Stacja Jagodno. Tom VIII. W obiektywie wspomnień - Karolina Wilczyńska - ebook + książka

Stacja Jagodno. Tom VIII. W obiektywie wspomnień ebook

Karolina Wilczyńska

4,5

Opis

Daj się porwać subtelnej opowieści o malowniczej miejscowości w Górach Świętokrzyskich, w której ponadczasowość łączy się z urokiem chwili. Karolina Wilczyńska, autorka najpiękniejszej literatury obyczajowej, zaprasza do świata wypełnionego kobiecymi emocjami.

Hubert przyjeżdża do Jagodna, by uwiecznić jego wyjątkowy klimat w albumie okolicznościowym, zamówionym przez wójta. Fotograf wpada na pomysł włączenia do niego starych portretów rodzinnych – zazwyczaj to one skrywają najciekawsze historie, związane z danym miejscem. W jaki sposób jedno zdjęcie sprzed lat może wpłynąć na mieszkańców Jagodna?

Jeśli ciekawi cię, co tym razem los przyniesie Twoim ulubionym bohaterom i jakie tajemnice nie zostały jeszcze wypowiedziane na głos, sięgnij po najnowszy tom bestsellerowej sagi!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (334 oceny)
211
88
31
4
0

Popularność



Podobne


Copyright©Karolina Wilczyńska, 2018

Copyright©Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Anna Stawińska / Quendi Language Services

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografie na okładce: HPepper / Shutterstock.com

Fotografia autorki: Studio Fot Molly Polly

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN978-83-7976-028-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

– Łukasz!

Tamara stanęła w drzwiach dworku i trzymając się za brzuch, usiłowała wyrównać oddech.

– Łukasz! Gdzie ty się podziewasz?! – krzyknęła po raz drugi.

– Jestem przecież. – Zbiegł po schodach i stanął przed kobietą, spoglądając na nią ze zdziwieniem. – Stało się coś?

– Gdybyś był tam, gdzie obiecałeś, to byś wiedział – odpowiedziała z wyrzutem.

– A tak konkretniej?

– Konkretnie to miałeś przypilnować rozładunku cegieł. – Odgarnęła kosmyk włosów opadający na twarz. – Ale oczywiście zapomniałeś.

– Nie zapomniałem, tylko stwierdziłem, że wymienię uszczelkę w kranie, bo kapie z niego. Sama mówiłaś, prawda? A skoro jeszcze nie przyjechali…

– Właśnie przyjechali – przerwała mu kobieta. – Nawet bardzo.

– Nie rozumiem…

– To wyjdź i zobacz – warknęła.

Łukasz wyminął ją i wyszedł na zewnątrz. Rzeczywiście, przed dworkiem stała ciężarówka wypełniona cegłami, a dwóch mężczyzn z papierosami w dłoniach opierało się o szoferkę, najwyraźniej czekając na dalsze dyspozycje.

– No i co teraz? – Tamara stanęła za plecami Łukasza.

– Teraz pójdę i im pomogę. We trzech wyładujemy to migiem. I będzie można zaczynać konkretną robotę. – Zaczął podwijać rękawy koszuli.

– Nie o tym mówię.

– A o czym? – zerknął przez ramię.

– Przecież oni zniszczyli mój klomb! – Tamara podniosła głos i wyciągnęła rękę z oskarżycielsko wysuniętym palcem. – Zobacz! Przejechali prawie przez środek!

Łukasz spojrzał we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, na okrągłym klombie dostrzegł wyraźny ślad grubej opony. Ale żeby zaraz na środku? Nabrał powietrza, żeby odpowiedzieć Tamarze, ale widząc jej spojrzenie, natychmiast zrezygnował z tego pomysłu.

– Poczekaj chwilkę – poprosił.

Zszedł ze schodków i ruszył w kierunku ciężarówki.

– Witam, panowie! – uniósł rękę w powitalnym geście. – To co? Kończycie papierosa i zaczynamy działać?

Podszedł do mężczyzn i zamienił z nimi kilka zdań. Tamci pokiwali głowami na znak zgody. Tamara przyglądała się wszystkiemu z daleka i nie wyglądała na zadowoloną.

– Miałam nadzieję, że powiesz im coś do słuchu! – sarknęła z wyrzutem, gdy Łukasz wrócił. – Przecież to się w głowie nie mieści!

– Chodź. – Ujął ją za łokieć i wprowadził do wnętrza.

Spokojnie, ale stanowczo zaprowadził kobietę na górę, po czym posadził na brzegu swojego łóżka.

– Poczekaj tu momencik.

Wrócił po chwili ze szklanką kompotu.

– Co to ma znaczyć? – chciała się podnieść, ale powstrzymał ją gestem.

– Spokojnie. – Usiadł obok i objął ją ramieniem. – Napij się. – Podał jej szklankę. – Połóż na chwilę, odpocznij. A ja wrócę po ciebie, kiedy już wszystko będzie zrobione.

– Ej, jak ty mnie traktujesz? – Tamara oburzyła się. – Jak dziecko?

– Nie – zaprzeczył. – Jak kobietę w siódmym miesiącu ciąży, która zbyt ciężko pracuje. Bardzo chciałbym, żebyś odpoczęła.

– Ja wcale nie jestem zmęczona – zaprotestowała. – Tylko zdenerwowana. Przecież prosiłam cię, żebyś dopilnował tego rozładunku. Ale ty masz w nosie to, co mówię i zawsze musisz robić wszystko po swojemu. A skutki widać gołym okiem! Cały klomb zdewastowany!

– Tamara, ja cię proszę, nie przesadzaj. Nie cały, jedynie kawałek i z pewnością uda się go naprawić.

– Tak, jasne! Jak mnie się coś nie spodoba, to od razu przesadzam! – wykrzykiwała. – Tylko że jakoś się nie zastanowiłeś, dlaczego tak mnie to denerwuje! A może mi zależy mi, żeby tu było ładnie? Już nie wspomnę o tym, że ten klomb był pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam w dworku. Właściwie Marysia zrobiła, ale ja jej pomagałam. I on jest dla mnie ważny… – urwała nagle.

Ostatnie zdania wypowiedziała płaczliwym tonem, a Łukasz zobaczył, że ma łzy w oczach. Westchnął i podrapał się po czole. Był nieco bezradny w obliczu zmiennych nastrojów ukochanej.

– Dobrze, zaraz pójdę i powiem im, co zrobili. O to ci chodzi?

– To nic nie zmieni. – Pokręciła z rezygnacją głową.

– No właśnie. Też tak uważam. Co się stało, to się nie odstanie. Okej, moja wina, bo nie stałem czterdzieści minut przed wejściem i nie czekałem na ich przyjazd. Nie wiem, co mogę zrobić, ale jeśli chcesz, postaram się pod twoim okiem naprawić jakoś ten klomb.

– Ani mi się waż go dotykać! – Tamara natychmiast odzyskała energię. – Poproszę Marysię i wszystko same zrobimy.

– Ale zanim wróci ze szkoły, możesz chyba odpocząć?

– Wolałabym przypilnować rozładunku…

– Co to, to nie! – zaprotestował tym razem Łukasz. – Ja ci zostawię kwiatki, a ty nie będziesz się wtrącać do cegieł, dobrze?

