Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 251 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stało się - Magdalena Kuydowicz

W tajemniczych okolicznościach ginie kochanek dziennikarki telewizyjnej Matyldy Kwiatek, a w jej otoczeniu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Kiedy szef bez powodu wyrzuca ją z pracy, Matylda postanawia odpocząć od stresów i wyjechać z przyjaciółką na wczasy odchudzające nad morze. Tu niespodziewanie natyka się na serię zagadkowych morderstw. Odzywa się w niej instynkt reporterki. Matylda, rozczarowana swoim życiem, chwyta się śledztwa jak ostatniej deski ratunku. W działaniach może liczyć na wsparcie zauroczonego nią porucznika Kudełki i bratniej duszy, Natalii.

Komedia kryminalna w duchu i pod patronatem Joanny Chmielewskiej, z którą autorka spędziła wiele wspaniałych chwil. Powieść, o której Robert Górski mówi, że sam chciałby taką napisać, a Jakobe Mansztajn, że to jedyny i najlepszy kryminał, jaki przeczytał.

Bawiłam się przednio! Przeurocze. Przezabawne. Joanna Chmielewska byłaby dumna.

Katarzyna Bonda

Jedyny i najlepszy kryminał jaki przeczytałem.

Jakobe Mansztajn

Wciągająca, wartka akcja - świetny kryminał. Sam chciałbym taki napisać, ale raz że nie umiem, dwa, że przyjemniej się czyta, jak ktoś inny napisze, bo nie wiadomo co się wydarzy na następnej stronie. Gorąco polecam.

Robert Górski

Lubisz kryminały, ale masz już dość ich zimnej, skandynawskiej scenerii? Zajrzyj do powieści Magdy Kuydowicz, zanurzonej nie tylko w lokalnych realiach, ale i napisanej z bardzo nam ostatnio potrzebnym przymrużeniem oka.

Michał Rusinek

Gdy w roli głównej twojego życia występują wyobraźnia, odwaga sięgania po własne marzenia, talent, pracowitość i ucho do ludzkich spraw, można mówić o szczęściu. Magda Kuydowicz to wszystko ma. I nie zawahała się tego użyć.

Magda Mołek

Magdalena Kuydowicz – z wykształcenia teatrolog, dziennikarka, od studiów pracująca w telewizji, a od 10 lat w kobiecej redakcji TVN Style jako wydawca. Wydała dotąd dwa poradniki - z psycholożką Katarzyną Korpolewską: „Matka z córką. Rozmowy intymne” i „Zaklinacze samotności” z seksuologiem i terapeutą Wiesławem Sokolukiem oraz dwie książki z przepisami kulinarnymi gwiazd. Jej pasją jest czytanie, psychologia, teatr i gotowanie. Lubi urządzać kameralne kolacje i grać w tenisa. Unika tłumów i ostentacji. Jest uparta i wybredna. Lubi się śmiać. Ale nie z każdym i nie ze wszystkiego. Ma słabość do sukienek, bransoletek i dowcipnych mężczyzn. Wolny czas spędza z książką, z garstką przyjaciół przy winie lub na spacerach ze swoją suczką Sonią, na której przyjaźń i zaufanie stara się zasłużyć.

Opinie o ebooku Stało się - Magdalena Kuydowicz

Fragment ebooka Stało się - Magdalena Kuydowicz

 

Copyright © Magdalena Kuydowicz, 2018

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Magdalena Rutkowska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-607-2

Warszawa 2018

Wydawca

 

OSOBY ZAMIESZANE W ZBRODNIĘ:

 

MATYLDA KWIATEK – rozczochrana dziennikarka koło czterdziestki, tropiąca uparcie ślady zmarłego kochanka

NATALIA STACHYRA – przyjaciółka Matyldy i jedyna sojuszniczka, walcząca z uczuciem do swojego eks, czyli do Stacha

STACHU STACHYRA – były mąż Natalii, który walczy o odzyskanie jej miłości i o zachowanie trzeźwości przy okazji

PORUCZNIK RYSZARD KUDEŁKA – przebiegły i zadziwiająco sprawny policjant, potajemnie podkochujący się w Matyldzie

MACIEK SAT – producent, szef i bliski kolega Matyldy, który nieoczekiwanie staje się jednym z podejrzanych

HANKA POWALISZ – dziewczyna Maćka, która kocha tylko rośliny

KLOTYLDA KWIATEK – mamusia, wielbicielka intryg, krzyżówek i Ryszarda Kudełki

ZBIGNIEW NADWORNY – zwany nie bez przyczyny Ohydnym Zbyszkiem – kochanek Matyldy i jej utrapienie

MARTA NADWORNA – żona Zbyszka, zwana nie bez powodu Podłą

PIĘKNY HENIO – prawnik i niespełniona miłość Matyldy z czasu studiów

KAMIL TROP – funkcjonariusz policji koszalińskiej, słynący z podrywów i spostrzegawczości

MARIANNA LIS – rudy demon po pięćdziesiątce i ofiara mordercy

ROMAN GRYZŁA – latarnik, kolejna ofiara

ANDRZEJ NAWAŁKA – zwany nie bez przyczyny Savonarolą – tajemniczy bóg kinezy

ROMAN BURDA – działacz społeczny i narodowiec, ukrywający swój romans z czarnoskórym gejem, ponura postać trzęsącą całym Koszalinem

KRZYSIO LOWELAS – piękny i zepsuty do szpiku kości montażysta

KOSTEK REGUŁA – milczący sąsiad anglista-cyklista, wierny przyjaciel Matyldy

Oraz uczestnicy obozu sportowego w Mielenku, pracownicy pensjonatu Osa, koledzy Matyldy z pracy, podwładni Ryszarda Kudełki, właściciele lokali: Niezłe Ziółko, Kafelek i inni.

ROZDZIAŁ 1

STAŁO SIĘ

Szłam siłą woli. Nieumalowana, zrozpaczona, rozczochrana przez wiatr i wściekła. Oślepiało mnie poranne słońce, a gęstniejący w centrum tłum wsysał i wyrzucał mnie co chwila na zewnątrz. Nie słyszałam ani nie czułam nic. No, może poza chęcią szybkiego zobaczenia Podłej. I znokautowania jej jednym celnym słowem lub ciosem. Obojętne. Włosy wymykały mi się co chwila spod kaptura bluzy. Mysie końcówki chłostały mnie po policzkach. Od płakania miałam zapuchnięte oczy. Zwykle duże i ciemne, teraz przypominały wąskie ciemno­czerwone szparki. Czułam się kobietą doświadczoną przez los, w za bardzo średnim wieku i bez nadziei na zmianę tej sytuacji. Oraz wyglądu. W dodatku szary dres skutecznie odbierał wdzięk moim kobiecym kształtom. A Podła słynęła z elegancji. I braku dresu.

