Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Poradniki Język: polski

Sprawność. Siła. Witalność – Jak CrossFit® zmienił moje życie ebook

T. J. Murphy

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 257 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sprawność. Siła. Witalność – Jak CrossFit® zmienił moje życie - T. J. Murphy

W cieniu komercyjnych molochów fitness wyrosła nowa moda. Wyczerpujące treningi, odbywające się w surowych warunkach w garażach i starych halach, przyciągają rzesze znudzonych bieżniami i skomplikowanymi urządzeniami amatorów sportu. Szybkie efekty, wspaniali ludzie i satysfakcja z pokonywania własnych słabości przyćmiewają pot i łzy, którymi zroszone są maty w boxach.

Zmuś swoje ciało do maksymalnego wysiłku. Pod okiem dyplomowanych instruktorów zaciekle rywalizuj z innymi fanatykami CrossFitu®.

Poznaj historię T.J. Murphy’ego. Z kolanami zmasakrowanymi przez wieloletnie bieganie i perspektywą trudnej operacji stawił się na swój pierwszy trening CrossFit®. Ta decyzja zmieniła jego życie. Pokonując drogę od nowicjusza do zapalonego orędownika, Murphy poznaje odpowiedź na pytanie, dlaczego CrossFit® jest tak popularny i czy jest w stanie postawić na nogi każdego, fizycznie i psychicznie. Wejdź z nami do boxu. Skorzystaj z wiedzy dostępnej dotąd tylko dla zawodowców. Rzuć swojemu ciału nadludzkie wyzwanie. I obserwuj oszałamiające rezultaty.

Chciałem treningiem zaatakować całe ciało. Szukałem różnorodności, zmienności i dynamiki ćwiczeń. CrossFit to dużo więcej niż siła. To szybkość, sprawność, mobilność i ciągle zwiększająca się odporność psychiczna. Zacząłem ćwiczyć w wymiarze sportowym, nie będąc sportowcem. To specyfika CrossFitu. Stajesz się zawodnikiem. To fascynujące.

Piotr „Glaca” Mohamed, wokalista Sweet Noise

Jestem jedną z tych osób, które mogą naprawdę powiedzieć, że CrossFit zmienił ich życie. Kiedy odbyłem pierwszy trening, studiowałem prawo, pracowałem w firmie prawniczej, miałem aspiracje na zostanie doradcą podatkowym. Po pierwszym treningu CrossFit w ciągu niecałych dwóch miesięcy rzuciłem wszystko i postanowiłem zostać trenerem. Zawsze chciałem pomagać ludziom. Teraz robię to za pomocą CrossFitu.

Grzegorz Piekarczyk, CrossFit Lv-1 Trainer & CrossFit 72D Manager

CrossFit. Co w tym pięknego? Społeczność. Fakt, że kompletnie obcy ludzie zaledwie po kilku wspólnych ekstremalnych treningach stają ci się bliscy jak bracia. CrossFit to pokonywanie własnych słabości i walka z samym sobą do ostatnich sił. Hektolitry potu i drżące z wysiłku ciało. Siła i charakter. To w końcu też radość i ekstaza oraz szalejące w ciele endorfiny po dobrze wykonanym treningu. To pasja i sposób na życie.

Magdalena „Lena” Wieczorek, NORDCITY SPORT

Opinie o ebooku Sprawność. Siła. Witalność – Jak CrossFit® zmienił moje życie - T. J. Murphy

Fragment ebooka Sprawność. Siła. Witalność – Jak CrossFit® zmienił moje życie - T. J. Murphy

Dla trenerów i sportowców z CrossFit Elysium za ich przyjaźń i nieustającą inspirację.

Podziękowania

Chciałbym podziękować trenerom i sportowcom, których miałem przyjemność poznać w ciągu tych kilku miesięcy, kiedy uczyłem się nowych zasad treningowych w następujących klubach: CrossFit Cedar Rapids, CrossFit Invictus, CrossFit NYC, CrossFit Southie, CrossFit Bloomington, CrossFit East Village i CrossFit Santa Cruz Central. Moje szczególne podziękowania niech przyjmą: Brian MacKenzie, Kelly i Juliet Starrett, Carl Paoli, Todd Widman, Lindsey Smith, Annie Sakamoto, Dave Castro, Nicole Carroll, Gretchen Weber i Greg Amundson – każdy z was w nieoceniony sposób pomógł mi podczas realizacji tego projektu.

Chcę podziękować również pracownikom VeloPress za ich wskazówki i entuzjazm wykazany podczas tworzenia tej książki. Przez kilka lat miałem przyjemność pracować z Wami w Competitor Group, ale po raz pierwszy mogłem obserwować z bliska Waszą pasję i profesjonalizm.

Wstęp

Najpiękniejsze i najcenniejsze chwile mojego życia to momenty, kiedy podejmowałem nowe wyzwania i wchodziłem na nieznaną drogę. Pierwsze kroki, pełne niepewności, strachu i ciekawości, zawsze były dla mnieźródłem inspiracji. Uważam, że nie podejmując nowych wyzwań, przestajemy się rozwijać, tracimy szansę przekonania się, jaki tak naprawdę drzemie w nas potencjał i jakie są nasze możliwości. Jeżeli zbyt długo tkwimy w świecie bezpiecznych przyzwyczajeń i utartych ścieżek, to z czasem tracimy energię potrzebną do nauki, poznawania i przekraczania kolejnych granic.

To właśnie przekraczanie granic zawsze było sednem mojej drogi, zarówno jako człowieka, jak i artysty. Głęboko wierzę, że tylko osiągając systematyczny progres, możemy stać się lepszymi ludźmi i dać innym to, co w nas najlepsze. Nigdy nie jest za późno na nowy początek, kolejne wyzwanie lub odważny skok w nieznane. Moja droga do CrossFitu i droga autora książkiSprawność. Siła. WitalnośćT.J. Murphy’ego są zupełnie różne. Coś je jednak łączy: obydwaj szukaliśmy sposobu, żeby wejść na wyższy poziom. Potrzebowaliśmy skutecznej i w pewnym sensie radykalnej metody obudzenia w sobie pasji, głodu wygrywania i progresu. Zarówno ja, jak i Murphy czekaliśmy na metodę treningową, która poza wyzwaniem dla naszego ciała będzie również kluczem do naszego rozwoju mentalnego.

CrossFit – ten opisany w książce i ten, który ja cały czas poznaję – to fascynujące zjawisko, które każdego dnia przyciąga do siebie tysiące ludzi spragnionych zmiany. W obecnym świecie przesiąkniętym komercją, plastikiem i wyniszczającą nas alienacją ta nowa metoda treningowa i sport oferuje coś, o czym prawie zapomnieliśmy: prawdziwe przeżycia. Daje nam dreszcz emocji, wzruszenia i satysfakcję z własnych zwycięstw i przesuwanych granic. Żyjąc w coraz bardziej sterylnej rzeczywistości, unikamy cierpienia i bólu. Zapominamy o tym, że i jedno, i drugie jest integralną częścią naszego życia i postępu. CrossFit wprowadza te uczucia do naszego słownika. Treningi często pozostawiają nas bez tchu, obolałych i słabych. Dzięki nim czujemy jednak, że pokonaliśmy własną słabość i strach. Krok po kroku stajemy się z powrotem zwycięzcami.

Progres i rezultaty zależą tylko i wyłącznie od naszej pracy, wiary i samozaparcia. Tak jak życie, które często bywa nieprzewidywalne, każdy trening CrossFit jest inny. Stawiane są przed nami kolejne wyzwania i za każdym razem to my musimy podjąć walkę z samym sobą, aby je pokonać. Pokora i cierpliwość to dwie rzeczy, które są najważniejsze zarówno na naszej drodze treningowej, jak i poza nią. Jedni z nas uczą się szybciej, inni wolniej – i musimy to zaakceptować. Musimy nauczyć się cieszyć samym procesem zdobywania nowej wiedzy i sprawności.