– No ale chciałabym…

– Tamara, ja cię proszę. – Popatrzył na nią poważnie i kobieta zamilkła. Znała to spojrzenie i wiedziała, że cierpliwość Łukasza się kończy.

– Dobrze, idź do tych… ludzi. – Machnęła ręką. – Tylko błagam cię, jak najdalej od klombu.

Pokiwał głową.

– Nie odważę się podejść do niego przez najbliższy rok, tego możesz być pewna.

– Ale sam powiedz, jak można nie mieć za grosz wrażliwości? Przecież widać, że coś rośnie, że robi klimat, jest piękne…

Ale mężczyzna już jej nie słuchał. Wskazał na szklankę z kompotem, potem na poduszkę i wyszedł.

Tamara została sama.

No tak, wszyscy traktują mnie jak jakąś rozhisteryzowaną babę – pomyślała, popijając śliwkowy napój. – Zupełnie tego nie rozumiem. Gdybym to samo powiedziała, nie będąc w ciąży, wszystkie uwagi przyjmowaliby bez żadnego „ale”. A tak? Jakby dziecko sprawiało, że moja zdolność racjonalnego myślenia i obiektywnych reakcji malały wraz z powiększającym się brzuchem. To jakiś absurd!

Odstawiła szklankę na stolik i stanęła w otwartym oknie. Popatrzyła na sosny i na żółknące liście młodych dębów. Odetchnęła głęboko. Było jeszcze dość ciepło, ale powietrze pachniało jesienią. Nic dziwnego, wielkimi krokami zbliżał się koniec października.

Lato minęło, jeszcze chwila i przyjdzie zima – pomyślała Tamara. – I będzie nas więcej. – Dotknęła brzucha. – Gdyby mi to ktoś powiedział w ubiegłym roku, nie uwierzyłabym… A tu już niedługo przywitamy maleństwo…

Poczuła ogromne wzruszenie i łzy napłynęły jej do oczu.

Chyba jednak jestem trochę niestabilna emocjonalnie. – Przełknęła ślinę i pociągnęła nosem. – Ale z klombem to miałam rację i już.

– Marysi jeszcze nie ma? – Ewa rozejrzała się po kuchni.

– Przecież wiesz, że nie. – Babcia Róża podniosła głowę znad robótki. – Ewuniu, ja cię doskonale znam, nie zapominaj o tym. Na pewno zauważyłaś, że jej kurtka nie wisi w sieni, a pytanie zadajesz tylko po to, żeby móc zrobić kilka uwag na temat mojego zachowania.

– Jaka ty jesteś domyślna, Różo. – Lekarka zdjęła z szyi apaszkę i powiesiła ją na oparciu krzesła. – Szkoda, że nie we wszystkich sprawach wykazujesz się taką mądrością.

– Wiesz, może zanim zaczniesz, zrobiłabyś nam herbaty?

– Oczywiście, zrobię – przytaknęła Ewa. – Ale tylko sobie. Tobie mogę zaparzyć melisę.

– Oho, to znaczy, że muszę się szykować na poważną rozmowę. – Babcia uniosła kąciki ust. – Dobrze, niech będzie melisa.

– Naprawdę, możesz sobie darować te uśmiechy – dodała z irytacją Ewa. – Kiedy tylko próbuję z tobą porozmawiać, mam wrażenie, że traktujesz mnie jak dziecko.

– To jedyny sposób, żeby uniknąć dyskusji, która niczego nie zmieni. – Staruszka znowu pochyliła się nad robótką.

– No właśnie. – Lekarka pokiwała głową i usiadła naprzeciwko babci. – Różo, ja wiem, że starasz się uniknąć rozmowy, ale już prawie dwa miesiące to odkładamy. A przecież jesteś mądrą kobietą i zdajesz sobie sprawę, że ona w końcu nastąpi.

– Teraz ty mówisz do mnie jak do dziecka. – Szydełko poruszało się szybko w palcach gospodyni. – Ale przypominam ci, że cierpię na serce, a nie na demencję.

– Wiesz, naprawdę trudno się z tobą rozmawia. – Ewa westchnęła. – Czasami mam ochotę dać za wygraną.

– To byłoby najlepsze wyjście – zgodziła się staruszka. – Obu nam oszczędziłoby to stresu.

– Różo, doskonale wiesz, że nie odpuszczę.

– Niestety wiem. Od dziecka byłaś uparta jak osioł.

– No wiesz! Tobie też niczego w tym względzie nie brakuje!

W drzwiach kuchni stanęła Marysia. Usłyszała ostatnie dwa zdania i parsknęła śmiechem.

– Pięknie! Chyba przyszłam w samą porę. Będziecie się kłócić?

– Odłożymy to na chwilę. – Róża się uśmiechnęła. – Najpierw odgrzeję ci obiad. – Chciała podnieść się z krzesła, ale Ewa powstrzymała ją gestem.

– Marysiu, czy ty pozwalasz, żeby babcia podawała ci jedzenie? – popatrzyła surowo na wnuczkę.

– No skąd! – zaprotestowała nastolatka. – Ale babcia się nie poddaje i codziennie próbuje. Zresztą i tak nie jestem głodna. Zjadłam na mieście. Później sobie coś odgrzeję, a na razie idę do siebie, bo mam jutro sprawdzian i muszę zajrzeć chociaż do zeszytu.

Zakręciła się na pięcie, chwyciła jabłko leżące na kredensie i uśmiechnęła się do kobiet.

– Znikam. Możecie kłócić się dalej.

Ewa i babcia Róża popatrzyły na siebie.

– Sama widzisz, jak to wygląda. – Lekarka ściągnęła usta, okazując swoje niezadowolenie. – Ona nie może codziennie dojeżdżać stąd do szkoły. Popatrz, za oknem już ciemno. Kiedy wychodzi rano też jest ciemno. Wraca zmęczona, je byle gdzie.

Kobieta wstała i postawiła czajnik na kuchence. Wyjęła z szafki dwa kubki, i czekając, aż woda się zagotuje, mówiła dalej:

– Różo, ona jest w klasie maturalnej. Powinna się dużo uczyć, szczególnie, jeżeli chce zdawać na medycynę. Nie może połowy dnia spędzać w autobusach. Zaraz przyjdzie zima, spadnie śnieg i będzie jeszcze gorzej…

– Myślisz, że o tym nie wiem? – babcia odłożyła robótkę na krzesło stojące obok. – Wiele razy nakłaniałam ją, żeby zamieszkała w Kielcach, u ciebie, ale w ogóle nie chce o tym słyszeć. Uparła się i już. Chce pilnować mnie i Tamary.

– Bo jest odpowiedzialna – stwierdziła Ewa. – Ma to po mnie. Dlatego dopóki nie będzie pewna, że obie jesteście pod dobrą opieka, to nie ustąpi.

– Przecież i tak nie ma jej przez cały dzień. – Babcia Róża pokręciła głową. – A ja sobie doskonale daję radę.

– Równie doskonale mogłabyś sobie radzić u nas. – Ewa postawiła na stole kubki z parującym napojem. – I Tamara również. A to biedne dziecko wreszcie miałoby spokojną głowę i warunki do nauki.