W podziemiach pachniało tanim jedzeniem, a pędzący przechodnie byli jak tornado. Obijałam się a to o torebki, a to o ramiona społeczeństwa pędzącego na oślep do tramwajów we wszystkich możliwych kierunkach świata. Ogłuszająco zawodziła już Orkiestra z Chmielnej. Kwiaciarki rozstawiały swoje bukiety, złorzecząc na bezdomnego z psem, który jak zwykle leżał tutaj i żebrał. Wiadomo. Miejsce na rogu było najlepsze. Ale tego dnia nie dostał ode mnie ani grosza. Przeszłam szybko obok i dotarłam do wyjścia z tunelu. Jeszcze trzy przecznice i będę na miejscu. Zbyszkowi życia to nie wróci, ale przynajmniej się czegoś dowiem.

***

Tymczasem żona mojego martwego kochanka, starannie wypacykowana i ubrana jak spod igły, siedziała w mojej i Zbyszka ulubionej kawiarni – Niezłe Ziółko – na rogu Wilczej. Czekała na mnie i sączyła modny napój pietruszkowy z miodem. Żywa, kompetentna do bólu chuda szatynka. Chłodna jak głaz, o wypolerowanych na błysk szponach w kształcie idealnego migdała. Niech ją! Dlaczego właściwie to nie ona zginęła w tym wypadku? Poważnie nabuzowana dotarłam na miejsce i usiadłam przy niej tak gwałtownie, że aż wytrąciłam jej z ręki tablet. Kątem oka zarejestrowałam, że czatuje na erotycznym portalu randkowym, gdzie szuka się partnera. I fakt, że to dostrzegłam, tak ją strasznie wkurzył, że zaczęła na mnie znienacka krzyczeć. Że niby jakim prawem ją szpieguję! Też coś! Od lat zdradzała Zbyszka z byle kim. Każdy to wiedział! Każdy! Nim skończyłyśmy wymianę wrzasków, bezszelestnie pojawił się właściciel lokalu – Cwany Bonzo. Z sokiem z pokrzywy dla mnie w ramach promocji. Umilkłyśmy i zamówiłyśmy jeszcze po kawie. Ochłonęłam i spojrzałam na nią raz jeszcze. Awantura nie spowodowała najmniejszej zmiany w jej nienagannym wyglądzie. Jak ona to robi?! – zastanawiałam się. I ciekawe, za ile. Powoli popijałam to zdrowe paskudztwo i skanowałam ją bacznie od stóp do głów. Po kolejnym łyku zielonej lury Podła Małżonka, cała w modnych odcieniach limonki z bielą z najnowszej kolekcji jakiejś tam, pochyliła się w moją stronę i postanowiła przemówić ponownie. Tym razem jednak syczała teatralnie ściszonym głosem.

– Słuchaj no, ty, Zbyszek zginął nagle. Zostawił ci podobno klucze do domu nad morzem i jakieś ważne dokumenty w teczce. Muszę je mieć, i to szybko. W samochodzie wszystko spłonęło. A chcę się tam dostać jeszcze przed pogrzebem.

Zamurowało mnie. Perorowała więc dalej.

– Jak mi tego nie oddasz, to mój adwokat dobierze ci się do tyłka! Tak jak, za przeproszeniem, mój małżonek dobierał się przez ostatnie miesiące! Ale przyjemnie nie będzie! Zapewniam! – Odsunęła się wreszcie od stołu na długość obu rąk. Czerwona na twarzy. Prawie pękała ze złości. Istna kobra w Kenzo i Manolo Blahnik!

Skąd ona wie? Zostawił jej kartkę przy łóżku czy co? Nadal miałam ściśnięte gardło i nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Tymczasem dookoła nas gęstniał już poranny tłum przyjemnie podekscytowanych awanturą damulek z pobliskich biurowców. Notorycznie wpadały tu po kawę. Rzeczywiście była najlepsza w mieście. Po tyradzie Podłej w całym lokalu zapanowała przerażająca cisza. Byłyśmy niewątpliwie atrakcją tego dnia, jeśli nie całego sezonu. Wreszcie wzięłam głęboki oddech, żeby dać jej ostateczny odpór. A zaraz potem zemdlałam.

***

Gdy się ocknęłam, Bonzo, chwytając mnie delikatnie pod ramiona, holował moje jestestwo w stronę stylowego mebla przodków pod oknem. A Podła Żona, trzymając moje skąpo odziane w trampki odnóża, powtarzała jak nakręcona:

– Ale kto mógł przewidzieć, że ona zasłabnie? No kto? Kawał baby z niej, no nie?

A żeby cię pokręciło! Obyś wyłysiała i porosła parchami. Z włosem w środku każdego z nich! – zamarzyłam skrycie. Tymczasem przy pomocy Bonza z godnością ulokowałam się na zabytkowej rekamierze i zaczęłam się wachlować gazetą ze stolika. Po chwili dostałam swoją torebkę, rozpinaną bluzę i wodę. Mimo totalnego osłabienia postanowiłam także przemówić.

– Won stąd, babo wredna, bo cię uszkodzę! – wycedziłam wreszcie.

Miało to zabrzmieć groźnie, ale zaszemrałam tylko jak górski strumyk. Mimo to do Podłej błyskawicznie dotarło i ulotniła się wreszcie. Odetchnęłam. Tłum damulek z kawą też odetkało. Popychając się i chichocząc jak dzierlatki, zaczęły stopniowo opuszczać kawiarnię. Po kwadransie doszłam do siebie na tyle, aby spuścić nogi na podłogę i poprosić Bonza o wezwanie mi taksówki. Wtedy niespodziewanie pojawiła się moja najlepsza przyjaciółka, Natalia. Z rozmachem otworzyła szklane drzwi kawiarni i trzasnęła nimi tak, że aż ziemia zadrżała. Rosła, dorodna oraz zamaszysta w ruchach, o pięknych ciemnoblond włosach do ramion zebranych w kitkę, wzbudzała automatyczną sympatię kobiet i silny przestrach u mężczyzn. U byłego męża zwłaszcza. W przeciwieństwie do mnie była wcieleniem spokoju, odwagi i zdrowego rozsądku. Uwielbiałam ją z wzajemnością od lat.

– Matko Boska, Mati, co się stało?! – krzyknęła.

– Ciii, nie wrzeszcz tak! Skąd wiedziałaś? – Gestem nakazałam jej podejść bliżej. Wciąż miałam mroczki przed oczami.

– Podła zadzwoniła do Maćka, że zasłabłaś, a on do mnie! – Natalia z troską zaglądała mi w oczy i podawała bluzę.

– Do Maćka? Skąd miała jego numer? – zdziwiłam się i zamarłam z ręką w jednym rękawie.

– Od Zbyszka pewnie, znają się przecież od lat. Teraz też coś razem robili. Mati, może na pogotowie trzeba jechać? Powiedz, co mam robić, powiedz... – jęczała i wpychała mi teraz na głowę, nie wiadomo po co, swoją marokańską chustę.

– Żadnych konowałów! Chcę do domu! Muszę wziąć prysznic. Spociłam się jak mysz od tych sensacji! – Zerwałam upiorne nakrycie z głowy i raźno ruszyłam do wyjścia. Zachwiałam się jednak po drodze i rozpaczliwie uczepiłam ściany.

– Ale co ci się... – Natalia w mig znalazła się obok.

– W domu ci powiem – ucięłam stanowczo. Nieporadnie szarpałam już za klamkę. – Zawieź mnie do mnie, na Różaną – zadecydowałam, biorąc ją stanowczo pod rękę. – Po drodze coś załatwimy. Nie ma głupich, nie dam Podłej satysfakcji!

