Spróbujmy jeszcze raz - Abbi Glines - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

"Kochasz mężczyznę.
Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że nie powinniście być razem.

Tajemnica, którą skrywał od lat nie miała ujrzeć światła dziennego.
Gdy Blair mu zaufała, okazało się, że całe jej życie było kłamstwem.

Mimo to nadal jest zakochana w Rushu. Ze wzajemnością.
Jednak sekrety z przeszłości nie pozwalają jej zapomnieć, jak bardzo ją zranił.

Dziewczyna ze złamanym sercem wraca w rodzinne strony, by zacząć od nowa.
Pewnego dnia jedna wiadomość przewraca jej życie do góry nogami.

Co zrobić, gdy osoba, której nie możesz ufać, jest tą, której zaufania potrzebujesz najbardziej?
Kłamiesz, unikasz prawdy i modlisz się, by twoje sekrety nigdy nie wyszły na jaw.

Lecz nie przestajesz kochać…
"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 269

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Co­py­ri­ght © Abbi Gli­nes 2013

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Au­tor: Abbi Gli­nes

Ty­tuł: Spró­buj­my jesz­cze raz

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Ne­ver Too Far

Tłu­ma­cze­nie: Aga­ta Żbi­kow­ska

Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na So­bie­pa­nek-Szczę­sna

Ko­rek­ta: Ma­ciej Kieł­bas

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Ka­th­rin Zie­gler/Taxi/Get­ty Ima­ges/FPM

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Fi­li­pek

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

www.pas­cal.pl

Biel­sko-Bia­ła 2014

ISBN 978-83-7642-443-9

eBo­ok ma­îtri­sé parAte­lier Du Châte­aux

Podziękowania

Dzię­ku­ję Ke­itho­wi, mo­je­mu mę­żo­wi, któ­ry to­le­ro­wał ba­ła­gan w domu, brak czy­stych ubrań i moje wa­ha­nia na­stro­jów, kie­dy pi­sa­łam tę książ­kę (i wszyst­kie po­zo­sta­łe).

Dzię­ku­ję rów­nież trój­ce mo­ich uko­cha­nych dzie­cia­ków, któ­ra przez ja­kiś czas mu­sia­ła ży­wić się pa­rów­ka­mi w cie­ście, piz­zą i lu­kro­wa­ny­mi płat­ka­mi ku­ku­ry­dzia­ny­mi. Przy­się­gam, że gdy skoń­czy­łam, przy­go­to­wa­łam im mnó­stwo po­rząd­nych cie­płych po­sił­ków.

Je­stem wdzięcz­na Eli­za­beth Rey­es, Au­tumn Hull i Col­len Ho­over, któ­re prze­czy­ta­ły i sko­men­to­wa­ły Spró­buj­my jesz­cze raz. Dzię­ki za po­moc, dziew­czy­ny!

Dzię­ku­ję Sa­rze Han­sen za współ­pra­cę przy pro­jek­cie gra­ficz­nym książ­ki. To ge­nial­na ko­bie­ta. Ubó­stwiam ją. W jej to­wa­rzy­stwie czas spę­dza się po pro­stu od­lo­to­wo. Wierz­cie mi… Ja to wiem ;)

Jane Dys­tel to naj­faj­niej­sza agent­ka, jaka kie­dy­kol­wiek po­ja­wi­ła się w świat­ku li­te­rac­kim. Ko­cham ją. Po pro­stu. Dzię­ku­ję też Lau­ren Abra­mo, któ­ra zaj­mu­je się sprze­da­żą praw do mo­ich utwo­rów za gra­ni­cę. Dzię­ki niej tę książ­kę moż­na czy­tać na ca­łym świe­cie. To wspa­nia­ła ko­bie­ta.

Skła­dam też po­dzię­ko­wa­nia Ste­pha­nie T. Lott – pra­co­wa­łam z róż­ny­mi re­dak­tor­ka­mi, ale tyl­ko tę uwiel­biam. Jest cu­dow­na.

Rush

Trzy­na­ście lat temu…

Usły­sza­łem pu­ka­nie do drzwi, a po­tem ci­che szu­ra­nie. Na­tych­miast po­czu­łem ból w klat­ce pier­sio­wej. Mama za­dzwo­ni­ła w dro­dze do domu, żeby po­wie­dzieć, co zro­bi­ła. Po­in­for­mo­wa­ła mnie, że po tym wszyst­kim musi wyjść na­pić się z ko­le­żan­ka­mi. Ja mia­łem po­cie­szyć Nan. Mama była zbyt zde­ner­wo­wa­na. A przy­naj­mniej tak twier­dzi­ła, kie­dy ze mną roz­ma­wia­ła.

– Rush? – czknę­ła ci­cho Nan. Naj­wy­raź­niej pła­ka­ła.

– Je­stem tu­taj. – Wsta­łem z du­żej po­du­chy, któ­ra le­ża­ła w rogu po­ko­ju i była moją kry­jów­ką. W tym domu każ­dy po­trze­bo­wał kry­jów­ki. Je­śli nie mia­łeś się gdzie scho­wać, to prze­pa­dłeś.

Pa­sma ru­da­wych lo­ków przy­kle­iły się do mo­krej buzi Nan. Jej dol­na war­ga drża­ła. Dziew­czyn­ka pa­trzy­ła na mnie tymi swo­imi smut­ny­mi ocza­mi. Pra­wie ni­g­dy się nie śmia­ła. Mat­ka po­świę­ca­ła jej uwa­gę tyl­ko wte­dy, gdy trze­ba było ją wy­stro­ić i po­ka­zać zna­jo­mym. Wszy­scy ją igno­ro­wa­li. Z wy­jąt­kiem mnie. Ro­bi­łem, co mo­głem, żeby czu­ła się ko­cha­na.

– Nie wi­dzia­łam go. Nie było go w domu – szep­nę­ła, łka­jąc ci­cho.

Nie mu­sia­łem py­tać, o kogo cho­dzi. Wie­dzia­łem. Nan cią­gle py­ta­ła o ojca i mama mia­ła tego dość. Po­sta­no­wi­ła za­brać do nie­go cór­kę. Ża­ło­wa­łem, że mi nie po­wie­dzia­ła. Chciał­bym po­je­chać z nimi. Na wi­dok po­grą­żo­nej w bólu Nan za­ci­sną­łem dło­nie w pię­ści. Je­śli kie­dy­kol­wiek spo­tkam tego fa­ce­ta, to mu przy­ło­żę. Chcę zo­ba­czyć, jak krwa­wi.

– Chodź tu­taj. – Wy­cią­gną­łem ręce i przy­tu­li­łem moją małą sio­strzycz­kę. Ob­ję­ła mnie w pa­sie i moc­no ści­snę­ła. W ta­kich chwi­lach cięż­ko było mi od­dy­chać. Nie­na­wi­dzi­łem losu, któ­ry przy­padł jej w udzia­le. Ja przy­naj­mniej wie­dzia­łem, że tata mnie chciał, bo spę­dzał ze mną czas.

– Ma inne cór­ki. Dwie. One są… ślicz­ne. Mają wło­sy jak anioł­ki. Ich mama po­zwa­la im ba­wić się w bło­cie na dwo­rze. Mia­ły te­ni­sów­ki. Brud­ne. – Nan za­zdro­ści­ła im brud­nych tram­pek. Na­sza mama pil­no­wa­ła, żeby jej cór­cia za­wsze wy­glą­da­ła ide­al­nie. Nan na­wet nie mia­ła te­ni­só­wek.

