Stacja Tokio Ueno - Yu Miri - ebook + książka

Stacja Tokio Ueno ebook

Miri Yu

0,0
32,50 zł

lub
Opis

Przejmujący obraz Japonii, jakiej nie znamy

Kazu nie żyje i jako duch nawiedza park w pobliżu stacji Tokio Ueno. Choć mężczyzna urodził się w tym samym roku, co cesarz – a to uznaje się za błogosławieństwo – jego życie było pełne bólu i nierzadko doskwierała mu samotność. Od kiedy przyjechał do Tokio, by jako robotnik pracować przy budowie obiektów sportowych na Igrzyska Olimpijskie w 1964 roku, zaczął tracić najbliższych, a pod koniec życia, po tragicznym tsunami w 2011 roku, zamieszkał w parku Ueno w ogromnym miasteczku bezdomnych. Czy po takim życiu Kazu zazna ukojenia?

Stacja Tokio Ueno pokazuje nieznane oblicze Japonii, w której bezdomność i bieda dotykają znacznej części społeczeństwa, zwłaszcza osób w podeszłym wieku. W swej przejmującej powieści Yu Miri oddaje głos wykluczonym, udowadniając, że literatura piękna ma ogromną moc uwrażliwiania na palące problemy społeczne.

 

Co dzieje się wówczas, gdy czas się nie kończy? Dla bohatera tej powieści życie się już zamknęło. Ale dopiero pośmiertne obserwacje pozwolą mu znaleźć jego sens. Yu Miri opowiada o tym, co w Japonii trudne i czego Japonia może się wstydzić. Buddyjski sposób na śmierć? Opowiedzieć jeszcze raz życie. Tym jest ta książka.

Jarosław Czechowicz, „Krytycznym okiem”

 

Yu Miri potrafi pisać. W Japonii uważana jest jednocześnie za społeczną outsiderkę i gwiazdę literatury. Twórczy geniusz.

„The New York Times”

 

Stacja Tokio Ueno jest jak poruszające requiem wykonywane przez zmarłego człowieka, śpiewającego dla samego siebie oraz wielu innych takich jak on – ludzi bezdomnych, bezimiennych i bez twarzy, którzy ciężką pracą zbudowali powojenną Japonię.

„The Times Literary Supplement”

 

Pisząc o ludziach z marginesu, Yu Miri wykazuje się dużą empatią i wrażliwością. Przez

umieszczenie akcji swojej książki w parku Ueno odsłania hipokryzję japońskiego społeczeństwa,

którego członkowie uchodzą za życzliwych, uczynnych i gościnnych. Jej pisarstwo – zwięzłe, dziwne i zapadające w pamięć – jest absolutnie wyjątkowe.

„The Spectator”

 

Yu Miri – japońska pisarka, dramatopisarka i eseistka koreańskiego pochodzenia. W swojej twórczości podejmuje aktualne problemy społeczne, opisuje przede wszystkim sytuację mniejszości etnicznych w Japonii. Po trzęsieniu ziemi i tsunami w 2011 roku przeprowadziła się do miasta Minamisōma w prefekturze Fukushima. Obecnie prowadzi audycję radiową – zaprasza do niej osoby, które przeżyły katastrofę. W 1997 roku otrzymała Nagrodę im. Akutagawy za powieść Kazoku Shinema (Kino familijne).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 159

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Seriaz Żurawiem

Projekt okładki Małgorzata Flis

Tytuł oryginału: JR UENO-EKI KOEN-GUCHI

JR UENO-EKI KOEN-GUCHI by Yu Miri

Copyright © 2014by Yu Miri

All rights reserved.

Originally published in Japan by Kawade Shobo Shinsha Ltd. Publishers, Tokyo, under the title JR UENO-EKI KOEN-GUCHI, in 2014.

Translation and publishing rights arranged with the author in care of Michael Kevin Staley.

© Copyright for the Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2020

Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie z niniejszej książki w całości lubz jej fragmentów z wyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.

ISBN 978-83-233-4856-6


Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663 23 80, tel./faks12 663 23 83

Dystrybucja: tel. 12 631 01 97, tel./faks12 631 01 98

tel. kom. 506 006 674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Znów słyszę ten dźwięk.

