Stalker - Lars Kepler - ebook + książka

Stalker ebook

Lars Kepler

4,4

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy do policyjnej skrzynki mailowej trafia krótki film przedstawiający kobietę w oknie, wszyscy uznają to za dziwny żart, ale już kilka dni później nikomu nie jest do śmiechu. Kobieta z okna pada ofiarą brutalnego morderstwa, jakiego nie pamiętają nawet najbardziej doświadczeni śledczy. Po paru dniach sytuacja się powtarza. Ofiarę kolejnego mordu znajduje jej mąż, który pod wpływem szoku sprząta miejsce zbrodni, a żonę obmywa z krwi i układa do snu. Niewiele pamięta i nie jest w stanie złożyć zeznań. Policyjny psychiatra Erik Maria Bark postanawia wprowadzić go w stan hipnozy, żeby dotrzeć do jego wspomnień. Hipnotyzer nie jest jednak gotowy na to, czego się dowie. Teraz musi zacząć kłamać.

Policja jest bezsilna. Takie sprawy trafiały zawsze na biurko Joony Linny, jednak komisarz zaginął ponad rok temu i już dawno został uznany za zmarłego…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 648

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Już w księgarniach:

Kjell Ola Dahl Czwarty napastnik

Thomas Enger Bóle fantomowe

Lotte i Søren Hammer Wszystko ma swoją cenę

Matti Rönkä Przyjaciele z daleka

Kjell Ola Dahl Wierny przyjaciel

Bernhard Jaumann Godzina szakala

Wojciech Chmielarz Farma lalek

Johan Theorin Święty Psychol

Friedrich Ani Ludzie za ścianą

Lars Kepler Świadek

Thomas Enger Żądza krwi

Kjell Ola Dahl Lodowa kąpiel

Bernhard Jaumann Kamienista ziemia

Jean Luc Bannalec Śmierć w Pont-Aven

Lars Kepler Piaskun

Johan Theorin Duch na wyspie

Johan Theorin Zmierzch (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Przejęcie

Martín Solares Czarne minuty

Jean Luc Bannalec Sztorm na Glenanach

Johan Theorin Nocna zamieć (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Wampir

Anna Kańtoch Łaska

W serii ukażą się także:

Wojciech Chmielarz Podpalacz (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Osiedle marzeń

Więcej informacji: czarne.com.pl

Lars Kepler

Stalker

Przełożyła Marta Rey-Radlińska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału szwedzkiego Stalker

Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Mark Owen / Arcangel Images

Copyright © by Lars Kepler, 2014

First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangement with Storytellers Literary Agency, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Marta Rey-Radlińska, 2016

Redakcja Sandra Trela / d2d.pl

Korekta Ewa Czernatowicz / d2d.pl, Gabriela Niemiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-343-8

Dopiero po znalezieniu pierwszego ciała poważnie potraktowano ten film. Link do klipu na YouTubie trafił do skrzynki Krajowego Wydziału Kryminalnego w wiadomości bez tekstu, nadawca był nie do wyśledzenia. Sekretarz zrobił, co do niego należało, sprawdził link, obejrzał film, przyjął, że chodziło o trochę niezrozumiały żart, ale mimo to zanotował wszystko w dzienniku.

Dwa dni później ten sam film zgromadził trzech doświadczonych dochodzeniowców w niewielkim pokoju na ósmym piętrze budynku centrali wydziału kryminalnego. Najstarszy z mężczyzn zasiadł na skrzypiącym krześle z oparciem, pozostali dwaj stali.

Sekwencja, którą oglądali na szerokim monitorze komputera, trwała zaledwie pięćdziesiąt dwie sekundy.

Kamera drgała, filmując ukradkiem przez okno sypialni trzydziestokilkuletnią kobietę, która wkładała właśnie czarne rajstopy.

Trzej mężczyźni z wydziału kryminalnego przyglądali się dziwnym ruchom kobiety w pełnej ­zażenowania ciszy.

Żeby rajstopy leżały, jak trzeba, przekraczała niewidzialne przeszkody i robiła przysiady na szeroko rozstawionych nogach.

W poniedziałek rano ta sama kobieta została znaleziona w kuchni domku szeregowego na wyspie Lidingö pod Sztokholmem. Siedziała na podłodze z dziwnie rozwartymi ustami. Krew zachlapała okno i białą orchideę w doniczce. Ofiara miała na sobie jedynie rajstopy i biustonosz.

Badanie wykazało, że zmarła na skutek wykrwawienia z licznych ran ciętych i kłutych, które zadano z wyjątkową agresją, koncentrując się na twarzy i szyi.

Określenie „stalker” funkcjonuje w języku od początku osiemnastego wieku. Początkowo oznaczało włóczęgę albo kłusownika.

W 1921 roku francuski psychiatra de Clérambault opublikował studium pacjenta będącego w wyimaginowanym związku. Przypadek ten wiele osób uważa za pierwszą nowoczesną analizę stalkingu.

Dziś pojęcie „stalker” charakteryzuje osobę cierpiącą na zespół natarczywych zachowań, chorobliwą potrzebę kontrolowania innego człowieka.

Prawie dziesięć procent populacji doświadczyło jakiejś formy stalkingu.

Zazwyczaj stalker jest lub był w relacji ze swoją ofiarą, ale bardzo często obsesja na punkcie obcych ludzi lub sławnych osób to zwykły zbieg okoliczności.

Mimo że większość przypadków stalkingu nie prowadzi do podjęcia przez policję żadnych działań, zjawisko to traktowane jest poważnie, ponieważ patologiczna obsesja kryje potencjalne niebezpieczeństwo. Tak jak chmury burzowe pod wpływem prądów powietrznych mogą się przeobrazić w tornado, tak krucha równowaga między czcią i nienawiścią u stalkera może nagle się załamać i przerodzić w gwałtowną agresję.

1

Jest za kwadrans dziewiąta, piątek dwudziestego drugiego sierpnia. Po leniwych zmierzchach pełni lata zmrok zapada z zaskakującą szybkością. Za przeszklonymi drzwiami Krajowego Urzędu Policji panują już ciemności.

Margot Silverman wysiada z windy i rusza w stronę zabezpieczonych drzwi w holu. Ma na sobie czarny, otulający kardigan, białą bluzkę opinającą się jej na piersiach i długie czarne spodnie, których wysoki pas rozciąga się na rosnącym brzuchu.

Bez pośpiechu zbliża się do drzwi obrotowych w szklanej ścianie. Strażnik siedzi za drewnianą ladą ze wzrokiem wbitym w ekran, a kamery ochrony filmują każdy zakątek wielkiego budynku przez całą dobę.

Włosy Margot mają jasny odcień polerowanej brzozy i zebrane są na plecach w ciężki warkocz. Kobieta ma trzydzieści sześć lat i jest w trzeciej ciąży. Wygląda kwitnąco z błyszczącymi oczami i zarumienionymi policzkami.

Po długim tygodniu pracy wraca do domu. Codziennie zostawała po godzinach i już dwa razy dostała ostrzeżenie, że przesadza.

Jest nowym ekspertem policji kryminalnej do spraw seryjnych zabójców, spree killerów i stalkerów. Zabójstwo Marii Carlsson to jej pierwsza samodzielna sprawa od czasu zajęcia stanowiska komisarza dochodzeniowego.

Brak świadków i podejrzanych. Ofiara była samotna, bezdzietna, zajmowała się marketingiem produktów w sieci­ IKEA, po śmierci ojca i przeprowadzce matki do domu opieki przejęła nieobciążony hipoteką dom szeregowy.

Maria dojeżdżała do pracy z kolegą, ale tego ranka nie czekała jak zwykle na ulicy Kyrkvägen. Kolega podjechał pod jej dom, zadzwonił do drzwi, zajrzał do środka, obszedł budynek naokoło i zobaczył ją przez okno. Siedziała na podłodze, jej twarz była zmasakrowana, głowa niemal odcięta od tułowia zwisała na bok, usta były szeroko otwarte.

Wyniki wstępnego raportu z sekcji zwłok przemawiają za celowym ułożeniem ust w ten sposób po śmierci ofiary, ale z zastrzeżeniem, że teoretycznie możliwe jest samoistne ich zastygnięcie w tej formie.

Rigor mortis zaczyna się w sercu i przeponie, ale już po dwóch godzinach zaznacza swą obecność w karku i szczękach.

Jest piątkowy wieczór, w przestronnym holu nie ma zbyt wielu osób. Dwóch policjantów w granatowych swetrach rozmawia ze sobą, a zmęczony prokurator wychodzi z sali, w której sąd rozpatrywał właśnie wniosek o tymczasowe aresztowanie.

Po tym, jak wyznaczono ją na prowadzącą śledztwo, Margot zdała sobie sprawę, że może cierpieć na przerost ambicji, że będzie chciała osiągnąć jak najwięcej, że będzie sobie wyobrażać niestworzone rzeczy.

Wyśmialiby ją, jeśli przyznałaby się do swoich podejrzeń, że to najprawdopodobniej seryjny morderca.

W tym tygodniu ponad dwieście razy obejrzała film z Marią Carlsson naciągającą rajstopy. Wszystko wskazywałoby na to, że została zabita zaraz po załadowaniu klipu na YouTube’a.

Margot próbowała zinterpretować filmik, ale nie dostrzegła w nim nic szczególnego. Ludzie fetyszyzujący rajstopy się zdarzają, jednak w tym przypadku nic nie sugerowało tego typu zboczenia.

Film jest jedynie wycinkiem z życia zwyczajnej kobiety. Samotnej, mającej dobrą pracę, która właśnie wybierała się na wieczorowy kurs rysunku komiksowego.

Nie da się rozstrzygnąć, dlaczego sprawca znajdował się w jej ogrodzie, czy był to zbieg okoliczności, czy też całe zdarzenie zostało szczegółowo zaplanowane. Jakkolwiek by było, kilka minut przed morderstwem sfilmował ją i musiał mieć ku temu jakiś powód.

A ponieważ wysłał link policji, chciał im coś pokazać.

Sprawca chce podkreślić coś, co ujrzał w tej kobiecie albo w tym typie kobiet. Może chodzi o wszystkie kobiety, może o całe społeczeństwo.