Kiedy w 2010 roku wracałem do Polski ze Stanów Zjednoczonych po dwuletnim pobycie w Los Angeles, gdzie pracowałem nad płytą z przyjacielem Justinem Chancellorem z grupy Tool, miałem już za sobą 19 lat grania na scenie z zespołem Sweet Noise. Muzyka zawsze wypełniała moje życie. Wchodziłem na scenę tylko w jednym celu: dać z siebie wszystko, co najlepsze, wydrzeć na zewnątrz emocje i uczucia. Mójshowze Sweet Noise był zawsze szalenie wymagający fizycznie. Byłem w ciągłym ruchu, a do tego musiałem kontrolować swój głos i oddech. Dwie godziny na scenie były jak bieg przez przeszkody. Wymagało to ode mnie naprawdę dobrej kondycji.

W roku 2011 byłem gotów wrócić na polskie sceny z nowym projektem My Riot. Tym razem – pomimo upływu lat – chciałem zaprezentować swoim fanom jeszcze mocniejszeshow. Krótko mówiąc, chciałem być w życiowej formie. Potrzebowałem metody treningowej, która sprawiłaby, że będę silniejszy, szybszy i fenomenalnie wytrzymały. Zacząłem biegać interwały, odkryłem trening TRX i ćwiczenia zbattling ropes(bardzo popularne liny w treningu obwodowym, na przykład MMA), jednak cały czas czułem, że jest coś jeszcze. Chciałem zaatakować swoje ciało ze wszystkich stron naraz, chciałem przygotować je na nieznane.

Na CrossFit natknąłem się w sieci. Do dziś pamiętam, że to było jak grom z jasnego nieba. Nagle patrzyłem na ludzi, którzy nie tylko byli silni i wytrzymali, ale również biegali, pływali, wspinali się na liny i prezentowali poważne umiejętności gimnastyczne. Gdzieś poza mną od paru lat odbywała się prawdziwa rewolucja w świecie fitnessu. Powstawał sport, który obejmował tak szerokie spektrum ruchów, że zawodnicy startujący w zawodach wydawali się nadludźmi. Patrzyłem na coś nowego, witalnego i potężnego. I chciałem być częścią tego zjawiska. Chciałem jak tysiące ludzi na całym świecie zostać zawodnikiem CrossFitu. Nauczyć się podnoszenia ciężarów i gimnastyki. Chciałem być szybki i wytrzymały. Byłem gotów zmierzyć się ze swoimi słabościami i stanąć przed faktem, że to, w jaki sposób pojmowałem swoją sprawność, zostanie wywrócone do góry nogami.

Książka T.J. Murphy’ego jest doskonałym wprowadzeniem w świat CrossFitu. Została napisana z perspektywy człowieka, który postanowił zaufać tej metodzie treningowej i w niej upatrywał szansy na wzmocnienie swojego wykończonego kontuzjami ciała. Murphy, maratończyk i triathlonista, przedstawia nam CrossFit od podszewki. Zaczyna swoją drogę właściwie od samego początku. Wszystko jest dla niego nowe: ćwiczenia, ruchy, intensywność, atmosfera treningów i sposób, w jaki jego ciało reaguje na nie. Jego walka o postępy jest naprawdę piękna i wzruszająca, zwłaszcza że z ujmującą szczerością opisuje swoje porażki i zwątpienia. Murphy nie jest superbohaterem lub herosem. Na każdy sukces musi ciężko pracować – i to jest w jego walce najważniejsze.

CrossFit ma naprawdę wiele twarzy. Ćwiczą go ludzie w każdym wieku. W czasie workoutów stają obok siebie osoby z nadwagą, kobiety w ciąży, młodzi, sprawni zawodnicy i ludzie wykończeni kontuzjami lub pracą w pozycji siedzącej. Ciężary i ćwiczenia są skalowane, więc wszyscy mogą wykonywać ten sam plan treningowy. Dopingują się nawzajem, wspierają, dodają sobie otuchy. Zawodnik, który kończy ostatni, najczęściej zbiera największą owację. To jest potężna siła tego zjawiska.

Każdy z nas jest zawodnikiem i dąży do opanowania jak największej liczby ruchów, które składają się na program treningowy. Oglądając lepszych od siebie lub śledząc zawody rangi mistrzowskiej, możemy wczuć się w wysiłek, ból i walkę innych zawodników. To jest absolutnie wyjątkowe dla tej dyscypliny.

Na samym szczycie crossfitowego świata są zawody nazywane CrossFit Games. Startują w nich najlepsi z najlepszych. Kobiety i mężczyźni o niewiarygodnej sile, sprawności i wytrzymałości. Oglądanie ich zmagań jest naprawdę fascynujące, zwłaszcza jeśli sami ćwiczymy. W książce Murphy’ego pada jednak bardzo ważne zdanie: „CrossFit to nie CrossFit Games”. CrossFit to społeczność ludzi, którzy zdecydowali się zawalczyć o własną sprawność. To ludzie, którzy wybrali alternatywny styl życia i spędzania czasu.

Osobnym tematem w książce Sprawność. Siła. Witalność jest geneza CrossFitu. Uważam, że fundamenty, na których powstała ta dyscyplina, rozwój struktury i jej hiperdynamiczny wzrost, oparty głównie na nowoczesnych internetowych mediach społecznościowych, powinien z grubsza poznać każdy, kto poważnie interesuje się tą formą aktywności fizycznej i zamierza rozpocząć treningi. Murphy przybliża nam postać twórcy CrossFitu – Grega Glassmana. Rozpoczął on działalność od małego boksu w garażu, a rozwinął ją w wielomilionowy biznes. Fajnie jest wiedzieć, co tak naprawdę chciał stworzyć ten geniusz świata fitnessu i jaką pracę wykonał, chcąc zrealizować swoją wizję. Dla mnie te rozdziały książki rzuciły nowe światło na wiele rzeczy związanych z CrossFitem.

Jeżeli jednak miałbym wyciągnąć jedną, najważniejszą naukę, to byłby to trafny wybór klubu i trenera.

Właściwa decyzja w tej sferze jest kluczowa dla naszego rozwoju i przede wszystkim zdrowia. Zły trener nigdzie nas nie doprowadzi. Narazi nas na kontuzje i frustracje, źle ucząc nas techniki i fatalnie programując treningi. Kiedy w grę wchodzi podnoszenie ciężarów i gimnastyka, to żarty się kończą. Poprawna technika jest w tym wypadku kluczowa. Wielokrotnie byłem świadkiem zajęć, w czasie których na oczach trenera ludzie robili sobie krzywdę, zmagając się ze źle dobranym, za dużym ciężarem lub starając się wykonywać ruch, który wykraczał poza ich możliwości. Czasami wystarczy jedna chwila i kontuzja może skończyć naszą przygodę na zawsze. Sprawdzajcie kompetencje trenerów, porównujcie to, czego Was uczą, z fachowymi filmikami, których jest sporo na YouTubie. Teraz, kiedy CrossFit roś-nie w siłę, wiele fitnessowych klubów chce na tym zarobić i organizuje różnego rodzaju podróbki w stylu X-Fit, Cros Fit i tym podobne. Bądźcie ostrożni i czujni.

Ja miałem wielkie szczęście i trafiłem na wspaniałą trenerkę i zawodniczkę – Martynę Krysiak. Od samego początku postawiłem sprawę jasno: chcę się zająć tym sportem w pełni profesjonalnie. Jednym z moich celów jest start w CrossFit Games w mojej kategorii wiekowej. Martyna od półtora roku programuje moje treningi i cierpliwie uczy mnie kolejnych ruchów. Zaczynałem od zera. Moje przygotowanie siłowe i kondycyjne na niewiele się zdało. Mozolnie piąłem się do góry, walcząc ze zwątpieniem i słabościami. Poznawałem siebie i swoje ciało. CrossFit daje mi adrenalinę, którą tak kocham i znam ze sceny. Tutaj niczego nie można udawać i markować. Prawdziwe są zwycięstwa i porażki. Trening zmienił i ciągle zmienia moje życie. Inaczej chodzę, inaczej myślę, jem i śpię. Kiedy patrzę w lustro, to widzę osobnika, który nie bał się obnażyć swoich słabych stron i wszedł z powrotem na drogę pokornej nauki.

Dzisiaj widzę skalę swojego postępu. Potrafię robić rzeczy, o których kiedyś nawet nie marzyłem, i daje mi to prawdziwą satysfakcję. Aby stworzyć dla siebie i innych doskonałe warunki do treningu, otworzyłem wraz z Martyną pierwszy CrossFit Box w Swarzędzu i nazwałem go Respect. To tytuł mojej pierwszej płyty wydanej z zespołem Sweet Noise. Była moim pierwszym krokiem w świat muzyki. Mam nadzieję, że CrossFit Respect również będzie początkiem czegoś wspaniałego.

