Śrubek i tajemnice Maszynerii - Jan Bliźniak - ebook + audiobook + książka

Śrubek i tajemnice Maszynerii audiobook

Bliźniak Jan

5,0

Opis

W Maszynerii coraz częściej słychać wściekły ryk policyjnych syren, a pościgi za naruszającymi porządek robotami stały się już niemal codziennością. Wszystko za sprawą wirusa, na którego nie ma na razie skutecznego antidotum. Władze próbują zatuszować problem i błyskawicznie usuwają każdą zarażoną jednostkę. Wszystkie trafiają do Warsztatu, skąd żadna dotąd nie powróciła. Jest wśród nich także ojciec Śrubka. Syn za wszelką cenę chce uratować ojca, ale czy ma jakiekolwiek szanse?

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 14 min

Lektor: Michał Drumowski

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Redakcja: Klaudia Golon

Korekta: Elżbieta Pałasz, Anna Sarmiento

Ilustracje: Grażyna Rigall

Projekt typograficzny i skład: Marta Handschke

Wersja elektroniczna:

© Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe

(imprint Adamada), 2020

Wydawca: Wydawnictwo Adamada

al. Grunwaldzka 413, 80-309 Gdańsk

www.adamada.pl

ISBN EPUB 978-83-8118-331-4

ISBN MOBI 978-83-8118-332-1

Gdańsk 2020. Wydanie pierwsze

Rozdział 1w którym Śrubek składa niespodziewaną wizytę panu Blaszce

Należało się pospieszyć. Na szczęście Śrubek bez problemu poruszał się po dachach, czego nie można było powiedzieć o polibotach z Policji Zmechanizowanej. Dziwnym trafem zapisywały się do niej prawie wyłącznie zwaliste modele, które toczyły się po ulicach z gracją czołgu. Dachy wprawiały je więc w nie lada zakłopotanie.

Oczywiście poliboty musiały spróbować go dogonić. Do tego w końcu służyły – do ścigania maszyn zakłócających porządek, a Śrubek zakłócał porządek. Był z tego znany. Był też znany z tego, że rodzice zamontowali mu parę chwytnych rąk na elastycznych, acz mocnych ramionach oraz system sprężyn w nogach, dzięki czemu stawiał, w bardzo dosłownym znaczeniu tego wyrażenia, sprężyste kroki.

Uciekanie po dachach nie stanowiło więc dla Śrubka żadnego problemu, a dawało tę przewagę, że przemieszczał się znacznie szybciej, niż gdyby próbował pędzić po zatłoczonych ulicach Maszynerii.

Przez kolejne lata miasto stawało się coraz bardziej zagracone i przypominało labirynt nachodzących na siebie poziomów, pełen tajnych przejść, ulic, które nigdy się nie kończyły, i takich, które kończyły się nadzwyczaj szybko. Maszyneria była tak skomplikowana, że nikt nie zdobył się jeszcze na próbę rozrysowania jej na mapie. Niewiele robotów znało wszystkie jej zakamarki.

Za to Śrubek orientował się w nich świetnie, uciekał więc bez obawy, że zostanie złapany. Tym bardziej że poliboty były wyposażone w śmig-wrotki, które pozwalały im śmigać po względnie równych ulicach i pewnie nadawały się też do jazdy po większości dachów, ale zdecydowanie utrudniały skakanie, a właśnie skakanie było kluczowe, jeśli nie chciało się roztrzaskać na tysiąc trybików.

Śrubek słyszał zamieszanie na dole, ale nie zwracał na nie uwagi. Nie mieli szans go dopaść. Odwrócił głowę. Jakiś odważniak postanowił ścigać go po dachach. Całkiem sprawnie przeskakiwał z jednego na drugi. Śrubek wytężył obiektywy. Z pewnością na takie sztuczki nie pozwalały mu same wrotki. Należało się pospieszyć. Nadmierna pewność siebie mogła mieć przykre konsekwencje. Śrubek ruszył więc pędem w kierunku miejsca, gdzie znajdowała się naprawdę wielka przepaść. Tylko on potrafił ją pokonać. Nawet Scalonej to się nie udawało.

