Srebrny łabędź - Amo Jones - ebook
lub
Opis

Pierwszy tom mrocznej i porywającej serii Elite Kings Club

Madison Montgomery to typowa dziewczyna z bogatego domu. W życiu nastolatki wszystko się zmienia, kiedy jej matka dopuszcza się zbrodni, a potem popełnia samobójstwo. Wybucha skandal, przez który dziewczyna znajduje się na językach wszystkich. Gdy ojciec Madison ponownie się żeni, zapada decyzja o przeprowadzce, a dziewczyna trafia do prywatnej szkoły. Mogłoby się wydawać, że to jej szansa na nowy start…

Madison przekonuje się, że mury szkoły skrywają straszne tajemnice, a wszystkimi uczniami rządzi grupa dziesięciu niepokornych chłopaków. Elite Kings Club rozsiewa wokół siebie aurę tajemniczości i terroru. Chociaż dziewczyna nie chce wierzyć plotkom na ich temat, zaczyna mieć wątpliwości, kiedy wpada w oko przywódcy elitarnego klubu. Okazuje się, że Bishop zaczął na nią polowanie.

Dlaczego członkowie Elite Kings Club nienawidzą Madison, a mimo to dyskretnie pilnują jej bezpieczeństwa? Co stało się z poprzednią dziewczyną, która związała się z jednym z nich? Dlaczego te wszystkie mroczne tajemnice są tak niebezpiecznie pociągające?

__

Styl pisania Amo Jones pokochały fanki literatury erotycznej na całym świecie! Wciągająca opowieść o mrocznej i niebezpiecznej rozgrywce, która toczy się za murami elitarnej szkoły, otwiera zupełnie nową serię książek! Pierwszy tom Srebrny łabędź” przyciąga jak członkowie Elite Kings Club.

__

O autorce

Amo Jones pisarka z Nowej Zelandii. Autorka bestsellerowych serii dark romance: Sinful Souls, The Devil’s Own, Elite Kings Club.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 330

Popularność


Książkę tę dedykuję historiom, które potrafią człowieka tak zerżnąć, że aż trzeba potem zapalić. To właśnie jedna z takich historii.

ROZDZIAŁ 1

Gdy idę korytarzem pierwszego dnia w prywatnej szkole Riverside, mam wrażenie, że ściany na mnie napierają. Słyszę zamykające się szafki i śmiechy, i najbardziej na świecie chciałabym się znaleźć teraz przy grobie mamy. Mój tato zdecydował o naszej przeprowadzce na drugi koniec kraju, bo po śmierci mamy znalazł „tę jedyną”.

Otwieram swoją szafkę, wkładam do niej nowiutkie podręczniki, a potem biorę do ręki plan lekcji. Rachunki. Super. Rzemykowe bransoletki cicho brzęczą, kiedy zamykam szafkę. Udaję się na lekcję rachunków. Jest wrzesień, więc przynajmniej przeniosłam się tu akurat na początku roku szkolnego.

Zatrzymuję się w progu klasy i zerkam na cyferki podane na planie, po czym podnoszę wzrok na te znajdujące się nad drzwiami. Ignorując jakieś dwadzieścia par przyglądających mi się oczu, bąkam:

– Czy to rachunki z 1D?

Podchodzi do mnie nauczyciel. Okulary w czarnych oprawkach przesłaniają zmęczone oczy, a o jego wieku świadczą siwe włosy.

– Tak. Madison Montgomery?

Przełykam ślinę i kiwam potakująco głową.

– Tak, to ja.

– Witamy w Riverside. Jestem pan Warner. Usiądź, proszę.

Uśmiecham się do niego i ściskając podręczniki, ruszam w stronę siedzących na swoich miejscach uczennic. I wtedy w sali rozlegają się szepty:

– Madison Montgomery? To nie ta dziewczyna, której matka zamordowała partnerkę jej ojca, a potem sama się zabiła?

– Jesteś pewna? – pyta ją koleżanka z ławki, mierząc mnie sceptycznym spojrzeniem. – W gazetach wydawała się ładniejsza.

– Tak, to na pewno ona. Jej ojciec jest nadziany. A mama była znudzoną kurą domową, która przyłapała męża na zdradzie. Zadźgała tę kobietę, a potem strzeliła sobie w głowę. Z broni Madison.

Kiedy siadam w ławce, atmosfera zaczyna się zagęszczać.

– Z jej broni? Ma własną broń? Lepiej trzymać się od niej z daleka. Może mieć tak samo nierówno pod sufitem jak matka.

Śmieją się i pan Warner pstryka palcami, przywołując je do porządku. Zamykam na chwilę oczy. To by było na tyle, jeśli chodzi o nadzieje, jakie wiązałam z początkiem w nowej szkole. Nic i nikt nie zapewni mi lepszego startu. Kogo próbowałam oszukać?

Podczas pierwszej przerwy wychodzę ze szkoły i siadam na schodach. Szkoła zezwala uczniom na jedzenie lunchu tu albo na stołówce. Sala jadalna jest jednak pełna uczniów, więc decyduję się usiąść tutaj, gdzie świeci słońce i jest mniej… uczniowsko.

– Cześć! – odzywa się czyjś radosny głos.

Odwracam się i widzę drobną dziewczynę. Jej filigranowe ciało zakrywają markowe ciuchy, a włosy ma w odcieniu niemal białego blondu. Dostrzegam także, że podczas gdy moje nadgarstki oplatają czarne bransoletki z metalu i rzemyków, w jej przypadku jest to srebro i złoto. Już wiem, że się nie zaprzyjaźnimy.

– Cześć. – Zakładam pasmo brązowych włosów za ucho.

Siada obok mnie i odgryza kęs swojej kanapki.

– Mam na imię Tatum. Jesteś tu nowa, tak?

Kiwam głową, zlizując z kciuka sok, który wyciekł z jabłka.

– Aha. Pewnie nie chcesz, żeby cię ze mną widziano.

Zbywa moją uwagę machnięciem ręki.

– Wiem o tobie wszystko. Madison Montgomery, siedemnaście lat. Córka morderczyni, która po zbrodni popełniła samobójstwo. Stary sra pieniędzmi. Przyjechała do Hamptons z Beverly Hills. Coś pominęłam?

Mrugam powoli, po czym mrużę oczy.

– Zapomniałaś o tym, że to była moja broń.

Śmieje się nerwowo.

– Wiem. Miałam po prostu nadzieję, że to nieprawda.

– Czyli pewnie nie chcesz, żeby cię ze mną widziano.

Kręci głową.

– Nie. Zobaczysz, że się zaprzyjaźnimy.