Piotr „Glaca” Mohamed

Prolog

– Jeśli nie zmienisz tych talerzy w 30 sekund, skopię ci tyłek.

O rany, myślałem, wsuwając zielone talerze olimpijskie na 20-kilogramowy gryf i mocując się ze sprężynowym zaciskiem. Za wszelką cenę starałem się tego po sobie nie pokazywać, ale byłem kompletnie przerażony perspektywą ćwiczenia, jakie miałem wykonać: chodziło o podniesienie 60-kilogramowej sztangi z podłogi ponad głowę jednym płynnym ruchem, czyli tak zwane rwanie. Sztanga była o osiem kilogramów cięższa niż mój dotychczasowy rekord w rwaniu. Rozmaite wizje porażki ganiały się w mojej głowie jak złe duchy, pożerając wszelką nadzieję.

Wyobraźcie sobie luksusowe spa wypełnione chromowanymi ciężarami i elegancką szatnię, a później wyobraźcie sobie kompletne przeciwieństwo – właśnie w takim miejscu ćwiczyłem. Klub San Francisco CrossFit (SFCF) mieści się na parkingu za olbrzymim sklepem sportowym w parku Presidio. Nie ma tam drzwi, są tylko pomazane sprayem kontenery, plastikowe zadaszenie, które skrzypi, kiedy wieje wiatr (a wieje niemal bez przerwy), i czarne gumowe maty. Światło zapewniają okratowane reflektory przemysłowe. Na tablicy przytwierdzonej do betonowej ściany widnieje napis „PSKM”. Jest to popularny akronim w świecie CrossFit i oznacza „przestań się, kurwa, mazać”. W SFCF nie jest to tylko pusty slogan. Tu ludzie trenują w ciemności, w deszczu i na wilgotnym, zimnym wietrze.

Uczestniczę tam w drugiej rundzie zawodów CrossFit Open. Kelly Starrett, właściciel klubu i mój dzisiejszy trener, już raz groził mi skopaniem tyłka, a było to podczas pierwszego etapu kwalifikacji do CrossFit Games. Myślał, że się poddaję, czym głęboko gardził (w przeciwieństwie do mnie). Ostatecznie ukończyłem pierwszy etap z punktacją, która spokojnie umożliwiała mi przybliżenie się o jeden krok do turnieju. W tym momencie biorę udział w drugim etapie kwalifikacji do CrossFit Open 2012.

Turniej składa się z trzech dni intensywnych konkurencji siłowych i gimnastycznych, opartych na bardzo popularnym na całym świecie systemie treningowym CrossFit, który uprawia się już w ponad czterech tysiącach siłowni (ich liczba wciąż rośnie). Najlepsi z najlepszych, wyłonieni w trakcie CrossFit Open i Regionals, biorą udział w trzydniowym turnieju CrossFit Games. Ja uczestniczyłem w zawodach po raz pierwszy, a był to drugi z pięciu tygodni rywalizacji tysięcy sportowców z całego kraju, wykonujących ten sam test, któremu poddawałem się pod okiem wrzeszczącego na mnie współwłaściciela i głównego trenera z siłowni SFCF.

– Zostało ci 20 sekund.

Musiałem zastosować technikę PSKM. To nie tak, że dawałem za wygraną – ja po prostu próbowałem odwlec nieuchronne upokorzenie, bo znając swoje dotychczasowe wyniki w rwaniu, wiedziałem, że te 60 kilogramów to mógł być równocześnie samochód marki Volks wagen. Przyspieszyłem jednak z zakładaniem talerzy, bo na pewno nie chciałem dostać kopniaka od ważącego 106 kilogramów byłego kajakarza, który był ode mnie co najmniej dwa razy silniejszy.

Workout kwalifikacyjny wyglądał następująco: miałem 10 minut na wykonanie jak największej liczby powtórzeń zgodnie z poniższym schematem:

35 kilogramów – 30 powtórzeń

60 kilogramów – 30 powtórzeń

75 kilogramów – 30 powtórzeń

95 kilogramów – maksymalna liczba powtórzeń.

Z 35-kilogramową sztangą poradziłem sobie bez problemu, ale wiedziałem, że 60 kilogramów sprawi mi kłopot. Tego samego dnia zwycięzca CrossFit Games z 2011 roku, Rich Froning Jr, wykonał 98 powtórzeń, co oznacza, że przez pierwsze trzy etapy przeszedł jak huragan i przed upływem wyznaczonego czasu ośmiokrotnie wyrwał jeszcze 95 kilogramów. Jako jedyny pokonał barierę 90 powtórzeń. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem plan treningu, stwierdziłem, że 35 kilogramów to będzie łatwizna. Jednak moim dotychczasowym rekordem w rwaniu – i mam tu na myśli wykonanie tylko jednego powtórzenia – były 52 kilogramy. Na dodatek wcale nie poszło mi wtedy łatwo. Kiedy po półgodzinie prób wyrwałem wreszcie nad głowę ten ciężar, byłem z siebie dumny. Odczuwałem też podziw dla tych, którzy – jak na przykład Froning – sprawiali wrażenie, że rwanie sztangi o tej wadze to nic szczególnie trudnego. A teraz patrzyłem na sztangę cięższą o 8 kilogramów.

Podczas pierwszego tygodnia CrossFit Open wykonuje się test sprawdzający, ile burpee jest w stanie wykonać zawodnik w określonym czasie. Burpee (czyli padnij-powstań)1 to ćwiczenie, które rozpoczynamy na stojąco, a następnie przyjmujemy pozycję wyjściową do pompki, dotykamy podłogi klatką piersiową, wciągamy kolana pod siebie i wracamy do pionu, wykonując przy tym lekki podskok. Jest to podstawowy i prosty ruch gimnastyczny, jednak po wykonaniu około 25 powtórzeń człowiek czuje się, jakby wszczepiono mu w ciało rozregulowany defibrylator. Trening 12.1, polegający na wykonaniu jak największej liczby burpee w ciągu siedmiu minut, był wykańczający, ale tak naprawdę idealnie pasował do byłych biegaczy, takich jak ja. Wykonałem 103 powtórzenia, po których zataczałem się, chodząc w kółko, a mój układ krążenia znajdował się w stanie szoku, jakbym właśnie otrzymał postrzał w klatkę piersiową. Rwanie to była z kolei zupełnie inna bajka – ćwiczenie to nie było przystosowane ani zaprojektowane z myślą o zbliżającym się do pięćdziesiątki byłym maratończyku i uczestniku zawodów Ironman.

Kiedy więc wytarłem dłonie z potu, zacisnąłem je na czarnych, prążkowanych fragmentach 220-centymetrowego gryfu i pochyliłem się, aby rozpocząć pierwszą fazę rwania 60 kilogramów, wiedziałem, że jestem obserwowany. Przyglądał mi się nie tylko Starrett, ale również sędzia i kilku innych uczestników CrossFit Open, w tym moja dziewczyna, Gretchen, która znalazła się w finałowym składzie.

Rozpocząłem ćwiczenie. Przejście od 35 do 60 kilogramów było dla mnie szokiem. Początkujących zawodników uczy się, aby zaczynali podnosić żelazo z podłogi powoli, opierając ciężar ciała na piętach. Kiedy sztanga mija kolana, następuje poderwanie jej przez pełne wyprostowanie tułowia, bioder oraz nóg w stawach kolanowych, a zawodnik (w idealnej sytuacji) napiera na nią od dołu i wsuwa się pod nią, przechodząc jednocześnie do głębokiego przysiadu. Wtedy też (w idealnej sytuacji) ciężar pojawia się dokładnie nad twoją głową i trzymasz go na wyprostowanych ramionach, a następnie wstajesz do pozycji pionowej i prostujesz całe ciało pod trzymanym w górze ciężarem. Podkreślam: w idealnej sytuacji. Ja nigdy wcześniej nie próbowałem olimpijskich technik podnoszenia ciężarów. Teraz wiem już, że aby płynnie wykonać ten ruch, najlepsi sztangiści muszą się wykazać jednocześnie doskonałą koordynacją, zwinnością, szybkością i siłą. Kiedyś wydawało mi się, że chodzi w tym tylko o czystą siłę. Nic podobnego.

