w bok, wprost w otwarte drzwiczki biurka. Potężnie huknął o nie głową, nabijając sobie guza i łamiąc nos.

Na zewnątrz chórem ryknęły syreny alarmowe. Ich przeciągłe wycie przetoczyło się nad całym terenem elektrowni. Wybuch, który rzucił Sierowem jak marionetką, sprawił, że w budynku wyleciały wszystkie okna, siejąc ostrymi jak brzytwa odłamkami. Na szczęście dla niego większość szkła przyjęło na siebie sfatygowane biurko.

Świadomość nagłego zagrożenia dotarła do spanikowanego mózgu. Wycierając twarz z potu i kropel krwi z rozbitego nosa, dyrektor wstał i podszedł do futryny, z której sterczały resztki rozbitych szyb. Nad jedną z głównych hal zakładów unosił się gęsty czarny dym. Poniżej białe i czerwone płomienie trawiły ściany. Dachu nigdzie nie było widać i dopiero po chwili zauważył resztki stalowych kratownic odrzuconych siłą podmuchu kilkadziesiąt metrów dalej. Lekko odetchnął. W powietrze wyleciała nie dyspozytornia ani nie generatory, tylko jeden z baraków, gdzie przechowywano butle z tlenem i acetylenem oraz aparaturę spawalniczą przeznaczoną do bieżących napraw.

Drzwi za jego plecami trzasnęły i do gabinetu wbiegł jeden z techników. Ubrany w biały kitel i laboratoryjny czepek, wyglądał na przerażonego. Trzęsły mu się ręce, a głos miał bełkotliwy.

– Widział pan to, widział pan to, dyrektorze?!

Sierow chrząknął i splunął czerwoną flegmą.

– Proszę się uspokoić. Lepiej będzie, jak postaracie się zorganizować jakiś punkt opatrunkowy, będą chyba poszkodowani.

– Kiedy ja jestem spokojny!

Akurat! On sam był zdziwiony własnym opanowaniem. A może to szok spowodowany uderzeniem? Do diabła z tym, musi przecież zająć się ratowaniem swojego kombinatu.

– Nie wiecie, gdzie jest mój syn? – zapytał, jakby chciał odgonić dręczące go wątpliwości.

Technik spazmatycznie łapał powietrze jak pływak po ustanowieniu rekordu basenu.

– Jakieś piętnaście minut temu wychodził z dyspozytorni – wysapał. – Później już go nie widziałem.

Wybuch rozszedł się echem po okolicy. Z dala odpowiedział mu jęk syren zakładowej straży pożarnej zdążającej na miejsce katastrofy. Sierow przecisnął się obok technika i zbiegł na dół. Ciągle był tu szefem i lepiej będzie, jeśli osobiście pokieruje akcją ratunkową.

SIEDZIBA KOMITETU BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWOWEGO, MOHYLEW – BIAŁORUŚ

12 godzin później

Major KGB Ilja Arbatow zasiadł do pisania raportu. Jak zwykle najpierw długopisem na brudno.

To, co uda mu się spłodzić, sekretarka przepisze już na komputerze. Sięgnął po długopis. Ręka zawisła nad białą kartką papieru i opadła na blat biurka. Arbatow westchnął. Kiedy w nocy przybył na miejsce wypadku, strażakom udało się już opanować główne źródło ognia. Pożar doszczętnie strawił dwie hale. Znacznemu uszkodzeniu uległy też znajdujące się zaraz za nimi słupy wysokiego napięcia i kondensatory. Naprawa potrwa jak nic dwa miesiące. Dobrze, że jest lato. W czasie zimy równałoby się to prawdziwej katastrofie. A wszystko przez...

Major westchnął ponownie i spojrzał na stojącą na biurku fotografię w stylizowanej ramce.

Dwaj uśmiechnięci, na oko siedmioletni malcy popatrzyli na niego. Jednym z nich był jego syn, który parę dni po zrobieniu tego zdjęcia utonął w Dnieprze. Małą rączką obejmował swojego najlepszego przyjaciela Aleksa. Wakacje sprzed dwudziestu lat.

A dziś ten dureń Aleksy, chcąc zespawać ramę swojego cholernego roweru, wziął się do roboty razem z równie jak on pijanym spawaczem. Efekt: trzech ludzi ciężko poparzonych, z dymem poszło... no, nieważne, ile milionów rubli. Dobrze chociaż, że Aleksowi nic się nie stało. Błagalne spojrzenie jego ojca, a prywatnie kompana od kieliszka, też zrobiło swoje. Kiedy odjeżdżał, powiedział tylko Iwanowi, że niczego nie jest w stanie obiecać. Ciekawe, jak ma z tego wybrnąć?

W końcu zaczął pisać:

Wstępne wyniki prowadzonego śledztwa pozwalają przypuszczać, że jest to akt sabotażu mający osłabić nasz kraj. Pewne dowody wskazują, że za wszystkim stali agenci ościennego kraju, który w ostatnim okresie wiele razy krytykował nasz rząd i administrację. Dlatego też proponuję...

ROZDZIAŁ 1

ZALEW ZEGRZYŃSKI – POLSKA

24 maja, godzina 11:51

Tego ciepłego, wręcz letniego dnia nad Zalewem Zegrzyńskim panował nieznośny tłok. Piękna pogoda i aura zbliżających się wakacji zachęciły niezliczonych mieszkańców Warszawy, by choć przez weekend odpocząć od trudów pracy w stolicy. Na wodzie widać było dziesiątki żaglówek, które zapobiegliwi właściciele przygotowywali już od tygodni. Zatłoczone parkingi i drogi dojazdowe wyraźnie irytowały kierowców chcących jak najszybciej dostać się na upragnioną plażę, jednak od strony Legionowa i Radzymina wciąż przybywało zmotoryzowanych Hunów.

Na niewielkiej śródleśnej polanie, opodal szosy łączącej Wyszków z Serockiem, biwakowała grupa warszawskich maturzystów. Osiem kolorowych chińskich namiotów ustawionych w okrąg wyraźnie odcinało się od ciemnozielonej ściany lasu, która nie zdążyła jeszcze spłowieć zmęczona przeciągającym się upałem i suszą. Pośród obozowiska walały się resztki garderoby oraz butelki po piwie i tanim winie, widoczna oznaka, że przebywająca tu młodzież pracowicie spędziła wieczór. Nad obozem rozlegało się potężne chrapanie dobiegające z czerwonego namiotu. Można było pomyśleć, że w środku śpi nie człowiek, tylko grizli, gdyby nie wystające z namiotu owłosione łydki w jadowicie zielonych skarpetkach, których nie ubrałby żaden niedźwiedź.

Ukryte w odosobnieniu obozowisko nie dla wszystkich było tajemnicą. Nad przesieką, pośród gęstego młodnika dał się słyszeć głośny warkot motocyklowego silnika. Podskakując na wertepach i korzeniach, zza zakrętu wyjechało sportowe Kawasaki prowadzone przez młodego blondyna. Pewna siebie mina i opadająca grzywka nad ciemnymi oczyma sprawiały wrażenie, że jej właściciel jest człowiekiem wyjątkowo zdecydowanym, by nie rzec – butnym. I tylko błąkający się na wargach uśmieszek przeczył pierwszemu wrażeniu.

Motor prowadzony sprawną ręką zatrzymał się obok wypalonego kręgu ogniska. Mimo sporego hałasu poczynionego przez motocyklistę nikt ze śpiących w namiotach nie poruszył się nawet w swoim legowisku. Widać nocna balanga bardzo wszystkich wyczerpała. Roztrącając nogą w wysokim sznurowanym bucie leżące dookoła butelki, chłopak podszedł do czerwonego namiotu.

– Ej, Tygrys, wstawaj! – dla poparcia wezwania ciężki but trafił w kostkę śpiącego. Chrapanie momentalnie ustało.

– Spieprzaj, palancie! – nosiciel zielonych skarpetek nie był zbyt przyjaźnie nastawiony do świata.

– Już dwunasta, a wy się wałkonicie – blondyn chyba nie lubił łatwo się poddawać.

– Andrzej, to ty?

– Spodziewałeś się jeszcze kogoś?

Ciało w zielonych skarpetkach z wyraźnym oporem zwinęło się, przeformowało i po chwili z namiotu wysunęła się zaspana i ziewająca sylwetka Tygrysa.

– Jak było? Noo... Pewnie ciężko?

Po tym pytaniu błędny wzrok Tygrysa przesunął się po obozowisku, wyraźnie czegoś szukając.

– A! Tuś mi! – niedoceniona wieczorem butelka wody mineralnej nagle zyskała uznanie. Tygrys wstał i poczłapał po nią. Dopiero teraz można było przekonać się, jakim jest rosłym chłopakiem. Metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu i rozwinięta muskulatura dawały mu przewagę na boisku amatorskiej koszykówki, którą zapamiętale uprawiał. Fryzura na zapałkę i odstające uszy dopełniały sylwetki sportowca.

Głośna rozmowa obu kolegów przywróciła też do życia mieszkańców sąsiednich namiotów.

– Cześć, braciszku – dał się słyszeć cichy głos zza pleców Andrzeja. – Co w domu?

– Staruszkowie wybywają na urlop. Będziemy mieli wolną chatę. Przynajmniej na razie, bo później przecież wyjeżdżam.

– Więc jednak dostałeś się!!?? – siostra Andrzeja Wirskiego, Agata, szybko domyśliła się znaczenia tego „później”.

– Chłopie, wiesz, że masz przesrane i że te twoje plany tylko opóźnią studia? – do rozmowy ponownie włączył się Tygrys.

– A ty co? Za parę dni egzaminy na polibudę, wyśniona robotyka czeka, a ty mordujesz szare komórki gorzałą! – odparł ze złością Wirski.

– Nie wkurzaj się. Zresztą dobrze ci tak. Ale dostaniesz w dupę! He, he!! – I Tygrys wydarł się na cały głos: – Wiecie co?! Mamy nowego obrońcę ojczyzny! Ten patałach dostał się do Lublińca.

Zdumione miny kolegów i zachwycone spojrzenia koleżanek mile połechtały Wirskiego. Miał wstąpić do 1 Pułku Specjalnego. Prawie od zawsze było to jego marzeniem, które teraz właśnie miało się ziścić. Wierny kibic warszawskiej Legii, wraz z Tygrysem i resztą paczki od paru lat chodził na wszystkie mecze, a właściwie na to, co po nich następowało. Tygrys ze swoim wzrostem i atletyczną budową świetnie dawał sobie radę w niejednej ustawce, ale Wirski, niższy od kumpla o dobre pół głowy, takim mocarzem nie był, wszelkie braki musiał nadrabiać szybkością i sprytem. Zaowocowało to paroletnim treningiem w osiedlowej sekcji taekwondo, gdzie uczęszczał kilka razy w tygodniu. Kres ulicznym bijatykom położyła dopiero pałka policjanta z oddziałów prewencji, która skutecznie wyperswadowała mu dalsze awantury.

Zresztą w tym czasie pasją Wirskiego, ku zdumieniu reszty rodziny, stało się wojsko. Brak tradycji rodzinnych w niczym mu nie przeszkadzał. Ojciec lekarz, matka prawniczka i może tylko siostra wyjdzie na ludzi – tak w skrócie charakteryzował swoją średnio zamożną rodzinę z Wilanowa przyszły spadkobierca polskich rycerzy.