– Nie mogą być pięk­niej­sze od cie­bie – za­pew­ni­łem ją, bo na­praw­dę w to wie­rzy­łem.

Dziew­czyn­ka po­cią­gnę­ła no­sem i się od­su­nę­ła. Pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na mnie swo­imi wiel­ki­mi, zie­lo­ny­mi ocza­mi.

– Są pięk­niej­sze. Wi­dzia­łam. Na ścia­nach wi­sia­ły jego zdję­cia z nimi. On je ko­cha… a mnie nie.

Nie mo­głem kła­mać. Taka była praw­da. Rze­czy­wi­ście jej nie ko­chał.

– Jest głu­pim dup­kiem. Masz mnie, Nan. Za­wsze bę­dziesz mnie mia­ła.

Blaire

Dzi­siaj…

Wy­star­czy­ło wy­je­chać dwa­dzie­ścia pięć ki­lo­me­trów poza mia­sto. Nikt z Su­mit nie tłukł się taki ka­wał do ap­te­ki. Chy­ba że ten ktoś miał dzie­więt­na­ście lat i po­trze­bo­wał dys­kret­nie coś na­być. O tym, co ku­pi­łaś w ap­te­ce w Su­mit, w cią­gu go­dzi­ny wie­dzia­ło całe mia­stecz­ko. Zwłasz­cza je­śli by­łaś nie­za­męż­na i ku­po­wa­łaś pre­zer­wa­ty­wy… albo test cią­żo­wy.

Po­ło­ży­łam te­sty na la­dzie, ale nie spoj­rza­łam na eks­pe­dient­kę. Nie mo­głam. Strach i po­czu­cie winy w mo­ich oczach nie były czymś, czym chcia­łam dzie­lić się z obcą oso­bą. Nie po­wie­dzia­łam na­wet Ca­ino­wi. Od­kąd trzy ty­go­dnie wcze­śniej zmu­si­łam Ru­sha do odej­ścia, po­wo­li wró­ci­łam do zwy­cza­ju spę­dza­nia cza­su wy­łącz­nie z Ca­inem. To było ła­twe. Nie zmu­szał mnie do mó­wie­nia, ale kie­dy chcia­łam po­roz­ma­wiać, uważ­nie słu­chał.

– Szes­na­ście do­la­rów i pięt­na­ście cen­tów – oznaj­mi­ła ko­bie­ta za ladą. Sły­sza­łam w jej gło­sie tro­skę. Nic dziw­ne­go. To był wsty­dli­wy za­kup, któ­re­go oba­wia­ły się wszyst­kie na­sto­lat­ki. Po­da­łam jej dwa­dzie­ścia do­la­rów, nie pod­no­sząc wzro­ku znad ma­łej to­reb­ki, któ­rą po­ło­ży­ła przede mną na kon­tu­arze. Za­wie­ra­ła od­po­wiedź na drę­czą­ce mnie py­ta­nie i to mnie prze­ra­ża­ło. Okres spóź­niał mi się już dwa ty­go­dnie, ale do­tąd ła­twiej było uda­wać, że nic się nie dzie­je. Te­raz jed­nak mu­sia­łam wie­dzieć.

– Trzy do­la­ry i osiem­dzie­siąt pięć cen­tów resz­ty. – Eks­pe­dient­ka wy­cią­gnę­ła dłoń z pie­niędz­mi.

– Dzię­ku­ję – wy­mam­ro­ta­łam i zła­pa­łam to­reb­kę.

– Mam na­dzie­ję, że wszyst­ko uło­ży się po two­jej my­śli – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta ła­god­nie. Pod­nio­słam wzrok i spoj­rza­łam we współ­czu­ją­ce brą­zo­we oczy. Była obcą mi oso­bą, któ­rej mia­łam ni­g­dy wię­cej nie zo­ba­czyć, ale ucie­szy­łam się, że ktoś wie, przez co prze­cho­dzę. Nie czu­łam się taka sa­mot­na.

– Ja też – od­par­łam, a po­tem od­wró­ci­łam się i wy­szłam.

Zro­biw­szy dwa kro­ki w stro­nę par­kin­gu, za­uwa­ży­łam, że przy moim sa­mo­cho­dzie ktoś stoi. Cain opie­rał się o drzwi auta z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­siach. Na gło­wie miał sza­rą bejs­bo­lów­kę z wy­szy­tym logo Uni­wer­sy­te­tu Ala­ba­my. Na­cią­gnął ją moc­no na oczy.

Za­trzy­ma­łam się i spoj­rza­łam na nie­go. Nie mo­głam te­raz kła­mać. Wie­dział, że nie przy­je­cha­łam tu po pre­zer­wa­ty­wy. Ist­nia­ło tyl­ko jed­no wy­tłu­ma­cze­nie. Nie wi­dzia­łam jego oczu, ale i tak… wie­dzia­łam, że on wie.

Prze­łknę­łam gulę, któ­ra ro­sła mi w gar­dle, od­kąd rano wsia­dłam do sa­mo­cho­du i wy­je­cha­łam z mia­sta. Te­raz wie­dzia­ły­śmy nie tyl­ko ja i obca ko­bie­ta za ladą. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel też wie­dział.

Zmu­si­łam się, żeby zro­bić ko­lej­ny krok. Bę­dzie za­da­wał py­ta­nia, a ja nie chcia­łam od­po­wia­dać. Jed­nak po ostat­nich kil­ku ty­go­dniach za­słu­żył na wy­ja­śnie­nie. Na­praw­dę. Jak mo­głam mu to wy­tłu­ma­czyć?

Sta­nę­łam przed Ca­inem. Cie­szy­łam się, że czap­ka rzu­ca cień na jego twarz. Ła­twiej było mó­wić, gdy nie wi­dzia­łam jego miny.

Sta­li­śmy w mil­cze­niu. Chcia­łam, żeby się ode­zwał, ale po kil­ku mi­nu­tach ci­szy zro­zu­mia­łam, że cze­ka na mój ruch.

– Skąd wie­dzia­łeś, gdzie je­stem? – spy­ta­łam w koń­cu.

– Miesz­kasz u mo­jej bab­ci. Za­dzwo­ni­ła do mnie, kie­dy wy­szłaś z domu, dziw­nie się za­cho­wu­jąc. Mar­twi­łem się – wy­ja­śnił.

Po­czu­łam wil­goć pod po­wie­ka­mi. Nie mo­głam te­raz pła­kać. Wy­pła­ka­łam już wszyst­kie łzy. Wy­pro­sto­wa­łam się, moc­niej przy­ci­ska­jąc do pier­si to­reb­kę z te­stem.

– Śle­dzi­łeś mnie – stwier­dzi­łam. To nie było py­ta­nie.

– Oczy­wi­ście, że tak. – Po­trzą­snął gło­wą i od­wró­cił spoj­rze­nie. – Mia­łaś za­miar mi po­wie­dzieć, Bla­ire?

Czy mia­łam za­miar mu po­wie­dzieć? Nie wiem. Nie wy­bie­ga­łam jesz­cze my­śla­mi tak da­le­ko.

– Nie je­stem pew­na, czy jest o czym mó­wić – od­par­łam szcze­rze.

Cain po­krę­cił gło­wą i za­śmiał się iro­nicz­nie.

– Nie je­steś pew­na, tak? Prze­je­cha­łaś taki ka­wał dro­gi, bo nie by­łaś pew­na?

Był zły. A może zra­nio­ny? Nie ro­zu­mia­łam dla­cze­go.