Po przerwie idę na następną lekcję i nim zdążę się obejrzeć, dzwoni dzwonek obwieszczający przerwę na lunch. Tatum nalega, aby oprowadzić mnie po szkole. Pokazuje mi po kolei klasy i wyjaśnia, gdzie mamy jakie zajęcia. Podczas lunchu ze swojej części budynku przychodzą chłopcy i wszyscy spotykamy się na stołówce, która rozdziela szkołę na części męską i żeńską. Jeśli zaś chodzi o zamożność uczniów, to mają oni status bliski Billowi Gatesowi i na serio się zastanawiam, jak, u licha, tacie udało się mnie tu wkręcić. Jesteśmy bogaci, zgoda, ale ta szkoła to coś więcej. Tutaj liczy się także odpowiednie pochodzenie.

Wchodzimy na stołówkę i Tatum pokazuje na moją spódniczkę.

– Możesz trochę przerobić swój szkolny mundurek. Możemy ją obciąć, jeśli chcesz.

Plisowana spódnica kończy się tuż nad kolanem, ale nie przeszkadza mi ta długość. Nie chcę zwracać na siebie uwagi.

– Dzięki – odpowiadam cierpko, po czym przenoszę spojrzenie na drzwi wychodzące na część męską. Pojawia się w nich kilku chłopców, którzy rozmawiają ze sobą i śmieją się z czegoś. Atmosfera od razu się zmienia. Wszyscy emanują pewnością siebie.

– Co to za jedni? – pytam, kiwając głową w stronę grupki udającej się na sam koniec prawego skrzydła.

– Kłopoty – mruczy Tatum, siadając przy jednym ze stolików. Przyglądam im się uważnie. Są nieźli, naprawdę. Moja nowa koleżanka odwraca się i podąża za moim spojrzeniem. – A to kłopoty w wydaniu zdzirowatym – dodaje, pokazując na dziewczyny, które na lekcji rachunków paplały między sobą.

– Co masz przez to na myśli? Chodzi mi o chłopaków – pytam, ignorując jej aluzję do dziewczyn.

– Mam na myśli to, że to uprzywilejowani idioci, którzy są właścicielami tej szkoły, i mówię to w sensie dosłownym. Przynajmniej jeśli chodzi o Nate’a. A tutaj? Rozdają karty. Uczniowie Riverside są jedynie pionkami w ich chorych i wynaturzonych grach. Mają tę szkołę w garści, Madison.

– Mówisz tak, jakby to był jakiś gang. – Zaczynam jeść jogurt.

– Bo tak też można to ująć – odpowiada, otwierając kartonik z sokiem. – Podobno to członkowie supersekretnego klubu. – Nachyla się ku mnie i uśmiecha. – Elite Kings Club.

ROZDZIAŁ 2

Elite Kings Club? – pytam, odgryzając kęs kanapki. Jimmy, nasz kucharz, naszykował to, co lubię najbardziej. Sałatka z kurczakiem, do tego pokrojone w kostkę pomidory i siekana sałata wymieszana z majonezem. Jest tak dobry w swoim fachu, że przy okazji każdej przeprowadzki mój ojciec nakłania go, aby zmienił miejsce zamieszkania razem z nami.

Tatum przewraca oczami.

– To taki tajny, ekskluzywny klub. Nikt tak naprawdę nie wie, co tam się dzieje, ani kto rzeczywiście do niego należy. Podobno ma on jakiś związek z krwią i pochodzeniem.

Żuję kanapkę. Dzwonek sygnalizuje koniec przerwy, więc biorę ze stołu swoje podręczniki.

– Co masz teraz? – pyta Tatum i wpycha jabłko do buzi, żeby wolną ręką pozbierać swoje książki. Śmieję się pod nosem, kiedy wyjmuje jabłko.

– No co?

Kręcę głową.

– Nic. Mam teraz WF.

Krzywi się.

– Ale wiesz, że to nie są zajęcia obowiązkowe, prawda?

Kiwam głową i pomagam zebrać jej książki, bo strasznie się guzdrze.

– Lubię sport.

Odwracamy się i ruszamy w stronę holu żeńskiej części szkoły. Gdy docieramy do drzwi, coś każe mi się odwrócić.

Znacie to uczucie, kiedy wydaje się wam, że ktoś was obserwuje? No to pomnóżcie je razy siedem. Gdy się zatrzymuję, Tatum przestaje nadawać o jakiejś grze, która odbędzie się w piątkowy wieczór, zerka ponad moim ramieniem i w tym momencie blednie i ściąga brwi. Powoli odwracam się w stronę stołówki i widzę, że wszyscy chłopcy – cała siódemka – patrzą na mnie. Omiatam spojrzeniem każdego po kolei, zatrzymując się nieco zbyt długo na chłopaku z ciemnobrązowymi, potarganymi włosami, który siedzi rozwalony na krześle. Ma szerokie ramiona i mocno zarysowaną, kanciastą szczękę. Jego oczy przyciągają moje i nagle czuję się jak w transie. Wiedząc, że powinnam się z niego wyrwać, przełykam ślinę i odwracam się, ruszając na następne zajęcia.

– Hej, chwileczkę! – Tatum mnie dogania. – Co to, u licha, było?

Wzruszam ramionami i wyjmuję z kieszeni plan lekcji.

– Pewnie słyszeli o mojej mamie.

– E tam, to akurat mieliby gdzieś. Chodziło o coś więcej. Ale hej – jej silny uścisk na moim ramieniu na chwilę mnie zatrzymuje – wierz mi, naprawdę nie chcesz, aby cię zauważali, Madison. To nie są dobrzy ludzie.

– No cóż, wygląda na to, że jest już za późno. – Mijam ją i idę w stronę drzwi prowadzących na salę gimnastyczną. Kiedy na końcu korytarza chcę skręcić do damskiej szatni, wpadam na twardy jak skała męski tors.

– Cholera jasna – szepczę, odrywając rękę od jego klatki piersiowej. – Podnoszę głowę i widzę otoczone gęstymi rzęsami oczy w odcieniu miodowo-brązowym. Piękniś.

– Hej, nic się nie stało. – Podnosi z ziemi worek marynarski i wyciąga do mnie rękę. – Carter. A ty to z pewnością Madison Montgomery.

– Super – burczę. – No to już wszystko o mnie wiesz. – Opuszczam spojrzenie na jego tors, pamiętając, jak bardzo jest twardy.

Chichocze.

– A co konkretnie? – pyta, puszczając do mnie oko.

Uśmiecham się na tę próbę rozładowania atmosfery i kręcę głową.

– Myślałam, że to część żeńska...

– Sala gimnastyczna jest koedukacyjna. Jak ci się podoba pierwszy dzień w nowej szkole? – pyta, opierając się o ścianę.

– Cóż… – zaczynam, omiatając spojrzeniem długi korytarz. – Jest dość intensywnie.

– Carter! Tyłek w troki i jazda! – woła z drugiego końca korytarza starszy mężczyzna w czapce z daszkiem i gwizdkiem na szyi.