– Ewuniu, ja wiem, że ty teraz próbujesz grać na moich uczuciach. Przecież też wolałabym, żeby Marysia nie dojeżdżała do szkoły. Ale zdania nie zmienię i nigdzie się stąd nie wyprowadzę.

– Ja naprawdę nie mam pojęcia, jak z tobą rozmawiać. – Ewa rozłożyła ręce. – Już ta ucieczka ze szpitala była szalonym pomysłem. A zima tutaj, gdzie trzeba palić w piecu, to już naprawdę głupota. Może chociaż na kilka miesięcy przeniesiesz się do nas? A wiosną, kiedy zrobi się ciepło, a ty poczujesz się lepiej, wrócisz tutaj, jeśli będziesz nadal chciała…

– Wiesz równie dobrze jak ja, że lepiej to już się czuła nie będę. – Babcia Róża przysunęła do siebie kubek. – Więc nie próbuj mi mydlić oczu. Jeżeli martwisz się o wnuczkę, to ją przekonuj. Ja sobie daję radę, widzisz przecież. Łukasz obiecał, że zadba o drewno, a kilka kawałków dorzucić do pieca jeszcze potrafię. Nawet dobrze mi zrobi ruch, sama mówiłaś, że najgorsze jest leżenie, prawda?

– Ale twoje ciśnienie pozostawia wiele do życzenia. Wciąż jest zbyt wysokie.

– Jeżeli dalej zamierzasz mnie tak denerwować, to będzie jeszcze wyższe – ucięła dyskusję babcia Róża. – Ewuniu, ja wiem, że ty chcesz dobrze dla wszystkich, ale proszę, zrozum mnie wreszcie. Ja tu przeżyłam prawie całe życie i tutaj chcę umrzeć.

– Różo!

– Nie oburzaj się. W końcu jesteś lekarzem i wiesz, że ludzkie życie zawsze ma swój koniec. Można je przedłużyć, ale nie w nieskończoność. Tylko, czy warto żyć dłużej i być nieszczęśliwym, czy może krócej, ale za to z poczuciem, że jest się zadowolonym?

– Z medycznego punktu widzenia…

– A z ludzkiego? – przerwała jej staruszka.

– Z ludzkiego to chciałabym, żeby było ci jak najlepiej. – Ewa zamrugała szybko oczami, jak zawsze, gdy usiłowała nie dopuścić do pojawienia się w nich łez.

– Wiem, dziecko. – Róża poklepała ją po dłoni. – I właśnie dlatego spróbuj zrozumieć, że najlepiej mi tutaj, w moim domku.

Lekarka pokiwała głową.

– W takim razie porozmawiam z Marysią – powiedziała.

– Możesz spróbować. – Staruszka pokiwała głową. – Ale nie wróżę ci sukcesu. Ona jest nie tylko odpowiedzialna, ale i uparta. To ostatnie też ma po tobie.

Ewa zmarszczyła czoło, ale nie zaprotestowała.

– Powiedziałam ci, że do niczego dzieci zmuszać nie będę. – Kasia nerwowo stukała paznokciami o blat swojego stolika.

– Nie interesuje mnie, co zrobisz, ale prawo jest po mojej stronie. – Jarek nie zamierzał się poddawać. – Mam to na papierze, z pieczątką sądu. Dzieci mogę widywać, a ty nie utrudniaj, bo będziesz miała problemy.

– Człowieku, czy ja coś utrudniam?

– Na to mi wygląda.

– To źle patrzysz. Weź się lepiej zastanów, czyja to wina, że chłopcy nie chcą się z tobą widzieć.

– No raczej nie moja – stwierdził stanowczo Jarek. – Do restauracji ich zabieram? Zabieram. Na wakacje wyjechali? Wyjechali. Ty byś im na pewno tego nie zafundowała. Jeszcze chyba tyle na piłowaniu pazurów nie zarabiasz, nie?

– Jarek, ja się z tobą licytować nie zamierzam. Trzeba było ich widzieć, jak wrócili z tych cudownych wakacji. – Kaśka starała się zachować spokój, ale czuła, że na samo wspomnienie tamtych chwil wzbiera w niej złość.

– Źle nie mieli – stwierdził Jarek. – A że trochę ich po męsku potraktowałem, to chyba dobrze. W końcu od tego jest ojciec, a z nich mężczyźni mają wyrosnąć, a nie jakieś lelum polelum.

– Dobra, szkoda czasu na takie dyskusje. – Kobieta nerwowo przesuwała buteleczki z lakierami. – Nie chcą się z tobą spotykać i tyle. Ja ich nie będę zmuszała.

– No raczej będziesz musiała.

– Ani mi się śni! – Kaśka nie wytrzymała. – Dla mnie dzieci są najważniejsze i jak nie chcą przebywać z tobą i twoją nową koleżanką, to nie i już.

– A, tu cię boli! – były mąż roześmiał się tubalnie. – Że inna ze mną jest i z luksusów korzysta. Od razu się domyśliłem, skąd te twoje humorki. No ale co ja ci poradzę? Jak chciałaś, tak masz!

– Człowieku, tobie się chyba w głowie pomieszało – odparła z oburzeniem Kaśka. – W nosie mam to, z kim się prowadzasz.

– No to dlaczego dzieciaki przeciwko mnie nastawiasz?

– Ja?

– A co? Same z siebie by takich rzeczy nie wymyślały. Pewnie im tam razem z matką do głowy jakieś bzdury wkładacie. Ale żebyś wiedziała, że ja na to nie pozwolę, słyszysz?

Kaśka nie odpowiedziała. Bo co miała mówić? Przecież i tak mu nie wytłumaczę, więc szkoda język strzępić – pomyślała.

– I daję ci dwa tygodnie. Chłopaki mają do mnie zadzwonić i przeprosić. A jak nie, to ja sprawę zgłaszam i spotkamy się w sądzie. Już prawnika pytałem i za utrudnianie kontaktów z dziećmi mogę cię zaskarżyć w każdej chwili.

– No to zaskarż – odpowiedziała zrezygnowanym tonem.

Przez okno zobaczyła, że nadchodzi następna klientka. Kaśka chciała więc jak najszybciej zakończyć rozmowę, żeby jej sprawy z byłym mężem nie stały się tematem plotek krążących po całej wsi.

– I tak zrobię – obiecał stanowczo Jarek. – Bo ja ci nie odpuszczę, możesz być pewna.

– W to nie wątpię. A teraz muszę kończyć, jestem w pracy.

W odpowiedzi usłyszała szyderczy śmiech, więc po prostu się rozłączyła. Miała ochotę się rozpłakać. Ze złości i z żalu. Pochyliła głowę nad lakierowanym na biało blatem, odsunęła szufladkę i udawała, że czegoś szuka.

– Hej, nie przejmuj się. – Poczuła na ramieniu dłoń Dorotki.

– Wcale się nie przejmuję – odpowiedziała zduszonym głosem.

– Przecież widzę.

– Daj spokój, zaraz będzie tu pani Hanka, nie mam czasu – próbowała opanować emocje.

– Spokojnie, weszła jeszcze do sklepu spożywczego. Chwilę tam posiedzi, znasz ją. – Fryzjerka uśmiechnęła się. – Musi zebrać najnowsze wiadomości.