– Do­pó­ki nie zro­bię te­stu, nie będę pew­na. Spóź­nia mi się okres. To wszyst­ko. Nie wi­dzę po­wo­du, żeby ci mó­wić. To nie two­je zmar­twie­nie.

Cain po­wo­li od­wró­cił gło­wę w moją stro­nę. Prze­su­nął czap­kę do tyłu. Te­raz jego oczy nie kry­ły się już w cie­niu. Wi­dzia­łam w nich nie­do­wie­rza­nie i ból. Po­czu­łam się fa­tal­nie. Wo­la­ła­bym, żeby mnie skry­ty­ko­wał i po­tę­pił.

– Na­praw­dę tak uwa­żasz? Po wszyst­kim, przez co ra­zem prze­szli­śmy, tak wła­śnie czu­jesz?

To, przez co prze­szli­śmy, było już za nami. Cain na­le­żał do mo­jej prze­szło­ści. Prze­ży­łam bar­dzo dużo bez nie­go. Pod­czas gdy on ra­do­śnie im­pre­zo­wał, moje ży­cie le­gło w gru­zach. Co ta­kie­go niby wy­cier­piał? Po­wo­li ogar­nia­ła mnie złość. Rzu­ci­łam mu wy­zy­wa­ją­ce spoj­rze­nie.

– Tak, Cain. Tak wła­śnie czu­ję. Nie je­stem pew­na, co do­kład­nie two­im zda­niem ra­zem prze­szli­śmy. By­li­śmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi, po­tem sta­li­śmy się parą, a wte­dy za­cho­ro­wa­ła mama. Ty chcia­łeś mieć ko­goś, kto ssał­by ci fiu­ta, więc mnie zdra­dzi­łeś. Opie­ko­wa­łam się mamą sama. Nie mia­łam w ni­kim opar­cia. Po­tem ona umar­ła, a ja wy­je­cha­łam. Moje ser­ce i świat roz­pa­dły się na ka­wał­ki, więc wró­ci­łam do domu. Wspie­ra­łeś mnie. Nie pro­si­łam cię o to, ale tak się sta­ło. Je­stem ci za to wdzięcz­na, ale to nie ozna­cza, że wy­ba­czę ci wszyst­ko inne. To nie zmie­nia fak­tu, że opu­ści­łeś mnie, kie­dy naj­bar­dziej cię po­trze­bo­wa­łam. Tak więc wy­bacz, że w chwi­li, kie­dy zie­mia po raz ko­lej­ny ma usu­nąć mi się spod nóg, nie je­steś pierw­szą oso­bą, do któ­rej zwra­cam się o po­moc. Nie za­słu­ży­łeś jesz­cze na ten za­szczyt.

Od­dy­cha­łam cięż­ko, a łzy spły­wa­ły mi po twa­rzy. Nie chcia­łam pła­kać, do cho­le­ry. Zro­bi­łam krok do przo­du i z ca­łej siły ode­pchnę­łam przy­ja­cie­la. Zła­pa­łam klam­kę sa­mo­cho­du i szarp­nę­łam. Mu­sia­łam stąd od­je­chać. Zo­sta­wić go.

– Rusz się! – wrza­snę­łam, moc­no cią­gnąc za drzwi, o któ­re wciąż się opie­rał.

Spo­dzie­wa­łam się, że bę­dzie pró­bo­wał się kłó­cić, zro­bi coś wię­cej niż tyl­ko to, co mu każę. Wsia­dłam do sa­mo­cho­du i rzu­ci­łam pla­sti­ko­wą to­reb­kę na sie­dze­nie obok, a na­stęp­nie uru­cho­mi­łam sil­nik i wy­je­cha­łam z par­kin­gu. Cain wciąż tam stał. Na­wet się nie od­su­nął. Ru­szył się tyl­ko na tyle, że­bym zdo­ła­ła wsiąść do sa­mo­cho­du. Nie pa­trzył na mnie. Ga­pił się w zie­mię, jak­by to tam znaj­do­wa­ły się wszyst­kie od­po­wie­dzi. Nie mo­głam się te­raz o nie­go mar­twić. Mu­sia­łam stąd znik­nąć.

Może nie po­win­nam była mó­wić mu wszyst­kie­go, tyl­ko za­cho­wać to głę­bo­ko ukry­te, jak przez te wszyst­kie lata. Ale te­raz było już za póź­no. Za­czął na­ci­skać w nie­wła­ści­wym mo­men­cie. Nie mia­łam za­mia­ru się tym przej­mo­wać.

Nie mo­głam te­raz wró­cić do jego bab­ci. Nie da­ła­by mi spo­ko­ju. Pew­nie Cain za­raz do niej za­dzwo­ni i wszyst­ko po­wie. Je­śli nie całą praw­dę, to coś bar­dzo zbli­żo­ne­go. Nie mia­łam in­nej moż­li­wo­ści. Mu­sia­łam zro­bić test cią­żo­wy w ła­zien­ce na sta­cji ben­zy­no­wej. Czy mo­gło być go­rzej?

Rush

Fale roz­bi­ja­ją­ce się o brzeg nie­gdyś mnie uspo­ka­ja­ły. Jesz­cze kie­dy by­łem dziec­kiem, sia­da­łem na tym po­mo­ście, pa­trząc w wodę. Tu­taj za­wsze uda­wa­ło mi się uj­rzeć spra­wy we wła­ści­wym świe­tle. Ale dzi­siaj to nie po­ma­ga­ło.

Dom był pu­sty. Mat­ka i… męż­czy­zna, któ­ry po­wi­nien całą wiecz­ność sma­żyć się w pie­kle, wy­je­cha­li tuż po tym, jak trzy ty­go­dnie temu wró­ci­łem z Ala­ba­my. By­łem wście­kły, roz­bi­ty i osza­la­ły z bólu. Za­gro­zi­łem oj­czy­mo­wi, że go za­bi­ję, a po­tem ka­za­łem im się wy­no­sić. Nie chcia­łem ich wi­dzieć. Po­wi­nie­nem za­dzwo­nić do mat­ki i po­roz­ma­wiać z nią, ale jesz­cze nie mo­głem się na to zdo­być.

Wy­ba­cze­nie ma­mie nie było ta­kie ła­twe. Nan, moja sio­stra, wpa­dła do mnie kil­ka razy, bła­ga­jąc, że­bym z nią po­roz­ma­wiał. To nie była wina Nan, ale z nią też nie mo­głem ga­dać. Zbyt moc­no przy­po­mi­na­ła mi, co stra­ci­łem. Czym nie zdą­ży­łem się na­cie­szyć. Cze­go mia­łem ni­g­dy nie od­na­leźć.

Z domu do­bie­gło gło­śne stu­ka­nie i prze­rwa­ło tok mo­ich my­śli. Od­wró­ci­łem się. Ktoś, kto stał przy drzwiach, za­dzwo­nił, a po­tem po­now­nie za­pu­kał. Kto to mógł być, do cho­le­ry? Od wy­jaz­du Bla­ire nikt mnie nie od­wie­dzał, poza sio­strą i Gran­tem.

Od­sta­wi­łem piwo na sto­lik i wsta­łem. Kto­kol­wiek to był, le­piej, żeby miał na­praw­dę do­bry po­wód do na­cho­dze­nia mnie bez za­pro­sze­nia. Prze­sze­dłem przez wy­sprzą­ta­ny dom, choć od cza­su ostat­niej wi­zy­ty po­ko­jów­ki Hen­riet­ty mi­nę­ło już tro­chę cza­su. Ła­two było utrzy­mać po­rzą­dek te­raz, gdy nie urzą­dza­łem im­prez i z ni­kim się nie spo­ty­ka­łem. Co cie­ka­we, na­praw­dę mi się to po­do­ba­ło.