W oczach Margot ofiara nie wyróżniała się niczym szczególnym ani w wyglądzie, ani w zachowaniu. Na nagraniu skupia się po prostu na tym, żeby rajstopy dobrze leżały, marszczy czoło i wydyma usta.

Margot dwa razy odwiedziła dom przy Bredablicksvägen, ale najpierw obejrzała filmową dokumentację z oględzin miejsca zbrodni.

Materiał nakręcony przez sprawcę ma jakby miłosny charakter w porównaniu z tym zrobionym przez policję. Zbliżenia śladów po bestialskim mordzie są bezwzględne. Zmarła filmowana jest pod różnymi kątami. Siedzi na podłodze, nogi szeroko rozstawione, ciemna kałuża krwi. Pocięty biustonosz zwisa z jednej strony, biała pierś opiera się na wypchniętych wałkach brzucha. Z twarzy nie zostało prawie nic, tylko rozwarte usta w czerwonej brei.

Margot zatrzymuje się niby przypadkiem przy misie z owocami na stoliku obok kanapy i foteli, zerka na rozmawiającego przez komórkę strażnika i odwraca się do niego plecami. Przez kilka sekund przygląda się jego odbiciu w przeszklonej ścianie wychodzącej na atrium, a potem wkłada do torby sześć jabłek.

Sześć to za dużo, fakt, ale nie może się powstrzymać, dopóki nie weźmie wszystkich. Myśli sobie, że Jenny mog­łaby z nich zrobić wieczorem małą szarlotkę, z masłem karmelizowanym z cukrem i cynamonem.

Z zamyślenia wyrywa ją dzwonek telefonu. Spogląda na wyświetlacz i widzi zdjęcie Adama Youssefa, członka zespołu dochodzeniowego.

– Jesteś jeszcze w budynku? – pyta Adam. – Powiedz, że tak, bo mamy…

– Siedzę już w aucie na Klarastrandsleden – kłamie Margot. – O co chodzi?

– Dostaliśmy nowy film.

Margot czuje ściskanie w dołku, kładzie dłoń na zaokrąg­lonym brzuchu.

– Nowy film – powtarza.

– Przyjedziesz?

– Już zawracam – mówi Margot i rusza z powrotem. – Dopilnuj, żebyśmy dostali kopię.

Mogłaby wyjść przez główną bramę, pojechać do domu i przekazać sprawę Adamowi. Wystarczy jeden tele­fon i może mieć płatny urlop macierzyński przez następny rok. Pewnie by tak zrobiła, gdyby wiedziała, z czym już niedługo przyjdzie jej się zmierzyć.

Przyszłość kryje się w cieniu, ale planety wchodzą powoli w złowróżbne konstelacje. W tej właśnie chwili jej los tnie brzytwą na pół spokojną taflę jeziora przyszłości.

Światło w windzie sprawia, że Margot wygląda na starszą niż w rzeczywistości. Cienka, czarna linia konturówki wokół oczu prawie całkiem się wytarła. Kiedy odchyla głowę w tył, rozumie już, co koledzy mają na myśli, mówiąc, że przypomina własnego ojca, byłego komendanta wojewódzkiego policji, Ernesta Silvermana.

Winda staje na ósmym piętrze, Margot idzie pustym korytarzem najszybciej, jak jej na to pozwala duży brzuch. Ona i Adam przejęli stary pokój Joony Linny w tym samym tygodniu, w którym policja uczciła jego pamięć. Margot nie znała komisarza osobiście i nie miała z tym problemu.

– Masz szybki samochód – mówi Adam na widok Margot i uśmiecha się szeroko, pokazując swoje ostre zęby.

– Dosyć – odpowiada kobieta.

Adam Youssef ma dwadzieścia osiem lat i okrągłą twarz nastolatka. Jest nieostrzyżony, koszula z krótkim rękawem wysunęła mu się z dżinsów. Pochodzi z asyryjskiej rodziny, wychował się w Södertälje i grał w nogę w I dywizji piłkarskiej.

– Od kiedy film jest na YouTubie? – pyta Margot.

– Od trzech minut – odpowiada Adam. – On tam teraz jest. Stoi przed oknem i…

– Nie wiemy tego, ale…

– Ale tak nam się wydaje – przerywa jej Adam. – Tak myślę, musi tak być.

Margot odstawia ciężką torbę na podłogę, siada w swoim fotelu i dzwoni do techników.

– Cześć, tu Margot. Wysłaliście kopię? – pyta nerwowo. – Słuchaj, muszę zdobyć nazwę miejsca albo nazwisko kobiety, zidentyfikować miejsce albo człowieka… Wszystkie środki na to, macie pięć minut, róbcie, co kurwa chcecie, ale dajcie mi cokolwiek, czego mogłabym się uczepić, a daję słowo, że puszczę was do domu świętować piątek.

Odkłada telefon i podnosi pokrywę pudełka od pizzy leżącego na biurku Adama.

– Skończyłeś? – pyta.

Skrzynka odbiorcza brzdęka, a Margot pospiesznie wpycha sobie do ust brzeg pizzy. Na czole pogłębia się jej zmarszczka zniecierpliwienia. Kliknięciem otwiera plik i przełącza na tryb pełnoekranowy, odrzuca warkocz na plecy, włącza odtwarzanie i odsuwa się, żeby Adam też mógł widzieć.

Najpierw pojawia się rozświetlone okno podrygujące w ciemnościach. Kamera porusza się ostrożnie naprzód, kilka liści ociera się o soczewkę.

Po ramionach Margot przebiega zimny dreszcz.

W jasnym pokoju przed telewizorem stoi kobieta i wyjada lody z pudełka.

Spuściła spodnie treningowe, a teraz zdejmuje je, przydeptując nogawkę i przy okazji ściągając skarpetkę.

Zerka na telewizor, uśmiecha się do czegoś i ssie łyżkę.

W pokoju w komendzie słychać jedynie szum wentylatora w komputerze.

„Daj mi choć jeden szczegół, który będzie można wyśledzić”, prosi Margot, przyglądając się kobiecie, ładnym rysom twarzy, oczom, kościom policzkowym, zaokrągleniu czaszki. Ciało zdaje się parować, jest rozgrzane. Dopiero co skończyła ćwiczyć. Ma białe majtki z luźną, spraną gumką, biustonosz prześwituje spod przepoconej koszulki.

Margot pochyla się nad ekranem, brzuch naciska uda, warkocz z powrotem spada na ramię.

– Jeszcze minuta – mówi Adam.

Kobieta odstawia pudełko z lodami na stolik przy kanapie i wychodzi z pokoju, ciągnąc za sobą na prawej nodze spodnie od dresu.

Kamera podąża za nią, sunąc bokiem, mija wąskie drzwi do altany i zbliża się do okna sypialni, gdzie właśnie zapaliło się światło. Kobieta kopnięciem uwalnia nogę ze spodni, robiąc zamach w stronę krzesła z podłokietnikami, na którym leży czerwona poduszka. Spodnie fruną przez pokój, trafiają w ścianę za krzesłem i osuwają się na podłogę.

2

Kamera prześlizguje się przez ostatni odcinek ciemnego ogrodu, zatrzymuje się dokładnie przed oknem i chybocze się lekko, jakby pływała po wodzie.

– Zobaczyłaby go, gdyby tylko podniosła wzrok – szepcze Margot i czuje, jak serce jej przyspiesza.

Światło sypialni dociera do liści różanego krzewu i odbija się od soczewki kamery.

Adam siedzi, zakrywając usta dłonią.

Kobieta zdejmuje koszulkę, rzuca ją na krzesło, stoi przez chwilę w spranych majtkach i poplamionym biustonoszu, ze wzrokiem wbitym w telefon, który ładuje się na nocnym stoliku obok szklanki do połowy napełnionej wodą. Uda ma napięte, nabrzmiałe krwią po treningu, gumka od spodni zostawiła czerwony ślad na jej brzuchu.

Nie ma tatuaży ani widocznych blizn na ciele, tylko delikatne, białe ślady rozstępów po ciąży.

Pokój wygląda jak miliony innych sypialni. Nie ma w nim nic, co odstawałoby od normy.

Kamera drga i się cofa.

Kobieta bierze szklankę ze stolika i przytyka ją do ust, kiedy film się urywa.

– Kurwa, noż kurwa mać – powtarza zawzięcie Margot. – Gówno. Nic tam nie ma.

– Obejrzymy jeszcze raz – proponuje Adam.

– Możemy i tysiąc razy – odpowiada Margot, odjeżdżając fotelem do tyłu. – Proszę bardzo, do diabła, ale gówno znajdziesz.

– Widzę całą masę rzeczy, widzę…

– Widzisz willę, lata dziewięćdziesiąte, drzewa owocowe, róże, okna z potrójnymi szybami, czterdziestodwucalowy telewizor, lody Ben & Jerry. – Margot wskazuje komputer.

Nie myślała wcześniej o tym, że wszyscy ludzie tak niewiele się różnią. Przeciętni obywatele widziani przez okno reprezentują warstwę łudząco podobnych do siebie konformistów. Jeśli spojrzy się z dystansu, wszyscy mieszkają podobnie, wyglądają podobnie, robią podobne rzeczy i posiadają podobne przedmioty.

– Czy to nie chore? – mówi Adam rwącym się z napięcia głosem. – Po co on ładuje te filmy? Czego on, kurwa, chce?

Margot wygląda przez niewielkie okno i patrzy na czarne korony drzew parku Kronoberg odznaczające się na jasnym tle miasta.

– To bez wątpienia seryjny morderca – mówi. – Możemy jedynie naszkicować wstępny profil, żeby…

– A co jej to pomoże? – przerywa Adam i przygładza dłonią włosy. – On stoi pod jej oknem, a ty mówisz o profilu psychologicznym.

– To może pomóc następnej.

– Ale do diabła! – wybucha mężczyzna. – Musimy ogłosić…

– Zamknij się na chwilę – ucina Margot i bierze do ręki komórkę.

– Sama się zamknij! – Adam podnosi głos. – Mam prawo powiedzieć, co myślę, tak?! Uważam, że powinniśmy opublikować zdjęcie tej kobiety na portalach gazet wieczornych.