– No tak. – Kaśka pokiwała głową. – I spóźni się, jak zawsze. A potem następna klientka będzie musiała czekać.

– Nic na to nie poradzisz. – Dorotka wzruszyła ramionami. – Ale dzięki temu zyskamy pięć minut na szybką kawkę.

– Mnie się i bez kawy już ciśnienie podniosło. – Kaśka uśmiechnęła się blado.

– Słyszałam. – Koleżanka pokiwała głową. – Nie, żebym podsłuchiwała, ale wiesz, nie mówiłaś cicho, a reszty się domyśliłam.

– No to ci nie muszę opowiadać.

Przeszły na zaplecze i Kaśka nalała sobie wody.

– Naprawdę nie wiem, co ja mam robić – mruknęła. – Wiesz, Jarek się zawziął. Naprawdę gotowy jest oddać sprawę do sądu.

– No ale przecież to nie twoja wina.

– Nie moja, ale trzeba to będzie udowadniać. Dzieciaki do psychologa prowadzać, rozumiesz?

Fryzjerka pokiwała głową.

– A wiesz, co mnie jeszcze wkurza? – Kaśka popatrzyła na koleżankę ze smutkiem. – Że on tylko z chłopakami chce się spotykać. A przecież ma jeszcze córkę. Nawet raz o nią nie zapytał, rozumiesz? Jakby nie istniała. Ja tego nie mogę pojąć!

Otarła oczy i pokręciła głową.

– Nie wiem, jak to będzie.

– Na pewno dobrze będzie. – Dorotka objęła ją ramieniem. – Zobacz, jak sobie radzisz bez niego. Masz pracę, zrobiłaś prawo jazdy – wszystko sama. Skoro się od takiego tyrana potrafiłaś uwolnić, to i z resztą sobie poradzisz – pocieszała koleżankę. – Poza tym masz przecież wsparcie, prawda?

Obie wiedziały, o kim myślała. Kaśka czuła, że fryzjerka nie mówi tego złośliwie, bo od dawna po cichu kibicowała jej i Tomkowi.

– Może i masz rację. – Spojrzała niepewnie na Dorotkę. – Może jakoś wszystko się ułoży.

– Na pewno.

Kaśka chciała podziękować koleżance za wsparcie, ale w tym momencie zadźwięczał dzwoneczek powieszony przy drzwiach.

– A co to? Umarli wszyscy czy jak? – usłyszały głos pani Hanki.

– Już idę! – krzyknęła i odstawiła kubek do zlewozmywaka.

Uśmiechnęła się więc tylko z wdzięcznością do Dorotki i wyszła z zaplecza.

– To co dzisiaj robimy? – zapytała klientkę.

– Takie same jak ma kierowniczka w Lewiatanie. – Pani Hanka była zdecydowana. – Wie pani, żeby się tak mieniły.

– Syrenki. – Kaśka pokiwała głową. – Już robimy.

Jadwiga nie potrafiła odpoczywać. Może dlatego, że nigdy nie miała na to czasu? Zawsze było coś do zrobienia, zresztą przy tylu dzieciach to nic dziwnego. Poza tym zajmowała się domem i pracowała, więc jedynym odpoczynkiem, jaki znała, był sen. A i na ten nie zawsze mogła liczyć, bo Tadeusz, wiadomo, wracał czasem w środku nocy.

Teraz, kiedy mogła już mieć czas dla siebie, też jakoś nie potrafiła siedzieć bezczynnie. Nie lubiła marnować ani chwili.

– Mamo, odpocznij sobie – mówiła Tereska.

– Jadziu, przecież możesz się położyć i poleżeć – proponował Roman, kiedy narzekała na bolący krzyż lub kolana.

– W grobie sobie odpocznę – powtarzała wtedy swoje powiedzonko i wynajdywała kolejne zajęcia. A widząc pełne dezaprobaty spojrzenia, wzruszała ramionami i dodawała: – Lenistwo to grzech. Jeszcze nikomu nic z leżenia nie przyszło.

Tego dnia też nie zamierzała odpoczywać. Usmażyła całą stertę naleśników i ugotowała kapuśniak, więc czas, jaki jej pozostał do powrotu dzieci ze szkoły, postanowiła wykorzystać na przygotowanie zapasu kwiatów z bibuły.

Małgorzata już kiedyś sugerowała jej, że powinna zacząć robić gwiazdy betlejemskie, bo wkrótce rozpocznie się sezon świąteczny. Jadwiga postanowiła posłuchać tej rady. Wiedziała, że za kilka dni przyjdzie czas wytężonej pracy. Miała już całkiem sporo zamówień na wiązanki i stroiki. W końcu Święto Zmarłych za pasem – pomyślała, układając na stole potrzebne materiały.

Cieszyła się, gdy ludzie doceniali jej umiejętności. Odkąd skończyła kurs florystyczny, nabrała więcej pewności siebie i już nie bała się tak bardzo, że jej bukiety mogą się komuś nie spodobać. Małgorzata reklamowała ją, jak tylko mogła, a dla wielu osób rekomendacja żony wójta wiele znaczyła. I dzięki temu wszystkiemu Jadwiga miała zapewniony bardzo pracowity tydzień. Nie martwiła się tym jednak, bo przewidywany zarobek chciała przeznaczyć na zimowe ubrania dla dzieci.

Wreszcie będą miały porządne kurtki i buty – pomyślała z radością.

Kolejne bibułowe listki wychodziły spod jej sprawnych palców, a ona łączyła je, tworząc zimowe kwiaty. Lubiła to zajęcie, zawsze dawało jej radość, a od jakiegoś czasu także dodatkowe pieniądze. Jadwiga uśmiechała się sama do siebie i gładziła każdą skończoną łodyżkę przed odłożeniem do wazonu.

– Jakie to ładne! – usłyszała męski głos. – Jak prawdziwe. Z daleka w ogóle bym nie odróżnił, które są twoje, a które z mojej szklarni.

– Ale mnie wystraszyłeś! – pokręciła głową. – W ogóle nie słyszałam, jak wchodzisz.

– Bo gdy się tymi kwiatami zajmujesz, świata poza nimi nie widzisz. – Roman podszedł do Jadwigi i pocałował ją w policzek.

– No co ty! – rozejrzała się spłoszona.

– Jadziu, przecież nikogo tu nie ma. – Mężczyzna roześmiał się. – A ty się czerwienisz jak nastolatka.

– No bo tak jakoś nie wypada… – tłumaczyła zawstydzona Jadwiga. – Jakby ktoś zobaczył, byłoby gadania na całe Jagodno.

– A jak na wczasy pojechaliśmy, to nie było?

– Żebyś wiedział, że nie było. Bo nikt nie wiedział. Zresztą czego oczy nie widzą…

Mężczyzna pokręcił głową.

– Pojąć tego nie mogę. Co kogo obchodzi, że ja cię całuję? Albo że przytulić chcę, czy objąć? Przecież to normalne, ludzkie…

– Może i tak, ale wiesz, jak jest. Będą gadać i ust im nie zamkniesz. A ja nie chcę, żeby potem dzieci się wstydzić musiały. Już dosyć miały w życiu powodów, żeby oczy spuszczać. Ja im dokładać nowych zmartwień nie zamierzam.