Ten dźwięk—

Słucham go.

Ale nie wiem, czy rozlega się w moich uszach czy w moich myślach.

Nie wiem, czy jestem wewnątrz czy na zewnątrz.

Nie wiem kiedy (kiedyś?) ani kto, kto to był.

To jest najważniejsze?

Było najważniejsze?

Kto to…?

Myślałem, że życie jest jak książka, w której przewraca się pierwszą stronę, po niej jest następna, przewraca się kolejne i wreszcie dociera do ostatniej, ale życie w ogóle nie przypominało opowieści z książek. Znaki stoją w rzędach, na każdej stronie widnieje numer, ale brakuje fabuły. Jest zakończenie, ale nie ma końca.

Zostanę—

Jak drzewo, które zostało na pustym placu po zburzonym domu…

Jak woda, która została w wazonie, kiedy wyjęto z niego zwiędły kwiat…

Zostałem.

Co wciąż tu jest?

Uczucie zmęczenia.

Zawsze byłem zmęczony.

Nie pamiętam chwili, kiedy nie czułem się zmęczony.

I wtedy, gdy żyłem ścigany przez życie, i wtedy, gdy żyłem, uciekając od niego.

Chyba żyłem ot tak, nigdy nie żyjąc naprawdę.

Ale skończyło się.

Patrzę jak zwykle, bez pośpiechu.

Podobny, ale nie taki sam widok—

Gdzieś w tej monotonnej scenerii jest cierpienie.

Gdzieś w tym podobnym czasie istnieje moment, gdy boli.

Próbuję się przyjrzeć.

Wielu ludzi.

Wszyscy różni, co do jednego.

Każdy ma inną głowę, inną twarz, inne ciało i inny umysł.

To wiem.

Ale kiedy patrzę z daleka, wszyscy wyglądają identycznie albo bardzo podobnie.

Każda twarz wygląda jak niewielka kałuża, nic więcej.

Wśród czekających na przyjazd pociągu linii Yamanote jadącego w kierunku Ikebukuro szukam siebie z chwili, gdy po raz pierwszy wysiadłem na peron dworca Ueno.

Nigdy nie czułem się pewnie, widząc siebie w lustrze, w szybie czy na zdjęciu. Nie sądzę, abym był szczególnie brzydki, ale też nigdy nie miałem powodu, by uznać, że mój wygląd mógłby przyciągnąć czyjeś spojrzenie.

Bardziej niż z powodu urody cierpiałem przez małomówność i brak jakiegokolwiek talentu, a jeszcze trudniej było mi znieść pechowość mojego losu.

Nie miałem szczęścia.

Znów słyszę ten dźwięk. Tylko ten. Dźwięk jak krążenie krwi — jak strumień o żywej barwie — w tamtej chwili przestałem słyszeć wszystko poza nim, krążył mi wewnątrz czaszki, hałas, gorąco i ból, jakbym miał w głowie ul i setki pszczół chciały wylecieć na zewnątrz wszystkie naraz, nie mogłem myśleć, powieki mi drżały, jakby uderzały w nie krople deszczu, zacisnąłem pięści, napiąłem wszystkie mięśnie—

Rozerwał mnie na strzępy, ale nie zniknął.

Ten dźwięk, którego nie potrafiłem złapać ani uwięzić, ani zabrać gdzieś daleko—

Nie mogłem zasłonić uszu, nie mogłem odejść.

Od tamtej chwili ciągle żyję razem z nim.

Żyję—?

Pociąg jadący w kierunku Ikebukuro i Shinjuku wjedzie na tor drugi. Prosimy cofnąć się za żółtą linię.

Świst, tatan tatan, tatan tatan, tatan, tatan, ta-tan, ta-tan, ta, tan, syk, pisk hamulców, piiisk, zgrzyt, szum, szuuum, ta…

***

Na murkach wokół miłorzębów japońskich, które widać, gdy minie się bramki wyjścia parkowego z dworca Ueno i przejdzie przez pasy, zawsze siedzą bezdomni.

Kiedy sam tam siedziałem, czułem się jak jedynak osierocony w dzieciństwie, choć moi rodzice zmarli, mając ponad dziewięćdziesiąt lat, nigdy nie opuściwszy rodzinnej wsi Yasawa, leżącej w okręgu Sōma w prefekturze Fukushima, a po mnie, najstarszym synu urodzonym w trzydziestym trzecim, w dwuletnich odstępach przyszło na świat siedmioro rodzeństwa: Haruko, Fukiko, Hideo, Naoko, Michiko, Katsuo i Masao. Między mną a Masao było czternaście lat różnicy, dlatego traktowałem go jak własne dziecko, a nie młodszego brata.

Minęło jednak wiele czasu.

Siedziałem tu sam, starzałem się—

Spałem płytkim, urywanym snem, chrapiąc ze zmęczenia, a gdy co jakiś czas otwierałem oczy, podobny do sieci wzór cieni wyrysowanych przez liście miłorzębów poruszał się przede mną; miałem wrażenie, jakbym wędrował gdzieś bez celu, mimo że ciągle byłem tutaj, mimo że już tyle lat byłem w tym parku—

– Już dość.

Z ust tamtego mężczyzny, który wydawał się spać, dobiegają zupełnie wyraźne słowa; z jego nozdrzy i spomiędzy warg powoli wylatuje biały obłok pary. W prawej dłoni trzyma papierosa, żar zbliża się do palców. Tweedowy kaszkiet, kurtka w kratę i buty z brązowej skóry wyglądają jak strój myśliwego z zagranicy, choć tak bardzo odbarwiły się od potu i zbierającego się przez lata brudu, że nie wiadomo, jakiego koloru były początkowo.

Samochody jadą stromą ulicą Yamashita w kierunku Uguisudani — zapala się zielone światło, rozlega ćwierkający dźwięk sygnalizatora dla niewidomych, ćwir, ćwir-ćwir, ludzie, którzy opuścili dworzec Ueno bramkami wyjścia parkowego, wchodzą na pasy.

Pochylony do przodu obserwuje ludzi, którzy mają domy, przechodzących przez jezdnię w schludnych strojach, patrzy, jakby szukał miejsca, gdzie mógłby zawiesić wzrok i dać mu odpocząć — potem, jak gdyby nie miał siły na nic więcej, drżącą dłonią unosi papierosa do ust otoczonych brodą, w której więcej jest siwych włosów, zaciąga się, wzdycha przeciągle i przerywa rozmyślania, rozsuwa pomarszczone ze starości palce, by upuścić niedopałek, zdusza go czubkiem wyblakłego buta.

Inny mężczyzna śpi z dziewięćdziesięciolitrowym półprzezroczystym workiem na śmieci wypełnionym puszkami włożonym między nogi, ściskając przezroczysty plastikowy parasol jak laskę…

Kobieta z siwymi włosami spiętymi w kok gumką recepturką siedzi zgięta, opierając głowę na rękach, którymi obejmuje karminowy plecak.

Inne twarze, o wiele ich mniej niż kiedyś.

A przecież po krachu gospodarczym tylu nas przybyło, szałasy z niebieskich płacht wypełniały każdy skrawek powierzchni poza główną aleją i terenami muzeów oraz galerii, aż nie było widać ziemi ani trawy—

Przed wizytą członków rodziny cesarskiej w którymś z przybytków znajdujących się na terenie parku urządzano specjalne sprzątanie zwane „polowaniem”: kazano nam złożyć namioty i przepędzano, a kiedy wracaliśmy po zmroku, tabliczki z napisem „Trawnik w trakcie konserwacji, wstęp wzbroniony” ograniczały przestrzeń, na której mogliśmy odbudować nasze szałasy.

Wielu bezdomnych z Cesarskiego Daru – Parku Ueno pochodziło z Tōhoku1.

Dworzec Ueno był „bramą na północ” — w okresie powojennego cudu gospodarczego młodzi ludzie przyjeżdżali do Tokio na zarobek nocnymi pociągami linii Jōban i Głównej Linii Tōhoku, samodzielnie albo w grupach zorganizowanych przez agencje pośrednictwa, wysiadali właśnie tutaj i także stąd wracali do domów na Obon2 lub Nowy Rok, obładowani tyloma bagażami, ile tylko byli w stanie unieść.

Bezdomni, którzy pięćdziesiąt lat później nie mają już rodziców, rodzeństwa ani domu rodzinnego, gdzie mogliby wrócić, spędzają w tym parku dzień za dniem…

Siedzący na betonowym murku wokół miłorzębów albo śpią, albo jedzą.

Mężczyzna w granatowej czapce z daszkiem nasuniętej na oczy, koszuli khaki i czarnych spodniach je, położywszy bentō z konbini3 na kolanach…

O jedzenie nie trzeba było się martwić.

W Ueno działało wiele restauracji z długą historią. Z dużą częścią mieliśmy milczące porozumienie, po zamknięciu pracownicy zostawiali tylne wejścia otwarte. Kiedy weszło się do środka, na którejś półce, nie przy śmieciach, leżały przygotowane porcje niesprzedanego jedzenia w czystych woreczkach. Podobnie w konbini: na tyłach, przy śmietniku, czekały odłożone bentō, kanapki i słodkie pieczywo po terminie przydatności do spożycia. Można było brać, ile się tylko chciało, należało jedynie zdążyć przed przyjazdem śmieciarki. W ciepłych miesiącach trzeba było zjeść wszystko tego samego dnia, ale kiedy panował chłód, można było trzymać zapasy w szałasie nawet kilka dni i jeść odgrzane na kuchence gazowej.

W każdą środę i niedzielę wieczorem przed salą koncertową Tōkyō Bunka Kaikan rozdawano curry z ryżem, w piątki darmowe posiłki wydawał Kościół Jerozolimy na Krańcu Świata, a w niedziele Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości. Kościół wywodził się z Korei, a siostry to te od Matki Teresy. Banery z napisem „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest Królestwo Niebieskie”, młoda dziewczyna z długimi włosami śpiewająca hymny przy akompaniamencie gitary, kobieta w średnim wieku z trwałą mieszająca chochlą w wielkim garnku — pojawiali się też bezdomni aż z Shinjuku, Ikebukuro i Asakusy, często robiła się kolejka nawet na pięćset osób. Jedzenie rozdawano po hymnach i kazaniu. Ryż z potrawką z kimchi, szynką, serem i kiełbaskami, ryż z nattō4, yakisoba, słodkie pieczywo i kawa… Chwalcie Pana, chwalcie Pana, chwalcie Jego imię, alleluja, alleluja…

– Chcę.

– Tak? Chcesz?

– Nie chcę.

– No to mama zje.

– Hi, hi, nie!

Mała dziewczynka, na oko pięcioletnia, idzie w jasno­różowej jak płatki wiśni sukieneczce z krótkimi rękawami, przechylając głowę na bok, wpatrzona w twarz swojej mamy, ubranej w obcisłą sukienkę w panterkę, chyba pracownicy jakiegoś nocnego baru.

Młoda kobieta w granatowym kostiumie mija matkę z córką, stukając obcasami.

Nagle duże krople deszczu uderzają w liście rozkwitających w pełnej krasie wiśni, zostawiają kropkowane ślady na alejce pokrytej białym asfaltem imitującym kostkę. Ludzie rozkładają wyciągnięte z toreb parasole: czerwone, czarne, w różowe grochy, granatowe z białą obwódką—

Strumień ludzi nie ustaje, nawet gdy pada deszcz.

Dwie starsze kobiety idą pod parasolami, rozmawiając, ubrane w identyczne czarne spodnie w kant i przyduże koszule.

– Rano były chyba dwadzieścia dwa stopnie?

– Taaak…

– Jeszcze nie zimno, ale już chłodniej, oj, można zmarznąć.

– Prawda, jest chłodek!

– Wiesz, Ryūji za bardzo chwali kuchnię swojej mamy.

– Coś podobnego, przykra sprawa.

– Mówi, żebym się od niej uczyła.

– Okropnie pada, prawda?

– Pora deszczowa, jeszcze miesiąc trzeba wytrzymać.

– Co z hortensjami?

– Nie kwitną jeszcze.

– A konara?5

– Też za wcześnie.

– Trochę się tutaj zmieniło, nie uważasz? Nie było wcześniej Starbucksa.

– Zrobiło się bardziej stylowo, prawda?

Aleje obsadzone wiśniami—

Co roku w okolicach dziesiątego kwietnia park wypełnia gwar uczestników hanami6.

Kiedy drzewa kwitną, nie trzeba myśleć o szukaniu pożywienia.

Wystarczy jeść to, co zostawili ludzie, i pić, czego nie dopili, a płacht, na których siedzieli, można użyć do odnowienia pomarszczonych, przeciekających dachów i ścian szałasów.

Dziś poniedziałek, zoo zamknięte—

Nigdy nie zabrałem córki ani syna do zoo w Ueno.

Kiedy przyjechałem na zarobek do Tokio, był koniec sześćdziesiątego czwartego, Yōko miała pięć lat, a Kōichi dopiero trzy.

Pandy pojawiły się w Ueno dziewięć lat później. Oboje byli już wtedy w gimnazjum, wyrośli z chodzenia do zoo.

Nie tylko tam ich nie zabrałem. Nie byliśmy w wesołym miasteczku, nad morzem ani w górach, nie jeździłem na rozpoczęcia roku w nowych szkołach ani na uroczyste zakończenia, na dni otwarte dla rodziców, na szkolne zawody sportowe. Ani razu—

Do Yasawy, gdzie czekali na mnie rodzice, rodzeństwo, żona i dzieci, wracałem tylko dwa razy do roku, na Obon i Nowy Rok.

Jedyny raz, w roku, gdy udało mi się wrócić na Obon kilka dni wcześniej niż zwykle, zabrałem dzieci i pojechaliśmy do Haramachi, bo akurat odbywało się tam matsuri7 czy inna okazja.

Wsiedliśmy do pociągu linii Jōban na stacji Kashima, żeby wysiąść na następnej — był środek lata, upał, czułem się jakiś śpiący. Zarówno mój umysł, jak i ciało ogarniały potężne fale senności, rozentuzjazmowane głosy Yōko i Kōichiego i moje pozbawione energii odpowiedzi były niewyraźne, jakby przytłumione, pociąg przecinał krajobraz złożony wyłącznie z nieba, gór i pól, minął tunel, przyspieszył. Stałem ze zwieszoną głową, przysypiając przez te kilka minut, wdychając słodko-kwaśny zapach potu dzieci, które przywierały czołami i ustami do niebiesko-zielonego okna, ich dłonie rozpostarte na nim jak jaszczurki.

Kiedy wysiedliśmy na stacji Haranomachi, pracownik przy bramkach biletowych poinformował nas, że na Hibarigaharze za odpowiednią opłatą można się przelecieć helikopterem, więc ruszyłem ulicą Hamakaidō, trzymając dzieci za ręce, Yōko podałem prawą, a Kōichiemu lewą.

Kōichi nie był do mnie przywiązany, w końcu tak rzadko bywałem w domu, nigdy mnie o nic nie prosił ani nie wymagał ode mnie, żebym go rozpieszczał, ale wtedy mocno ścisnął moją dłoń i powiedział:

– Tatusiu, też chcę polecieć!

Do dziś pamiętam jego minę. Raz za razem to otwierał usta, żeby wymówić te trudne do wypowiedzenia słowa, to je zamykał, onieśmielony, na koniec zrobił się cały czerwony, jakby ze złości — ale nie miałem pieniędzy. Przelot kosztował wtedy około trzech tysięcy jenów, w przeliczeniu na dzisiejsze ponad trzydzieści tysięcy… Fortuna…

Zamiast tego kupiłem im po lodzie z nadzieniem ze słodkiej fasoli od Matsunagi, które wtedy kosztowały piętnaście jenów. Yōko szybko odzyskała dobry humor, ale Kōichi odwrócił się do mnie plecami i wybuchnął płaczem, ramiona trzęsły mu się od szlochu. Patrzył, jak chłopcy z bogatych domów odlatują helikopterem, pię­ściami wycierając łzy z oczu.

Tamtego dnia niebo przypominało płachtę błękitnego materiału. Chciałem wykupić synowi ten przelot, ale nie miałem pieniędzy, nie mogłem tego dla niego zrobić — został we mnie żal. Tamtego dnia dziesięć lat później ten żal wbił się w moje serce jak strzała i tkwi w nim do dzisiaj, nigdy nie zniknie—

Ani czerwone jak skaleczenia znaki napisu „Park zoologiczny Ueno ZOO”, ani szyld „Dziecięcy park rozrywki”, ani palce krasnali w czerwonych, zielonych i żółtych strojach, siedzących na słupkach, z wyciągniętymi ku górze rękami — nic się nie porusza.

Drżę jak trzcina i chcę opowiedzieć, co tylko mogę, ale nie wiem jak, szukam wyjścia, właśnie je chcę zobaczyć, ale ciemność nie zapada, a światło się nie przebija… Nadszedł koniec, ale nic się nie kończy… Nieustający niepokój… smutek… samotność—

Wiatr ze świstem przemknął między drzewami, krople wody spadają wśród szelestu liści, ale deszcz już chyba ustał.

Przed Sakurateiem, sklepikiem z ciastkami, stoi drabina. Kobieta w czerwonym fartuchu wyciera wyblakłą różową markizę z białym napisem „Panda-yaki”8, kołyszą się zwisające z niej czerwono-białe lampiony.

Na drewnianej ławce przed sklepem siedzą dwie starsze kobiety. Ta po prawej, z narzuconym białym kardiganem, wyciąga z żółtej bawełnianej torby niewielki album: „Przyniosłam zdjęcia, chcesz obejrzeć?”. Otwiera go i pokazuje grupowe zdjęcie, na którym około trzydziestu starszych osób stoi ustawionych w trzech rzędach.

Ta po prawej, wyższa od drugiej o głowę, w czarnym kardiganie, wyjmuje okulary z zawieszonej na ramieniu skórzanej torebki i zaczyna kręcić palcem wskazującym nad zdjęciem, jakby rysowała jego czubkiem spiralę podobną do rozciągniętej sprężyny.

– Ta tutaj, spójrz, to żona profesora Yamazakiego, prawda? Jego też widziałaś?

– Oni zawsze są razem, istne papużki nierozłączki.

– Ten to przewodniczący komitetu uczniowskiego, jak on się…

– Shimizu.

– O, a tutaj Tomo.

– Łatwo poznać po uśmiechu, prawda?

– A to ty. Wspaniale wyglądałaś, jak jakaś aktorka!

– Co też znów opowiadasz…

Gołąb maszeruje, jakby szukał czegoś w zlewających się cieniach pochylonych ku sobie starszych pań.

Nad ich głowami dwie wrony kraczą do siebie ostrymi głosami, jakby chciały się przed czymś ostrzec.

– Ten obok Takeuchiego to Yamamoto? Ten, co ma sklep z antykami… A tutaj Yoshiko Sonoda…

– To Yumi.

– Ach, rzeczywiście. Spotkałaś ją na czuwaniu przed pogrzebemYūko, prawda?

– Minęło kilkadziesiąt lat, a rozpoznałyśmy się od razu.

– To ten z sekretariatu, ten…

– Pan Iiyama.

– O właśnie, Iiyama.

– A obok niego…

– Momencik, nie Hiromi?

– Właśnie, właśnie. Hiromi.

– Tutaj Mu.

– Ona nic a nic się nie starzeje, prawda?

– O, Shinohara.

– Cały czas chodzi w kimonie.

– Przepięknie wygląda.

– Fumi, Take, Chi, ta tutaj to Kurata. Ten jest z innej klasy, jako jedyny.

– Rzeczywiście, nie zauważyłam.

– Kurata mieszka w Kawasaki, podobno ma kłopot, bo ktoś w jej sąsiedztwie cierpi na demencję i czasami błąka się po okolicy. Wspominała, że kiedy byli w pensjonacie w Echigo-Yuzawa9, tamten siedział przy herbacie i opowiadał, mimo że wszyscy poszli spać, wyobraź sobie, wszyscy leżą w futonach, a on mówi i mówi bez końca.

– Coś podobnego, trudna sprawa…

– Bardzo trudna, bardzo. To mąż którejś z jej sąsiadek, raz widziała go u siebie w ogrodzie…

– To dopiero kłopot, sąsiada przecież nie zgłoszą na policję.

Nigdy nie nosiłem przy sobie zdjęć, ale ludzi, którzy odeszli, dawne miejsca, czas, który minął, wszystko to zawsze miałem przed oczami. Żyłem, uciekając przed przyszłością, zawsze wpatrzony w przeszłość.

Nie chodzi o tęsknotę, nostalgię czy inny sentymentalizm, ja nie mogłem znieść teraźniejszości, a przyszłość wzbudzała we mnie strach, dlatego ciągle odruchowo wracałem do przeszłości, do czasu, który nigdzie nie ucieknie, bo już minął, ale czas chyba się skończył albo chwilowo zatrzymał, może kiedyś się cofnie i popłynie od początku, a może na wieczność zostanę zamknięty poza czasem, nie wiem… nie wiem… nie wiem…

Gdy mieszkałem z rodziną, nigdy nie robiliśmy zdjęć.

Wojna już trwała, kiedy jako dziecko zacząłem rozumieć, co się wokół mnie dzieje. Brakowało żywności, ciągle byłem głodny.

Nie musiałem walczyć tylko dlatego, że urodziłem się siedem albo osiem lat za późno.

Byli w naszej wiosce tacy, którzy zgłaszali się na ochotnika w wieku siedemnastu lat, a inni unikali poboru, wypijając całą butelkę sosu sojowego przed badaniem kwalifikującym albo symulując wady wzroku lub słuchu.

Miałem dwanaście lat, kiedy wojna się skończyła.

Nie smuciłem się przegraną, nie czułem żalu, musiałem myśleć o tym, żeby mieć co jeść i zapewnić jedzenie innym. Trudno wyżywić choćby jedno dziecko, a przecież miałem siedmioro młodszego rodzeństwa. W Hamadōri10 nie było wtedy żadnej elektrowni atomowej ani węglowej, fabryk Hitachi i Del Monte też jeszcze nie. Rolnicy z dużymi gospodarstwami dawali radę wyżyć z samej uprawy, ale my mieliśmy tylko parę poletek, dlatego gdy tylko skończyłem obowiązkową szkołę podstawową, pojechałem na zarobek z zakwaterowaniem do portu rybackiego Onahama w Iwaki.

Zakwaterowanie to dużo powiedziane, bo nie było tam bursy ani mieszkań pracowniczych — zacząłem życie na pokładzie dużego kutra.

Od kwietnia do września łowiliśmy bonito, od września do listopada sajry, makrele, sardynki, tuńczyki i flądry.

W mieszkaniu na kutrze najbardziej przeszkadzały wszy. Spadały na ziemię za każdym razem, gdy się przebierałem, pełno ich siedziało w szwach, okropność, robiło się odrobinę cieplej i już czułeś, jak chodzą ci po plecach… W każdym razie wszy dały mi popalić.

Po drugim roku zrezygnowałem z pracy w Onohamie.

Ojciec zaczął łowić małże hokki-gu przy plaży w Kita-Migita, więc wróciłem, żeby mu pomagać. Wypływaliśmy na małej drewnianej łódce, zrzucaliśmy na dno podobne do brony żelazne narzędzie, a potem ciągnęliśmy je za linę, bo drutu nie było, nogami zapieraliśmy się o dno łódki i znów ciągnęliśmy, i znów, dzień w dzień łowiliśmy hokki-gu we dwóch z ojcem.

Wszyscy to robili, ludzie z naszej wioski, z innych wiosek, łowili bez przerwy, nie dając małżom czasu, żeby się rozmnożyły, dlatego po czterech czy pięciu latach nic z nich nie zostało.