I moja przyjaciółka jak zawsze zrobiła wszystko, o co ją poprosiłam. W miarę szybko wydostałyśmy się jej starym bolidem ze Śródmieścia i już po kilkunastu minutach parkowałyśmy na moim Mokotowie. Z telefonu Natalii wydzwoniłam jeszcze zaprzyjaźnionego prawnika. Obiecał odezwać się, jak tylko uda mu się coś ustalić w związku z wypadkiem.

– Czemu nie chcesz używać swojego telefonu? – zdziwiła się Natalia.

– Bo to telefon firmowy. Maciek dostaje billingi. Nie chcę, żeby wszystko wiedział. Może mnie potem ciągnąć za słówka. Nie zniosę tego.

– No to co, na litość boską? – Natalia stanęła w miejscu i zatarasowała sobą wejście na klatkę. Odsunęłam ją łagodnie i stanowczo.

– Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Poza tym nie podoba mi się to, że Podła tak sobie od razu do niego zadzwoniła. Zamieniamy się telefonami. Przegrywamy kontakty. Ale już!

– Mati, nie popadaj w obsesję! Przecież Maciek robił jej reportaż z otwarcia nowej siedziby uczelni, gdzie ta larwa wykłada. I dawał wam ze Zbyszkiem klucze do pokoju na godziny, z tego mieszkania pod wynajem obok biura – jęknęła moja przyjaciółka. – No nie pamiętasz?

Ale posłusznie oddała mi swoją komórkę. Chwilę trwało, nim skopiowałyśmy sobie także dane z kart SIM. Dlaczego robiłyśmy to w pośpiechu na ciemnej klatce, Bóg raczy wiedzieć. Ale coś kazało mi to zrobić od razu. A ja zawsze słuchałam swojej intuicji.

W końcu wjechałyśmy na wysokie drugie piętro mojej kamienicy.

– Właśnie – mruknęłam do siebie, wysiadając z rozklekotanej windy. – On był za blisko mnie w tym wszystkim ze Zbyszkiem.

– Że co, proszę? – Natalia już otwierała drzwi mojego mieszkania.

– Nic, nic – uspokoiłam ją. – Muszę do łazienki.

Szybko wskoczyłam do wanny pod chłodny prysznic, zostawiając na wszelki wypadek otwarte drzwi. Chłodna woda na chwilę skutecznie oderwała mnie od koszmaru. Namydliłam ciało antyalergicznym żelem i stałam przez dłuższą chwilę pod silnym strumieniem, nie myśląc o niczym konkretnym. Tajałam tak sobie, kątem oka śledząc w lustrze widoczne efekty stresu. Schudłam i wyszlachetniałam przez ten cały toksyczny romans. Bez dwóch zdań. To mi jednak w sumie może nawet wyszło na dobre.

Wyszłam, owijając się szlafrokiem, i poklapawszy mokrymi stopami po śliskiej podłodze łazienki, pochuchałam w zaparowane lustro. Po czym półgłosem podsumowałam moje przebłyski intuicji spod windy sprzed kwadransa. Zwykle najlepsze rzeczy przychodziły mi do głowy po kąpieli, więc tym razem mogło być tak samo.

Maciek, nasze dziennikarskie dochodzenie nad morzem. Ożywione ostatnio biznesowe kontakty ze Zbyszkiem, o których nie chciał mi nic powiedzieć. Kupno działki pod Koszalinem na Hankę, flamę Maćka. Ostentacyjnie okazywana przez niego niechęć. Pracowali, a jednocześnie się nie znosili? Dziwne…

Natalia tymczasem rzuciła się do przyrządzania nam ogromnej ilości mocnej czarnej herbaty w termosie. Znała mnie i wiedziała dobrze, co się święci. Czekało nas wiele godzin płaczu i męczących ustaleń. Zadzwoniła też do matki, prosząc, żeby ta otworzyła dziś za nią knajpę i posiedziała do wieczora. Z kochankami może nie szło mi ostatnio najlepiej, ale przyjaciółkę to ja miałam na medal.

Po kąpieli usadowiłam się wygodnie w szlafroku na podłodze i poklepałam znacząco miejsce obok siebie. Natalia obstawiła mnie poduszkami i herbatą. Po czym posłusznie zastygła w kuckach w wyznaczonym miejscu. Tak się jej zawsze lepiej myślało.

– Posłuchaj mnie teraz uważnie – powiedziałam...

***

To był najgłupszy moment na śmierć. Ciężko mi było zrozumieć, że jeszcze kilka godzin temu siedziałam w biurze i czekałam na Maćka. Niewyspana i tylko z tego powodu zła. Miałam właśnie przekazać mu wszystkie dowody na kompromitację pewnego działacza społecznego w Zachodniopomorskiem. Mój kochanek przepadł gdzieś znowu, nie wiadomo gdzie, ale liczyłam, że niebawem się pojawi. I że energicznie nawiążemy toksyczną relację, którą oboje tak lubimy.

Od lat jeździłam na wakacje pod Koszalin, a Maciek stamtąd pochodził. Siłą rzeczy to tam robiliśmy większość materiałów interwencyjnych. Tam mieliśmy po prostu najlepsze źródła. To w trakcie jednej z naszych dokumentacji poznałam rok temu, późną wiosną, Zbyszka. Zajmowałam pokój w jego domu pod Mielenkiem, który wynajmował letnikom. I wieczorami, stopniowo, z prawdziwą przyjemnością wpadałam w jego sidła. Co do Maćka, to ten wyhaczył mnie do pracy jeszcze na studiach. Kończył reżyserię, a ja zaczynałam filmoznawstwo. Potrzebował dokumentalisty do swojej firmy producenckiej. Wziął na próbę trzy osoby z mojego roku. Tylko ja przetrwałam. Najpierw robiłam mu tylko dokumentację – zbierałam różne brudy o ludziach z wyższych sfer. Z czasem nauczyłam się całej telewizyjnej roboty. Pisania scenariusza, montażu, trudnej pracy z ekipą na zdjęciach w różnych miejscach i o najdziwniejszych porach. Kochałam moją pracę. Stuknęło nam właśnie z Maćkiem dziesięć lat w robocie. Przyjaźni chyba też. Bo – choć może nie zawsze go rozumiałam – musiałam przyznać, że w pracy był zawsze w porządku. Sporo wymagał. Ale był lojalny, otwarty i zawsze płacił na czas. Chyba że akurat nie miał pieniędzy. Wtedy pożyczał. Zwykle od Zbyszka.

Tak, ilekroć coś się działo, zawsze to do niego dzwonił, a Zbyszek ratował go z finansowej zapaści. Przy obopólnym braku sympatii było to co najmniej dziwne. Najwyraźniej jednak obaj mieli w tym swój interes. Czy Maciek ukrywał, co robili, a Zbyszek mu za to płacił?

Maciek, poza wybuchowym charakterem, miał rozliczne dziwactwa. Na przykład uwielbiał umawiać się na spotkania ze mną o kosmicznych porach. Oczywiście zawsze się na nie spóźniał. Sadysta! Mam niskie ciśnienie, przed dziewiątą rano lepiej nie wchodzić mi w drogę. Tym razem miałam być w biurze o ósmej czterdzieści siedem, zaraz po jego wizycie u mechanika.