– A czego miałyby się wstydzić? – mężczyzna zmarszczył brwi. – Że ich matkę ktoś uszczęśliwia? To chyba radość jest, co?

– Radość radością, ale takie rzeczy bez ślubu nie przystoją. O, i tyle. – Jadwiga nerwowo skręcała w palcach kawałek czerwonej bibuły.

– Jeśli tylko o to chodzi, to przecież ja się całkowicie z tobą zgadzam.

– Nie rozumiem?

– Jadziu, moja droga. – Roman zbliżył się do kobiety i położył dłonie na jej drobnych ramionach. – Coś mi się wydaje, że ty dobrze rozumiesz, o czym mówię. Zresztą i ja uważam, że czas najwyższy.

– Na co niby?

– Na ślub. Nasz. O tym przecież rozmawiamy.

– Romek, ty chyba zwariowałeś! – zrobiła krok w tył i popatrzyła na mężczyznę z przerażeniem.

– Może i zwariowałem, ale tylko na twoim punkcie. Zresztą od dawna o tym myślę, ale nie byłem pewien, czy to nie za wcześnie. A teraz, skoro mówisz, że chcesz, ja z ochotą stanę z tobą przed ołtarzem. Jestem kawalerem, ty wdową, więc przeszkód żadnych nie widzę…

– Roman, ty sobie nawet tak nie żartuj!

– Ani mi w głowie żarty – zaprzeczył mężczyzna. – Wiem, że powinienem z kwiatami i na kolanach, ale wszystko będzie, Jadziu kochana, tylko przecież nam tak samo teraz w rozmowie wyszło… Najważniejsze, że chcesz i się zgadzasz. Już wiem, co robić.

– Ale ja się nie zgadzam! – Jadwiga energicznie pokręciła głową.

– Jak to? – Roman był zaskoczony. – Przecież sama mówiłaś przed chwilą…

– No mówiłam, ale tak ogólnie. Bo dla nas jest za wcześnie. – Popatrzyła na mężczyznę przepraszająco. – Romek, zrozum, ja nie wiem, czy chcę znowu mieć męża. Trochę się boję, jak by to było i w ogóle. Przecież wiesz…

Roman poczuł się urażony. Nie samą odmową, ale tym, że Jadwiga potraktowała go tak, jakby był taki sam jak jej zmarły mąż. A przecież chyba nie dał jej powodu do takich obaw. Robił wszystko, co mógł, żeby ją wspierać, pomagać jej i dzieciom. Czy nie zasłużył na zaufanie?

– Oczywiście, ja się narzucać nie będę. I zmuszać cię do niczego nie zamierzam – powiedział spokojnie, starając się nie okazać złości i rozczarowania.

– Romek, ty się nie gniewaj…

– Nie gniewam się – przerwał jej. – Ale muszę iść, mam robotę w szklarni. Wpadłem tylko zobaczyć, czy u ciebie wszystko w porządku.

Widział, że Jadwiga posmutniała, ale w tej chwili jego własne emocje wzięły górę.

– Powiedz Igorowi, żeby wpadł, bo obiecał, że pomoże. Do widzenia.

Pokiwała głową i w milczeniu patrzyła, jak mężczyzna wychodzi.

Wiedziała, że dotknęły go jej słowa, ale nie umiała inaczej. Za bardzo się bała – ludzkiego gadania, tego, co dzieci powiedzą. Naprawdę nie wiedziała, czy to dobry pomysł, żeby znowu zostać żoną. Bo przecież Tadeusz też na początku był dobry, dopiero potem się zmienił. I właśnie tej zmiany bała się najbardziej.

– I po co oni tam dłubią? – Panna Zuzanna stanęła obok Tamary, wskazując laską w stronę koparki, która od rana wykopywała ziemię w miejscu dawnych stajni.

– Pomyśleliśmy, że skoro już budujemy, to warto od razu zrobić niewielkie piwnice. Przynajmniej pod częścią pokoi – wyjaśniła Tamara. – Będzie miejsce na drewno, może na przetwory… Zawsze się przyda dodatkowa powierzchnia, prawda?

Hrabianka wzruszyła ramionami.

– Nigdy nie było piwnicy i jakoś dawałyśmy radę. A to przecież dodatkowe koszty. Mało wydatków będziecie mieli?

– Panno Zuzanno, przecież mamy inwestora. – Kobieta uśmiechnęła się. – Damy radę, zapewniam.

– No to jak tam sobie chcecie. – Staruszka stuknęła laską o schodek. – Tylko trzeba ich pilnować, żeby fundamentów dworku nie podkopali.

– Właśnie pilnuję – zapewniła Tamara.

– I to mi się wcale nie podoba. – Panna Zuzanna jak zwykle bez ogródek wyrażała swoją opinię. – Bo ciężarna powinna własnego brzucha doglądać, a nie budowy.

– Bez przesady. Przecież siedzę sobie na słoneczku, otulona kocykiem i tylko patrzę. Nie róbcie ze mnie kaleki – oburzyła się Tamara. – Dla dziecka to dobrze. Świeże powietrze i w ogóle…

– Tak, szczególnie w tych oparach od koparki – mruknęła hrabianka. – Ale co ja tam wiem. – Machnęła ręką i weszła do dworku.

Tamara westchnęła. Była bardzo wdzięczna wszystkim za troskę o nią i dziecko, ale chwilami miała wrażenie, że nie wytrzyma tego dłużej.

Przecież gdybym mieszkała w Kielcach, to każdego dnia wdychałabym spaliny – pomyślała. – Kobiety tak żyją, normalnie pracują i rodzą zdrowe dzieci.Te wszystkie uwagi tylko mnie irytują, a to chyba gorsze niż koparka.

Pogłaskała się po brzuchu przykrytym seledynowym kocem.

Już ci współczuję – skierowała myśli do dziecka. – Przecież jak się urodzisz, to ci spokoju nie dadzą te wszystkie babcie i ciocie.

– Co ja widzę? – męski głos wyrwał ją z zamyślenia. – Samowola budowlana w środku lasu?

Spojrzała w kierunku, z którego dobiegały słowa i zobaczyła Szymona. Przez warkot koparki nie usłyszała, jak nadchodził.

– Chyba nie zdajecie sobie sprawy, co robicie. – Leśniczy stanął w rozkroku i położył ręce na biodrach. – Drogo was to będzie kosztowało, zapewniam.

– O czym pan mówi? – Tamara podniosła się z fotelika, nie zwracając uwagi na koc, który spadł prosto na piaszczysty podjazd.

– A pani udaje, że nie rozumie? – nawet nie próbował ukrywać triumfującego uśmieszku. – Takie struganie wariata raczej sądu nie przekona.

– Jakiego sądu?

– Normalnego. Zaczynacie sobie kopać w środku lasu, bez zgłoszenia, bez zezwolenia i uważacie, że to się uda?

Tamara poczuła, jak w gardle rośnie jej ogromna kula.

– To nie jest żadna budowa – powiedziała. – Po prostu odbudowujemy stare pomieszczenia i adaptujemy je do nowych celów.

– Ładna bajka. – Leśniczy pokręcił głową. – Ale nie przejdzie. Nie ze mną takie numery. – Podszedł bliżej i stanął przed kobietą. – Wiedziałem, że w końcu znajdę coś na was. To była kwestia czasu – wycedził, patrząc jej prosto w oczy. – Jestem cierpliwy. No i warto było, doczekałem się. – Przeniósł spojrzenie na koparkę, a potem z powrotem na Tamarę. – Kiedy tylko przywieźli te cegły, od razu poczułem, że coś się święci. No i zrobiłem kilka zdjęć tego, co tu było wcześniej. Tylko żadnych zabudowań jakoś tam nie widać.

Tamara zrozumiała, że przez tego człowieka wszystkie jej plany za chwilę legną w gruzach. Poczuła, że brakuje jej tchu, zaczęła nerwowo łapać powietrze. Chwyciła się poręczy fotela.

– Wynocha stąd! – Łukasz wyszedł zza rogu i wystarczył mu jeden rzut oka, żeby ocenić sytuację. – Chyba już raz cię wyrzuciłem?! Nie zrozumiałeś?!

– W pracy jestem. – Szymon wskazał na swój ubiór. – Las obchodzę, mam prawo. I gówno mi możesz zrobić – ostatnie zdanie wypowiedział z wyraźną satysfakcją.

– To obchodź przy okazji ten dworek z daleka. – Łukasz stanął między Szymonem a Tamarą. – Bo jak cię tu następnym razem zobaczę, to na słowach się nie skończy.

– Grozisz mi? – warknął leśniczy. – Lepiej uważaj! Ani się obejrzysz, a będziesz musiał łopatą wszystko zasypać. – Wskazał na wykopy. – Bo na koparkę to już cię raczej nie będzie stać.

– Won! – rzucił krótko Łukasz.

– Taki jesteś hardy? – Szymon uśmiechnął się ironicznie. – Już niedługo! Bo ja wam tę budowę zablokuję! – popatrzył na nich wzrokiem pełnym nienawiści.

Łukasz zrobił krok do przodu, zmuszając leśniczego do cofnięcia się. Zaciśnięte pięści były jednoznacznym komunikatem dla nieproszonego gościa. Ten natychmiast zrozumiał, że Łukasz nie żartuje.

– Niedługo się spotkamy. – Szymon wydął pogardliwie usta. – Nie odpuszczę, zapamiętaj sobie!

Ponieważ Łukasz nie odpowiedział, mężczyzna rzucił jeszcze nienawistne spojrzenie w kierunku Tamary, włożył ręce do kieszeni i odszedł w głąb lasu.

– Dobrze się czujesz? – Łukasz natychmiast odwrócił się w stronę ciężarnej, która z powrotem opadła na fotel.

– On naprawdę to zrobi – jęknęła. – Wszystko zniszczy.

– To tylko groźby, nie przejmuj się. – Przykucnął obok i uspokajająco gładził jej dłoń.

– Łukasz, przecież on ma rację. To nie żadna odbudowa czy remont. Wiemy o tym doskonale. A słyszałeś, że nie odpuści. I wygra – dodała zrezygnowana.

– Coś wymyślimy.

Pokręciła z powątpiewaniem głową. Wizja gościnnych pokoi znowu stała się nierealna. A teraz jeszcze groziły im jakieś kary. Czuła, że Szymon postara się, aby były jak najwyższe. To będzie koniec Stacji Jagodno – pomyślała.

Marysia nie spodziewała się, że zobaczy Kamila. Wyjechał do Krakowa pod koniec września i chociaż spotkali się kilka razy, było między nimi jakoś inaczej. Nie wiedziała, o co dokładnie chodziło, nie umiałaby tego określić, ubrać w konkretne słowa, ale czuła, że coś się zmieniło. I tylko nie mogła stwierdzić, czy to w niej, czy może w nim.

Niechętnie przyznawała się do tego nawet przed samą sobą, ale poczuła coś w rodzaju ulgi, kiedy wyjechał. Gdy przebywał daleko, łatwiej im się rozmawiało. Może dlatego, że były to rozmowy o niczym, takie zwyczajne wymiany informacji. Nic bardziej osobistego, przynajmniej z jej strony. Jakoś nie potrafiła mówić o miłości. I nie chciała.

Kamil opowiadał o nowych profesorach, o koncertach, na które się wybierał, ale ani słowem nie wspominał wakacyjnego wyjazdu. Marysia też nie opowiadała mu o czasie spędzonym bez niego. Jakby oboje chcieli zapomnieć o tamtym okresie. Jednak dziewczyna czuła, że to udawanie obojgu przychodzi z trudem i męczy ich.

Tęskniła za dawnymi chwilami, za bliskością nieobarczoną żadnym niedomówieniem. Wspominała czas, kiedy rozmawiali bez żadnego skrępowania, kiedy każdy dotyk był spontaniczny i szczery, a śmiech nie zamierał, zanim jeszcze wydobył się z gardła. Brakowało jej tego wszystkiego, ale nie wiedziała, co zrobić, żeby wróciło. I bała się, czy to w ogóle będzie możliwe.

Kamil nie mówił, że wybiera się do Kielc, więc kiedy zobaczyła chłopaka czekającego pod szkołą, zamiast fali radości po raz kolejny przyszła fala smutku.

– Nie uprzedzałeś, że przyjedziesz – powiedziała z nutką pretensji w głosie.

– Przepraszam. – Chłopak uśmiechnął się. – Nie wiedziałem, że powinienem. Chciałem ci zrobić niespodziankę. Nie cieszysz się?

– Cieszę, ale jestem zaskoczona.

– A może masz inne plany?

– Mam korepetycje z chemii. Mówiłam ci, ale pewnie zapomniałeś.

– Nie zapomniałem. Tylko wydawało mi się, że dopiero o szesnastej.

– No tak – przyznała.

– W takim razie mamy prawie dwie godziny. Dasz się zaprosić na naleśniki?

Pokiwała głową.

Poszli do „Pani Naleśnik”, małego bistro mieszczącego się uliczkę niżej niż szkoła Marysi. Jadała tam często, bo chociaż zgodnie z nazwą specjalizowali się w tej popularnej potrawie, to podawali ją na tyle sposobów, że chyba jeszcze nie zdołała spróbować każdego.

– Na słodko? – zapytał Kamil.

– Tak. Może być rafaello.

Złożyli zamówienie i zajęli mały stolik pod oknem. Marysia obserwowała gołębie siedzące na gzymsie opuszczonej kamienicy po drugiej stronie ulicy Słowackiego i zastanawiała się, dlaczego nie potrafi tak jak kiedyś cieszyć się z obecności chłopaka.

– Widzę, że mnie nie słuchasz. – Kamil położył rękę na jej dłoni.

Drgnęła.

– Przepraszam, zamyśliłam się.

– Ostatnio często jesteś zamyślona. A może ja cię po prostu nudzę?

– Nie, to nie tak – zaprzeczyła.

– A jak?

Nie odpowiedziała. Miała nadzieję, że chłopak nie będzie dalej dopytywał. Niestety, chyba nie zamierzał dać za wygraną.

– No to co? Zdradzisz mi, o czym tak rozmyślasz? – uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że nie o innym chłopaku?