Kie­dy się­gną­łem do klam­ki, po­now­nie roz­le­gło się pu­ka­nie. Na­ci­sną­łem klam­kę, go­tów po­wie­dzieć temu, kto stał za drzwia­mi, żeby stąd spie­przał. Ale sło­wa uwię­zły mi w gar­dle. Tego fa­ce­ta nie spo­dzie­wa­łem się kie­dy­kol­wiek jesz­cze zo­ba­czyć. Spo­tka­łem go tyl­ko raz i na­tych­miast znie­na­wi­dzi­łem. Te­raz stał tu, a ja chcia­łem zła­pać go za ra­mio­na i trząść nim, aż po­wie mi, jak ona się czu­je. Czy wszyst­ko z nią w po­rząd­ku? Gdzie miesz­ka? Boże, mia­łem na­dzie­ję, że nie z nim. Co je­śli… nie, nie, nie, to nie­moż­li­we. Nie zro­bi­ła­by tego. Nie moja Bla­ire.

Za­ci­sną­łem dło­nie w pię­ści.

– Mu­szę wie­dzieć jed­ną rzecz – po­wie­dział Cain, chło­pak z prze­szło­ści Bla­ire, pod­czas gdy ja przy­glą­da­łem mu się ze zdzi­wie­niem i nie­do­wie­rza­niem. – Czy ty… – Za­milkł i prze­łknął gło­śno. – Czy ty… pie­przysz… – Zdjął czap­kę i prze­cze­sał pal­ca­mi wło­sy. Pod ocza­mi miał ciem­ne siń­ce. Był wy­raź­nie zmę­czo­ny i znu­żo­ny.

Ser­ce mi za­mar­ło. Chwy­ci­łem go za ra­mię i po­trzą­sną­łem nim.

– Gdzie Bla­ire? Czy nic jej nie jest?

– Wszyst­ko z nią w po­rząd­ku… to zna­czy, ma się do­brze. Puść mnie, za­nim zła­miesz mi rękę – wark­nął Cain, wy­ry­wa­jąc się. – Bla­ire żyje i ma się do­brze. Jest w Su­mit. Nie dla­te­go tu je­stem.

A więc dla­cze­go? Mie­li­śmy tyl­ko jed­ną wspól­ną spra­wę. Bla­ire.

– Kie­dy wy­jeż­dża­ła z Su­mit, była nie­win­na... Bar­dzo nie­win­na. By­łem jej je­dy­nym chło­pa­kiem. Wiem, że nie mia­ła ni­ko­go poza mną. Przy­jaź­ni­li­śmy się od dziec­ka. Ale Bla­ire, któ­ra stąd wró­ci­ła, nie jest tą samą oso­bą. O ni­czym mi nie mówi, nic nie chce wy­ja­śniać. Mu­szę wie­dzieć, czy ty i ona… czy wy… Po pro­stu to po­wiem – pie­przy­łeś się z nią?

Zro­bi­ło mi się ciem­no przed ocza­mi i ru­szy­łem, my­śląc tyl­ko o tym, że za­raz go za­bi­ję. Prze­sa­dził. Nie miał pra­wa mó­wić w ten spo­sób o Bla­ire. Nie mógł za­da­wać ta­kich py­tań ani wąt­pić w jej nie­win­ność. Bla­ire była bez ska­zy, do cho­le­ry! Nie miał pra­wa.

– Kur­wa! Rush, zo­staw go! – usły­sza­łem głos Gran­ta. Mia­łem wra­że­nie, że do­bie­ga z da­le­ka, z koń­ca dłu­gie­go tu­ne­lu. Li­czył się tyl­ko ten ko­leś przede mną. Moja pięść wy­lą­do­wa­ła na twa­rzy Ca­ina, a z jego nosa po­pły­nę­ła krew. Krwa­wił. Chcia­łem, żeby krwa­wił. Ktoś mu­siał krwa­wić, do cięż­kiej cho­le­ry.

Ktoś ob­jął mnie w pa­sie i od­cią­gnął, a Cain po­le­ciał do tyłu. Zła­pał się za nos, a w oczach miał pa­ni­kę. Wła­ści­wie w jed­nym oku. Dru­gie zdą­ży­ło już mu spuch­nąć i le­d­wie je było wi­dać.

– Co mu, do cho­le­ry, po­wie­dzia­łeś? – spy­tał zza mnie Grant. To on trzy­mał mnie w że­la­znym uści­sku.

– Nie waż się tego po­wtó­rzyć! – ryk­ną­łem, gdy Cain otwo­rzył usta, żeby od­po­wie­dzieć. Nie mo­głem słu­chać, jak mówi o niej w ten spo­sób. To, co wy­da­rzy­ło się mię­dzy nami, nie było brud­ne ani złe. Za­cho­wy­wał się tak, jak­bym ją ze­psuł. Bla­ire była bez ska­zy. Tak nie­sa­mo­wi­cie czy­sta. Nic nie mo­gło tego zmie­nić.

Grant moc­niej za­ci­snął ra­mio­na, przy­cią­ga­jąc mnie do sie­bie.

– Mu­sisz już iść. Nie zdo­łam go zbyt dłu­go utrzy­mać. Ma ja­kieś dzie­sięć kilo wię­cej mię­śni niż ja. To nie ta­kie pro­ste, na ja­kie wy­glą­da. Wiej, sta­ry, i nie wra­caj. Masz cho­ler­ne szczę­ście, że aku­rat przy­je­cha­łem.

Cain ski­nął gło­wą i po­pę­dził z po­wro­tem do auta. Wciąż by­łem wście­kły, ale złość nie bu­zo­wa­ła już we mnie tak sil­nym ogniem. Chcia­łem, żeby bar­dziej cier­piał. Pra­gną­łem znisz­czyć jego myśl, że Bla­ire mo­gła nie być już tak ide­al­na jak wte­dy, gdy wy­je­cha­ła z Ala­ba­my. Nie wie­dział, przez co prze­szła. Nie miał po­ję­cia o pie­kle, któ­re urzą­dzi­ła jej moja ro­dzi­na. Jak on mógł się nią opie­ko­wać? Po­trze­bo­wa­ła mnie.

– Je­śli cię pusz­czę, po­bie­gniesz za sa­mo­cho­dem czy zo­sta­wisz chło­pa­ka w spo­ko­ju? – spy­tał Grant, roz­luź­nia­jąc chwyt.

– Zo­sta­wię go w spo­ko­ju – za­pew­ni­łem, wy­swo­ba­dza­jąc się z ob­jęć bra­ta. Pod­sze­dłem do ba­lu­stra­dy i za­ci­sną­łem na niej dło­nie, ro­biąc kil­ka głę­bo­kich wde­chów. Ból znów mną za­wład­nął. Wcze­śniej zdo­ła­łem nad nim za­pa­no­wać. Za­le­d­wie pul­so­wał gdzieś pod po­wierzch­nią, ale wi­dok tego gów­nia­rza wszyst­ko mi przy­po­mniał. Tam­ta noc. Znów bę­dzie mnie prze­śla­do­wać. Na­zna­czy­ła mnie na za­wsze.