Sam Tygrys, czyli Maciek Kosiński, był racjonalistą twardo stąpającym po ziemi. Zamiłowanie do sportu było tylko jedną z jego rozlicznych pasji. Znacznie bardziej serio traktował elektronikę, stąd pomysł studiowania robotyki.

Tymczasem reszta towarzystwa rozsiadła się wokół gazowej kuchenki, czekając niecierpliwie na pierwszy łyk kawy. Oprócz dwójki przyjaciół i siostry Andrzeja było tam jeszcze dwanaścioro osób, w większości szkolni koledzy Andrzeja i Maćka, ale i znalazło się kilka ich dziewczyn.

Wśród nich uwagę zwracała wysoka szatynka – Weronika – najlepsza koleżanka Agaty. Znały się jeszcze ze szkoły podstawowej i od tamtej pory były nierozłączne. O tym, że Weronika skrycie podkochuje się w Andrzeju, wiedzieli wszyscy prócz niego samego. On wciąż był na etapie kobiety idealnej, Catheriny Zeta-Jones, i Weronikę traktował tylko jak przyjaciółkę siostry.

Siedząca obok nich Krysia Nowicka była najspokojniejszą i najcichszą osobą, jaką można sobie wyobrazić. Drobna i opanowana stanowiła prawdziwą podporę domu małego dziecka w Zielonce pod Warszawą, dokąd dojeżdżała w każdej wolnej chwili. Jej jedyną pasją były dzieci. Starsza od Agaty i Andrzeja, miała dwadzieścia dwa lata i studiowała na trzecim roku pedagogiki. Wcześnie osierocona przez matkę, do Warszawy przyjechała z Tarnowa, gdzie nadal mieszkał jej ojciec. Jego kolejarska emerytura ledwo zapewniała córce skromne życie w stolicy do czasu, gdy spotkała ona Marka Tarnowskiego.

W zawarciu tej znajomości pomógł dramatyczny skądinąd przypadek. Oczekującą na przystanku autobusowym Krysię spostrzegło trzech mocno podpitych dresiarzy z pobliskiego blokowiska. Ich niewybredne zaczepki sprowokowały zdecydowaną reakcję stojącego opodal dryblasa w skórzanej kurcie. Obaj blokersi nie mogli wiedzieć, że od dwóch lat był on bokserskim mistrzem Warszawy w wadze średniej. Konfrontacja była wyjątkowo krótka, bo z głuchym stęknięciem jeden po drugim wylądowali twarzą na chodniku. To spotkanie odmieniło oboje młodych.

Rodzina Tarnowskich jak na polskie warunki była wyjątkowo zamożna. Co prawda, majątek wielu pokoleń właścicieli licznych nieruchomości w Warszawie poważnie ucierpiał w czasie wojny, a i półwiecze PRL-u też ich nie rozpieszczało, to jednak już w latach dziewięćdziesiątych szybko wrócił do dawnego splendoru.

Wśród młodzieży bawiącej się nad zalewem Marek Tarnowski był kimś wyjątkowym. Właśnie skończył dwadzieścia pięć lat i najbliższe lata postanowił przeznaczyć na karierę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Biegle posługiwał się rosyjskim, angielskim i francuskim, studia lingwistyczne ukończył z wyróżnieniem. Urzeczony Dalekim Wschodem już widział się na jakiejś egzotycznej placówce, oczywiście jako ambasador. Na początku czekał go jednak staż w warszawskiej centrali.

Patrząc na siedzącą obok parę, odnosiło się wrażenie, że żywiołowość Marka znalazła chwilowe ukojenie w cichym porcie, jaki stworzyła dlań Krysia.

Po drugiej stronie kuchenki uwagę przykuwało dwóch braci Czerskich: mały i starszy Jarek oraz trochę od niego wyższy i młodszy Bogdan. Jarek był zapalonym komiksiarzem. Uzdolniony plastycznie od jakiegoś czasu starał się stworzyć coś więcej niż tylko pojedyncze rysunki. Bogdan zaś był urodzonym mechanikiem. Od dzieciństwa przesiadywał w garażu z ojcem naprawiającym kolejne samochody, a że nie miał ochoty na jakieś tam studia, za dwa tygodnie miał się zgłosić do pracy w jednym z warsztatów niedaleko Stadionu Dziesięciolecia.

– O matko, co ja takiego zrobiłem, by dostać na śniadanie mleko?! – głos Stasia Waryńskiego, wiecznego komedianta, zagłuszył nagle gwar rozmów.

– Możesz dostać jeszcze sałatę – dobiła go Weronika, kontrolująca sytuację przy kuchence. Zabrakło jej wody, więc postanowiła zagrzać trochę mleka, które dostało się do pełnych piwa i wina bagaży chyba przez pomyłkę.

– Nie jestem cielakiem ani królikiem. Chcę mięsa, mięsa, mięsa!

– Jest tylko konserwa turystyczna. Mięso zjedliście na kolację. Jeśli chcesz się przejść do wsi i zrobić zakupy... – głos Weroniki stawał się coraz słodszy.

– Geniusze nie odżywiają się konserwą...

– ...tylko piwem – energiczny Jarek ruszył do namiotu, po drodze przeliczając drobne.

– Po co iść, jak można jechać. Andrzej, dawaj kluczyki!

– Zdurniałeś? Jeszcze wóda w tobie bulgocze. Sam pojadę, tylko dajcie jakiś plecak – Wirski ani na chwilę nie chciał rozstać się ze swoją maszyną. Kupił ją za niewielkie pieniądze na motobazarze, ale dla niego była bezcenna.

– Pojadę z tobą – Weronika poderwała się z ziemi i otrzepała spodnie.

– Chciałem jechać sam – zgrzytnął zębami Andrzej, wyraźnie niezadowolony.

– Proooszę, mam coś do kupienia w drogerii – błagalne spojrzenie dziewczyny poskromiłoby syberyjskiego tygrysa, ale nie Wirskiego.

– To będzie ciężki dzień – westchnął. Usłyszała to tylko Agata i posłała bratu spojrzenie pełne wyrzutu.

BAZA LOTNICZA NELLIS, NEVADA – USA

7 czerwca, godzina 10:05

Pył przywiany przez wiatr z pustyni wciskał się wszędzie. Jego drobiny przeszkadzały w pracy, odpoczynku, nawet w jedzeniu, bo wszystko trzeszczało i zgrzytało w zębach. Wysiłki personelu kantyny i oficerów dyżurnych, próbujących utrzymać bazę w nieskalanej czystości, spełzały na niczym. Ziarenka piasku wciskały się nawet do butelkowanej wody, więc i przy gaszeniu pragnienia trzeba było uważać.

Pył i kurz przeszkadzały zawsze i wszędzie, lecz to były tylko drobne niedogodności, które baza w pełni rekompensowała trzysta sześćdziesięcioma pięknymi i lotnymi dniami w roku.

Dla odciętych od panującego na zewnątrz czterdziestostopniowego żaru ludzi klimatyzowana sala odpraw była prawdziwym wybawieniem. Skupieni na słowach oficera prowadzącego odprawę pospiesznie notowali.

– Only in English! – głos pułkownika Agnusa MacCoya zagrzmiał w rozległej sali, wyraźnie podkreślając wagę, jaką przykładał do tego szczegółu.

Siedzący obok speszonego porucznika Sławczyńskiego major Adam Sokołowski tylko westchnął. Choć najlepsi z najlepszych, wyselekcjonowani do zaawansowanego szkolenia, polscy piloci wciąż popełniali szkolne błędy. Było ich tylko sześciu, nie mogli sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienia i bylejakość. O pobycie tu tysiące lotników na świecie nie mogło nawet marzyć.

– Cele znajdują się w kwadracie 49‒11. Stanowiska rakiet ziemia-powietrze oraz radary ostrzegawcze są tutaj – laserowy wskaźnik pułkownika przesunął się po dużej mapie wyświetlanej na ścianie. – Nalotu dokonujecie parami na wysokości trzystu metrów. Radary i wyrzutnie to cele dla 52 Skrzydła Myśliwców Taktycznych. Musicie więc skoordynować swoje działania.

Dzisiejsze ćwiczenia były wyjątkowo ważne. Polscy piloci mieli współdziałać z amerykańską jednostką wyspecjalizowaną w niszczeniu radarów – była to swoista nobilitacja. Zadanie przełamania obrony, które miały wykonać dwa amerykańskie myśliwce, oraz późniejszy nalot polskich F-16 musiały być dopracowane w każdym calu. Jakiekolwiek błędy groziły niewykonaniem zadania i kompromitacją w oczach pułkownika MacCoya.

Opuszczający salę odpraw obrońcy nieba nad Wisłą wyglądali na przejętych, nawet major Sokołowski, choć był weteranem działań na Jastrzębiach, jak nazwano polskie F-16. Czterdziestoletni łodzianin był już w drugiej turze pilotów szkolonych w Tucson w Arizonie. Po powrocie do kraju pełnił funkcję zastępcy dowódcy eskadry w 1 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego. Po trzech latach znów nadarzyła się okazja podszlifowania umiejętności, z której ochoczo skorzystał, i tak znalazł się w bazie Nellis na specjalistycznym kursie.

Podchodząc do ustawionych na pasie samolotów, major pozwolił sobie na lekki uśmiech. Dobrze znane, smukłe sylwetki Fighting Falconów kryły w swoim wnętrzu cuda współczesnej elektroniki. Wchodząc po drabince do kabiny, dojrzał porucznika Sławczyńskiego machającego doń z kokpitu drugiej maszyny. Młody pilot, prawie chłopak, miał być jego skrzydłowym w trakcie nalotu.

Kiedy założył hełm, usłyszał w słuchawkach operatora na stanowisku dowodzenia.

– Próba radia. Potwierdzić.

– Jeden – odezwał się Sokołowski.

– Dwa – mruknął Sławczyński.

Pozostali piloci tworzący następne dwie pary wykazywali więcej entuzjazmu.

– Zrozumiałem. Jest piękny, słoneczny dzień. Wiatr z kierunku zachodniego, dwadzieścia węzłów. Zaczynajcie.

Pierwsze dwa samoloty podkołowały na główny pas, z którego miały wystartować. Piloci włączyli dopalacze i wciskani w fotele poderwali ośmiotonowe maszyny z ziemi, szybko nabierając wysokości. Do wykonania dzisiejszego zadania każdy F-16 został uzbrojony w siedem naprowadzanych laserowo bomb burzących GBU 12 Paverway II podwieszanych pod skrzydłami. Plan działania był stosunkowo prosty, wprawy wymagało za to współdziałanie z parą samolotów mających unicestwić stację radarową.

Przy prędkości dziewięciuset kilometrów na godzinę obie maszyny szybko zbliżyły się do celu.

– Dwójka, ściśnij szyk. Jesteś zbyt daleko – spokojne pouczenie Sokołowskiego trochę rozładowało panujące w grupie napięcie.

– Jedynka, patrz, ale przygrzmocili – nieregulaminowa odzywka Sławczyńskiego dotyczyła pary amerykańskich myśliwców.