Wyrwałem ciężar powyżej pasa, może gdzieś w okolice mostka, a wtedy grawitacja zwyciężyła i sztanga z okropnym hałasem spadła na ziemię. Szok związany ze zmianą ciężaru, zwielokrotniony świadomością kompletnej porażki w walce o wykonanie choćby jednego powtórzenia, spowodował, że poczułem w żyłach zastrzyk adrenaliny.

– Kurwa! – krzyknąłem, wyskakując w powietrze.

Przypływ adrenaliny był zarówno dobrą, jak i złą rzeczą. Postanowiłem dalej próbować, choćby po to, żeby znaleźć ujście dla tej złości, jednak w takiej sytuacji łatwo jest się zmienić w odpowiednik sfrustrowanego golfisty, który stoi na piasku i bezmyślnie uderza kijem w poszukiwaniu zasypanej piłki. W tym moim małym napadzie złości znajdowała się odpowiedź na pytanie, dlaczego w ciągu ostatnich siedmiu lat CrossFit stał się tak olbrzymim fenomenem. Chodzi bowiem o to, aby wykorzystać potęgę rywalizacji – zarówno z innymi ludźmi, jak i z samym sobą – do osiągnięcia kolejnych poziomów intensywności.

Trzy kolejne próby i trzy wybuchy wściekłości później Starrett powiedział spokojnie:

– To się nie sprawdza. Musimy coś zmienić.

Po kilku minutach i paru kolejnych przepełnionych frustracją podejściach Starrett udzielił mi pewnych wskazówek.

W CrossFicie chodzi o to, aby wykorzystać potęgę rywalizacji – zarówno z innymi ludźmi, jak i z samym sobą – do osiągnięcia kolejnych poziomów intensywności.

– Zastosuj węższy chwyt. Upewnij się, że klatka piersiowa znajduje się w odpowiedniej pozycji. Wyobraź sobie całe ćwiczenie, a dzięki temu ruch sztangi stanie się bardziej efektywny. Pomyśl, że wyrzucasz ją wysoko i jeszcze wyżej, aż za głowę. – Powiedział i wskazał pas autostrady biegnący za terenem parkingu. – Wyrzuć ją aż na autostradę.

Z każdą kolejną próbą sztanga unosiła się w powietrze odrobinę wyżej, a jednak grawitacja ciągle zwyciężała i ciężar upadał na gumowe maty. Z wyznaczonego czasu pozostała mi niecała minuta. Starrett po raz kolejny odezwał się do mnie spokojnym głosem.

– Uda nam się. Wyobraź sobie tylko, że wyrzucasz ciężar wysoko i daleko za siebie.

To, że właśnie Starrett przygotowywał mnie do tych zawodów, było ciekawym zbiegiem okoliczności. Poznałem go 58 tygodni wcześniej, przed świętami Bożego Narodzenia w 2010 roku, kiedy kuśtykając, wszedłem do tej samej siłowni – było to już po tym, jak przewlekła kontuzja kolana i uraz pleców zmusiły mnie do zakończenia kariery biegacza. W wieku 47 lat nie tylko utraciłem radość z biegania, ale trudności zaczęło sprawiać mi też normalne funkcjonowanie. Wstawanie z łóżka, siedzenie na krześle biurowym, wchodzenie i schodzenie po schodach – wszystko to przypłacałem bólem. Z moją przyszłością zaczęły się nierozerwalnie wiązać dwa słowa, które kiedyś wydawały mi się po prostu niewyobrażalne: proteza kolana.

Starrett był nie tylko słynnym na cały crossfitowy świat trenerem i ekspertem w dziedzinie ruchu ciała, ale miał też doktorat z fizjoterapii. Kiedy byłem już przekonany, że czeka mnie operacja, inny znany trener CrossFitu, Brian MacKenzie, polecił mi, żebym spotkał się właśnie ze Starrettem. Przez kolejne 14 miesięcy powoli i sumiennie poznawałem świat, który wcześniej zwyczajnie przeoczyłem, uważając, że to kolejny sztucznie napędzany system treningowy, tyle tylko, że połączony z kultem naśladownictwa, na dodatek – jak stwierdziłem po przejrzeniu Internetu – zwariowanym na punkcie tatuaży.

Spotkanie ze Starrettem było więc przypadkowe. W ciągu 58 tygodni on i MacKenzie wskazali mi drogę, dzięki której kulejący były biegacz niebędący w stanie zrobić 15 pompek stał się jedną z 62 tysięcy osób biorących udział w eliminacjach do CrossFit Games 2012.

– Damy radę, T.J. Zostało ci 30 sekund.

Kiedy przed tą z pewnością ostatnią już próbą rwania i zaliczenia 31 powtórzenia spojrzałem na sztangę, poczułem, jakby przez całe ciało przebiegł mi elektryczny impuls. Elementem łączącym zawody CrossFit Open z tym, co kochałem w bieganiu, była możliwość sportowego sprawdzenia się w warunkach, w których musi się rozegrać pewien dramat i muszą się pojawić emocje. Zaliczenie 31 powtórzeń zamiast 12 czy 30 – a nawet 65 – nie miało większego znaczenia w punktacji ogólnej. Wiedziałem przecież, że zginę gdzieś w środku tłumu 62 tysięcy zawodników. Dla najlepszych stawką jest zakwalifikowanie się do CrossFit Games, natomiast pozostałym chodzi wyłącznie o osobistą satysfakcję; osiągnięcie kolejnego crossfitowego pułapu przypomina pokonanie po raz pierwszy bariery czterech godzin podczas maratonu albo ukończenie pierwszego w życiu triathlonu. To satysfakcja z bycia sportowcem i doświadczania emocji całkiem innych niż te, które przeżywa widz przed telewizorem.

W tamtym momencie do różnicy pomiędzy 30 a 31 podchodziłem więc bardzo emocjonalnie. Wyrwanie 60 kilogramów oznaczałoby pobicie mojego dotychczasowego rekordu, który wynosił 52 kilogramy. Byłem nabuzowany. Podskoczyłem, potrząsając głową, jakbym chciał ją z czegoś oczyścić. Kiedy chwyciłem sztangę, podchodząc do ostatniej próby, miałem motyle w brzuchu i czułem, jak po raz pierwszy w trakcie tego treningu na twarzy pojawia mi się uśmiech: wiedziałem, że to podniosę. Zgodnie z sugestią Kelly’ego chwyciłem gryf węziej, zamykając kciuk pod palcami w chwycie zamkowym, będącym podstawą w olimpijskim podnoszeniu ciężarów, a następnie pochyliłem się, wziąłem głęboki oddech i powoli rozpocząłem ruch. Wyobrażając sobie wyrzucenie ciężaru ponad głowę i dalej, w stronę parku, wykonałem pierwszą fazę. Sztanga uniosła się o kilka dodatkowych pozornie nieznaczących centymetrów, a ja najszybciej jak się dało zmieniłem pozycję, wsuwając barki i łokcie pod sztangę, kiedy ta znalazła się w martwym punkcie. Gdybym był lepszy w rwaniu, wykonałbym głęboki przysiad, jednak nie miałem wtedy takich umiejętności, zrobiłem więc to, co byłem w stanie, i wypchnąłem ciężar do góry. Tym razem – a do końca pozostawało już tylko pięć sekund – pokonałem krytyczny punkt i sztanga zamiast spaść, zaczęła dalej się wznosić, z początku bardzo powoli, ale potem coraz szybciej. Kiedy do końca wyznaczonego czasu pozostało dosłownie parę sekund, wyprostowałem łokcie i ustanowiłem mój nowy rekord.

W geście ukazującym całkowity brak opanowania raz jeszcze podskoczyłem, tym razem w stylu bohaterów ligi szkół średnich. Nie, nie byłem opanowany, poza tym 60 kilogramów to raczej przeciętny wynik w mojej kategorii wagowej w świecie CrossFitu. Ale pamiętajmy: podskoczyłem na tych samych nogach, na których jeszcze rok wcześniej ledwie potrafiłem pokonać krawężnik.

Oto historia tego roku.