– Adam, posłuchaj… Mieliśmy nadzieję zidentyfikować ją od razu, nie trzeba znowu tak wiele, ale nie mamy nic. Pogadam z technikami, ale nie sądzę, by znaleźli coś więcej niż ostatnio.

– No ale jak się wsadzi jej zdjęcie do…

– Nie mam czasu na głupstwa – przerywa Margot. – Zastanów się. Wszystko wskazuje na to, że on ładuje klip prosto z ogrodu, istnieje więc czysto teoretyczna możliwość uratowania jej.

– Właśnie to chciałem powiedzieć.

– Ale minęło już pięć minut, a to długo, jeśli stoi się pod oknem.

Adam nachyla się, wlepiając wzrok w Margot. Oczy ma zmęczone, nabiegłe krwią, włosy sterczą mu pionowo w górę.

– Więc mamy się po prostu poddać?

– Nie ma czasu, ale musimy myśleć powoli – odpowiada Margot.

– Dobrze – zgadza się Adam, ale głos ma poirytowany.

– Sprawca zyskał wiarę we własne siły i wie, że nas sporo wyprzedza – wyjaśnia szybko kobieta i bierze ostatni kawałek pizzy. – Ale im więcej się o nim nauczymy, tym bliżej…

– Nauczymy się? Świetnie, ale nie mam w tej chwili na to ochoty. – Adam ociera pot spod nosa. – Nie udało się wyśledzić poprzedniego filmu, nie znaleźliśmy nic na miejscu zdarzenia i nie namierzymy nadawcy tego filmu.

– Nie, technicznie to raczej nieprawdopodobne, ale możemy go osaczyć, analizując filmy i rodzaj przemocy – wyjaśnia Margot. Czuje, jak płód porusza się w jej brzuchu. – Co my właściwie zobaczyliśmy do tej pory? Co nam pokazał i co sam zobaczył?

– Kobietę, która ćwiczyła, je lody i ogląda telewizję – odpowiada Adam.

– Co nam to mówi o mordercy?

– Że nie lubi kobiet, które jedzą lody… Nie wiem… – mówi Adam z jękiem i ukrywa twarz w dłoniach.

– Weź się w garść.

– Wybacz, ale…

– Ja myślę tak: zabójca załadował film pokazujący chwilę przed morderstwem – zaczyna Margot. – Nie spieszy się, napawa sytuacją i… chce nam pokazać żywe kobiety, zachować ich życie na filmie, może to właśnie żywe go interesują.

– Wojerysta – dopowiada Adam, czując, jak z obrzydzenia na rękach pojawia mu się gęsia skórka.

– Stalker – szepcze Margot.

– Powiedz, jak mam przefiltrować listę wszystkich świń, które wyszły z pierdla albo psychiatryka – prosi Adam i loguje się do policyjnego intranetu.

– Gwałciciel, gwałt ze szczególnym okrucieństwem, stalking.

Adam szybko wpisuje podane słowa i zagłębia się w sieć.

– Za dużo trafień – mówi. – Czas ucieka.

– Dodaj imię i nazwisko pierwszej ofiary.

– Zero trafień – wzdycha policjant, szarpiąc włosy.

– Seryjny gwałciciel z jakimś ograniczeniem, może jest wykastrowany chemicznie – rzuca Margot, myśląc intensywnie.

– Musimy zgrać rejestry, ale to zajmie za dużo czasu – stwierdza Adam, po czym wstaje. – Tak się nie da. Co robić, do diabła?

– Ona już nie żyje – odpowiada Margot, odchylając się na krześle. – Może zostało jej kilka minut, ale…

– Nie wiem, czy dam radę – mówi Adam. – Widzimy ją, jej twarz, jej dom… Boże, zaglądamy prosto w jej życie, ale nie dowiemy się, kim jest, dopóki nie zginie i ktoś nie znajdzie jej ciała.

3

Susanna Kern czuje mrowienie w udach po biegu. Ściąga wilgotne majtki i rzuca je na krzesło.

Odkąd skończyła trzydziestkę, trzy razy w tygodniu biega wieczorami pięć kilometrów. Po piątkowym treningu zazwyczaj je lody i ogląda telewizję, bo Björn wraca dopiero koło północy.

Kiedy dostał tę pracę w Londynie, sądziła, że będzie czuła się samotna, ale dość szybko zauważyła, jak bardzo docenia te chwile samotności, kiedy Morgan jest u swojego taty.

Bardzo potrzebuje wyciszenia, zwłaszcza odkąd zapisała się na wymagający kurs wyższego stopnia z neurologii w Instytucie Karolinska[1].

Rozpina haftki przepoconego stanika i myśli sobie, że użyje go jeszcze w niedzielę, zanim wrzuci bieliznę do prania.

Nie pamięta tak gorącego lata.

Odgłos przypominający drapanie w okno przyciąga jej uwagę.

Ogród po drugiej stronie jest tak ciemny, że widać jedynie lustrzane odbicie sypialni. Przypomina to scenę w teatrze albo studio telewizyjne.

Wyszła zza kulis i stanęła w świetle reflektorów.

„Ale zapomniałam się przebrać”, myśli, uśmiechając się krzywo.

Stoi tak jeszcze kilka sekund, przyglądając się swojemu nagiemu ciału. Oświetlenie sprawia, że w szybie wydaje się szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości.

Znowu słychać drapanie, jakby ktoś skrobał paznokciami po parapecie. Jest zbyt ciemno, żeby zobaczyć, czy to jakiś ptak.

Susanna wpatruje się w szybę, ostrożnie podchodzi do okna, próbując przebić wzrokiem lustrzane odbicia, owija się granatową narzutą, drży.

Czując wewnętrzny sprzeciw, przysuwa twarz do szyby i dostrzega ciemny świat ogrodu, jak podziemia w miedzio­rytach Gustave’a Dorégo.

Czarna trawa, wysokie krzewy, huśtawka Morgana poruszana podmuchami wiatru, okna za domkiem zabaw, elementy przeszklonego tarasu, który nigdy nie powstał.

Szyba zachodzi mgiełką jej oddechu, kiedy w końcu kobieta prostuje plecy i zaciąga zasłony. Upuszcza na podłogę ciężką narzutę i naga podchodzi do drzwi. Przenika ją nieprzyjemne uczucie, po plecach przechodzi zimny dreszcz, odwraca się z powrotem do okna. W szparze między ciemnoróżowymi zasłonami połyskuje czarne szkło.

Bierze telefon ze stolika nocnego i dzwoni do Björna. Nie mogąc oderwać wzroku od okna, czeka, aż ten odbierze.

– Halo, kochanie – wita się głośno Björn.

– Jesteś na lotnisku?

– Co?

– Jesteś na…

– Jestem na lotnisku, zjem hamburgera w O’Learys[2] i…

Jego głos zanika, kiedy jakaś grupa mężczyzn w tle krzyczy i bije brawo.

– Liverpool znowu strzelił gola – wyjaśnia Björn.

– Hurra.

– Dzwoniła twoja mama i pytała, co byś chciała na urodziny.

– Kochana.

– Odpowiedziałem, że prześwitującą bieliznę – żartuje Björn.

– Idealny prezent.

Susanna wpatruje się w połyskujące między zasłonami okno. W telefonie słychać trzaski.

– W domu wszystko dobrze? – głos Björna brzmi, jakby stał tuż obok.

– Trochę boję się ciemności.

– Nie ma z tobą Bena?

– Przed telewizorem.

– A Jerry?

– Czekają na mnie obaj. – Susanna uśmiecha się.

– Tęsknię za tobą.

– Nie spóźnij się na samolot – prosi szeptem Susanna.

Rozmawiają jeszcze chwilę, po czym żegnają się czule i połączenie zostaje przerwane. Susannie przypomina się pacjent przyjęty poprzedniej nocy. Młody mężczyzna, który prowadził motocykl bez kasku, rozbił się i nabawił poważnych uszkodzeń mózgu. Jego ojciec przyjechał do szpitala prosto z nocnej zmiany. Wciąż miał na sobie brudny kombinezon, a na szyi maskę do oddychania.

Po drodze do pokoju telewizyjnego Susanna bierze różowe kimono i zaciąga grube zasłony.

Pomieszczenie wydaje się nagle zamknięte w ciszy, odcięte od świata.

Zasłony się chwieją, a Susanna drży, odwracając się do nich plecami.

Próbuje lodów. Są o wiele miększe i prawie idealne. W ustach rozchodzi się intensywny smak czekolady.

Susanna odstawia pudełko, idzie do łazienki, zamyka drzwi na zamek, odkręca wodę, rozpuszcza włosy i odkłada gumkę na brzeg umywalki.

Wzdycha, kiedy ciepła woda spływa jej na głowę, kark i otula całe ciało. W uszach jej szumi, ramiona opadają, mięśnie się rozluźniają. Namydla się, zatrzymuje dłoń między udami, czuje, że włosy zaczynają odrastać po ostatniej depilacji woskiem.

Susanna przeciera ręką szybę kabiny, żeby widzieć zamek i klamkę w drzwiach.

Nagle przypomina sobie, co jej mignęło w oknie sypialni, kiedy owijała ciało narzutą.

Zignorowała to jako przywidzenie. To głupie tak napędzać sobie strachu. Zdusiła lęk i powiedziała sobie, że przecież nie dało się wyjrzeć przez okno.

Pokój był zbyt jasny, a ogród czarny.

Ale w miejscu, gdzie odbijała się ciemna narzuta, zdawało jej się, że widzi obserwującą ją twarz.

W następnej chwili już jej nie było i uznała to za złudzenie, ale teraz nie może odpędzić myśli, że wydarzyło się to naprawdę.

Nie dziecko, ale może sąsiad szukający kota zatrzymał się i na nią patrzył.

Susanna zakręca wodę, a serce łomocze jej w piersiach tak mocno, że aż dudni w zagłębieniu szyi, kiedy zdaje sobie sprawę, że wychodzące na ogród drzwi kuchenne są otwarte. Jak mogła o nich zapomnieć? Latem trzyma je zazwyczaj uchylone, wpuszczając do domu wieczorne powietrze, ale zamyka je na klucz przed pójściem pod prysznic.