– Jeszcze nie skończyli, więc bardziej się skoncentruj – rozkazał Sokołowski. – Uwaga! Zwrot na północ i schodzimy na siedemdziesiąt pięć metrów.

– Na ziemi czysto – zameldował prowadzący parę amerykańskich maszyn. – Możecie schodzić do celu.

Ziemia z wysokości siedemdziesięciu pięciu metrów była tylko burą smugą.

– Jest namiar. Uwaga, teraz!

Samolotem lekko szarpnęło, kiedy bomby oderwały się od kadłuba i poszybowały ku celowi. Po chwili zrzutowisko pokryło się dymem i kłębami pyłu.

– Chyba nieźle? Jak pan myśli, majorze? – Sławczyński był wyraźnie zafrasowany.

– Cel zniszczony w sześćdziesięciu pięciu procentach. Mogło być lepiej – obserwatorzy na ziemi byli bardzo dokładni i obiektywni. Nie pozostawiali miejsca na żadne przypuszczenia.

– Wracamy do domu. Później zobaczymy, jak poradziła sobie reszta – zniechęcenie młodego pilota udzieliło się też majorowi.

Zawracając znad celu, zauważyli podchodzącą do ataku druga parę. Wyglądało na to, że poradziła sobie znacznie lepiej.

Kierując się wskazówkami kontroli lotów, cała szóstka polskich samolotów szybko i sprawnie wylądowała. Wokół maszyn od razu zaroiło się od mechaników i służb pomocniczych, a mniej lub bardziej zadowoleni piloci udali się na wspólną analizę realizacji zadania. Niezmordowany MacCoy już na nich czekał.

CENTRALA WYWIADU WOJSKOWEGO, MIŃSK – BIAŁORUŚ

9 czerwca, godzina 10:22

Szeroka asfaltowa aleja ciągnąca się od bramy wejściowej wiodła wzdłuż rzędów szarych koszarowych bloków do wielkiego placu apelowego. Za nim rozciągał się park techniczny, dla stacjonującego tu pułku artylerii rakietowej, oraz tor przeszkód.

Wielki kompleks koszarowy pozostawiony w spadku po armii sowieckiej mieścił także inne jednostki. Na prawo od pułku rakietowego stacjonowała brygada pontonowo-mostowa wraz ze swoim zapleczem. Magazyny broni umiejscowione w betonowych bunkrach oraz zbiorniki paliw należące do obu formacji były najlepiej strzeżonymi punktami w całym kompleksie.

Niedaleko nich znajdował się dwupiętrowy budynek. Wiodącą do niego wąską betonową ścieżką dochodziło się do wartowni, gdzie za szlabanem pomalowanym w czerwono-białe pasy spacerowało dwóch wartowników. W jedną i drugą stronę rozchodziły się betonowe płoty przykryte kłębami drutu kolczastego.

Właśnie tutaj, ukryta wśród innych jednostek, miała swoją siedzibę centrala wywiadu wojskowego – oczy i uszy białoruskiej armii. Aby dostać się do środka, nie wystarczyło okazać ważnej przepustki rosłemu wartownikowi dyżurującemu na zewnątrz. Dopiero młody lejtnant pełniący służbę w przestronnym holu był prawdziwym cerberem pilnującym dostępu do najważniejszych wojskowych tajemnic. Dwa telefony ustawione na biurku i przycisk pod nim, który można było uruchomić kolanem, mogły w parę sekund odciąć budynek od zewnątrz i sprowadzić pluton specnazu.

Za biurkiem po obu stronach ciągnęły się korytarze wyłożone czerwonymi dywanami, wiodące do zamykanych na szyfr pokojów.

Najważniejszy gabinet znajdował się na piętrze. Miał ściany wyłożone ciemną dębową boazerią, równie ciemne, ciężkie dębowe meble i służył szefowi wywiadu wojskowego, generałowi pułkownikowi Konstantinowi Paninowi.

Panin, niewysoki, niepozorny, o stalowoszarych krótkich włosach, stał w rozpiętej mundurowej kurtce obszytej kilkoma rzędami barwnych baretek. Wyglądał w niej jak jeden ze stalinowskich przodowników pracy uwiecznionych w marmurze. Nawet spojrzenie miał podobnie nieruchome. Akurat tkwiło w przyniesionym chwilę wcześniej raporcie:

...służący podniesieniu gotowości bojowej polskiej armii. Szereg reform zainicjowanych w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęło przynosić wymierne korzyści...

...pozyskanie od USA samolotu wielozadaniowego F-16. Służące do tej pory w polskim lotnictwie samoloty MiG-29 zmodernizowano poprzez zamontowanie nowocześniejszej awioniki i przystosowanie do współdziałania z siłami NATO. Razem z pozostającymi jeszcze na służbie sześćdziesięcioma samolotami Su-22 daje to sto trzydzieści maszyn. Choć nie wszystkie przedstawiają wysoką wartość bojową, stanowią dla nas poważne zagrożenie.

...W zakresie uzbrojenia lądowego największe zagrożenie stanowią pociski przeciwpancerne Spike, zakupione w Izraelu, i kołowy transporter opancerzony Rosomak...

Raport wylądował w śmieciach, a zdenerwowany Panin podszedł do okna.

– Młody dureń! – nie kryjąc złości, zapalił papierosa i przystanął pod wielką doniczkową palmą, jedyną ozdobą gabinetu. Jedyną, jeśli nie liczyć wielkiego portretu sternika narodu wiszącego nad biurkiem generała. – Takie rzeczy mogę poczytać w rządowych biuletynach. Ten ciołek marnuje tylko mój czas – pomyślał już nieco spokojniej.

Zanim podszedł do baterii telefonów okupujących biurko, przeanalizował sprawę.

– Wezwać podpułkownika Greczkę.

Po niecałych dwóch minutach wezwany wyprężył się służbiście przed generałem, spoglądając przy tym na przełożonego z zaciekawieniem. Takie nagłe wezwania nie były dla niego niczym niezwykłym. Będąc podwładnym Panina od ponad pięciu lat, dość dokładnie poznał zwyczaje i upodobania szefa.

– Siadajcie – ręka generała wskazała konferencyjny stolik opodal palmy. – Czy nadeszło coś z GRU?

Myśli Panina poszybowały ku czasom, w których rosyjscy koledzy często podrzucali informacje z głównych kierunków, z których mogło nadejść zagrożenie dla Mińska.

– W tym tygodniu nic ciekawego – odparł Greczko.

Panin nie tak to sobie wyobrażał, gdy obejmował to stanowisko. Jeszcze parę lat temu związek Białorusi i Rosji wydawał się być trwały i nierozerwalny. Jednak coraz agresywniejsza polityka Moskwy wobec sąsiada zdawała się dążyć do całkowitego podporządkowania go. Dyktat gazowy i paliwowy oraz umiejętne sterowanie przez Kreml kredytami dla białoruskiej gospodarki przeistoczyły Białoruś w biednego i niepewnego wasala. Tylko twarda ręka wąsatego przywódcy nie spowodowała krachu tego systemu i zmiany kursu republiki.

– Musimy bardziej rozwinąć naszą agenturę. Zwłaszcza na głównym kierunku.

Greczko kiwnął głową, rozumiejąc, że chodzi o Polskę. Litwa, choć ważna, musi poczekać.

– Czy nasi przyjaciele z KGB nie zechcieliby choć trochę podzielić się informacjami? – ostrożne pytanie Greczki dotknęło niezwykle istotnego zagadnienia dotyczącego współpracy między obiema instytucjami.

Brwi Panina nieznacznie się uniosły. W państwie takim jak Białoruś, podobnie jak w Rosji, niewiele zmieniło się od czasu, gdy imperium rządzili wszechwładni komunistyczni gensecy. KGB jak za dawnych lat pełniła funkcję tajnej policji. Jawna i tajna inwigilacja dotyczyła każdego aspektu szarej białoruskiej rzeczywistości, choć nie tylko. Niezwykle rozbudowane struktury niektórych departamentów starały się przeniknąć także do sąsiednich państw, skutecznie rywalizując na tym polu z wywiadem wojskowym.

– To poza dyskusją. Mamy w końcu konkurować, a nie współdziałać.

– Polacy od jakiegoś czasu są bardzo ostrożni. Coraz trudniej zdobyć informacje. – Po chwili wahania Greczko dodał: – Będą potrzebne dodatkowe środki.

– Zdaję sobie z tego sprawę.

Ostatnie czystki i w konsekwencji usunięcie ze stanowisk wielu funkcjonariuszy jeszcze komunistycznego wywiadu, po części spowodowane obietnicami wyborczymi poprzedniej ekipy rządzącej, a po części wynikające z nacisków Amerykanów, poważnie uszczelniło polski system informacyjny. Nowi pracownicy ministerstw nie zostali jeszcze w dostatecznym stopniu zinfiltrowani. Na to potrzebne były też duże nakłady finansowe, i to bez gwarancji sukcesu, bo kto teraz w Polsce chciałby współpracować z mińskim despotą? Ośmieszany w telewizji i prasie Łukaszenka miał tam fatalną opinię.

– Proponuję przenieść część środków i ludzi zaangażowanych do tej pory na południu. W Kijowie panuje na razie spokój i nie zanosi się na nową pomarańczową hecę.

Ten pomysł podpułkownika, choć niespodziewany, miał sens. Po co marnować czas i pieniądze na kozackich bandurzystów, skoro nad Wisłą zaczęto robić porządki.

– Tak, macie rację, towarzyszu Greczko – uśmiech zagościł na ustach generała. – Zajmijcie się tym.

– Aha, jeszcze jedno – przełożony zatrzymał Greczkę już przy drzwiach. – Wiecie, kto sporządził ostatni raport ogólny?

– Tak jest.

– To przenieście go tam – palec generała wskazał powstający za oknem pontonowy most, wokół którego uwijała się grupa żołnierzy poddawanych przez sadystycznego sierżanta morderczej tresurze.

ROZDZIAŁ 2

DOWÓDZTWO 1 BRYGADY ZMECHANIZOWANEJ, BOBRUJSK – ŚRODKOWA BIAŁORUŚ

15 czerwca, godzina 9:23

Zielona płachta brezentu, tworząca improwizowany dach nad transzeją wykopaną na najwyższym w okolicy wzgórzu, łopotała niemrawo poruszana ciepłym letnim wiatrem. W powietrzu unosił się zapach świeżo ściętych sosen, którymi wyłożono boki okopu.

To sielskie na pozór otoczenie kryło sztab 1 Brygady Zmechanizowanej. Skupieni przy nożycowych lornetach oficerowie obserwowali rozwijającą się właśnie w dole pierwszą falę pancernego natarcia. Choć T-80B uchodził za cichy czołg, huk czterdziestu pojazdów przejeżdżających nie dalej niż dwieście metrów od nich zagłuszał najgłośniejsze rozmowy.

Generał Aleksander Zoszczenko zmiął w ustach przekleństwo, widząc jak dwie maszyny omal się nie zderzyły, chcąc ominąć resztki wypalonego wraku transportera BTR-152, stanowiącego obiekt ćwiczeń dla niejednego pokolenia pancernych artylerzystów.