Początek

Wiele dróg do CrossFitu

Paul Estrada był trenerem osobistym, a CrossFit odkrył przez Internet. Po wykonaniu jednego z treningów przez siedem minut leżał w kącie siłowni, zanim zdołał z powrotem stanąć na nogi. To doświadczenie tak nim wstrząsnęło, że bez reszty zaangażował się w CrossFit. Peggy Baker, kobieta po pięćdziesiątce, niechętnie dała się namówić koleżankom na wizytę w klubie sportowym CrossFit w Bostonie. Od 20 lat chorowała na cukrzycę i była otyła, a stan jej zdrowia wciąż się pogarszał, jednak już po kilku miesiącach ze łzami w oczach opowiadała, jak jej cukrzyca typu 2 zaczęła się cofać, a wraz z nią zmniejszyła się potrzeba stosowania zastrzyków z insuliny. David Bennett, który pracował w siłach powietrznych Stanów Zjednoczonych, któregoś razu podczas treningu z ciężarami zobaczył, jak jego kolega wykonuje trening crossfitowy. Tak się tym zafascynował, że również zaczął trenować w ten sposób, a obecnie powtarza, że jednym z jego celów jest „uprawiać CrossFit do śmierci”.

Często mówi się o tym, że CrossFit zyskuje bardzo oddanych zwolenników, jednak chyba najbardziej zadziwiająca jest ich różnorodność. Anthony Kimpo ćwiczy jujitsu, a CrossFitu spróbował, aby zwiększyć swoją siłę. Obecnie jest już w tym samym stopniu CrossFitowcem co zawodnikiem sztuk walki. Briana Dawn za dnia uczęszczała na zajęcia, a wieczorami pracowała jako dyspozytorka w policji i zbyt często jadała w restauracji Denny’s – miała 14 kilogramów nadwagi. Odwiedziła siłownię CrossFit, a rok później jako szczupła, wysportowana i energiczna dziewczyna brała już udział w zawodach. Brian MacKenzie odkrył, że CrossFit pomaga mu panować nad nudą, która wyzwalała w nim autodestrukcyjne zachowania takie jak picie, wdawanie się w bójki i jeszcze gorsze rzeczy. Dziś CrossFit daje mu siłę do biegania 160-kilometrowych dystansów i prowadzenia treningów funkcjonalnych dla zespołu biegaczy i triathlonistów z całego świata. Irene Mejia była chorobliwie otyła, ważyła 180 kilogramów, i balansowała na granicy przewlekłych chorób, które towarzyszą cukrzycy typu 2, aż któregoś dnia zdobyła się na odwagę i wysłała e-mail do siłowni CrossFit z pytaniem, czy mogłaby spróbować u nich poćwiczyć. Odpisali, że tak. W ciągu niespełna dwóch lat Irene schudła ponad 45 kilogramów i wzięła udział w zawodach CrossFit Games Open.

Jest też historia Todda Widmana. Kiedy po raz pierwszy usłyszał o CrossFicie, miał 25 lat i służył w marines w Wirginii, gdzie przygotowywał młodych żołnierzy piechoty do przeprowadzania misji lądowych. Trenował od 13 roku życia, a ciężary podnosił już w szkole średniej i podczas nauki w stanie Oregon. Jako żołnierz Marines miał już za sobą sześć lat treningów na siłowni. Kolega namówił go do przełamania początkowej niechęci do CrossFitu i odwiedzenia strony internetowej CrossFit.com. Tego samego wieczoru Todd obejrzał nagranieNasty girls2. Mimo prowokacyjnego tytułu klip przedstawia po prostu jeden z zaawansowanych treningów crossfitowych. Widman przyglądał się należącym do pierwszego pokolenia crossfitowców dziewczynom, które wykonywały ten trening. Stanowiły one ciekawą mieszankę – znajdowała się wśród nich była mistrzyni narciarstwa alpejskiego (Eva Twardokens), była kelnerka i nauczycielka jazzercise (Annie Sakamoto) oraz artystka zajmująca się garncarstwem (Nicole Carroll).

– Patrzyłem na te drobne kobiety wykonujące zarzuty, przysiady i muscle-up (wspieranie ciągiem) na kółkach gimnastycznych – opowiadał później Widman. – Nie byłem pewien, czy potrafiłbym wykonać którekolwiek z tych ćwiczeń.

W poruszającej końcówce nagrania kamera ukazuje kilka końcowych minut walki Carroll z ostatnimi seriami wspierania na kołach gimnastycznych i zarzutów, a na twarzy dziewczyny maluje się prawdziwe cierpienie.

Widman zaczął coraz uważniej przeglądać stronę internetową. W tamtym czasie w jego okolicy nie było żadnej siłowni CrossFit, ale portal codziennie publikował plany treningowe, w tym również ćwiczenia o tajemniczych nazwach pochodzących od żeńskich imion. Widman postanowił spróbować sił w treningu o nazwie „Elizabeth”, który składał się z trzech serii zarzutów 60-kilogramowej sztangi na przysiad i pompek na kołach. Widman wiedział, że zarzut to gwałtowne oderwanie sztangi od ziemi i umieszczenie jej na wysokości brody, co jest pierwszą fazą olimpijskiego podrzutu. „Ale co to są te koła?”, zastanawiał się. Przejrzał komentarze i zauważył, że inni również zadają podobne pytania, próbując rozszyfrować nazwy niekonwencjonalnych treningów. Okazało się, że w przypadku Elizabeth chodzi o koła gimnastyczne, takie jak te, na których wykonuje się ćwiczenie nazywane rozpięciem lub żelaznym krzyżem. Pompki na kołach były bardzo podobne do pompek na triceps – ćwiczenia popularnego w większości komercyjnych siłowni – z tą różnicą, że zamiast na poręczach czy maszynie wykonywało się je na drewnianych kołach zawieszonych na specjalnych taśmach.

Trening Elizabeth składał się z trzech rund. W pierwszej należało zrobić 21 zarzutów i 21 pompek na kołach, w drugiej po 15 powtórzeń, a w ostatniej po 9. Pomiędzy seriami i rundami nie robiło się odpoczynków – chodziło o to, aby wykonać cały program jak najszybciej. Z komentarzy wynikało, że ludzie potrzebowali na to zwykle od 5 do 10 minut. Widman doszedł do wniosku, że dla człowieka z tak solidnym przygotowaniem, motywacją i twardą psychiką amerykańskiego marine czas od 5 do 10 minut nie powinien stanowić problemu. Włączył stoper i zaczął swój pierwszy trening crossfitowy.

58 minut później skończył, „padając w kałużę płynów ustrojowych”.

Był to trening, którego szukałem przez całe życie.

– Moje ego zostało zniszczone – wspominał. – Był to jednak trening, którego szukałem przez całe życie.

Zaangażował się w tę nową dziedzinę, a jego entuzjazm szybko został dostrzeżony – od początku CrossFit był sportem cieszącym się zainteresowaniem wśród przedstawicieli organów ścigania i wojska, a wysokie stanowisko Widmana w marines przyciągnęło uwagę pracowników centrali CrossFit. Poproszono go o pomoc w prowadzeniu raczkujących dopiero szkoleń dla trenerów. Widman zaczął uczyć CrossFitu i stało się to jego sposobem na życie. Obecnie zarabia, prowadząc szkolenia certyfikacyjne Poziomu 1 CrossFit.

Pewnego wieczoru uznany były kajakarz Kelly Starrett – który przygotowywał mnie później do kwalifikacji na zawody CrossFit Open – pracował nad doktoratem z fizjoterapii, kiedy podczas surfowania po Internecie trafił na stronę CrossFit.com. Kariera kajakarska Starretta zakończyła się w tym samym momencie, kiedy narodziła się jego pasja fizjoterapeutyczna – pewnego dnia mięśnie po prostu odmówiły mu posłuszeństwa i nie mógł ruszyć głową. Wydarzenie to rozbudziło w nim zainteresowanie podstawami ruchu ludzkiego ciała. Ostatecznie wspólnie z żoną, Juliet, otworzyli na swoim podwórku box crossfitowy, a jego pierwszym członkiem był mężczyzna, który dzierżawił im działkę. Filozofia CrossFitu wpłynęła na Starretta jako fizjoterapeutę w tak dużym stopniu, że obecnie otwarcie krytykuje on medycynę sportową i robi to z prawdziwym zapałem. Z jego usług korzystają kolarze startujący w Tour de France, rekordziści świata w podnoszeniu ciężarów, gwiazdy baletu z San Francisco, pracownicy służb specjalnych armii Stanów Zjednoczonych i żołnierze Navy SEALs.