Wreszcie usłyszałam charakterystyczny ryk motocykla pod oknem, a po chwili Maciek pojawił się w drzwiach. Jak Han Solo z Gwiezdnych wojen. W gumowanym kruczoczarnym stroju w poprzeczne błękitne błyskawice. Bardzo z siebie zadowolony i zionący jeszcze smrodem spalin. W kasku szczelnie zakrywającym jego ostrzyżoną na siwego jeża jajowatą czaszkę mózgowca. Był z niej dumny, podobnie jak z siwej gęstej brody. Nie bez powodu zresztą. Poza tym uwielbiał teatralne wejścia. W głębi ducha uważał się za wielkiego artystę. Niespełnionego, rzecz jasna.

– Hejka, kawa dla szefa jest? – zagaił. Dowcipnie. W jego mniemaniu.

– Sam zobacz. – Wzruszyłam ramionami, po czym rzuciłam mu ponure spojrzenie spode łba.

Popatrzył na mnie rozbawiony. Świszcząc przez zęby, nacisnął guzik w jęczącej wiekowej kawiarce za moimi plecami. Jękliwie zaczęła odmierzać porcje wrzątku i ciurkać do starego porcelanowego dzbanka. Szklany zbiłam tydzień temu, gdy po raz kolejny dostałam od niego opieprz za niewinność. Czyli za braki w dokumentacji.

Maciek tymczasem z chrzęstem motozbroi opadł na krzesło obok mnie. Obróciłam monitor komputera w jego stronę, żeby mógł zobaczyć, co ustaliłam. Czytał i nie ruszając się z miejsca, sprawnie wyginając lewą rękę do tyłu, dolewał sobie mleka do kawy. Zarówno górne, jak i dolne kończyny miał długie jak u małpy. Był próżniakiem, szpanerem i bardzo obiecującym pijakiem. Ale miałam do niego słabość. A ściślej ujmując – do jego inteligencji. Poza tym był szybki i skuteczny w działaniu. Oraz zadziwiająco lojalny. Jak na faceta oczywiście. Irytujący do szaleństwa. Ale w komplecie jakoś to wszystko działało. Przynajmniej na mnie.

Nasze biuro, ciasne i wysokie, zimne zimą i gorące latem, od lat było jego ulubionym miejscem porannych narad. I tresowania personelu w punktualności o abstrakcyjnych porach. Urządzaliśmy to biuro wspólnie meblami z odzysku z firmy jego byłej flamy. Pracowała w ambasadzie amerykańskiej, gdzie wszystko z zasady było ogromne. Z trudem wcisnęliśmy do pokoju cztery solidne biurka z kawiarką. I szklany stół konferencyjny do wnęki pod oknem. Dla Maćka była to także kanciapa. Odgradzał się od nas fantazyjnym japońskim parawanem z prawdziwego jedwabiu w gejsze. Jego własnym. I słuchawkami bez kabla, które kosztowały tyle, ile zimowe ogumienie samochodu. Gadżeciarz! Ale jak już wspomniałam, wybaczałam mu wiele. Nawet siorbanie kawą i zawzięte kląskanie palcami. Zawsze tak robił, gdy był czymś podniecony. Tak jak w tej chwili.

– No dobra – powiedział w końcu.

„No dobra” oznaczało u niego premię i brak poprawek, więc promieniowałam słuszną dumą.

– Mamy coś nowego – dodał i wręczył mi zdjęcie jakiegoś typka z zakrytą twarzą. Pamiętałam go. Był na jedynce, czyli tytułowej stronie w „Brudach Poranka”.

– No i? Skoro tabloidy już coś zwęszyły, to co ja mam do tego?

Nie byłam zachwycona. Chciałam właśnie poprosić Maćka o zaliczkę, a potem wyskoczyć do fryzjera, kosmetyczki i na przeceny do Złotej Teresy. Należało mi się. Od tygodnia praktycznie nie wstawałam od komputera. A czułam wtedy podskórnie, że Zbyszek się dziś u mnie pojawi. Przy moim obecnym stanie urody kochanek mógł na mój widok co najwyżej uciec z krzykiem.

A niestety był w tym temacie wymagający. I to bardzo. Nie bez powodu zwany był przez moich przyjaciół Ohydnym Zbyszkiem. Toksyczny typ. Pazury, włosy zrobione na dyskretny blond, idealny make-up i nonszalancko niedbały, acz elegancki strój to minimum, którego ode mnie wymagał. Oczywiście gdy miał dla mnie czas. A miewał go rzadko. I zawsze kaprysił. Usprawiedliwiała mnie tylko nieobecność z powodu pracy. Szalałam za nim bez ograniczeń od kilkunastu miesięcy. I nie umiałam przestać. Zapewne także z tego powodu, że był dla mnie trudny do zdefiniowania. Tak mało w sumie o nim wiedziałam. Miał jakieś dziwne interesy w całej Polsce. Wiecznie wisiał na telefonie. Szybko udało mu się zrobić na mnie wrażenie człowieka pełnego sprzeczności i tajemnic. Który mimo wielu przeciwności losu – żona, dziecko, oszałamiająca kariera biznesowa – wybrał mnie, właśnie mnie. Chudy, wysoki i wiecznie zamyślony. W zamglonych okularach, z gęstymi ciemnoblond włosami ciągle spadającymi mu na czoło. Bystry i zaczepny. Typowy mężczyzna zagadka. Do tego wszystkiego jeszcze bardzo namiętny. Tacy goście powinni mieć na czole wykrzyknik jako znak ostrzegawczy dla kobiet. Bo za takim zawsze pobiegniemy na oślep. Bezwolne idiotki. Jako kobieta doświadczona już paroma miłosnymi przygodami bez happy endu wiedziałam oczywiście, że nic z tego związku nie będzie. Podła żona, dziecko, ani słowa o rozwodzie. Ale było mi z nim chwilami tak dobrze! Wkurzał mnie i intrygował równocześnie. Nie miałam siły ze sobą walczyć. Dryfowałam od miesięcy na fali swoich zmiennych emocji, polegając tylko na resztkach zdrowego rozsądku. A w głębi ducha czekałam na coś, co zmusi mnie do podjęcia decyzji o zerwaniu. Powoli przestawałam już lubić samą siebie…

– Podobno typ pisze też pod pseudonimem zbereźne wiersze miłosne. – Maciek zachęcał mnie do pracy już zza parawanu.

– Że co, proszę? – Zamyślona, z wizją Ohydnego pod opuchniętymi powiekami, prawie oblałam swój jasnoszary dres resztką kawy mojego szefa.

– Sprawdź to i tyle – rozkazał mi krótko Maciek i zniknął za słuchawkami.

Kliknęłam posłusznie na nazwisko typka. Roman Burda. Nieźle się zaczyna. Były szef MOPS-u w Koszalinie. Obecnie nadal działa, również jako radny z ramienia Partii Narodowców. Znane nam rewiry, no dobra. Weszłam na fanpage ośrodka pomocy społecznej i zamarłam. Na głównej stronie, pod postem o imprezie integracyjnej personelu MOPS-u, jak byk widniał komentarz z anonimowym wierszem. Dużo tam było o ciumcianiu czarnej czekolady i mlaskaniu ze smakiem. Zrobiło mi się nieco niedobrze. Były też w sieci jakieś zdjęcia z gejowskiej imprezy porno, gdzie działacz Burda widniał w czułym uścisku z czarnoskórym typkiem w stringach. Pstryknęłam print screen i przesłałam go Maćkowi. Zarechotał radośnie.

– Pojedź i pogadaj z nim. Narodowcy mają po weekendzie jakąś konferencję pod Warszawą! – krzyknął, nie fatygując się nawet zza swojej gejszy.

– Muszę taryfą.

– Trudno, niech będę stratny. – Ruchem głowy wskazał mi swoją kurtkę, gdzie zawsze trzymał portfel. Po konsultacji wyjęłam stówę. Podobno starczy, jeśli pojadę, używając jakiejś dziwnej aplikacji. Najtaniej na świecie.

I wtedy właśnie zadzwonił ten przeklęty telefon. Odebrałam. Gdybym wiedziała, że to ona! Prędzej bym kabel przegryzła!

– Matylda? Zbigniew nie żyje! – usłyszałam. – Musimy natychmiast porozmawiać!

I zamilkła.

– Ale jak to… – zabełkotałam nieskładnie i złapałam się biurka. Spadły jakieś papierzyska.

Zrobiło mi się na przemian gorąco i zimo. Oraz słabo. Przed oczami zawirowały mi ciemne płatki. Spokojnie, spokojnie, to jakiś głupi żart – myślałam. Ale gdzie tam! Zaniepokojony Maciek podniósł się szybko zza swojego komputera i podszedł do mnie, łapiąc mnie w ostatniej chwili, bym nie upadła. Wsparłam się na nim, z całych sił ściskając w dłoni słuchawkę.

– Wypadek. Wracał autostradą znad morza. Czekam na Wilczej! Tam, gdzie wiesz! – I rozłączyła się. Podła i jeszcze raz podła! Opadłam ciężko na krzesło i oparłam głowę na dłoniach. Maciek bez słowa wyszedł do kuchni, by po chwili wrócić i podać mi szklankę wody. Patrzył na mnie, gdy piłam, łykając łzy.

– Muszę wyjść – wykrztusiłam wreszcie. – Zbyszek miał wypadek! – Spojrzałam na szefa załzawionymi oczami.

– Żyje?

– Nie...

– Jechać z tobą? – spytał.

Potrząsnęłam przecząco głową i podniosłam się z wysiłkiem.

– Nie wracaj do biura. Wieczorem zadzwonię. – Poklepał mnie niezdarnie po plecach, po czym szybko wrócił do swojej roboty. Nigdy nie radził sobie z kobiecymi łzami. Że o romansach podwładnych już nie wspomnę…

***

Założyłam rozpinaną bluzę z kapturem i wyszłam na zalaną słońcem ulicę. Romans ze Zbyszkiem wykańczał mnie nerwowo przez ostatnie miesiące. A teraz jego śmierć. Od pierwszych wspólnych chwil toksyczny kochanek przysparzał mi wielu niepotrzebnych emocji, ale rozbijał także skutecznie monotonię telewizyjnej roboty. Od wielu lat robiłam to samo. W setkach liczyłam już nieprzespane noce spędzone na dokumentowaniu i nerwowym pisaniu scenariusza na ostatnią chwilę. Potem czekały mnie już tylko upokarzające kolaudacje z dziwnymi bossami z telewizji, od których zależało wszystko. Niewątpliwie potrzebowałam odmiany. Jak dobrej, skutecznej w długotrwałym działaniu kosmetyczki. Ale nie rozmowy z żoną kochanka! Na dodatek martwego.

***

Po kilku godzinach narady, gdy za oknem zapadał zmrok, miałyśmy już z Natalią z grubsza ustalony plan działania. Miałam od poniedziałku poszperać w dokumentach i znaleźć drogocenną teczkę, a Natalia obiecała wesprzeć mnie w poszukiwaniach klucza w biurze. W mojej przepastnej torbie i plecaku na zakupy go nie było. Przetrząsanie teraz mieszkania nie wchodziło w grę. Byłam wrakiem człowieka. Miałyśmy też w planach wspólną wyprawę do Koszalina. Z Natalią jako zasłoną dymną. I tak to właśnie tam działał Burda, mogłam go więc wykorzystać jako pretekst do wyjazdu. Musiałam, sama nie wiem dlaczego, dowiedzieć się wszystkiego o wypadku Zbyszka. Dotrzeć do naszego domu przed Podłą. I w ten sposób jakoś się z nim pożegnać. Poza tym miałam dziwne wrażenie, ba, pewność nawet, że w tych dokumentach może być coś ważnego. Nie tylko dla mnie. Jak zasugerowała Podła, wracał wtedy właśnie z domu pod Mielenkiem, może zostawił mi w nim jakieś informacje? Mieliśmy tam przecież zamieszkać na starość, jak mówił. Liczyłam też na moje dawne kontakty w urzędach. Obiecał już dawno, że ten dom będzie mój.

Wcale nie chciałam, głupia, jego rozwodu. Tylko jego. Tam, nad morzem. Ze mną do końca życia. W naszym domu. I to mi właśnie przyrzekał na naszym tarasie. Może naprawdę mi go zapisał? Wyłączył ze spadku i dał mnie? Kilka razy już tam wyjeżdżałam na krótki urlop po sezonie. Więc taki wyjazd z Natalią nieźle mnie kamuflował. Dwie przyjaciółki szwendające się nad morzem nie zdziwią nikogo. Działanie zawsze dobrze mi robiło na wszelkie kryzysy, więc poczułam niejaką ulgę. Natalia przeciwnie. Słabym głosem oznajmiła mi, że zostaje na noc, i jak siedziała, tak padła na dywan, okrywając się tylko pobieżnie kocem z kanapy.

Mój umysł był trzeźwy jak niemowlę o poranku. Musiałam działać. Chwilowo tkwiłam jeszcze w Warszawie i musiałam coś zrobić z nadmiarem kłębiących się we mnie emocji. Padło na szafki pod zlewem. To u nas rodzinne. W momencie największych życiowych napięć wszystkie kobiety w mojej rodzinie robią gruntowne porządki. Rodowych sreber do czyszczenia nie miałam, cała rodzina z resztkami zastawy mieszka w Łodzi. Celowo do nich nie dzwoniłam. Mamusia nie akceptowała Zbyszka, a ciotki były wścibskie. Co niby miałam im powiedzieć? Że ten niesmaczny rodzinny kłopot związany z moim romansem mają już z głowy? Zabrałam się więc za gary i tony doniczek oraz narzędzi ogrodniczych w kuchni. Potem przyszedł czas na brutalną selekcję kubków i talerzyków. Na deser zostawiłam sobie szuflady z przyprawami i sztućcami oraz stosem praktycznych ściereczek do naczyń i starych lekarstw na wszystko.

Mniej więcej koło czwartej nad ranem wyniosłam na śmietnik pokaźny cuchnący wór ze śmieciami i trzy kolejne ze zbędnymi naczyniami i resztą. Po powrocie umyłam podłogi w całym mieszkaniu i tęsknie spojrzałam na szafkę z butami i skrzynię w przedpokoju. Ale po namyśle zostawiłam je sobie na potem. Nie wiadomo, kiedy znowu mnie to chwyci, a lepiej mieć coś na zapas. Wykąpałam się znowu, łyknęłam melisy i już o piątej trzydzieści leżałam z szeroko otwartymi, suchymi oczami na kanapie i udawałam, że śpię.

Natalia u moich stóp posapywała znacząco, ale nie działało to na mnie nasennie. Przeciwnie. Przed oczami przesuwały mi się wciąż kiczowate sceny romansu ze Zbyszkiem. Pierwsze wino nad morzem, romantyczne nocne nasiadówki na tarasie i czekanie na wschód słońca. I jeszcze pięknie nakryty stół ze świecami i mrożonym szampanem z owocami i lodem oraz sokiem pomarańczowym. Mój ulubiony letni drink.

Z niewiadomych dla mnie przyczyn mój luby po skonsumowaniu romansu, już w Warszawie, w moim łóżku – a co, byłam w końcu z dobrego domu! – przeszedł gwałtowną metamorfozę. Przestał się starać, a zaczął wymagać. Stał się marudnym, niesłychanie wybrednym i złośliwym dziadem. Niestety dla mnie było już za późno. Różowa mgła spowijała mój cały świat i gdyby nie praca, to całe dnie spędzałabym na wąchaniu jego szalika. I kompletowaniu stroju na kolejną randkę. Nie jadłam, głównie popijałam wodę i herbatę. Garderobę musiałam zwęzić o dwa numery. Chudłam i pochmurniałam na zmianę. Ekspresowo.

Tymczasem lato zmieniło się niepostrzeżenie w jesień. Moje życie towarzyskie praktycznie zamarło. Godzinami czekałam, aż Ohydny przyjdzie, zadzwoni lub odwoła spotkanie. Nie liczyło się nic, nie liczył się nikt. Znajomi taktownie czekali, dając mi czas na dojście do siebie. Tylko Maciek, który znał Zbyszka z pracy, za każdym razem, gdy Ohydny wychodził z naszego biura, znacząco pukał się w czoło. Miał rację. I co z tego? Miłość z rozumem nie ma przecież nic wspólnego. Każda kobieta, która przechodziła piekło toksycznego romansu, dobrze to wie.

Usnęłam wreszcie z szalikiem Ohydnego w garści, i tak o poranku zastała mnie Natalia. Potwornie obolała po nocy spędzonej na podłodze postanowiła wstać i zrobić nam kawę. Oraz zakupy. W lodówce zastała bowiem tylko światło. Zakochani nie jedzą. Żyją miłością. Przynajmniej ja tak mam.

Spałam więc sobie twardo, a moja niezawodna przyjaciółka po długim kwadransie odnalazła potrzebne naczynia, ekspres do kawy i łyżeczki. Nic w kuchni nie stało na swoim miejscu. Ale za to wszystko błyszczało olśniewającym blaskiem. Natalia pokiwała smutno głową, z obrzydzeniem wypiła mocną kawę z miodem i udała się do sklepiku pani Zosi na dole. Była to potwornie droga placówka spożywcza, ale za to całkowicie bez sztucznej żywności. Tylko tam mogłam kupić jedzenie bez ryzyka nagłego ataku alergii. Emulgaty i inne świństwa były śmiertelnym wrogiem moim, pani Zosi i jej wnuczki. Ufałam jej prawie jak Natalii. W kwestii jedzenia, rzecz jasna. Natalia świetnie to wiedziała. Nocowała u mnie nie raz.

Po zakupach, uboższa o sześćdziesiąt złotych, udała się na górę i zaczęła przyrządzać na patelni najdroższą jajecznicę świata ze szczypiorkiem. Włączyła też radio, które zaszemrało porannym serwisem wiadomości. Koło jedenastej Natalia zasiadła ponownie u moich stóp z tacą z gotowym śniadaniem. Podetknęła mi sprytnie filiżankę z kawą pod nos. Wiedziała, co robi. Jak automat usiadłam w łóżku na baczność.

– Co jest? – spytałam mało kulturalnie, trąc zaspane oczka.

– Dzwoniła Marta, że chce jeszcze pogadać – wyjaśniła Natalia.

– Skąd wiesz, że dzwoniła?

– Od wczoraj mam twój numer telefonu, nie pamiętasz?

Wzniosłam tylko oczy do nieba. No tak!

– Pamiętaj, co ustaliłyśmy – kontynuowała Natalia. – Pogadaj z nią koniecznie. Nie będzie wrzeszczeć. Obiecała. Ma jeszcze jakąś pilną sprawę.

– Ciekawostka przyrodnicza. A jaką? Kawa pycha!

– Nie wiem, mnie za nic nie powie. Muszę lecieć. Masz przyjść do Legalnej dziś po południu, zrozumiano? – Inaczej zawiadomię pogotowie i straż pożarną. – Natalia popatrzyła na mnie z troską.

Kiwnęłam głową jak maszyna i o dziwo zaczęłam jeść. Najwyraźniej odzyskiwałam utracony apetyt.

– Słuchaj, nie wiem, jak ci to powiedzieć… – zaczęłam.

Natalia odwróciła się do mnie z kubkiem.

– Że czujesz też wielką ulgę, co?

– Skąd wiesz? – Jej intuicja była zdumiewająca.

– Nie ty jedna przeżyłaś toksyczny związek. – Rozejrzała się po pokoju. – Naszyjnik do tego, co ci naszykowałam. A może to? – Pokazała mi wybrany na spotkanie z Podłą szary kombinezon z przeceny i dobrany do tego koralowy szal i zestaw srebrnej biżuterii.

– Szal… Natalia, ja nie wiem, czy dam radę… Czuję się taka samotna, pogubiona w tym wszystkim. Jak pomyślę o powrocie do pustego domu wieczorem, to mi słabo…

– Oczywiście, że dasz. To nie koniec świata, tylko koniec romansu. I to definitywny. Szczęście w nieszczęściu. Wskakuj pod prysznic, to cię podrzucę!

– Natalia… – Zerknęłam na komórkę. – Do mnie też ktoś dzwonił. Jakaś dostawa czy coś, sama zobacz. – Pokazałam jej komórkę z nagraną pocztą głosową.

– O rany, kawa i ciasta! Pospiesz się z myciem, oszalejemy z tymi telefonami w obie strony!

Więc wskoczyłam pod prysznic. Zrobiło mi się głupio. Natalia nigdy mi się nie zwierzała. Ale o moim romansie wiedziała wszystko. Co do minuty. Musiałam komuś o Ohydnym opowiadać na bieżąco i tak odreagowywać natłok kłębiących się we mnie emocji. Trafiło na nią. Tymczasem moja dzielna przyjaciółka od rozwodu nigdy nie zająknęła się na temat swoich sercowych dramatów. Poza tym miała inne zmart­wienia. Od paru miesięcy dzielnie walczyła o przetrwanie wymarzonej księgarnio-kawiarni na dalekim Grochowie. Licząc na to, że mieszkańcy jej ukochanej dzielnicy tak jak ona załapią się na minimalną dawkę kultury i świetną kawę z gorącą kanapką w pakiecie. Pomyślałam ze wstydem, że ona, mająca na głowie tak duży kredyt, praktycznie zamknęła dziś interes, aby mnie pielęgnować. Poza tym tak się składało, że to Natalia zwykle miała rację, a nie ja, jeśli chodzi o moje miłosne wybory. Rozwiedziona, z byłym mężem alkoholikiem przeszła niejedno. Po kąpieli wmusiła we mnie jeszcze duży kubek gorącej wody z imbirem. Oprócz wielu innych zalet miała też tę, że zdrowo się odżywiała i dobrze wiedziała, co mnie wzmocni.

Parząc sobie usta gorącym napojem, obiecałam, że umówię się na spotkanie z Podłą Martą.

A wcześniej wdepnę jeszcze do biura. Zniknęłam przecież, porzucając dokumentację i montaż.

Stojąc przezornie tyłem do lustra – byłam bowiem zapuchnięta i blada jak trup – rozczesałam szaroburomysie włosy do ramion z imponującym blond odros­tem, które w międzyczasie same wyschły mi pod ręcznikiem, i włożyłam dobrany do nich kolorystycznie strój. Zero makijażu, wklepałam tylko make-up, a choć wiedziałam, że moim włosom daleko do jakichkolwiek pozorów fryzury, czułam, że to już jakiś sukces. Najwyraźniej wracałam powoli do mojego starego życia. Tego nudnego. Przed Zbyszkiem. Natalia odwiozła mnie do biura na Narbutta i mocno uściskała na pożegnanie. Pobeczałam sobie jeszcze chwilę w samochodzie na uspokojenie. Po czym wyszłam, trzasnęłam drzwiczkami i postanowiłam zmierzyć się odważnie ze światem.

***

Prywatna firma producencka mojego kolegi oczywiście świeciła pustkami. Niedziela! Na moim biurku leżała jednak kartka od Maćka.

Fajnie, że wróciłaś. Oddaj mi wreszcie dysk z materiałami! I wpadnij w poniedziałek, ustalimy, co z Poetą z MOPS-u. Konferencja jest w Wesołej we wtorek po dziesiątej.

Uśmiechnęłam się w duchu. Natalia musiała go zawiadomić. Pokrzepiająca była świadomość, że nadal mnie zatrudniał. Wysłałam mail, że dysk z dokładnym opisem dostanie późnym wieczorem, i wzdychając, zadzwoniłam do Podłej Marty. Odebrała od razu.

– Naczekałam się na twój telefon. – Usłyszałam w jej głosie lekką pretensję.

– Wcześniej nie byłam w stanie… I tak naprawdę sama nie wiem, po co do ciebie dzwonię – przyznałam.

– Masz teraz czas? Nie chcę odkładać tej rozmowy.

– Dobrze, gdzie się chcesz spotkać?

– No nie wiem, a gdzie ci będzie wygodnie?

– Bądź w herbaciarni na dole u Chińczyka, tej obok biura. Puławska przy Narbutta. Za pół godziny? – zaproponowałam.

– Wiem, gdzie to jest, Maciek pracował też dla mnie – oświadczyła mi nieprzyjemnym tonem. Rozłączyła się, co uznałam za zgodę.

***

W knajpce u Zębatka jęczała już cicho stara analogowa płyta z chińską muzyką filmową. Kilku garniturowców spożywało w skupieniu popisową zupę kokosową. Specjalność zakładu. Usiadłam przy wejściu i zamówiłam dzbanek jaśminowej herbaty. Chińczyk uprzejmie się skłonił i szybko pozostawił mnie w spokoju z serwisem herbacianym w różyczki. Po chwili weszła Marta i skinęła mu głową. Usiadła przy moim stoliku. Nie od razu zaczęła swoją przemowę. Czekała na odpowiedni moment, jakbyśmy były na jakimś ważnym zawodowym spotkaniu. Popijałam herbatę w skupieniu i milczeniu. Postanowiłam jej niczego nie ułatwiać. W porównaniu ze mną prezentowała się schludnie i szalenie ekskluzywnie. Kostium Chanel w końcu do czegoś ją zobowiązywał. Podobnie jak torebka Michaela Korsa. Mnie pozostawiła rolę tej zmęczonej życiem i rozczochranej kochanki po przejściach. W ciuchach bez metek. I z torbą boho z przeceny. Wreszcie skończyła mi się krytycznie przyglądać i wypaliła:

– Matylda, wiem, że go kochałaś. Ja już od dawna nie, ale mieliśmy dziecko. Poza tym Zbyszek był formalnie wciąż moim mężem i uczynił mnie wykonawcą swojego testamentu.

Kiwnęłam głową. Milcząco kontemplowałam rozkład menu nad głową Zębatka. Zestaw dnia za trzynaście złotych, proszę, proszę...

– Hmm, no tak – chrząknęła harpia. – Zbigniew powiedział mi o naszym domu nad morzem. Że ma być dla ciebie i że kiedyś tam zamieszkacie. I teraz nie wiem, co z tym zrobić.

Czyżbym usłyszała w jej głosie nutkę histerii?

– Z czym? Z domem czy z zapisem? – próbowałam uściślić, zaszczycając ją wreszcie krótkim spojrzeniem.

– Nie bądź śmieszna. Z jednym i drugim. To sporo warte. Ja mam tylko moje mieszkanie na Saskiej i dwa samochody.

No i dwa tłuste konta w banku, ale żadna z nas na razie nie wie, ile tam tego jest – dodałam w myślach przytomnie.

– Jestem tak daleka od śmiechu, jak Syberia od Riwiery – zapewniłam ją zamiast tego, cytując klasyka. I dolałam sobie herbaty. Po czym znów taktycznie zamilkłam i przyjrzałam się jej uważnie. Nie była nawet na mnie zła. A tym bardziej nie była zrozpaczona. Chciała po prostu rozwiązać problem. Zimna i kompetentna. Wykładała na prywatnej japońskiej wyższej uczelni komputerowej. Miała nawet na swoim koncie jakieś zagraniczne sukcesy naukowe. Ostra, sucha i konkretna. Tak, bardzo się różniłyśmy. Klasą, charakterem i stopniem podłości oczywiście.

– Nie bardzo wiem, czego ode mnie oczekujesz… – powiedziałam wreszcie ostrożnie. Podniosłam się też z krzesła, żeby zdjąć szal. Gryzł mnie w szyję i lekko przyduszał. A może to te piżmowe perfumy Podłej? Kichnęłam i łyknęłam profilaktycznie xyzal. W każdym razie ona mój ruch zrozumiała inaczej.

– Nie uciekaj jeszcze, proszę! – Dotknęła uspokajająco mojej ręki. – Usiądź na chwilę. Chciałabym tylko po prostu, abyśmy nadal mogli z Barnabą przyjeżdżać na dwa tygodnie latem nad morze. Oczywiście opłaty wtedy podzielimy. Zastanawiałam się też, czy możemy podzielić wpływy z letniego wynajmu na połowę. Założyłabym Barnabie konto. To by było na jego studia. Zbyszek od lat wynajmował ten dom letnikom, chyba zresztą wiesz…

– Oczywiście, tam się przecież poznaliśmy… – Zakasłałam nienaturalnie, bo łzy same napłynęły mi do oczu.

– Wiem, powiedział mi o tym od razu – odrzekła spokojnie.

– O czym? – Gwałtownie uniosłam głowę i niestety łzy pociekły mi aż na brodę, rozmazując po drodze resztki drogiego kremu.

– No, że spotkał wreszcie kogoś, z kim chce spędzić resztę życia. Nie robiłam mu trudności. Też kogoś mam od jakiegoś czasu. Kłóciliśmy się tylko o wspólny biznes, no i o opiekę nad synem. Pewnie ci wspominał…

– Tak – bąknęłam tylko.

– To co, umówię nas u notariusza i spiszemy umowę, dobrze? – Wyraźnie poczułam ulgę w jej głosie.

– Umowę? – Brwi podjechały mi aż pod czubek głowy.

– No, prawne ustalenia o podziale wpływów z najmu. Jak najszybciej! Jak tylko znajdziesz klucze.

– Zastanowię się jeszcze, porozmawiam z moim prawnikiem. Czy możesz mi powiedzieć… – Zawiesiłam głos.

– Chcesz wiedzieć, jak zginął, tak? Pies wyskoczył mu pod koła, Zbyszek go ominął i wjechał w betonowy słup. Właśnie wracał spod Koszalina. Mówiłam ci to już. Sprawdzał, co z domem. Zmarł w drodze do szpitala. Nie cierpiał.

Relacjonując to tonem sprawozdawcy sportowego, żona mojego kochanka najwyraźniej zbierała się już do wyjścia. Spokojna, opanowana i elegancka wdowa. Jej buty i rękawiczki kosztowały więcej, niż wynosiła moja pensja. Ale umiała liczyć każdy grosz. To Zbyszek też mi powiedział.

Zapłaciła Zębatkowi za nasze herbaty, nie zostawiając napiwku, po czym energicznie wstała i ruszyła prosto do wyjścia. Nie podała mi ręki. Na szczęście. Wyrwałabym jej ją chyba razem ze stawem!

– Czekam więc na telefon! – rzuciła jeszcze oschle.

– Zadzwonię do ciebie w ciągu tygodnia – obiecałam.

– Po pogrzebie, jest, zdaje się, we czwartek. Zawiadomię cię jeszcze. Może zadzwonisz w przyszły piątek? – zaproponowała harpia. Musi mieć kawał lodu zamiast serca. Suka jedna!

– Nie. W następny poniedziałek – ucięłam stanowczo.

– Świetnie, czekam. I jeszcze jedno… Zbyszek miał rację.

Uniosłam ponownie brwi.

– Powiedział, że z domem nie będziesz robiła problemów – uściśliła.

Kiwnęłam jej oficjalnie głową na pożegnanie. Po czym, gdy wyszła, natychmiast zadzwoniłam do Natalii.

***

– Straszna z niej harpia, co? – Natalia konała z ciekawości, jak mi poszło.

– No, konkretna babka. Od razu chciała mnie zawlec do notariusza.

– O rany! A co, zapisał ci coś?

– Nie wiem. Chyba dom nad morzem. Podła ma testament. Ale jeszcze go nie otworzyła. Może u tego notariusza, nie wiem...

– Wasze gniazdko miłości, naprawdę? O, sorry, Mati… Nie chciałam, naprawdę... A skąd wiesz o tym testamencie?

– Od niej. Od razu mi to powiedziała u Bonza.

– Dziwne...

– Co?

– Że mówił żonie takie rzeczy...

– Nie, dlaczego? Byli w separacji i porządkowali swoje sprawy. Poza tym on miał kilka kont, zdaje się. Mnie dał dostęp tylko do prywatnego. Nawet nie wiem, ile tam tego jest. Nigdy tam nie zaglądałam. Jak byliśmy razem, zawsze płacił on.

– Nie planowaliście ślubu?

– Nie, ale Zbyszek bardzo chciał ze mną zamieszkać. I nie lubił mojej pracy. Mówił, że sam mnie utrzyma i że mam pisać tylko dla przyjemności. Że mnie ustawi na długo. Nie mówiłam ci o tym, bo myślałam, że tylko tak gada. Jak czegoś ode mnie chciał, potrafił być uroczy. A co do umowy, to harpii kazałam czekać do przyszłego tygodnia – dodałam.

– Bardzo mądrze. Musimy to omówić. Przyjeżdżaj!

– Wsiadam do metra i zaraz jestem. – Rozłączyłam się i zamyśliłam.

Natalia miała trochę racji. Z jednej strony trzymał mnie na dystans, a z drugiej – nagle ofiarowywał dom i luksusy...

W drodze dopadł mnie telefonicznie Maciek i zaatakował wprost konkretnym pytaniem o powrót do pracy. Obiecałam, że od poniedziałku będę przychodzić jak dotąd – codziennie – i regularnie dokumentować materiał do filmu. Dokończę też montaż kuguarów. I poszperam przy zboczeńcu z MOPS-u. Od lat walczyliśmy też o pieniądze na film o słynnych polskich morderczyniach. Aż niespodziewanie właśnie teraz przyszła odpowiedź z PISF-u. Wyglądało więc na to, że temat zbrodni będzie mnie teraz osaczał. Nie zamierzałam się jednak poddawać. Wspomniałam mu też o planowanym krótkim urlopie. Zgodził się od razu. Natalia miała rację. Trzeba domknąć pewne sprawy, nim zacznie się nowe życie. Wysiadając na Grochowie, nie przypuszczałam jednak, w co się przy tej okazji wplątałam. Siebie i Natalię.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

OSOBY ZAMIESZANE W ZBRODNIĘ:

ROZDZIAŁ 1. STAŁO SIĘ

ROZDZIAŁ 2. ZAGĘSZCZA SIĘ

ROZDZIAŁ 3. WYJAZD

ROZDZIAŁ 4. ZACZYNA SIĘ

ROZDZIAŁ 5. KINETYK UJAWNIA ŹRÓDŁA

ROZDZIAŁ 6. KOLEJNA OFIARA

ROZDZIAŁ 7. GRILL i RESZTA

ROZDZIAŁ 8. MAMUSIA WSZCZYNA RABAN

ROZDZIAŁ 9. PRZESŁUCHANIA BEZ KOŃCA

ROZDZIAŁ 10. OSTATNI DZIEŃ TURNUSU

ROZDZIAŁ 11. UPIORNY POWRÓT

ROZDZIAŁ 12. NAPAD

ROZDZIAŁ 13. MACIEK UJAWNIA ŹRÓDŁA

ROZDZIAŁ 14. IRYTUJĄCE NASTĘPSTWA

ROZDZIAŁ 15. WYJAŚNIA SIĘ

ROZDZIAŁ 16. OBJAWIENIE

ROZDZIAŁ 17. WYDAŁO SIĘ

Table of Contents
OSOBY ZAMIESZANE W ZBRODNIĘ:
ROZDZIAŁ 1. STAŁO SIĘ