– Numery boczne 2011 i 2019 – skinął na stojącego obok młodego oficera sztabowego. – Dowódca kompanii nagana za złe wyszkolenie ludzi, a... – resztę wypowiedzi przerwał kaszel spowodowany niebieską chmurą spalin przygnaną znad czołgowiska – ...dowódcy czołgów tydzień paki. Ukhh! – dokończył, spazmatycznie łapiąc powietrze.

Tymczasem łoskot czołgowych gąsienic zaczął cichnąć w oddali, a na horyzoncie ukazały się transportery piechoty BMP-2. Natarcie pancernej pięści miało zostać wsparte zmechanizowaną piechotą. Ponad pięćdziesiąt wozów składających się na batalion przejechało czołgowymi koleinami, w ślad za szpicą. Tym razem wszystko przebiegło regulaminowo.

Zadowolony Zoszczenko pozwolił sobie na drugiego tego dnia papierosa. Wyciągnął go ze zmiętej paczki. Bibułka kryła w swoim wnętrzu aromatyczny, grubo cięty tytoń, dokładnie taki, jaki lubił. Przypalający mu papierosa kapitan zrobił niepewną minę.

– Tak, pamiętam – kiwnął głową Zoszczenko, głęboko zaciągając się dymem. Przypomnienie o mającej się odbyć w Mińsku odprawie wszystkich wyższych dowódców czynnych jednostek na chwilę zepsuło mu humor.

Jak głosiła stugębna wojskowa plotka, KGB zaczynała węszyć w wojsku. Niekwestionowana lojalność, jaką niezmiennie okazywał władzy politycznej, zawsze może zostać zakwestionowana, kto to wie. Czarne myśli zostały szybko przegnane łopotem wirników śmigłowców. Znad widocznej w oddali, lekko zamglonej ściany lasu nadlatywały Mi-24, zwane przez niektórych „latającymi czołgami”, choć bardziej przypominały jakieś przedpotopowe stwory.

Kiedy i one zniknęły w oddali, generał Zoszczenko wyrzucił niedopałek, kierując spojrzenie na otaczających go oficerów.

– Czas na wnioski, panowie. Jako dowódca brygady widzę na niektórych odcinkach poważne uchybienia – ostatnie słowo specjalnie lekko przeciągnął, chcąc, by zabrzmiało to groźnie. Stojący naprzeciw pułkownik Tołstoj, dowódca batalionu pancernego, nerwowo przełknął ślinę.

– Dotyczy to głównie was.

Teraz już nie można było mieć wątpliwości, kogo spotka ewentualna nagana.

– Oczywiście, towarzyszu generale!

– Więcej czasu na ćwiczeniach, mniej w koszarach!

Gromkie stwierdzenie generała zabrzmiało nieco absurdalnie. Jak biedna Białoruś, mająca od lat trudności gospodarcze, mogła wygospodarować dodatkowe tysiące litrów paliwa dla wysokoprężnych silników czołgowych? Poza tym sezon prac w rolnictwie nadchodził wielkimi krokami. Wojsko znów miało pomóc kołchozom.

Widząc, że trochę się zagalopował, Zoszczenko zwrócił się do swojego adiutanta: – Wszystkich wyróżniających się nagrodzić dodatkowymi przepustkami – nie musiał dodawać, że ponadprzydziałowe przepustki dostaną także członkowie partii i jawni agenci wojskowego kontrwywiadu.

– A wasze raporty chcę mieć na biurku jutro rano.

Oficerowie wyprężyli się na baczność, kiedy generał Aleksander Zoszczenko minął ich, udając się wraz z nieodłącznym adiutantem do stojącego nieopodal wojskowego UAZ-a.

Szeroki przód czołgu T-80 złamał niewielką brzózkę rosnącą nieopodal zagajnika skrywającego oczko wodne, a właściwie wielką kałużę wyżłobioną czołgowymi gąsienicami. Poligon w tym miejscu z rozległej trawiastej równiny przechodził w wysoki sosnowy las. Tym samym możliwości ruchu pojazdów były ograniczone do kilku wyboistych leśnych duktów. Stanowisko obserwacyjne sztabu brygady zostało daleko za pancernymi maszynami.

Ćwiczenia bynajmniej nie zostały zakończone. Dopiero teraz, po etapie defiladowym, zaczynało się prawdziwe szkolenie. Alarm ogłoszony w koszarach o czwartej nad ranem nie był całkowitym zaskoczeniem. O rozpoczęciu wiosennego cyklu szkoleń wiedziano od dwóch dni, a oficerowie nie robili z tego żadnej tajemnicy.

Mapa spoczywająca na kolanach sierżanta Ihora Żeleźniaka, dowódcy czołgu w kompanii zwiadowczej, doprowadzała go do wściekłości. Przeniesiony do jednostki pancernej miesiąc temu wprost ze szkolenia podoficerskiego nie znał jeszcze na tyle dobrze terenu, by się bez niej obyć. Kiedy pędził w ślad za dowódcą plutonu, nie sposób było się zgubić. Kłopoty mogły zacząć się dopiero teraz.

– Z prawej strony bateria przeciwlotnicza – krzyk w czołgowym hełmofonie dowódcy pierwszego plutonu wypłoszył czarne myśli Ihora.

– Załogi, ognia! – wrzask dowódcy kompanii został na chwilę zagłuszony przez piekielny huk panujący w środku pojazdu.

Po chwili wśród trzech stojących pod lasem samobieżnych działek przeciwlotniczych ZSU-23-4 Szyłka rozszedł się biały dym z granatów rozrzuconych przez obserwatorów podążających w ślad za kompanią.

– A teraz gazu! Nie rozciągać kompanii, bo nogi z dupy wyrwę – sugestia kapitana dowodzącego kompanią była prosta i jasna.

Kierowca-mechanik z załogi Ihora, jeden z najlepszych w całej brygadzie, lekko przyhamował na zakręcie, aby w chwilę później dołączyć do reszty plutonu.

Sosnowy las nie był w tym miejscu szeroki. Po trzystu metrach pojazdy znowu wyjechały na odkryty teren.

– Uwaga! Pluton pierwszy i drugi pojedzie prosto, trzeci skręca w prawo. Zrozumiano?

– Tak jest! – w słuchawkach rozległo się potwierdzenie dowódców plutonu.

Z mapy, którą posługiwał się Ihor Żeleźniak, wynikało, że jego pluton ma rozpoznać miejsce znajdujące się obok sporego jeziora. Tereny wokół były podmokłe, łatwo więc było zakopać maszynę w nieoznaczonym bagienku.

– Oj, nie pogłaszczą za to po główce – westchnął Ihor, wpatrując się w mapę.

– Na wprost przed nami baza remontowa przeciwnika – w głosie dowódcy prowadzącego czołgu słychać było pełne zaskoczenie. Taka gratka nie zdarzała się często.

– Rozwinąć pluton i ognia!

Fontanny błota i piasku wyrzucane przez gąsienice znacznie ograniczały widok i dopiero w tej chwili Ihor dojrzał w peryskopie polową bazę remontowo-techniczną należącą do poligonowych wrogów. Niebronione stanowiska były łatwym celem, a pozbawienie przeciwnika zaplecza znacznie ograniczało jego możliwości.

– Jak na prawdziwej wojnie – mechanik Siergiej patrzył urzeczony ze swojego stanowiska na to, co mogła zrobić dobrze wyszkolona załoga atakująca z zaskoczenia.

– Nie ma się z czego cieszyć, przepustki i tak nie dostaniesz – rzeczowa uwaga celowniczego Jurija momentalnie skwasiła wszystkich.

– Zawsze można zapisać się do partii – słowa Ihora wyraziły myśli całej załogi.

W ciągu tego miesiąca dość się zżyli i nabrali do siebie zaufania, więc mogli sobie pozwolić na tego typu uwagi w swoim gronie.

– Załogi, dwa kilometry dalej jest polana, tam się zatrzymamy – rozkaz ich porucznika dawał nadzieję na krótki odpoczynek.

Słońce, które od rana nieśmiało wyglądało zza chmur, przysłoniły masy cumulusów, z których zaczął padać deszcz. Początkowy szum wody na pancerzach przerodził się w głośny rytm niczym staccato karabinu maszynowego.

Polana przy bliższych oględzinach okazała się szeroką przecinką, pełną powalonych drzew, wśród których krzątali się żołnierze plutonu gospodarczego. Widok białego obłoku unoszącego się nad polową kuchnią przypomniał wszystkim, jak bardzo są głodni. Deszcz równie szybko się skończył, jak zaczął.

Do koryta! – rozkazu nie trzeba było powtarzać. Wyskakujący ze swoich pojazdów czołgiści z trzeciego plutonu zobaczyli, jak z przeciwnej strony nadjeżdża reszta kompanii. Wzajemnemu poklepywaniu po plecach nie było końca, a gwar rozmów ucichł dopiero, gdy na drodze ukazał się ośmiokołowy transporter opancerzony BTR-60 z powiewającą białą flagą obserwatorów ćwiczeń.

– Kompania, zbiórka!

Niechętnie porzuciwszy menażki z parującą gorącą kaszą, pancerni zwiadowcy karnie ustawili się w szeregu przed nadchodzącymi oficerami sztabowymi.

– Równaj! Baczność! Towarzyszu majorze, kapitan Lichotow melduje kompanię do...

– Dobra, dobra. Spisaliście się na medal – zadowolone oczka majora świeciły za drucianymi okularami. – Spocznij!

– Nasza brygada w zdecydowanym natarciu rozbiła wrogie ugrupowanie. Waszą zasługą jest, że znaleźliście wyłom w linii przeciwnika i potrafiliście to wykorzystać – major uczynił przerwę na uśmiechy i podjął: – Dlatego też w nagrodę zostaniecie skierowani do... pomocy ciężko pracującym robotnikom z zakładów parowozowych w Homlu.

Uśmiechy zgasły. Perspektywa spędzenia najbliższych tygodni w ciemnym, brudnym i dusznym wnętrzu kolejowego molocha nawet na zahartowanych czołgistów podziałała jak zimny prysznic.

AULA SZTABU GENERALNEGO, MIŃSK – BIAŁORUŚ

16 czerwca, godzina 12:00

Parking przed wielkim, szarym budynkiem w rządowej części Mińska już od dawna nie gościł tylu samochodów. Wśród wielu cywilnych BMW i Mercedesów znalazły się i pośledniejsze marki. Nie zabrakło jednak wojskowych UAZ-ów, choć były w zdecydowanej mniejszości. Generalicja przedkładała prestiż nad tradycję. Wielkie czarne rządowe limuzyny świadczyły, że odprawę zaszczycili najwyżsi państwowi dostojnicy.

Na wprost wejścia prężyli się dwaj wartownicy w galowych mundurach. Ich kamienne twarze wyglądały jak wykute w granicie, a w wyglansowanych butach można by było zobaczyć gwiazdy, gdyby nie to, że był środek dnia.

Z parkującej na obrzeżach terenowej Łady wyłoniła się postać generała Aleksandra Zoszczenki. Walcząc z opornym zamkiem w drzwiach i klnąc pod nosem, generał nie zauważył skradającego się z tyłu cienia.

– Aleks, ty stary capie! Wciąż jeździsz tym gruchotem? – przyjacielskie klepnięcie w ramię zdolne innemu wybić bark, wywołało na twarzy Zoszczenki jedynie krzywy grymas.