To tylko kilka z historii, które krążą po świecie CrossFitu – niestandardowego sposobu trenowania i odżywiania. Podobne opowieści dotyczą gospodyń domowych, zawodników MMA, byłych narkomanów i wielu innych osób. W rezultacie uznano, że ten nowy sport wywrócił myślenie o treningu do góry nogami.

Ja do CrossFitu dotarłem jeszcze inną ścieżką, wydeptaną wcześ-niej przez wielu podobnych do mnie sportowców. To ścieżka złamanego biegacza, czyli niekończący się, frustrujący ciąg kontuzji, będących konsekwencją specyficznego treningu, a także biegania maratonów, półmaratonów, dystansów dziesięciokilometrowych i krótszych.

Każdego roku około 70 procent biegaczy doznaje kontuzji – część z nich, z niesprawnymi stawami i desperacją w oczach, postanowiła odwiedzić któryś klub CrossFit, aby poszukać tam odpowiedzi. A na pewno było tak w moim przypadku.

AWARIA

Koniec października 2010. Był deszczowy niedzielny poranek w południowej Kalifornii, a mnie zostało niecałe 400 metrów do mety półmaratonu Rock’n’Roll w Los Angeles. Byłem zmęczony i nie mogłem się doczekać, kiedy przestanie boleć mnie noga i kolano, które dawały mi się we znaki z każdym krokiem, jaki postawiłem na tej górzystej, 21-kilometrowej trasie wokół centrum Los Angeles.

Na ostatnich 200 metrach trasy, niedaleko LA Live, kompleksu hoteli, restauracji i świetnie wyposażonych hal sportowych o łącznej powierzchni 520 tysięcy metrów kwadratowych, który znajduje się w pobliżu Staples Center, nie byłem w stanie wykrzesać z siebie ani trochę siły do finiszowego sprintu.

Przekroczyłem linię mety i zszedłem z trasy, pogrążając się w typowym chaosie towarzyszącym końcowemu odcinkowi każdego większego wydarzenia biegowego. Kolana rozrywał mi palący ból; czułem się tak, jakby kwas siarkowy wyżarł mi wszystkie chrząstki. Usiadłem na krawężniku i pocierałem kolana, jednak nie przyniosło mi to ulgi. Ból wciąż narastał, a ja zastanawiałem się, jak wytrzymam dwie godziny drogi powrotnej do San Diego, siedząc ze zgiętymi nogami w hondzie fit.

To nie był dla mnie zwykły wyścig. Tamten półmaraton był częścią planu, który opracowałem w celu odzyskania fizycznej i psychicznej sprawności po serii kontuzji i bolesnym rozwodzie. Choroby, stres, nadwaga, bezsenność, oznaki starzenia się i brak możliwości biegania sprawiły, że dziewięć miesięcy wcześniej trafiłem do okolicznej speluny, gdzie chciałem się nad sobą zastanowić. Spędziłem tam kilka tygodni, siedząc w ciemnym kącie i rozmyślając. W lokalu znajdowała się betonowa posadzka i transparent, na którym celtycką czcionką napisano „KARA”. Któregoś dnia usłyszałem płynący z głośników na ścianie kawałek Song for The Dead grupy Queens of The Stone Age. Była to dla mnie przełomowa chwila.

Zrozumiałem, że nadszedł czas działania, bo spędzenie kilku kolejnych miesięcy w tej spelunie może tylko dodatkowo pogorszyć moją sytuację. Postanowiłem za wszelką cenę wrócić do biegania. Byłaby to już pewnie moja 20 próba powrotu do tego sportu od czasu, kiedy w połowie lat 90. regularnie zaczęły przydarzać mi się kontuzje. Kolejne naciągnięcie ścięgna Achillesa lub uraz mięśnia gruszkowatego dopadały mnie zwykle po niespełna sześciu miesiącach.

Po części wynikało to z obciążenia. Miałem nadwagę i 25-procentowy poziom tkanki tłuszczowej w organizmie, co oznaczało, że przy moich 90 kilogramach biegałem z dodatkowym ciężarem tłuszczu odpowiadającym czterem kulom do kręgli. Kontuzje, w połączeniu ze złą dietą, sprawiały, że przybywało mi kilogramów. Postanowiłem więc zmienić też sposób odżywiania. Mój plan polegał na wznowieniu treningów przed grudniowym maratonem i uporządkowaniu diety, rozpoczynając od pięciodniowego postu, w trakcie którego postanowiłem tylko pić soki. Ale to nie wszystko; przeszedłem również na weganizm.

Przez całe moje dorosłe życie bieganie było po prostu częścią mnie. W latach 90. zdarzało mi się uzyskiwać nawet dobre wyniki. Przebiegłem maraton w czasie 2:38, 5 kilometrów zrobiłem w 15 minut, 10 kilometrów w 32 minuty, 1500 metrów w 4:06 i 800 metrów w 2:03. Osobiste rekordy przeplatały się z klasycznymi kontuzjami biegacza: zapaleniami ścięgien, zespołem pasma biodrowo-piszczelowego, naderwaniem ścięgna Achillesa, rwą kulszową, zapaleniem powięzi podeszwy, przewlekłym naciągnięciem ścięgna udowego i skurczami mięśni trwającymi nawet dwa tygodnie – doświadczyłem tego wszystkiego.

W roku 1997 zrobiłem więc to, co robi wielu sfrustrowanych kontuzjami biegaczy – zostałem triathlonistą. Chodziło o to, aby biegać mniej, ale w zamian trenować również pływanie i jazdę na rowerze. Poskutkowało to do pewnego stopnia. Ukończyłem pięć zawodów Ironman i kilka mniejszych imprez. W treningu zaczęło przeszkadzać mi jednak coś poważniejszego niż zwykłe kontuzje: po prostu czułem się źle. Moje kończyny były chude i pokrzywione. Codziennemu wstawaniu z łóżka towarzyszyło strzykanie, strzelanie oraz sztywność w stawach. Straciłem całą sprężystość kroku. To, co kiedyś było bieganiem, przypominało teraz bardziej powłóczenie i nie czerpałem już z tego żadnej przyjemności.

Tak czy inaczej, w 2010 roku siedziałem w tamtej spelunie, rozmyślając o moich ograniczonych perspektywach – byłem wtedy w najgorszej formie w życiu, ale bieganie było jedyną niezawodną rzeczą, do jakiej mogłem powrócić.

Kupiłem przez Internet plan treningowy i za cel postawiłem sobie przebiegnięcie w grudniu półmaratonu w czasie półtorej godziny. Pozostawało mi więc dziewięć miesięcy. Robiłem zakupy w Whole Foods i zacząłem się odżywiać jedzeniem organicznym, ryżem i fasolą. Przygotowywałem sobie komosę ryżową i owsiankę, a także świeżo wyciskane soki. Koledzy z pracy nabijali się ze mnie i opowiadali, że spróbują podmienić mi jedzenie na żarcie dla zwierząt.

Przeszedłem na weganizm. W soboty odwiedzałem specjalny sklep w dzielnicy University Heights, gdzie spotykałem się z różnymi ludźmi i rozmawiałem z nimi o tym, jak to jest być weganinem. Piłem zieloną herbatę z mlekiem ryżowym. Próbowałem polubić wegańskie podróbki hamburgerów. W ciągu trzech miesięcy zgubiłem 11 kilogramów, chociaż zdjęcie zrobione w sierpniu tamtego roku pokazuje, że mimo utraty wagi nie wyglądałem zdrowo. Moja skóra miała ziemisty odcień i sprawiałem wrażenie, jakbym właśnie wyszedł ze szpitala.

Biegałem wtedy jakieś 90–95 kilometrów tygodniowo. Były to znacznie mniejsze odległości niż te, które pokonywałem w swoim najlepszym okresie w latach 90. W każdą niedzielę biegałem wtedy 35 kilometrów, w każdy piątek 25, a we wtorki i w środy robiłem ciężkie dystanse po 16. W pozostałe dni biegałem rano i wieczorem. Zaliczałem wtedy 160 kilometrów tygodniowo. 16-kilometrówki biegałem w tempie poniżej 3 minut i 45 sekund na kilometr, a dłuższe dystanse grubo poniżej 4 minut. Postanowiłem jednak nie spoglądać wstecz. Zrozumiałem, że to nieistotne i że muszę się skupić na teraźniejszości.