Dudniło, kiedy biegł po falistym dachu długiego pawilonu z największym w Maszynerii wyborem olejów. Usłyszał za sobą charakterystyczny turkot. Polibot uparcie podążał za nim, lecz tutaj nie mógł się rozpędzić. A żeby przeskoczyć Żeliwny Skwer i znaleźć się na leżącym o metr wyżej dachu Urzędu Spawania, trzeba było się bardzo rozpędzić. Dla Śrubka nie stanowiło to żadnego problemu. Naciągnął sprężyny w nogach i wyskoczył jak z procy, by z głuchym tąpnięciem wylądować. Odwrócił się tryumfalnie. Polibot terkotał, terkotał i się nie zatrzymał.

Śrubkowi zrobiło się przykro, jego przeciwnik zaraz się bowiem rozsypie i kto wie, czy zdołają go sensownie poskładać.

Funkcjonariusz jednak nie spadł. Równie szybko jak jechał po dachu, teraz sunął w powietrzu. Śrubek patrzył na niego z niedowierzaniem. Zajęło mu dobrą chwilę, nim zrozumiał. Polibot miał zamontowane na wrotkach silniczki, dzięki którym mógł spokojnie latać na niewielkie odległości. Tego nie dało się przewidzieć. Posiadanie silniczków zostało zabronione wiele lat temu, by zmniejszyć ruch w powietrzu i uniemożliwić konstruowanie budynków na budynkach, bo właśnie to doprowadziło Maszynerię do obecnego chaosu.

Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, Śrubek nie byłby tak zaskoczony. Robotom zdarzało się łamać prawo, on sam przed chwilą je złamał. Wydawało się jednak dziwaczne i nie na miejscu, że prawo łamał jego strażnik, i to w czasie służby.

Śrubek otrząsnął się z odrętwienia. Jeszcze chwila, a polibot niechybnie by go dopadł. Sytuacja mocno się przy tym skomplikowała. Śrubek długimi susami przebiegł przez dach i przeskoczył na następny, ale wiedział, że ścigający go robot jest wciąż tuż za nim. Najwyraźniej też dystans malał. Skoro nie dało się umknąć szybkością, należało sposobem. Rozejrzał się po okolicy. Najbliższe wmig-windy znajdowały się zaledwie parę metrów od niego. Sprawdził, czy nie ma gdzieś wyższych, lecz były zbyt daleko, by próbować się do nich dostać. Teraz trzeba tylko poczekać na odpowiedni moment. Śrubek zwolnił odrobinę. Polibot znajdował się tuż za nim. Już niemal najeżdżał Śrubkowi na pięty, wyciągając teleskopowe ręce zakończone metalowymi chwytakami. W tym momencie tuż przed nimi wyrosła pędząca w górę wmig-winda. Śrubek skoczył i zdążył ją złapać za hak bagażowy w podłodze. Lecąc, zdołał jeszcze kopnąć polibota w blaszaną głowę. Rozległ się donośny brzdęk, polibot wytracił pęd i z trudem wylądował na następnym dachu. Nic już nie mógł zrobić. Wmig-windy poruszały się zbyt szybko, nawet dla robotów z silniczkami w stopach. W końcu zostały skonstruowane po to, by każdy mógł się w mig poruszać po mieście. Unoszące się na linach biegnących od najwyższych budynków aż do Skorodowanego Muru, pozwalały ominąć tłok panujący na wąskich ulicach.

Kiedy Śrubek uznał, że jest już bezpieczny, zeskoczył na płaski dach jakiegoś magazynu. Olej buzował mu w rurach. Przez chwilę stał bez ruchu, napawając się sukcesem. Przed nim Maszyneria opadała stromo ku rozciągającemu się za murem pustkowiu. Całe miasto znajdowało się na wysokim wzgórzu, jedynym w okolicy. Pustkowie zaś było płaskie, nie miało w sobie nic metalowego i zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Maszyneria, która w najwyższym punkcie Głównego Reaktora dotykała niskiego, niezmiennie szarego nieba, była jedynym miejscem do działania. Może nawet jedynym miejscem na wypełniającej wszechświat jałowiźnie.