– Wasyl, konia możesz klepać. Pięćdziesiątka na karku, a poczucie humoru jak u elewa.

Wasyl Łazarow wcale się nie speszył, widząc, że nie udało mu się przestraszyć przyjaciela.

– U ciebie też dowcip taki jak zawsze. No, nie gniewaj się.

– Nie gniewam się, tylko nie mogę zamknąć tych cholernych drzwi.

– Zostaw. Popatrz, ilu tu dokoła bezpieczniaków. Nikt ci nie ukradnie tego złomu.

Dopiero w tej chwili Zoszczenko uważniej rozejrzał się dookoła.

– Myślałem, że to twoi ludzie – jego pytające spojrzenie spoczęło na Łazarowie.

– Tę imprezę obstawia kto inny.

Obecność Służby Bezpieczeństwa Prezydenta Republiki Białorusi „Strieła” mogła znaczyć tylko jedno: na odprawie pojawi się sam wódz naczelny, Alaksandr Łukaszenka. Zamiast przyjacielskich pogaduszek w zamkniętym gronie czekała ich zapewne parogodzinna tyrada głównodowodzącego.

– Podobno usunęli Lisiuka i Czuchanowa – słowa Łazarowa zaskoczyły Zoszczenkę bardziej niż kuksaniec.

Obaj byli żywymi legendami. Od lat służyli w milicyjnych oddziałach specjalnych i z brawurą zwalczali kryminalne podziemie. Ich doświadczenie pozwoliło w latach dziewięćdziesiątych rozbić kilka groźnych gangów, niekoniecznie rodzimego pochodzenia. Zwalczanie opozycji politycznej też nie było im obce, więc prawdziwych powodów odwołania trudno było dociec.

– Nie wiesz, co robią teraz?

– Podobno szyją plandeki na prowincji.

To mogło oznaczać tylko obóz reedukacyjny w jakiejś zapadłej dziurze, a plotki krążące po garnizonach okazywały się być chociaż po części prawdziwe.

Wielka aula, w której zaplanowano odprawę, znajdowała się na parterze, a dostępu do niej broniło kilku funkcjonariuszy ochrony prezydenta. Kiedy obaj przyjaciele znaleźli się w środku, przywitał ich stłumiony gwar rozmów. Większość obecnych stanowili dobrze im znani wyżsi dowódcy jednostek armii i milicji, choć uwagę przykuwało kilku nowo awansowanych. Wiele wskazywało na to, że Łukaszenka, pozbywając się starych towarzyszy, na ich miejsce wprowadził ludzi bezwzględnie lojalnych wobec siebie.

Czyżby pokoleniowa zmiana warty? – pomyślał Zoszczenko, który nagle poczuł się wyjątkowo dziarski i młody.

W odprawie brało tym razem udział nie więcej niż czterdziestu oficerów, więc posadzono wszystkich przy długim stole, a nie jak bywało wcześniej, w kilku rzędach naprzeciw mównicy. Już to stanowiło pewną nowość i stało się pożywką dla kolejnych domysłów i przypuszczeń.

– Dzień dobry, towarzysze – głos wkraczającego do sali mężczyzny znali wszyscy. Ciemnoszary garnitur, wyjątkowy wzrost, posępne spojrzenie, sumiasty wąs i staranna zaczeska na wielkiej łysinie. Alaksandr Łukaszenka, od szesnastu lat sprawujący dyktatorską władzę na Białorusi, zawsze dbał o dumną postawę wielkiego męża stanu.

Zebrani szybko wstali z miejsc. Łaskawe skinięcie dłoni pozwoliło im z powrotem opaść na fotele.

– Towarzyszu Dawydow, możecie zaczynać.

Szef sztabu generał Igor Dawydow ponownie wstał, ściskając w ręku plik kartek z przemówieniem.

– W ciągu ostatniego półrocza – zaczął cicho i nerwowo, ale dalej poprowadziła go wprawa i dźwięczny głos prelegenta wypełnił stare mury – poczyniliśmy istotne postępy na naszym odcinku. Po pierwsze: systemy obrony przeciwlotniczej S-300 PS, otrzymane od towarzyszy z Moskwy i rozlokowane w rejonie Grodna, osiągnęły pełną gotowość bojową. To nasza odpowiedź na polskie F-16 – Dawydow spojrzał na salę, ale nie zauważył żadnej reakcji, więc czytał dalej. – Po drugie: z magazynów mobilizacyjnych wyciągnęliśmy czołgi T-80B. Dwa pełne bataliony już w tej chwili prowadzą szkolenia poligonowe.

Zoszczenko drgnął zaskoczony. Przecież to w jego brygadzie były te dwa bataliony, których ćwiczenia niedawno obserwował. Zerknął ukradkiem na boki i uspokoił się, że na razie nie będzie chyba musiał występować. Powściągane ziewnięcia i szklany wzrok niektórych sąsiadów zdradzał raczej ich postępujące osuwanie się w drzemkę niż uważne wsłuchiwanie się w referat przygotowany przez szefa sztabu generalnego. Ten jednak niezrażony kontynuował.

– W obu przypadkach nasz potencjał obronny został wydatnie wzmocniony. Oczekujemy także, że w najbliższym czasie dostaniemy kilkadziesiąt wozów T-90 oraz BMP-3.

To było coś nowego. Najwyraźniej nie wszyscy zasnęli albo doświadczenie nauczyło ich wyłapywać ważne kwestie przez sen, bo na sali dało się zauważyć nagłe poruszenie.

– Możemy sobie pozwolić na nowy sprzęt, towarzysze – oświadczył szef sztabu. – Wynika to z faktu, że eksport naszego uzbrojenia w ostatnim czasie podwoił się. Nasi tradycyjni sojusznicy na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz w Afryce zbroją się na potęgę. Widocznie boją się nowej wojny w Zatoce.

Zoszczenko na chwilę przymknął oczy. Więc kolejne miliardy rubli miały zostać wydane na czołgi, samoloty i karabiny, a dziewięć milionów mużyków w trudzie i znoju miały znosić swój los. Utyskiwania w sklepowych kolejkach na brak chleba i sera tak częste do niedawna, teraz były tylko ciszą zmęczonych ludzi – myśli Zoszczenki znacznie odbiegły od tematu narady. Prawdę mówiąc, były wywrotowe i w ogóle nie pasowały do członka elity narodu, ale ostatnio jakoś zaczęły go męczyć.

Dawydow nabrał powietrza w płuca, by kontynuować, ale tylko sapnął, bo zauważył, że Łukaszenka chce mu przerwać.

– Towarzyszu Dawydow, odpowiedzcie, jak chcecie wykorzystać wszystkie te zabawki?

Pytanie prezydenta wywołało konsternację na twarzy szefa sztabu. Nie tego się spodziewał. Ciężka, przedłużająca się cisza spadła na barki zebranych.

– Towarzyszu prezydencie, pozwólcie coś powiedzieć – odezwał się siedzący naprzeciw Zoszczenki szef wywiadu Panin.

– Proszę, generale, chyba macie coś ważnego.

– Tak, towarzyszu prezydencie – odparł Panin, udając, że nie widzi irytacji w oczach Dawydowa. – Sytuacja wokół naszego kraju staje się napięta. Sabotażyści działają w naszych fabrykach, zły to dla nas znak – szef wywiadu zaczął kroczyć po kruchym lodzie, bo nawiązywał do niedawnej awarii w elektrowni, która zmniejszyła produkcję energii elektrycznej o ponad dziesięć procent. Choć śledztwo prowadziło KGB, nie wszystkie informacje dało się ukryć.

– Musimy znaleźć nowego sojusznika – wizja Panina kładącego głowę na katowskim pieńku stawała się dla wszystkich coraz wyraźniejsza – albo wykorzystać cały nasz potencjał do odrobienia opóźnień – dokończył.

– Co macie na myśli, towarzyszu? – zimne oczy Łukaszenki nie dawały poznać, w jakim jest nastroju.

– Po prostu postarajmy się przejąć część najważniejszych przedsiębiorstw naszych sąsiadów. Mówię tu o branży paliwowej, choć nie tylko. Biotechnologie i elektronika to przyszłość – teraz słowa Panina padały bardzo szybko. – To przecież kapitaliści, a ich firmy rozwijają się lub upadają w wyniku rozwoju sytuacji na giełdzie. Gdybyśmy tak wykupili część akcji, moglibyśmy po pewnym czasie przejąć kontrolę nad niektórymi z nich. To daje kolosalne możliwości. Przecież tak od dawna czynią Rosjanie i Chińczycy.

– My też... – swoje trzy grosze chciał dorzucić Dawydow, ale Panin, widząc aprobatę na twarzy prezydenta, nie dał dokończyć generałowi.

– Wyobraźmy sobie, że kontrolujemy, oczywiście niejawnie, polski Orlen lub ukraiński Naftohaz. Ropa i gaz, która teraz płynie przez nasz kraj na Zachód, jest praktycznie nie do ruszenia. A tak, kładąc łapę na ich firmach, możemy uszczknąć coś dla siebie.

Wizja ropy płynącej rurociągiem Przyjaźń w drugą stronę, choć nieprawdopodobna, po słowach Panina zaczęła być co najmniej interesująca.

– Już w tej chwili dysponuję ludźmi, którzy oprócz przygotowania wywiadowczego mają również wiedzę ekonomiczną. Jeśli umieścimy ich na Ukrainie, Słowacji, Litwie czy w Polsce, za parę lat pomogą nam uzyskać wpływ na tamtejsze firmy. To jeszcze nie wszystko. Wpływ na strategiczne przedsiębiorstwa, a zatem na całe sektory gospodarki, to wpływ na politykę zagraniczną tych państw.

Prawie wszyscy z zebranych byli obłożeni sankcjami Unii Europejskiej zakazującymi im wjazdu na jej terytorium, więc perspektywa zmiany tego stanu rzeczy była bardzo kusząca. Patriotyzm patriotyzmem, ale nieograniczony dostęp do dóbr cywilizacyjnych był równie motywujący.

– Nie wszyscy w Unii są nam tak wrodzy jak Polacy – wtrącił milczący do tej pory Łazarow.

Wstrząsana kryzysami wewnętrznymi Unia była zbyt zajęta swoimi problemami, aby zwracać dodatkowo uwagę na Mińsk. Już od kilku miesięcy grupy młodzieży z przedmieść wielkich miast Francji i Niemiec toczyły bitwy uliczne z policją. Dodatkowo nieudany zamach w londyńskim metrze, dokonany przez muzułmańskich fanatyków, podgrzał atmosferę w Wielkiej Brytanii. Na korytarzach brukselskich urzędów mówiło się też o nowych propozycjach gospodarczych dla Białorusi, by choć trochę odciągnąć ją od Rosji. Doprawdy, krótkowzroczność niektórych polityków europejskich była zadziwiająca.

Emocje, dotąd starannie tłumione przez zebranych, teraz dały znać o sobie narastającym szumem coraz głośniejszych rozmów. Siedzący po prawej stronie Łukaszenki minister obrony Ignatiew podniósł do góry dłoń, chcąc zapanować nad gwarem.