Nadszedł wreszcie październik. Wystartowałem w półmaratonie na górzystej trasie w Los Angeles i dałem z siebie wszystko, uzyskując rozczarowujący wynik 1:37. Miałem sześć tygodni na poprawę formy i osiągnięcie celu (1:30) wyznaczonego na 2010 rok. Ból kolan był jednak ważnym znakiem. W ciągu nadchodzących tygodni tym czasowe kontuzje miały zmienić się w stały uraz.

ZŁAMANY BIEGACZ

5 listopada 2010 roku, dwa tygodnie przed połówką w Los Angeles, pojechałem do Nowego Jorku, żeby obejrzeć tamtejszy maraton. Po odwiedzeniu wystawy w centrum konferencyjnym szedłem w stronę stacji metra przy 50. ulicy, kiedy nagle w prawym kolanie poczułem silne ukłucie. Moja noga zwiotczała i rozpaliła się od środka, jakby wszystkie tkanki tworzące kolano nagle zniknęły. Poczułem się, jakbym stąpnął w dziurę. Mimo to kiedy wreszcie doszedłem do siebie, uznałem, że to jakaś niewarta uwagi błahostka. Sytuacja jednak powtarzała się co kilka minut, a przerwy pomiędzy atakami bólu stawały się coraz krótsze. Pod koniec dnia mogłem już zrobić tylko dwa kroki, bo potem kolano odmawiało mi posłuszeństwa. A przecież musiałem jeszcze pobiegać…

Poszedłem do apteki i za 50 dolarów kupiłem opaskę na kolano, ściągacze, Advil i worki z lodem. Wróciłem do hotelu i porządnie zmroziłem kolano, a potem włożyłem buty i opaskę, udałem się na hotelową siłownię i wszedłem na bieżnię. Zgodnie z planem treningowym miałem tego dnia biec przez 25 minut przy stałym pulsie 170–175. Podczas rozgrzewki kolano kilka razy odmówiło mi posłuszeństwa, ale zauważyłem, że przy odpowiednim ustawieniu stopy staw jakoś się trzyma. Kiedy przyspieszyłem, dawałem radę biec bez przeszkód po kilka minut. Skończyłem trening i odhaczyłem go na liście.

Mimo okładania stawu lodem po trzy razy na dobę i brania kolejnych dni urlopu w ciągu następnych kilku tygodni stan mojego kolana jeszcze się pogorszył. Współpracownicy zatroskanym wzrokiem patrzyli, jak ostrożnie poruszam się po biurze, przytrzymując się górnych krawędzi ścianek między kabinami niczym poręczy na schodach.

– Dobrze się czujesz? – pytali. – Nie wystartujesz chyba w tym biegu, co?

– Ha! – odpowiadałem beztrosko. – Najśmieszniejsze jest to, że mimo problemów z chodzeniem nadal mogę biegać. Dziwne, prawda?

Cztery dni przed wyścigiem zamierzałem przebiec sześć i pół kilometra, ale byłem w stanie pokonać ledwie 100 metrów. Moja prawa noga zwyczajnie przestała funkcjonować. Wiedziałem, że mogę zapomnieć o zawodach. Wyglądało na to, że wkrótce będę musiał się poddać operacji. Może nawet konieczna będzie wymiana stawu kolanowego.

Program, z którego korzystałem, był standardowym systemem periodyzacyjnym opracowanym przez Arthura Lydiarda, nowozelandzkiego trenera, którego badania stanowią fundament niemal wszystkich programów treningowych stosowanych przez biegaczy na całym świecie. System Lydiarda zaczynał się przygotowaniem aerobowym, które trwało 12 tygodni, następnie przechodził w fazę biegania po wzniesieniach lub treningu siłowego, po którym rozpoczynał się z kolei etap szybkościowy lub ćwiczenia na bieżni, a na koniec uczestniczyło się w wyścigu. Zacząłem od niewielkich dystansów, stopniowo zwiększanych do 80 kilometrów tygodniowo, i przeplatałem to z szybszymi biegami oraz interwałami. Dwa albo trzy razy w tygodniu stosowałem też trening siłowy z wykorzystaniem piłki gimnastycznej i ciężaru własnego ciała. W siłowni w LA Fitness używałem prasy do nóg, próbując odzyskać sprawność w kolanie. Rozciągałem się też i robiłem brzuszki. Mimo to po dziewięciu miesiącach systematycznych ćwiczeń nie mogłem przebiec 100 metrów po płaskim parkingu.

Wiedziałem, że system Lydiarda się sprawdza, bo stosowałem go już wcześniej, przygotowując się do przebiegnięcia 42 kilometrów ze średnim tempem 3:50 na kilometr, dzięki czemu w 1991 roku ukończyłem maraton z czasem 2 godzin i 38 minut. Nie wspominam już o tym, że właściwie każdy znakomity długodystansowiec startujący w zawodach w ciągu ostatnich 50 lat stosował jeśli nawet nie samą metodę Lydiarda, to przynajmniej jakieś jej elementy. Ten program jest bez wątpienia najskuteczniejszą metodą treningową dla biegaczy, jaką wymyślono we współczesnym świecie.

Jednak to, co sprawdzało się w latach 90., teraz już na mnie nie działało. Nie byłem w stanie wykonać tego programu.

„Życie jest krótkie. Życie jest ciężkie”, mówi Bruce Denton, bohater powieści Once a Runner Johna L. Parkera. Denton jest mistrzem olimpijskim na dystansie pięciu kilometrów. Zdobył swój złoty medal dzięki długodystansowemu planowi treningowemu stosowanemu niezależnie od wszystkiego, łącznie z załamaniem psychicznym pojawiającym się w wyniku przetrenowania. „Danton uważał, że należy to »wybiegać«, tak jak »wybiegał« już wiele innych życiowych problemów – opisywał narrator. – Radził sobie w ten sposób ze wszystkimi przeciwnościami losu, również z nowotworem okrężnicy czy śmiercią członka rodziny”. Kiedy na skutek biegania trwale uszkadza sobie ścięgno Achillesa, zaczyna pracę jako trener. W kolejnej powieści Parkera, Again to Carthage, ten sam bohater wciąż nie może biegać i trenuje jazdę rowerem górskim.

To los, który czeka wielu długodystansowych biegaczy, zwłaszcza tych, którzy biegają przez wiele lat, a ich biomechanika jest wadliwa. Pewne organy zaczynają się zużywać.

Przeczytałem też książkę pod tytułem Urodzeni biegacze – tym razem była to literatura faktu – w której Christopher McDougall przybliża kulturę indiańskich biegaczy. Wysnuwa odważną teorię, że współczesne obuwie dla biegaczy, wyposażone we wzmocnione pięty i rozmaite technologie kontroli ruchu, znacząco przyczyniło się do rozwoju kontuzji, które tak często nękają amerykańskich sportowców. Największą winę ponosić miał koncern Nike.

WUrodzonych biegaczachMcDougall opowiada o przemianie, jakiej doświadczył – wiązała się ona między innymi ze zmianą obuwia treningowego na znacznie prostsze (autor zajął się też między innymi swoją postawą, siłą i dietą). Już wcześniej rozważałem możliwość, że przyczyną moich problemów jest niewłaściwe obuwie; być może wymusiło ono na mnie błędną mechanikę ruchu, która w efekcie zniszczyła mi ciało. Nie wierzyłem jednak, że to, co pomogło McDou gallowi wrócić do biegania, okaże się pomocne również mnie. Zainspirowany książką spróbowałem jednak biegać w butach o prostszej, bardziej naturalnej konstrukcji, usiłując równocześnie poprawić technikę dzięki treningom pomocniczym – standardowemu programowi siłowo-wytrzymałościowemu – i pracy nad postawą. Koniec końców McDougall był w stanie biegać ultramaratony po meksykańskich dolinach. Ja nie mogłem nawet zacząć półmaratonu na zwykłej nawierzchni.

Ogarnęła mnie rozpacz. Byłem gotowy spróbować wszystkiego.

Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale moim przeznaczeniem był CrossFit.

CZY JA SIĘ DO TEGO NADAJĘ?