Ściera parę ze szkła i spogląda jeszcze raz na zamek. Nic się nie stało. Sięga po ręcznik i postanawia zadzwonić do Björna i poprosić go, by poczekał przy telefonie, podczas gdy ona sprawdzi dom.

4

Susanna, wychodząc z łazienki, słyszy wiwaty publiczności w programie telewizyjnym. Jedwab kimona klei się jej do wilgotnej skóry.

Od podłogi ciągnie zimnem.

Stopy zostawiają mokre ślady na starym parkiecie.

Okna jadalni połyskują ciemno zza podwieszanych doniczek z paprotkami. Susanna ma wrażenie, że ktoś ją obserwuje, ale zmusza się, by nie patrzeć za okno. Nie chciałaby się jeszcze bardziej wystraszyć.

Mimo to obchodzi zamknięte drzwi do piwnicy z pewnej odległości, zmierzając w stronę kuchni.

Ma przemoczone plecy. Woda z mokrych włosów skapuje jej na kimono i spływa aż między pośladki.

Im bliżej kuchni, tym zimniejsza podłoga.

Serce wali jej jak młotem.

Myślami wraca do młodego mężczyzny z uszkodzeniami mózgu. Uśpili go ketalarem. Miał zmiażdżoną twarz, zgniecioną nad skronią. Ojciec powtarzał stłumionym głosem, że z jego synem wszystko jest w porządku. Potrzebował kogoś, z kim mógłby porozmawiać, ale Susanna nie miała czasu.

Wyobraża sobie, że to ten wielki jak dąb ojciec chłopaka odnalazł ją, że ją obwinia i teraz stoi pod drzwiami kuchni w swoim brudnym niebieskim kombinezonie.

Z telewizora dobiega nowa piosenka.

Do kuchni wpada zimny wiatr. Drzwi do ogrodu stoją szeroko otwarte. Draperia z cienkich plastikowych pasków powiewa, wciągana przez przeciąg. Susanna powoli idzie naprzód. Trudno cokolwiek dojrzeć za tą szeleszczącą zasłoną. Zaraz za nią mógłby ktoś stać.

Susanna wyciąga rękę, odsuwa wirujące paski i sięga po klamkę.

Podłoga jest zimna od napływającego wieczornego powietrza.

Poły kimona się rozsuwają.

Dostrzega jeszcze, że ogród jest pusty. Krzewy poruszają się na wietrze, huśtawka drga.

Szybkim ruchem zatrzaskuje drzwi, nie przejmuje się, że przycięła paski draperii. Przekręca pospiesznie klucz w zamku i się cofa.

„W każdym razie teraz jest już zamknięte”, myśli, kiedy nagle coś skrzypi za jej plecami.

Odwraca się błyskawicznie, by po chwili uśmiechnąć się z powodu własnej reakcji. To tylko okno w pokoju telewizyjnym, które szarpnęło się na haczyku, kiedy ustał przeciąg.

Publiczność buczy i wygwizduje ocenę sędziów.

Susanna ma zamiar iść po telefon do sypialni i zadzwonić do Björna. Powinien teraz siedzieć i czekać na otwarcie bramek. Chce z nim porozmawiać, sprawdzając mieszkanie, zanim rozsiądzie się przed telewizorem. Za bardzo się nakręciła, żeby się zrelaksować. Jedyny problem jest taki, że w piwnicy nie ma zasięgu. Może będzie mogła włączyć głośnik i położyć komórkę na schodach w połowie drogi na dół.

Powtarza sobie, że nie musi się skradać we własnym domu, ale i tak nie może się powstrzymać, żeby nie chodzić na palcach.

Mija zamknięte drzwi do piwnicy, kątem oka widzi ciemne okna jadalni i idzie w stronę pokoju telewizyjnego.

Wie, że zamknęła drzwi wejściowe po powrocie z biegania, ale mimo to chce jeszcze raz sprawdzić. Może to zrobić od razu – nie będzie musiała o tym myśleć.

Przez uchylone okno pokoju świszcze wiatr, ciąg powietrza zasysa firanki.

Susanna rusza w stronę jadalni i zauważa jeszcze, że polne kwiaty znajdujące się w wazonie na dębowym stole uschły, po czym nagle zamiera.

Wydaje się jej, jakby ciało pokryło się nagle warstewką lodu. Czuje nagły wyrzut adrenaliny do krwi.

Trzy okna jadalni są jak wielkie lustra. W blasku żyrandola widać stół i osiem krzeseł, a za nimi jakąś postać.

Susanna patrzy na lustrzane odbicie pokoju, a serce wali tak mocno, aż dudni jej w uszach.

W drzwiach do przedpokoju stoi człowiek i trzyma w ręku nóż kuchenny.

„Jest w środku, wszedł do domu”, myśli Susanna.

Zamknęła drzwi kuchenne na klucz, podczas gdy powinna była uciekać do ogrodu.

Cofa się powoli.

Intruz stoi nieruchomo, plecami zwrócony do jadalni ze wzrokiem wbitym w kuchnię.

Wielki nóż wisi mu w prawej dłoni, która niecierpliwie podryguje.

Susanna idzie tyłem, wpatrując się w postać w przedpokoju. Prawa stopa sunie po podłodze, parkiet skrzypi, kiedy przenosi na nią swój ciężar.

Musi się wydostać, ale jeśli dotrze do kuchni, ujawni się. Może zdąży wyjąć klucz z miseczki, ale i to nie jest pewne.

Ostrożnie cofa się dalej, widząc intruza w ostatnim oknie.

Podłoga trzeszczy pod lewą stopą Susanny. Kobieta zatrzymuje się i widzi, jak postać odwraca się w stronę jadalni, unosi wzrok i patrzy na nią przez odbicie w ciemnych oknach.

Susanna robi powolny krok w tył. Postać rusza w jej kierunku. Kobieta kwili ze strachu i wbiega do pokoju telewizyjnego.

Ślizga się na dywaniku, traci równowagę, uderza kolanem w podłogę, podpiera się dłonią i sapie z bólu.

Krzesło upada na stół w jadalni.

Susanna przewraca stojącą lampę, próbując się podnieść. Lampa wali w ścianę i pada z trzaskiem na podłogę.

Za plecami słyszy szybkie kroki.

Nie rozglądając się, ucieka do łazienki i przekręca zamek. Powietrze wciąż jeszcze jest ciepłe i wilgotne.

„To się nie dzieje naprawdę”, myśli w panice.

Mija umywalkę i sedes, odsuwa firankę w małym okienku zabezpieczonym haczykami. Ręce się jej trzęsą, kiedy próbuje wyjąć jeden z nich. Zaciął się. Szarpie, próbuje się uspokoić, poruszać nim trochę, ciągnie, aż wreszcie udaje się jej otworzyć pierwszy, kiedy od strony drzwi słychać drapanie. Rzuca się z powrotem do drzwi i chwyta pokrętło zamka w chwili, kiedy zaczyna się ono obracać. Przytrzymuje je obiema rękami, czując, że serce wali jej jak oszalałe.

5

Intruz wsadził śrubokręt albo ostrze noża w szparę po drugiej stronie pokrętła. Susanna trzyma je trzęsącymi się rękami, boi się, że zaraz jej się wyślizgnie.

– Boże, to nie dzieje się naprawdę – szepcze do siebie. – To nie dzieje się naprawdę, to nie może się dziać…

Zerka w stronę okna. Jest zdecydowanie zbyt małe, żeby mogła przez nie wyskoczyć. Jedyny sposób to podbiec do ściany, wyjąć drugi haczyk, popchnąć okno i wyczołgać się przez powstały otwór, ale nie ma odwagi puścić zamka.

Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała. Strach przed śmiercią sięga głęboko, jest poza wszelką kontrolą.

Pokrętło zamka zrobiło się ciepłe i śliskie pod jej napiętymi palcami. Po drugiej stronie słychać drapanie.

– Halo? – woła Susanna.

Intruz próbuje otworzyć, naciskając znienacka zamek, ale Susanna jest przygotowana i trzyma mocno.

– Czego chcesz? – pyta, starając się nadać głosowi spokojny ton. – Potrzebujesz pieniędzy? Rozumiem. To nie problem.

Nie otrzymuje odpowiedzi, ale słyszy skrobanie metalu o metal i czuje wibracje w zamku.

– Możesz poszukać, ale nie ma tu nic wartościowego… Telewizor jest dość nowy, ale…

Milknie, bo tak się trzęsie, że trudno zrozumieć, co mówi. Powtarza sobie szeptem, że musi zachować spokój, ściska pokrętło i przychodzi jej do głowy, że taki lęk jest niebezpieczny, że może nakierować intruza na złe myśli.

– Moja torebka wisi w przedpokoju – mówi i przełyka z trudem ślinę. – Czarna. W niej znajdziesz portfel z odrobiną gotówki i kartę Visa. Właśnie dostałam wypłatę, podam ci kod, jeśli chcesz.

Intruz przestaje naciskać.

– Dobrze, słuchaj, pin do karty to trzy-dziewięć-cztery-pięć – Susanna mówi do drzwi. – Nie widziałam twojej twarzy, możesz zniknąć z pieniędzmi, a ja poczekam do jutra ze zgłoszeniem zaginięcia karty.

Susanna trzyma mocno pokrętło i przytyka ucho do drzwi, zdaje się jej, że słyszy kroki, które stopniowo cichną, ale po chwili reklama w telewizji zagłusza wszystkie inne odgłosy.

Nie wie, czy podanie prawdziwego kodu było głupie, czy nie, ale chce tylko, żeby ten koszmar się skończył. Bardziej obawia się o biżuterię, obrączkę ślubną mamy i naszyjnik z dużymi szmaragdami, który dostała po urodzeniu Morgana.

Susanna czeka pod drzwiami, powtarzając sobie, że to nie koniec, że nawet na sekundę nie może się zdekoncentrować.

Ostrożnie zmienia rękę na zamku, nie puszczając pokrętła. Prawy kciuk i palec wskazujący są jak znieczulone. Potrząsa dłonią i przykłada ją do drzwi, myśli, że minęło ponad pół godziny, odkąd podała pin do karty.