Nagle rozległ się dziwny dźwięk. Coś jakby terkotało, ale nie idąc czy jadąc po ulicy. Wówczas dźwięk odbijałby się od metalowych ścian, a ten rozchodził się swobodnie w powietrzu. Przypominał suchy kaszel wentylatora. Śrubek spojrzał w lewo i w prawo, lecz niczego nie zauważył. Wtem, tknięty złowrogim przeczuciem, uniósł głowę.

Byli tam. Pięć albo sześć polibotów leciało prosto w jego stronę. Nie mieli silników, lecz śmig-śmigła. Śrubek słyszał o tych nowych oddziałach, nigdy jednak nie widział żadnego na własne oczy. Kiedyś im się przyjrzy. Teraz znów musiał biec, ale tym razem to poliboty miały przewagę. Poruszały się niezwykle szybko i nie miały żadnych ograniczeń. Śrubek zaklekotał radośnie metalową żuchwą. Oczywiście, że miały ograniczenie. Nie mogły nurkować w wąskie ulice.

Najpewniej na dole czekały na niego inne poliboty, ale przecież między dachami a ulicą znajdowało się jeszcze bardzo dużo okien.

Coś dotknęło jego ramienia. Jeden polibot był tuż nad nim i o mały drut go nie schwytał. Śrubek musiał jeszcze wytrzymać do kolejnej przecznicy. Skręcił ostro w prawo, potem w lewo. Slalom nie służył lecącym polibotom. Nie przeszkadzał im jednak na tyle, by dystans się zwiększył. Już trzy znalazły się tuż nad nim, ale krawędź dachu też była blisko. Jeszcze trzy kroki, dwa i skok!

Tego poliboty się nie spodziewały. Śrubek zdołał jedynie usłyszeć kłapnięcia szczypiec, które łapały powietrze, i otoczył go świst pędu. Piętra, okna, balkony biegły szaleńczo w górę. Został tylko kawałek, byle tylko się nie zagapić. Jest! Śrubek złapał za czarną poręcz balkonu, podciągnął się i zgrabnie wylądował. Spojrzał w górę. Gdzieś tam majaczyły poliboty. Spojrzał w dół. Tam też się od nich roiło. Trzeba było poczekać, a tutaj mógł to zrobić.

Śrubek zapukał do drzwi balkonowych. Odpowiedziała mu cisza. Załomotał mocniej. Coś zaszurało, najpierw niewyraźnie, jakby bez przekonania, a potem głośniej. W końcu drzwi się uchyliły. Przez szparę błysnęły wyłupiaste, podejrzliwe obiektywy.

– Śrubek! – robot wykrzyknął chropowatym, głuchym głosem. – Ty głupi żeleźniaku! Co ty tu znowu…?

Drzwi rozwarły się wreszcie szeroko. Na progu stanął niski, pękaty robot o prostokątnej głowie i patykowatych nogach, zakończonych niewielkimi gąsienicami.

– Dzień dobry, panie Blaszko! Czy mogę wejść?

Pan Blaszka odsunął się od drzwi, mrucząc coś niezadowolony. Śrubek wszedł do małego pokoju, który niegdyś zapewne służył jako salonik. Teraz w kącie pozostała tylko od dawna nieużywana kanapa i niewielki ażurowy stoliczek. Zmieściłaby się na nim zaledwie jedna filiżanka. Na samym środku pokoju znajdował się jednak wielki blat pełen najróżniejszych mechanizmów i narzędzi, a w niegdyś bardzo eleganckim, dziś mocno zniszczonym kredensie zamiast naczyń leżała bezładna masa jakichś części.