– Towarzysze, na pewno nie wiecie o tym, że niedawno przyjęliśmy specjalnego wysłannika z Unii. Rozmowy były tajne, ale teraz już możemy wam powiedzieć: to koniec wszelkich układów z tymi europejskimi kundlami! – nieoczekiwane oświadczenie ministra obrony wywołało ogólna konsternację. – Nie damy sobą manipulować! Ani im, ani nikomu innemu!

Większość zebranych pochyliła się do przodu, oczekując, że głos zabierze sam Łukaszenka.

– Tak, towarzysze, nie przesłyszeliście się – powiedział prezydent po dłuższej chwili. – Warunki, jakie nam postawiono, były uwłaczające. Bredzenie o humanitaryzmie, demokracji i prawach człowieka. Niech popatrzą, co się dzieje u nich. Na ulicach rewolucja. A u nas spokój. Jeszcze przywloką tę zarazę do Mińska. Pomysł przedstawiony przez towarzysza Panina jest dobry, wymaga jednak czasu. Ile mamy czekać na efekty? Pięć lat, dziesięć... Co tymczasem będziemy robić? Macie jakąś odpowiedź?

Zgodne milczenie było uciążliwe dla wszystkich, więc po chwili ciszy nieomylny przywódca narodu zaczął spacerować za plecami siedzących.

– Dwa dni temu od ministra rolnictwa usłyszałem, że zbiory w tym roku będą nie najlepsze – miarowy stukot podbitych zelówek Łukaszenki rozchodził się po dębowym parkiecie. – Jak zatem wyżywimy naród?

Faktycznie, Białoruś jako jeden z największych na świecie producentów ziemniaków miała powody do niepokoju. Co prawda, na ziemniakach nikt jeszcze potęgi nie zbudował, ale też nikt nie umarł z głodu, a państwowy monopol spirytusowy zapewniał budżetowi spory dochód.

– Brak nam istotnych źródeł energii – to także nie było nic nowego, bowiem naturalnym bogactwem kraju było drewno i torf. – Pod tym względem jesteśmy całkowicie uzależnieni od zasobów syberyjskich – Łukaszenka bardzo oględnie przypomniał bezwzględny dyktat rosyjskiego monopolisty Gazpromu.

– Mamy duże zapasy strategiczne – wtrącił na pocieszenie minister obrony, jednak Łukaszenka zdawał się tego nie słyszeć i kontynuował monolog.

– Towarzysze, słabe plony i wysokie ceny paliw znów mogą zaktywizować tych, pożal się Boże, opozycjonistów. Największe nadzieje na uzyskanie twardej waluty rokuje nasz przemysł zbrojeniowy, jednak to za mało. Musimy usprawnić działanie na innych odcinkach. Zwiększyć produkcję, ciąć koszty...

Oczami wyobraźni Zoszczenko ujrzał dyktatora odwiedzającego fabryki i spółdzielnie rolnicze. Tryb nakazowo-rozdzielczy, panujący na Białorusi, najlepiej odpowiadał mentalności Łukaszenki. Częste wizyty na prowincji i doglądanie każdego drobiazgu bardziej sprawdzało się w kierowaniu kołchozem niż państwem, jednak wódz instynktownie szukał poparcia dla swojej władzy. Nic też dziwnego, że mieszkańcy wsi stali murem za swoim prezydentem.

Miarowy takt butów Łukaszenki umilkł, kiedy do sali wślizgnął się jeden z jego osobistych ochroniarzy, prowadząc ze sobą młodego kapitana. Ten niepewnie rozglądał się wokół, szukając ministra obrony.

– Co jest tak pilnego, że nie może poczekać? – spytał Ignatiew, przywołując go gestem.

– Właśnie przyszło, towarzyszu ministrze – odpowiedział kapitan i podał kartkę.

Dyktator, któremu przerwano przemówienie, wbił ponaglające spojrzenie w Ignatiewa. Ten jednak powoli dokończył lekturę, przedłużając panującą ciszę.

– Na stacji kolejowej w Baranowiczach – powiedział po chwili – doszło do wypadku. Pociąg towarowy najechał na stojący przy peronie skład osobowy. Są ofiary. Dużo. Podobno zawiadowca był pijany, już go aresztowano.

Oczy wszystkich utkwione były w Łukaszence. Kolejna katastrofa w ciągu krótkiego czasu jakby podsumowywała jego wystąpienie. Na wybuch wściekłości nie trzeba było długo czekać. Uderzenie pięścią w ścianę odbiło się echem po sali.

– No i proszę! Kolejny sabotaż! – kropelki śliny spadły na najbliżej siedzących. – Ja już sobie pogadam z ministrem transportu! Posiedzą w jednej celi z tym zawiadowcą!

Po chwili nabrał powietrza, odetchnął i ciągnął znacznie już spokojniej.

– A was, towarzysze, proszę o skierowanie dodatkowych sił do pomocy milicji.

Prośba dyktatora była ledwie zawoalowanym rozkazem. Zresztą już parokrotnie wykorzystywano wojsko w „sytuacjach nadzwyczajnych”, czyli gdy KGB i milicja nie dawały sobie rady. Czołgiści Zoszczenki jednak prawdopodobnie nadal będą pomagać przy naprawach sprzętu kolejowego, bo na ogół do pomocy siłom bezpieczeństwa kierowano spadochroniarzy.

Oczywiście demokratyczne zachodnie media nie szczędziły wtedy krytycznych komentarzy reżimowi. Zawsze chętnie wykorzystywały materiały, na których widać żołnierzy dokonujących niespodziewanych inspekcji. Choć zamknięto wszystkich nieposłusznych dziennikarzy, nie skonfiskowano wszystkich kamer. I to nie dlatego, że wtedy dopiero Zachód miałby używanie, ile z braku ludzi do przeprowadzenia takiej akcji. No i trzeba byłoby zamknąć granicę, a w miarę swobodny ruch na niej był z wielu względów władzy bardzo na rękę.

– Ciężar, który spadł nam na barki, musimy udźwignąć sami. Nikt inny tego za nas nie zrobi. W ciągu najbliższego czasu do waszych jednostek dotrą moi specjalni wysłannicy. Sprawdzimy porządek i u was.

Zoszczenko spojrzał ukradkiem na Łazarowa i kilku siedzących obok. Można było dostrzec, że gardła ich ścisnął strach. Więc nawet oni nie byli nietykalni. Już wiadomo, dlaczego aresztowano Lisiuka i Czuchanowa – być może był to wstęp do czystek w resortach?

Łukaszenka wezwał do siebie Ignatiewa. Porozmawiali ściszonymi głosami przez chwilę, po czym prezydent opuścił salę, nie żegnając się z nikim. Napięcie panujące w sali nieco opadło.

– Towarzysze, słyszeliście, czeka nas trudny okres – słowa ministra obrony zabrzmiały prawie szczerze. – Teraz będzie się liczyć nie tylko wyszkolenie bojowe, ale i praca w gospodarce.

– Przecież już teraz jesteśmy półdarmową siłą roboczą – uwaga szefa sztabu generalnego została przyjęta z potakiwaniem przez większość skupionych przy stole oficerów. – Jedno z drugim nie idzie w parze.

– Wiem, ale mamy poważny kryzys i państwo w rozsypce.

– Mam propozycję – wpadł mu w słowo Panin.

– Doprawdy, sypiecie dziś pomysłami jak z rękawa – minister obrony był wyraźnie zgryźliwy.

– To tylko luźna sugestia – Panin ciągnął dalej niezrażony. – Możemy zmilitaryzować niektóre struktury, jak transport czy przemysł ciężki. Ograniczyć wydatki do minimum, a jednocześnie wycisnąć, co się da. Przecież nie da się ukryć, że większą część paliw – węgla, ropy, oleju – marnotrawimy. Choćby nieszczelne instalacje, niespodziewane wycieki. Moi ludzie oceniają, że tracimy w ten sposób dziesięć, piętnaście procent paliw. Do tego stary, energochłonny sprzęt, złodziejstwo itp. Wszystko to dobija gospodarkę. Co pozostaje? Tylko reglamentacja albo ceny rynkowe.

Ostatnie zdanie wywołało duże poruszenie.

– Czy minister przemysłu o tym wie?

– To pijak i dziwkarz. Nie wie, co się dzieje u niego w biurze, nie mówiąc o...

– Wystarczy – reakcja Ignatiewa była szybka i stanowcza. – To zaufany człowiek prezydenta.

Mierny, ale wierny. Ilu jeszcze takich ludzi zajmuje odpowiedzialne stanowiska? – pomyślał Zoszczenko – pewnie sporo, Bat’ka ma dużą rodzinę i mnóstwo znajomych.

– Towarzysze, proponuję na razie zakończyć. Resztę przedyskutujemy po obiedzie – szef sztabu generalnego wykazał się jak zwykle genialnym pragmatyzmem.

Opuściwszy aulę, Zoszczenko i Łazarow udali się do palarni, którą ulokowano w sali obok. W przestronnym pomieszczeniu nie brakowało klubowych foteli z eleganckimi, kryształowymi popielniczkami na mahoniowych stolikach oraz gustownych barków wypełnionych wysokoprocentowymi trunkami. Na co dzień z tych luksusów korzystali jedynie współpracownicy Ignatiewa. Inni, zaproszeni, tylko okazjonalnie mieli okazję pokosztować smaku życia elit.

– Mam wrażenie, że to wszystko się w końcu spieprzy – zagaił Łazarow, zaciągając się dymem z papierosa. No i te wieczne pouczania i narzekania...

Zoszczenko spojrzał na niego zdumiony. Nie tyle poglądami, co otwartością w ich wyrażaniu na obcym terenie. Łazarow uśmiechnął się łobuzersko, wyciągnął nieco z kieszeni nieduże pudełeczko i wyjaśnił:

– Nas raczej nie podsłuchają.

– Nigdy się tego nie nauczę – skrzywił się Zoszczenko, który wiedział, że pewnie dla własnego dobra powinien, ale nie miał najmniejszej ochoty uczestniczyć we wzajemnych podchodach i nieustannym zabezpieczaniu się przed donosicielami, KGB itp. Docenił jednak wartość pokazanej zabawki.

– Nasze polityczne kierownictwo chyba zabrnęło w ślepy zaułek – westchnął przygnębiony. – Znasz dobrze Panina?

– Nie, bo co? Chcesz wstąpić do wywiadu?

– Nie, ale wygląda na łebskiego faceta.

– Może i tak, tylko te szpiegowskie gierki... – Łazarow, chociaż dowodził oddziałem specjalnym milicji, uważał się za żołnierza.

Na chwilę umilkli, kiedy obok przeszedł wymuskany pułkownik lotnictwa pełniący obowiązki adiutanta szefa sztabu. Lekko rozchwiany chód pozwalał przypuszczać, że pułkownik zdążył już przed obiadem wypić jakiś aperitif w wersji wschodnioeuropejskiej.

– Mówią, że spada gotowość bojowa, a ja widzę coś innego – skwitował ironicznie Łazarow.

– On lata na wysokooktanowej – Zoszczenko zgasił papierosa i wstał.

– A lata, lata, ale jak w końcu wyrżnie w glebę!... – Łazarow dołączył do niego. – Chodźmy na bankiet, bo zaczną bez nas.