Przypuszczalnie to narkoman, który zobaczył otwarte drzwi do kuchni i wszedł, żeby poszukać wartościowych przedmiotów.

Skończyła się pierwsza część programu. Znowu nadają reklamy, po nich będą wiadomości. Znowu zmienia rękę i czeka.

Po upływie kolejnych dziesięciu minut kładzie się na podłodze i spogląda przez szparę pod drzwiami. Nikt nie stoi po drugiej stronie.

Widzi spory kawał parkietu, zagląda pod kanapę, zauważa blask telewizora odbijający się w pokoście.

Jest cicho.

Włamywacze nie są skłonni do przemocy, chcą tylko szybkich i łatwych pieniędzy.

Wstaje na trzęsących się nogach, ponownie chwyta za zamek, stoi bez ruchu z uchem przyciśniętym do drzwi i słucha wiadomości oraz prognozy pogody.

Podnosi z podłogi ściągaczkę do wody, żeby mieć jakąkolwiek broń, bierze głęboki oddech i ostrożnie otwiera drzwi.

Uchylają się powoli.

Widzi prawie cały pokój telewizyjny po drugiej stronie holu. Nie ma śladu intruza. Jakby go nigdy nie było.

Wychodzi z łazienki na drżących ze strachu nogach. Wszystkie zmysły ma wyostrzone do granic, kiedy zbliża się do pokoju.

Z oddali dobiega szczekanie psa.

Susanna idzie ostrożnie naprzód, widzi migoczący poblask telewizora na zaciągniętych zasłonach, meblach i stole, na którym stoi pudełko z lodami.

Przychodzi jej do głowy, że powinna pójść do sypialni po telefon, zamknąć się z powrotem w łazience i zadzwonić na policję.

Po lewej połyskuje witryna z porcelaną drezdeńską, którą odziedziczył Björn. Serce znowu przyspiesza. Zaraz skończy się hol i dopiero wtedy będzie widziała wszystko aż do przedpokoju.

Wychodzi z pokoju telewizyjnego, rozgląda się, widzi, że jadalnia jest pusta, i w tej samej chwili dostrzega intruza tuż obok siebie. O krok. Szczupła postać stoi i czeka na nią pod ścianą u wylotu holu.

Cios nożem jest tak szybki, że Susanna nie ma czasu zareagować. Ostra klinga wbija się prosto w klatkę piersiową.

Mięśnie spinają się wokół metalu.

Jej serce nigdy jeszcze nie biło tak mocno. Czas stanął w miejscu, a Susanna myśli, że to nie może się dziać naprawdę.

Nóż zostaje wyrwany z ciała, pozostawiając po sobie płonącą ulgę. Susanna przyciska dłoń do rany i czuje między palcami rytmicznie wypływającą ciepłą krew. Ściągaczka do wody ląduje z trzaskiem na podłodze. Kobieta zatacza się, głowa jej ciąży, widzi, że krew zachlapała błyszczący materiał przeciwdeszczowego ubrania napastnika. Światło zdaje się migotać, Susanna próbuje coś powiedzieć, że to jakieś nieporozumienie, ale traci głos.

Odwraca się i rusza w stronę kuchni, czuje szybkie uderzenia w plecy, wie, że to kolejne ciosy nożem.

Zatacza się, szuka po omacku podparcia, trąca witrynę, porcelanowe figurki przewracają się z brzękiem.

Serce trzepocze szaleńczo, krew spływa pod kimonem. W piersiach pojawia się straszliwy ból.

Pole widzenia kurczy się w wąski tunel.

W uszach jej dudni, słyszy, że intruz wrzeszczy coś wściekle, ale słowa są niezrozumiałe.

Broda podrywa się jej do góry, kiedy napastnik szarpie ją za włosy. Próbuje przytrzymać się fotela, ale oparcie wyślizguje się jej z rąk.

Nogi się pod nią uginają, pada na podłogę.

Pali ją w jednym płucu od wypełniającego je płynu, pokasłuje.

Głowa przetacza się jej w bok, widzi stary popcorn i kurz pod kanapą.

Przez zasłonę wewnętrznego huku docierają do niej dziwne krzyki. Czuje powtarzające się ciosy w brzuch i pierś.

Próbuje odepchnąć się nogami, myśli o tym, że musi wrócić do łazienki. Podłoga pod nią jest śliska, brak jej już sił.

Chce się przeturlać na bok, ale napastnik trzyma ją pod brodę i wbija nóż w jej twarz. To już nawet nie boli. Jednak poczucie, że to nie dzieje się naprawdę, wiruje jej w umyśle. Szok i abstrakcyjne wrażenie nieobecności mieszają się z intymnym przeżyciem pchnięć nożem w twarz.

Klinga wchodzi w szyję, piersi i znowu twarz. Wargi i policzki wypełniają się ciepłem i bólem.

Do Susanny dociera, że to nie skończy się dobrze. Lodowaty strach otwiera się przed nią jak otchłań, kiedy przestaje walczyć o życie.

6

Psychiatra Erik Maria Bark siedzi rozparty w swoim fotelu z owczej skóry. Ma w domu duży gabinet z lakierowaną dębową podłogą i wbudowanymi półkami na książki. Willa z ciemnej cegły położona jest w najstarszej części starego Enskede, dokładnie na południe od Sztokholmu.

Jest środek dnia, ale miał dyżur i potrzebowałby kilku godzin snu.

Przymyka powieki i przypomina sobie czasy, kiedy Benjamin był mały i chciał się dowiedzieć, jak poznali się jego rodzice. Erik usiadł na brzegu łóżka i opowiedział mu, że bóg miłości Kupidyn istnieje naprawdę. Mieszka wśród chmur i wygląda jak pulchny chłopczyk z łukiem w ręku.

„Pewnego letniego wieczoru Kupidyn spoglądał na Szwecję i zobaczył mnie – wyjaśniał synowi Erik. – Byłem wtedy na uczelnianej imprezie i przeciskałem się przez tłum na tarasie na dachu budynku, kiedy Kupidyn przeczołgał się na samiuśki brzeg swojej chmurki i wystrzelił strzałę w stronę ziemi.

Błąkałem się bez celu, porozmawiałem z kilkoma przyjaciółmi, zjadłem trochę orzeszków i zamieniłem parę słów z dyrektorem instytutu.

Ale dokładnie w chwili, w której pewna kobieta o złoto­rudych włosach, z kieliszkiem szampana w dłoni spojrzała mi w oczy, strzała Kupidyna trafiła mnie prosto w serce”.

Po niemal dwudziestu latach małżeństwa Erik i Si­mone uzgodnili, że się rozwodzą. Czy może raczej to Simone uzgodniła.

Erik nachyla się, żeby zgasić lampkę na biurku, i przez krótką chwilę dostrzega swoją zmęczoną twarz w wąskim lustrze wiszącym przy regale. Zmarszczki na czole i bruzdy w policzkach są głębsze niż kiedykolwiek. Jego ciemnobrązowe włosy poprzetykane są siwizną. Powinien się ostrzyc. Kilka kosmyków wpada mu do oczu, odrzuca je ruchem głowy.

Kiedy Simone powiedziała mu, że poznała Johna, Erik zdał sobie sprawę, że to koniec. Benjamin przyjął to ze spokojem, żartował nawet, mówiąc, że zabawnie będzie mieć dwóch ojców.

Teraz Benjamin ma osiemnaście lat i mieszka w wielkim domu w Stocksundzie z Simone i jej nowym mężem, przyrodnim rodzeństwem i psami.

Na starym stoliczku kawowym leży ostatni numer „American Journal of Psychiatry” i Metamorfozy Owidiusza z na wpół opróżnionym listkiem tabletek w roli zakładki.

Za witrażowymi oknami deszcz pada na nasyconą zieleń ogrodu.

Erik wysuwa tabletki z książki, wyciska lek nasenny na dłoń, próbując obliczyć, ile czasu zajmie organizmowi rozłożenie substancji czynnej. Myli się, zaczyna od początku, aż w końcu się poddaje. Na wszelki wypadek przełamuje pigułkę, zdmuchuje proszek, żeby nie czuć gorzkiego smaku, i przełyka pierwszą połówkę.

Deszcz spływa po szybach, z głośników dobywa się cicha muzyka Johna Coltrane’a, Dear Old Stockholm.

Po mięśniach zaczyna się rozchodzić chemiczne ciepło tabletki. Erik zamyka oczy i chłonie muzykę.

Erik Maria Bark jest lekarzem medycyny, psychiatrą i psychoterapeutą, wyspecjalizowanym w psychotraumatologii i psychiatrii katastrof. Pracował przez pięć lat dla Czerwonego Krzyża w Ugandzie.

Przez cztery lata kierował łamiącym tabu projektem związanym z grupową terapią z użyciem głębokiej hipnozy w Instytucie Karolinska. Jest członkiem Europejskiego Towarzystwa Hipnozy i przez wielu uważany jest za światowy autorytet w dziedzinie hipnozy klinicznej.

Teraz wchodzi w skład niewielkiego zespołu specjalizującego się w leczeniu pacjentów po traumie. Regularnie pomaga policji i prokuraturze przy skomplikowanych przesłuchaniach ofiar przestępstw.

Nierzadko stosuje hipnozę, żeby odprężyć świadka i pomóc mu w posortowaniu wspomnień w sytuacji stresowej.

Za trzy godziny musi być na spotkaniu w instytucie i ma nadzieję, że uda mu się zdrzemnąć do tego czasu.

Ale się nie udaje.

Od razu zasypia głęboko i śni, że niesie brodatego starca przez ciasny dom.

Simone woła do niego zza zamkniętych drzwi, kiedy zaczyna wibrować komórka. Erik wzdryga się i po omac­ku szuka telefonu na stoliku. Serce wali mu mocno, czuje nag­ły stres, typowy przy takich wybudzeniach.

– Simone – odbiera chrapliwie.

– Cześć, Simone… No nie wiem, może powinnaś rzucić te francuskie papierosy – żartuje Nelly lakonicznie. – Wybacz, że to mówię, ale głos masz prawie jak mężczyzna.