Na początku 2010 roku biegałem na bieżni w klubie LA Fitness w Mira Mesa, dzielnicy San Diego, gdzie mieszczą się siedziby wielu firm zajmujących się badaniami z dziedziny genetyki i biotechnologii. Korzystałem z bieżni, ponieważ w porównaniu ze zwykłą nawierzchnią gumowy pas amortyzował nieco nacisk na stawy, umożliwiając mi pokonywanie dłuższych dystansów. Bieżnie znajdowały się zarówno na drugim piętrze siłowni, gdzie na podwieszonym telewizorze można było oglądać seriale z kablówki, jak i na pierwszym, gdzie ludzie ćwiczyli na cybexach i wielofunkcyjnych maszynach.

Któregoś dnia pojawiła się tam nowa trenerka. Była niska i zbudowana jak gimnastyczka: muskularna, z wyrzeźbionymi ramionami, barkami i nogami. Jej dwugłowe mięśnie ud kojarzyły mi się z napiętym łukiem. Wyglądała na niezniszczalną. W siłowni LA Fitness typowa relacja trener–klient polegała na tym, że ubrany odpowiednio instruktor oprowadzał ćwiczącego po sali, pokazując mu kolejne przyrządy. Zwykle towarzyszyły temu liczne przerwy i sporo rozmów, nawet w czasie, kiedy klient wyciskał ciężar na barki, wiosłował czy wykonywał wyprosty nóg na maszynie. Nowa trenerka wyróżniała się, ponieważ w ogóle nie zbliżała się do maszyn. Wykorzystywała otwartą przestrzeń nieopodal recepcji, z dala od przyrządów do ćwiczeń. Jej klientem był mężczyzna w średnim wieku ubrany w biały podkoszulek i szare spodenki. Był czerwony na twarzy i z trudem oddychał, podczas gdy trenerka chodziła wokół niego, wykrzykując komendy niczym bezwzględny sierżant musztrujący nieposłusznego szeregowego albo trener mobilizujący zapaśników.

Była niska i zbudowana jak gimnastyczka: muskularna, z wyrzeźbionymi ramionami, barkami i nogami. Jej dwugłowe mięśnie ud kojarzyły mi się z napiętym łukiem. Wyglądała na niezniszczalną.

Przeplatała burpee z brzuszkami, skakaniem na skakance i innymi dziwnymi ćwiczeniami, z którymi nigdy wcześniej się nie zetknąłem. Mężczyzna podbiegał do ściany i wykonywał przysiad z piłką lekarską, a następnie prostował się, wyrzucając ją w górę tak, aby odbiła się od ściany i wpadła mu z powrotem w ręce. Za każdym razem kiedy tracił siły lub chciał się wycofać, trenerka pochylała się i motywowała go słownie. Jej cel był jasny: chciała zmusić swojego klienta do osiągnięcia granic wytrzymałości i pozostania na tym poziomie jak najdłużej. Pomiędzy kolejnymi seriami nie było żadnych przerw. Ta kobieta po prostu go zamęczała. Po siedmiu minutach treningu facet był wykończony – trzęsły mu się dłonie i kolana, a klatka piersiowa unosiła się z trudem. I to było na tyle. Porozmawiał jeszcze chwilę z trenerką, rozciągnął się i powoli wyszedł z sali.

Po zejściu z bieżni odszukałem tamtą trenerkę i zapytałem ją, co robiła ze swoim klientem. Dała mi egzemplarz gazetki „CrossFit Journal” i powiedziała, że pochodzi on ze strony internetowej CrossFit.com.

CrossFit.com okazała się dziurką od klucza, przez którą po raz pierwszy podejrzałem coś, co wydało mi się podziemną społecznością maniaków sprawności fizycznej. Nagranie umieszczone na stronie ukazywało wytatuowanych i muskularnych przedstawicieli obydwu płci, z czteropakami i ośmiopakami na brzuchach, wykonujących pompki w staniu na rękach, wskakujących na skrzynie, podnoszących w olimpijskim stylu duże ciężary, wspinających się na liny i ćwiczących na kołach gimnastycznych. Wszyscy oni wykonywali te ćwiczenia nie na wymuskanych, chromowanych siłowniach o powierzchni czterech tysięcy metrów kwadratowych, ale w garażach, na podwórkach i w magazynach przemysłowych.

Kilka miesięcy później, kiedy moje kolano było w rozsypce, a ja wyobrażałem już sobie stół operacyjny, zacząłem coraz częściej odwiedzać stronę CrossFit.com. Tego dnia, kiedy naprawdę próbowałem w końcu zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, siedziałem akurat w biurze i krzywiłem się z bólu. Wstanie z krzesła i przejście na drugą stronę budynku było czynnością, którą wykonywałem z zaciśniętymi zębami. Przyjrzałem się uważniej gazetce, którą dostałem od trenerki, i trafiłem na artykuł zatytułowany Podstawy. Moją uwagę od razu zwrócił jeden akapit. Brzmiał następująco: „Nasz program jest zgodny z założeniami elitarnych systemów treningowych stosowanych przez profesjonalnych sportowców i czołowe lekkoatletyczne zespoły uniwersyteckie. CrossFit dąży do tego, aby pokazać najlepsze metody treningowe ogółowi społeczeństwa, które nie posiada dostępu do nowoczesnych badań i technologii”.

Następny akapit, zatytułowany Czy ja się do tego nadaję?, brzmiał z kolei tak: „Oczywiście! Potrzeby twoje i olimpijczyka są takie same, różnią się jedynie skalą. Siła, wytrzymałość układów krążenia i oddechowego, elastyczność, kondycja, koordynacja, sprawność i równowaga są tak samo ważne dla najlepszych na świecie sportowców, jak i dla twoich dziadków”.

Kiedyś wyszydziłbym podobną gadkę o mieszanych technikach treningowych. Kolano paliło mnie jednak bólem, a plecy też powoli mi wysiadały. Wycofałem się z grudniowego półmaratonu, ponieważ zwyczajnie nie byłem w stanie biec. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czułem się jak sportowiec. To wszystko mogło się okazać jakąś bzdurą i wtedy sądziłem, że rzeczywiście tak jest. Wiedziałem też jednak, że nie mam już nic do stracenia i mogę przynajmniej spróbować.

Pierwsze pytanie, na które musiałem sobie odpowiedzieć, brzmiało: czym jest CrossFit?

[1] W książce zachowano oryginalne angielskie nazewnictwo ćwiczeń, stosowane również przez polskich trenerów CrossFitu. Opisy i zdjęcia ćwiczeń znajdują się na końcu książki – przyp. red.

[2] Niegrzeczne dziewczynki – przyp. tłum.

Inside the box

How CrossFit® shredded the rules, stripped down the gym, and rebuilt my body

Copyright © by T.J. Murphy 2012

CrossFit® is a registered trademark of CrossFit, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2014

Copyright © for the translation by Jakub Małecki 2014

Redakcja i korekta–Joanna Mika-Orządała,Kamil Misiek /Editor.net.pl

Skład i łamanie–Joanna Pelc

Okładka–Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Konsultacja merytoryczna–Magdalena Wieczorek

Front cover photographs ©Corey Jenkins / Getty Images

Back cover photograph ©marshel / freeimages.com

Interior photographs by Robert Murphy, pp. 25, 41, 65, 91, 113, 149, and 165; Scott Draper, pp. 133 and 189; and Caroline Treadway, p. 77 and all photographs in the exercise glossary

First published by VeloPress in Boulder, Colorado, USA.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN EPUB: 978-83-7924-219-1

ISBN MOBI: 978-83-7924-218-4

Człowiek wyjątkowy. Heros. Niezwykła osoba. Kilian Jornet jest aktualnym mistrzem świata w skyrunningu, jednej z najtrudniejszych dyscyplin sportowych na świecie.

Biec albo umrzećto dziennik zwycięzcy, filozofia życia i doskonała lekcja dla każdego z nas.

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

Intymny przewodnik kobiecości. Dla Ciebie – od Kobiety takiej jak Ty.

Dowiedz się, jak jeść smacznie i zdrowo, pokochaj codzienny ruch i uwolnij swój umysł.

Skorzystaj z wyjątkowej wiedzy, która pozwoliła Cameron Diaz odzyskać radość, energię i zbudować wewnętrzną harmonię.

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl