Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stacja Tajga - Petra Hůlová

Lato 1946 roku. Hablund Doran, właściciel dobrze prosperującej kopenhaskiej fabryki, zafascynowany kulturą i obyczajami mieszkańców Syberii postanawia zapuścić się w ten rejon świata. Trafia do Charyni, zapadłej wioski w tajdze. Już nigdy nie powróci do Danii. Kilkadziesiąt lat później tropem zaginionego podróżnika wyrusza student antropologii Erske. Czy uda mu się rozwikłać zagadkę tajemniczego zniknięcia rodaka? „Od dłuższego czasu - mówi autorka - chciałam napisać książkę o kimś, kto gdzieś wyjedzie i już nigdy nie powróci. We mnie też była taka myśl, a może pragnienie, by gdzieś wyjechać na zawsze". Z kalejdoskopu opowieści wyłania się obraz zderzenia kultur i refleksja na temat podstawowych wartości.

Opinie o ebooku Stacja Tajga - Petra Hůlová

Fragment ebooka Stacja Tajga - Petra Hůlová

Przełożył

Piotr Godlewski

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Tytuł oryginału: Stanice Tajga

Copyright© 2008 Petra Hůlová

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo w.a.b., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo w.a.b., 2011

Przekład: Piotr Godlewski

Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz

Redakcja: Ewa Rojewska-Olejarczuk

Korekta: Urszula Dzierżawska-Bukowska, Małgorzata Denys, Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Monika Klimowska na podstawie koncepcji graficznej Zuzanny Lewandowskiej

Fotografia wykorzystana na i stronie okładki: © jimkruger / iStockphoto.com

Fotografia autorki: © Edgar de Bruin

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Sklad: Tekst – Małgorzata Krzywicka,

Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

ISBN 978-83-7747-268-2

Wydanie1

Warszawa2011

Petra Hůlová

(ur. 1979) jest absolwentką mongolistyki i kulturoznawstwa.

Jej debiutancka powieść Czas Czerwonych Gór (2002, WA.B. 2007) stała się wydarzeniem literackim, potwierdzonym przyznaniem autorce prestiżowej czeskiej nagrody Magnesia Litera oraz nagrody w kategorii „odkrycie roku” w plebiscycie „Lidových novin”. Książka została przełożona m.in… na francuski, angielski, niderlandzki, węgierski i włoski.

Petra Hůlová jest również autorką powieści Přes matný sklo (2004), Cirkus Les Mémoires (2005) i Umělohmotný třípokoj (2006). Stacja Tajga (2008) została uhonorowana Nagrodą Josefa Škvoreckiego.

konwersja.virtualo.pl

Dedykacja

Danowi

Hablund

Hablund przede wszystkim był zachwycony. Te ciągnące się w nieskończoność lasy! Nawet pościelić sobie w przedziale nie chciał, by nie stracić ani kawałeczka tej przesuwającej się za oknem wagonu wspaniałej ciemnej zieleni. Serce biło mu w rytm stukotu kół. Szkoda tylko, że okno było tak zamazane. Wycieranie go od wewnątrz rękawem ani trochę nie pomagało.

Był samoukiem i pieniądze na tę podróż także sam zaoszczędził. Mała, odziedziczona po ojcu fabryczka materiałów opatrunkowych podczas wojny przynosiła przyzwoite zyski. Część pieniędzy zostawił w domu żonie, a za resztę kupił w Kopenhadze bilet pierwszej klasy, w Moskwie zaś sprzęt fotograficzny, żeby nie stracić go już na radzieckiej granicy. Listów polecających, które miały zmiękczyć rosyjskie władze i częściowo choćby uspokoić podejrzliwą tajną policję, miał kilka. Od duńskich komunistów, do których zapisał się parę miesięcy temu, od Towarzystwa Przyjaciół ZSRR, w którym znał dwóch zwariowanych entuzjastów, oraz od stowarzyszenia botaników, którego członkiem był brat jego dziadka. Stosunków panujących w Związku Radzieckim krótko po wojnie nie mógł zlekceważyć. Już i tak był to pomysł szaleńczy.

Pieniądze pozaszywała mu żona pod podszewką różnych części garderoby, coś niecoś miał też w podwójnych podeszwach butów. Na jaką sumę to tam wymieni, nie wiedział. Na wszelki wypadek wziął również latarki, noże, rolkę papieru ściernego, peleryny, siekierki, worek duńskich słodyczy, cukierków słodkich i słonych, a wreszcie także wielką paczkę pierwszorzędnego tytoniu. Na grzbiecie kołysał się mu plecak tak wielki, że nawet nie zmieścił się z nim w lustrze, wiszącym w przedpokoju ich kopenhaskiego mieszkania. A przecież tak bardzo chciał zobaczyć, jak się z tym wszystkim prezentuje. Pan podróżnik.

Mariane napiekła mu i nagotowała różności, nie zdołał jej tego wyperswadować, chociaż wszystkim przygotowaniom towarzyszyły jej lamenty. Hablund jednak zdecydowanie trwał przy swoim. Musiał wreszcie odetchnąć pełną piersią, nabrać w płuca świeżego powietrza. Choć w Kopenhadze wcale nie było najgorzej, chociaż Danii udało się uniknąć zniszczeń wojennych, powojenna Europa była, jak mówił, pogorzeliskiem z martwą duszą. Ich nowoczesne mieszkanie, wyposażone w ubikację, ciepłą wodę, centralne ogrzewanie i łazienkę – zdobycze, którymi mogła się poszczycić zaledwie jedna czwarta duńskich domów – zdawało mu się małe, czuł niemal, jak się w nim dusi.

Do miłosnego opętania, które przez parę miesięcy on i Mariane naprawdę ze sobą przeżywali, musiała się przyczynić wojenna depresja. Ale to nie Mariane była powodem jego wyjazdu. Obrączkę wprawdzie tuż przed wyjazdem na dworzec zdjął z palca, włożył do pudełeczka i wrzucił do szuflady, w której trzymał rachunki, ale żonę kochał i kochać nie przestanie.

Choć nie wiózł ze sobą skrzyni pełnej lekarstw ani Biblii, czuł, że wypełnia misję. Gdzieś w głębi duszy wciąż jeszcze się spodziewał, że jednak otrzyma szansę, żeby do końca życia nie budzić się co rano w piżamie, z widokiem na wciąż ten sam piękny żyrandol i z koniecznością udania się do monotonnej i nielubianej pracy, którą uważał za jedno wielkie nudziarstwo. Coś z tych odległych krain niewątpliwie przywiezie. Kiedy to będzie, nie mógł ściśle określić. Jeśli szacował swą wyprawę na trzy miesiące, to wyłącznie dlatego, że jego żona nie zniosłaby myśli, że mogłaby trwać dłużej, a przyjaciele mieliby go za jeszcze większego pomyleńca. Wizę dostał tylko na czterdzieści dwa dni, z tym że być może po zarejestrowaniu swego pobytu w Rosji uda mu się przedłużyć jej ważność tam na miejscu. Wiz otrzymywanych za pośrednictwem Inturistu na dłuższy okres nie dawano. I tak go Rosjanie wymaglowali. Musiał udokumentować, dokąd jedzie i po co. W końcu jakoś przełknęli zmyślone argumenty i nieistniejące bumazki. Bał się, że będą go szpiegować w podróży. Jacyś dwaj ludzie w czerni, którzy w pociągu siądą naprzeciw niego, kryjąc twarze za płachtami gazet. Nikogo takiego jednak albo w ślad za nim nie wysłali, albo on go nie zauważył.

Z Burem, ojcem Kekego Kawarycza, poznał się Hablund zaraz pierwszego dnia, gdy późnym latem czterdziestego ósmego przyjechał do Charynia. W luksusowym przedziale z umywalką i lustrem, będącym zarazem drzwiczkami szafki z grzebykiem i kubeczkiem na ciepłą wodę, czuł się jak król. Również potem, stojąc już na stopniach wagonu. Szykował się do zejścia z bagażami na peron, gdy niespodzianie owiał go ostry wiatr syberyjskiego lata. Smagnięcie szorstkim ogonem, później doznał tego jeszcze wiele razy. Zdawało mu się, ze pachnie jakoś jakby koniem. No, na Syberii koń to nie byle co.

Czuł, że ma serce na dłoni i ze gotów jest poświęcać napotkanym ludziom uwagę i okazywać znacznie więcej wielkoduszności niż w Kopenhadze, we własnym mieszkaniu, które zdawało mu się ciasne; było spore, jeśli chodzi o metraż, ale Mariane do odziedziczonych gratów dodawała kolejne, a przy tym jeszcze swoją własną głupotę. Ze tam, w Danii, coś ma, firmę oraz Mariane, Hablund zapomniał w pociągu już kawałeczek za Moskwą. Tuż przed Charyniem mimo to o Mariane pomyślał. Że gdzieś tam jest i czeka. Poczucie, że liczy dni od chwili jego wyjazdu, było Hablundowi niemiłe. Nie chciał, by go coś ciągnęło do domu po tak czasochłonnych przygotowaniach, zanim jeszcze porządnie rozpoczął ekspedycję. Toteż miast myśleć o Mariane, przez ileś tam godzin przed Charyniem wyliczał na głos wszystko, co ze sobą zabrał, i sprawdzał, czy czegoś nie zapomniał. Kamerę miał, to było najważniejsze. I do niej rozmaite wihajstry. Na wszelki wypadek otworzył plecak i wsunąwszy do niego rękę, sprawdził dotykiem jego zawartość. Do ludzi ze smykałką techniczną nigdy się nie zaliczał, przedtem miał tylko aparat dla amatorów, którym robili sobie zdjęcia z Mariane na wycieczkach, uśmiechnięci, jedno obok drugiego, lub z przyjaciółmi, gdy któreś z nich miało urodziny. Kamera, którą miał teraz, oraz nowy aparat fotograficzny to było całkiem co innego. Pierwszorzędna jakość z drugiej ręki, od moskiewskiego handlarza, gdy w radzieckiej stolicy czekał na następny pociąg. Zostawił ten zakup na czas, kiedy będzie już w Rosji, bo się bał, żeby nie skonfiskowali mu aparatu na granicy. Czort z tym, że handlarz go naciągnął, ponieważ był cudzoziemcem. Towarzyszył potem Hablundowi aż na dworzec. Może to właśnie on był z tajnej policji? Kto wie, w Moskwie Hablund niczego nie był pewien. Zapewne nawet udałoby się mu przekonać Mariane, że dla niego taki wyjazd ma sens, gdyby nie chodziło o Charyń, lecz o Londyn, Rzym albo przynajmniej Pekin. To by rozumiała, ale żeby do Charynia i na Kawaszi? Może powinien był jej powiedzieć co innego, żeby się tak nie martwiła. Żeby zaaprobowała tę podróż i nie starała się za wszelką cenę do ostatniej minuty go zniechęcić. Jeszcze na dworcu, gdy bagaże miał już w przedziale i wysiadł, żeby dać jej całusa, znowu zaczęła swoje.

Nim pociąg ruszył, zdążyli znów się pokłócić. Machała mu przez chwilę, ale zaraz się odwróciła i widział, jak opuszcza peron. Zwykłe gdy się żegnali, machali do siebie, póki mogli się widzieć. Był na siebie zły. W końcu omal nie przejechał stacji, na której powinien wysiąść. Na szczęście pociągnął go za rękaw prowodnik, z którym od wyjazdu z Moskwy szlifował swój rosyjski. Wychodziło mu to całkiem nieźle, prowodnik twierdził nawet, że Hablund mówi znakomicie – kopenhaskie kursy rosyjskiego i lektura rosyjskich klasyków okazały się wystarczającym przygotowaniem.

Dworzec był w budowie. Zamiast murowanego budynku Hablund zobaczył worki z cementem i paru łudzi, którzy cicho coś tam robili, nawet nie unosząc oczu znad wykonywanej pracy. Nikt na niego nie czekał, to oczywiste, choć w pociągu snuł takie fantazje. Ze wita go miejscowa organizacja partyjna lub chociażby babuszka, sprzedająca tłuczone kartofle z koprem. Po stopniach zszedł rozważnie, co odpowiadało jego nastrojowi, po czym usiadł na stercie swych toreb i bał się ją opuścić, by nie padła łupem złodziei.

Buro Kawarycz nigdy jeszcze kogoś podobnego nie widział. Był najlepszym piechurem we wsi i worek, z którym wyruszał w tajgę, zawsze pakował raz-dwa. Gdy grupa chłopów szła na polowanie albo wykonywała w tajdze roboty nakazane przez władze, w razie potrzeby przynosił im wiadomości i jedzenie. Po coś, czego nie da się nieść na plecach ani objąć rękami, sięgają przecież jedynie małe dzieci. Capną coś gdzieś dorosłym, nie pomyślawszy, że nie zmieści im się to w rękach. A Hablund miał właśnie takie bagaże. Siedział na swoich worach i czekał chyba na wielkiego ducha tajgi, żeby dmuchnął i zawiózł go pod dach jak samochodem. Buro uśmiechnął się. Hablund zauważył człowieka, który się do niego uśmiecha, i przyjaźnie pomachał mu ręką. Umiał przecież mówić po rosyjsku, a cudzoziemiec mówiący językiem tubylców od razu wpada w ich otwarte ramiona.

– Jak leci? – zapytał Bura, gdy ten do niego podszedł; w zapasie miał przygotowane jeszcze inne odzywki.

Z czasopisma geograficznego „Nasz Świat” bardzo dobrze zapamiętał artykuł o tym, jak rozmawiać z mieszkańcami dalekich krajów, spotkanymi po raz pierwszy. Zastanawiał się, co by tu u tego człowieka pochwalić, ale miał on na sobie jedynie stare łachy i zatłuszczoną czapkę, która dawno utraciła pierwotny kształt.

– Piękny dworzec. Budują wam tu nowy, co?

Po czym przedstawił się, podał Burowi rękę i dla Bura stało się jasne, ze towarzysz naprawdę jest z daleka. Takiego rosyjskiego nigdy jeszcze nie słyszał. Ten człowiek nie był z Moskwy, Irkucka ani z Pribałtyki. Może skądś znad Morza Czarnego? To było najodleglejsze miejsce, jakie Buro potrafił sobie wyobrazić. Za granicami Związku Radzieckiego żyły narody, których nazw nie umiałby nawet wymienić.

Hablund usiłował podtrzymać rozmowę. Najpierw mówił o pogodzie, potem spytał, ile też Buro ma rodzeństwa. Z tego wysiłku aż się spocił – i nic. Trawę dokoła letnie słońce wysuszyło na pieprz, na najbliższym drzewie słabo zielenił się tylko czubek. Był upał.

Jeśli Buro rozgłosi po wsi, że przyjechał jakiś dziwoląg, Hablund może od razu jechać z powrotem, prosto do Kopenhagi. Próbował poczęstować Bura papierosem, ale ten nadal żuł swoją słomkę i nie okazał zainteresowania. Wobec tego zabrał się do grzebania w pakunkach i na peronie zaczęły się piętrzyć rzeczy, jakich Buro nigdy przedtem nie widział. Kolorowe świeczki pakowane po dziesięć sztuk, wzorzyste ściereczki, fotografia Mariane w drewnianej ramce, którą Hablund zamierzał postawić na nocnej szafce, brzytwa, dziennik „Dagens Nyheter”, przezroczysta gumka, która w plecaku wypadła z mniejszej torebki z przyborami do pisania.

Hablund szukał któregoś z przywiezionych przez siebie dobrych noży, ale Buro wyciągnął rękę po gumkę, jak gdyby właśnie ona była rzeczą, na którą czekał, i wpakował ją sobie do kieszeni. Chcąc ją odzyskać, Duńczyk niechcący kuksnął Bura w brzuch. Buro natychmiast odpowiedział kopniakiem między nogi. Hablund jęknął i zwalił się na ziemię. Pod powiekami ujrzał chmarę pomarańczowych motyli, jak wtedy kiedy w kopenhaskim mieszkaniu spadł z drabiny. Widział jeszcze, jak Buro znika za rogiem. I chyba stracił przytomność.

Pierwsze, co usłyszał potem, to był warkot silnika; poczuł też smród benzyny. Zrobiło się już ciemno. Leżał na brzuchu na swych klamotach, z twarzą wciśniętą w płótno plecaka, nie chciało mu się nawet rozejrzeć. Warczał stojący niedaleko samochód. W końcu Hablund zwrócił w jego stronę twarz, brudną od łez zmieszanych z kurzem, i w mroku zobaczył siedzącego za kierownicą gruchota Bura z takim samym przyjaznym uśmiechem jak ten, który sprawił, że pomachał do niego na początku. Buro zatrąbił i dał Hablundowi znak ręką, żeby wsiadał, ale załadować bagaży mu nie pomógł. Na podłogę auta przez całą drogę sypały się potem z którejś torby pierwszorzędne, lśniące duńskie jabłka.

Hablund uznał, że Buro ma około trzydziestki. W rzeczywistości miał dwadzieścia dwa lata, mieszkał samotnie i utrzymywał się z pracy własnych nóg. Kiedy w tajdze trafi się na gęstwinę, absolutnie nic przez nią nie przejedzie, a w niektórych miejscach taki gąszcz drzew i krzewów trafia się co kilkaset metrów. Koń wtedy na nic się tam nie przydaje. Nie tylko z tego względu, że niekiedy okazuje się za duży na to, ażeby się tam zmieścić, ale także dlatego, że jeśli postanowi, iż dalej nie pójdzie, nic go do tego nie zmusi.

Są miejsca, gdzie niektóre zwierzęta za nic nie wejdą. Można konia bić lub ująć jego łeb w dłonie i namawiać go po dobroci, lecz nic się nie osiągnie, nie jest to bowiem upór, tylko instynkt. I od tego w Charyniu był Buro. Buro, który leśnym dziwożonom przeciśnie się między udami, który strzygom przepełznie pod stopami, któremu wieczorne cienie wskazują drogę naprzód.

Tego pierwszego wieczora Hablund zwalił się z nóg jak nieżywy. Wszystkie bagaże zdjęli z Burem z samochodu i poukładali je ciasno w sionce, potem ciurkającą do miednicy z blaszanego zbiorniczka wodą Hablund opłukał sobie jeszcze ręce i twarz, a następnie w jedynej izbie drewnianej chaty padł na kawałek czegoś, co leżało na ziemi przy wyrku Bura. Co działo się później, tego się nie dowiedział. Ciągle ktoś na chwileczkę wchodził do chaty, by na niego popatrzeć, przy śpiącym przedefilował chyba cały Charyń. Ten i ów pomacał go lub powiedział nad nim coś półszeptem, baby dotykały jego czoła, mężczyźni ramion, po czym jedno po drugim wychodzili, by zająć się swymi sprawami.

Hablund spał osiem godzin i obudził się wczesnym rankiem z bólem głowy. Pękała mu, jakby całą noc pił albo spał na kamieniach. Powlókł się do sionki, żeby sprawdzić, czy nie brakuje czegoś z bagaży. Nie brakowało niczego.

Później wielokrotnie dziękował Burowi za to przedpołudnie, że się nim zajął; o kopniaku dawno zdążył zapomnieć, dostał go zresztą wskutek nieporozumienia. Dla zacieśnienia więzi przyjaźni podarował Burowi nóż, którego wczoraj nie mógł znaleźć, latarkę z bateriami i kilka plastrów opatrunkowych. Starał się mu wyjaśnić, że są dobre na pęcherze podczas długich marszów, ale Buro zdawał się nic z tego nie rozumieć. Przyniósł Hablundowi szklankę zsiadłego mleka, a potem jeszcze jedną. Hablund wypił duszkiem obydwie, jedną po drugiej, bo nie chciał być niegrzeczny, a następnie całą godzinę przesiedział w wygódce przed chatą; wolał to niż wciąż biegać tam i z powrotem i co chwila znów ściągać spodnie.

Prócz wychodka Buro miał też przed chatą stertę drewna, stertę pleśniejących kartoflanych i buraczanych obierzyn, stertę kości oraz stertę popiołu. Sionka w chałupie była maleńka i nie było mowy, by cokolwiek w niej robić, bo leżały tam wszystkie rzeczy Hablunda, a izba z jednym łóżkiem, piecykiem, stołem, dwoma krzesłami, na których przeważnie nikt nie siadał, mierzyła wzdłuż i wszerz po cztery kroki. Od razu było jasne, że Buro nie ma żadnej kobiety, przynajmniej nie ma jej tutaj. Mimo to w izbie panował wzorowy porządek. Każda rzecz miała swoje miejsce. Hablund wolał swych klamotów nie wypakowywać i całe przedpołudnie wychodził po coś do sionki i cicho klnąc, grzebał w torbach. Spodziewał się, że gdy Buro gdzieś pójdzie, zabierze go ze sobą. Był zdecydowany w pierwszych dniach towarzyszyć mu wszędzie, póki się nie rozejrzy. Znikła gdzieś ta beztroska rozwaga, z jaką poprzedniego dnia wysiadał z pociągu. Buro pierwszego dnia kilka razy wychodził i znów wracał, lecz Hablunda ze sobą nie zabierał. Duńczyk już kilka razy był gotowy do drogi, ale Buro zawsze wstawał nieoczekiwanie, hop, i już był na dworze. Hablund słyszał, jak z zewnątrz zamyka drzwi na klucz. Siedział potem w izbie na łóżku, wsłuchując się w coraz odleglejsze szczekanie psa, którego Buro brał ze sobą, i w porykiwanie krów gdzieś za wsią. Wszystkie te odgłosy ginęły w szumie wiatru, który z głębokiego wycia przechodził w cienki świst, to znowu w szum, jak w piecu z dobrym ciągiem. Bycie tutaj w roli małego chłopca, którego zamyka się w domu, nie podobało się Hablundowi ani trochę.

Po południu przyszła młoda kobieta z chłopczykiem, Hablund zobaczył ją przez okno, ale wyjść do niej nie mógł, był zamknięty. Zauważył, że pod darnią koło wygódki chłopiec miał schowane pudło, z którego wyjął drewnianego konika. Jak tylko przyszli, wyrwał się kobiecie i pobiegł po niego. Widać było, że nie są tu pierwszy raz.

Gdy Buro wrócił, kobiety i chłopca już nie było. Nie wydawał się tym zdziwiony, gdy Hablund powiedział mu o nich i dodał, że też chętnie wyszedłby na dwór, i nie rozumie, czemu go za każdym razem zamyka. Lecz Buro milczał, przekładając z ręki do drugiej ręki nowy nóż, po czym wyszedł i znów zamknął drzwi na klucz.

Nadmierna gościnność Bura wprawiła Hablunda w rozpacz. O czymś takim również czytał w „Naszym Świecie”. O wschodniej gościnności, która komuś niewtajemniczonemu może się wydawać więzieniem, lecz wynika jedynie stąd, że gospodarz całą odpowiedzialność za cudzoziemca bierze na siebie i boi się, by mu się coś nie stało.

Poza tym, że zawsze starannie Hablunda zamykał, Buro nie zwracał na niego większej uwagi.

Następny wieczór przebiegł mniej więcej spokojnie. Jedynie z kilku pytaniami Hablunda i zawsze tak samo niejasnymi odpowiedziami Bura. Hablund chętnie sfilmowałby przynajmniej wnętrze chatki, ale ponieważ w sionce było ciasno, a kamera leżała w worku na samym dnie, nie chciał narobić bałaganu. Najważniejsze, żeby kamerze pod tymi rzeczami nic się nie stało. W nocy, gdy Buro zasnął, postanowił swoje rzeczy uporządkować. Wciągnął je do izby i ponownie poukładał w torbach. Kamerę zostawił na wierzchu. Cieszył się, ze działała. Rano obudził się wypoczęty i świeży. Buro już wyszedł, lecz Hablundowi zupełnie to nie przeszkadzało. Przez potłuczoną szybę, w kilku miejscach zastąpioną tekturą, izbę wesoło oświetlało przedpołudniowe słońce. Upału nie było, kurz w chatce w promieniach słonecznych wirował i błyszczał jak srebrny, a wszystkie przedmioty z drewna nabrały ślicznego, złotawego koloru. Hablunda ogarnęło zadowolenie, czuł się, jakby był w kanadyjskim domku z bierwion, który sam własnoręcznie zbudował. Tykania ściennego zegara, który wisiał w kopenhaskiej kuchni, już mu nie brakowało, a kiedy Buro wrócił i położył na stole ciepły bochen ciemnego chleba, poczuł pełnię szczęścia.

Chłopcem, którego Hablund poprzedniego dnia widział za oknem w towarzystwie kobiety, był Keke Kawarycz, syn Bura. Z Larysą, jego matką, Buro nigdy nie mieszkał pod jednym dachem, ale chłopiec lubił odwiedzać ojca i kiedy tylko przechodził z matką obok jego chałupy, zaraz ją ciągnął do niego. Koło wygódki Bura miał ukryte pod darnią pudło po nakrętkach, a w nim mały zeszycik, ogryzek ołówka, w pudełku po papierosach konika, a poza tym parę starych nabojów, kamyki i kawałek ceramicznej izolacji z transformatora, który Buro przyniósł mu, gdy był z pocztą w tajdze u ludzi naprawiających tam trakcję.

Keke zawsze wyciągał wszystkie swoje skarby, za każdym razem od nowa pokazywał je ojcu i cieszył się, że następnym razem coś mu do pudełka dorzuci, co też czasami robił. Lubił siadać ojcu na kolanach, kiedy ten sadowił się przed chatą i patrzył, co się dzieje we wsi. Do środka jednak z matką nie wchodzili, chyba że gdy chłopiec bawił się na dworze, niespodzianie zaczynał padać deszcz. To nie był ich dom, a fakt, że Buro był ojcem Kekego, niczego tu nie zmieniał.

Wszystkiego tego Hablund dowiadywał się stopniowo. Bo ani trzeciego, ani piątego, ani dziesiątego dnia Buro nigdzie go ze sobą nie zabrał, wobec czego jedną z niewielu jego rozrywek stało się obserwowanie wszystkiego, co działo się za oknem. Nie tylko Kekego z Larysą, ale wszystkich, którzy przechodzili obok. Po paru dniach zaczął ich rozpoznawać. Podskakujące dzieci i ledwo wlokące się straszydła w za luźnych łachmanach, niektóre z długimi włosami i tatuażem na twarzach. Mężczyzn w spódnicach i miękkich butach wywiniętych wysoko pod kolanami; Hablund znał ich jedynie z profilu, bo nigdy nie rozglądali się na boki. Utkwił mu w pamięci jeden wysoki człowiek, który zwykłe prowadził konia, ale po kilku dniach nie był już pewien, który to mógł być. Niektórych widywał regularnie, rano i pod wieczór. Przeważnie tych ubranych po radziecku – w ściągniętych pasem rubaszkach i wytłuszczonych leninówkach, takich, w jakiej widział Bura za pierwszym razem na dworcu. Byli szczupli, ale twarze mieli rozlane i szerokie. Kiedy się spotykali, podawali sobie ręce albo jeden drugiego poklepywał po plecach, po czym każdy szedł w swoją stronę. O żadnym wielkim ruchu nie było jednak mowy. Czasem Hablund daremnie wypatrywał kogoś przez parę godzin, zwłaszcza koło południowej przerwy, gdy było martwo, chociaż nieznośna letnia duchota już mijała.

Początkowo zamierzał przyjechać wcześniej, przed początkiem łata, by przywyknąć, zanim w tajdze zacznie się zima, ale przygotowania się przeciągnęły i zanim załatwił sprawy firmy, była niemal połowa sierpnia i lato chyliło się już ku końcowi. Pod koniec drugiego tygodnia pierwszy raz włożył na noc ciepłe skarpetki i cieszył się, że Buro rozpali rano ogień, żeby zagotować wodę na herbatę, choć w południe nadal rozbierał się do koszuli. Gdyby działo się to u niego, w Kopenhadze, zdjąłby też podkoszulek, ale tu nie miał odwagi. A co, jeśli przyjdzie Larysa z Kekem i zobaczy go siedzącego w oknie półnago? Kilka razy postanawiał, że zastuka w okno i pomacha do niej; nie wiedział, czy wie 0 jego istnieniu. Skoro jest już przyjacielem jej chłopa, mogliby się z Larysą przynajmniej do siebie uśmiechnąć albo mógłby przez szybę pożartować z chłopczykiem. Podobał mu się ten mały. Gdyby mieszkał w Danii, miałby inne zabawki, a nie to swoje brudne pudełko. Zabawki, którymi bawią się duńskie dzieci, z pewnością by tego chłopca zachwyciły. Hablund pożałował, że zamiast dziecięcych zabawek zabrał ze sobą z Kopenhagi pięć par damskich zimowych butów. Kto wie, kiedy będzie miał możność dać je którejś z kobiet?

Mariane była niezadowolona, że bierze takie rzeczy. Luksusy, które sprawią, że ta czy owa rzuci mu się na szyję – mówiła. I że baby będą krążyły wokół niego jak stado kotek w rui. Złościła się, a Hablund udawał, że on na nią też, choć sam chętnie sobie coś takiego wyobrażał. Przyjechał tu oczywiście po to, żeby filmować, i na Kawaszi, jeśli szczęście dopisze, ale dziewczyna, która przyszła kilka razy z Larysą i Kekem, wpadła mu w oko. Próbował zgadnąć, jak wyglądają pod szmatami, wiszącymi na nich niczym na wieszakach, ci, co przechodzili koło domu, ci z brudnymi twarzami, widocznymi tylko fragmentarycznie. Dziewczyna jednak miała twarz jasną jak miękisz kopenhaskiego chleba i wielkie, szeroko rozwarte oczy, jakby w nieustającym zdumieniu. Idąc, trzymały się z Larysą za ręce, jak miały w zwyczaju Sowietki, a Keke podskakiwał przy nich. On również lubił tę ślicznotkę i Hablund wyobrażał sobie, że to on zaplątuje się w jej spódnicę zamiast niego. Był niemal pewien, że kobieta widzi go za tą szybą. Patrzyła mu prosto w oczy, poprawiając włosy przed oknem jak przed lustrem. Potem trącała Larysę łokciem i obie wybuchały śmiechem.

Była to przygłupia Josifowiczowa, która poza sprzątaniem przez cały dzień nie miała nic do roboty, a ponieważ i tak częściej przewracała wiadro, niż wycierała podłogę, Welor Josifowicz dawał jej pełną swobodę.

Sam wcześnie rano wychodził do kołchozu, żeby stanąć przy wadze, a głupia włóczyła się po wsi, gdzie chciała. Większy wstyd, niż to, że będąc lekarzem, skończył przy bydle w Charyniu, i tak go już nie spotka – myślał sobie, idąc te dwa kilometry z chałupy do pracy, a żona niech sobie robi, co się jej podoba. Przynajmniej nigdy mu nie wymyślała, a to, czego chciał od niej wieczorami, dostawał bez szemrania. Rozmawiać mógł sam ze sobą, do tego kobieta i tak nie jest stworzona. Gdyby jednak zobaczył, jak chodzi kręcić kuprem pod oknem Hablunda, sprałby ją tak samo jak każdy inny z charyniaków. Półrocznej Tamarze wtykała do buzi smoczek i mała spokojnie wytrzymywała jakiś czas sama, co najwyżej sąsiedzi skarżyli się, że płacze. A ona podskakiwała wokół chałupy Bura jak pajac. W tym czasie Hablund już niemal od miesiąca nie wychodził na dwór, był więc cały zdrętwiały.

Mariane z pewnością czekała na wiadomości, a poczta chyba w Charyniu była, bo Hablund widział, jak Buro idzie gdzieś z jakąś paczką. Wysuwając język, napisał adres, po czym wyszedł i zostawił go samego. Widok kobiet był jedyną jego rozrywką, widok przechodzących tamtędy ponurych obdartusów już go nie bawił. Straszydła w workach, mężczyźni w radzieckich bryczesach i kobiety w chustach, z brudnymi włosami, z wymiętoszonymi warkoczami. Hablund zastanawiał się, ile też z nich zna obrzęd Kawaszi, ale kiedy zapytał o to Bura, ten jak zwykle tylko uśmiechnął się niewyraźnie. To, że Hablund mówił po rosyjsku, nie na wiele się zdało, Buro przez większość czasu milczał. Mimo to Hablund czuł się z nim dobrze. Buro raz tylko na niego wrzasnął, gdy chciał wrzucić do pieca obierki z kartofli, i nie licząc tego kopniaka między nogi pierwszego dnia, ani razu nie podniósł na niego ręki. W dodatku dobrze Hablunda karmił i przyniósł mu miskę z wodą, kiedy ten chciał uprać swoją bieliznę. Załatwiał się Hablund do stojącego w kącie wiaderka. W nocy Buro robił tak samo. Chwilami, nie mogąc zasnąć, Hablund zastanawiał się nad tym, że właściwie poza tym, że spędza trochę więcej czasu w chałupie, życie jego i Bura niczym się szczególnie nie różni.

Za zezwoleniem Bura co drugi dzień wycierał podłogę oraz robił porządek z mąką i cukrem. Wyrzucił dwie torebki, w których roiło się od robaków, w ciągu paru tygodni nauczył się też gotować. Ogień w piecu co prawda rzadko kiedy rozpalał za pierwszym razem i czasem można było udusić się od dymu, ale w końcu zawsze jakoś mu się udawało, a wsypanie potem do wrzątku iluś tam ziarnek kaszy ze stojącej na półce torby było już tylko drobnostką. Pewnego razu ustawił przy tym na statywie kamerę, żeby wreszcie cokolwiek sfilmować, skoro już miał ten drogi sprzęt, lecz jak na złość tego ranka akurat mu się nie udawało i czarny jak Murzyn, wściekły, wygrażał w pustym domu pięścią swojemu pechowi. Ze nie wiadomo gdzie znikły mu z plecaka wszystkie noże, to go w tym czwartym tygodniu nawet nie zaskoczyło, choć Buro jeden z tych noży stale nosił przy pasku i nie odpinał go, nawet kładąc się spać.

Przygłupia Josifowiczowa stawała się coraz bardziej bezczelna. Czasami przychodziła sama, bez Larysy, biegała dokoła domu, aż pod piersi podkasując brudną spódnicę, jakby brodziła w spienionej wodzie. Do stojącego w oknie Hablunda stroiła miny, błaznowała i śmiała się, jej jasna, gładziutka twarz promieniała jak słońce, kobieta wyglądała jak oszalałe ze szczęścia dziecko. Zawsze wiedziała, kiedy Bura nie będzie, i natychmiast się ulatniała, gdy się zjawiał.

Niekiedy Buro, siedząc z Hablundem w domu, akurat kiedy nie jadł ani nie spał, majstrował coś dla Kekego. Nożem, który odpinał od paska, w ciągu tego pierwszego miesiąca wystrugał Kekemu małą strzelbę, kilka pajaców, łódeczkę i jakieś inne rzeczy, o których Hablund nie potrafił ściśle powiedzieć, czym są – ale zawsze z największą starannością. Jeśli był z nich zadowolony, ustawiał je w rzędzie na półce, a Hablund przypatrywał się im, nie mając jednak śmiałości brać ich do ręki bez pozwolenia. Raz, po kilku dniach, gdy nie zamienili ani słowa, Buro wziął jedną z tych gotowych już rzeczy, o których Hablund nie umiał orzec, czym są, i podał mu ją. Zapytał, jak mu się to podoba i czy dzieciom w jego kraju podobałoby się także.

Nie odrywał od niego wzroku i widać było, ze się ucieszył, kiedy Hablund przytaknął.

– Ciekaw jestem, jak długo chcesz mnie tu jeszcze trzymać – odważył się wtedy po raz pierwszy spytać Hablund.

Buro myślał chwilę, po czym wolno podszedł do drzwi i otworzył je. Nawet nie były zamknięte na klucz.

Erske

Charyń jest raczej dziurą niż dużą wsią. Ale powiedzenie tego głośno wobec miejscowych sprawi, że krew im nabiegnie do twarzy i natychmiast wybuchną: „Widzieliście go, przybłęda, rozrabiaka, co niczego należycie nie uszanuje, a te trochę nauki, które kto wie gdzie liznął, całkiem pomieszało mu we łbie”. Gdzie liznął? Erskejenke ma na to urzędowy dokument. Osiem lat w Danii, w Århus, studiował antropologię i gdy wybrał się do Charynia, wszystkie wskazówki, jak zyskać przychylność miejscowej ludności, miał poukładane w głowie niczym kolumny cyfr, które wyświetlą się na ekranie w odpowiednim momencie.

Z trzydziestokilogramowym plecakiem wysiadł na porośnięty mchem, ale starannie zamieciony peron, a jedyną osobą, którą tam zobaczył, była stara Saszka Pawlicz. Siedziała na swojej lodówce na kółkach, pudle ze sztucznego tworzywa wyłożonym polistyrenem. Ręce ma Saszka jak chłop i pali najgrubsze w Charyniu papierosy. Nosi je poupychane w sfatygowanym pudełku po marlboro i kto się jej spodoba, tego częstuje.

Erske zainteresował ją. Jakieś sznurki zwisały mu z plecaka, na głowie miał zawiązaną chustkę, no i nosił takie mocno dopasowane buty, którymi cudzoziemcy chwalą się, że nie przepuszczają wody, a potem i tak narzekają, że coś im tu cuchnie.

Hablund też był taki. Hablund, co pewnego wieczora w zimie czterdziestego dziewiątego nie wrócił do domu. Początkowo mu nie ufała. Słowa wymawiał twardo, jakby język miał z drewna, wciąż się uśmiechał, a nad szklanką samogonu wzdragał się jak niedorosła dziewczyna. Początkowo przecież wszyscy się z niego śmiali. Ona też, kiedy ktoś coś o nim mówił. Potem szeptała o nim z koleżankami. Była młoda. Gdy siedząc, opierała ręce na udach, nie wyskakiwały jej na nich żadne żyły i plamy.

Gdyby przybysz nie gapił się tak na nią, poczęstowałaby go skrętem, nazywanym przez nią „marlboro”. A tak to tylko obserwuje go, okutana w koc. Dymi się jej z ust, a od lodówki marznie jej tyłek. Saszka wie, że tak sobie, bez celu, do Charynia nikt nigdy nie przyjechał. Oczka ma starucha małe, Erskemu przypominają świńskie. Wie, że teraz kobieta nie powie ani słowa, a gdy spotkają się później, będzie udawać, że widzi go po raz pierwszy.

Na pewno też harowała w kołchozie, trzymała język za zębami, robiła, co kazali, i gorliwie podnosiła rękę na zebraniach. Szok kulturowy Erske ma już za sobą. Nie pierwszy raz jest w Rosji. Lecz wkurza go to zawsze tak samo. Poczucie, że ludzie zostawiają swoje sprawy dla siebie, by móc wodzić go za nos, a potem się z niego naśmiewają, że nigdy nie zrozumie, na jakiej zasadzie wszystko tu funkcjonuje. Kiedy tylko człowiek chce się dowiedzieć, jak jest tutaj naprawdę, rzuca mu się kłody pod nogi.

Od dworca biegła jedna jedyna ulica. Drewniane domki za koślawymi płotami, przed chałupami małe zarośnięte trawą ogródki, przy drzwiach pieniek lub ławeczka, z której obserwuje się świat.

O szóstej rano wydawało się, ze w Charyniu jest całkowicie pusto. Na ulicy kłębiła się gęsta mgła, Erske poczuł jej smak w ustach, kiedy tylko wysiadł z pociągu. Tę wilgoć z kwaśnym posmakiem torów. Przywykał do niej jak do ciemności. Przez mleczny opar brnęły kobiety w butach z cholewami, krowy, zobaczył chłopca w swetrze sięgającym po kolana; trzasnęła za nim furtka i razem z nim na ulicę wybiegł także kudłaty kundel. Ludzie pojawiali się i ginęli Erskemu z oczu, gdy wiatr rozpędzał mgłę i ponownie zbijał ją w nieprzejrzystą masę. Na chwilę otwierał się tunel i widać było tajgę, przez chwilę nie widziało się nic, przez chwilę fragmenty chałup, jakby były niedokończone. Kilka pozbijanych ze sobą desek, za którymi ludzie śpią, za którymi starzy całkiem jak w Århus spoglądają rano na sufit, ci, od których jedzie wczorajszą wódką, pochrapują, a kobiety tulące do ciepłych piersi niemowlęta jeszcze na chwilę chowają głowy przed promieniami słońca pod poduszkę.

Widziało się jedynie nielicznych przechodniów. Dzień jeszcze na pół spał. Pierwszym zwiastunem cywilizacji, jaki Erske zauważył we wsi, był szyld poczta. Przykurczony domek z ogródkiem za niskim drewnianym płotkiem, w ogródeczku złocienie, przed drzwiami dwa wydeptane drewniane stopnie; Erske zdziwił się, bo urząd był otwarty.

Mocniej pociągnął klamkę i znalazł się w małym pomieszczeniu z drewnianą ławką, stołem i kontuarem, za którym nikogo nie było. Panował tu zaduch. Na ścianach wisiało kilka naderwanych kartek z ogłoszeniami, reklama kasy oszczędnościowej, cennik usług pocztowych. Na kontuarze leżał pisak na przywiązanym do gwoździa sznurku.

Dopiero potem Erske zauważył tę rozkudłaną głowę i w ogóle pokoik. Za kontuarem znajdowała się pozbawiona drzwi klitka; stało tam łóżko, na którym ktoś spał z kołdrą naciągniętą na uszy.

Przez cały czas podróży pociągiem Erske wyobrażał sobie, jak to będzie, gdy powie im, po co przyjechał. Oznajmi to jako coś całkiem normalnego – i już. W końcu kogo kilka tysięcy kilometrów na zachód stąd nie śmieszyłoby, że ktoś co dzień o szóstej rano wypędza bydło na pastwisko i potem do wieczora siedzi z witką na łące, udając, że pasie, lub jeździ ciężarówką załadowaną krowimi skórami. Kiedyś Erske uważał, że siedzenie cały dzień w jednym miejscu jest oznaką mądrości. Dobrze jest pozwolić czasowi, by płynął sobie jak chce, i nie bronić się przed wiecznością nieustanną krzątaniną. Teraz powiedziałby, że to tylko zwykłe lenistwo – iżeto ono właśnie jest powodem panującego na Syberii ubóstwa.

Wyobrażał sobie, że pod kołdrą leży baba w wyświechtanym kaftanie, która w domu ma męża alkoholika i dlatego woli nocować w miejscu pracy. Lecz Elwira nie spała i usłyszała Erskego, gdy tylko wszedł.

Myślała, że przyszedł ojciec i znów będzie ją denerwował gadaniną o Sierioży. Jej syn miał chorobę, na którą na Syberii cierpi wiele dzieci w jego wieku. Skończył pięć lat, a wyglądał na trzy, był chudy, blady i cichy. Tamara, matka Elwiry, najchętniej w ogóle nie wypuszczałaby go na dwór. Keke Kawarycz, jego dziadek, był zdania, że chłopca trzeba hartować, i kiedy tylko mógł, wypychał go za furtkę, na ulicę. Sierioża stał wtedy przed furtką biały jak ściana i ze spoconym czółkiem czekał, aż Kawarycz na powrót zniknie w domu, a babunia Tamara, przez cały czas schylona nad zagonem, podejdzie do niego z tyłu, chwyci go za rękaw i znów wciągnie w bezpieczne miejsce za płotem. Wstydził się, a przy tym bał się dziadka.

Kobieta, która usiadła na łóżku i patrzyła na Erskego ze zdziwieniem, była młoda. Spodziewał się baby, a ta mogła mieć koło trzydziestki. Momentalnie ściągnęła włosy gumką i potarła policzek z odciśniętym wzorkiem poduszki.

– Otwieramy dopiero o ósmej. Czego pan chce?

Następnie zapytała, czy przyjechał tym porannym pociągiem z Moskwy, a Erske zauważył na jej głowie komiczną falę, odgniecione włosy, sterczące z jednej strony.

Ma jej o tym powiedzieć?

W końcu zdecydował, że z tym poczeka.

Kiedy zapewnił, że nikogo i niczego w Charyniu nie zna, zaraz się zainteresowała, czy razem z nim nie wysiadł także niejaki Fiedia. W brązowych zamszowych butach do pół łydki, granatowych służbowych spodniach i granatowej kurtce.

Na mężczyzn, z którymi wysiadł, Erske nie zwrócił uwagi. Wysiedli prędko, a już pół godziny wcześniej czekali z bagażami w korytarzu, stłoczeni jeden przy drugim, jakby się bali, że zostaną w pociągu. Wydawali mu się jacyś przygnębieni, to zapamiętał. Ale gdy stał na charyńskim peronie, siedziała tam już tylko na skrzyni baba ze świńskimi oczkami, a w powietrzu unosił się kwaśny zapach torów i mgła.

Była ósma dwie, gdy Elwira zamknęła oba zamki, a Erske znów zarzucił na plecy swój trzydziestokilogramowy plecak z majtającymi się sznurkami. Na tabliczce na zielonych drzwiach poczty było co prawda napisane, ze jest otwarta codziennie od ósmej do piątej, ale klucz miała tylko Elwira, a pisanie zażaleń nie było tu w zwyczaju.

Saszka zbierze się teraz i poczłapie do domu. Następny pociąg z Moskwy zatrzyma się w Charyniu dopiero pojutrze. Po drodze zobaczył, jak ten obcy wychodzi z Elwirą z poczty i niesie jej plastykową torbę. Saszka pomyśli swoje. Ze co to za gość, że ona od razu prowadzi go do swojego domu, a następnie – że ten, na którego czekała, dziś także nie przyjechał.

Hablund Doran nie przyjechał, co było do przewidzenia. Przecież już wtedy mówiono jej, że go przy sobie nie utrzyma, a teraz Saszka budzi tylko we wszystkich śmiech, ponieważ czeka jak pies. Jak ich Petrusz, gdy była jeszcze dzieckiem, a on czekał na jej ojca, kiedy przyjedzie z Irkucka. Wyjechał tam, a Petrusz cały czas czekał na stacji, wierząc, że kiedyś jego pan wróci. Nie wrócił. Matka potem powtórnie wyszła za mąż. Saszka mogłaby spytać tego, co przyjechał tu dzisiaj rano, czy nie zna przypadkiem w Europie kogoś nazywającego się Hablund. Tak na wszelki wypadek.

Tamara Kawaryczowa zaraz zauważyła, że skarpetki Erskego, zwłaszcza na piętach, są w dość żałosnym stanie. Kto go tak wyekspediował? Czy ma żonę? Ogarnęły ją wątpliwości. Gdy Elwira go przedstawiała, Tamara, sądząc z jego wieku, pomyślała, że ma. Potem jednak spostrzegła te przetarte, niebieskie skarpetki i już nie była taka pewna. Czyżby przyjechał, żeby tu kogoś znaleźć? Jak wtedy Hablund Doran? Tamten też na początku mówił coś innego. Ale Erske nie mówił w ogóle nic.

Hablund twierdził wtedy, że przyjechał, żeby nakręcić film o mieszkańcach Charynia. Jakby byli jakimiś Eskimosami, czy co. Kiedy wysiadł z pociągu, Buro musiał przyjechać po te wszystkie rzeczy autem, żeby je pozbierać. Statywy, negatywy i inne lewatywy. Tamara nie miała wtedy jeszcze roku. Sama tego nie pamięta, ale sądząc po tym, co się o tym mówiło, musiało to wywołać niemałe poruszenie.

Hablund już na drugi dzień po przyjeździe obiecywał wieśniakom wielką nowinę. Wszyscy mieli zebrać się pod pomnikiem bohaterów, na wydeptanym, posypanym szutrem placyku. Powiedział to komuś i wiadomość rozchodziła się z ust do ust. Kto wie, czemu go w ogóle usłuchali. Może miał jakieś nadprzyrodzone zdolności? Do tego, żeby się dowiedzieć, że wielka wojna ojczyźniana, przez niektórych nazywana drugą światową, się skończyła, z pewnością go nie potrzebowali. Obwieścił to Charyniowi uroczyście, wdrapawszy się na cokół pomnika, jakby był Armią Czerwoną, Anglią i Ameryką w jednej osobie. Mieszkańcy Charynia stali jeszcze chwilę w gromadzie, przestępując z nogi na nogę, a potem rozeszli się do chałup. Radia wprawdzie nie mieli, ale do Pstrug nie było tak daleko nawet wtedy, po tonącej w błocie drodze. Wzruszyli jedynie ramionami.

Potem Hablund częstował wszystkich czekoladą, dzieci biegały po całym Charyniu z umazanými buziami i zaraz było „wujku, chodź tu” i „wujku, idź tam”, sznur pędraków sunął za nim jak za jakim prorokiem. Rodzina Welora

Josifowicza miała go u siebie dość długo. Chciał być z każdym w dobrych stosunkach i czekał, kiedy wyciągną te swoje łuki i strzały, te swoje noże z kości oraz kurtki z niedźwiedziej skóry. Czekał na nie aż do zimy, ponieważ ktoś mu naplótł, że są ukryte w tajnym miejscu, żeby nie dobrały się do nich robaki, a wyjmowanie ich przed pierwszym przymrozkiem jest zakazane. I Hablund wierzył w to jak dziecko, i czekał, i myślał, że chętnie go, Europejczyka z wypucowanymi uszami, wezmą ze sobą na łowy.

Podczas drugiej kolacji u Kawaryczów Erske zauważył, że Tamara bacznie mu się przygląda. Nie wiedział dlaczego. Przecież, jak mu się wydawało, wszystko było w porządku. Nawet się nie spodziewał, że ktoś go tutaj tak prędko przyjmie do swojego domu. Niech więc pani Kawaryczowa spokojnie sobie na niego patrzy. Jest starszą damą i z tej racji niejedno jej uchodzi. UJakutów starsze kobiety mogą nawet oficjalnie bić swoich zięciów, jeżeli uważają, że ci źle taktują ich córki. Erske, rzecz jasna, ani myślał wiązać się z Elwirą. Ten przykład zjakutami przypomniał mu się, bo przytaczał go ktoś na uniwersytecie. Była to jedna z niewielu chwil, gdy uświadomił sobie, że zapamiętał coś, o czym była mowa na wykładzie. Z wyrachowaniem uśmiechnął się do Tamary i szczerze pochwalił znakomitą rybę.

U Kawaryczów spędzi parę dni, a potem się zobaczy. Wygodne było to, że dzięki znajomości z Elwirą mógł w każdej chwili zadzwonić z poczty do matki, do Århus. Obiecał jej, że się odezwie, gdy tylko będzie to możliwe, i dotrzymał obietnicy. Chciała wiedzieć, jak go tu przywitano. Pięknie – odpowiedział Erske zgodnie z prawdą. Wyperswadował jej przekonanie, ze Rosjanie jadają przy stołach nakrytych gazetami i upijają się do nieprzytomności, gdy tylko ktoś ich odwiedzi. Łagry? Nie, o to ich jeszcze nie pytał, ale zrobi to. To prawda, że wyglądają trochę jak strachy na wróble, ale co z tego? Wyobraził sobie matkę w momencie, gdy oboje odkładają słuchawki. Głęboki wdech i wydech. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, co go tu czeka. Cały jego misterny plan kończył się na tym, że wysiądzie z pociągu na stacji Charyń. Jak gdyby wydarzenia miały teraz same przychodzić i ściskać mu dłoń. A wieśniacy będący naocznymi świadkami ustawią się w kolejce, jak za Sowietów po pomarańcze, i całą tę historię opowiedzą mu szczegółowo, milknąc jedynie, kiedy on będzie zadawać im pytania. Tylko że z małymi wyjątkami była to zwykłe paplanina.

Na razie się nie rozpakowywał. Nie miałby nawet gdzie. Spał w sionce, a pierwsze dwa dni spędził u Kawaryczów na kanapie w pokoju gościnnym.

Jedną ścianę pokoju Kawaryczów pokrywała wielka błyszcząca fototapeta z palmami w lazurowej zatoce, z wyciętym kwadratowym otworem na gniazdko elektryczne, na podłodze leżał wyblakły dywan w stylizowane ptaki, przed kanapą, na której siedział Erske, stał niski podłużny stolik, na którym Kawaryczowa podawała poczęstunek, Kawarycz zajmował fotel, a jego żona i córka dwa krzesła. Wielkie błyszczące plakaty przedstawiające plażę, stada pasących się koni albo martwą naturę z bananami, mandarynkami i oszronionymi puszkami sprite'a miał w Charyniu każdy. U Kawaryczów był też jeden w kuchni. Erskemu zdawało się, że gdyby chciał, mógłby wpakować w obraz ręce po same łokcie i przenieść coś z niego do pokoju. Na przykład banana i mandarynkę. Zauważył, że mały Sierioża ma całkiem czarne zęby, zbyt wiele owoców mu tu chyba nie dają.

Co też, na miłość boską, ona w tym Hablundzie widziała? – zastanawiała się Tamara. Jak się to mówi, fircyk to był i oferma. I okropnie się puszył.

Podobno chciał, by kobiety opowiadały mu jakieś historyjki, nie miały pojęcia, o czym. O wabiącym drzewie? – chichotały. O dwugłowym wilczku? Wszystko fotografował, a potem zaczął się zadawać z kobietami. Na rękawach miał pomarańczowe prążki, a jego ślady na śniegu wieśniacy uważali za obrazki, takie fajne podeszwy robili wtedy w Europie.

Większość tej gadaniny to oczywiście bzdury. Powiadają, że włosy tak mu urosły, że mógł dwukrotnie owinąć je wokół ciała, a kiedy je namoczył, wsiąkało w nie aż osiem litrów wody. Tyle, ile trzeba było całej rodzinie na herbatę w najbardziej parny letni dzień. Podobno pisywał też depesze, może to ich wkurzało, kto wie. Coś sobie majstrował, do późna palił światło, czasami snuł się tylko zachmurzony po wsi i tą swoją kamerą filmował różne głupoty. Nie dziwota więc, że wieśniacy zaczęli się bać.

Ale też naśmiewali się z niego.

Kawarycz i Kawaryczowa mówią, że byli naocznymi świadkami, ale czy raczkujące dziecko można uważać za naocznego świadka? Hablund dał im wtedy po tabliczce czekolady Elite, tak samo jak innym. Pochylił się ku nim aż do ziemi, omal nie oszaleli z radości.

Erske czekał, co też w końcu wyniknie z tej opowieści Kawaryczów. Nawet już pierwszego wieczora przerwał im, żeby wyjąć z wewnętrznej kieszeni plecaka dyktafon, aby nic z ich słów nie przepadło. Z prowadzeniem notatek w zeszycie miał już niejakie doświadczenie. Ostatnim razem zamokły mu wszystkie rozmowy z moskiewskimi ulicznymi sprzedawcami warzyw, których tylko tak sobie, traktując to jako ćwiczenie, spowiadał przy straganach w ciągu tych kilku dni, kiedy czekał w Moskwie na pociąg do Charynia. W dodatku notując, nie może przytakiwać i w ten sposób okazywać, że historia go interesuje. A rozmowa jest przecież przede wszystkim współpracą, o to pytano go już na egzaminie wstępnym na antropologię w Århus.

Pomyślał, że na podstawie rozmów z Kawaryczami mógłby również napisać jakiś krótki artykuł i podczas pobytu tutaj jeszcze trochę zarobić. Wysłałby go zaraz e-mailem, ale w Charyniu internetu nie mają, pytał o to Elwirę zaraz pierwszego dnia. Powiedziała, że już od dwóch lat obiecują zainstalować go na poczcie, lecz nie wiedziała dokładnie kto, chyba zarząd gminy. Erskemu przyszło do głowy, że jakieś komputery może już tutaj mają, zamknięte u kogoś w stodole, od której zginął klucz, a na poczcie pewnie nie ma wolnego gniazdka.

Pewnego razu w Nowgorodzie znalazł cały hotel zamknięty, podobno tylko dlatego, że kucharce zachorowała krowa – a był to Nowgorod, perła z prawosławną cerkwią i zbyt drogim barszczem, pełna japońskich turystów. Postanowił, że sprawy tego internetu tak nie zostawi, choć Elwira, słysząc to, zrobiła kwaśną minę. Powiedziała, że nikogo innego w Charyniu to nie interesuje. Oprócz Waśki i Dimy, dwóch chłopaków, co to od rana do wieczora plotą coś każdemu o grach komputerowych. Tych dwóch, od których Sierioża nieraz już oberwał. Ci bracia mieszkają na końcu wsi, daleko od stacji i od Kawaryczów, tam gdzie, jak mówiła Elwira, mieszkają buraczarze, jacyś ludzie drugiej kategorii, na niższym poziomie.

Gdyby ktoś zaprowadził Erskego do Kawaryczów, mówiąc, że właśnie tak wygląda mieszkanie buraczarzy, wcale by się nie zdziwił. Ale nie. Mieli telewizor, lodówkę, kanapę z czystym obiciem, w sieni miskę ze zbiornikiem wody i mydłem, wszyscy czyścili zęby, a gdy stary Kawarycz koso popatrzył na Erskego, gościa obleciał strach. W wygódce z czystym sedesem, przytulonej do drewnianego płotu, zawsze były przynajmniej pocięte gazety, a poza tym Kawaryczowie hodowali kwiaty. Dwie mizerne grządki lichych, bladych astrów, z których większość już na początku czerwca więdła na słońcu – ale były tam. Dowód, że Kawaryczom zależy także na estetyce, a właściwie również na wartościach duchowych. Pod ścianą w pokoju z telewizorem stała też mała biblioteczka i Erskemu przyszło później na myśl, że jeżeli ich głos liczy się także w zarządzie gminy, to Kawarycz z żoną mógłby również postarać się o internet, ale potem uświadomił sobie, że na kwiatowych grządkach i biblioteczce z ośmioma książkami się to kończy. Nie mieli żadnego pojazdu podobnego do samochodu, jakie stały w niektórych innych zaniedbanych zagrodach, kuchnię stanowiła elektryczna fajerka i kawałek deski od ściany do ściany zamiast stołu czy szafki, wszystkie meble były odrapane, a o kupnie łóżka dla Sierioży mówiło się tak samo często jak o jego prześladowcach Waśce i Dimie, a rezultat był równie nikły.

Sierioża spał z matką albo z babką pod oknem; pod prześcieradłem między materacami trzymał czekoladowe cukierki, a papierki wyrzucał przez okno, nie wstając z łóżka. Kawarycz w ten sam sposób pozbywał się pustego słoja po ogórkach czy puszki po konserwie rybnej, którą zjadł sam, siedząc na kanapie.

Puszka po sajrze wyleciała przez okno również tego wieczora, kiedy wszyscy siedzieli przy stoliku w pokoju gościnnym i słuchali opowieści Tamary. Elwira krzyknęła na ojca, Erske na jej polecenie wyłączył dyktafon, bo Tamara wybuchła płaczem, a Kawarycz siedział jak kołek, póki się po chwili nie otrząsnął.

Jednego z pierwszych wieczorów Erske spytał też Kawaryczów o łagry. Czy wiedzą o nich i czy kogoś tam mieli? Spodziewał się martwej ciszy lub szlochów. Ze ojciec, że wuj, że siostra babci, która straciła tam dziecko – ale nikt nie wyglądał na zdziwionego. Jakby spytał o trochę nudną oczywistość.

– Możemy tam pojechać – oświadczyła Elwira.

Erske odniósł wrażenie, że nie dopowiedziała: oczywiście, jeśli nie będziemy mieli nic lepszego do roboty, a Kawarycz dorzucił, że tam jest bagno.

Elwira szepnęła do Erskego, że ojcu nie chce się prosić kogoś o samochód.

– Jest dumny – powiedziała i Erske nie wiedział, czy ona z niego również, czy go tylko usprawiedliwia.

Tamara Kawaryczowa trajkocze. Trajkocze, a Erskego zaczyna to męczyć. Co prawda mówić o tym, co jej leży na sercu, też umie, ale czy można tego od niej wymagać, kiedy jest w towarzystwie cudzoziemca, którego zna dopiero od kilku dni? Elementarna ludzka ostrożność i zwykły wstyd byłyby przecież w takich chwilach bardziej na miejscu. Dyktafonowi Erskego po tych kilku godzinach zbrakło już tchu. Przed wyjazdem zapomniał się zaopatrzyć w zapasowe baterie, chociaż była to jedna z rzeczy, na które jego opiekun naukowy zwracał szczególną uwagę. Będzie musiał postarać się o nie tutaj.

Elwira i Kawarycz w owej chwili już i tak od jakiegoś czasu podrzemywali, podczas gdy Tamara jednocześnie nie tylko opowiadała, ale także dolewała Erskemu herbaty i wódki, wyjmowała ze słoja ogórki, krajała je wzdłuż i smarowała majonezem małe kromki białego chleba.

Erske musiał odpowiadać na pytania, ile ma rodzeństwa, co robią jego rodzice, czym różni się powietrze w jego kraju od charyńskiego i jak mu się podoba miasto. Jak długo u nich zostanie, nie pytała. Ani o to, czy ma jakieś zamiary wobec Elwiry, skoro w ciągu tych czterech dni był już trzy razy na poczcie, skąd dobrą godzinę rozmawiał przez telefon z matką, a od Elwiry Tamara wiedziała, że za każdym razem zostaje tam jeszcze na następne pół godziny na herbatę.

Charyń Erske pochwalił pod każdym względem, chociaż prócz drogi ze stacji i od Kawaryczów na pocztę niczego jeszcze nie widział. Kiedy jednak Tamara spytała go, co o Charyniu wie, rozkręcił się jak kołowrotek.

– Osada założona w roku 1841 przez trzech awanturników w służbie cara, szukających na wschodzie odpowiedniego miejsca na nową stolicę, gdyż wydawało się, że Petersburg za kilka lat może się zapaść w mokradłach. Później mała stanica myśliwska, gdzie wyprawiano wilcze skóry, która w roku i860 z nieznanych przyczyn zakończyła działalność. Później na ruinach koszar po ponoć zbiegłym garnizonie wojskowym z Jekaterynburga Ilia Piatigorski znów założył osadę jako główny obóz, gdy poszukiwał tak zwanych Czukczów Południowych, grupy etnicznej, której istnienia nigdy nie dowiedziono, zjadaczy psów, nieustannie ginących osiadłym w tej okolicy Rosjanom…

– Wie pan, z jakiego powodu ludzie tutaj najczęściej umierają?

– Nie wiem.

– Przez chlanie! – zagrzmiała Kawaryczowa. – Kiedy gminny pastuch żłopie jak smok, a trwa to parę tygodni ileś tam razy w roku, to wszystkie nasze krowy diabli biorą.

– A ile ich jest?

– Dwieście dziewięćdziesiąt sztuk.

– To świetnie – ucieszył się Erske. – To mnóstwo mleka.

Tamara skrzywiła się.

– Coś panu powiem. Niech pan nigdy nie mówi, że na Syberii jest czegoś mnóstwo, bo mnóstwo to nigdy niczego nie ma. Z wyjątkiem drewna, śniegu oraz komarów. Krów jest akurat dosyć mało. I szlag by to trafił. Krowy, które zginęły, zwykle ponownie rodzą się komuś w Uljaniewsku albo w Magyszu. Z sierścią wygoloną w miejscu, w którym te nasze były znakowane. I jeszcze słońce. Tego też mamy mnóstwo, ale tylko przez dwa, trzy miesiące w roku, kiedy nie tylko świeci, ale i grzeje. W zeszłym roku lato skończyło się już dziewiętnastego sierpnia, a pierwszy śnieg spadł pierwszego września. Dzieci poszły do szkoły i wróciły z mokrymi tornistrami. Coś okropnego. Żeby chociaż w tym roku nie zdarzyło się to Sierioży. A co by pan, panie Erske, powiedział na to, żeby zająć się troszkę nauczaniem? To znaczy, kiedy lato się skończy.

Zanim Erske zdobył się na odpowiedź, Kawaryczowa oświadczyła, że w swoim czasie pozna go z tutejszym nauczycielem i we dwóch już jakoś się dogadają.

Elwira miała zamknięte oczy, ale nie spała. Było jej trochę przykro, że o niej samej przez cały czas nie padło nawet jedno słowo. To przecież ona go do nich przyprowadziła, a matka teraz poczyna sobie tak, jakby Erske należał do niej. Mężczyzn, którzy by byli coś warci, było we wsi jedynie paru i przeważnie już dawno kogoś mieli. Kawarycza matka capnęła, kiedy nie miała nawet szesnastu lat. W odróżnieniu od innych nie pił i był przystojny. Obserwowała go wraz z przyjaciółkami nad tą glinianką, kiedy się tam kąpał. Elwira potrafiła to sobie wyobrazić, tę matki prostoduszną zmysłowość i pragnienie, żeby wszystko, co piękne, mieć wyłącznie dla siebie. Kiedy już parę razy pobaraszkowali za wsią, wmówiła w niego, że jest w ciąży. Siedemnastoletni Kawarycz zapewne zmarszczył czoło całkiem tak samo, jak robi to obecnie. Z dziadkiem Welorem Josifowiczem doszedł do porozumienia, bo i nie miał innego wyjścia. Elwirze matka początkowo przedstawiała to jako ciąg nieprzespanych nocy. Mówiła, że była od tego po prostu chora. Jak nieżywa, ciało bez duszy: a co, gdyby ojciec powiedział „nie” i ona, sama z dzieckiem na karku, stałaby się pośmiewiskiem – użalała się nad sobą. Chodziła ponoć po tajdze i zrywała kwiaty, jakie tylko wpadły jej pod rękę. Matka, która nigdy nie zapuszczała się dalej niż za pierwsze niskie świerczki, a kiedy wlazła jej tam krowa, zaraz wzywała pomocy. Skrzaty, duchy i co tam jeszcze, a przy tym uważa się za prawosławną. Naśmiewa się z ojca, że czyści strzelbę z zasady jedynie od góry do dołu, i to nigdy wieczorem przed polowaniem, a sama omal nie chowa się pod łóżko, kiedy tylko usłyszy grzmot. Tłumaczy, że to u niej dziedziczne. Ale Tamara urodziła się już tutaj i jak żyje, nigdy nie była w żadnym mieście większym niż Pstrugi.

To dziadka Welora Josifowicza przysłali tu ze Smoleńska i nigdy się tu nie zadomowił. Na stare lata założył drugą rodzinę, żeniąc się z młodziutką idiotką, charyńską buraczarką. Teraz Tamara, ponieważ w połowie sama jest jedną z nich, w ogóle nie chce o buraczarzach słyszeć. Po matce ma także to swoje szczególne prawosławie, które każe jej nie wychodzić z chałupy i ciągnąć wnuka za rękaw, jak tylko zachce się mu bawić gdzie indziej niż na ławeczce między domkiem a drewnianym płotem.

Kiedy Elwira otworzyła oczy, Erskego już w pokoju nie było. Na stole stało kilka brudnych talerzy i leżały okruchy, Erske spał w sieni, a Tamara z Sieriożą leżeli zakutani w kołdrę na matczynym łóżku w pokoju gościnnym. W przybudówce, poza kuchnią i pokojem trzecim i ostatnim pomieszczeniem w domu Kawaryczów, spała Elwira wraz z ojcem.

W czasach jej dzieciństwa wszyscy sypiali w jednej izbie, ale potem nastała ta moda. Nagle każdy musiał mieć sypialnię, budę z desek, od głównego pomieszczenia odgrodzoną kotarą, a w lepszych domach nawet ramą z drucianą siatką przeciw owadom. Gdyby Erske wiedział więcej o tym, na co winien zwracać uwagę, wiedziałby, że rama z siatką przeciw owadom pomiędzy sypialnią a pokojem jest o wiele ważniejsza niż podręczna biblioteka i liczba książek, na których osiada tam kurz. Ze względów praktycznych i dla pokazania, jakie miejsce w charyńskiej hierarchii jej posiadacz zajmuje.