– Prawie. – Erik uśmiecha się. Czuje ociężałość umysłu pod wpływem tabletek nasennych.

Jego rozmówczyni śmieje się dźwięcznie.

Nelly Brandt jest psychologiem i najbliższą współpracownicą Erika w specjalistycznym zespole w szpitalu Karolinska. Jest niesłychanie kompetentna, pracuje bardzo ciężko, a jednocześnie ma wyjątkowe poczucie humoru, choć czasem nieco zbyt wulgarne.

– Jest tu policja, dostali jakiejś histerii – mówi Nelly i dopiero teraz Erik zauważa napięcie w jej głosie.

Erik pociera powieki, stara się wyostrzyć słuch i próbuje skupić się na słowach Nelly o tym, że policja właśnie przywiozła do szpitala świadka w szoku.

Mrużąc oczy, spogląda w stronę okien i widzi spływające po nich strugi deszczu.

– Oceniamy stan somatyczny i wykonujemy rutynowe badania – mówi Nelly. – Krew, mocz… Oceniamy stan wątroby, funkcje nerek i tarczycy…

– Dobrze.

– Erik, komisarz pyta o ciebie… To moja wina, wy­msknęło mi się, że jesteś najlepszy.

– Pochlebstwa na mnie nie działają – odpowiada Erik. Wstaje chwiejnie, przeciera dłonią twarz i podchodzi do biurka, podpierając się na meblach.

– Stoisz – zgaduje wesoło Nelly.

– Tak, ale…

– To powiem policji, że jesteś w drodze.

Pod biurkiem leżą para zakurzonych czarnych skarpet, paragon z taksówki i ładowarka do telefonu. Kiedy Erik pochyla się po skarpetki, podłoga zbliża się gwałtownie. Upadłby, gdyby nie podparł się ręką.

Przedmioty na biurku kurczą się i odsuwają od siebie nawzajem. W srebrnych piórach w stojaku migoczą ostre refleksy.

Erik sięga po swoją opróżnioną do połowy szklankę z wodą, upija łyk i powtarza sobie, że musi się wziąć w garść.

7

Szpital Uniwersytecki Karolinska należy do największych w Europie i zatrudnia piętnaście tysięcy pracowników. Nieco na uboczu ogromnego terenu szpitala leży klinika psychologii. Widziany z góry budynek przypomina okręt na rysunku skalnym, ale jak się podejdzie bliżej od strony parku, widać, że nie różni się od pozostałych jednostek. Żółty jak od nikotyny tynk fasady jest jeszcze wilgotny od deszczu, zabarwiona rdzą woda spłynęła rynnami, a ze stojaka na rowery zwisa pojedyncze koło przypięte łańcuchem.

Pod oponami samochodu trzeszczy żwir, kiedy Erik skręca na parking.

Nelly czeka na niego na schodach z dwoma kubkami kawy. Erik nie może powstrzymać uśmiechu na widok jej zadowolonej miny i celowo obojętnego wzroku.

Nelly jest dość wysoka i szczupła, ma zawsze idealnie ułożone rozjaśnione włosy i dyskretny makijaż.

Erik stosunkowo często spotyka się z nią i jej mężem Martinem. Nelly nie musiałaby pracować, ponieważ jej mąż jest głównym udziałowcem w Datametrix Nordic.

Na widok bmw Erika wtaczającego się na parking wychodzi mu naprzeciw, dmucha w jeden z kubków i upija ostrożnie łyczek, potem stawia kawę na dachu samochodu i otwiera tylne drzwi.

– Nie wiem, o co chodzi, ale mamy na głowie panią komisarz pod presją – oznajmia, podając mu drugi kubek między siedzeniami.

– Dzięki.

– Powiedziałam im, że zawsze mamy na uwadze dobro pacjenta – mówi Nelly, siadając wygodnie i zamykając za sobą drzwi. – Kurwa mać. Boże, przepraszam… Masz chusteczki? Rozlałam kawę… na twoje siedzenie.

– Zostaw to.

– Jesteś na mnie zły? Na pewno.

W samochodzie pachnie kawą, a Erik zamyka na chwilę oczy.

– Nelly, chciałbym się dowiedzieć, co powiedzieli.

– Nie za bardzo się dogaduję z tą cholerną… to znaczy sympatyczną policjantką.

– Czy powinienem o czymś wiedzieć, zanim wejdę? – pyta Erik, otwierając drzwi.

– Powiedziałam jej, że może poczekać w twoim gabinecie i pogrzebać w szufladach.

– Dzięki za kawę… oba kubki – mówi Erik.

Wysiadają z samochodu jednocześnie.

Erik zamyka auto, wsadza kluczyki do kieszeni, przesuwa dłonią po włosach i rusza w stronę kliniki.

– Tego o szufladach nie powiedziałam! – woła za nim Nelly.

Erik wchodzi po schodach, skręca w prawo, przeciąga kartę przez czytnik, wprowadza kod, potem idzie przez kolejny korytarz i w końcu dociera do swojego gabinetu. Wciąż jeszcze czuje się otumaniony, wie, że wkrótce będzie musiał ograniczyć tabletki. Zasypia po nich zbyt głęboko. To prawie jak utonięcie. Narkotyczne sny stają się klaustrofobiczne. Wczoraj śnił koszmar o dwóch psach, które były ze sobą zrośnięte, a tydzień wcześniej, kiedy zasnął w klinice, miał erotyczny sen o Nelly. Nie pamięta teraz dokładnie, ale klęczała przed nim na kolanach, podając mu zimną, szklaną kulę.

Jego myśli rozpraszają się, kiedy zauważa, że pani komisarz rozsiadła się w jego fotelu przy biurku, a nogi oparła na brzegu kosza na papiery. Jedną ręką obejmuje potężny brzuch, w drugiej trzyma puszkę coli. Czoło ma zmarszczone, broda jej opadła, kobieta oddycha przez na wpół otwarte usta.

Na biurku leżą odznaka i legitymacja policyjna. Erik zmęczonym gestem sięga po nie, a policjantka w tej samej chwili mu się przedstawia:

– Margot Silverman… policja kryminalna.

– Erik Maria Bark. – Podaje jej rękę.

– Dziękuję, że przyjechał pan tak szybko – mówi Margot i oblizuje wargi. – Mamy świadka pod wpływem szoku… Wszyscy powtarzają, że powinnam mieć pana przy sobie. Już cztery razy próbowaliśmy go ­przesłuchać, ale…

– Muszę tylko zaznaczyć, że w grupie specjalistycznej jest nas pięcioro i że ja osobiście nie zwykłem uczestniczyć w przesłuchaniach sprawców albo podejrzanych.

Refleks światła z lampy sufitowej odbija się w jej jasnych oczach. Z grubego warkocza wymykają się kręcone kosmyki.

– W porządku, ale Björn Kern nie jest podejrzany. Pracuje w Londynie i znajdował się na pokładzie samolotu, kiedy ktoś zamordował jego żonę – odpowiada komisarz, zgniatając w dłoni puszkę.

– Rozumiem.

– Wsiadł sobie w taksówkę na Arlandzie, a w domu znalazł martwą – opowiada dalej policjantka. – Nie wiemy dokładnie, co wtedy zrobił, ale nie siedział bezczynnie. Przeciągnął ciało żony przez całą willę… Nie wiemy, gdzie leżała na początku, ale znaleźliśmy ją ułożoną w łóżku w sypialni… Posprzątał i starł krew… Nic nie pamięta, tak twierdzi, ale meble są poprzestawiane, zakrwawiony dywan wiruje w pralce… On sam został znaleziony ponad kilometr od domu, sąsiad prawie go przejechał, szedł przed siebie w zakrwawionym garniturze, bez butów.

– Koniecznie muszę do niego iść – mówi Erik. – Ale od razu zastrzegam, że wyciąganie z niego informacji na siłę jest błędem.

– Musi mówić teraz – upiera się policjantka, stukając puszką.

– Rozumiem pani frustrację, ale on może wpaść w psychozę, jeśli naciśnie go pani zbyt mocno… Dajcie mu czas, a będzie zeznawał.

– Już wcześniej pomagał pan policji, prawda?

– Wielokrotnie.

– Ale tym razem… to drugie zabójstwo w serii – dodaje policjantka.

– W serii – powtarza Erik.

Twarz Margot poszarzała, drobne linie pod oczami pogłębiły się w sztucznym świetle.

– Ścigamy seryjnego zabójcę.

– Rozumiem, ale pacjent musi…

– Morderca wszedł w aktywną fazę i nie przestanie sam z siebie – przerywa mu policjantka. – A z mojej perspektywy Björn Kern to katastrofa. Najpierw przewraca miejsce zbrodni do góry nogami, zanim zbada je policja… a potem nie da się z niego wyciągnąć, jak ono wyglądało na początku.

Margot stawia stopy na podłodze, szepcze do siebie, że muszą zaczynać, a potem siedzi sztywno jeszcze przez chwilę i ciężko dyszy.

– Naciskanie go teraz może spowodować, że zamknie się na zawsze – ostrzega Erik, otwiera kluczem szafę z brzozowego drewna i wyciąga walizeczkę ze sztucznej skóry, w której trzyma kamerę.

Kobieta wstaje, w końcu odstawia puszkę na stół, bierze swoją odznakę i rusza ciężkim krokiem do drzwi.

– Oczywiście rozumiem, że to dla niego cholernie trudne, myślenie o tym, co się stało, ale musi wziąć się w garść i to…

– Tak, ale to bardziej niż trudne… Myślenie o tym może się okazać niemożliwe – odpowiada Erik. – To, co pani opisuje, wygląda mi na zespół stresu pourazowego i…

– To tylko słowa – przerywa mu Margot, a jej policzki czerwienieją z irytacji.

– Psychiczna trauma może powodować blokowanie…

– Dlaczego? Nie wierzę w to.

– Jak pani być może wie, hipokamp porządkuje nasze wspomnienia czasowo i przestrzennie… a potem informacja przekazywana jest do kory przedczołowej – odpowiada jej cierpliwie Erik, wskazując palcem swoje czoło. – Ale wszystko zmienia się w czasie pobudzenia, w szoku… Kiedy ciało migdałowate zidentyfikuje zagrożenie, aktywują się zarówno obwodowy układ nerwowy, jak i oś HPA, czyli podwzgórze-przysadka-nadnercza i…

– W porządku, do cholery, dotarło. W mózgu jest zamieszanie.