ROZDZIAŁ 3

DRAWSKO, PÓŁNOCNO-ZACHODNIA POLSKA

18 czerwca, godzina 11:15

Płuca Wirskiego gwałtownie potrzebowały tlenu. Krótki, urywany świst, który wydobywał się z jego gardła, przypominał gwizd wąskotorowej kolejki. Ramiona i nogi paliły żywym ogniem z powodu pięćdziesięciokilogramowego ekwipunku, a głowa kołysała się na boki jak boja na fali. Nic nie kołatało mu się w głowie, co w pełni oddawało jego obecny stan.

Rozciągnięty gęsiego sznur postaci poruszał się po jednym z największych europejskich poligonów. Czterdziestokilometrowy marsz, który właśnie odbywali, dla zaprawionych weteranów był zaledwie rozgrzewką, ale dla rekrutów niewysłowioną mordęgą.

– Pluton stój – cichy rozkaz sierżanta Rawskiego widocznie nie dotarł do wszystkich. Idący za Wirskim chłopak z Krakowa był tak otępiały ze zmęczenia, że wpadł na niego.

– Uważaj – zduszony szept nie zapobiegł interwencji prowadzącego grupę.

– Cisza. Wygląda na to, że panienki się zmęczyły – powiedział, podchodząc do nich. – Zmęczyło was chodzenie, to dla odmiany popływamy.

Widniejąca w odległości kilkuset metrów czarna tafla jeziora nie wyglądała zachęcająco.

Ocierając pot z czoła, Wirski zauważył, że instruktor wygląda, jakby wcale nie miał za sobą trzydziestokilometrowego marszu, lecz dopiero co wyszedł na poranny spacer z psem.

Jezu, myślałem, że jestem w formie – odetchnął głębiej, starając się zapanować nad oddechem. Jeszcze parę tygodni temu służba w 1 Pułku Specjalnym wydawała się ekscytującą przygodą. Dlatego też w swojej Rejonowej Komendzie Uzupełnień złożył wniosek o przyjęcie do tej elitarnej formacji. Wstępne badania lekarskie i psychologiczne przeszedł bez zastrzeżeń i dopiero szkolenie unitarne uzmysłowiło mu, na co się porwał. Niekończące się biegi i marsze spowodowały, że spora część adeptów wojskowego rzemiosła poprosiła o przeniesienie do innych jednostek.

– Hej, laleczki! Zanim popływamy, trochę pobiegamy – wesoły głos Rawskiego zadowolonego z tej małej rymowanki u większości rekrutów spowodował morderczą furię.

Jak ja nienawidzę tego faceta – myśli w głowie Wirskiego galopowały coraz szybciej.

– Pluton za mną biegiem marsz!

Ruszyli za sierżantem i nierównym truchtem zaczęli zbiegać ku brzegom jeziora.

KOSZARY 1 PUŁKU SPECJALNEGO, LUBLINIEC KOŁO CZĘSTOCHOWY – POLSKA

15 lipca, godzina 09:02

Wspomnienie z drawskiego poligonu z wolna zacierało się w pamięci Wirskiego. Natłok ćwiczeń i intensywnych szkoleń przygotowany przez kadrę pułku dla jego plutonu nie pozwalał na odrobinę nudy. Stojąc w dwuszeregu przed sierżantem Rawskim, myślał właśnie o czekającym go nowym zadaniu.

– Na dzisiejszych zajęciach nauczycie się zjeżdżać po linie – nosowy głos Rawskiego był śmiertelnie poważny, kiedy sierżant starał się coś wytłumaczyć. Emocje towarzyszące zdobyciu kolejnej umiejętności spowodowały gwałtowne bicie serca u Wirskiego.

– Za parę dni będziecie się desantować ze śmigłowca, dlatego musicie wszystko przećwiczyć na wieży.

Ekscytacja Andrzeja była tak duża, że prawie przegapił początek wykładu. W końcu coś nowego.

– Desantowanie na linie będzie wam potrzebne do przemieszczania się na teren przeciwnika, w miejsce gdzie śmigłowiec nie będzie mógł wylądować. Ale nie tylko. W walce w terenie miejskim wejście do pomieszczenia przez okno jest wysoce skuteczną metodą zaskoczenia wroga. Kiedy nauczycie się zjeżdżać, to i skoki spadochronowe nie będą niczym nadzwyczajnym. Zwłaszcza zjazd z trzydziestu metrów to jest coś – tę ostatnią uwagę Rawski dodał bardzo cicho, jednak to ona wywołała największe wrażenie. Słuchacze spojrzeli po sobie nieco zaniepokojeni.

– Lina ma grubość czterech centymetrów, to w zupełności wystarczy do dobrego chwytu. Prędkość zjazdu sami regulujecie, ale nie ma co się opierdalać.

Lakoniczny monolog Rawskiego dla niektórych kolegów Wirskiego zawierał zbyt mało informacji. Jednak sierżant nie pozostawił im czasu na domysły.

– Uwaga. Po teorii pora na praktykę. Pluton za mną! – wystudiowany spokój prelegenta wyparował w okamgnieniu.

Wieża do ćwiczeń nie znajdowała się daleko. Mając kilka pięter, bardzo przypominała dawną machinę oblężniczą z pomostem do atakowania zamkowych murów. Wirski z ulgą zauważył, że nie będą zjeżdżać z samej góry. Stojący na środkowym poziomie instruktor przygotowywał nylonową linę oraz rękawice zjazdowe dla stojących na dole żołnierzy.

– Pierwsza drużyna na wieżę – krzyk Rawskiego wyrwał z odrętwienia kolegów Andrzeja. – Zaraz zobaczymy, który ma lęk wysokości.

Im wyżej wspinali się po drewnianych schodach, tym pozostające w dole postacie kolegów z pozostałych drużyn stawały się coraz mniejsze. Instruktor stojący na platformie wyglądał na lekko znudzonego i bez większego zainteresowania przyglądał się nadchodzącym.

– Niech każdy weźmie rękawice – łagodny wiaterek na wysokości dwunastu metrów łagodnie owiewał im twarze. – Kiedy znajdziecie się na dole, musicie natychmiast odskoczyć w bok, inaczej ktoś wyląduje wam na głowie.

– A teraz jazda! – instruktor przestał udawać dobrego wujka.

Wirski, zakładając rękawice, poczuł nagły przypływ adrenaliny. Po chwili trzymał już oburącz linę, niepewnie spoglądając w dół.

– Na co czekasz, palancie?! – wrzask instruktora nie dawał szansy na odwrót. Lina zaszeleściła między dłońmi i po paru sekundach twardo uderzył o ziemię. Na euforię wywołaną udanym zjazdem nie było czasu. Widząc kątem oka zsuwającą się za nim postać kolegi, Wirski przeturlał się w bok i stanął na nogach.

– Do cholery, strzelają do was! Szukasz osłony! – rozkazy Rawskiego sprowadzały na ziemię.

Zadowolenie z udanego zjazdu zaczęło powoli gasnąć. Leżąc dwadzieścia metrów od wieży i obserwując kolegów, Wirski rozmyślał o pierwszej od rozpoczęcia służby dłuższej przepustce. Przez ostatnie dwa miesiące niewiele się w jego życiu zmieniło. Dopiero teraz z perspektywy czasu zobaczył, jak wiele stracił, ignorując Weronikę. Krótkie chwile nad zalewem szybko minęły, a to wtedy właśnie uświadomił sobie, co czuje do niego dziewczyna. Jego wyjazd do jednostki prawie ucinał to, co właśnie zaczynało się układać. Sporadyczne wizyty Weroniki w Lublińcu siłą rzeczy nie mogły trwać zbyt długo, zaś telefony i listy to zbyt mało dla dwojga zakochanych ludzi. Dlatego też najbliższa przepustka Andrzeja dla obojga stawała się bardzo ważna.

W ciągu trzech dni, które będą mogli razem spędzić w Warszawie, postanowią, co robić dalej. Do końca służby Wirskiemu pozostawało jeszcze ponad dziewięć miesięcy. O dalszej karierze wojskowej raczej nie myślał. Mając za sobą szkolenie w Pułku Specjalnym na pewno znalazłby pracę w policji, co bardziej odpowiadało jego temperamentowi. Weronika dopiero rozpoczynała swoje studia prawnicze. Wiązało się to zresztą ze sporymi wyrzeczeniami finansowymi. Dlatego też niewielka pensja policjanta na początek umożliwiałaby w miarę przyzwoite życie.

– Pluton, zbiórka! – przemyślenia Wirskiego zostały brutalnie przerwane przez sierżanta. – Podstawy macie opanowane. Teraz czas na zjazd z dwudziestu metrów! – wrzask instruktora popchnął do dalszego działania zadowolonych z siebie żołnierzy.

Andrzejowi zdało się, że wieża ćwiczebna jest jeszcze wyższa niż poprzednio.

GLIWICE – POLSKA

16 lipca, godzina 10:01

Joachim Kurski nie wydawał się nikim nadzwyczajnym. Przeciętny wzrost, przeciętna budowa ciała, nijakie krótkie włosy. Nawet zielona amerykańska wojskowa kurtka, którą z upodobaniem nosił, pozując na Travisa Bickle’a, granego przez Roberta de Niro w „Taksówkarzu”, była już porządnie znoszona. Jedyne, co nie było w nim przeciętne, to oczy. Gorejące nienawiścią oczy fanatyka. Bo Joachim Kurski był fanatykiem.

Od zawsze wydawało mu się, że ma posłannictwo do spełnienia. W dzieciństwie nigdy nie męczył zwierząt, co najwyżej ludzi, którzy robili im krzywdę. Gdy wydoroślał, zainteresował się polityką. Pierwsze anarchistyczne i lewicowe broszury przewinęły się przez jego ręce jeszcze w technikum mechanicznym za sprawą dalekiego kuzyna Piotra.

Ponieważ część rodziny Kurskich mieszkała w Gdańsku, wizyty Joachima na Wybrzeżu odbywały się w każde wakacje. Galeria barwnych postaci, z którymi zetknął się za sprawą Piotra, sprawiła, że Joachim postanowił przeszczepić na śląski grunt poglądy trójmiejskich anarchistów.

Przełomem stało się dla niego aresztowanie Piotra, związanego z Ludowym Frontem Wyzwolenia. Kilku działaczy LFW zafascynowanych działaniem Frakcji Czerwonej Armii i palestyńską partyzantką chciało przejść od słów do czynów. Pierwsze nieudane akcje spotkały się ze stanowczym działaniem policji, a kilku co bardziej krewkich rewolucjonistów wylądowało za kratami.

Choć wszystko to miało miejsce przed laty, Joachim niczego nie zapomniał. W ogóle niczego nie zapominał. Skupił kilku podobnie myślących kolegów i już dawno wypróbował ich lojalność. Nie chodziło mu o dużą organizację. Przedkładał jakość nad ilość. Zresztą bał się policyjnej inwigilacji, więc zdawał sobie sprawę, że nie może być ich zbyt wielu.

Dom, który wynajmował, znajdował się na przedmieściach Gliwic. Przypominał rozpadający się kurnik, był za to tani i zapewniał anonimowość.

Joachim siedział przy stole w samych skarpetkach i właśnie pastował swoje wysokie czarne buty podgrzaną pastą, kiedy usłyszał czyjeś kroki. Ich odgłos był charakterystyczny dla Marka, jego prawej ręki w organizacji.

– Spóźniłeś się – nie była to wymówka, raczej stwierdzenie faktu.