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Cóż, ostatnio nie masz dla mnie zbyt wiele czasu…

– Przecież wiesz, że muszę się uczyć. Chodzę na dodatkowe lekcje, dojeżdżam codziennie z Borowej…

– Jasne, jasne. Wiem. Ale czuję, że coś jest nie tak.

A więc on też – pomyślała Marysia.

– Dlatego pytam, tak serio – kontynuował z poważną miną. – Chodzi o jakiegoś chłopaka?

– Raczej o dziewczynę – odpowiedziała bez namysłu, bo uraziło ją przypuszczenie Kamila. Czyżby podejrzewał ją o zdradę? To nie byłoby w porządku, szczególnie, że ona zawsze była fair, nawet kiedy wyjechał bez niej i miał okazję, żeby… Zresztą nie o to chodziło. Bardziej o to, że nie miał do niej zaufania.

– Jaką dziewczynę? – zrobił zdziwioną minę.

Niepotrzebnie to powiedziałam – pomyślała Marysia. – Przecież wiadomo było, że tak zareaguje. Albo naprawdę nic nie rozumie, albo udaje głupiego.

– To w sumie nieważne. – Machnęła ręką.

– A co jest ważne?

– Może to, że na odległość trudno ze sobą być?

– Tak uważasz? Dla mnie to nie problem.

No pewnie! – pomyślała. – Nawet ci na rękę, bo możesz spotykać się z koleżankami.

– A dla mnie tak. – Postanowiła być szczera.

– I co w takim razie zamierzasz? – popatrzył na nią uważnie.

– Nie zastanawiałam się jeszcze nad tym – przyznała. – Ale może dobrze byłoby dać sobie trochę czasu?

– Mamy się rozstać?

– Nie myślałam aż tak… – Trochę wystraszyła ją tak ostateczna wizja. – Chodziło mi o to, że muszę się zastanowić, czy…

– Dobrze, więc zastanów się. – Pokiwał głową. – Ale nie za długo.

– Postaram się.

– Wiem, że czasami trudno się zdecydować, ale…

– To nie ja powinnam się zdecydować. – Znowu nie udało jej się powstrzymać emocji. – Jejku, jaki ty jesteś głupi!

Wstała gwałtownie i zostawiła przy stoliku chłopaka zdziwionego jej wybuchem. W drodze do drzwi minęła się z kelnerką niosącą ich zamówienie. Nawet się nie zatrzymała. Rafaello ze słonymi łzami na pewno by jej nie smakowało.

– Dzień dobry! Halo! Jest tu ktoś?!

Tamara niechętnie podniosła się z łóżka i wyszła z pokoju. Od rana dokuczał jej ból kręgosłupa i wyjątkowo pozwoliła, żeby Łukasz zajął się doglądaniem pracowników. Wiedziała, że zaplanował przygotowanie drewna, które poprzedniego dnia przywieziono i zrzucono za dworkiem, dlatego starała się nie okazać niedyspozycji. Jednak ból ją pokonał.

– Nie przesadzaj – skwitował jej wątpliwości Łukasz. – Będę sobie rąbał spokojnie, a co jakiś czas zajrzę na budowę. Przecież nie zaleją betonem całego dołu, mają szalunki. Zresztą to ekipa od Piotra, więc chyba wiedzą, co robią.

Te słowa uspokoiły ją i z ulgą wyciągnęła się na łóżku Łukasza. Niestety, nie dany jej był zbyt długi odpoczynek. Teraz stanęła u szczytu schodów i spojrzała na przybyłych.

Nie miała pojęcia, kim są.

– Witam państwa – powiedziała głośno, żeby zwrócić ich uwagę. – W czym mogę pomóc?

– Przychodzimy z urzędu gminy. – Młoda dziewczyna podniosła głowę i spojrzała w jej kierunku.

Tamara poczuła, że jej serce przyspieszyło. Widać, Szymon szybko zadziałał – pomyślała. – Już przysłali jakąś kontrolę.

Nawet nie przyszło jej do głowy, że przecież leśniczy nie podlegał pod administrację gminną. Zadziałało pierwsze skojarzenie. Starając się powstrzymać drżenie kolan, zeszła do hallu.

– Co państwa sprowadza? – zapytała z pozornym spokojem.

– Nazywam się Monika Chłopek, pracuję w Wydziale Promocji – przedstawiła się z wyraźną dumą dziewczyna. – Przygotowujemy materiały promocyjne i razem z panem Hubertem realizujemy istotną część tego projektu. Liczymy na współpracę mieszkańców, tym bardziej, że nasza praca z pewnością przyczyni się do lepszego postrzegania gminy w całym kraju, a także poza jego granicami.

Tamarę zamurowało. Słuchała tego, co wydobywało się z gardła dziewczyny, ale zalana potokiem słów nie mogła wyłowić z nich sedna wypowiedzi.

– Bardzo przepraszam, pani Moniczka jest bardzo przejęta swoją misją i czasami trochę ją ponosi. – Mężczyzna towarzyszący urzędniczce wysunął się na pierwszy plan i skłonił głowę. – Jestem Hubert Barszczyński, fotograf.

Tamara odetchnęła z ulgą. A więc nie przychodzili w sprawie budowy!

– Bardzo mi miło. – Wyciągnęła rękę do przybysza.

– Mnie również. – Mężczyzna uśmiechnął się i uścisnął podaną dłoń.

Przedłużył uścisk kilka sekund dłużej, niż to było konieczne i Tamara poczuła się niezręcznie.

Zmierzyła go krótkim spojrzeniem. Wysoki, postawny, na oko kilka lat po czterdziestce, sprawiał wrażenie sympatycznego. Sportowa koszula z kieszeniami na przodzie i zielone bojówki w połączeniu z dużym aparatem wiszącym na szyi tworzyły dość stereotypowy wizerunek szalejącego reportera. Tamara nie przepadała za takimi typami. Poznała ich wielu podczas pracy w agencji i zazwyczaj po jakimś czasie wychodziło na jaw, że mają lepszy wygląd niż umiejętności. No, ale tego nigdy się nie wiedziało, dopóki się nie sprawdziło.

– To co mogę dla państwa zrobić?

– Właściwie niewiele, a zarazem bardzo dużo. – Fotograf uśmiechnął się. – Jak już pani Moniczka wspomniała, robimy materiały promocyjne, a konkretnie album fotograficzny. Chciałbym pokazać Jagodno współczesne, ale także historyczne. Rozumie pani? Takie połączenie tradycji z nowoczesnością…

– Tak, wiem, o czym pan mówi – przerwała mu, bo kręgosłup znowu dał o sobie znać. – Zajmowałam się reklamą zawodowo.

– Czyli bez problemu się zrozumiemy. – Kolejny uśmiech fotografa skierowany do Tamary wywołał nieoczekiwanie gwałtowną reakcję jego towarzyszki.

– Pan Hubert jest doskonałym fachowcem. Wybraliśmy go spośród wielu kandydatów. – Urzędniczka spojrzała na mężczyznę spod firanki tak gęstych rzęs, że nikt nie zaryzykowałby nawet myśli o ich naturalności. – A mnie powierzono rolę jego przewodniczki po naszej gminie. – Poprawiła włosy zalotnym gestem. – Jeździmy więc po okolicy i znajdujemy ciekawe miejsca, które pan Hubert uwieczni. To ogromne wyróżnienie…

– Pani Moniczko. – Fotograf położył rękę na ramieniu urzędniczki. – Ja wszystko wyjaśnię.

Dziewczyna skinęła głową i spojrzała na mężczyznę, uśmiechając się słodko.

– Pan wójt wspomniał o tym dworku i zasugerował, że warto go pokazać. Jako przykład wykorzystania dziedzictwa historycznego przez współczesnych mieszkańców. Podoba mi się ten pomysł i jeżeli pani pozwoli, zrobię kilka fotek budynku i wnętrza.

– Oczywiście, nie mam nic przeciwko temu – zgodziła się. – Ale właśnie zaczęliśmy budowę, więc nie wiem, czy to się uda…

– Fotografia jest trochę jak magia – uspokoił ją mężczyzna. – Można pokazać coś inaczej, a czegoś nie pokazać.

– To już pozostawiam panu. – Tamara machnęła ręką. – Proszę fotografować na zewnątrz, a tutaj oddaję do dyspozycji salon i hall. Tam dalej – wskazała w głąb korytarza – są prywatne pokoje naszych rezydentek, a ponieważ to starsze osoby, nie będziemy ich niepokoić, dobrze?

– Jasne – przytaknął Hubert. – Jak sobie pani życzy.

– Doskonale. Salon jest tutaj. – Otworzyła drzwi na oścież, prezentując największe pomieszczenie.

– Ciekawe wnętrze. – Fotograf pokiwał z zadowoleniem głową. – A to kto? – wskazał głową na okno, przez które widać było pannę Zuzannę pchającą przed sobą wózek, na którym siedziała panna Julia.

– To właśnie nasze rezydentki. Hrabianki Leszczyńskie – wyjaśniła Tamara.

– Co za malownicze postacie…

– Rozumiem pańskie zainteresowanie, ale wolałabym nie angażować ich w ten projekt. To starsze osoby, lubią spokój, nie przepadają za obcymi.

– Tak, oczywiście. Nie zamierzam nadużywać pani życzliwości. – Znowu obdarzył ją uśmiechem.

Taki sympatyczny czy po prostu lowelas? – pomyślała i postanowiła się wycofać.

– W takim razie zostawiam państwa. W razie czego, proszę wołać, będę na górze – powiedziała.

– Poradzimy sobie – zapewniła gorliwie urzędniczka, a Tamara odniosła wrażenie, że bardzo ją cieszy fakt pozostania sam na sam z fotografem.

– Pani Moniczko, idziemy – zarządził Hubert. – Zaczniemy na zewnątrz, póki mamy odpowiednie światło.

– Jak pan uważa, panie Hubercie. – Ochoczo podreptała za mężczyzną, obciągając krótką spódniczkę.

Tamara odprowadziła ich wzrokiem.

Albo bardzo poważnie traktuje swoją pracę – pomyślała. – Albo po prostu fotograf zawrócił jej w głowie.

I skłaniała się raczej ku tej drugiej opcji.

– Cześć, kochana! Co u ciebie?

– Małgosia! Jak miło cię słyszeć. – Tamara szczerze się ucieszyła, bo rzeczywiście od kilku dni nie miała okazji, żeby porozmawiać z koleżanką.

– Jakbyś naprawdę tak chciała słyszeć mój głos, to może zadzwoniłabyś sama, co? – wyczuła w głosie Małgorzaty delikatną nutkę pretensji.

– Oj, nie gniewaj się – próbowała się usprawiedliwić. – Wiesz przecież, że mamy tu niezły bałagan przez tę budowę. Od rana do nocy jest co robić, czasami już nie wiem, jak się nazywam. A na dodatek jeszcze farmaceuci zaczynają sezon imprez dla klientów, więc sama rozumiesz…

– Dlatego właśnie się martwię. Czy aby nie przesadzasz z pracą?

– Małgorzato, ja cię proszę, chociaż ty mi oszczędź takich uwag, dobrze? Przecież nie mogę bez przerwy leżeć, bo zwariuję! Zresztą zapewniam cię, że potrafię o siebie zadbać. Na przykład teraz właśnie odpoczywam.

– I bardzo dobrze – pochwaliła koleżanka.

– A co u ciebie?

– Też nie jest źle. Znowu przyjeżdżają szkolne wycieczki, a ludzie już całkiem przeszli z trybu wakacyjnego w jesienny i więcej kupują w sieci.

– No to też się nie nudzisz. – Tamara uśmiechnęła się. – A pozostałe sprawy?

Wiedziała o decyzji wójta i jego żony dotyczącej dziecka. Nie chciała zbyt często poruszać tego tematu, ale od czasu do czasu pytała koleżankę o postępy w procedurze adopcyjnej.

– Cóż, wszystko dość długo trwa. – Małgorzata westchnęła. – Ale staramy się nie tracić cierpliwości. Chociaż czasami to trudne…

– Domyślam się.

– No, ale dość o mnie. Lepiej powiedz, czy dużo już u was wystaje nad ziemię?

– Jeszcze nic – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Jak to?

– Spokojnie, wszystko idzie tak, jak zaplanowaliśmy. A że zaczyna się od piwnic, więc na razie idzie raczej w dół.

– A, rozumiem. – Małgorzata roześmiała się. – Ale zdążycie przed zimą?

– Teoretycznie tak. Jeżeli tylko… – urwała w pół zdania, bo przypomniała sobie, że miała nie mówić Małgorzacie o nieoczekiwanej wizycie Szymona.

Wiedziała, że wspominanie tego człowieka wywoływało w koleżance niedobre wspomnienia. I chociaż nie miała pojęcia, o co dokładnie chodziło, wolała oszczędzić jej nieprzyjemnych odczuć.

Niestety, tym razem zbyt późno ugryzła się w język.

– Coś się stało? – Małgorzata była czujna i od razu zareagowała na słowa Tamary.

– Nie, nic specjalnego.

– Dobra, nie udawaj. Przecież słyszę. Mów! Jakieś kłopoty?

– Jeszcze nie wiem, ale to bardzo możliwe – przyznała z westchnięciem Tamara.

– O co chodzi? Bo przecież środki uzyskaliście, prawda? Z materiałami w dzisiejszych czasach też problemów raczej nie ma. No to co?

– Naprawdę nic wielkiego. – Jeszcze raz próbowała zbyć Małgorzatę.

– Słuchaj, jeżeli mi zaraz wszystkiego nie powiesz, zamykam kawiarnię i przyjeżdżam do ciebie. Bo wydaje mi się, że to coś ze zdrowiem. Tak?

– Nie, naprawdę nie!

– Nie wierzę.

– Dobrze, powiem, bo widzę, że inaczej nie dasz mi spokoju. Ale pamiętaj, że nie chciałam.

– Gadaj, kobieto, bo mi się cierpliwość kończy.

– Widzisz, odwiedził nas Szymon i zagroził, że wstrzyma budowę.

– A niby dlaczego?

– Bo robimy to bez zezwolenia. Samowola budowlana na terenie leśnym czy jakoś tak… No i pewnie spełni swoją groźbę, znasz go przecież…

– O, tak! Znam doskonale. – W głosie Małgorzaty zabrzmiał gniew. – Ale