W roku, w którym urodził się Kōichi, mój pierwszy syn, pojechałem na zarobek przy zbieraniu wodorostów konbu w wiosce rybackiej Hamanaka, niedaleko mokradeł Kiritappu na Hokkaido. Załatwił mi to wujek, który wcześniej wyjechał tam za pracą.

Podczas długiego wolnego w maju zdążyłem posadzić ryż, a nawożenie i pielenie chciałem skończyć przed Nomaoi11. U nas, w Sōmie, wszystko ustalało się na „do Nomaoi”, prace na polach, remonty domów, terminy zwrotu pożyczek, mówiło się nawet o „rachunku Nomaoi”, bo wtedy trzeba było uregulować wszystkie należności; cały kalendarz obracał się wokół tego święta.

Trwało trzy dni: dwudziestego trzeciego, dwudziestego czwartego i dwudziestego piątego lipca.

Pierwszy dzień to yoimatsuri, pomniejsze obchody przed głównym świętem. Generał wyrusza ze świątyni Nakamura-jinja w Udagō, dzisiejszej Sōmie; w głównym obozie w Kitagō w Kashimie odbywa się jego uroczyste powitanie. Następnie wyruszają jeźdźcy: ci z Udagō i Kitagō z Nakamura-jinja, ci z Haramachi i Nakanogō ze świątyni Ōta-jinja, ci z Odakagō ze świątyni Odaka-jinja; dodatkowo ruszają jeszcze konni z Namie, Futaby i Ōkumy w okręgu Shineha.

Drugi dzień to główne święto. Na dźwięk konch i bębnów pięciuset jeźdźców rusza na Hibarigaharę, gdzie odbywają się wyścigi w pełnym rynsztunku i wielkie zawody w łapaniu boskich flag12.

Trzeciego dnia odbywa się Nomakake. To rytuał, podczas którego na terenie świątyni Odaka-jinja młodzieńcy zwani okobito, ubrani w białe szaty i zbiałymi przepaskamina głowach, łapią gołymi rękami zapędzone tam narowiste konie i przekazują je kapłanom w ramach religijnej ceremonii.

Wypożyczenie konia i skompletowanie zbroi kosztowało ponoć dziesiątki tysięcy jenów, dlatego biedacy nie mieli ze świętem Nomaoi nic wspólnego, ale kiedy byłem pięcio- czy sześcioletnim chłopcem, tata zabrał mnie do domu jednego z dowódców w Kashimie i wziął na barana, żebym mógł zobaczyć ceremonię wymarszu.

– Wyruszamy o dwunastej trzydzieści.

– O dwunastej trzydzieści, tak jest. Natychmiast pospieszę do obozu, by przekazać rozkaz.

– Doskonale. Twe zadanie tutaj zakończone.

– Przyjąłem do wiadomości. Proszę o wybaczenie za zachowanie jeźdźców z Udagō. Zatem wyruszam z powrotem do obozu.

– Znakomicie. Bywaj zdrów.

Sōma nagareyama na–e, na–e, ssa–i!

Naraitakya gozare na–e, e–ssai!

Gogatsu naka no saru na–e, na–e, e–sai!

Are sa O-Nomaoi na–e, e–ssai!

Samurajowie wsiedli na swoje wierzchowce i ruszyli soczyście zieloną groblą między polami ryżowymi — fascynowało mnie, że na każdym z powiewających na wietrze proporców był inny herb. „O! Stonoga!”, „Tam splątane węże!”, „A na tamtym koń staje dęba!”, wołałem i wskazywałem je palcem, siedząc na ramionach ojca.

Podróż do pracy na Hokkaido zajęła dwa dni i dwie noce pociągiem. Z Kashimy pojechałem linią Jōban do Sendai, stamtąd Główną Linią Tōhoku do Aomori. Był już ranek, kiedy zszedłem z promu w Hakodate.

Musiałem jeszcze wsiąść do pociągu Głównej Linii Hakodate i pokonać masyw Tokachi oraz przełęcz Karikachi. Nawet skład z dwoma lokomotywami ledwo wspinał się na ostre wzniesienia, jechaliśmy tak wolno, że można było wysiąść, wysikać się i bez trudu dogonić swój wagon.