– Najważniejsze, że stres na tym poziomie sprawia, że wspomnienia nie są magazynowane tak jak zawsze. W stanie afektywnym… zostają jakby zamrożone, jak kostki lodu, po kawałeczku… zamknięte.

– Rozumiem, mówi pan, że facet się stara. – Margot kładzie rękę na brzuchu. – Ale on być może widział coś, co pozwoli nam zatrzymać seryjnego zabójcę. Musi pan go uspokoić i dopilnować, żeby zaczął mówić.

– Zrobię to, ale nie mogę zagwarantować, ile czasu to zajmie – odpowiada Erik. – Pracowałem w Ugandzie z ludźmi z traumą wojenną… ludźmi, których życie rozpadło się na całej linii. Można próbować z budowaniem poczucia bezpieczeństwa, snem, rozmową, ćwiczeniami, lekami…

– A hipnozą? – pyta Margot ze spontanicznym uśmiechem.

– O ile nie ma się przesadnych oczekiwań, naturalnie, tak… Czasami lekka hipnoza pomaga pacjentowi w uporządkowaniu wspomnień na nowo, tak by dało się je opowiedzieć.

– W tej chwili zgodziłabym się nawet, żeby koń go kopnął w czaszkę, jeśli dałoby to rezultaty.

– Tak, ale to na innym oddziale – odpowiada sucho Erik.

– Przepraszam, trochę brak mi cierpliwości, to przez ten brzuch – mówi Margot, starając się nadać głosowi pojednawczy ton. – Ale muszę znaleźć jakieś paralele z pierwszym morderstwem, bo w tej chwili nie mam nic.

Dochodzą do pokoju pacjenta. Dwóch umundurowanych policjantów pilnuje drzwi.

– To dla pani ważne – mówi Erik. – Ale proszę pamiętać, że on właśnie znalazł swoją żonę, zamordowaną.

8

Erik wchodzi za Margot do pokoju, w którym stoją dwa fotele, kanapa, długi biały stół, dwa krzesła, automat z wodą i plastikowymi kubkami oraz kosz na śmieci.

Na podłodze pod parapetem leży rozbita doniczka, linoleum jest brudne od rozdeptanej ziemi.

Powietrze zgęstniało od stresu i potu. Mężczyzna stoi w najdalszym kącie pokoju, jakby szukał ucieczki.

Na widok Erika i Margot przesuwa się w stronę sofy z plecami przyciśniętymi do ściany. Jest bardzo blady, ma wzrok ściganego zwierzęcia, przekrwione oczy. Jasnoniebieska koszula ma ciemne plamy potu pod pachami, jest wyciągnięta ze spodni.

– Cześć, Björn – wita się Margot. – To jest Erik, jest tutaj lekarzem.

Mężczyzna spogląda niespokojnie na psychiatrę i wraca do swojego kąta.

– Witaj – mówi Erik.

– Nie jestem chory.

– Nie, ale to, co przeszedłeś, daje ci prawo do opieki – wyjaśnia rzeczowo lekarz.

– Nie wiesz, co przeszedłem – odpowiada mężczyzna, a potem szepcze coś pod nosem.

– Wiem, że nie dostałeś środków uspokajających – stwierdza Erik ze spokojem. – Chciałbym, żebyś wiedział, że masz możliwość…

– Na chuj mi masa tabletek? – przerywa mu pacjent. – Pomogą? Wszystko będzie dobrze?

– Nie, ale…

– Będę mógł wtedy zobaczyć Sannę? – wrzeszczy Björn. – To się nie stanie, prawda?

– Tego, co się wydarzyło, nie da się cofnąć – potwierdza z powagą Erik. – Ale zmieni się twój stosunek do tego, bez względu na to, co zrobisz…

– Nawet nie rozumiem, co do mnie mówisz.

– Próbuję ci tylko powiedzieć, że to, co czujesz, jest częścią procesu i że możesz przyjąć moją pomoc w trakcie jego trwania.

Björn przez moment patrzy mu w oczy, a potem odsuwa się z plecami przyciśniętymi do ściany.

Margot stawia dyktafon na stoliku, recytuje datę, godzinę i nazwiska obecnych.

– To piąta rozmowa z Björnem Kernem – kończy wstęp, a potem odwraca się w stronę mężczyzny, który stoi za kanapą, skubiąc jej oparcie. – Björn, czy mógłbyś opowiedzieć własnymi słowami…

– O czym? – pyta szybko mężczyzna. – O czym?

– O tym, jak wróciłeś do domu – odpowiada Margot.

– A dlaczego? – pyta szeptem Björn.

– Bo chcę się dowiedzieć, co się wydarzyło i co zobaczyłeś – odpowiada krótko policjantka.

– No co, po prostu wróciłem do domu, to już nie wolno?

Zatyka uszy i dyszy ciężko. Erik dostrzega krew na kłykciach jego obu dłoni.

– Co zobaczyłeś? – powtarza zmęczonym głosem Margot.

– Dlaczego pytasz? Nie wiem już, dlaczego pytasz. Do diabła…

Björn potrząsa głową i mocno pociera dłońmi usta i powieki.

– Chcę, żebyś wiedział, że w tym pokoju jesteś bezpieczny – odzywa się Erik. – Boisz się odpocząć, nie wierzysz, że to możliwe, ale to fakt.

Mężczyzna skubie paznokciem kawałek naderwanej tapety i oddziera jej wąski pasek.

– Tak sobie myślę – mówi, nie patrząc na nich. – Myślę, że muszę zrobić wszystko od nowa, ale tym razem dobrze… Muszę pojechać do domu, wejść przez drzwi i tym razem wszystko będzie w porządku.

– Co masz na myśli, mówiąc „w porządku”? – pyta Erik i udaje mu się uchwycić spojrzenie pacjenta.

– Wiem, jak to brzmi, ale pomyśl, że może rzeczywiście, przecież nie możecie tego wiedzieć – mówi Björn i robi rozpaczliwy gest, jakby chcąc ich uciszyć. – Mogę wejść, przekroczyć próg i zawołać Sannę… Wie, że mam coś ze sobą, zawsze coś mam, torebkę ze sklepu bezcłowego… Zdejmuję buty, wchodzę dalej…

Wygląda żałośnie.

– Na podłodze jest ziemia – szepcze.

– Zobaczyłeś ziemię na podłodze? – dopytuje się Margot.

– Zamknij się! – wrzeszczy łamiącym się głosem Björn.

Robi kilka kroków po ubłoconej podłodze, bierze drugą doniczkę i ciska nią o ścianę. Słychać trzask, kiedy plastik pęka, a ziemia rozsypuje się za kanapą.

– Kurwa ma-a-ć – sapie Björn.

Opiera się obiema rękami o ścianę, głowa mu zwisa, na podłogę kapie strużka śliny.

– Björn?

– Kurwa mać, tak się nie da. – Głos mu się łamie, po policzkach spływają łzy.

– Björn – Erik przemawia łagodnie. – Margot jest tutaj, ponieważ musi się dowiedzieć czegoś więcej o tym, co się wydarzyło. To jej zadanie. Moim zadaniem jest pomóc tobie. Jestem tu dla ciebie… Często spotykam ludzi, którym jest ciężko, ludzi, których dotknęła ogromna strata, którzy przeżyli straszne rzeczy… Rzeczy, których nikt nie powinien doświadczyć, ale które niestety są częścią naszego życia.

Mężczyzna nie odpowiada. Płacze cicho. Jego oczy są ciemne, przekrwione, błyszczące.

– Chcesz tam stać? – pyta spokojnie Erik. – Może usiądziesz w fotelu?

– To nie ma znaczenia.

– Dla mnie też nie.

– Dobrze – szepcze Björn i odwraca się w jego stronę.

– Już o tym wspominałem i wiem, co odpowiedziałeś, ale moja praca polega na tym, żeby zaproponować ci pomoc… Mogę dać ci lek, który cię uspokoi. Nie zabierze tego strasznego, co się stało, ale złagodzi panikę, która cię rozsadza.

– Możesz mi pomóc? – pyta Björn szeptem.

– Mogę ci pomóc w pierwszych krokach… przejść ten najtrudniejszy czas – wyjaśnia łagodnie Erik.

– Zaczynam się trząść na myśl o progu w domu… bo musiałem przejść przez jakiś inny, zły próg.

– Rozumiem to uczucie.

Björn po raz pierwszy siada, a Erik czuje na sobie wzrok Margot, ale nie odpowiada jej spojrzeniem.

– Co widzisz, przechodząc przez ten zły próg?

– Nie chcę o tym myśleć.

– Ale pamiętasz?

– Możesz zabrać… tę panikę? – prosi szeptem mężczyzna.

– Ty decydujesz – odpowiada Erik. – Ale chętnie tu zostanę i porozmawiam z tobą razem z Margot… albo porozmawiamy sami, ty i ja… Możemy też spróbować hipnozy, może ci to pomóc przejść najcięższe chwile.

– Hipnozy?

– Niektórzy uważają, że to pomaga – odpowiada Erik wprost.

– Nie. – Björn się uśmiecha.

– Hipnoza to jedynie połączenie relaksu i koncentracji.

Björn śmieje się bezdźwięcznie, zakrywając dłonią usta, wstaje z kanapy, idzie wzdłuż ściany, zatrzymuje się znowu w kącie i odwraca do Erika.

– Myślę, że może pomogłoby to lekarstwo, o którym mówiłeś…

– Tak. – Erik kiwa głową. – Mogę dać ci stesolid, znasz ten lek? Poczujesz ciepło i zmęczenie, ale będziesz o wiele spokojniejszy.

– W porządku, dobrze.

Björn uderza kilka razy otwartą dłonią o ścianę, a potem podchodzi do automatu z wodą.

– Poproszę pielęgniarkę, żeby przyniosła tabletkę – mówi Erik.

Wychodzi z pokoju pewien, że Björn Kern wkrótce poprosi o hipnozę.