– Śrubku, dzieciaku, co ty tu robisz? Czemu przez balkon? Znowu wpadłeś w kłopoty, tak? Co nabroiłeś? Kto cię szuka?

– Oj, panie Blaszko, po prostu sobie biegałem po dachach.

– Aha! Po dachach! Uciekałeś przed polibotami. Co żeś nabroił?

– Panie Blaszko, czy mogę trochę oleju? Zatarłem się.

Pan Blaszka znowu zaczął coś mamrotać pod nosem, ale zniknął w pokoju obok i wrócił z puszką oleju.

– Siadaj – polecił. – Pij.

Śrubek napił się trochę i przysiadł na kanapie.

– Znowu tam byłeś? Przyznaj się, byłeś w Warsztacie? Mam rację, prawda? Zawsze musisz zrobić coś głupiego? Co na to twoja biedna matka?

– Panie Blaszko, wiedział pan, że montują już sobie śmig-śmigła?

– Co proszę?

– Poliboty mają na głowach śmig-śmigła, latają. Dlatego musiałem się tu ukryć.

Pan Blaszka zamachał rękami o trzech cienkich palcach.

– Podpuszczasz mnie, mały, żebym nie zrobił ci awantury, ale ja i tak ją zrobię. Ktoś musi tobą potrząsnąć. A gdyby coś ci się stało? Mogłeś się zarazić.

– Ale, panie Blaszko, oni naprawdę mają śmig-śmigła.

– W takim razie tym bardziej musisz przestać się narażać. Mówiłem twoim rodzicom, żeby nie dawali ci zbyt szybkich nóg i elastycznych ramion, że to przyniesie kłopoty.

Śrubek przewrócił obiektywami.

– Przecież nic mi się nie stało.

– Ale może się stać. Ja rozumiem, że bardzo kochasz swojego ojca, ale w ten sposób mu nie pomagasz, rozumiesz? Nie można tak, nie można, rozumiesz?

– Tak, panie Blaszko – odpowiedział z rezygnacją Śrubek.

– Świetnie, bardzo dobrze. – Stary robot skinął swoją wielką głową. – W ogóle co to za nazwa? – odezwał się po chwili, jakby do siebie. – Śmig-wrotki, śmig-śmigła, co za nuda, zaraz wymyślą jeszcze śmig-zadki do śmig-siadania.

Śrubek uśmiechnął się rozbawiony. Pan Blaszka otrząsnął się z zamyślenia.

– W każdym razie zostaniesz u mnie na obiedzie. Trochę to zajmie, nim się uspokoi. Tylko tam wlazłeś, chłopaku?

– Oczywiście – odpowiedział pewnie Śrubek. Gdyby wyjawił prawdę, pan Blaszka wpadłby w panikę.

– Bardzo dobrze, zadzwonię do twojej matki. Na pewno się zamartwia.

Gospodarz przeszedł do sąsiedniego pokoju. Śrubek skorzystał więc z okazji, aby podejrzeć, co leży na blacie. Pan Blaszka był może strasznie marudny, ale konstruował niezwykłe rzeczy. Jako pierwszy asystent wielkiego Mecheka Zawiasa współtworzył system Głównego Generatora, który pozwolił uporać się z kłopotem niedoboru energii. Potem kilka lat spędził na stanowisku nadtechnika. Teraz jednak siedział w tym małym mieszkanku i nieustannie nad czymś pracował. Śrubka zawsze to ciekawiło. Niestety, nic nie rozumiał z leżących przed nim mechanizmów.

– To będzie coś wielkiego!

Wzdrygnął się, słysząc głuchy, pełen dumy głos pana Blaszki.

– Jestem blisko, naprawdę blisko. Ten wynalazek zmieni świat raz na zawsze, i to na lepsze.

– Co to będzie? – spytał z ekscytacją Śrubek.

– To tajemnica. Zbyt ambitne wynalazki nie są mile widziane. Dowiesz się, co to jest, gdy zadziała.

Śrubek nie drążył sprawy. Pan Blaszka traktował wynalazki bardzo poważnie.

Zjedli razem obiad. Gospodarz był marnym kucharzem, ale Śrubek grzecznie pochwalił smak naftowych placków. Odmówił jednak dokładki. Minęło dużo czasu, odkąd zgubił pościg. Jego występek nie był aż tak poważny, by poliboty wciąż prowadziły poszukiwania. W końcu popełniał podobny co tydzień.

Tym razem postanowił przejść ulicami jak porządny robot. O tej porze wszyscy wracali z pracy. Wypatrzenie kogokolwiek w takim tłumie było niemożliwe. Niemniej nawet w godzinach największego ruchu Maszyneria miała w sobie coś sennego. Być może powodowała to monotonia kolorów – metalicznych szarości i rdzawych brązów, a może apatia zmęczonych pracą robotów. Dobiegające zewsząd skrzypienia i zgrzyty tworzyły minorową kakofonię. Śrubek, ze swoim sprężystym krokiem i wesołym, trochę głupkowatym uśmiechem, wyróżniał się z tłumu.

W linii prostej, gdyby skakał po dachach, nie miał do domu daleko. Idąc dołem, musiał jednak kluczyć po wąskich zaułkach, wspinać się na schody i schodzić z powrotem, przeciskać się między budynkami stojącymi tak blisko siebie, jakby za wszelką cenę chciały się połączyć. Parę razy musiał przejść nawet przez korytarze domów, które z braku miejsca stały w poprzek ulicy.

Wreszcie znalazł się pod stalowym blokiem, gdzie było jego mieszkanie. Wspiął się po starych, wysokich schodach na szóste piętro i zamarł przerażony. Przed drzwiami stały trzy poliboty z bardzo złowrogimi minami.

Rozdział 2w którym odbywa się przesłuchanie

Śrubek zapewnił, że nie będzie rozrabiał, ale dwa poliboty chwyciły go pod ramiona i za nic nie chciały puścić. Trzeci szedł przodem i jak taran rozgarniał tłum. Kierowali się do pobliskiego posterunku policji, który, jak wszystkie posterunki w Maszynerii, mieścił się w prostokątnym, betonowym hangarze o tak nudnym wyglądzie, że aż przykro było patrzeć.

W środku na seledynowej podłodze stały cztery biurka. Za każdym siedział pękaty funkcjonariusz. Poliboty eskortujące Śrubka skinęły kolegom głowami i zaprowadziły go ku małym drzwiom z boku pomieszczenia. Za nimi znajdował się wąski korytarz, nieco dalej salka, w której nie starczyło miejsca na nic poza gładkim, niegdyś białym, a dziś po prostu brudnym stołem. Przy dalszym z jego boków rozpierał się potężny robot o bardzo małych obiektywach i wysuniętej dolnej szczęce.

– Chrum – zamruczał groźnie na widok Śrubka.

– Chrum – odpowiedział niepewnie Śrubek. Eskortujące go poliboty stanęły przy drzwiach. Za biurkiem znajdowało się przejście do cel dla aresztowanych.

– Jesteś strasznie mały – powiedział polibot tubalnym głosem.

– Nie taki znowu mały!

Grubas nie przejął się tym wybuchem oburzenia.

– Jak się nazywasz?

– Śrubek.

– Śrubek – powtórzył. – Ja jestem kapitan Twardysk.

– Bardzo mi miło pana poznać, kapitanie – zapewnił trochę bezczelnie Śrubek.

– Zobaczymy, czy tak miło, mały Śrubku – zadudnił kapitan Twardysk. – Jesteś przestępcą i możesz pójść do więzienia. Po raz piąty w ciągu ostatnich dwóch miesięcy próbowałeś dostać się do Warsztatu. Czy wiesz, że to jest zabronione?

– Każdy to wie, proszę pana.

– Czyli jesteś świadomym przestępcą?

Śrubek wzruszył ramionami.

– Wiem również, że twój ojciec został umieszczony w Warsztacie niespełna trzy miesiące temu – ciągnął nieco łagodniej kapitan.

– Tak, proszę pana.

– Chciałeś go odwiedzić?

Śrubek odrzucił butę. To nie był temat, o którym lubił mówić.

– To zabronione, proszę pana.

Twardysk skinął głową.

– Wirus jest zakaźny, mały Śrubku. Zakaz wejścia do Warsztatu służy dobru nas wszystkich. Chyba nie chcesz zachorować?

– Nie, proszę pana.

– Czy jesteś skruszony?

Śrubek wcale nie był skruszony, ale trochę się martwił, że został złapany, i bardzo nie chciał trafić do więzienia, więc przytaknął.

– Doskonale! – kapitan huknął z zadowoleniem. – Czyli już nigdy tego nie zrobisz?

– Nie – skłamał gładko Śrubek.

Twardysk uśmiechnął się usatysfakcjonowany.

– W takim razie…

Przerwało mu przeciągłe skrzypnięcie. Drzwi salki otworzyły się z pełną namaszczenia powolnością. Śrubek spojrzał przez ramię. Do środka wkroczył niski, drobny robocik. Był wykonany z bardzo porządnego, gładkiego i jasnego metalu. Na podłużnej twarzy obiektywy jarzyły się zielenią.

– Wstęp wzbroniony! Odbywa się przesłuchanie! – zahuczał kapitan Twardysk.

– Wiem, kapitanie – odparł przybysz zgrzytliwym głosem, który brzmiał, jakby ktoś gryzł opiłki żelaza – i niniejszym je przejmuję.

Obiektywy nieznajomego wyświetliły hologram jakiejś odznaki.

– Jestem porucznik Tranz z wydziału śledczego – przedstawił się. – Przejmuję podejrzanego i całą sprawę.

– Toż to zwykłe wykroczenie! – zawołał zdziwiony kapitan.

– Ja o tym zdecyduję – odrzekł Tranz. – Proszę, aby pan i pańscy ludzie opuścili ten pokój, a ja przesłucham podejrzanego.

Kapitan Twardysk nie wydawał się zachwycony, ale posłusznie wyszedł, a za nim stojące na straży poliboty.

– Znalazłeś się w nie lada tarapatach, chłopcze – Tranz zwrócił się do Śrubka, który przyglądał mu się nieufnie. – Może wspólnie cię z nich wydobędziemy.

W przeciwieństwie do kapitana Twardyska porucznik sprawiał niepokojące wrażenie. Zielone obiektywy łypały fałszywie, blady metal lśnił chłodno i nieprzystępnie. Śrubek zrozumiał, że musi być teraz bardzo ostrożny.

– Ty pomożesz mi, ja pomogę tobie, zgoda? – ciągnął Tranz tonem, który miał pewnie brzmieć przyjaźnie, ale był tak samo groźnie zgrzytliwy jak wcześniej.

– Nie zrobiłem nic złego – zapewnił gorąco Śrubek.

– Być może nie zrobiłeś nic złego – zgodził się Tranz – ale popełniłeś przestępstwo, a za to jest się karanym. Tak działa świat. Samo wejście do Warsztatu nie jest może znaczącym problemem, ale już kradzież…

Wszystkie przewody Śrubka stały się naraz sztywne. Tranz nie spuszczał z niego zielonych obiektywów. Wyglądało, jakby czytał w procesach.

– Wciąż masz to przy sobie, prawda?

Miał. W ferworze ucieczki zapomniał schować, a potem wydawało mu się, że jest bezpiecznie.

– Nie ma sensu kłamać – rzekł Tranz. – Ścigaliśmy cię właśnie dlatego, że to ukradłeś. Przecież włamałeś się nie pierwszy raz.

Śrubek zawahał się, lecz w końcu wyciągnął z kadłuba mały sześcian ze sterczącymi przewodami. Położył przedmiot na biurku.

– Wiedziałem, że zachowasz się dojrzale i rozsądnie – rzekł Tranz. – Powiedz mi teraz, dla kogo to ukradłeś?

– Dla siebie, proszę pana – odparł ponuro Śrubek. Tłumił w sobie gniew i żal.

Porucznik błysnął zielonymi obiektywami.

– Powtórzę. Dla kogo to ukradłeś?

Śrubek spojrzał w te zielone światła i bardzo zdecydowanie powiedział:

– Ukradłem to dla siebie.

Trudno było wyczytać, jak Tranz przyjął tę odpowiedź, ale przez chwilę milczał. Gdy znów się odezwał, głos miał spokojny, choć nieco mniej przyjazny.

– W takim razie po co to ukradłeś ? Wiesz, do czego to służy?

– Tak, to dysk zewnętrzny.

Śrubek wiedział, że w mniejszych sprawach musi mówić prawdę, by ukryć większe kłamstwo.

– Dysk zewnętrzny z…?

– Oprogramowaniem antywirusowym.

Tranz skinął z zadowoleniem głową.

– Teraz sam widzisz, jak głupie było twoje kłamstwo. Nikt nie uwierzy, że potrzebowałeś oprogramowania antywirusowego. Chyba że… – obiektywy błysnęły złowrogo – jesteś zakażony.

Śrubek spojrzał na niego z przerażeniem.

– Nie, nie jestem – wydusił.

– Więc dla kogo to? – rzucił Tranz ostrzej. – Matki? Przyjaciela? Dziewczyny? A może robisz z tym coś bardziej podejrzanego? Jeżeli ktoś z twoich bliskich ma wirusa, dowiemy się. Jeśli nie, zostaniesz aresztowany za przekazywanie cennych informacji przestępcom.

– To… to nie tak – wyjąkał Śrubek. Zaczynał panikować.

– Czekam na prawdę, chłopcze.

– Ja, ja to wykradłem dla ojca.

Obiektywy Tranza nagle przygasły.

– Słucham?

– Wykradłem to dla mojego ojca.

Zapadła chwila milczenia.

– Twój ojciec jest w Warsztacie – rzekł powoli Tranz. – Co to za niedorzeczność?

– To… bo widzi pan… – Śrubkowi wszystko się plątało. – Bo ja, ja chciałem go stamtąd wydostać.

Tranz zbliżył się i nachylił tak, aby twarz Śrubka mieć tuż przed własną.

– Powtórz – zażądał.

– To wszystko było właśnie po to… Chciałem go wydostać i chciałem mieć dla niego antywirusa – wyjąkał Śrubek.

Porucznik wydobył z siebie przeciągły zgrzyt, ale odsunął się.

– To bardzo głupie – stwierdził. – Przecież wirus jest zakaźny. Zaraziłbyś siebie i wszystkich wokół. Zobacz, co się dzieje. – Nagle walnął pięścią w stół. – Właśnie przez wybryki takich głupich dzieciaków jak ty mamy problemy. Skazujecie Maszynerię na zagładę.

Śrubek patrzył na niego z niepokojem, ale Tranz wydawał się być myślami gdzie indziej.

Nieśmiało otworzyły się drzwi i w szparze pojawiła się głowa polibota.

– Czy coś się stało? – spytał. – Usłyszałem hałas i…

– Nic się nie stało – zazgrzytał z irytacją Tranz. – Chłopak wychodzi. Koniec przesłuchania.

Śrubek zeskoczył z krzesła i czym prędzej wyszedł z posterunku, obawiając się, że Tranz zmieni jeszcze zdanie. Niestety, nie było nawet cienia szansy na zabranie dysku. Z całego zamieszania nie wynikło nic pożytecznego.

Robiło się coraz ciemniej. Na szarym niebie noc zapadała szybko. W Maszynerii zapalały się powoli żółte lampy i smętne neony o chorobliwych barwach frustrującej zieleni i straceńczego fioletu. Być może kiedyś miasto rozświetlał wesoły blask, ale teraz wydawało się smutne i jakby zmęczone.

Śrubek poszedł skrótem. Światło na