– Mogę się do­wie­dzieć, co się tu, do dia­bła, sta­ło czy mnie też stłu­czesz na kwa­śne jabł­ko? – spy­tał Grant, od­su­wa­jąc się nie­co.

Jak­by na to nie pa­trzeć, był moim bra­tem. Ro­dzi­ce po­bra­li się, kie­dy by­li­śmy jesz­cze dzieć­mi. Żyli ra­zem wy­star­cza­ją­co dłu­go, że­by­śmy po­czu­li się ze sobą zwią­za­ni. Cho­ciaż moja mama mia­ła od tam­tej pory kil­ku in­nych mę­żów, Grant wciąż był czę­ścią mo­jej ro­dzi­ny. Wie­dział wy­star­cza­ją­co dużo, żeby do­my­ślić się, że cho­dzi­ło o Bla­ire.

– To były chło­pak Bla­ire – od­po­wie­dzia­łem, nie pa­trząc na nie­go.

Grant chrząk­nął.

– Hm, przy­szedł tu­taj, żeby się prze­chwa­lać? Zro­bi­łeś z nie­go mia­zgę, bo śmiał jej kie­dyś do­tknąć?

Jed­no i dru­gie. Żad­ne z po­wyż­szych. Po­krę­ci­łem gło­wą.

– Nie. Za­da­wał py­ta­nia o to, co było po­mię­dzy mną i Bla­ire. A co go to ob­cho­dzi? Po­wi­nien trzy­mać się ode mnie z da­le­ka.

– Ach, ro­zu­miem. To ma sens. Cóż, do­stał za swo­je. Chy­ba zła­ma­łeś mu nos, a na pew­no so­lid­nie pod­bi­łeś oko.

Pod­nio­słem wresz­cie gło­wę i spoj­rza­łem na Gran­ta.

– Dzię­ku­ję, że mnie od nie­go od­cią­gną­łeś. Stra­ci­łem kon­tro­lę.

Brat ski­nął gło­wą i otwo­rzył drzwi.

– Chodź. Idzie­my na piwo.

Blaire

Je­dy­nym miej­scem, do ja­kie­go mo­głam te­raz iść, był grób mamy. Nie mia­łam domu. Nie chcia­łam wra­cać do Ba­bu­ni Q. W koń­cu była bab­cią Ca­ina. On pew­nie tam na mnie cze­kał. A może nie? Może zbyt moc­no go ode­pchnę­łam. Usia­dłam na cmen­ta­rzu. Pod­cią­gnę­łam ko­la­na pod bro­dę i oplo­tłam je ra­mio­na­mi.

Wró­ci­łam do Su­mit, po­nie­waż było to je­dy­ne miej­sce, ja­kie zna­łam. Te­raz mu­sia­łam wy­je­chać. Nie mo­głam tu zo­stać. Moje ży­cie znów mia­ło przy­brać nie­spo­dzie­wa­ny ob­rót, a ja nie czu­łam się na to go­to­wa. Kie­dy by­łam małą dziew­czyn­ką, mama za­bie­ra­ła nas do szkół­ki nie­dziel­nej w lo­kal­nym ko­ście­le bap­ty­stów. Pa­mię­tam sło­wa pa­sto­ra, że Bóg obar­cza nas tyl­ko tym, co je­ste­śmy w sta­nie znieść. Może cho­dzi­ło mu o oso­by, któ­re co nie­dzie­la cho­dzi­ły do ko­ścio­ła i mo­dli­ły się każ­de­go wie­czo­ra, bo mnie Bóg zde­cy­do­wa­nie nie oszczę­dzał.

Jed­nak uża­la­nie się nad sobą do ni­cze­go nie pro­wa­dzi­ło. Mu­sia­łam wziąć się w garść i za­sta­no­wić, co da­lej. Miesz­ka­nie w po­ko­ju u bab­ci Ca­ina było roz­wią­za­niem tym­cza­so­wym. Kie­dy wpro­wa­dza­łam się do jej go­ścin­nej sy­pial­ni, wie­dzia­łam, że to tyl­ko na chwi­lę. Z Ca­inem zna­my się od lat. Nie chcia­łam, żeby na­sza hi­sto­ria się po­wtó­rzy­ła, więc nie mo­głam po­zwa­lać mu się wciąż ra­to­wać z opre­sji. Nad­szedł czas, by odejść. Ale do­kąd je­chać? Czym się za­jąć? Wciąż nie wie­dzia­łam. A ostat­nie trzy ty­go­dnie ni­cze­go w tej kwe­stii nie zmie­ni­ły.

– Szko­da, że cię tu nie ma, mamo. Nie wiem, co ro­bić, i nie mam kogo się po­ra­dzić – szep­nę­łam, sie­dząc na ci­chym cmen­ta­rzu. Chcia­łam wie­rzyć, że mama mnie sły­szy. Nie po­do­ba­ła mi się myśl, że jest pod zie­mią, ale kie­dy umar­ła moja sio­stra bliź­niacz­ka, sia­da­ły­śmy z mamą w tym sa­mym miej­scu i roz­ma­wia­ły­śmy z Va­le­rie. Mama twier­dzi­ła, że jej duch nas ob­ser­wu­je i sły­szy. Tak bar­dzo pra­gnę­łam, żeby to była praw­da.

– To tyl­ko ja. Tę­sk­nię za wami. Nie chcę być sama… ale je­stem. I boję się. – Je­dy­ną od­po­wie­dzią był od­głos wia­tru szu­mią­ce­go w li­ściach drzew. – Po­wie­dzia­łaś mi kie­dyś, że je­śli będę słu­chać na­praw­dę uważ­nie, znaj­dę od­po­wiedź w ser­cu. Słu­cham, ma­mu­siu, ale wciąż nie wiem, co ro­bić. Może mo­gła­byś mi po­móc? Wska­zać wła­ści­wy kie­ru­nek?

Opar­łam pod­bró­dek na ko­la­nach i za­mknę­łam oczy. Sta­ra­łam się nie roz­pła­kać.

– Kie­dyś mi po­wie­dzia­łaś, że mu­szę wy­ja­śnić Ca­ino­wi, co czu­ję. Pa­mię­tasz? Twier­dzi­łaś, że nie po­czu­ję się le­piej, do­pó­ki wszyst­kie­go z sie­bie nie wy­rzu­cę. Wła­śnie dzi­siaj to zro­bi­łam. Na­wet je­śli mi wy­ba­czy, już ni­g­dy nie bę­dzie tak samo. Zresz­tą nie mogę wciąż na nim po­le­gać… Czas, że­bym za­czę­ła po­dej­mo­wać de­cy­zje sa­mo­dziel­nie. Ale nie wiem jak.

Gdy tyl­ko to po­wie­dzia­łam, po­czu­łam, jak ka­mień spadł mi z ser­ca. Wie­dzia­łam, że nie otrzy­mam od­po­wie­dzi, ale to nie mia­ło zna­cze­nia.

W ci­szy roz­le­gło się trza­śnię­cie drzwia­mi sa­mo­cho­du, więc od­wró­ci­łam się w stro­nę par­kin­gu. Sta­ło tam auto, któ­re było za bar­dzo wy­pa­sio­ne jak na to małe mia­stecz­ko. Spoj­rza­łam na kie­row­cę i za­nie­mó­wi­łam z wra­że­nia. Sko­czy­łam na rów­ne nogi. To była Be­thy! Tu­taj! W Su­mit. Na cmen­ta­rzu… Przy­je­cha­ła bar­dzo, bar­dzo dro­gim au­tem.