Elwira przykryła się po same uszy – przez szpary między deskami sypialni Kawaryczów dmuchał wiatr. Przed zimą należy to wszystko uszczelnić – pomyślała. Zamknęła oczy, ale nie mogła usnąć. Nie powinna była drzemać przy stole, teraz będzie godzinami gapić się w sufit. Wspomniała babkę, starą Josifowiczową.już jako dziecko nie mogła pojąć, czemu dziadek Welor się z nią ożenił. Chyba dlatego że przybył tu przed zimą, a ona była pod ręką – pomyślała. Przed zimą mężczyźni zawsze wiązali się z kobietami. Żeby, gdy wrócą z tajgi, w domu było ciepło i żeby mieli do kogo na tych zmarzniętych nogach wracać. Teraz nogi marzną Myszkinej, kiedy po pracy w sklepie rąbie jeszcze drwa i papierem ściernym szlifuje nowe wrota, podczas gdy w domu jest cicho, nie ma kogo budzić, nawet wodą chluśniętą z wiadra na łóżko. Pewnie ten jej chłop, gdyby jakiegoś miała, zdzieliłby ją, gdyby spróbowała to zrobić, ale Myszkina swoją Oleśkę wychowuje sama.

Babka nie musiała tego robić, była posłuszna dziadkowi. Szanowała go. Te jej dobre i głupie oczy patrzyłyby z szacunkiem na każdego, kto wziąłby ją sobie na kark. Może zresztą staremu Josifowiczowi nic więcej nie było trzeba. W Smoleńsku miał przecież żonę i troje dzieci. Co niedziela do nich pisywał. Czy jego pierwsza żona wiedziała o nowym dziecku, Elwira nie jest pewna. Chyba jednak nie. Już wcześniej zastanawiała się, czy jej matka nie urodziła się jedynie przez pomyłkę. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby mieć dziecko z idiotką, a dziadek Welor był w Smoleńsku lekarzem i w Charyniu też potajemnie przychodzono do niego po radę.

Elwira pamiętała oboje i oboje później jednocześnie zniknęli. Dziadek Welor zmarł, a babka wróciła do buraczarzy, skąd przyszła. Widzi ich oboje, starca i przygłupią, jak razem siedzą na przyzbie z rękami na kolanach i patrzą gdzieś przed siebie.

To o tym dziecku to było kłamstwo. Tamara powiedziała to Elwirze wtedy, gdy ona sama zaczęła się za kimś rozglądać. Zwierzyła się później jako matka swej córce, żeby nie wstydziła się nawet prowadzić brudnej gry, gdyby trafił się ktoś, kto byłby tego wart.

– Ani razu nie żałowałam – oświadczyła Tamara – a twój ojciec tak samo, bo prawdy nigdy się nie dowiedział.

Jaki chłop wart jest tego, żeby zapomnieć dla niego o skrupułach, Kawaryczowa nie miała najmniejszych wątpliwości. Powinien mieć samochód na grubych, głęboko bieżnikowanych oponach, dom choć częściowo otynkowany, no i żeby nie było żadnej eksmałżonki. Mógłby nawet nie być z Charynia, gdyby między Charyniem a nowym miejscem zamieszkania Elwiry było dobre połączenie. Najlepiej kolejowe i bez przesiadki. Poza tym, że nie miał samochodu ani otynkowanego domu, Fiedia wszystkie pozostałe warunki spełniał.

Fiedia

Pociąg, którym Erske przyjechał do Charynia, zbliża się do Chabarowska. Potem już tylko Władywostok, i koniec. Fiedia wychylił głowę z okna, czuje powiew na twarzy, jest dobrze. Wiatr go obmywa. W pracy jest już ponad sto godzin bez przerwy. Zdrzemnął się wprawdzie kilka razy w swojej ciupce, ale trudno nazwać to snem. Zanim za dwa dni ruszy w drogę powrotną, spędzi we Władywostoku piękny wieczór – obiecuje sobie, podczas gdy Erske wciąż jeszcze siedzi na kanapie u Kawaryczów, a Kawaryczowa coś mu opowiada, nazajutrz nie będzie nawet wiedział co.

Tego dnia, gdy przyjechał Erske, Fiedia też wysiadł na charyńskiej stacji. Wysiadł, od schodków pomachał do maszynisty, wskoczył z powrotem i znów podciągnął schodki do góry. Między Ułan Ude a Charyniem Erske trzy razy kupił u niego herbatę. Fiedia przynosił mu ją na tacy, w szklance ze srebrnym koszyczkiem, po czym znikał w swej ciupce koło kuchenki, w której mył szklanki. W szafce ma na sprzedaż dla pasażerów herbatniki, czekoladowe wafelki i kawę rozpuszczalną. W ciągu tych paru chwil, kiedy również on był w Charyniu, zauważyła go także stara Saszka. Udała, że go nie widzi, tak samo jak on jej. Czarownica. Przesiadywała tam już wtedy, kiedy jeździł z Worynia do szkoły kolejarskiej. Jedna taka szkoła była w Czycie, a druga w Irkucku. Obaj z ojcem nie mogli się wtedy zdecydować, która będzie dla niego lepsza. Dlaczego w końcu pojechał do Irkucka, chociaż z Worynia jest tam dalej, już nie pamięta. Człapie przez swój wagon i myśli o Sierioży. Noszenie munduru wydawało się mu wtedy nie byłe czym. Teraz ten mundur ciśnie go i pije pod pachami.

Całą noc nie spał, bo ciągłe ktoś czegoś od niego chciał. To powłoczki, to żeby pomógł wsunąć torbę pod łóżko, to znów jakiemuś pijakowi zaciął się składany stolik; klął, póki Fiedi nie udało się złożyć blatu. Ludzie ubodzy najwięcej jeżdżą w zimie. Jak Syberia długa i szeroka odwiedzają się między listopadem a lutym, kiedy bilety kolejowe są najtańsze.

Kto nie żyje w biedzie i nie musi, w daleką podróż się w tym okresie w ogóle nie wybiera. W przedziałach jest zimno albo przeciwnie, za gorąco, bo gałkę regulatora temperatury ktoś urwał, a jeśli między listopadem a lutym zachce się wam wysiąść w Zabajkalu, ażeby kupić sobie rybę omul, której nie można dostać nigdzie indziej na świecie, zimny wiatr uniemożliwi wam oddychanie, brutalnie zabierając powietrze sprzed waszych ust.

Fiedia jednakże lubił jeździć w zimie. Podróżowało mało łudzi, ubodzy tak wiele w drodze nie pili, a jeśli pasażerom było zimno, on w swej ciupce ze stołeczkiem i twardym łóżkiem prowodnika zawsze miał w rezerwie jeden koc. Zimą Fiedia stawał się też ważniejszy. Cały wagon był na jego rozkazy, a gdy jest minus czterdzieści, nie ma żartów. Nie ma ich już, gdy jest minus dwadzieścia, gdy prowodnik zagrozi, że każe maszyniście zatrzymać pociąg i z pomocą jakiegoś posłusznego osiłka, który przez resztę podróży będzie pod szczególną jego opieką, rozrabiającego nicponia wysadzi. Latem taka groźba nie miała tak wielkiego znaczenia. Mniejsza o to, ze jako prowodnik nie miał prawa tego robić i nigdy się do takiej ostateczności nie uciekał. Najważniejsze, że co bardziej zakute łby traktowały groźbę poważnie. Zapowiedź człowieka w mundurze, że wylecą na mróz, robiła swoje, nawet jeśli u bystrzejszych pasażerów te słowa wywoływały śmiech.

Zimą Fiedia najchętniej jeździł w którymś z wagonów w przedniej części składu. Lubił być jednym z pierwszych, którzy mknęli wśród wielkich płatków śniegu, który czasem nie przestawał cicho sypać nawet pięć dni i nocy, a kiedy na zakręcie wychylił się z okna i popatrzył do tyłu, ostatnich wagonów przez tę śnieżną zasłonę wcale nie widział. Czasem tory musiał przecierać pług śnieżny, tak wysoka była leżąca na torze biała pierzyna. Ta jednowagonowa kupa żelastwa z czerwoną gwiazdą z przodu, dzieło Zakładów im. Lenina, była wspomnieniem po komunizmie, ukochanym ustroju dziadków Fiodora. Dziadków Fiedi i innych im podobnych, którym czerwona zorza, czerwona mgła przed oczami przyćmiła rozum, podczas gdy ciało ofiarnie pracowało dla partii. Świetnie wiedział, kto te szyny układał. Kim były te zastępy nieszczęsnych mużyków, którzy wcale nie mając tego w planie, w odróżnieniu od tych z czerwoną gwiazdą na uniesionej głowie, oddali życie za partię, a w końcu również za tę lepszą przyszłość, jeśli tak na to spojrzeć. Kolej bowiem jest dawcą życia: gdyby nie przywoziła ludzi, skomplikowanych urządzeń przemysłowych, oleju opałowego i mąki, Syberia zmarniałaby jak odcięta od ciała kończyna. A w dodatku tej pracy za magistralę nikt inny nie wykona. Samoloty? Cha, cha, cha, cha! Trzmiele Aeroflotu, co spadają jak zgniłe jabłka.

Choć ta praca nie należała do ciekawych, Fiedia czasem naprawdę bywał z niej dumny. Z przynależności do personelu kolosa, któremu ufał bardziej niż komukolwiek z ludzi. Bo mimo że na magistrali transsyberyjskiej też zdarzają się niekiedy awarie, spóźnienia lub wyjątkowo kiepska obsługa pasażerów przez jakiegoś niedbałego prowodnika, co to jest niemoralność i ludzka podstępność, nie może sobie nawet wyobrazić.

W Charyniu mógłby mu opowiadać o tym każdy.

Tu nic nigdy nie powinno było stać.