Carter nie odrywa wzroku od mojej twarzy i uśmiecha się znacząco.

– Do zobaczenia, Madison. – Odkleja się od ściany i zaczyna się oddalać.

– Jasne – mówię, kiedy już odszedł. – Do zobaczenia.

Zerkam przez ramię i widzę, że mi się przygląda, macham mu więc i idę w swoją stronę.

Wychodzi na to, że pierwszego dnia poznałam dwie miłe osoby – nie widziałam, żeby siedział razem z tymi chłopakami z Elite czegoś tam, więc mam nadzieję, że się z nimi nie trzyma.

Czekam przed szkołą na kierowcę, kiedy podbiega do mnie Tatum.

– A więc Carter Mathers. – Unosi brwi.

Przechylam głowę.

– Skąd w ogóle o tym wiesz? To się przecież stało niespełna godzinę temu.

– Tutaj wieści szybko się rozchodzą. – Niewzruszona zaczyna skubać paznokieć.

– Mhm, zaczyna to do mnie docierać – mamroczę.

– No dobra – kontynuuje, biorąc mnie pod ramię. – Potrzebny mi twój numer, żebyśmy mogły zaplanować najbliższy weekend. – Podjeżdża czarna limuzyna i wysiada z niej Harry, kierowca mojego taty. Tatum wyjmuje telefon, a ja dyktuję jej numer. – Okej! Napiszę do ciebie! – woła, gdy Harry otwiera mi drzwi.

– Masz kierowcę? – pytam ją, wchodząc do auta.

Kręci głową.

– Sama prowadzę.

Macham jej i wślizguję się na tylną kanapę. Dzisiejszy dzień okazał się bardzo interesujący. Nie jestem pewna, jak odbierać to wszystko, co się wydarzyło, ale jeśli codziennie będzie podobnie, to chętnie zostanę tu na dłużej.

ROZDZIAŁ 3

Po wejściu przez duże podwójne drzwi do naszego domu w stylu kolonialnym zostawiam torbę w holu i udaję się do kuchni. Nasz dom jest dokładnie taki, jakiego się można spodziewać po kimś pokroju mojego ojca. Ściany w odcieniu neutralnej bieli, białe schody prowadzące na drugi poziom. Wyjmuję z lodówki puszkę coli i idę na górę. Tato i jego nowa żona wrócą w poniedziałek. Widziałam się z nią dopiero dwa razy, ale wydaje się całkiem miła. A już na pewno milsza od tej ostatniej żądnej kasy dziwki, którą sobie sprowadził. Kiedy wchodzę po schodach, w kieszeni wibruje mi telefon. Wyjmuję go szybko i zerkam na wyświetlacz. Tata.

– Hej.

– Madi, przepraszam, skarbie. Zapomnieliśmy ci powiedzieć, że do rezydencji wprowadzi się także syn Eleny.

Jestem już u szczytu schodów i lustruję wzrokiem długi korytarz.

– Okeeej. Nie wiedziałam, że ma syna.

– Ma. Jest uczniem twojej szkoły. Chcę, żebyś trzymała go na dystans.

– Co masz przez to na myśli?

Wzdycha.

– Po prostu zaczekaj, aż wrócimy do domu, Madi.

– Tato, jesteś strasznie tajemniczy. Do zobaczenia po twoim powrocie. Jestem pewna, że dam sobie radę.

Rozłączam się, nim dalej będzie wiercić mi dziurę w brzuchu. Chowam telefon do tylnej kieszeni dżinsów i idę do swojego pokoju. Zatrzymuję się, kiedy z sypialni sąsiadującej z moją słyszę jakieś dźwięki. Już się wprowadził? Walcząc ze swoją wścibskością, otwieram drzwi i wzdycham z ulgą, że wróciłam do swojego azylu. Zamykam je nogą i podchodzę do szklanych drzwi w stylu wiktoriańskim, wychodzących na niewielki balkon z widokiem na basen. Rozsuwam białe firanki i otwieram drzwi, aby wpuścić nieco świeżego powietrza. Ciepły, popołudniowy wietrzyk rozwiewa mi włosy.

Moja bezpieczna bańka pęka w chwili, kiedy basy What’s Your Fantasy Ludacrisa sprawiają, że grafiki w stylu vintage, wiszące w moim pokoju, drżą. Kręcę głową i cofam się do pokoju. Pełno w nim kartonów z moimi rzeczami, których jeszcze nie rozpakowałam. Wchodzę do przylegającej do pokoju łazienki i zdejmuję ciuchy, które miałam na sobie w szkole. Wchodzę pod gorący, kojący strumień wody i niespiesznie się myję, po czym zakręcam wodę i owijam się ręcznikiem.

Kiedy wychodzę spod prysznica, dostrzegam, że ktoś opiera się o futrynę drugich drzwi, które łączą się z łazienką. Z mojego gardła wydobywa się głośny krzyk i ciaśniej otulam się ręcznikiem. Zapomniałam o tych cholernych drzwiach. W tej chwili słychać Pony Genuine’a i mrużę oczy, patrząc na wysokiego, szczupłego chłopaka, który stoi przede mną z rękami skrzyżowanymi na piersi.

– Wynocha! – Pokazuję mu palcem drzwi do jego pokoju.

Ze śmiechem przechyla głowę i prześlizguje wzrokiem po moim ciele.

– Och, nie bądź taka nieśmiała, siostrzyczko. Ja nie gryzę… – Uśmiecha się jeszcze szerzej. – Zbytmocno.

Zaciskam mocno dłonie na ręczniku i lustruję jego nagi tors, poniżej którego widać wyraźny sześciopak. Nad lewym mięśniem piersiowym ma duży tatuaż przedstawiający celtycki krzyż, a na prawo od niego wytatuowany jest jakiś napis.

Podnoszę wzrok na twarz i widzę, że kącik jego ust unosi się w drwiącym uśmiechu. W wardze ma kolczyk. Jego oczy błyszczą szelmowsko.

– Skończyłaś już pieprzyć mnie wzrokiem, siostrzyczko?

– Nie jestem twoją siostrą – syczę, mrużąc oczy. – Wynoś się stąd. Muszę się przebrać.

– Nie zapytasz, jak mam na imię? – rzuca, a w łazienkowym świetle jego gładka, opalona skóra wręcz lśni. Odkleja się od futryny i podchodzi do mnie tak butnym krokiem, że 50 Cent mógłby brać od niego lekcje. Ma potargane włosy w odcieniu ciemnego blondu, a podarte dżinsy wiszą mu nisko na biodrach, odsłaniając gumkę bokserek Philipa Pleina. Zatrzymuje się, kiedy nasze ciała niemal się ze sobą stykają.

Sięga po swoją szczoteczkę do mycia zębów i uśmiecha się szeroko.

– Mam na imię Nate, siostrzyczko. – Mruga do mnie, wyciska pastę na szczoteczkę, po czym odwraca się w stronę lustra. Wkłada szczoteczkę do ust, nie przestając znacząco się uśmiechać.

Odwracam się na pięcie i szybko wychodzę z łazienki. Co to, kurwa, miało znaczyć? Nie ma mowy, żebym dzieliła z nim łazienkę. Biorę z łóżka telefon i wybieram numer taty. Kiedy włącza się poczta głosowa, warczę cicho.

– Tato, musimy porozmawiać o mojej sytuacji mieszkaniowej. I TO JUŻ!

Zakładam obcisłe dżinsy i top w kratkę, rozczesuję włosy i związuję je w luźny, wysoki kucyk. Stopy wsuwam w conversy i podchodzę do drzwi. W chwili, kiedy je otwieram, Nate wychodzi ze swojego pokoju, nadal nagi od pasa w górę, i wciąż w tych nisko wiszących dżinsach. Ależ on mnie wnerwia. Do twarzy ma przyklejony pewny siebie uśmiech, a na głowie czapkę z daszkiem odwróconą tyłem do przodu.

– Dokąd się wybierasz?

– Nie twoja sprawa – odpowiadam, zamykając głośno drzwi pokoju i zastanawiając się, czy nie powinnam mieć w nich zamka. Kiedy jestem już blisko schodów, dogania mnie.

– A właśnie że moja. Starsi bracia muszą się opiekować młodszym rodzeństwem.

Zatrzymuję się, odwracam na czwartym schodku i piorunuję Nate’a wzrokiem.

– My. – Pokazuję na niego i na siebie. – Nie jesteśmy spokrewnieni. – Jego uśmiech staje się jeszcze szerszy. Opiera się o balustradę, a moje spojrzenie wędruje na jego biceps, pod którym widnieje blizna. Widzi to i szybko krzyżuje ręce na piersi. – Ale skoro już pytasz… – mówię, schodząc po schodach. Na dole odwracam się i podnoszę na niego wzrok. – Idę postrzelać.

ROZDZIAŁ 4

Kiedy przyjeżdżam wieczorem do domu, dziękuję Harry’emu i wchodzę po schodach do drzwi wejściowych. Słychać muzykę, jeszcze zanim zdążę je otworzyć. A kiedy to robię i moim oczom ukazuje się impreza, nie czuję żadnego zdziwienia. Zatrzaskuję za sobą drzwi – dość dramatyczny gest – i przeczesuję wzrokiem pijany tłum. W wyłożonej marmurem kuchni nastolatkowie grają w piwnego ping-ponga, tańczą i się obściskują.

W salonie, z którego wychodzi się nad basen, widzę kolejną grupę osób tańczących w światłach stroboskopów, a od stanowiska DJ-a, który rozłożył się w miejscu kanapy, dudni Akon i jego Ain’t Saying Nothing. Wyglądam przez okno i wokół basenu dostrzegam światła. Półnadzy ludzie skaczą do niego na bombę, a kilkoro gzi się w jacuzzi.

A to sukinkot!

Mrużę oczy i wydaje mi się, że widzę kolejne osoby za basenem, na trawniku, którym można dojść do plaży. O rany, skopię mu ten cholerny tyłek. Gdy dostrzegam czarną bejsbolówkę z wystającymi spod niej jasnymi włosami i szczupłą, opaloną sylwetkę – nadal bez koszuli – wiem już, że znalazłam Nate’a. Podchodzę do kanapy, na której rozwala się w towarzystwie paru innych chłopaków, kiwając głową w rytm Nightmare on My Street DJ’-a Jazzy’ego Jeffa i upychając zioło do fajki.

Rozpoznaję ich wszystkich ze szkoły – to chłopacy, których Tatum określiła mianem Elite Kings Club. A więc Nate to ten, którego pradziadkowie założyli szkołę Riverside. Nie jestem pewna, czy ze strony matki, czy ojca. Elena jest urocza i równie bogata jak mój ojciec. Pewnie dlatego lubię ją bardziej od innych kobiet, które mi przedstawiał. Wiem, że nie chodzi jej tylko o jego kasę. Więc pewnie to jej przodkowie. Mój tato jest przystojny, jak na starszego faceta. No dobra, ma czterdzieści siedem lat, więc w sumie nie jest jeszcze stary. Bywają starsi ojcowie z dziećmi w moim wieku. Codziennie trenuje i dobrze się odżywia, tak samo jak Elena. Jest wysportowana, jak na swój wiek, i dba o siebie. Choć spotkałam ją tylko dwukrotnie – raz kilka dni temu, kiedy się tutaj przeprowadziliśmy, a drugi raz przed ich służbowym wylotem do Dubaju – była dla mnie bardzo miła. W głowie mi się nie mieści, że może mieć tak popapranego syna.

– Nate! – warczę, stając przed nim. Nogi ma wyciągnięte przed sobą, ręce spoczywają na oparciu kanapy, a jego usta układają się w kształt litery „O”. Powoli wydmuchuje gęsty dym, jednocześnie przewiercając mnie wzrokiem.

– Kończ tę imprezę, i to już. – Kątem oka dostrzegam jakiś ruch, ale go ignoruję.

Uśmiecha się drwiąco.

– Siostrzyczko, może schowasz tę broń do szafy, zanim wszystkich wystraszysz.

Poprawiam na ramieniu swoją strzelbę.

– Koniec imprezy, Nate. Mówię poważnie.

Wstaje z kanapy z czerwonym kubkiem w dłoni.

– Zaczekaj! Chodź no tutaj. – Obejmuje mnie ramieniem i zbliża usta do mojego ucha. Pokazuje na pierwszego chłopaka, który siedział obok niego. – To Saint, Ace, Hunter, Cash, Jase, Eli, Abel, Chase i Bishop.

Prześlizguję po nich lekceważącym wzrokiem. Kilku z nich pamiętam ze szkoły, ale dwóch, wyglądających na starszych, nie znam.

– Cześć – rzucam ze skrępowaniem, po czym zwracam się ponownie do Nate’a: – Mówię poważnie. Narobisz nam obojgu kłopotów. Zakończ tę imprezę.

Odwracam się, a kiedy dochodzę do drzwi, ponownie robię zwrot w tył i widzę, że wszyscy mi się przyglądają. Nate uśmiecha się zza swojego kubka, natomiast na twarzach pozostałych malują się różne uczucia. Kiedy moje spojrzenie zatrzymuje się na… Bishopie, o ile dobrze pamiętam – tym samym, który lustrował mnie dzisiaj wzrokiem w szkole, a który teraz siedzi na krześle z nogami wyciągniętymi przed siebie – na moje policzki wypełza rumieniec. Jego oczy wwiercają się w moją czaszkę i ma taką minę, jakby był wiecznie niezadowolony.

Wzdłuż moich pleców przebiega dreszcz; nie wiem dlaczego. Może dlatego, że wydaje się taki… nieprzystępny. Typowi cholerni uczniowie prywatnych szkół. Pozostawiając Nate’owi zakończenie imprezy, udaję się na górę do swojego pokoju. W garderobie chowam broń i korzystając z okazji, że tu jestem, biorę jakieś ubrania. Idę do łazienki, tym razem upewniam się, że drzwi są zamknięte – jedne i drugie – odkręcam kurek i wchodzę pod gorącą wodę. Pozwalam, aby głośny strumień zagłuszył dudniącą muzykę. Stoję pod prysznicem tak długo, aż moja skóra zaczyna się lekko marszczyć.

Szybko się wycieram i zakładałam jedwabne szorty od piżamy i koszulkę. Odwieszam ręcznik, otwieram drzwi do pokoju Nate’a, a potem wracam do swojego. Muzyka zdążyła ucichnąć i słyszę jakieś nawoływanie, piski dziewczyn i odjeżdżające samochody. Uchylam drzwi na balkon, po czym otwieram je szerzej. Wygląda na to, że w domu jest już bezpiecznie, więc wychodzę z pokoju i powoli schodzę po schodach. Jestem w połowie drogi do kuchni, kiedy dostrzegam, że Nate i jego koledzy nie ruszyli się z miejsca. Na mój widok cichną.

Patrzę na nich.

– Ależ nie krępujcie się – burczę, po czym idę dalej. Po strzelaniu zawsze chce mi się jeść i nie pozwolę, aby moją rutynę zakłóciła obecność jakichś „elitarnych chłopców”. Dziś rano obudziłam się jako jedynaczka. Jak to możliwe, że w ciągu tego dnia dorobiłam się przyrodniego brata i to w dodatku takiego jak Nate?

Otwieram lodówkę, wyjmuję jajka, mleko i masło, a ze spiżarni przynoszę mąkę i cukier. Stawiam wszystko na blacie, gdy w drzwiach staje Nate. Ręce ma skrzyżowane na piersi. Schylam się i spod baru śniadaniowego wyjmuję miskę i drewnianą łyżkę.

– Czy ty się w ogóle ubierasz od pasa w górę? – pytam.

Prycha.

– Dziewczyny wolą, kiedy tego nie robię. – Mruga i podchodzi bliżej, a tymczasem do kuchni wchodzą Cash, Jase, Eli, Saint i Hunter. Mierzą mnie sceptycznym wzrokiem.

– Co robisz? – pyta Nate, bacznie mi się przyglądając.

– Gofry. – Zerkam na pozostałych chłopaków, którzy rozlokowali się po całej kuchni. Atmosfera zaczyna się zagęszczać. Chrząkam i patrzę na Nate’a. – Jak to możliwe, że nigdy o tobie nie słyszałam? Tato mi nie mówił, że Elena ma syna. – Umieszczam w misce wszystkie składniki, a Nate z jednej z szafek wyjmuje gofrownicę i podłącza ją do prądu.

Wzrusza ramionami i ponownie opiera się o blat.

– Nie wiem. Może dlatego, że taki ze mnie buntownik. – Uśmiecha się szeroko.

– Te historie o tobie to prawda? – pyta Hunter, patrząc na mnie ciemnymi oczami.

– A które konkretnie? Bo jest ich całkiem sporo – ripostuję, podchodząc do gofrownicy.

Nate bierze ode mnie miskę i zaczyna powoli wlewać ciasto.

– O twojej mamie – wali prosto z mostu, ale jestem do tego przyzwyczajona.

– Ta, że się zabiła, czy ta, że wcześniej pozbawiła życia kochankę mojego ojca? – rzucam, przechylając głowę.

Rysy Huntera określiłabym mianem ciężkich. Trudno określić jego pochodzenie. Ma ciemne oczy, oliwkową cerę i jednodniowy zarost. Przygląda mi się uważnie.

– Obie.

– Tak i tak – odpowiadam beznamiętnie. – I tak, to była moja broń.

Odwracam się i widzę, że Nate piorunuje Huntera wzrokiem.

– Posuń się – mówię, wskazując na gofrownicę. Nate przesuwa się w bok i nasze ramiona ocierają się o siebie. Nieruchomieję i podnoszę na niego wzrok, a on uśmiecha się do mnie znacząco. Nim zdążę kazać mu zetrzeć z twarzy ten uśmiech, podchodzi do mnie Eli.

– Mam na imię Eli i jestem oczami i uszami naszej grupy, a także młodszym bratem Ace’a. – Wskazuje starszą i większą wersję siebie.

Uśmiecham się grzecznie do Ace’a, ale ten zachowuje poważną minę. Jak sobie chce.

– Masz na myśli klub? – pytam, nie patrząc na niego. Wlewam do gofrownicy kolejną porcję ciasta i dopiero wtedy się orientuję, że wszyscy milczą.

– Widzę, że plotki dotarły do ciebie już pierwszego dnia. Kto ci powiedział? – pyta Nate.

Nakładam sobie gofra na talerz i postanawiam się stąd ulotnić, bo trochę tu za dużo testosteronu.

– Tatum. – Polewam gofra syropem klonowym. – Idę do siebie.

Z talerzem w ręce ruszam w stronę schodów. Po drodze dostrzegam, że Bishop i Brantley rozmawiają w salonie, siedząc tam, gdzie do tej pory.

Zatrzymuję się przy schodach i odwracam głowę. Bishop patrzy na mnie. Nie mam pewności, o co chodzi tym chłopakom, ale trochę to wszystko intensywne. Bishop ma szczupłą twarz, wysokie kości policzkowe i szczękę jak u greckiego boga. Ma dość długie, ciemne włosy – aż świerzbią mnie palce, żeby je przeczesać – i przenikliwe, ciemnozielone oczy otoczone gęstymi rzęsami. Nie ma zbyt szerokich ramion, ale sprawia wrażenie pewnego siebie. Otacza go aura dominacji, a kiedy dociera do mnie, że się na niego gapię, odwracam się i biegnę na górę.

Zamykam za sobą drzwi, stawiam talerz na stojącym pod oknem biurku i wzdycham. Teraz to już niczego nie uda mi się przełknąć. Wślizguję się pod kołdrę, włączam telewizor, który wisi na ścianie naprzeciwko łóżka, i puszczam kolejny odcinek Banshee. A potem w końcu się odprężam po tym długim dniu.

ROZDZIAŁ 5

Następnego ranka schodzę po schodach z jabłkiem w ustach i podręcznikami pod pachą, kiedy wpadam prosto na plecy Nate’a. Wyjmuję jabłko z buzi.

– Cholera, sorry, jestem strasznie spóźniona.

– Wiem. Ile odcinków Banshee obejrzałaś w nocy? – pyta, biorąc klucze z kuchennego blatu.

– Nie wiem, straciłam rachu… Chwila! – Unoszę rękę. – Skąd wiesz, co oglądałam? – Podskakuję, próbując wcisnąć stopę w converse’a.

– Kiedy zobaczyłem, że spod drzwi sączy się światło, wszedłem, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ty już wtedy spałaś. Tak na marginesie: fajny serial wybrałaś. Harry zawozi cię do szkoły? – Przytrzymuje mnie za ramię, żebym mogła utrzymać równowagę i w końcu założyć ten cholerny but.

Podaję mu książki, a sama się schylam i wiążę sznurówki.

– Tak, robi to co rano.

Prostuję się, biorę książki i wychodzimy z domu.

– Ja cię zawiozę. Po co mają jechać dwa samochody? Chodzimy przecież do tej samej szkoły.

Zerkam na podjazd i dostrzegam, że nie ma na nim Harry’ego. Cholera. Przygryzam nerwowo wargę i kiwam głową.

– Okej.

Posyła mi szeroki uśmiech, bierze mnie za rękę i podchodzimy do jego porsche 918 spyder. Siadam na miejscu pasażera i zapinam pasy.

Przekręca kluczyk w stacyjce i się uśmiecha.

– Wiesz… wczoraj wieczorem zrobiłaś na chłopakach wrażenie.

– Co? – pytam zaszokowana. – To było jedno z najbardziej krępujących zdarzeń w moim życiu, a to nie byle co, bo z takich właśnie zdarzeń składa się całe moje życie.

Śmieje się, a ja włączam stereo. Sekundę później wnętrzem auta wstrząsa Forgot about Dre Dra Dre. Szybko przyciszam.

– Jezu!

Nate chichocze, zerkając na mnie z ukosa.

– No co? Nie lubisz starej szkoły hip-hopu, siostra?

– Hip-hop jest okej, ale przy takiej głośności mogą popękać bębenki. Powinieneś dać je sobie przebadać, bo możliwe, że już są uszkodzone.

– Gdybym miał problemy ze słuchem… – Uśmiecha się drwiąco, przyspieszając tak bardzo, że aż wbija mi głowę w zagłówek – …to nie od głośnej muzyki, ale od tego, że Mały Nate tak świetnie bzyka kobiety, że wrzeszczą bez opamiętania.

Parskam z niedowierzaniem.

– Mały Nate, serio?

Rzednie mu mina.

– A co, nie mogę go tak nazywać? – Wydaje się urażony tym, że się roześmiałam.

Robi mi się trochę głupio. Nate stwarza wrażenie pokręconego, niegrzecznego chłopaka, w dodatku bardzo pewnego siebie. Ale teraz nie gra fair, bo kiedy robi nadąsaną minę, wygląda naprawdę uroczo.

– Eee… chodzi mi o to, że w ogóle go nazwałeś. No bo czemu miałbyś nadawać imię… – Pokazuję na jego krocze, a kiedy ponownie zerkam na jego twarz, wita mnie pewny siebie, chłopięcy uśmiech. Kładzie dłoń na przodzie podartych dżinsów i zaciska ją na swoich klejnotach. O, Panie. – S-swojemu… – dukam. – Na miłość boską – szepczę, kręcąc głową.

– Fiutowi? Kutasowi? – pyta, drażniąc się ze mną. – Magicznej lasce? Trzonkowi mocy? Ujeżdżaczowi cipek? Jogurtowemu…

Potrząsam głową i wchodzę mu w słowo:

– Elena to urocza kobieta. Jak to, kurwa, możliwe, że wydała na świat kogoś takiego jak ty?

Wjeżdżamy na prywatny parking podziemny pod szkołą. Wysiadam z auta, po czym zamykam za sobą drzwi.

– Jaką masz ostatnią lekcję? – pyta, obchodząc samochód i obejmując mnie w talii.

Wyrywam mu się. Dzisiaj czuję się w towarzystwie Nate’a zdecydowanie swobodniej, ale nadal nie mam ochoty na to, żeby się tak ze mną spoufalał. W poprzednich szkołach nie miałam wielu przyjaciół. On i Tatum to pierwsze osoby od tej sprawy z moją mamą, którzy nie przejmują się moją przeszłością.

– Eee, chyba WF.

Kiwa głową i ruszamy w stronę windy, którą wjeżdżamy na parter.

– Przyjdę po ciebie. A co masz teraz?

– Rachunki. – Wzdrygam się, wiedząc, że na te same zajęcia chodzą Ally Parker i Lauren Bentley.

– Odprowadzę cię. – Kiwa głową w stronę korytarza.

Uśmiecham się. Może za wcześnie go skreśliłam. On jedynie próbuje być dla mnie miły. A na pewno milszy niż większość ludzi.

– Nie musisz tego robić, Nate. Dam sobie radę.

Zarzuca mi rękę na szyję i przyciąga mnie do siebie.

– No cóż, skoro jesteśmy rodzeństwem i w ogóle, to moim obowiązkiem jest opieka nad tobą.

– Nate – jęczę, kiedy idziemy korytarzem w stronę mojej klasy. Ściany tutaj są klasycznie białe, ewentualnie w odcieniach neutralnych, podobnie jak w klasach. Sala gimnastyczna znajduje się na samym końcu korytarza, niedaleko wyjścia ewakuacyjnego, i choć nie widziałam jeszcze męskiej części, mam przeczucie, że wygląda podobnie do naszej. – Naprawdę nie trzeba. Poradzę sobie.

– Chcę po prostu poznać moją nową siostrę. I tyle. – Mruga, kiedy docieramy do mojej klasy.

– W porządku – mówię, krzyżując ręce na piersi. – Ale nie jestem dobra w kontaktach z ludźmi – to tak tytułem ostrzeżenia. W sumie to jestem typem samotniczki.

Przygląda mi się uważnie, przechylając głowę.

– Podoba mi się ta cała idea samotnej dziewczyny. – Ponownie puszcza do mnie oko, po czym się odwraca i idzie w stronę korytarza męskiej części budynku.

Dlaczego? Dlaczego jako przyrodniego brata muszę mieć kogoś tak irytującego jak Nate?

ROZDZIAŁ 6

Dzwonek przerywa pełną koncentracji ciszę i wszyscy zaczynamy się zbierać. Tatum szturcha mnie biodrem i przerzuca długie, jasne włosy przez ramię.

– Lunch! Te zajęcia były dobijające.

Uśmiecham się, zbieram długopisy i kładę je na swoich podręcznikach.

– Mówisz tak po każdej lekcji. – Przewracam oczami i wychodzę z klasy.

– To prawda – parska. – No dobra, to jakie masz plany po szkole? Nate Riverside robi w weekend imprezę, a ja zazwyczaj nie bywam na tego typu akcjach, no i mogą nas stamtąd wykopać, bo nie mamy takiego samego statusu, ale w sumie chętnie tam zajrzę. Wchodzisz w to? – pyta, kiedy idziemy w stronę stołówki.

Ponownie przewracam oczami.

– To znaczy, że najpewniej impreza będzie w moim domu.

Tatum się zatrzymuje i łapie mnie za ramię.

– Mów jaśniej, Montgomery. Co to znaczy?

– Nate – mówię spokojnie. – Jego mama i mój tato są małżeństwem. Mieszkamy razem i zanim rzucisz mi się do gardła, to wiedz, że dowiedziałam się o tym dopiero wczoraj. – Z powodu tego, jak swobodnie czuję się już w towarzystwie Nate’a, odnoszę wrażenie, jakby od wczoraj minęły całe wieki.

Szczęka jej opada.

– Pierdolisz.

– No co? – pytam, kierując ją w stronę bufetu. Burczy mi w brzuchu, bo nie jadłam wczoraj kolacji, a rano wsunęłam tylko jabłko.

– O w mordę – szepcze zaszokowana. Patrzy mi w oczy. – To fantastycznie, laska! Wbijamy tam! – piszczy z podekscytowaniem.

– Eee, Tatum? Trudno to uznać za wbijanie, skoro impreza będzie w moim domu. Nate robi to celowo, bo nasi rodzice wracają dopiero w poniedziałek. – Nakładamy sobie jedzenie na talerze. Sushi i owoce egzotyczne? Czy ja jestem w szkole, czy w pięciogwiazdkowej restauracji?

– Jasna cholera. Nie, Madison, ty nie rozumiesz. Ci chłopacy nigdy…

Czyjeś palce zasłaniają mi oczy. Tatum wciąga głośno powietrze. Czyjeś usta muskają moje uszy.

– Co powiesz na kazirodztwo, siostrzyczko?

Opuszcza ze śmiechem ręce i robi krok w tył. Jeśli Tatum nie będzie się pilnować, to jej szczęka już na zawsze pozostanie na podłodze. Odwracam się na pięcie i piorunuję wzrokiem Nate’a. Uderza mnie cisza, jaka nagle zapada na stołówce. Wszyscy się nam przypatrują.

Uczniowie Riverside są jedynie pionkami w ich chorych i wynaturzonych grach. Mają tę szkołę w garści, Madison.

– Nate – syczę do niego. Jeszcze mu o tym nie powiedziałam, ale naprawdę wolę nie zwracać na siebie uwagi.

Uśmiech znika z jego twarzy.

– No co? – pyta niewinnie jak mały chłopczyk, który nie wiedział, że nie wolno mu jeść słodyczy przed obiadem.

Wskazuję mu głową naszą widownię, a on wzrusza ramionami i bierze mnie pod ramię.

– Usiądź z nami. – Patrzy na Tatum. – Ty też, Masters. – Następnie pociąga mnie za sobą.

Stawiam tacę na stole i się przesuwam, robiąc miejsce dla Tatum. Wyczuwam jej skrępowanie i milczące pytania, ale odpowiem na nie później. Naprzeciwko mnie, po lewej stronie, siedzi Bishop, zaś na wprost Tatum – Brantley. Obok niego są Abel, Hunter, Eli i Cash.

Biorę jednego rollsa i gryzę kęs, bardzo się starając nie narobić bałaganu, no ale sushi to sushi i oczywiście na moich kolanach ląduje ryż. Nate opowiada o imprezie, a gdy podnoszę wzrok, napotykam spojrzenie Bishopa. Jego twarz jest kompletnie pozbawiona wyrazu. Silnie zarysowaną szczękę ma napiętą i nie odrywa zielonych oczu od mojej twarzy. Wiercę się na krześle, a Tatum patrzy na mnie z ukosa. Chowa rękę pod stół i chwilę później wibruje mi telefon. Już, już mam go wyjąć, kiedy Nate pyta:

– Co o tym sądzisz, siostra?

– Hmm? – pytam zirytowana tym, że przeszkodził mi w dowiedzeniu się, co Tatum chce mi powiedzieć.

– Na jaki alkohol masz ochotę w weekend? – pyta, patrząc mi w oczy.

Do diaska, niezły jest.

Besztam się w duchu. Co się ze mną dzieje? To twój brat, kretynko.

– Och! – Uśmiecham się i policzki oblewa mi rumieniec. –Właściwie to ja nie piję. – Ściskam w dłoni telefon, ignorując ciemnozielone oczy, które nieprzerwanie się we mnie wpatrują.

Nate prycha, bierze z mojego talerza rollsa i wpycha go sobie całego do ust.

– W weekend to się zmieni. To urodziny Brantleya. Generalnie nie urządzamy imprez. – Kącik jego ust się unosi, a w oczach pojawia się szelmowski błysk. – Ale obchodzimy urodziny.

Przełykam gulę, która się uformowała w moim gardle. Ponownie zerkam na Bishopa i widzę, że opuścił wzrok na swój telefon. Ja robię to samo; odblokowuję telefon i czytam wiadomość od Tatum.

Tatum – A niech mnie.

Ja – Co?

Zerkam na Tatum, która ma na twarzy uśmiech pełen samozadowolenia. Spuszcza wzrok na kolana, a ja czekam niecierpliwie na SMS-a. Gdy wyciągam nogi, zderzam się z czyimiś stopami, przez co szybko je cofam. Cholera. Telefon znów wibruje, więc ponownie zerkam na wyświetlacz.

Tatum – Wpatrują się w ciebie oczy, o które gotowa jest błagać każda dziewczyna w szkole. Ot co.

Ja – O czym ty, kurde, mówisz, Tatum?

– Hej! – Nate szturcha mnie żartobliwie w ramię. – Do kogo piszesz?

Brantley i Bishop zaczynają o czymś cicho rozmawiać. O ile mój zmysł obserwacji mnie nie myli, ci dwaj są raczej małomówni. Myślę, że Nate mnie lubi, jednak co do pozostałych chłopaków nie mam pewności. Nie licząc tej krótkiej rozmowy wczoraj w kuchni, nie mam na czym oprzeć swoich domniemań, ale jedno jest pewne: wszyscy oni sprawiają, że czuję skrępowanie.

Patrzę błagalnie na Nate’a.

– Możemy porozmawiać?

Poważnieje.

– Jasne, chodź. – Bierze mnie za rękę, a ja uśmiecham się do Tatum. – Zaraz wracamy.

Moje spojrzenie prześlizguje się na Bishopa, który patrzy na nasze złączone dłonie. Nie wiem dlaczego, ale wyrywam rękę. Przez chwilę Nate się waha, ale kiedy patrzę ponownie na Bishopa, marszczy brwi.

O co, kurde, chodzi?

Wychodzimy ze stołówki i kierujemy się ku schodom przed szkołą, na tyle szerokim, aby zapewniały miejsce naprawdę sporej liczbie uczniów. Kilkoro z nich je tutaj lunch, ale niewielu. Wyglądają na osoby, z którymi powinnam siedzieć, zamiast pokazywać się z Natem i jego cholernym klubem.

– Co jest? – pyta Nate.

Wzdycham.

– O nich. Ja tylko… serio, trochę tego dużo – odpowiadam zgodnie z prawdą. – O co z wami wszystkimi chodzi?

Schodzimy po schodach, a Nate wkłada ręce do kieszeni.

– A co słyszałaś? – pyta, patrząc przed siebie.

Rzucam mu spojrzenie co dwie sekundy, pilnując się, żeby nie spaść ze schodów.

– No cóż, tylko od Tatum o jakimś Elite Kings Club? – Patrzę na niego pytająco.

Śmieje się, odrzucając głowę.

– Madi, ten klub to jedynie legenda. Rozdmuchiwana przez spragnione dramatyzmu nastolatki.

– Okej – mówię. – Opowiedz mi więcej o tej legendzie.

Zatrzymuje się.

– Może pewnego dnia, ale… nie dzisiaj.

– A to czemu? – Uśmiecham się wesoło. – Czemu nie dzisiaj?

Ogląda się przez ramię i jego twarz poważnieje. Znów na mnie patrzy.

– Jeszcze nie teraz. Opowiem ci wtedy, gdy uznam, że sobie z tym poradzisz.

Mruga do mnie, a potem zaczyna wchodzić po schodach. Kiedy się odwracam, aby zobaczyć, na co patrzył, dostrzegam wchodzącego do szkoły Bishopa. Wzdycham i kręcę głową, zastanawiając się, w którym momencie moje życie stało się tak pełne wrażeń.

ROZDZIAŁ 7

Związuję włosy w kucyk, kiedy do mojego pokoju wchodzi Nate. Razem przyjechaliśmy ze szkoły i nie było tak źle. Po tym, jak stoczyliśmy batalię w kwestii wyboru muzyki, w końcu oświadczył, że jeśli jeszcze raz tknę odtwarzacz, do domu będę szła na piechotę. Jego uśmiech mówił jednak coś przeciwnego.

– Hej! – Na białą bokserkę narzucam skórzaną kurtkę. Do tego dżinsy rurki i standardowo conversy.

Opiera się o futrynę. Po raz kolejny jest bez koszulki, dżinsy ma nisko na biodrach, czapkę obróconą daszkiem do tyłu, a w ręce trzyma paczkę chipsów.

– Dokąd się wybierasz?

– Hm? – Z łóżka biorę telefon. – Do centrum handlowego z Tatum.

– Tatum, co? – pyta, oblizując oblepione chipsami palce. – Ma kogoś? – Powoli wyjmuje palec z ust. – Nie żeby mi to w czymkolwiek przeszkadzało.

Kładę mu rękę na piersi.

– Nie wiem. Chyba nie. Dasz mi przejść? – pytam, pokazując na korytarz.

Patrzy na mnie zadowolony z siebie, i w tym momencie w jego kieszeni rozbrzmiewa Rock Star Chamillionaire’a. Szybko wchodzi do swojego pokoju i zamyka za sobą drzwi.

– W tej szkole wszyscy są porąbani – mamroczę pod nosem. Zamykam drzwi, robię krok do przodu i wpadam na twarde ciało. Równie twarde jak Nate’a, tyle że… ciut większe. – Cholera. – Dotykam dłonią czoła. Podnoszę wzrok i widzę, że to Brantley. – Nate jest u siebie. Sorry – przepraszam go za to, że na niego wpadłam.

Oczy mu ciemnieją, a kąciki jego ust wyginają się lekko. Otwiera je, żeby coś powiedzieć…

– Brantley! – Za nim rozlega się warknięcie. Atmosfera nagle się zagęszcza, a kiedy zerkam ponad jego ramieniem, dostrzegam Bishopa. Spojrzenie ma przyklejone do tyłu głowy Brantleya. – Idź do Nate’a. – Brantley ponownie mierzy mnie wrogim spojrzeniem, po czym znika po chwili za drzwiami.

– Kto mu ukradł zabawki? – pytam Bishopa.

Spojrzenie ma utkwione w drzwiach pokoju Nate’a.

Klnę pod nosem.

– Wybacz, cześć, jestem Madison.

Jego wzrok w końcu prześlizguje na mnie. Ma naprawdę niesamowite oczy – i nie chodzi mi tylko o ich kolor, ale także o kształt. A kiedy patrzy na ciebie, masz wrażenie, jakby przywoływały do siebie twoją duszę.

– Mnie akurat nie jest przykro z tego powodu – mówi i jego spojrzenie wraca do drzwi pokoju Nate’a.

Podążam za jego wzrokiem, po czym znowu patrzę na niego.

– Nie przejmuj się tym – mówię cicho. – Jestem przyzwyczajona.

Robię krok w bok, aby go obejść, ale on robi to samo, blokując mi drogę. Patrzy mi intensywnie w oczy, po czym jego spojrzenie zsuwa się na moje usta i wraca do góry.

Przechylam głowę.

– Mogę przejść?

Milczy i przez kilka sekund tylko się we mnie wpatruje. W końcu rusza w stronę pokoju Nate’a.

Kręcąc głową, otwieram drzwi i w tym momencie pod dom zajeżdża Tatum swoim jasnoniebieskim ferrari z czarnymi wykończeniami i przyciemnianymi szybami. To najładniejsze ferrari, jakie widziałam, i doskonale pasuje do Tatum. Jej rodzice na okrągło wyjeżdżają służbowo, więc ona żartuje, że u niej „czas dla rodziny” oznacza oglądanie najnowszych filmów. Chciałabym jej współczuć, ale nie wydaje mi się, aby jakoś szczególnie się tym przejmowała. Chwytam za klamkę, po czym odwracam się i podnoszę wzrok na okno pokoju Nate’a. Stoi w nim cała trójka, bacznie mi się przyglądając. Uśmiech znika z mojej twarzy. Wsiadam do auta.

– Hej, cukiereczku! – Tatum klaszcze z podekscytowaniem w dłonie. – Jedźmy wydać trochę kasy!

Tatum ma ciężką nogę, więc nie mija dużo czasu, a dojeżdżamy na miejsce. Chodzimy po sklepach, szukając – właściwie to bardziej Tatum niż ja – idealnego stroju. W czwartym sklepie wymiękam i wręczam jej platynową kartę mojego taty, żeby mi kupiła, co tylko chce, abym na siebie włożyła, bo zakupy są tym, czego szczerze nie znoszę. Z jednego z butików wychodzi z uśmiechem pełnym samozadowolenia na ślicznej twarzy, a ja się krzywię. Niemal czuję, jak kurczą mi się cycki w tych obcisłych ciuchach, które na bank dla mnie wybrała. Bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę ekscentrycznego sklepiku z bibelotami.