Dłu­gie, brą­zo­we wło­sy mia­ła ścią­gnię­te w ku­cyk. Uśmie­cha­ła się do mnie. Nie mo­głam się ru­szyć. Ba­łam się, że tyl­ko to so­bie wy­obra­zi­łam. Co ona tu robi?

– Na­praw­dę fa­tal­nie, że nie masz te­le­fo­nu. Jak mia­łam cię po­wia­do­mić, że po cie­bie przy­jeż­dżam? Hm? – jej sło­wa nie mia­ły sen­su, ale sam dźwięk gło­su spra­wił, że po­bie­głam, aby ją uści­skać.

Be­thy ro­ze­śmia­ła się i roz­po­star­ła ra­mio­na. Wpa­dłam pro­sto w jej ob­ję­cia.

– Nie mogę uwie­rzyć, że tu je­steś. – Przy­tu­li­łam ją.

– Cóż, ja też nie. To była dłu­ga po­dróż, ale je­steś tego war­ta. A po­nie­waż zo­sta­wi­łaś te­le­fon w Ro­se­ma­ry, nie było in­ne­go spo­so­bu, żeby się z tobą skon­tak­to­wać.

Chcia­łam jej o wszyst­kim opo­wie­dzieć, ale nie mo­głam. Jesz­cze nie. Po­trze­bo­wa­łam cza­su. Wie­dzia­ła już o moim ta­cie. Wie­dzia­ła o Nan. Ale resz­ta… nie mia­ła o tym po­ję­cia.

– Cie­szę się, że tu je­steś, ale jak mnie zna­la­złaś?

Be­thy uśmiech­nę­ła się i prze­krzy­wi­ła gło­wę.

– Je­cha­łam przez mia­sto, szu­ka­jąc two­je­go sa­mo­cho­du. To nie było ta­kie trud­ne. W tym mie­ście są rap­tem jed­ne świa­tła. Gdy­bym moc­niej mru­gnę­ła, mo­gła­bym je prze­ga­pić.

– Ten sa­mo­chód na pew­no zro­bił wra­że­nie na są­sia­dach. – Po­pa­trzy­łam na nie­go.

– To auto Jace’a. Cu­dow­nie się pro­wa­dzi.

Wciąż była z Jace’em. Do­brze. Mimo to po­czu­łam ból w klat­ce pier­sio­wej. Jace przy­po­mi­nał mi o Ro­se­ma­ry. A Ro­se­ma­ry ozna­cza­ło Ru­sha.

– Za­py­ta­ła­bym, jak się masz, ale wy­glą­dasz jak śmierć na cho­rą­gwi. Dziew­czy­no, czy ty w ogó­le coś ja­dłaś, od­kąd wy­je­cha­łaś z Ro­se­ma­ry?

Spa­da­ły ze mnie ubra­nia. Kom­plet­nie nie mia­łam ape­ty­tu. W żo­łąd­ku wciąż czu­łam gulę.

– To były cięż­kie ty­go­dnie, ale czu­ję się tro­chę le­piej. Po­wo­li uda­je mi się ze wszyst­kim po­go­dzić. Ja­koś so­bie ra­dzę.

Be­thy po­pa­trzy­ła na gro­by za mo­imi ple­ca­mi. Oby­dwa. Wi­dzia­łam w jej oczach smu­tek, kie­dy prze­czy­ta­ła na­pi­sy na na­grob­kach.

– Nikt nie może ci za­brać wspo­mnień. Masz przy­naj­mniej je – po­wie­dzia­ła, ści­ska­jąc moją dłoń.

– Wiem. Nie wie­rzę im. Oj­ciec kła­mie. Cała ta ro­dzi­na to ban­da łga­rzy. Moja mama ni­g­dy by cze­goś ta­kie­go nie zro­bi­ła. Je­śli kto­kol­wiek jest win­ny, to oj­ciec. On był­by do tego zdol­ny. Nie mama. W żad­nym ra­zie mama.

Be­thy ski­nę­ła gło­wą i moc­no ści­snę­ła moją dłoń. Po­czu­łam się le­piej, ma­jąc świa­do­mość, że ktoś mi uwie­rzył, ro­zu­miał, że mama była nie­win­na.

– Czy two­ja sio­stra była do cie­bie po­dob­na?

W moim ostat­nim wspo­mnie­niu Va­le­rie się uśmie­cha­ła. Ten ja­sny uśmiech był o wie­le ład­niej­szy od mo­je­go. Mia­ła ide­al­ne zęby i nie mu­sia­ła no­sić apa­ra­tu. Oczy mia­ła ja­śniej­sze. Ale wszy­scy twier­dzi­li, że je­ste­śmy iden­tycz­ne. Nie wi­dzie­li róż­ni­cy. Za­wsze za­sta­na­wia­łam się dla­cze­go. Ja wi­dzia­łam ją do­sko­na­le.

– By­ły­śmy iden­tycz­ne – od­par­łam. Be­thy by nie zro­zu­mia­ła.

– Nie mogę so­bie wy­obra­zić dwóch Bla­ire Wynns. Mu­sia­ły­ście zła­mać ser­ca wszyst­kim fa­ce­tom w tej wio­sce. – Sta­ra­ła się roz­luź­nić at­mos­fe­rę. Do­ce­nia­łam to.

– Tyl­ko Va­le­rie. Ja od dzie­ciń­stwa by­łam z Ca­inem. Nikt się za mną nie uga­niał.

Be­thy otwo­rzy­ła sze­rzej oczy, po czym od­wró­ci­ła wzrok i chrząk­nę­ła. Cze­ka­łam, aż znów na mnie spoj­rzy.

– Cho­ciaż bar­dzo miło mi cię wi­dzieć i zde­cy­do­wa­nie zro­bi­ły­by­śmy tu fu­ro­rę, przy­je­cha­łam z pew­ną pro­po­zy­cją.

Tak wła­śnie są­dzi­łam. Nie wie­dzia­łam tyl­ko, jaką pro­po­zy­cję mo­gła mieć na my­śli.

– Tak? – spy­ta­łam, cze­ka­jąc na wy­ja­śnie­nie.

– Mo­że­my po­roz­ma­wiać przy ka­wie? – Spoj­rza­ła na uli­cę ze zmarsz­czo­nym czo­łem. – Albo może przy de­se­rze, bo lo­dziar­nia była je­dy­ną knaj­pą, jaką wi­dzia­łam po dro­dze.

W prze­ci­wień­stwie do mnie, nie czu­ła się swo­bod­nie wśród gro­bów. Nic dziw­ne­go. To ja by­łam dziw­na.

– Ja­sne – od­par­łam i ru­szy­łam po to­reb­kę.

Oto two­ja od­po­wiedź – usły­sza­łam szept tak ci­chy, że chy­ba go so­bie wy­obra­zi­łam. Od­wró­ci­łam się do przy­ja­ciół­ki, któ­ra wciąż się uśmie­cha­ła.

– Mó­wi­łaś coś? – zdzi­wi­łam się.

– Hm, po tym, jak za­su­ge­ro­wa­łam lo­dziar­nię? – za­py­ta­ła.

Ski­nę­łam gło­wą.

– Tak. Szep­ta­łaś coś?

Be­thy zmarsz­czy­ła nos i ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo.

– Nie… Hm… Może chodź­my już stąd. – Zła­pa­ła mnie za ra­mię i po­cią­gnę­ła do sa­mo­cho­du Jace’a.

Po­pa­trzy­łam w kie­run­ku gro­bu mamy i po­czu­łam za­le­wa­ją­cą mnie falę spo­ko­ju. Czyż­by to była…? Nie. To nie­moż­li­we. Po­trzą­snę­łam gło­wą i ru­szy­łam w stro­nę miej­sca dla pa­sa­że­ra, za­nim Be­thy zdą­ży­ła mnie na nie we­pchnąć.

Rush

Nad­szedł dzień uro­dzin mo­jej mat­ki. Nan dzwo­ni­ła już dwu­krot­nie, pró­bu­jąc mnie prze­ko­nać, że po­wi­nie­nem za­te­le­fo­no­wać z ży­cze­nia­mi. Nie mo­głem. Mat­ka była na Ba­ha­mach. Ra­zem z nim. I nic jej kom­plet­nie nie ob­cho­dzi­ło. Po raz ko­lej­ny ucie­kła przed swo­im ży­ciem, zo­sta­wia­jąc dzie­ci, by ra­dzi­ły so­bie same.

– Nan znów dzwo­ni. Mam ode­brać i po­wie­dzieć, żeby spa­da­ła? – Grant wszedł do po­ko­ju, trzy­ma­jąc w ręku dzwo­nią­cą ko­mór­kę. Uwiel­bia­li się ze sobą kłó­cić, jak praw­dzi­we ro­dzeń­stwo.

– Nie. Daj mi z nią po­roz­ma­wiać – od­par­łem, ła­piąc rzu­co­ny te­le­fon. – Nan?

– Masz za­miar ode­zwać się do mamy czy nie? Dzwo­ni­ła już dwa razy, py­ta­jąc, czy roz­ma­wia­łam z tobą i czy pa­mię­tasz o jej uro­dzi­nach. Na­praw­dę jej na to­bie za­le­ży. Nie po­zwól, żeby ta dziew­czy­na wszyst­ko po­psu­ła, Rush. Prze­cież gro­zi­ła mi bro­nią, na Boga! Bro­nią! Jest kom­plet­nie sza­lo­na i…

– Prze­stań! Za­mknij się. Nie znasz jej i na­wet nie chcesz znać, więc po pro­stu daj so­bie spo­kój. Nie mam za­mia­ru dzwo­nić do mat­ki. Mo­żesz jej to po­wie­dzieć, je­śli znów się z tobą skon­tak­tu­je. Nie chcę sły­szeć jej gło­su. W du­pie mam tę jej wy­ciecz­kę i opo­wie­ści o uro­dzi­no­wych pre­zen­tach.

– O rany – jęk­nął Grant, opa­da­jąc na sofę i opie­ra­jąc nogi na sto­ją­cej przed nią oto­ma­nie.

– Nie wie­rzę, że to po­wie­dzia­łeś. Nie ro­zu­miem cię. Prze­cież ta dziew­czy­na nie może być aż tak do­bra w…

– Prze­stań, Nan­net­te. Skończ­my tę roz­mo­wę. Za­dzwoń, je­śli bę­dziesz mnie po­trze­bo­wa­ła.

Roz­łą­czy­łem się, od­kła­da­jąc te­le­fon na fo­tel i opie­ra­jąc gło­wę na po­dusz­kach.

– Chodź­my stąd – za­pro­po­no­wał Grant. – Na­pij­my się cze­goś, po­tańcz­my z dziew­czy­na­mi, za­po­mnij­my o tym ca­łym gów­nie.

Pro­po­no­wał to już parę razy w cią­gu ostat­nich trzech ty­go­dni. Wy­su­wał ta­kie su­ge­stie od cza­su, gdy prze­sta­łem się mio­tać i uznał, że może się już bez­piecz­nie ode­zwać.

– Nie – sprze­ci­wi­łem się, nie pa­trząc w jego stro­nę. Nie było po­wo­du, że­bym mu­siał uda­wać, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Do­pó­ki się nie do­wiem, co z Bla­ire, nic nie bę­dzie w po­rząd­ku. Może mi ni­g­dy nie wy­ba­czyć, może już na mnie ani razu nie spoj­rzeć, ale mu­szę mieć pew­ność, że do­cho­dzi do sie­bie. Mu­sia­łem to wie­dzieć. Mu­sia­łem wie­dzieć co­kol­wiek.

– Za­uważ, że cał­kiem nie­źle ra­dzę so­bie z nie­wtrą­ca­niem się w two­je spra­wy. Po­zwo­li­łem ci sza­leć, wrzesz­czeć na wszyst­ko, co się ru­sza, i tkwić w de­pre­sji. My­ślę, że nad­szedł czas, że­byś mi coś wy­ja­śnił. Chciał­bym się do­wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło w Ala­ba­mie. Coś mu­sia­ło się stać. Wró­ci­łeś stam­tąd cał­kiem od­mie­nio­ny.

Ko­cha­łem go jak bra­ta, ale nie mia­łem za­mia­ru mu opo­wia­dać o tam­tej nocy w ho­te­lu z Bla­ire. Nocy, kie­dy czu­ła się skrzyw­dzo­na, a ja by­łam zde­spe­ro­wa­ny.

– Nie chcę o tym roz­ma­wiać. Ale mu­szę stąd wyjść i prze­stać ga­pić się na te ścia­ny, któ­re wciąż mi o niej przy­po­mi­na­ją… tak, mu­szę wyjść. – Ze­rwa­łem się z miej­sca. Grant pod­niósł się z sofy. W jego oczach dało się do­strzec wy­raź­ną ulgę.

– Na co masz ocho­tę? Piwo, dziew­czy­ny czy obie rze­czy na­raz?

– Gło­śna mu­zy­ka – zde­cy­do­wa­łem. Na­praw­dę nie by­łem jesz­cze go­to­wy na piwo i dziew­czy­ny.

– Mo­że­my wy­je­chać z mia­sta. Chciał­byś wy­sko­czyć do De­stin?

– Pew­nie – rzu­ci­łem mu klu­czy­ki do mo­je­go sa­mo­cho­du. – Pro­wadź.

Za­trzy­mał nas dźwięk dzwon­ka u drzwi. Ostat­nia wi­zy­ta nie­za­po­wie­dzia­ne­go go­ścia nie za­koń­czy­ła się zbyt do­brze. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że to po­li­cja przy­szła aresz­to­wać mnie za po­bi­cie Ca­ina. Co dziw­ne – ja­koś mnie to nie ob­cho­dzi­ło. Czu­łem się zu­peł­nie otę­pia­ły.

– Otwo­rzę. – Grant spoj­rzał na mnie spod zmarsz­czo­nych brwi. Pew­nie my­ślał o tym sa­mym.

Usia­dłem na so­fie, opie­ra­jąc nogi o sto­lik. Mat­ka tego nie zno­si­ła. Ku­pi­ła ten sto­lik pod­czas jed­nej ze swo­ich mię­dzy­na­ro­do­wych po­dró­ży i ka­za­ła go tu do­star­czyć. Po­czu­łem w so­bie na­gły przy­pływ po­czu­cia winy, że na­dal do niej nie za­dzwo­ni­łem, ale szyb­ko je w so­bie zdu­si­łem. Uszczę­śli­wia­łem tę ko­bie­tę przez całe swo­je ży­cie i w do­dat­ku zaj­mo­wa­łem się Nan. Nie chcia­łem już tego ro­bić. Mia­łem dość tego ca­łe­go gów­na.

– O, Jace, co tam? Wła­śnie wy­cho­dzi­li­śmy. Idziesz z nami? – Grant od­su­nął się na bok i wpu­ścił kum­pla do środ­ka. Nie ru­szy­łem się z miej­sca. Chcia­łem, żeby so­bie po­szedł. Pa­trze­nie na Jace’a przy­po­mi­na­ło mi o Be­thy, któ­ra przy­po­mi­na­ła mi o Bla­ire. Jace mu­siał znik­nąć.

– Yyy… nie… Chcia­łem tyl­ko o czymś z tobą po­ga­dać. – Za­szu­rał sto­pa­mi, wpy­cha­jąc ręce do kie­sze­ni. Wy­glą­dał tak, jak­by go­to­wał się do uciecz­ki.

– W po­rząd­ku – zgo­dzi­łem się.

– Dzi­siaj chy­ba nie jest naj­lep­szy dzień na roz­mo­wę – wtrą­cił się Grant, sta­jąc przed Jace’em i wbi­ja­jąc we mnie wzrok. – Wła­śnie wy­cho­dzi­li­śmy. Jace może po­cze­kać z tym „ob­na­ża­niem du­szy”.

Zmie­rzy­łem go za­cie­ka­wio­nym spoj­rze­niem.

– Prze­cież nie je­stem wa­ria­tem – stwier­dzi­łem. – Usiądź. Po­zwól mu mó­wić.

Jace po­pa­trzył ner­wo­wo na Gran­ta i usiadł na krze­śle tak da­le­ko ode mnie, jak tyl­ko to moż­li­we. Pa­trzy­łem, jak od­gar­nia wło­sy i za­kła­da je za uszy, i za­sta­na­wia­łem się, co ta­kie­go waż­ne­go ma mi do po­wie­dze­nia.

– Be­thy i ja za­czę­li­śmy cho­dzić ze sobą na po­waż­nie – za­czął.

To nie było dla mnie nic no­we­go. Nie ob­cho­dzi­ło mnie to. Po­czu­łem na­głe ukłu­cie bólu w pier­si i za­ci­sną­łem pię­ści. Mu­sia­łem się skon­cen­tro­wać na na­bra­niu ko­lej­ne­go od­de­chu. Be­thy była przy­ja­ciół­ką Bla­ire, do­sko­na­le wie­dzia­ła, jaka ona jest.

– Poza tym w tej ob­skur­nej no­rze, w któ­rej miesz­ka, pod­nie­śli czynsz. Nie od­po­wia­da mi, że musi tam miesz­kać, to nie­bez­piecz­ne. Po­ga­da­łem więc z Wo­od­sem, któ­ry po­wie­dział, że jego oj­ciec ma do wy­na­ję­cia dwu­po­ko­jo­we miesz­ka­nie. Za­ła­twi­łem to dla niej, wpła­ci­łem kau­cję i za­ją­łem się wszyst­ki­mi for­mal­no­ścia­mi, ale kie­dy ją tam za­bra­łem, na­praw­dę się wście­kła. Nie chcia­ła, że­bym pła­cił za czynsz, stwier­dzi­ła, że czu­je się z tym jak ta­nia dziw­ka – wes­tchnął cięż­ko.

Jego prze­pra­sza­ją­ce spoj­rze­nie wciąż nie mia­ło dla mnie więk­sze­go sen­su. Ich kłót­nia była mi obo­jęt­na.

– Czynsz jest dwu­krot­nie wyż­szy… a przy­naj­mniej Be­thy tak my­śli. Tak na­praw­dę wy­na­jem kosz­tu­je czte­ry razy wię­cej niż w jej po­przed­nim miesz­ka­niu, ale zmu­si­łem Wo­od­sa do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy. Do­pła­cam resz­tę bez jej wie­dzy. Tak czy siak… dziś po­je­cha­ła do Ala­ba­my. Samo miesz­ka­nie strasz­nie jej się po­do­ba. Chcia­ła­by miesz­kać na te­re­nie klu­bu i mieć do­stęp do pla­ży. Nie­ste­ty je­dy­ną współ­lo­ka­tor­ką, na jaką się zgo­dzi­ła jest… Bla­ire.

Nie mo­głem już dłu­żej usie­dzieć, więc ze­rwa­łem się z miej­sca.

– Wy­lu­zuj, sta­ry… – Grant rów­nież sko­czył na rów­ne nogi, ale po­wstrzy­ma­łem go ru­chem dło­ni. – Usiądź.

– Wca­le się nie wście­kam. Mu­szę ode­tchnąć – uspo­ko­iłem go, pa­trząc na fale roz­bi­ja­ją­ce się o brzeg za szkla­ny­mi drzwia­mi. Be­thy po­je­cha­ła po Bla­ire. Czu­łem, jak moje ser­ce wali w sza­leń­czym tem­pie. Czy moja uko­cha­na zgo­dzi się tu przy­je­chać?

– Wiem, że spra­wy mię­dzy wami nie skoń­czy­ły się naj­le­piej – kon­ty­nu­ował Jace. – Pro­si­łem, żeby tego nie ro­bi­ła, ale była na­praw­dę wście­kła i nie chcia­łem jej jesz­cze bar­dziej wku­rzać. Twier­dzi­ła, że strasz­nie się stę­sk­ni­ła za nią i że Bla­ire rów­nież po­trze­bu­je to­wa­rzy­stwa. Ga­da­ła na­wet z Wo­od­sem o po­now­nym za­trud­nie­niu Bla­ire, je­śli ta zgo­dzi się wró­cić.

Bla­ire. Wra­ca…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

O autorce

Abbi Gli­nes uro­dzi­ła się w Bir­ming­ham w Ala­ba­mie. Do­ra­sta­ła w ma­łej miej­sco­wo­ści Su­mi­ton, z któ­rej wy­je­cha­ła tego sa­me­go lata, gdy skoń­czy­ła osiem­na­ście lat. Ale nie uje­cha­ła da­le­ko… W po­go­ni za swo­ją li­ce­al­ną mi­ło­ścią do­tar­ła na wy­brze­że i tam po­zo­sta­ła.

Abbi miesz­ka te­raz w uro­kli­wym mie­ście Fa­ir­ho­pe na po­łu­dniu Ala­ba­my z trój­ką dzie­ci i mę­żem Ke­ithem (tą samą szkol­ną mi­ło­ścią, za któ­rą go­ni­ła). Jej ży­cie ni­g­dy nie jest nud­ne, a Ke­ith za­wsze po­tra­fi za­pew­nić im roz­ryw­kę.

Wśród ksią­żek opu­bli­ko­wa­nych przez Abbi znaj­du­ją się mię­dzy in­ny­mi: The Vin­cent Boys oraz be­st­sel­ler z list „New York Ti­me­sa” i „Wall Stre­et Jo­ur­nal” O krok za da­le­ko.

Kie­dy Abbi nie pi­sze ksią­żek, zaj­mu­je się dzieć­mi i wozi je na róż­ne za­ję­cia. Moż­na po­wie­dzieć, że oso­bi­sty szo­fer dzie­ci to jej dru­gi za­wód. Fan­ta­stycz­ny zresz­tą.

www.ab­bi­gli­nes.com

Przedstawicielstwo

Wszel­kie py­ta­nia do­ty­czą­ce praw do któ­rej­kol­wiek z mo­ich ksią­żek, za­py­ta­nia o moż­li­wość prze­ło­że­nia ich na ję­zy­ki obce lub sfil­mo­wa­nia pro­szę kie­ro­wać do Jane Dys­tel z Dys­tel&Go­de­rich.