– Jakaś ciężarówka potrąciła dziadka na światłach, zaraz zbiegły się psy i musiałem drałować na piechotę – siadając przy stole, wyciągnął z kieszeni kopciuch na tytoń i papierosowe bibułki. Zignorował pogardliwe spojrzenie Joachima i zaczął skręcać papierosa.

Sam Kurski nigdy by sobie na taką słabość nie pozwolił. Mizernej postury, starał się jak najbardziej dbać o własną kondycję. Miała mu w tym pomóc salka do ćwiczeń siłowych, którą niemałym nakładem pracy zorganizował w stojącym przy domu garażu.

– Reszta pewnie też się spóźni – słowa Marka miały przerwać ciszę, która zapadła.

– Poczekamy – buty Joachima lśniły jak nowe.

W ciągu następnych piętnastu minut byli już wszyscy. Siedmiu członków organizacji stworzonej przez Kurskiego rozsiadło się w jego pokoju. Wszyscy mieli po dwadzieścia parę lat i oprócz dwóch nigdzie nie pracowali. Krótko ostrzyżeni, ubrani byli po części w sorty mundurowe najróżniejszych armii świata.

Było to jawne łamanie zasad konspiracji, ale Joachim przymykał na to oko. W ciągu ostatnich pięciu lat wspólnej działalności przeszli od zagadnień dogmatycznych do zasad czynnej walki, która w ich wydaniu, jako że w większości żyli z zasiłków i zapomóg, ograniczała się do kradzieży, szumnie przez nich samych zwanych akcjami ekspropriacyjnymi. Zebrane w ten sposób fundusze przeznaczali na własne utrzymanie, chociaż większość zasilała kasę organizacji.

Joachim Kurski oszczędnie gospodarował pieniędzmi, tak by na wszystko wystarczyło. Najwięcej kosztowała broń. Ich początkujący arsenał składał się teraz z dwóch pistoletów systemu Makarowa i starego niemieckiego Mausera 7,92 milimetra. Karabin pamiętał czasy drugiej wojny, jednak staranna konserwacja i przydanie mu optycznego celownika czyniły zeń jak najbardziej skuteczne narzędzie walki. Sporo kosztował także trotyl, pozyskiwany od górniczych pirotechników.

Decydując się na miejską partyzantkę, musieli myśleć o fałszywych dokumentach. Odpowiednie dojścia pochłonęły resztę gotówki, tak że teraz w kieszeni Kurskiego pozostało nie więcej niż czterysta złotych.

– Dobrze wiecie, skąd nasze dzisiejsze spotkanie – zagaił Joachim. – Nadarza się nam wyjątkowa okazja do poważnej akcji – widząc skupione twarze, kontynuował. – Jutro do Warszawy jadą górnicy, kolejarze, hutnicy, słowem jeden wielki związkowy jubel. Pojedziemy razem z nimi, a później...

Nie dokończył, podszedł do kredensu i wyciągnął z niego coś, co wyglądało jak duża puszka po konserwach z wystającym z denka lontem.

– Czas na małe bum!

Nikt spośród siedzących w jego pokoju nie był zaskoczony. W zasadzie mieli to przedyskutowane już wcześniej, teraz liczył się tylko czyn.

– Będzie jak w 1905 roku! – słowa Marka przywołały w pamięci wydarzenia sprzed ponad stu lat. Rewolucja „piątego” roku i działalność Organizacji Bojowej PPS-u była ich natchnieniem i główną wskazówką. Krwawe zamachy na policyjne komisariaty i przedstawicieli władz miały wymusić na rządzie odwetowe represje. Od tego już tylko jeden krok dzielić ich miał do kolejnej proletariackiej rewolucji. Pojęcie „niewinnych ofiar” było obce i Joachimowi, i jego kolegom. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

– Jak dostaniemy się do Warszawy? – spytał najmłodszy członek grupy, dwudziestojednoletni rębacz biedaszybów.

– Wyjedziemy dziś wieczorem, żeby być przed nimi. Z samego rana wszystko już będzie obstawione, więc nie warto ryzykować – wszelkie sprawy związane z akcją Kurski przemyślał już wcześniej.

– Starczy nam na bilety? – Marek dotknął najistotniejszej sprawy związanej z wyjazdem.

– Nie. Ale czeka na nas pewien kiosk w Sośnicy. Powinno się w nim znaleźć kilka stówek – skąpy uśmiech na twarzy Joachima zapowiedział im, jak spędzą dzisiejszy wieczór.

KOMENDA GŁÓWNA POLICJI, WARSZAWA – POLSKA

16 lipca, godzina 11:12

Ból głowy komisarza Janusza Wasilewskiego nasilał się coraz bardziej. Jego natężenie rosło wraz z informacjami spływającymi na jego biurko. Jutrzejsza górnicza manifestacja groziła całkowitym paraliżem miasta. Miało wziąć w niej udział już nie dziesięć tysięcy, jak początkowo zakładano, ale ponad pięćdziesiąt tysięcy uczestników. Do protestujących chciały dołączać wciąż nowe grupy zawodowe, a spis zakładów, które postanowiły przysłać swoich przedstawicieli, nie miał końca. Do zabezpieczenia tak dużej demonstracji zaczęło brakować im ludzi. Posiłki dla stołecznych oddziałów prewencji miały zostać ściągnięte z Łodzi, Radomia i Lublina. Także z Poznania miała przybyć jedna kompania, odpuszczając sobie środowy mecz Lecha z gdyńską Arką.

Nikt w komendzie nie wierzył w zapewnienia organizatorów, że obejdzie się bez awantur. Wśród personelu biurowego krążyła podobno lista zakładów. Można było na niej obstawiać wyniki jutrzejszego starcia. Stawiający na policję byli jednak w mniejszości. Łykając kolejną aspirynę, komisarz spojrzał na siedzącego przy sąsiednim biurku młodego aspiranta. Jego biuro było w zasadzie pojedyncze, dopiero ostatnie dni wymusiły pewne zmiany.

– Pani Basiu, jak przebiega zakwaterowanie dla kolegów z Lublina?

– Zaraz sprawdzę, panie komisarzu – młoda aspirantka sięgnęła po telefon.

– Najlepiej będzie, jak sprawdzi pani osobiście.

Obserwując ukradkiem nadąsaną minę swojej podwładnej, kiedy ta zabierała z wieszaka torebkę, Wasilewski włączył radio. Nieraz już przekonał się, że dziennikarze są najlepiej poinformowanymi ludźmi w kraju. Z głośnika dobiegł profesjonalnie zaaferowany głos spikerki RMF FM.

– Wiadomości krajowe zostały zdominowane przez jutrzejszy protest górników w stolicy. Jak zapowiadają ich przedstawiciele, do Warszawy może przyjechać nawet osiemdziesiąt tysięcy związkowców – nic już bardziej nie mogło dobić Wasilewskiego. – Według słów jednego z przedstawicieli protestujących pana Antoniego Majewskiego wcześniejsze twierdzenia niektórych polityków o tym, że górnicy przygotowują się do starć z policją, są bezpodstawne i wyssane z palca. W eterze pojawił się głos Majewskiego: Powtarzam jeszcze raz, nasz protest jest jak najbardziej pokojowy, a winnych ewentualnych starć należy szukać w policji.

– Jak podają kręgi zbliżone do rządowych – głos spikerki powrócił ze zdwojoną siłą – rząd premiera Lewandowskiego nie ugnie się przed naciskiem wywieranym przez protestujących.

Serwis zagraniczny: – Nie wyślemy więcej wojsk do Afganistanu – oświadczył przewodniczący NATO. W ciągu ostatniej doby w Afganistanie doszło do gwałtownych starć, w których śmierć poniosło pięciu kanadyjskich oraz trzech holenderskich żołnierzy. Dodatkowo lotnictwo niemieckie straciło jeden ze swoich samolotów. Jak potwierdza rzecznik Luftwaffe, chodziło o rozpoznawczą wersję samolotu Tornado. Wstępne ustalenia komisji badającej katastrofę mówią o zestrzeleniu go przez rakietę ziemia-powietrze systemu Igła. Ta skuteczna rosyjska broń zadała już pewne straty śmigłowcom sojuszu operującym wzdłuż granicy z Pakistanem, choć wojskowi analitycy zapowiadali, że do kolejnej ofensywy talibów ma dojść dopiero jesienią. Rząd prezydenta Karzaja czuje się coraz bardziej osaczony i może nie przetrwać kolejnego roku – tak twierdzą niektórzy znawcy krajów Środkowego Wschodu. Równie niepokojące wieści docierają z Iraku, gdzie w katastrofie śmigłowca śmierć poniosło dwóch amerykańskich lotników. Starcia miały też miejsce w Falludży, jednak brak jest informacji o ewentualnych ofiarach.

Wydawało się, że złym wiadomościom nie ma końca. Komisarz Wasilewski wyłączył radio i sięgnął po wiszącą na oparciu krzesła marynarkę. Zamykając drzwi biura, przypomniał sobie o pistolecie spoczywającym w sejfie. Nie nosił go zbyt często, teraz jednak postanowił wrócić. Nowy Walter P99 jemu samemu do niczego nie był potrzebny. Minęły już czasy, kiedy osobiście musiał uganiać się za gangsterami. Obecnie większą część pracy spędzał przy biurku, kierując najpoważniejszymi operacjami wymierzonymi w kryminalne podziemie. Prośba prezydenta miasta, żeby pomógł w zabezpieczeniu jutrzejszej demonstracji, trochę go zaskoczyła. Do tej pory nie mógł się zorientować, czy była to wyjątkowo perfidna kara, czy tylko wynik zaufania władz do jego wieloletniego doświadczenia.

Gdy mijał zgromadzone przed komendą radiowozy, ciężarowe stary oraz potężne samochody z zamontowanymi działkami wodnymi, przypomniał mu się okres stanu wojennego. Wtedy jednak wraz z przyjaciółmi z liceum był po drugiej stronie barykady. Na każde wezwanie podziemnej Solidarności stawiali się karnie na placu przed uniwersytetem demonstrować niechęć do systemu. Jednak to, co było, minęło bezpowrotnie. Gorzki uśmiech zagościł na jego twarzy, kiedy zobaczył paru młodych poborowych w pełnym rynsztunku dla zabawy okładających się szturmowymi pałkami.

DWORZEC KOLEJOWY, CZĘSTOCHOWA – POLSKA

16 lipca, godzina 21:08

Dla grupy Joachima Kurskiego ostatnie kilka godzin było wyjątkowo ciężkie. Siedząc w gasnącym blasku dnia na peronie kolejowym w Częstochowie, przygotowywali się do jutrzejszej akcji.

Gliwice opuścili wcześniej niż to sobie planowali. Do Joachima zadzwonił jeden z sympatyków organizacji z ostrzeżeniem, że ktoś węszył wokół nich. Przeniesienie arsenału w zawczasu przygotowane miejsce musiało się odbyć natychmiast. Zamieszanie wywołane telefonem miało też swoje dobre strony. Kurski mógł przyjrzeć się członkom grupy w stresującej sytuacji. Wcześniejsze akcje były dobrze przygotowane i nie groziła im wpadka. Jednak nie zawsze wszystko będzie iść zgodnie z planem.