9

Dom przy Lill-Jans plan 4 różni się od otaczającej go zabudowy ciemną fasadą, gotyckimi wzorami, dekoracjami, wykuszami, pilastrami i koronkowymi sklepieniami.

Na parterze zasłony są zaciągnięte, w przeciwnym razie można by zajrzeć do środka przez okna.

Erik zerka na karteczkę z adresem, chwilę się waha, a potem wchodzi przez wysoką bramę. Nikomu o tym nie wspominał.

Czuje motyle w brzuchu, kiedy zbliża się do drzwi. Na klatce schodowej słychać cichą muzykę fortepianową. Spogląda na zegarek, widzi, że wciąż jest jeszcze przed czasem, staje więc w bramie i czeka.

Zeszłej wiosny znalazł w skrzynce na listy reklamę prywatnych lekcji gry na fortepianie i trochę się pospieszył, zapisując na intensywny kurs swojego syna Benjamina, który na początku lata miał skończyć osiemnaście lat.

„Nigdy nie jest za późno, żeby nauczyć się gry na instrumencie”, pomyślał. Sam zawsze marzył o tym, żeby grać na pianinie, siedzieć w samotności i grać melancholijny nokturn Chopina.

Jednak dzień przed urodzinami Benjamina Nelly zwróciła Erikowi uwagę, że nie trzeba być psychologiem, żeby stwierdzić tu projekcję własnych marzeń na syna.

W zamian prędko wykupił mu kurs prawa jazdy. Benjamin się ucieszył, a Simone uznała to za hojny gest.

Był pewien, że odwołał te lekcje fortepianu, ale zeszłego ranka odebrał e-mail przypominający o pierwszych zajęciach.

Erik czuł się okropnie zawstydzony, ale mimo wszystko postanowił sam skorzystać z pierwszych zajęć, dać sobie szansę.

Przechodzi mu przez myśl, żeby jednak zrezygnować, wysłać wiadomość, oznajmić, że odwołuje lekcje, a jednak wraca do drzwi, unosi palec i naciska dzwonek.

Muzyka nie cichnie, ale za drzwiami słychać lekkie kroki.

Otwiera mu dziewczynka w wieku około siedmiu lat, o wielkich, jasnych oczach i rozwichrzonych włosach. Ma na sobie domową sukienkę w grochy, a w ręce pluszowego jeżyka.

– Mama ma ucznia – wyjaśnia cicho.

Piękna melodia unosi się w mieszkaniu.

– Jestem umówiony na siódmą… na lekcję – tłumaczy Erik.

– Mama twierdzi, że trzeba zacząć, jak się jest małym – mówi dziewczynka.

– Jeśli się chce grać bardzo dobrze, ale ja nie chcę. Ucieszę się, jeśli fortepian nie zatka uszu ani nie zwymiotuje.

Dziewczynka nie przestaje się uśmiechać.

– Mogę wziąć twoją kurtkę? – przypomina sobie, że miała o to zapytać.

– Dasz radę ją unieść?

Erik kładzie swoją ciężką kurtkę na jej szczupłych rękach i widzi, jak dziewczynka idzie w stronę wysokich szaf w głębi przedpokoju.

Kobieta w wieku około trzydziestu pięciu lat zbliża się korytarzem. Wygląda, jakby była pogrążona w myślach, ale może tylko słucha muzyki.

Ma czarne, dość krótko ostrzyżone włosy, oczy skrywa za okrągłymi okularami przeciwsłonecznymi. Jest raczej nieumalowana, ma jasnoróżowe usta, ale i tak wygląda jak francuska gwiazda filmowa.

Erik domyśla się, że to Jackie Federer, nauczycielka gry na fortepianie.

Ma na sobie czarny ażurowy sweter, skórzaną spódnicę i płaskie balerinki.

– Benjamin? – pyta.

– Nazywam się Erik Maria Bark i właściwie to zamówiłem lekcję dla mojego syna, Benjamina… To miał być prezent na urodziny, ale nie powiedziałem mu o tym… Sam przyszedłem, bo tak naprawdę to ja chciałbym nauczyć się grać.

– Chce pan nauczyć się grać na fortepianie?

– Może jestem za stary… – tłumaczy się spiesznie Erik.

– Proszę wejść, tylko skończę lekcję – zaprasza kobieta.

Erik podąża za nią korytarzem, widzi, że kobieta, idąc, dotyka ściany opuszkami palców.

– Benjamin dostał oczywiście inny prezent – wyjaśnia Erik jej plecom.

Kobieta otwiera drzwi i teraz muzyka jest głośniejsza.

– Proszę usiąść – zaprasza nauczycielka, a sama zajmuje miejsce na brzegu sofy.

Światło wpada do pokoju przez wysokie okna wychodzące na zielony ogród.

Szesnastoletnia dziewczyna, prosta jak struna, siedzi przy czarnym fortepianie. Gra skomplikowany utwór, balansuje ciałem, przewraca nuty, palce biegną po klawiszach, a stopy z wyczuciem naciskają pedały.

– Trzymaj rytm, proszę – mówi Jackie z wysoko uniesioną brodą.

Dziewczyna rumieni się, ale gra dalej. Brzmi to wspaniale, widać jednak, że Jackie jest niezadowolona.

Erik zgaduje, że może to jakaś była gwiazda, sławna pianistka koncertowa, o której powinien wiedzieć, Jackie Federer, diwa nosząca w domu okulary przeciwsłoneczne.

Utwór kończy się, dźwięk wybrzmiewa, cichnie i niknie, podczas gdy dziewczyna puszcza prawy pedał, żeby tłumiki wyciszyły struny.

– Dobrze, dziś brzmiało to o wiele lepiej – ocenia Jackie.

– Dziękuję – mówi dziewczyna, zbiera nuty i prędko wychodzi.

W pokoju zapada cisza. Wysokie drzewo w wewnętrznym ogrodzie rzuca chwiejne, zielone cienie na jasną, drewnianą podłogę.

– A więc chce pan grać na fortepianie – odzywa się ­Jackie, wstając z sofy.

– Zawsze o tym marzyłem, ale nic z tego nie wyszło… Najprawdopodobniej jestem całkowicie pozbawiony talentu – wyjaśnia prędko Erik. – Niemuzykalny.

– Przykro mi to słyszeć – mówi swoim stłumionym głosem nauczycielka.

– Tak.

– Możemy chyba spróbować – proponuje Jackie i dotyka dłonią ściany, jakby chciała się podeprzeć.

– Mamo, zrobiłam sok – woła dziewczynka i wchodzi do pokoju z tacką, na której stoi szklanka z sokiem.

– Zapytaj gościa, czy jest spragniony.

– Jesteś spragniony?

– Dziękuję, to miło z twojej strony. – Erik upija odrobinę. – Czy ty też grasz na fortepianie?

– Jestem lepsza niż mama w moim wieku – odpowiada dziewczynka, jakby była to fraza, którą już wiele razy słyszała.

Jackie uśmiecha się i gładzi trochę niezdarnie swoją córkę po rozczochranej główce i karku, a potem zwraca się do Erika.

– Wykupił pan dwadzieścia lekcji – mówi.

– Mam skłonności do przesady – przyznaje Erik.

– Więc jaki ma pan cel?

– Szczerze mówiąc, marzę o zagraniu sonaty albo… nokturnu Chopina – wyznaje Erik i czuje, że się rumieni. – Ale zdaję sobie sprawę, że będę musiał zacząć od Wlazł kotek na płotek.

– Możemy popracować z Chopinem, ale może lepiej z etiudą.

– Jeśli jest jakaś mała.

– Madeleine, czy możesz mi podać Chopina… opus dwudzieste piąte, pierwsza etiuda.

Dziewczynka szuka na półce tuż obok Jackie, znajduje teczkę i wyciąga nuty. Dopiero kiedy umieszcza arkusz w dłoni mamy, do Erika dociera, że nauczycielka jest niewidoma.

10

Erik nie może przestać się uśmiechać, kiedy zasiada przy lśniącym, czarnym fortepianie z drobnym, złotym napisem „C Bechstein, Berlin”.

– Musi obniżyć stołek – informuje dziewczynka.

Erik wstaje i obniża siedzenie, kręcąc energicznie obrotowym taboretem.

– Zaczniemy od prawej ręki i na niej się skupimy, ale niektóre tony zaznaczymy lewą.

Erik przygląda się jej jasnej twarzy, prostemu nosowi, wpółotwartym ustom.

– Nie patrz na mnie, tylko na nuty i klawiaturę – mówi nauczycielka, nachyla się nad jego ramieniem i delikatnie kładzie mały palec na czarnym klawiszu. W fortepianie rozbrzmiewa wysoki ton.

– Obniżone E nazywa się Es… Zaczniemy od pierwszej formacji, która składa się z sześciu tonów, sześciu szesnastek – mówi i gra sekwencję.

– Dobrze – mamrocze Erik.

– Skąd zaczęłam?

Mężczyzna naciska klawisz i rozlega się twardy ton.

– Użyj małego palca.

– Skąd wiedziałaś, że…

– Bo to jest naturalne. Graj.

Erik z trudem brnie przez lekcję, koncentruje się na wskazówkach, akcentuje pierwszą nutę z sześciu, ale gubi się, kiedy nauczycielka dodaje kilka tonów lewą ręką. Przy którejś okazji kobieta ponownie dotyka jego dłoni i przypo­mina mu, żeby nie spinał palców.

– W porządku, jesteś zmęczony, skończymy w tym miejscu – mówi Jackie neutralnie. – Dobrze pracowałeś.

Daje mu wskazówki co do następnej lekcji, a potem prosi dziewczynkę, żeby go odprowadziła do wyjścia. Mijają po drodze zamknięte drzwi z napisem „Zakaz wstępu!”, wymalowanym dziecięcą ręką na dużej tabliczce.

– To twój pokój? – pyta Erik.

– Tylko mamie wolno wejść – odpowiada dziecko.

– Jak byłem mały, to nawet mama nie mogła wchodzić do mojego pokoju.

– Nie mogła?

– Namalowałem wielką czaszkę i powiesiłem na drzwiach, ale wydaje mi się, że i tak wchodziła, bo czasami w łóżku pojawiała się czysta pościel.